Politycy SLD zwrócili się do przewodniczącego KRRiT Witolda Kołodziejskiego o ocenę filmu Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego “Solidarni 2010″, wyemitowanego w poniedziałek w TVP1.Wyprodukowanie i wyemitowanie tego filmu przez telewizję publiczną powinno stać się przedmiotem oceny Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Emisja tego filmu burzy poczucie żałobnej jedności Polaków w sprawie tragedii koło Smoleńska” – napisali w liście do Kołodziejskiego wiceszef sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu Jerzy Wenderlicha (SLD) i rzecznik Sojuszu Tomasz Kalita. Poseł Lewicy zapowiedział także, że zaproponuje zwołanie nadzwyczajnego posiedzenie komisji kultury, aby wszyscy jej członkowie mogli się z tym filmem zapoznać i aby – jak mówił – “eksperci wypowiedzieli się, czy ten film ma coś wspólnego z niezależnym dziennikarstwem”.
Ewa Stankiewicz stwierdza, że pod Pałać Prezydencki poszła “w odruchu utrwalenia czegoś ważnego”. – Nagrywanymi rozmowami zainteresowała się TVP. Chcąc porozmawiać przed kamerą z kimś, kto był na miejscu w Katyniu – na uroczystościach, które się nie odbyły – umówiłam się z Jankiem Pospieszalskim (…). Tam na ulicy przed Pałacem zobaczyłam, jakim wielkim szacunkiem darzą go ludzie w jak wielkiej masie i to (…) wcale nie przez ludzi określanych mianem “moherów”. Pani reżyser dodaje, że film to “próba uchwycenia nastrojów i zarejestrowania (…) pewnego zrywu społecznego”. – Była to też próba przywrócenia równowagi w jednostronnych relacjach medialnych z żałoby (…). Oraz próba oddania głosu ogromnej części społeczeństwa. Ludzie przed naszą kamerą tłumaczyli się: czy ja wyglądam jak moher? Czy jestem ciemniakiem? Mam dwa fakultety, prowadzę firmę.// <!–[CDATA[// //
Ewa Stankiewicz odnosi się także do zarzutów o pokazanie w obrazie aktorów. - Na około 100 pokazanych w filmie osób jest chyba 3 aktorów (być może jest jeszcze ktoś nierozpoznawalny) i przynajmniej jeden reżyser (Lech Majewski). Przypuszczam, że są profesorowie, studenci, kucharze, właściciele firm, itp. Nie wiem, bo (…) nie pytałam o zawód.
Za sprawą "Dziennika Gazety Prawnej" najbardziej znana spośród aktorów, którzy znaleźli się w filmie, jest osoba Mariusza Bulskiego. Według Stankiewicz jego wypowiedź była "niezwykle dramatyczna". - Może dla niektórych jest zbyt patetyczna. Dla mnie stanowiła duże przeżycie – broni się. - Kiedy na drugi dzień dowiedziałam się, że jest aktorem (…), rzeczywiście zastanawiałam się, czy użyć tej rozmowy w montażu i narazić się na zarzuty, których się spodziewałam, czy zgodnie ze swoim sumieniem podzielić się z widzami rozmową, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ponieważ ja byłam pod Pałacem codziennie i Mariusz też – zaznajomiliśmy się. Wcześniej go nie znałam. Rozmowa była spontaniczna, szczera, i niezainicjowana przeze mnie, mam na to świadków – ekipę filmową, ludzi poznanych przy okazji wcześniejszego projektu filmowego – napisała w oświadczeniu.
Autorka filmu zwraca też uwagę, że "jeśli nikogo nie wzburza półgodzinna relacja z protestu 200 ludzi przeciwko pochowaniu Prezydenta pod Wawelem (…), to skąd protesty przeciwko uchwyceniu procesów, które zachodzą w wielotysięcznym tłumie, procesów niezaprzeczalnych, których byłam świadkiem".
W jej ocenie trzeba "dostrzec wartość w odmiennym zdaniu, w braku cenzury, także tej mentalnej".
Niedługo za posiadanie lub oglądanie tego filmu może być kara do 5 lat więzienia. Dlatego umieszczam ten film aby kto jeszcze go nie widział, mógł zobaczyć dopóki jeszcze nie jest zakazany. Jeszcze trochę i wszystko co nie jest akceptowane przez Wyborczą TVN czy Kubę Wojewódzkiego może zostać zakazane.

