Dziecko Królowej Pokoju

Tylko Pokój

Archiwum dla Styczeń 19th, 2010

Trzęsienie ziemi w domu szatana

Posted by Dzieckonmp w dniu 19/01/2010

29 sierpnia 2005 w Nowy Orlean uderzył jeden z najsilniejszych w historii Stanów Zjednoczonych huraganów – Huragan Katrina. Po przejściu przez Zatokę Meksykańską nabrał impetu, który w całości wyładował na mieście, którego 80% zostało zalane. Zginęło ponad 2500 osób a populacja tego półmilionowego miasta spadła do 273 tysięcy.
Dziś obserwujemy jeszcze bardziej przerażające skutki trzęsienia ziemi na nieodległej Haiti.

Zniszczenia są ogromne, w gruzach leży pałac prezydencki, liczby ofiar wciąż nie sposób oszacować, ale coraz częściej mówi się o 200 tysiącach. Skutkami trzęsienia może być dotkniętych aż 3 miliony ludzi, czyli jedna trzecia całkowitej populacji. Na ulicach zapanował chaos i anarchia.
Niektórzy dziennikarze zadają pytanie “Gdzie w tym całym piekle jest Bóg?”

Nie odpowiem na to pytanie, bo jest ono retoryczne i najczęściej stawiane w prowokacyjnych celach, ale gdyby je postawić inaczej “Gdzie w tym wszystkim nie ma Boga?” znalazłoby się sporo osób mówiących, ze jest właśnie w Nowym Orleanie i na Haiti.

Po pamiętnej tragedii sprzed 5 lat, sporo takich głosów odezwało się w Stanach Zjednoczonych. Wskazywano na zbieżność huraganu z corocznym festiwalem homoseksualnym pod wyzywającą nazwą “Southern Decadence“, co można przetłumaczyć, jako “Południowy Upadek”. Nie inaczej jest i teraz.
Znany amerykański duchowny Pat Robertson, który kiedyś zasugerował, że huragan Katrina był dla Amerykanów karą zesłaną na nich przez samego Boga, powiedział, że tragiczne trzęsienie ziemi na Haiti to wynik “paktu z diabłem” – poinformował serwis CNN.

(…)

Od chwili, gdy dotarły pierwsze informacje o trzęsieniu ziemi na Haiti, nieodparcie przychodzi mi na myśl pewien ścisły związek między tymi miejscami. Związek tak ścisły, że wbrew logice każe mi się zastanawiać nad definicją słowa “przypadek”.
Otóż zarówno Nowy Orlean jak i Haiti są największymi w regionie, jeśli nie na świecie skupiskami wyznawców voodoo – okultystycznego kultu przez wielu nazywanego kultem demonów.

Voodoo to synkretyczny kult, bo trudno go nazwać religią, łączący elementy wierzeń afrykańskich, animizmu, spirytyzmu i słabo przyswojonego chrześcijaństwa. Mimo iż uznaje on istnienie jednego Boga (Bon Dieu) to w rzeczywistości czczone są inne duchowe istoty-duchy (loa).
Podstawą kultu są “rytuały opętania”, podczas których w rytmie bębnów uczestnicy zapadają w trans i zapraszają “istoty duchowe” do swego wnętrza. Do tego jeszcze dochodzi wiara w możliwość wskrzeszania zmarłych i wykorzystywania ich w pracy jako zombie, oraz wszechobecna magia ze znanymi wszystkim “laleczkami voodoo” na czele.
W Nowym Orleanie wciąż istnieją setki sklepów gdzie można się zaopatrzyć w przedmioty magiczne oraz drużyna futbolowa New Orlean VooDoo.

Na Haiti wśród wyznawców kultu byli najwyżsi urzędnicy państwowi w tym Emile Jonassaint czy Jean-Bertrand Aristid, który w 2003 podniósł ten kult do rangi religii państwowej. Mimo iż oficjalnie jego wyznawcami jest tylko kilka procent mieszkańców wyspy, to jego wpływy są szerokie (nieoficjalnie – wiekszość – przyp.red.). Wielu Haitańczyków uznawanych za katolików praktykuje magię, nosi amulety voodoo czy uczestniczy w ceremoniach, które z nazwy są chrześcijańskie a w istocie odnoszą sie do “bóstw” voodoo.
Tak jest w przypadku corocznej pielgrzymki do wodospadu Saut d’Eau (Wodny Skok). Gdzie pielgrzymi obnażeni do połowy dokonują rytualnego obmycia, wierząc że z wodami wodospadu zstępuje na nich “bogini wody” Erzulie (przy okazji patronka czarownic, prostytutek i wyznawczyń ‘voodoo).

Czy zatem należy wyśmiać i zakrzyczeć tych wszystkich, którzy próbują w tych wydarzeniach dopatrzeć się czegoś więcej niż tylko kataklizmów i straszliwych ludzkich tragedii?
Może czasem wypada spojrzeć na wydarzenia dziejące się w świecie z trochę innej niż racjonalistyczna perspektywy i uświadomić sobie, ze nic nie dzieje się przypadkiem. W każdym wydarzeniu, nawet tym najbardziej tragicznym, można odnaleźć przesłanie skierowane do tych co ocaleli. To nasz wybór, czy tego chcemy, czy też zamkniemy uszy i oczy.

Opublikowany w Szatan, Z prasy | Komentarzy: 19 »

Co 3 sekundy ktoś umiera z głodu

Posted by Dzieckonmp w dniu 19/01/2010

Świat głoduje, co 3 sekundy gdzieś na świecie ktoś umiera z głodu, ty troszczysz się o rzeczy bez znaczenia, a ty tracisz czas i pieniądze na rzeczy i sprawy drugorzędne, na przyjemności, luksusy, na golfa, krykieta, na tańce, na modne i szałowe ciuchy. Świat umiera z głodu, a ty wyrzucasz jedzenie do kosza.

Papież Benedykt XVI w swej encyklice „Caritas in Veritate” pisze:

Dzisiaj wiele osób skłonnych jest utrzymywać, że nie są winne nic nikomu oprócz samych siebie. Uważają, że posiadają tylko prawa i często napotykają na poważne trudności w dojrzewaniu do odpowiedzialności za integralny rozwój siebie i drugiego człowieka.

Jesteśmy dzisiaj świadkami poważnej sprzeczności. Podczas gdy, z jednej strony, dostrzegamy domaganie się rzekomych praw o charakterze arbitralnym i zbędnym, roszczenia ich uznania i promocji przez struktury publiczne, to z drugiej strony istnieją prawa elementarne i fundamentalne, nieuznawane i gwałcone w odniesieniu do tak wielkiej części ludzkości.

Często zauważa się związek między domaganiem się prawa do nadwyżki czy wręcz prawa do wykroczenia i grzechu w społeczeństwach bogatych, a brakiem pożywienia, wody pitnej, podstawowego wykształcenia czy też podstawowej opieki zdrowotnej w niektórych regionach świata niedorozwoju, a także na peryferiach wielkich metropolii.” (no 43).

Można nawet powiedzieć, że te domagania się prawa do nadwyżek, czy prawa do grzechu w społeczeństwach bogatych stoją w skandalicznym konflikcie z negacją fundamentalnych praw ludzi biednych (nie ze swoje przecież winy).

Opublikowany w Apel, Z prasy | Zostaw Komentarz »

Winny tropienia zbrodni mówi Oleg Zakirow, były major KGB

Posted by Dzieckonmp w dniu 19/01/2010

O poszukiwaniu prawdy na temat Katynia z Olegiem Zakirowem, byłym majorem KGB, rozmawia Przemysław KucharczakPrzemysław Kucharczak: Jak to się stało, że został pan oficerem KGB? Przecież wierzy pan w prawdę, w imię prawdy ryzykował pan życie…
Oleg Zakirow: – Wiesz, to skomplikowana sprawa. Ja urodził się i wyrósł w komunistycznym systemie. Skąd ja w ogóle mógł coś wiedzieć? Ja młody był. Ale już wtedy nie podobała mi się nieprawda i korupcja. Ja odziedziczył charakter po mojej matce. Ona zawsze powtarzała, że komuniści to złodzieje i pijaki. I jest w języku rosyjskim jeszcze jedno takie mocne słowo, którego używała, ale go tutaj nie będę cytował… Ja studiował prawo na uniwersytecie. Ja był naiwny, myślał, że skoro KGB ma władzę, to właśnie w tej „firmie” mogę coś zrobić dla społeczeństwa, dla oczyszczenia państwa.

Był na to choć cień szansy?
– Nie. Szybko się okazało, że KGB jest ściśle podporządkowane partii. Że partia pokazuje: tego złodzieja ścigajcie, a tego zostawcie w spokoju. Ja miewał różne nieporozumienia ze zwierzchnikami. Ale jak były jakieś afery korupcyjne, to ja pisał, żeby mnie tam przydzielali. I oni chętnie mnie tam posyłali, „a niech idzie”. Za Andropowa badałem takie sprawy, jak na przykład korupcyjną aferę bawełnianą Chłapkowa, w której aresztowano wielu milicjantów, urzędników, a nawet niektórych pierwszych sekretarzy partii.
Ja człowiek grzeszny i miał grzechy. Ja na wojnie w Afganistanie dwa lata był. Ale ja zawsze chciał być po stronie prawdy. Ja w Afganistanie bronił młodych żołnierzy przed diedowszczyzną, czyli falą. Starsi koledzy odbijali młodym nerki ciężkimi butami żołnierskimi, kaleczyli ich. Ja z tym walczył. Ale generały nie chciały, żebym im psuł wizerunek ich jednostki, więc wcześniej stamtąd wróciłem. No i ja przez te wszystkie lata szedł do nawrócenia.

W jaki sposób?
– To nie było tak szybko. W latach 80. ja pracował na delegacji w Taszkiencie, w Uzbekistanie. Kolega, który prowadził inne śledztwo, poprosił mnie, żebym popilnował na chwilę jego więźnia. Poszedłem tam. Ten więzień to był adwentysta Dnia Siódmego. Za Breżniewa i Andropowa KGB bardzo prześladowało jego Kościół. Rozmawialiśmy może tylko 10 minut, zanim śledczy nie wrócił na przesłuchanie. Ale to wystarczyło, żeby ja się przeraził postawą tego więźnia. On by wręcz poszedł na śmierć za wiarę! Ja był zszokowany. Ale nie dałem tego po sobie poznać, ja jeszcze nad nim śmiejałsa: „Ty wierzysz, że świat stworzony w sześć dni? I ty chcesz, żeby ja ci w to uwierzył…?!”.

Ten człowiek mnie nie nawrócił, ale ziarno wiary zasiał. Poza tym moja teściowa zawsze mnie prosiła, kiedy ja jeszcze pracował w KGB, żeby ja czytał Biblię. Ja ku nawróceniu szedł. Potem trafiłem na ślad zamordowania ponad 22 tysięcy polskich oficerów, czyli na sprawę Katynia. Na mnie zrobił ogromne, także religijne wrażenie, ten mistyczny motyw ofiary, który w tej sprawie dostrzegłem. Ci polscy oficerowie też mnie pociągnęli ku Bogu. A wreszcie Bóg mi dał tę łaskę, że spotkałem pewnego katolika, księdza Peszkowskiego, kapelana Rodzin Katyńskich. Dzięki temu głębokiemu człowiekowi wierzę. Ja w Kościele prawosławnym, ale ja też bardzo tolerancyjny i otwarty dla chrześcijan z innych wyznań. Pan Bóg mnie uratował od różnych ciężkich doświadczeń. Między innymi od bogactwa mnie uratował… Byłem majorem KGB, kiedy upadał ZSRR, ja mógł bez wysiłku ugryźć kawał państwowego majątku.

ak wielu kolegów z firmy?
– Oczywiście. Jak choćby dzisiejszy magnat Chodorkowski.

Wbrew swoim przełożonym prowadził pan w końcu lat 80. własne śledztwo w sprawie śmierci polskich oficerów. Dotarł pan do żyjących wtedy jeszcze świadków tego mordu. Nie bał się pan?
– Bałem się. Przekazywałem zebrane dowody zbrodni dziennikarzom ze Smoleńska i z Moskwy. Trwała już pieriestrojka, więc oni je ogłaszali. Ja chciał, żeby został jakiś efekt mojej pracy, jeśli mnie aresztują.
Potem przyjechali do mnie w nocy, bez zaproszenia, polski konsul Michał Żurawski i polska dziennikarka Krystyna Kurczab-Redlich.

Wyobrażasz sobie? Do majora KGB! Mogliśmy wszyscy razem trafić za to do aresztu, na Łubiankę. Na mnie zrobiła wrażenie odwaga tych Polaków, zwłaszcza Krystyny. Ja facet, mnie było przy niej wstyd pokazać, że się boję. Przekazałem im wiedzę, którą zebrałem o świadkach zbrodni. Kiedy ja przyjechał do Polski, byłem bardzo zdziwiony, że ani Michał Żurawski, ani Krystyna nie są jeszcze obsypani orderami. Tak samo Tadeusz Pieńkowski i ks. Zdzisław Peszkowski. Przecież oni wszyscy ryzykowali, a nie zostali za to w Polsce docenieni.

W piwnicy urzędu NKWD w Smoleńsku strzelano w tył głowy nie tylko polskim oficerom, ale też Rosjanom, Białorusinom i więźniom innych narodowości. Świad-kowie, którzy zmywali ich krew i wozili ich ciała do lasku w Katyniu, opowiedzieli panu o więźniu, który się wyrwał, przedostał się do zbrojowni i stamtąd otworzył ogień. Chyba nie jest pewne, czy to był Polak?
– To zdarzenie jest pewne, bo zdobyłem o nim kilka relacji z niezależnych od siebie źródeł. Ten więzień postrzelił nawet w rękę głównego kata, który rozstrzeliwał polskich oficerów. Bronił się ze zbrojowni aż przez trzy dni. Próbowali go utopić przez zalanie wodą z wozu strażackiego. I to przeżył. W końcu otruli go gazem. Jeden z moich rozmówców zapamiętał nawet, że tego ranka, kiedy przyszedł do pracy, wszystkie okna w smoleńskim urzędzie były na oścież otwarte. Wietrzyli po otruciu broniącego się więźnia. Opowiadali mi o tym człowieku Klimow, Nozdriew i paru innych. Oni już byli dziadkami. Jeden mówił, że to był Polak, inni nie byli pewni, czy był Polakiem, Rosjaninem czy Białorusinem. Tak myślę, że Polak, oficer, mógł tego dokonać. Dla mnie to jest symbol walki do końca, walki z reżimem. Ja napisał o tym nawet po rosyjsku taki scenariusz, ale nie mam pieniędzy na opłacenie tłumaczenia na polski.

Za pańskie prywatne śledztwo kierownictwo KGB dotkliwie się na panu zemściło?
– Wyrzucili mnie z KGB i przylepili mi łatkę „psychicznego”. Andriej Sacharow i wielu innych dysydentów też mieli tę łatkę, ale ich w końcu zrehabilitowano. A mnie nie. To mnie bardzo gniecie. Dostałem też taką wilczą… Jak to się w Polsce mówi? Wilczą legitymację. Zgłaszałem się do jakiejś pracy, prezes mówił, że zaczynam od jutra. Ale kiedy następnego dnia ja przychodził, prezes mnie witał: „A nie nie, jednak nie mamy dla pana miejsca”. Bo w międzyczasie wykonał telefon do KGB, żeby mnie sprawdzić. Kilka razy grożono mi też zabiciem. I przez telefon, i wprost. Ja to przemyślał. W 1998 roku wziąłem moją rodzinę i my ujechali do Polski.

Chyba nie powitaliśmy pana dobrze?
– Nikt ze mną nie chciał gadać. Tym bardziej, kiedy władzę w Polsce wzięła lewica. Ja pracował na budowie, ale zimą się skończyła robota przy betoniarce, i mnie wyrzucili. Nie miałem grosza w kieszeni, a u mnie w mieszkaniu jeszcze córka i chora żona! Nie było co jeść! No i ja tu niedaleko, na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, żebraczył… Ja jeszcze żadnemu dziennikarzowi się do tego nie przyznał, bo nie chciałem robić z siebie męczennika. Kiedy handlarze kończyli pracę na targowisku, zbierałem tam wyrzucone warzywa i owoce. Nie pomógł mi żaden biznesmen. Wiesz, kto mi pomagał? Inni żebracy, którzy się dzielili ze mną jedzeniem. To trwało kilka lat. Aż mnie odnaleźli polscy dziennikarze i napisali, że wstyd dla Polski, że ja nie mam statutu uchodźcy. Dzięki nim ja już teraz obywatel polski. Ale pracy szukam dalej.

Rosyjska prokuratura ogłosiła, że zabici polscy oficerowie nie są ofiarami represji politycznych…
– Kłamstwo prokuratury przekroczyło wszelkie granice. Ja prawnik: ukrywanie ludobójstwa to w świetle prawa międzynarodowego współudział w zbrodni. To był wielki grzech rosyjskiego narodu. Oraz tych, którzy do dzisiaj o nim milczą, którzy nie reagują. A więc też Amerykanów i Anglików, którzy już w czasie wojny wiedzieli o Katyniu, ale o tym nie mówili.

Czy warto było tak walczyć o prawdę na temat tych białych kości, które sterczały z piasku w lesie katyńskim?
– Tak. Powiedzenie prawdy o tym ludobójstwie byłoby dobre dla Rosji. Mnie strasznie boli, że dzisiejsza Rosja pod rządami Putina jest oparta na nieprawdzie. Wszędzie nieprawda: w przeszłości i w teraźniejszości, a przyszłość też jest budowana na nieprawdzie. Pamięta pan, jak Ariel Szaron w Izraelu wpadł w śpiączkę? Lekarze powiedzieli wtedy, że jego stan jest bardzo niedobry, ale stabilny. Dokładnie taki jest dzisiaj duchowy stan rosyjskiego społeczeństwa. Putin jest straszny tylko dla dziennikarzy. Ale dla oszustów, którzy kradną pieniądze przeznaczone na drogi, on straszny nie jest, oni zawsze go oszukają. Bo w Rosji rządzi związek państwowo-mafijny. W Rosji urzędnik jest zmieszany z bandziorem. Wiesz, że według sondaży 96 procent ludzi w Rosji nie ma zaufania do prokuratury? To też dowód na to, że na nieprawdzie nie da się zbudować uczciwego państwa.

Ale wiesz co? Na szczęście widzę też, że my, Rosjanie, jesteśmy pod dobrym, duchowym wpływem Polaków. To właśnie Polacy w czasie pieriestrojki nauczyli nas czcić pamięć niewinnie zabitych ludzi. Ja żałuję, że władza rosyjska tego dziś nie docenia, i że nie stara się o dobre stosunki między naszymi krajami.

Źrudło Gość Niedzielny

Opublikowany w Patriotyzm, Z prasy | Komentarzy: 7 »

Boży Nokaut

Posted by Dzieckonmp w dniu 19/01/2010

W moim życiu zostałem dwa razy znokautowany.

Po raz pierwszy uczyniło  to tzw. „życie”.Wtej walce zostałem powalony „na deski”w4 klasie szkoły średniej. Ale to nie były jedyne „deski” jakie zaliczyłem. Drugie, w kilka miesięcy po pierwszej porażce zafundował mi Bóg! Na czym polega w moim życiu  „Boży nokaut” i jak do niego doszło pragnę opisać w moim świadectwie. Przeczytaj go i zobacz jak nasz Pan Bóg jest dobry.

Kiedy miałem 7 lat ukradłem pierwsze 100 złotych. Wcześniej mając około 6 swobodnie kradłem w sklepie przeróżne słodycze. Chodząc do szkoły podstawowej nie miałem żadnego kłopotu z tym, aby kraść pieniądze. Wtedy okradałem swoich najbliższych, swoją rodzinę. Nieco później, będąc w szkole średniej kradłem bez zmrużenia oka już niemalże wszędzie. Ale zanim do tego doszło trochę się w moim życiu dokonało.

Ogólnie okres szkoły podstawowej był dobry.

Czyli, chodziłem do szkoły, zdobywałem świadectwa z paskiem, nie stwarzałem rodzicom problemów wychowawczych. W II klasie podstawówki zapaliłem swojego pierwszego papierosa. I tak z kilkoma przerwami paliłem do 19 roku życia. W 5 klasie zacząłem pić piwo. Oczywiście wszystko to robiłem z umiarem, tzw. „cichaczem”, żeby tylko rodzice tego nie dostrzegli. Wtedy jeszcze byłem posłuszny i zależało mi na ich zdaniu. Moja pierwsza zapalona „lufka” (tak się nazywa sprzęt do palenia „ziółka”, marihuany) jest datowana na koniec 8 klasy szkoły podstawowej. Pamiętam jak dziś jak załatwialiśmy z kolegami „palenie”. Z tego wszystkiego było więcej strachu niż przyjemności. Warto jeszcze wspomnieć, że po raz pierwszy zakochałem się będąc w przedszkolu. Wtedy też po raz pierwszy pocałowałem dziewczynę. I to prawda, że takich rzeczy nie zapomina się do końca życia, bo chociaż minęło wiele lat ja pamiętam jej kolor włosów, jak były uczesane i w jakich okolicznościach do tego doszło. Piszę o tym, ponieważ temat kobiet będzie bardzo ważnym w moim życiu. To one, stworzone przez Boga jako wzór dziewictwa i piękna -Maryja, stały się doskonałym narzędziem szatana do tego, aby zniekształcić mi obraz miłości i szacunku do człowieka. Kochałem kobiety, uwielbiałem się w nich zakochiwać. W miarę upływu czasu kobiety stały się dla mnie sposobem na „lepsze życie”, bo każda nowo zdobyta dziewczyna poprawiała mój wizerunek przed innymi, ale przede wszystkim przed samym sobą.

Ponieważ byłem bardzo dobrym uczniem

dostałem się do szkoły, którą sam sobie wybrałem, czyli do liceum ekonomicznego. 1 klasa szkoły średniej była moim wielkim triumfem. Czołówka klasowa jeśli chodzi o oceny,  konkursy recytatorskie, udział w wielu zawodach sportowych, popularność w szkole… Po prostu żyć nie umierać. W tym czasie mój najlepszy kolega zaprowadził mnie do prawdziwego pubu. To było niesłychane przeżycie. Ja, Artur, mający 16 lat, usiadłem obok starszej ode mnie młodzieży, „na legalu” wziąłem papierosa do ręki, zamówiłem sobie piwo…Poczułem się jak prawdziwy mężczyzna. Jeszcze dookoła mnie wiele atrakcyjnych kobiet. To już był szczyt moich marzeń. Bardzo szybko szkolne lekcje i pobyt w domu zamieniłem na loże rozmaitych pubów. W pierwszej klasie szkoły średniej po raz pierwszy zacząłem spotykać się z kobietami już w sposób bardzo dojrzały (ale tylko płciowo). Nie było mowy o słodkim patrzeniu sobie w oczy i oglądaniu rodzinnych zdjęć. W moim życiu pojawił się sex, który jak później się okazało ciągnął mnie za sobą w bardzo głęboką przepaść. W wakacje zacząłem trenować na siłowni. I nią demon posłużył się. aby uwikłać mnie w grzechy pychy, próżności, egoizmu i chorej miłości własnej. Szybko zacząłem piąć się w górę. Jako niespełna osiemnastoletni młodzieniec wyciskałem prawie 160 kg. Ludzie musieli się zacząć ze mną liczyć.

Drugą i trzecią klasę szkoły średniej

mogę porównać do ruchomych schodów, które bez naszego wysiłku mogą nas wywieźć do góry, albo zwieźć na dół. Ja niestety wsiadłem do tych, które kierowały się w dół. W tych dwóch latach, w moim programie dnia mieściły się: codzienne spotykanie z dziewczynami, „labowanie”, przesiadywanie w pubach, treningi na siłowni, chodzenie na imprezy i coraz częstsze picie alkoholu. Aha no i warto zamieścić w nim motyw szkoły i nauki. Jednak w tych latach już prawie w ogóle się nie uczyłem. Te dwa lata to powolna jazda na ruchomych

schodach w dół. Jednak w wakacje z 3 do 4 klasy szkoły średniej zapragnąłem zmienić środek transportu wiodący mnie na samo dno. W te wakacje zacząłem już „lecieć na łeb na szyję”. Co mi w tym pomogło? Głównie amfetamina i (w znacznie mniejszym stopniu)  ekstazy. Razem z tymi narkotykami na serio w moim życiu pojawiły się kradzieże, rozboje i imprezowanie, które z dyskotekowych parkietów powoli przeniosły się na domowe „melanże”. W tym okresie przestałem ćwiczyć. Narkotyki osłabiały moją siłę fizyczną. Ale nie tylko. Dawały mi poczucie pewności siebie i świadomości tego, że jestem kimś. Budowały w moim umyśle nieistniejący obraz mnie samego – człowieka, który pokona góry, zdobędzie

każdą dziewczynę, poradzi sobie z życiowymi problemami, aż wreszcie odnajdzie upragnioną miłość, którą odebrał mu nieistniejący w jego życiu ojciec. Kiedy zacząłem na poważnie „spidować” (brać amfetaminę) prawie w ogóle nie bywałem w domu. Na noc nie przychodziłem, bo przecież nie musiałem spać (działanie „spida”), głodu też nie czułem (no, chyba, że ten tylko narkotykowy), a w ciągu dnia unikałem rodziców, bo nie chciałem się z nimi cały czas kłócić. No właśnie, dom. Dom stał się dla mnie wrogiem numer 1. Nie widziałem w nim miejsca dla siebie, nienawidziłem jak rodzice na mnie krzyczeli. Każdy ich odruch miłości i przejaw troski o mnie (a było ich mnóstwo) odbierałem jako atak.

Skąd brałem pieniądze na narkotyki?

Zacząłem jeździć z „chłopakami” na „zarobek” (kradzieże w sklepach). Sam nie umiałem kraść, ale miałem dobrą „gadanę”, więc ja „zagadywałem” sprzedawcę, a oni kradli. W  chwilach kryzysowych potrafiłem okraść mieszkanie i napaść na ulicy (to mi się zdarzyło tylko raz). Te chwile pojawiały się wtedy, gdy byłem komuś dłużny pieniądze. Jeśli była to jakaś konkretna osoba, to wiedziałem, że muszę te pieniądze zwrócić, więc robiłem wszystko, aby się jakoś wyratować. Narkotykom i kradzieżom towarzyszyły ciągłe spotkania z kobietami, które niemal zawsze prowadziły tylko do jednego… Nie szanując siebie, kompletnie nie szanowałem kobiet. Traktowałem je jak narzędzia zabawy i rozkoszy. Tak naprawdę nigdy w żadnej z moich dziewczyn nie odkryłem prawdziwej kobiety.

Byłem bardzo agresywny i zły.

Nie tolerowałem innych ludzi. Wszystkich starałem się poniżyć, abym był najlepszy, najmocniejszy, najprzystojniejszy, naj…, naj… Potrafiłem nie spać cały tydzień „ćpając” nocami na zmianę raz „spida”, raz „ekstazy”. Na osiedlu byłem mistrzem we wciąganiu „kresek”. W pewnym momencie potrzebowałem nawet 4 worków „spida”, aby mnie coś ruszyło. Ale powoli przychodziły momenty refleksji. Zaczął dochodzić do mnie ból i cierpienie, jakie do tej pory zakrywały „dragi”. Bardzo schudłem, zaczęły psuć mi się zęby, czasami dostawałem tzw. Paranoi paranoi, jakiś dziwnych, przerażających stanów psychicznych. Moją sytuację w domu można określić mianem strasznej wojny, w której najbardziej cierpią najbliżsi. O szkole już nie wspominam. W niej wizyty policji, anonimowe listy o moim zachowaniu na osiedlu.

Ale to wszystko było niczym w porównaniu do bólu

jaki powoli zacząłem  odczuwać. Wtedy nie potrafiłem go nazwać. Dzisiaj już wiem, że cierpiałem, bo czułem się odrzucony przez ojca, który mnie zostawił, kiedy byłem malutki. Cierpiałem, bo pragnąłem być synem swojego własnego taty. I to był mój dramat. Ta relacja doskonale przeszła na mój kontakt z Bogiem. Nie było Go wcale. Zobaczyłem swój dramat: młody, zdolny, przystojny chłopak, w przeciągu czterech lat zniszczył sobie życie. Czy szukałem pomocy u Boga? Nie! Nawet mi to nie przyszło na myśl. To On sam przyszedł do mnie, tak zwyczajnie, do miejsca, w którym się wychowywałem, pod klatkę.

I tutaj zaczyna się coś, o czym nigdy nawet nie śniłem.

Nie tylko nasze myśli nie dorównują myślom Bożym. My nawet nie potrafimy wymarzyć sobie tego, co pragnie nam dać nasz kochający Ojciec. Rozdział, w którym pojawia się Bóg jest nieodzownie złączony z Medziugorjem i Matką Bożą Królową Pokoju. Przez cały czas trwania mojej życiowej historii, w każdym nawet najbardziej beznadziejnym dniu, Ona była razem ze mną. Wtedy o tym nie wiedziałem. Dzisiaj jednak już wiem, że to miłość Matki do Syna, stała się początkiem mojego nawrócenia. Cztery pielgrzymki do Medziugorja, setki odmówionych Różańców, zamawiane Msze św. w mojej intencji i w intencji mojego brata (on był dilerem narkotykowym, piszę był, ponieważ sam też przeżył głębokie nawrócenie), aż w końcu wiele nocy nie przespanych, to była życiowa modlitwa mojej mamy Urszuli. To Bóg przez nią pomógł mi w moim życiu dostrzec obecność Maryi. To ona na wzór Cichej i Pokornej Służebnicy modliła się, abym odzyskał prawdziwe życie.

Był rok 1997, kiedy moja mama odbyła pierwszą pielgrzymkę do Medziugorja.

To wtedy, na górze Kriżewac, przy XII stacji, usłyszała słowa księdza: „Jeżeli chcecie coś zmienić w swoim życiu, przy tej stacji możecie to oddać Bogu i Maryi”. Po tych słowach, stojąc za skałą bardzo mocno płakała. I w tych matczynych łzach, ofiarowała mnie i mojego brata Niebu. Wtedy czuła, że to co się dzieje nie odbywa się gdzieś tylko wysoko w górze, ale jest przedmiotem konkretnego działania tutaj na ziemi. Moja mama nazwała tę chwilę „początkiem drogi z Maryją”. Pamiętam, że kiedy wróciła z tej pielgrzymki ja nie mogłem się nadziwić jej radości i pokoju jaki od niej emanował. To było coś wyjątkowego.

Potem były kolejne wyjazdy do Królowej Pokoju.

W 1999 r. moja mama była w Medziugorju aż dwa razy. I ostatnią jak dotąd pielgrzymkę odbyła w 2004 roku. Każda pielgrzymka mojej mamy to głośne błaganie Boga o nasze nawrócenie (moje i mojego brata). Widziałem, że mama się za mnie modli. Czasami nawet to czułem. Ale nie potrafiłem na ten dar odpowiedzieć. Ona była jedyną ziemską osobą, które mnie nie skreśliła. Nawet moi koledzy, z którymi imprezowałem już się zastanawiali czy ze mnie jeszcze „coś” będzie. Już nie mówiąc o nauczycielach w szkole. Ona do końca stała przy mnie. Kiedy widziała, że nic już na mnie nie działa, po prostu się modliła. Różaniec, nabożeństwo do Ojca Pio, Różaniec …

To wszystko działo się jak gdyby „za moimi plecami”.

Ja robiłem swoje, a moja mama, Maryja i całe Niebo robiło swoje. Ja wszystko zawalałem, a ona z głośnym wołaniem i krzykiem do Boga wszystko starała się odbudować. Czy jej się udało? Chyba tak, ponieważ dzisiaj już 4 rok jestem klerykiem w Zgromadzeniu św. Michała Archanioła, dzięki wielkiej łasce Bożej codziennie przyjmuję Komunię świętą, modlę się Słowem Bożym i rano, w południe i wieczorem śpiewam sobie pieśni pochwalne na cześć Boga. Uśmiecham się i raduję, a to jest wspaniałe uczucie, móc czerpać radość ze spotkania z Bogiem.

Kiedy wszedłem na drogę nawrócenia

(kiedy po raz pierwszy pan Stasiu pomodlił się nade mną, miało to miejsce pod koniec 4 klasy szkoły średniej, której nie udało mi się ukończyć) całe moje życiu odmieniło się. Bóg jako miłość pierwotną zaszczepił we mnie Słowo Boże. To Ono stało się dla mnie rozkoszą. To Ono jest pierwszym fundamentem mojego życia. To Ono sprawia, że Bóg codziennie w moim życiu staje się prawdziwym, żywym ciałem. Tutaj w tym miejscu musiałbym zacząć pisać nową historię, o tym czym jest dla mnie Słowo Boga Żywego, czego Ono dokonuje w moim życiu, w życiu moich najbliższych, przyjaciół i znajomych.

Przez całą drogę mojego nawrócenia,

razem z moim „ojcem duchownym” panem Stasiem, raz w tygodniu przez dwie godziny czytałem Pismo Święte. Na zakończenie spotkań pan Stasiu modlił się nade mną modlitwą wstawienniczą. Zacząłem praktykować codzienną Eucharystię. Z dnia na dzień rzuciłem narkotyki, kradzieże i złe osiedlowe życie. Bóg sprawił, że stałem się prawdomówny, a domomentu kiedy Go nie spotkałem, ja praktycznie tylko kłamałem. Jest mi trudno o tym wszystkim pisać, bo im więcej teraz o tym myślę, tym głębiej dotyka mnie myśl jak wiele, jak wiele Bóg uczynił dla mnie i dla moich najbliższych. Kiedy byłem na drodze  nawrócenia myślałem, że z czasem będzie mi coraz łatwiej zrozumieć to, co Bóg dokonał w moim życiu. Jednak im więcej czasu mija od tamtych chwil, tym większe rodzi się w moim sercu zdumienie i podziw, dla wielkich rzeczy, które uczynił mi Wszechmogący.

Maryja była zawsze przy mnie.

W każdej nowej dziewczynie chciała mi się dać poznać. Demon jednak skutecznie zamykał moje serce. Maryja jednak nigdy mnie nie zostawiła. Boże, Ty sam wiesz jak bardzo jestem Ci wdzięczny za Jej dar w moim życiu. Boże, niech Ona będzie w Tobie uwielbiona. Tato, dziękuję. Królowo Pokoju,

módl się za nami.

Syn Artur

Za Echo Medjugorje

Opublikowany w Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: | Komentarzy: 9 »

Modlitwa oddania się trójcy Świetej przez ręce Maryi

Posted by Dzieckonmp w dniu 19/01/2010

Maryjo Ty nas zaprosiłaś, abyśmy się oddali Twemu

Niepokalanemu sercu.

Jesteśmy świadomi, że Twoim jedynym pragnieniem

jest zbliżenie nas do Boga, ponieważ Ty nas

nieskończenie kochasz

i chcesz byśmy byli szczęśliwi.

***

Dzisiaj chcę odpowiedzieć na Twoje wezwanie.

Tak jak Jezus umierając na krzyżu podarował mi
Ciebie, także ja chcę oddać się Tobie.

Na Twoje ręce odnawiam przyrzeczenia chrzcielne

i oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu,

by móc całkowicie należeć do Trójcy Świętej.

***

Maryjo, Tobie oddaję moje serce, moją duszę

mego ducha i moje ciało, moje talenty i dary,

moją przeszłość, moją teraźniejszość i moją przyszłość.

***

Weź mnie w Twe ramiona i pomóż mi kochać Jezusa,

Jak Ty Go kochasz!

Z Tobą chce się uczyć słuchać Słowa Ojca

i wypełniać Jego Wolę

Tak jak Ty Maryjo chcę otrzymać

i przyjąć do mego serca Ducha Świętego.

***

Z Tobą Maryjo, chcę uczyć się kochać wszystkich ludzi,

ponieważ oni należą do Twego Syna Jezusa.

Oddaję się Tobie, aby moja modlitwa

stała się modlitwą serca,

w której znajdę pokój, radość, miłość i moc

do pojednania się z moimi braćmi i siostrami

***

Oddaję Tobie także całą moją rodzinę,

wszystkich moich przyjaciół

i wszystkich ludzi, a szczególnie tych,

którzy najbardziej potrzebują

w tym momencie pomocy i miłosierdzia Bożego.

***

Chcę jak Jezus w Nazarecie żyć przez wszystkie dni

mego życia przy Twoim boku.

Od tej chwili wszystko we mnie wraz z Tobą

niech wielbi Pana.

Niech moje serce raduje się w Bogu moim Zbawicielu.

Amen


Opublikowany w Medziugorje, Prośba o modlitwę | Komentarzy: 21 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 175 other followers