1 marca przypada Dzień Pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Zapraszam na stronę Fundacji „Pamiętamy”, której celem jest przywrócenie pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Strona Fundacji Pamięci. Niech ta pamięć nigdy nie zaginie.
Ja polecam film o sanitariuszce Inka. W oficjalnych mediach będzie całkowita cisza o tym dniu. Dlatego apeluje przestańcie oglądać WSI24 TV i Polsaty . Usiądźcie i zobaczcie patriotyczny film polski. Proszę o wywieszenie flagi polskiej w tym dniu na swoim domu.
Rankiem 28 sierpnia 1946 r., na 6 dni przed 18. urodzinami, Danka Siedzikówna „Inka” weszła do sali egzekucyjnej w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej. Była godzina 6.15. Sala egzekucyjna pełna ludzi. Wśród nich przejęty tą sytuacją do głębi wikariusz kościoła garnizonowego w Gdańsku ks. Marian Prusak, który dwie godziny wcześniej spowiadał „Inkę”. Odczytano wyrok. Strzały z pepesz drasnęły tylko dziewczynę i zraniły jej towarzysza niedoli, oficera wileńskiej AK Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Zanim te strzały padły, obydwoje zdążyli krzyknąć: „Niech żyje Polska!”. Oszołomieni hukiem wystrzałów osunęli się na ziemię, „Inka” podniosła się raz jeszcze i krzyknęła: „Niech żyje major ‘Łupaszko’!”. Dowódca plutonu egzekucyjnego, oficer KBW, podszedł i z bliskiej odległości, strzałami z pistoletu w głowę, zabił obydwoje. W pożegnalnym grypsie, przekazanym z więzienia już po wyroku śmierci, Danka napisała: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba…”.
Jest to świadectwo, które muszę i chcę dać całemu światu dla większej chwały Bożej i dla zbawienia tych, którzy chcą otworzyć serca Panu. Także po to, by wiele osób konsekrowanych Bogu na nowo roznieciło w sobie ogień miłości do Chrystusa; niektórzy z nich mają ręce posiadające władzę, by uobecniać Go w tym świecie, tak by stał się naszym pokarmem. Dla innych, aby przełamali “praktykę rutyny” w przyjmowaniu Go i na nowo ożywili w sobie zadziwienie nad codziennym spotkaniem z Miłością. I dla moich świeckich braci i sióstr na całym świecie, aby żyli wielkodusznie tym największym Cudem: celebracją Eucharystii.
Wasza siostra w Żyjącym Jezusie
Catalina Rivas
Świecka misjonarka Eucharystycznego Serca Jezusa
Teatr im. Józefa Węgrzyna w Ełku przedstawia spektakl inspirowany objawieniami Cataliny Rivas. Bardzo dziękujemy Katolickiej Odnowie w Duchu Świętym za to przedstawienie jest na najwyższym poziomie. Miałem brać udział w spotkaniu z Cataliną Rivas w Lublinie niestety biskup zabronił Catalinie przyjazdu do Lublina. Dlatego tym bardziej należą się wam podziękowania że wy jako ludzie świeccy bierzecie odpowiedzialność za Kościół i poprzez to przedstawienie rozjaśniacie ludziom tajemnicę Mszy Świętej. O Catalinie Rivas był już u nas wpis tutaj . Zapraszam do oglądania wszystkich części.
Miesięcznik sanktuarium Matki Bożej Jasnogórskiej „Jasna Góra” nr 2/84 zamieścił relację Kazimierza Hektora z Wrocławia – Pawłowic na temat niezwykłych okoliczności obrony Jasnej Góry w dniu 1 i 2 września 1939 r. Prezentujemy ten tekst w całości…
Nad położeniem jasnogórskiego sanktuarium w okresie okupacji hitlerowskiej (1939-1945) od kilku lat prowadzone są badania naukowe. Wyniki tych ustaleń w pełnej wersji opublikował o. Janusz Zoudniewek w roczniku „Studia Clarmonta” (1980, s. 300-373). Nadal jednak niewyjaśnioną w pełni pozostaje sprawa bezskutecznych prób zburzenia Jasnej Góry przez wojska niemieckie w pierwszych dniach września. Możliwość takich przedsięwzięć wydaje się bardzo prawdopodobną gdy uwzględnimy fakt ataków podjętych na kult Matki Bożej Jasnogórskiej Królowej Polski przez czołowych ideologów nazizmu i propagandą faszystowską.
W 1958 r. sąsiad mój, Stanisław Biegalski (obecnie nieżyjący) poprosił mnie, ażebym napisał i wysłał do Kurii we Wrocławiu opisany cud obrony Jasnej Góry przed zbombardowaniem przez Niemców w dniu 1 i 2 września 1939 r. Przebieg bombardowania przekazali mu naoczni świadkowie, Niemcy (nazwisk nie pamiętam). Zeznania Stanisława Biegalskiego spisałem w formie protokołu w brudnopis i następnego dnia przepisany na maszynie doręczyłem osobiście Dyrektorowi Kurii Wrocławskiej ks. Ignacemu Pawlikiewiczowi.
Treść zeznania Stanisława Biegalskiego pamiętam w najdrobniejszych szczegółach.
Zeznanie to jest następujące: Stanisław Biegalski, mieszkajacy w pow. Kępno, woj. poznańskie często wyjeżdżał na roboty do Niemiec, do wsi Pawlowitz, obecnie Pawłowice. W lipcu 1939 r. również wyjechał do Pawłowic na roboty. Pracował u Niemca, który był pracownikiem placowym na lotnisku wojskowym obok Pawłowic. Niemiec ten darzył Biegalskiego wielką przyjaźnią, ponieważ obaj byli gorliwymi katolikami. W dniu 2.IX.1939 r. Niemiec po powrocie z pracy poprosił Biegalskiego do budynku gospodarczego i upewniwszy się, że nikt ich nie może słyszeć, zażądał przyrzeczenia zatrzymania w tajemnicy tego, co mu powie, dodając przy tym, że nie może tego zdradzić nawet najbliższym osobom. Po otrzymaniu żądanego przyrzeczenia powiedział: „Wasza Madonna wczoraj i dzisiaj dokonała wielkiego cudu i nie pozwoliła zbombardować Swojej siedziby w Częstochowie. Wczoraj wysłano eskadrę samolotów celem zbombardowania Jej Kościoła. Piloci wrócili i mówili, że otrzymali złe szkice, ponieważ w miejscu celu było wielkie jezioro i tam bomby rzucili.
Dowództwo orzekło, że jest to sabotaż, pilotów oddano pod sąd polowy. Po południu tego dnia wysłano drugą_ eskadrą, i ci zawiedli, ponieważ w miejscu celu widzieli wielki bór leśny. I chociaż rzucili tam bomby, podzielili los swoich poprzednich kolegów. W dniu 2.IX.1939 r. rano wysłano trzecią eskadrę, ale z załogą składającą sią z. samych oficerów SS, a do tego ochotników. Nikt z tej eskadry do bazy nie wrócił. Co się z nimi stało – na razie nikt nie wie.
Następnego dnia, tj. 3.IX.1939 r. Niemiec ów wrócił do domu jak struty. Mocno żałował, że zdradził tajemnicą, ponieważ zaczęły się straszne aresztowania tych, którzy cokolwiek słyszeli o tym wydarzeniu. Stanisław Biegalski zląkł się nie mniej od swego Niemca, ale szybko znalazł radą na uspokojenie. Wyczytał w gazecie, że przedsiębiorstwo budowy dróg i mostów z siedzibą Wrocław – Klecina poszukują ludzi do pracy. Tam go przyjęto i zakwaterowano w remizie straży pożarnej. Zarobek 4,5 marki plus becugszajny to luksus w czasie wojennym dla Polaka. Obiady i kolacje w restauracji, Kłopot sprawiały śniadania. Ale i ten kłopot niebawem ustąpił. Biegalski z wdzięczności za odebrane łaski od Boga chodził codziennie do pobliskiego kościoła na wotywne Msze św. Zastanowił go fakt, że w ciągu miesiąca stan ludzi w kościele był ten sam, stale siedem starszych kobiet. Zauważył też, że jedna z nich mieszka blisko remizy. Ją to zaczepił pewnego dnia na ulicy i poprosił, aby dawała mu gorące sniadanie. Niemka zgodziła się, ale tylko na samą herbatę. Odtąd już codziennie wracali razem z kościoła do jej domu, gdzie w kuchni był przyjmowany herbatą. Siedząć przy stole obok kredensu, pewnego dnia mimo woli zajrzał do kredensu i zobaczył tam obraz. Na jego pytanie, dlaczego tam trzyma obraz, skoro jest osobą religijną i praktykująca, Niemka z wielką radością odpowiedziała: dobrze, że go pan zauważył. Ja o nim zapomniałam, ale teraz on wróci na swoje miejsce. Wyjęła go natychmiast, otarła z kurzu i zaniosła do pokoju. Po powrocie wyjaśniła historią schowanego obrazu. Otóż w I936 r. syn jej jako żołnierz wstąpił do SS. Do domu wpadał często, ale z miejsca zażądał schowania obrazów, gdyż w przeciwnym wypadku będzie musiał je zniszczyć. Biegalski pyta się, dlaczego teraz obraz może wisieć na dawnym miejscu. Niemka odpowiedziała krótko: „Syn utracił zdrowie, ale odzyskał wiarę. Jak to się stało on opowie panu sam, ponieważ lepiej to wie”. I zawołała syna. Syn przyszedł do kuchni przy pomocy kul i opowiedział bardzo szczegółowo historię trzeciej eskadry bombowej, lecącej na Jasną Górę W dniu 2.12.1939 r. będąc lejtnantem lotnictwa wojskowego, formacji SS , zgłosiłem się na ochotnika do eskadry, której celem było zbombardowanie kościoła z obrazem Schwarze Madonna w Częstochowie W dniu 2.IX.1939r. zażądali ochotników dlatego, ponieważ dwie poprzednie eskadry na skutek sabotażu czy dywersji nie wykonały tego zadania. Postanowiliśmy wykonać to zadanie za wszelką cenę, gdyż taki był rozkaz naszego dowództwa SS. Zaraz po wystartowaniu, początkowo lot odbywał się normalnie. Gdzieś w połowie trasy stery nasze zaczęły działać samoczynnie i zauważyłem, że wszyscy lecą w różnych kierunkach, nie osiągając celu. Ja wylądowałem w Czechosłowacji na kartoflisku z braku benzyny. O losie kolegów nic nie wiem. Wiem, że kaleką będę do końca życia, ponieważ z Bogiem nie wolno walczyć. To moje kalectwo jest dla mnie cudem odzyskania wiary.”
Na tym kończę opowiadanie Stanisława Biegalskiego o cudzie.
Mam na imię Łukasz, jestem z Jeleniej Góry. Do Medziugorja pierwszy raz przyjechałem trzy lata temu z grupą Moniki S. Moja mama była tam w 1999 roku. Tam też się nawróciła i opowiadała nam o tym miejscu, ale jakoś zbytnio mnie ono nie interesowało.
Mając 14 lat myślałem, że łatwo znajdę sens życia. Chciałem być lubiany, akceptowany, szukałem towarzystwa – i wpadłem w złe towarzystwo. Zaczęło się od papierosów. Moje życie jakoś mijało, myślałem, że nie ma ono sensu. Szukałem wrażeń, zacząłem brać narkotyki.
Wpadłem w wielkie zło, ponieważ sięgnąłem po marihuanę, która mnie uzależniła i paliłem ją kilka razy dziennie. Potem, nie wiedząc kiedy, wpadłem w następny narkotyk – amfetaminę. Nie brałem jedynie heroiny i LSD, i chwała Panu za to, naprawdę. Wszystko się kręciło w moim życiu wokół narkotyków, chciałem je brać do końca życia, przeprowadzić się do Holandii i palić tam marihuanę – taki był mój plan. Narkotyki, faza, imprezki – to było coś, co mnie kręciło.
Ale przyszedł czas, kiedy narkotyków zaczęło brakować, zaczęło brakować na nie pieniędzy. Wtedy chodziłem do supermarketów, wynosiłem po cztery butelki perfum i sprzedawałem je dilerom. Robiłem różne rzeczy, żeby tylko zdobyć pieniądze. I zdobywałem je. Dawałem też narkotyki ludziom, którzy nigdy nie brali, którzy nie znali ich działania, przyczyniłem się do ich nałogu.
Chciałem kogoś poznać w Medziugorju
W 2006 roku mama powiedziała mi, że jedziemy do Medziugorja. Pokazywała mi jakieś filmy, zdjęcia, ale mnie to nie pociągało. Zachęciła mnie, wreszcie mówiąc: „Chodź, zobaczysz Adriatyk, będzie pięknie, będzie plaża, będą naprawdę fajne, udane wakacje”. Powiedziałem: „No zobaczymy”. Ja nie chciałem się zmieniać, chciałem być taki, jaki byłem.
Wreszcie nadszedł taki dzień: wchodzę do autokaru, a oni mi każą odmawiać różaniec. Myślę sobie: „Wariaci, szaleni”. Z modlitwą nie miałem nic wspólnego, choć mamie udawało się mnie zaciągnąć do kościoła; przepytywała też mnie z Ewangelii.
W drodze do Medziugorja przespałem cztery części różańca i byłem z tego powodu szczęśliwy. Na miejscu poczułem bardzo dziwny klimat. Zacząłem obserwować ludzi, chodzących po Medziugorju. Zobaczyłem jedną dziewczynę, drugą, trzecią – jeszcze ładniejszą. „No – mówię – fajne dziewczyny, ale z różańcem w ręku. Takich cyrków jeszcze nie było, co tu się dzieje?”.
Poszedłem z mamą i siostrą do kościoła. Mama skakała ucieszona, że syneczek przyjechał do Medziugorja, a ja podchodziłem do wszystkiego sceptycznie; mama z siostrą modliły się gorliwie, a ja prawie ciągle spałem.
Chciałem kogoś poznać w Medziugorju, bo nie będę przecież chodził z mamą i siostrą, bez znajomych (oderwaliśmy się od grupy, z którą przyjechaliśmy, bo mieliśmy wynajęte mieszkanie). Po wyjściu z kościoła poszliśmy pochodzić po terenie parafii. Patrzę, ile tych różańców na stoiskach. „Załamka – pomyślałem – jacy nawiedzeni ludzie”. Idę, a tu podbiega do mnie dziewczyna i mówi: „Cześć, Ola jestem”. Odwróciłem się, oczy mało mi z orbit nie wypadły. „Łukasz jestem, cześć”, a ona na to: „Radyjko mi się zepsuło”. „No, spoko, mechanikiem jestem, ale radyjka ci nie naprawię”.
Porozmawialiśmy trochę i okazało się, że ona też jest z Jeleniej Góry. Nie wiedziałem, co się dzieje. Wokół 50 tysięcy ludzi, a tu podbiega do mnie dziewczyna z mojego miasta.
Nie wiedziałem, co tu się dzieje
Zaczął się Festiwal Młodych; ludzie tańczą, skaczą. Spodobało mi się. „Taka inna msza – pomyślałem – fajnie by było, jakby takie msze były w Polsce, bo na pewno więcej młodzieży by się zorganizowało”.
Tego roku na Festiwalu śpiewała piosenkarka, Tatiana. Ona jest z Ameryki, a wyszła za mąż za Chorwata i przyjechała dać koncert w Medziugorju. Miała niesamowity głos i powiedziałem mamie, że chciałbym mieć którąś z jej płyt. Poszliśmy zobaczyć, ile kosztują. Okazało się, że nie mieliśmy już na nie pieniędzy. Stwierdziliśmy, że po prostu jedną sobie przegramy. Kiedy skończył się koncert, poprosiłem mamę, żeby na mnie poczekała, bo muszę iść do toalety. Wracając zobaczyłem, że moja siostra rozmawia z Tatianą. Podszedłem do nich. Tatiana podarowała mi dwie płyty i autograf. Podziękowałem, ale o mało nie zemdlałem. Totalny szok, jako narkoman nie wiedziałem, co tu się dzieje: czy wszystko, co mnie tu spotyka, jest od Boga, czy to tylko dzieło przypadku? Tatiana mogła przecież pójść zupełnie inną drogą, rozmawiać z zupełnie innymi ludźmi. Tak Bóg wysłuchał w Medziugorju mojego drugiego pragnienia.
Idź, jesteś wolny
Kiedy wieczorem po Mszy była adoracja, klęknąłem i zacząłem wrzeszczeć do Boga, że nie wiem, co tu się dzieje, że chcę Go zobaczyć: „Jeśli Ty jesteś, to się pokaż, bo ja chcę Cię dotknąć, nie tylko odmawiać paciorki, nie słysząc Ciebie”. I pamiętam, jak wtedy zacząłem płakać, a raczej – beczeć jak małe dziecko. Pamiętam moją mamę, która patrzyła na mnie z uśmiechem.
Konferencje wspólnoty Cenacolo, które tam usłyszałem, trafiały do mnie, bo było to odzwierciedlenie mojego życia – świadectwa narkomanów, osób, które miały życie podobne do mojego. Zacząłem ich słuchać i zrozumiałem, że oni się nawrócili, oni Kogoś spotkali. Pomyślałem, że też chcę tego Kogoś spotkać. I zacząłem krzyczeć do Boga podczas adoracji. Po niej, mokry od łez, postanowiłem, że pójdę do spowiedzi.
Obawiałem się tylko, że kiedy wypowiem na głos moje grzechy – kapłan ucieknie, albo ja sam. Miałem za dużo na sumieniu, żeby można było o tym swobodnie porozmawiać. Starałem się nie tyle modlić, co wzbudzać w sobie pragnienie, żeby to się udało, żeby ta spowiedź była czysta, dobra. Ksiądz jednak nie uciekł z konfesjonału, ja też nie, choć stres przeżywałem niesamowity, bo to była moja pierwsza spowiedź po – nie wiem, jak długim – czasie. Pamiętam niezwykły pokój w sercu, po otrzymaniu rozgrzeszenia, coś, czego nigdy nie odczułem, a także słowa: „Idź, jesteś wolny, całe życie przed tobą”. Wiedziałem, że wszystkiego spróbowałem na tym świecie: narkotyków, papierosów, kradzieży… A teraz mam iść i zobaczyć, jak się żyje z Bogiem.
Potem Pan Bóg posłużył się mamą Oli, która jest liderką w grupie Odnowy w Duchu Świętym. Na górę Kriżewac szedłem z nią i panią Helenką i one właśnie zachęciły mnie do uczestnictwa w spotkaniu wspólnoty już w Polsce, w Jeleniej Górze. Wtedy postanowiłem zobaczyć, jak wygląda to życie z Bogiem.
Gdyby nie wspólnota, upadłbym
Ostatniego dnia Festiwalu w Medziugorju powiedziałem, że ja zabieram stąd Matkę Bożą. Człowiek, który przebywał w Medziugorju bardzo długo, powiedział: „Nie, nie, ty stąd Matki Bożej nie zabierzesz”. Ludzie się śmiali, ale to była też łaska.
Po powrocie do Jeleniej Góry zacząłem się zastanawiać, jak moje towarzystwo zareaguje, jak się będzie zachowywać, kiedy powiem, że nie chcę już brać narkotyków. Zacząłem wtedy uczestniczyć w spotkaniach modlitewnych. Chcę jedno podkreślić: gdyby nie wspólnota, to upadłbym, nie wiem, czy przyjechałbym następny raz do Medziugorja, nie wiem, czy moje nawrócenie wydałoby tak dużo owoców, jak teraz. Wszystko działo się dzięki stałej modlitwie we wspólnocie. Miałem przecież wokół siebie osoby, z którymi mogłem porozmawiać, którym mogłem powiedzieć: „Słuchaj, Jezus zrobił w moim życiu to i to, i to”.
Mnie dano tę łaskę, że mam jeszcze takie osoby w rodzinie, ale nie wszyscy są w podobnej sytuacji. Bywa, że ktoś chce się nawrócić, ale nie znajduje pomocy tam, gdzie jej szuka, i to jest przykre. Dlatego tak bardzo pomocna bywa wspólnota osób, które są tego samego ducha i które mogą porozmawiać.
Pamiętam, jak z Medziugorju wróciłem do domu, a koledzy mówią: „Chodź, Łukasz, zapalimy, zaćpamy, my stawiamy, nie było cię trochę”. Odmawiałem, mówiłem: „Nie, idę do kościoła”. A oni: „Weź, głupi jesteś, jak będziesz miał 70 lat, będziesz chodził do kościoła”. I tak to trwało. W swoje 18. urodziny poszedłem na adorację i to było niesamowite – ledwie miesiąc wcześniej myślałem, że tego dnia będzie wielka biba.
Wspólnota mi pomagała, zaczęło się wszystko układać. Rosła też moja chęć poznania Boga. Zacząłem codziennie chodzić do kościoła. Kiedy zdarzyło mi się raz w tygodniu nie iść na Mszę, siostra zdziwiona pytała mnie, co się stało. Po swoim nawróceniu zacząłem chodzić z różańcem w ręku, a ludzie kręcili głowami i stukali się w czoło: „Co za czubek idzie!”.
Może powiedziałbyś świadectwo?
W 2007 roku pojechałem do Medziugorja podziękować za nawrócenie. Byłem radosny, zupełnie inaczej przeżywałem ten wyjazd niż kiedyś. Słyszałem o wielu nawróceniach. Byłem cały czas ze wspólnotą; ludzi, którzy są tego samego ducha. Po powrocie uczestniczyłem jeszcze w spotkaniu młodzieży w Krzeszowie. Któregoś dnia Tomek zaproponował: „Może powiedziałbyś świadectwo?”.
Pamiętam, jak wtedy czułem opór, ale przez cztery dni się modliłem, pytając, czy tego chce Bóg. W ostatni dzień opowiadała o swoim życiu para, która od trzech i pół roku jest ze sobą, żyjąc w czystości. Ci młodzi mówili jak Bóg błogosławi parom, które chcą się na Nim oprzeć. Potem do ambony poszedłem ja. Moje świadectwo zacząłem od przyznania się do czterodniowych wahań i modlitw. Powiedziałem, że to Duch Święty niemal mnie wypchnął przed mikrofon, bo sam z siebie nie byłem w stanie wstać i przemówić.
Na koniec zadawano mi pytania i jedna dziewczyna zapytała, co z moim towarzystwem. Odpowiedziałem, że należę do wspólnoty, ale są tam osoby starsze, z którymi nie mogę gdzieś wyjść czy spotkać się choćby w szkole. Później podbiegła do mnie dziewczyna (obserwowałem ją, bo wpadła mi w oko) i zapytała, skąd przyjechałem. Powiedziałem, że jestem z Jeleniej Góry. Ona się właśnie tu przeprowadzała z Polkowic. Dała mi swój numer telefonu, z czego bardzo się ucieszyłem. We wrześniu zadzwoniłem do niej: „Marysia, może się spotkamy?” A ona na to: „Zapraszam cię we środy o godz. 19.15 do wspólnoty <> w Jeleniej Górze”. Okazało się, że to wspólnota, w której spotyka się trzydzieści młodych osób. A przecież brakowało mi w życiu towarzystwa młodych ludzi.
Jeżdżę nadal do Medziugorja. Byłem chyba tu zaproszony. Wiem, że miałem być też świadkiem innych nawróceń. Wielu już osobom opowiadałem o Medziugorju i każdego roku mocno przeżywam spotkanie. Chwała Panu!
„Drogie dzieci! Przyroda się budzi i na drzewach widać pierwsze pąki, które dadzą przepiękny kwiat i owoc. Pragnę abyście i wy, kochane dzieci, pracowały nad waszym nawróceniem i byście dawali świadectwo własnym życiem, aby wasz przykład był dla innych znakiem i bodźcem do nawrócenia. Jestem z wami i oręduję przed moim Synem Jezusem o wasze nawrócenie. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie”.
“To, co zaczęło się w Fatimie zakończy się w Medjugorje: Moje Niepokalane Serce zatriumfuje”
W Fatimie Matka Boża powiedziała do siostry Łucji.
“Na koniec Moje Niepokalane Serce zatriumfuje”
Poniżej znajduje się fotka oryginalnego dokumentu . Podkreślony tekst napisany przez siostrę Łucję z Fatimy.
Zdrowaś Maryjo ! Łaski pełna ! Pan jest z Tobą ! Błogosławiona jesteś między niewiastami! I błogosławiony owoc Twojego żywota Jezus!
Jutro 25 lutego o godz.18:40 Matka Boża przyjdzie do nas i zostawi nam orędzie. Matka Boża mówiła do nas w ostatnim orędziu 25 stycznia 2011 tak: Drogie dzieci! Również dziś jestem z wami i patrzę na was i błogosławię i nie tracę nadziei, że ten świat przemieni się na lepsze i że pokój będzie panował w ludzkich sercach. Radość zapanuje nad światem, bo otwarliście się na moje wezwanie i miłość Bożą. Duch Święty przemienia wielu ludzi, którzy powiedzieli „tak”. Dlatego pragnę wam powiedzieć: dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.” W ostatnich orędziach Matka Boża mówi nam jakby o teraźniejszości i przyszłości. Mówi że radość zapanuje na świecie , że świat się zmieni i pokój zapanuje w sercach ludzi.Bardzo ciekawa jest dalsza część ostatniego orędzia gdzie Matka Boża mówi nie to co będzie tylko to co się dzieje teraz. Mówi Duch Święty zmienia wielu ludzi . Nie mówi że Duch Święty będzie zmieniał, ale że Duch Święty zmienia, już zmienia. Tak więc Duch Święty zmienia miliony wojska synów Maryi. Te zmiany które się dokonują mają na cel przygotowanie gruntu dla pokoju i radości które zapanują na całym świecie. 2 lutego mówi nam: Modlitwa doprowadzi was do wypełnienia mego pragnienia, mojej misji tutaj pośród was, jedności w Bożej rodzinie. Co mogą znaczyć słowa “jedności w Bożej rodzinie”? Ja myślę że w ten sposób zbiegnie się w czasie Triumf Niepokalanego Serca Maryi z jednością rodziny Bożej . Być może będzie to jedność wszystkich chrześcijan . Triumf Niepokalanego Serca Maryi i jedność rodziny Bożej to tak myślę wielkie zwycięstwo jakie odniesie Kościół, zwycięstwo jakiego wcześniej nigdy nie doświadczył. Oczekując na jutrzejsze orędzie czytajmy i rozważajmy Pismo Święte o co prosi nas Matka Boża aby czynić to w czwartki.
W Unii jest fajnie, niczego tu nie brakuje. Cukier jest po 4 zł za kg, benzyna po 5,50 zł za litr, masło po 4,10 zł za kostkę, chleb po 3,20 zł za bochenek, a paczka papierosów po 12 zł .
Jeśli chodzi o nasz dom, to latem przyjechał pan Helmut z Berlina . Najpierw postawił piwo, a potem pokazał akt własności z 1937 r. i powiedział, że teraz to jego ziemia i wszystko, co na niej. Może to i lepiej, i tak nie byłem w stanie płacić podatku katastralnego (Mamusia wie, 2% od wartości nieruchomości rocznie). Za to w przytułku mamy kolorową telewizję i fajne filmy .
Pracy na razie nie ma, ale mówią, że będzie. Jak dożyję, to za 6 lat będę mógł pracować w Niemczech albo Austrii. P W mieście budują nowy urząd . Unia dała trochę grosza. Firma Heńka Kowalskiego startowała w przetargu, ale rozstrzygano go w Brukseli i wygrali Szwedzi. Co prawda inżynierów sprowadzili od siebie, ale Heniek i tak się cieszy, bo uznali jego kwalifikacje i pozwolili nosić cegły. Niech sobie chłop zarobi, bo jego firma już nie wytrzymuje tego zwiększonego VAT-u w budownictwie . Chciał wysłać syna na studia do Francji, ale nie miał na to pieniędzy. Córka jednego z ministrów miała więcej szczęścia i dostała unijne stypendium. Chłopak Henia jest całkiem zdolny, więc zdawał na naszą politechnikę. Byłby się dostał, gdyby nie konkurencja młodzieży z innych krajów unijnych. W końcu tam uczelnie też są przepełnione. Na razie jest na darmowym stażu w hipermarkecie.
Ostatnio w mieście pojawiło się mnóstwo byłych rolników. Mówią coś o nierównej konkurencji, niskich dopłatach i limitach produkcyjnych. Nie wiem o co im chodzi, przecież mieli najwięcej zyskać na integracji .
Do domu naprzeciwko wprowadziło się młode małżeństwo – Tomek i Jacek. To bardzo wrażliwi ludzie, nawet starają się o adopcję. Pani kurator jest bardzo tolerancyjna i świeżo po aborcji, więc mają duże szanse.
Niech Mamusia na razie siedzi na tej Białorusi, bo tu szaleje eutanazja, zwłaszcza, że ubezpieczalnia już o Mamusię pytała.
To tyle, bo idę po zasiłek. Będę go pobierał jeszcze dwa miesiące.
Całuję mocno, Zdzisiek
P.S. Niech mi Mamusia przyśle kilo szynki, ale takiej ze zwykłego prosiaka, bo te nasze świecą po nocach.
P.P.S. Niech Mamusia wyśle ten list swoim znajomym. Może za kilkanaście lat do mnie wróci. Wtedy Polski już pewnie nie będzie, ale w końcu będę obywatelem nowego euroregionu…
Poseł Marek Plura PO namawia do publicznych wystąpień po śląsku.
Pyrsk ludkowie! Nie chca, ale musza, łotwiromy te łobrady – czy takie słowa usłyszymy niebawem w Sali Sejmu Śląskiego? Tak, jeśli śląscy politycy wezmą sobie do serca pomysł posła PO Marka Plury, który zachęca wszystkich posługujących się językiem śląskim do mówienia śląszczyzną podczas oficjalnych wystąpień. Sam poseł ma już debiut za sobą – wygłosił krótkie przemówienie po sląsku i otrzymał setki gratulacji.
Niektórzy nasi politycy tak słabo sobie radzą że może po śląsku będą lepiej zrozumiani? – zauważa europoseł Marek Migalski z ugrupowania Polska jest Najważniejsza. W jednym z ostatnich programów Jana Pospieszalskiego “Warto rozmawiać” skandaliczny bełkot Kutza(PO), mówi on o Polskich obozach koncentracyjnych, w których ginęli Ślązacy! Po raz pierwszy w swej kilkunastoletniej historii Ruch Autonomii Śląska pod wodzą Jerzego Gorzelika zdobył trzy mandaty w wyborach do sejmiku województwa śląskiego i wszedł do koalicji z PO i PSL. Czy inicjatywy RAŚ to początek separatyzmu w Polsce? Jak widzimy politycy PO, PJN, PSL czy SLD dążą do rozbicia Polski na dzielnice, regiony.
Przedstawiam program Warto rozmawiać
cz.1
cz.2
cz.3
Z dzisiejszego Naszego Dziennika
Groźba rozpadu Polski na regiony?
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
Myślę, że trzeba koniecznie dopowiedzieć pewne rzeczy do jednej z ważnych audycji “Warto rozmawiać”, prowadzonej przez Jana Pospieszalskiego, człowieka o doskonałym zmyśle społeczno-politycznym. Mam na myśli dyskusję na temat autonomii Śląska. Temat ten jest niesłusznie lekceważony na forum Polski. Jest on bowiem symptomem ogólnych tendencji ideologii unijnej do rozbijania państw UE na regiony, a dokładniej – na regionalne quasi-państewka, oczywiście z wyjątkiem trzech czy czterech państw wiodących.
W styczniu 1990 r. grupa działaczy społeczno-politycznych z Górnego Śląska założyła organizację pod nazwą Ruch Autonomii Śląska, 27 czerwca 2001 r. zarejestrowaną jako stowarzyszenie z siedzibą w Rybniku. Ruch ten formalnie nawiązał do autonomii województwa śląskiego II Rzeczypospolitej, ale autonomię tę pojął bardziej radykalnie: ludność Śląska miałaby stanowić “naród śląski”, a słowo “autonomia” rozumie się jako niemal całkowitą niezależność od państwa polskiego. Już w 2002 r. stowarzyszenie miało mieć na Górnym Śląsku poparcie 173 tys. mieszkańców. Dziś samo stowarzyszenie ma liczyć ponad 7 tys. członków.
Ideologia RAŚ została mocno zainspirowana liberalną ideologią unijną, która zmierza ostatecznie do wielkiego osłabienia roli państw w znaczeniu klasycznym, w tym także do ich regionalizacji. W tym celu RAŚ przystąpił w 2004 r. do partii politycznej Wolny Sojusz Europejski, który gromadzi regionalistów, autonomistów i separatystów w całej Europie. W UE jest ponad 30 podobnych ruchów. Świadczą one dokładnie o utopijnym i anarchistycznym charakterze ideologii unijnej.
RAŚ chce przekształcić całą Polskę w federację regionów, w tym celu w roku 2012 objąć swą działalnością cały kraj, zmienić Konstytucję w roku 2019 i w 2020 ustanowić autonomię Śląska, łącznie z Dolnym Śląskiem. W konsekwencji Polska ma być podzielona na 12 regionów autonomicznych, takich jak: Śląsk, Wielkopolska, Małopolska, Podhale, Górale, Kaszubi, Pomorze, Warmia, Mazowsze, Świętokrzyskie, Lubelszczyzna i Podlasie. Śląsk ma mieć jednoizbowy Sejm Śląski ustawodawczy, regionalny rząd i samorząd, Skarb Śląski, szkolnictwo, policję, uniwersytety, politykę kulturalną, transport, turystykę, sport i inne. Większość środków budżetowych pozostawałaby na Śląsku, a tylko niewielka część byłaby przekazywana do budżetu krajowego. W gestii rządu centralnego Polski pozostawałyby tylko: polityka zagraniczna, wojsko i polityka monetarna (do czasu wejścia Polski do strefy euro).
Problem “narodowości śląskiej”
Niektórzy działacze RAŚ utworzyli Związek Ludności Narodowości Śląskiej mający na celu zalegalizowanie “narodowości śląskiej”. Władze polskie odrzuciły ten wniosek 20 grudnia 2001 roku. Ślązacy odwołali się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, ale Trybunał uczynił to samo 17 lutego 2007 roku. Mimo to wielu działaczy RAŚ prywatnie budzi i premiuje nadal świadomość narodowości śląskiej. Sam przewodniczący miał powiedzieć: “Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja Ojczyzna to Górny Śląsk”.
Istotnie, Ślązacy nie mają cech odrębnej narodowości, chyba że chcieliby przyjmować skrycie świadomość jakiegoś landu niemieckiego. Naród w ścisłym znaczeniu jest określoną gałęzią genetycznego drzewa ludzkości i najwyższym etapem antropogenezy społecznej: od rodziny, poprzez ród, wspólnotę lokalną, plemię i lud, aż do formy narodowej jako najwyższej w dotychczasowej historii. Naród jest ludnością zespoloną wspólną genezą, kulturą, tradycją, historią, ziemią, losem, często językiem i religią, ale przede wszystkim wspólną świadomością organicznej jedności, wspólnej egzystencji i stanowieniem określonej osobowości, wyróżnionej od innych.
U kolebki ludności śląskiej, gdzieś od VII i VIII wieku, były wspólne nam plemiona starosłowiańskie: Dziadoszanie, Żarowianie, Bobrzanie, Trzebowianie, Ślężanie (nazwa od góry Ślęża), Opolanie i Gołęszycanie. Plemiona te od czasów Chrobrego tworzyły dzielnicę polską, biskupstwo wrocławskie z roku 1000 podlegało polskiej metropolii gnieźnieńskiej. Jednakże nigdy nie stanowiły zespolonej jedności, w XIII i XIV w. było aż 17 księstw, jakkolwiek do XVI w. rządziła nimi, powoli wygasająca, dynastia piastowska i były dużo silniejsze niż słowiańskie plemiona północno-zachodnie, które zostały szybko zawojowane przez Niemców. Na przykład Berlin był siedzibą słowiańskiego plemienia Sprewian. Bogate i zasobne księstwa śląskie były stale celem ataków ze strony Niemców, zniemczonych Czechów, nawet Węgrów, a wreszcie po 1740 r. Prusaków niemieckich.
Inwazje niemieckie osiągały coraz większe rezultaty. W XV i XVI w. na prawym brzegu Odry wieś i większość warstwy wyższej były jeszcze polskie, ale na lewym brzegu zaczęła już przeważać ludność niemiecka, zwłaszcza w miastach. W czasie wojny 30-letniej (1618-1648) dwór cesarski prześladował surowo katolików na Śląsku i szerzył protestantyzm, Ślązacy masami uchodzili do Polski Centralnej, w roku 1821 Niemcy oderwali diecezję wrocławską od metropolii polskiej w Gnieźnie. Jednak Ślązacy polscy umacniali się bardzo i w polskości, i w katolicyzmie. Po I wojnie światowej trzeba było aż trzech powstań, żeby uratować jakąś część Śląska, która utworzyła województwo śląskie. Gdy 1 września 1939 r. Niemcy zaatakowali Śląsk polski, znów zacięty opór stawili dawni powstańcy i harcerze, co jednak wzmogło straszliwy terror niemiecki. Poza tym większość obywateli polskich z województwa śląskiego Niemcy wpisali na volkslistę i ponad 40 tys. mężczyzn wcielili siłą do Wehrmachtu. Jednak w 1945 r. robotnikom śląskim udało się obronić wiele zakładów i kopalń przed zniszczeniem ich przez wycofujące się wojska niemieckie. W tym czasie Niemcy ewakuowali ok. 3,5 mln swoich ludzi i na mocy dekretu sojuszniczej Rady Kontroli Niemiec z 20 listopada 1945 r. do początku roku 1947 osiedliło się na Śląsku ok. 2 mln 630 tys. Polaków z Kresów i z Polski Centralnej. Autochtonów zostało, jak się oblicza, ok. 850 tysięcy.
W rezultacie do dziś nie mógł się ukształtować żaden “naród śląski”. Ludność tak różnorodna i etnicznie, i kulturowo, i historycznie nie może tworzyć narodu odrębnego od polskiego czy niemieckiego. Tworzy jedynie społeczność obywateli Polski, z mniejszością niemiecką, choć trzeba przyznać, że ludność śląska dziś coraz bardziej się zespala, specyfikuje, rozwija i umacnia.
Czy to tylko autonomia?
Niełatwo precyzyjnie ustalić, co ideologowie RAŚ rozumieją przez swój podstawowy termin “autonomia”, poszczególne bowiem wypowiedzi – gdy się je bliżej analizuje – są często rozbieżne. Najgorsze, że – co wyszło we wspomnianej audycji “Warto rozmawiać” – zwolennicy RAŚ posługują się nie tylko tzw. logiką mętną, lecz także często popełniają błędy ekwiwokacji. I tak termin “naród” występuje w jednym i tym samym dyskursie czy nawet w złożonym zdaniu raz w znaczeniu etnicznym, drugi raz w znaczeniu etatystycznym, trzeci raz w znaczeniu zwykłego obywatelstwa czy społeczeństwa, czy wreszcie jest równoznaczny z ojczyzną. Podobnie “autonomia” – raz jest rozumiana jako wyższa samorządność regionalna, drugi raz jako mniejsza zależność od państwa polskiego czy europejskiego, trzeci raz jako separacja od państwa polskiego, ale nie od europejskiego, innym jeszcze razem jako “państwo śląskie”. Nie jest też jasne, czy chodzi tylko o płaszczyznę administracyjną, czy także o patriotyczną, historyczną i duchową. W takiej sytuacji dyskusja staje się albo zwykłym młóceniem słomy, albo po prostu bełkotem.
Dzisiaj w ogóle pomniejsza się bardzo czy nawet odrzuca pojęcie państwa. Ale jest to wielki błąd różnego rodzaju utopistów i ideologów UE. Tymczasem państwo trzeba doskonalić przez personalizację i socjalizację (por. KDK 6, 75), a nie przez jego negację lub osłabianie. Państwa we właściwym znaczeniu rodziły się na bazie wysokich kultur rolnych jeszcze gdzieś w VI tysiącleciu jako miasta-państwa, jak Eridu, Uruk, Ur, Lagasz, Ebla i następne. Na państwo do dziś składają się: wspólnota ludzka, plemienna lub narodowa, określone terytorium, najwyższa władza suwerenna, będąca jakby formą organizacji życia społeczności, oraz wspólna świadomość, własny zespół idei i pewien rodzaj osobowości zbiorowej. Państwo jest najwyższym osiągnięciem rozwoju społecznego, daje najwyższy poziom życia zbiorowego, umożliwia osiąganie wspólnego dobra, wprowadza prawo, ład i harmonię w życie zbiorowe, normuje relacje międzyludzkie, wspiera wszechstronny rozwój jednostki, a także kulturę i cywilizację, a wreszcie tworzy rodzaj “człowieka zbiorowego” o bardzo pomnożonych możliwościach życia i działania. Oczywiście, państwo może być bardzo zdegradowane przez złe władze najwyższe. Stąd ból nas wszystkich, jeśli mamy złe władze.
Działacze RAŚ publicznie mówią najwięcej o autonomii, ale faktycznie nie wyrzekli się kategorii “narodu śląskiego”, a także “państwa śląskiego”, choć byłoby ono karykaturą państwa. W czasopiśmie “Jaskółka Śląska”, należącym do RAŚ, ukazało się kilka artykułów żądających “niepodległego państwa Śląsk”. Przewodniczący RAŚ Jerzy Gorzelik miał powiedzieć po odmowie uznania narodowości śląskiej: “Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo, zwane Rzeczpospolitą Polską, którego jestem obywatelem, odmówiło mnie i moim kolegom samookreślenia i dlatego nie czuję się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa”. Ten sam mętlik pojęciowy jest w programie, że chodzi o “autonomię ponadnarodową”. Trzeba się zdecydować: czy Śląsk ma być jednonarodowy, czy wielonarodowy. Jeśli ma być ponadnarodowy, to musi być pewnego rodzaju państwem.
RAŚ nawiązuje w dużym stopniu do ideologii UE, ale często jej nie rozumie dokładnie. Chce uznania narodowości śląskiej również przez ideologów UE, a zapomina, że właśnie UE odrzuca kategorię narodu w ogóle, a jedynie niektórzy ideologowie zapowiadają, że w przyszłości powstanie “naród europejski” w państwie europejskim (P. Koslowski, K. Kremkau, P.H. Spaak, J. Greisch). Dla wielu też “narodami” mogą być tylko Niemcy, Francuzi i Anglicy, a wszyscy inni w UE to jedynie ludy lub plemiona czy subregiony. W Polsce, niestety, pełna ideologia inżynierów UE jest raczej nieznana, polska polityka też opiera się raczej na emocjach i intuicji, a nie na wiedzy i rozumie.
Ideologowie autonomii Śląska chyba nie rozumieją, że gdyby osiągnęli autonomię wobec państwa polskiego, to nie osiągną jej wobec państwa europejskiego, a raczej popadną w ciężką zależność od Brukseli, która może też np. bardzo ograniczyć wydobycie i wykorzystanie węgla ze względu na CO2. Bruksela stosuje coraz silniejszy przymus w stosunku do małych państw, większe państwo będzie miało więcej niezależności.
Polskość to nie bolszewizm
Godna pochwały jest wielka miłość Ślązaków do swojej małej ojczyzny i żywa troska o jej rozwój we wszystkich dziedzinach, a także dążenie do podniesienia jeszcze wyżej jej znaczenia dla całego kraju. Ale niepokojące jest przenoszenie urazów niektórych ludzi do komunizmu i do polskich rządów na Polskę w ogóle. Bardzo słusznie RAŚ potępia polskich komunistów, służących Związkowi Sowieckiemu także na Śląsku, poczynając od roku 1945. Istotnie, ówczesne polskie, a właściwie sowieckie władze potraktowały większość Ślązaków jako volksdeutschów, a sowiecko-żydowski UB utworzył w Świętochłowicach-Zgodzie obóz na wzór niemiecki, gdzie w latach 1945-1948 zgładzono podobno ok. 2 tysięcy niewinnych Ślązaków, w tym także ludzi z AK i ZWZ. Ale trzeba pamiętać, że nie była to wina Polski, lecz Sowietów, którzy posługiwali się również polskimi mętami, marionetkowym rządem, w tym także śląskimi zwolennikami komunizmu oraz prawdziwymi volksdeutschami. Sowieci i służący im zdrajcy polscy założyli również liczne obozy i w centralnej Polsce, gdzie więzili tysiące patriotów polskich i dziesiątki tysięcy zamordowali lub wywieźli do Rosji. Czy przez to my, z centralnej Polski, mielibyśmy wyrzec się państwa polskiego? Zresztą do dziś godni i szlachetni Polacy nie mają pełnej samorządności. Trzeba nam normalny kraj dopiero budować.
Trzeba jeszcze dopowiedzieć, że Armia Czerwona już po zdobyciu terenów, które zostały przyznane Polsce, niszczyła niektóre całe miasta, burząc dom po domu, żeby Polska nie wzrosła w siłę. W 1945 r. Sowieci ostrzelali i spalili nawet tysiącletnią katedrę polską w Gnieźnie, żeby podeptać dumę Polaków z wielkiej historii. My nie odpowiadamy za to, że po wejściu Sowietów na początku przystąpiły do współpracy z nimi same męty społeczne. Na mojej Zamojszczyźnie byli to rabusie, złodzieje, notoryczni przestępcy, pijacy. A po latach okazało się, że i przemoc okupanta robi swoje, i ogromna liczba inteligencji i działaczy politycznych zaraziła się ideologią komunistyczną, jak zresztą i dziś wielkie masy dają się zwieść podobnej do marksizmu ideologii liberalistycznej, choć i te będą kiedyś rozliczane przez polską historię. Czyżby inteligencja śląska nie rozumiała potworności obłędnej ideologii?
Polityk musi być realistą i człowiekiem wspaniałomyślnym. W czasie wojny u nas nikt nie winił Ślązaków za to, że ich zmuszano do wstąpienia do Wehrmachtu. Sam takich spotykałem w Szczebrzeszynie w pierwszych latach okupacji. Mieliśmy ich za więźniów niemieckich, a nie za zdrajców lub okupantów. Współczuliśmy im. Rozumiemy, jaką potęgą dysponuje okupant, a żyć trzeba. Zresztą, Ślązaków i Śląsk zawsze szanujemy, podziwiamy i lubimy. Boleliśmy też bardzo, widząc, co wyczynia na Śląsku “władza ludowa”. Mówiliśmy również często i potem, że taka polityka zrazi Ślązaków, autochtonów do Polski. Jednocześnie oglądaliśmy jako Polacy z przerażeniem, jak komunizm sowiecki zdobywa ludzi, nie tylko asekurujących się, ale i przyjmujących tę potworną ideologię. Jeszcze raz powtórzę: okupant ma ogromną siłę zdobywania sobie ludzi, zwłaszcza poprzez ideologię. Toteż niezwykłym bohaterstwem był silny opór społeczeństwa polskiego przeciw hitleryzmowi, ale słabiej opieraliśmy się komunizmowi.
Dlatego przerażenie budzą niektóre artykuły internetowe byłych działaczy RAŚ, utrzymujące, że historia Śląska została zafałszowana przez “nacjonalistów polskich”, że brutalne prześladowania Polaków na Śląsku i poza nim przez Hakatę i Komisję Kolonizacyjną, służące Prusom m.in. do rugowania Polaków z ziemi, to była tylko obrona Niemców przed “polskim nacjonalizmem” i “imperializmem”, a nawet że do wybuchu II wojny światowej przyczynili się Polacy, Żydzi i Amerykanie. O obłędnej postawie niektórych pseudopolityków śląskich świadczy także fakt, że nie tak dawno Związek Ludności Narodowości Śląskiej wystosował do UNESCO list autorstwa kilku członków RAŚ, by nie zmieniać nazwy obóz “Oświęcim-Brzezinka” na “niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady”. Było to po prostu idiotyczne i haniebne. Niedobrze jest również, że RAŚ utrzymuje bliskie kontakty z niemieckimi organizacjami Ślązaków, które właściwie nie działają na rzecz swojej autonomii w Niemczech, lecz na rzecz autonomii naszego Śląska, jak np. Initiative fuer Autonomie Schlesiens e.V.
I tak obawiamy się, by cały ten problem nie wyrastał przypadkiem tylko z pychy lokalnej, z niewiedzy historyczno-socjalnej i nienawiści niektórych ludzi do Polski, do jej idei, tradycji, historii, języka – w gruncie rzeczy w celu poddania się Niemcom, bo też i coraz częściej stosuje się nazwy niemieckie.
Powtórzę więc: godna wielkiej pochwały i najwyższego uznania jest szczególna miłość Ślązaków do ich małej ojczyzny, ale musi się ona łączyć również z miłością do wielkiej Ojczyzny. Śląsk może bardzo dużo pomóc całej Polsce, nie tylko ekonomicznie, ale także społecznie, politycznie, kulturowo, duchowo i moralnie, zwłaszcza że nadal cała Polska przeżywa ciężki kryzys niemal we wszystkich dziedzinach, łącznie z kryzysem rządu i partii. Nie można porzucać starej matki dlatego, że opieka nad nią trochę nas kosztuje.
Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci
OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA, CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO IMIĘ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI.
Zacznijmy sztampowo, od krótkiej noty o oplutym. Tytułowy dzielny Góral to urodzony w podhalańskiej wsi Waksmund, leżącej kilka kilometrów od Nowego Targu, Józef Kuraś “Orzeł”, “Ogień” – partyzant antyniemieckiego, a od kwietnia 1945 r. antykomunistycznego podziemia. Jeden z najsławniejszych dowódców polowych z okresu walki zbrojnej naszych przodków z komunizmem. W lecie 1946 r. podlegało jego rozkazom kilkanaście oddziałów partyzanckich, w sumie ok. 600 partyzantów. Liczba czynnych współpracowników zgrupowania partyzanckiego “Błyskawica”, którym dowodził, przekraczała 2 tysiące. Tak pisał “Ogień” w liście do Bieruta z 14 listopada 1946 r.:
Oddział Partyzancki “Błyskawica” walczy o Wolną, Niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę [...] Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony.
Mjr. Józef Kuraś ps. "Ogień"
Oddziały podporządkowane “Ogniowi” niepodzielnie panowały na terenie Podhala i Powiatu Tatrzańskiego, skutecznie paraliżując rozwój struktur partii komunistycznej, zwalczając ubeków oraz gorliwych milicjantów, a także tępiąc bandytyzm. Kto wie czy nie najpełniej, a na pewno najkrócej, zasługi “Ognia” w walce z procesem skomunizowania Polski oddał mimowolnie pewien działacz komunistyczny z Zakopanego, który na odbytej dnia 12 października 1946 r. naradzie aktywu wojewódzkiego PPR, sytuację struktur partyjnych na swym terenie scharakteryzował krótko: Partia [komunistyczna] w konspiracji.
“Ogień” zginął 22 lutego 1947 r. Otoczony przez grupę operacyjną UB-KBW we wsi Ostrowsko, sąsiadującej z jego rodzinnym Waksmundem, nie chcąc żywym dostać się w ręce komunistów, wybrał śmierć z własnej ręki. Ciało “Ognia” zostało zabrane przez komunistów do Krakowa. Tam ślad się urywa. Do dziś nie wiadomo, gdzie je pogrzebano. Motywy takiego działania komunistów jasno przedstawił Kazimierz Jaworski, kierownik sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w nowotarskim PUBP:
Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.
Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. "Ognia" (zaznaczony "×") Gorce, lato 1946 r.
Żołnierze ze zgrupowania Józefa Kurasia "Ognia".
Na początek ta garść informacji o “Ogniu” niech wystarczy. Inne istotne elementy jego życiorysu przedstawię w dalszych partiach tekstu, w których poddam konfrontacji dwa nieprzystające do siebie światy: świat faktów oraz świat oszczerstw, kierowanych na przestrzeni dziesiątków lat przeciwko postaci “Ognia”, których skromny wybór jest osią tego artykułu.
Ponieważ dla wrogów komunizmu “Ogień” już za życia był, i pozostaje nadal, postacią wręcz legendarną, warto prześledzić, jakimi metodami zohydzano jego postać. Powinno się przy tym pamiętać, że dla procesu odczłowieczania “Ognia” nie było przez cały ponad czterdziestoletni okres PRL-u żadnej przeciwwagi. Nawet międzypokoleniowy przekaz rodzinny uległ co do zasady zerwaniu, z uwagi na uzasadnioną obawę starszych, że jeżeli dzieci w szkole powiedzą na temat “bandyty” “Ognia” coś kontra komunistycznej propagandzie, to zarówno one jak i ich rodzice będą z tego powodu w kłopotach. Taki mechanizm działał, niestety, w odniesieniu do całego zjawiska zbrojnej walki z komunistami z drugiej połowy lat 40-tych i początku 50- tych ubiegłego stulecia.
Ale do rzeczy. Zerknijmy na początek do prasy komunistycznej z 1946 r. “Dziennik Polski”, w numerze z 26 lutego 1946 r. (“Ogień” ma się wtedy jeszcze dobrze, przed nim blisko rok intensywnej walki z komunistami), w tekście pod wielce wymownym tytułem Członkowie SS w bandach NSZ, poświęconym przede wszystkim właśnie “Ogniowi”, donosił:
Jest to pseudonim znanego przed wojną koniokrada, psychopaty Józefa Kurasia, który w czasie wojny prowadził partyzantkę na własny rachunek, odznaczając się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej [...] Władze bezpieczeństwa posiadają w tej chwili niezbite dowody współdziałania band “Ognia” i NSZ z członkami SS.
Cóż, to ohydna, ale i toporna propaganda z pierwszego okresu socjalizmu wywłaszczeniowego (czytaj też: rządów partii komunistycznej). Podobnych tekstów na temat “Ognia” napisano wówczas wiele. Tak, w nieco tylko zmienionej tonacji, miało być jeszcze przez długi czas.
Rozkaz Józefa Kurasia “Ognia” z 8 VIII 1946 r., który nie pozostawia żadnych wątpliwości co do żelaznej dyscypliny jaka panowała w jego oddziałach oraz jakie konsekwencje groziły za niesubordynację lub pospolity bandytyzm.
Przenieśmy się teraz w koniec lat 70-tych, dokładnie do roku 1978. Oto szacowne, krakowskie Wydawnictwo Literackie wypuszcza na rynek wspomnienia Stanisława Wałacha “Był w Polsce czas…”. Autor to wysokiej rangi funkcjonariusz UB – w latach “utrwalania władzy ludowej” szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa kolejno w Chrzanowie, Limanowej i Nowym Sączu, następnie kierownik Wydziału III (przeznaczonego do walki z “bandytyzmem”, czyli podziemiem niepodległościowym) w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Krakowie. Swą służbę dla partii komunistycznej zakończył w stopniu pułkownika Służby Bezpieczeństwa. Uczestniczył w akcjach przeciwko partyzantce “Ognia”. To już trzecie wydanie wspomnień “Pana Pułkownika”, tym razem w nakładzie 20 tys. egzemplarzy. Czytamy w górnym rogu drugiej strony tej publikacji, że jest to Książka zatwierdzona przez Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego [...] do bibliotek szkół średnich. Warto zwrócić uwagę na krótki passus ze wstępu od autora:
Obok licznych uzupełnień, w drugim wydaniu książki znalazły się dwa nowe większe fragmenty: rozdział poświęcony postaci Józefa Kurasia “Ognia”, przywódcy znanej na Podhalu reakcyjnej bandy [...] (podkr. G.W.). Na przedstawienie w pełnym świetle działalności “Ognia” po wyzwoleniu zdecydowałem się z dwóch względów: tworzącej się legendy Kurasia – ofiary, zmuszonego do chwycenia za broń [...].
Płk. UB/SB Stanisław Wałach.
W ten oto sposób pułkownik SB przyznał, że mimo trzydziestu z okładem lat szkalowania postaci “Ognia” z użyciem pełnej palety środków komunistycznej propagandy, przy której wczorajszo – dzisiejszy medialny “przemysł pogardy” wydaje się mieścić w ramach wymaganego od dziennikarzy przez prawo standardu kwalifikowanej staranności i rzetelności, nadal jeszcze pewna część społeczeństwa, zachowuje o nim, wbrew woli partii komunistycznej i podejmowanym przez nią wysiłkom “edukacyjnym”, dobre zdanie (już widzę współczesny opis “socjologiczny” tej grupy ludzi sporządzony przez jakiegoś wybitnego przedstawiciela “wspólnoty ludzi przyzwoitych” – mógłby brzmieć on np. tak: na tę nieznośnie banalną, bogoojczyźnianą, zbudowaną na nacjonalizmie i ksenofobii legendę “Ognia” podatni byli wówczas przede wszystkim osobnicy przynależący do niewykształconej i sfrustrowanej niepowodzeniami życiowymi społeczności wiejskiej lub małomiasteczkowej z Małopolski, Podhala lub “ściany wschodniej”, pozostający pod wpływem obskuranckiego kleru).
Książka “Był w Polsce czas…”, w której autor – Stanisław Wałach – szkalował niepodległościowe podziemie, w tym również Józefa Kurasia “Ognia”.
“Pan Pułkownik”, zatroskany o świadomość tych, nadal pogrążonych w ciemnocie historycznej rodaków, włożył dużo swojego bezpieczniackiego serca w kolejny paszkwil poświęcony zohydzeniu postaci “Ognia”. W zamyśle autora jego opowieść miała chyba sprawiać wrażenie zbudowanej na faktach. Miała dawać czytelnikowi w realiach PRL-u 1978 poczucie, że obcuje on z przekazem w miarę wiarygodnym. Na chwilę, wybaczcie Państwo, przekażę narrację “Panu Pułkownikowi”:
Podniosła głowę, spojrzała wyżej. Dwadzieścia pięć metrów przed nią, obok drogi, na słupie telegraficznym wisiała kobieta. Pod “Wandą” ugięły się nogi [...]. Utkwiła oczy w kołyszące się bezwładnie ciało kobiety, w jej opuszczone wzdłuż ciała ręce i przekrzywioną głowę, z której zdarto kolorową chustkę i rzucono na śnieg. Góralka. Nie znała jej, chociaż wiedziała, że jest tutejsza. Widywała ją przedtem. Podeszła jeszcze bliżej. POWIESZONA BYŁA W CIĄŻY (podkr. – G.W.). Do kaftana miała przypiętą kartkę. Wyrok. Za współpracę z władzami. “Ogień” zawsze tak robił, żeby mu nikt nie zarzucił, że zabija bez powodu. Przyjrzała się i zdrętwiała – kartka była przypięta jej agrafką. Widziała “Ognia” strzelającego do ludzi, zabijającego, ale to, co zrobił teraz, było straszne i okrutne.
Wystarczy tych kalumnii. Dla oddania mechaniki kłamstwa naprawdę wystarczy.
Zanim przedstawię faktografię, chcę zwrócić uwagę na zabieg zastosowany przez “Pana Pułkownika”. Podaje on, że ta nieszczęsna, ciężarna kobieta została powieszona za współpracę z władzami. To uprawdopodabnia całe zdarzenie. Jej śmierć nie jest bowiem tylko następstwem tego, że miała pecha i spotkała na swej drodze psychopatycznego mordercę – Józefa Kurasia – ale stanowi karę wymierzoną za współpracę z władzami komunistycznymi. Sądzę, że ten rodzaj opisu był przez “Pana Pułkownika” obliczony na wywołanie efektu odrzucenia wśród jeszcze nie do końca urobionych przez instytucje propagandy komunistycznej czytelników – tych podatnych na legendę “Ognia”. Wszak niezależnie od przewin powieszonej kobiety fakt, że była w ciąży powinien ją uchronić od śmierci z rąk “Ognia”. Kto morduje kobietę w ciąży nie broni bowiem żadnego porządku, żadnej reguły. Zasługuje na potępienie.
Spieszę wyjaśnić, że zbrodnia taka miała miejsce. W sąsiadującym z Waksmundem Ostrowsku rzeczywiście powieszono kobietę. W 1945 r. Na słupie telegraficznym. Powieszona była w zaawansowanej ciąży. Na czym polega zatem perfidia “Pana Pułkownika”?
Na tym, że mord ten miał tło obyczajowe i nie miał prawie nic wspólnego z działalnością “Ognia”. Piszę “prawie”, a nie “nic” z tego powodu, że to “Ogień”, a nie Milicja Obywatelska, wykrył sprawców tego odrażającego czynu (było ich dwóch), wydał na nich m.in. za to (obciążały ich również inne czyny o charakterze kryminalnym) wyrok śmierci, a następnie z jego rozkazu zostali oni zlikwidowani. I tak oto ten, który ustalił sprawców zbrodni i wymierzył im sprawiedliwość, został przedstawiony jako sprawca zbrodni. I proszę mi wierzyć, praca “Pana Pułkownika” nie poszła na marne. Słowo drukowane ma moc. A kiedyś miało większą niż ma teraz. Do dziś dla niektórych mieszkańców Podhala sprawcą tej zbrodni pozostaje “Ogień”. A inni mówią o tym: Panie, a wiadomo jak tam było?
Uważny czytelnik zapewne dostrzegł, że pośród przywołanych we wcześniejszych partiach tekstu fragmentów szkalujących “Ognia”, wyróżniłem przez podkreślenie te ich części, w których pod adresem “Ognia” i jego oddziału używany jest obraźliwy epitet “banda”. Uczyniłem tak nie dlatego, że jest on szczególnie wyszukany, wszak w zestawieniu z “koniokradem i psychopatą, współdziałającym z SS-manami” nie robi raczej większego wrażenia, ale po to, aby uprzytomnić szanownym czytelnikom ciągłość stosowania, przez cały czas PRL-u, tej inwektywy wobec człowieka, który niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej cenił nad życie. Zrobiłem tak również z tego powodu, że bardzo bym chciał napisać, że to wszystko skończyło się wraz z upadkiem rządów partii komunistycznej w Polsce. Że rok 1989 jest cezurą czasową dla tego typu obelg kierowanych pod adresem “Ognia”, że ten straszny dla prawdy, wolności i pamięci o obrońcach tych wartości czas został odkreślony “grubą kreską”, że tylko pogrobowcy partii komunistycznej mogą jeszcze poważyć się na coś takiego. Chciałbym tak napisać, ale nie mogę, bo rozminąłbym się z prawdą.
Komuniści przez kilkadziesiąt lat kreowali opinie o “Ogniu”. Zafałszowana propaganda miała zastąpić fakty skrywane w archiwach. Tak było również w przypadku spektaklu telewizyjnego “Rano przeszedł huragan” (premiera: 17 V 1965 r.), wyreżyserowanym przez Jana Bratkowskiego, na podstawie obrzydliwie szkalującej “Ognia” powieści byłego sekretarza powiatowego PPR w Nowym Targu, Władysława Machejka [zobacz: tzw. machejkizm], pod tym samym tytułem, w której autor zawarł fragmenty rzekomego notatnika Józefa Kurasia “Ognia”, i który przez lata wielokrotnie cytowany był jako autentyk. Przygotowując swoje “dzieło” Bratkowski zwrócił się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (spadkobierców Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) o udostępnienie zdjęć zgrupowania “Ognia”, które miały być wykorzystane w spektaklu. Ówczesny Zastępca Komendanta Wojewódzkiego MO ds. Bezpieczeństwa w Krakowie, znany już czytelnikom, płk UB/SB Stanisław Wałach zadbał o dostarczenie reżyserowi wytypowanych przez niego zdjęć, co pokazuje powyższy dokument. Proszę jednak szczególnie uważnie przyjrzeć się ostatniemu zdaniu, które ukazuje całą perfidię metod szkalowania niepodległościowego podziemia, w którym to “Pan Pułkownik” sugeruje, by nie przekazywać TVP zdjęcia zgrupowania “Ognia” w umundurowaniu WP, ponieważ mogłoby ono ukazać widzom skrzętnie ukrywaną prawdę, że jednak był to oddział niepodległościowej partyzantki, a nie – w myśl założeń komunistycznej propagandy – banda terrorystyczna, czy rabunkowa.
Za chwilę zapoznam szanownych czytelników z wyjątkami z pisarskiej twórczości Jacka Kuronia. Zanim jednak to nastąpi, jestem winien młodszym z nich kilka zdań wprowadzenia do tego wątku.
Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, w pierwszych miesiącach i latach wolności Jacek Kuroń był u szczytu swej popularności. Jako jedna z ikon przedsierpniowej opozycji demokratycznej i czołowy działacz podziemia solidarnościowego lat 80., więzień polityczny PRL-u, cieszył się wówczas bardzo dużym zaufaniem społecznym. Jego obraz medialny można nakreślić następująco: serdeczny wobec zwykłych ludzi, bezpośredni, zatroskany o los pojedynczego człowieka, człowiek mądrego kompromisu – polityk, czy raczej działacz społeczny otwarty na racje innych (choć czasami na obrazie tym pojawiały się rysy, np. w 1992 r. – w sprawie lustracji, której był zdecydowanym wrogiem; w wywiadzie telewizyjnym poświęconym tej kwestii z wściekłością na twarzy mówił o zwolennikach lustracji jako o ludziach chorych z nienawiści.
Jego książka “Wiara i wina. Do i od komunizmu”, wydana po raz pierwszy w 1989 r., biła rekordy popularności. Zapotrzebowanie na nią było tak duże, że już rok później wyszło trzecie wydanie tej książki. Czytamy tam:
Właściwie wszystko, co tu opowiadam, jest zarazem historią PRL-u [...].
(Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, Wydanie III, poprawione, s. 247)
Czytelnik książki Kuronia nie powinien mieć zatem żadnych wątpliwości, że autor, człowiek wysokiego zaufania publicznego, przedstawia obraz prawdziwy. Zwłaszcza, gdy pisze o konkretnych ludziach. Po kilku kolejnych zdaniach książki, pełniących rolę wprowadzenia do interesującego nas wątku, czytelnik ma możliwość poznać dość specyficzną charakterystykę “Ognia”, przedstawioną przez Kuronia w formie opisu relacji współwięźnia, z którym autor “Wiary i winy. Do i od komunizmu” siedział przez pewien czas w jednej celi. Oto ona:
Ogień – Józef Kuraś – legendarny przywódca Podhala, najpierw należał do AK, potem założył własną bandę. Ponieważ był antyakowski, po wojnie został szefem bezpieczeństwa w Nowym Targu. Potem z całym Urzędem Bezpieczeństwa poszedł do lasu i niesłychanie długo terroryzował Podhale.
(J. Kuroń, op. cit., s. 247)
Stop. Kilka słów koniecznego, jak sądzę, wyjaśnienia. W okresie walki przeciwko okupantowi niemieckiemu, która w przypadku “Ognia” datuje się od 1940 r. (od 1942 r. na stałe z bronią w ręku), należał on kolejno do Związku Walki Zbrojnej, Konfederacji Tatrzańskiej, Armii Krajowej i Ludowej Straży Bezpieczeństwa (od wiosny 1944 r.), która była zbrojną formacją konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego “Roch” (rodzina “Ognia” była związana z ruchem ludowym, jego ojciec był aktywnym działaczem struktur powiatowych przedwojennego ruchu ludowego). Jesienią 1944 r. oddział dowodzony przez “Ognia” był oddziałem wykonawczym Powiatowej Delegatury Rządu na Kraj w Nowym Targu.
Siłą powyższych faktów owa “banda”, o której pisze Kuroń, to oddział polskiej partyzantki niepodległościowej, mocno osadzony w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego. Podkreślam, że w zdaniu pierwszym cytatu mowa jest o okresie okupacji niemieckiej.
Przejęta przez UB kartka z tekstem przysięgi obowiązującej we wszystkich oddziałach “Ognia”: “Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że będę wiernie służył Ojczyźnie swojej. Dla Polski Ludowej poświęcę swoje życie. Rozkazy swoich dowódców będę sumiennie wykonywał, o prawa należne chłopu i wsi polskiej będę walczył. Tajemnicy dochowam choćby padło przypłacić własną krwią. Tak mi dopomóż Bóg.”
Nie jest prawdą, że “Ogień” został szefem UB w Nowym Targu dlatego, że był “antyakowski”. W rzeczywistości został nim, na całe trzy tygodnie, realizując ówczesną polityczną koncepcję Stronnictwa Ludowego “Roch”, polegającą na obsadzaniu własnymi ludźmi tworzących się terenowych struktur władzy. W uzyskaniu przez “Ognia” nominacji na to stanowisko pomocna była bez wątpienia współpraca z partyzantką radziecką, jaka była udziałem jego oddziału w końcowej fazie okupacji niemieckiej. Jak już wspomniałem, szefem UB w Nowym Targu “Ogień” był przez trzy tygodnie (do 11 kwietnia 1945 r.), po czym na czele większości obsady tegoż urzędu, wcześniejszych partyzantów z oddziału “Ognia”, “poszedł w góry” walczyć o Polskę bez komunistów. Zdezerterowały wówczas także załogi kilku okolicznych posterunków MO, w większości składające się, podobnie jak UB w Nowym Targu, z podkomendnych “Ognia” z okresu partyzantki antyniemieckiej.
Dla czytelników książki Kuronia okres powojenny to kompletna degrengolada “Ognia”, jego całkowity upadek także w sferze obyczajowej. W kolejnych wersach czytamy:
Otóż Ogniowi co pewien czas podobała się jakaś dziewczyna, więc brał z nią ślub. Czy zawierał małżeństwa w kościele, pod bronią, zmuszając księży do udzielania kolejnych ślubów, czy obywał się bez kościoła, nieważne, fakt, że wesela robił najhuczniejsze na świecie. Przy okazji rozwalał czerwonych i Żydów. Właśnie w Rabce odbył się taki ślub. Ogień naprzód wylał wódę, potem kazał wypuścić ją w rynsztoki, podpalił gorzelnię i w świetle pożaru pędził w świetle kuligu z tą nowo poślubioną żoną.
(J. Kuroń, op. cit., s. 247)
Uprzedzałem, że czytelnik książki Kuronia dowie się, że po wojnie “Ogień” spadł na samo dno. Przy tym nie dziwi to, że “Ogień” stojąc na czele bandy terroryzował Podhale. Wszak bandy zwykle tak właśnie zachowują się na terenie, na którym grasują. Co bardziej wnikliwi powinni jednak zastanowić się dlaczego “Ogniowi” udawało się to tak długo, skoro wiadomo, że żadna partyzantka, a zwłaszcza ścigana przez władze z taką zaciekłością, jak partyzantka antykomunistyczna w Polsce, nie jest w stanie utrzymać się w terenie bez poparcia miejscowej ludności (gdyby choć promil sił użytych przez partię komunistyczną do zwalczania podziemia antykomunistycznego wykorzystany został do ochrony terenu Treblinki, książka Jana Tomasza Grossa “Złote żniwa” zostałaby odarta z jednego z najważniejszych wątków).
Natomiast, śluby z dziewoją, która akurat co wpadła w oko watażce i krwawy kulig w scenerii przesyconej wódą, żądzą i rynsztokiem, pełniącym rolę detalu uwiarygodniającego opis, a jednocześnie symbolizującym całkowitą degrengoladę nakreślonej w ten sposób postaci, robią jednak pewne wrażenie. To iście filmowy obraz, przy którym “Dzika banda” z okresu rewolucji meksykańskiej, odmalowana w filmie Sama Peckinpaha pod tym samym tytułem, wydaje się być przy “Ogniu” i jego “bandzie” oddziałem Armii Zbawienia. A z drugiego planu przebija się dyskretnie zarysowane przez narratora tchórzostwo kleru katolickiego z Podhala. Bali się watażki “Ognia” na tyle, że wprawdzie pod przymusem, ale jednak uczestniczyli w ohydnych spektaklach profanacji sakramentu małżeństwa – według Kościoła jednego z siedmiu sakramentów świętych.
“Najgroźniejsze było to, że banda «Ognia» miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie”.
(I sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Nowym Targu Jan Półchłopek)
Jak naprawdę było? Otóż “Ogień” wziął ślub dwukrotnie. Po raz pierwszy w lutym 1940 r. Za żonę pojął wówczas Elżbietę z domu Chorąży. Ich małżeństwo nie trwało długo. Zostało przerwane 29 czerwca 1943 r., kiedy to oddział żandarmerii niemieckiej, w odwecie za niepodległościową partyzantkę “Ognia”, zamordował jego żonę – Elżbietę, ich dwuletniego synka Zbyszka (ur. 17 grudnia 1940 r.), a także 73-letniego ojca “Ognia” – Józefa. Dom rodzinny “Ognia” został przez Niemców oblany benzyną i podpalony. Ciała pomordowanych najbliższych “Ognia” Niemcy pozostawili w płonących zabudowaniach. Mieszkańcom wsi Waksmund zabronili gaszenia pożaru. To właśnie po tych wydarzeniach Józef Kuraś, używający dotychczas pseudonimu “Orzeł”, przyjął pseudonim “Ogień”, pod którym walczył do swej śmierci i pod którym przeszedł do historii.
Po raz drugi “Ogień” wstąpił w związek małżeński w Święta Wielkanocne – 21 kwietnia 1946 r. (niedziela). Poślubił Czesławę z domu Polaczyk (zmarła w roku 2007). Uroczystość udzielenia sakramentu małżeństwa młodej parze miała miejsce w biały dzień (zaczęła się o godz. 14.00), w kościele katolickim w Ostrowsku. Sakramentu małżeństwa udzielił ks. Józef Dewera. Na czas ceremonii zaślubin Ostrowsko zostało obstawione przez “Ogniowców”. Uroczystość przebiegła godnie i spokojnie. Następnego dnia na Górze Waksmundzkiej, w masywie Turbacza, bawiono się i tańczono na weselu wyprawionym przez “Ognia”. Weselnikom przygrywała do tańca orkiestra cygańska. Była to normalna, choć w anormalnych warunkach wyprawiona, impreza weselna (oczywiście nikogo “przy tej okazji” nie “rozwalono”, ani czerwonego, ani Żyda). Do jesieni 1946 r. małżonka “Ognia” przebywała przy oddziale. W listopadzie 1946 r., będąc w stanie błogosławionym, została skierowana przez męża na kwaterę konspiracyjną w Bochni. 2 lutego 1947 r. w szpitalu w Krakowie urodziła syna, któremu zgodnie z życzeniem “Ognia” dała na imię Zbyszek. “Ogniowi” nie było dane ujrzeć swego potomka. Zginął śmiercią samobójczą w niespełna trzy tygodnie po przyjściu Zbyszka na świat. Mam zaszczyt znać Zbigniewa Kurasia, aktualnie mieszkańca Nowego Targu, a także większość rodziny Kurasiów mieszkającej w ich rodzinnym Waksmundzie. Dumni ludzie. Wiele wycierpieli za samo nazwisko. Jak widać nie tylko w PRL-u.
Lato 1946, Kiczora. Józef Kuraś “Ogień” z żoną Czesławą z d. Polaczyk.
Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci
Nie chciałem przerywać wstrząsającego w wymowie, jak sądzę, zestawienia prawdziwego obrazu wątku rodzinnego “Ognia”, niezwykle przecież tragicznego, z uprzednio przywołanym opisem z książki Kuronia, dlatego tylko nawiasowo zasygnalizowałem, że “Ogniowcy” “przy okazji wesela herszta bandy nikogo nie rozwalili” (żeby utrzymać się jeszcze przez chwilę w “estetyce” opisu z książki Kuronia). W istocie partyzanci “Ognia” nie “rozwalali” ludzi przy takiej, czy innej okazji; likwidacje były wykonywane jako kara za konkretne i ciężkie winy.
[...] cieszy się on [Kuraś] zaufaniem społeczeństwa [...] «Bandy Ognia» nie ma tylko my [Podhalanie] jesteśmy wszyscy «ognikami» – mówił Prezes PSL Edward Polak na sesji Powiatowej Rady Narodowej w lutym 1946 r.
Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany – mówił wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski “Herkules”, adiutant “Ognia”. Znana jest sprawa wydania przez “Ognia” i wykonania przez jego podkomendnych wyroku śmierci na człowieku związanym z partyzantką niepodległościową, który po zakończeniu latem 1945 r. działalności partyzanckiej dopuścił się zabójstwa dwóch kupców – Żydów. I za to właśnie otrzymał wyrok śmierci od “Ognia”. To raczej dziwne zachowanie – mam na myśli wydanie za taki czyn wyroku śmierci i doprowadzenie do jego wykonania - jak na człowieka “rozwalającego Żydów”.
Pamiętajmy i o tym, że na terenie działalności oddziałów “Ognia”, w okresie ich aktywności bojowej, przebywały setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u stóp matecznika “Ognia”, czyli Gorców. Nowy Targ i inne okoliczne miejscowości, w których przebywali Żydzi, wielokrotnie były miejscem zbrojnych wystąpień “Ogniowców”. Nigdy jednak, jak słusznie podkreślał “Herkules”, nie doszło tam do żadnej akcji podkomendnych “Ognia”, której celem byłby Żyd, za pochodzenie. Ginęli natomiast z rozkazu “Ognia”, zdecydowanie bez względu na pochodzenie, funkcjonariusze UB, konfidenci i lokalni aktywiści komunistyczni. Bez wątpienia z rąk “Ogniowców”, wskutek akcji wymierzonych przeciwko ww. kategoriom osób, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak z tego powodu, że “Ognia” cechował antypolonizm, czy też, że dążył on do wygubienia narodu polskiego.
Wyroki śmierci (m.in. dla zastrzelonego za znęcanie się nad więźniami Jana Racławskiego – naczelnika więzienia UB w Nowym Targu) wydawane przez Józefa Kurasia “Ognia”.
Wątek podziemia antykomunistycznego został przez Kuronia ponownie podjęty, choć już w oderwaniu od postaci “Ognia”, w kilka lat później, w napisanej wspólnie z Jackiem Żakowskim książce “PRL dla początkujących” (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, Pozycja wsparta dotacją Ministerstwa Kultury i Sztuki.). Tym razem Kuroń pokusił się o ocenę ogólną na temat kondycji oddziałów partyzantki antykomunistycznej:
W 1945 r. oddziały partyzanckie były zbyt rozdrobnione i za słabe, żeby atakować na przykład wojskowe magazyny. Bały się, że zostaną wykryte i rozbite przez Sowietów. Więc rabowano chłopów. Ruszył proces wyradzania się partyzantki w bandytyzm. Od chwili rozwiązania AK (styczeń 1945 r. – przyp. G.W.) coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej.
(Jacek Kuroń, Jacek Żakowski, PRL dla początkujących, Wrocław 1996, s. 13)
Specyficzny to obraz podziemia, w którym jego potencjał, zresztą zdaniem Kuronia – jak widać – słabiutki, mierzy się wskazaniem obiektów, które miały być, z uwagi na możliwości atakujących, przedmiotem akcji aprowizacyjnych. Na płótnie takiego obrazu nie ma miejsca na idee odmalowanego w taki sposób podziemnego zrywu, o jakimkolwiek jego etosie nie wspominając. Przypomnijmy zatem, że chodzi bądź co bądź o polskie podziemie niepodległościowe, walczące w skrajnie trudnych warunkach z reżimem komunistycznym o niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej. O podziemie, przez które przewinęło się ponad 150 tys. naszych rodaków, z czego w różnych okresach ponad 20 tys. walczyło w oddziałach partyzanckich z bronią w ręku. O podziemie, którego żołnierze w okresie od stycznia 1945 r. do czerwca 1948 r. przeprowadzili w sumie co najmniej 63 akcje odbicia więźniów z więzień, obozów, placówek oraz konwojów UBP i NKWD, w wyniku których uwolniono nie mniej niż 3750 więźniów !!! (zobacz: Kazimierz Krajewski, Akcje uwalniania więźniów z więzień, obozów oraz placówek UBP i NKWD 1944 – 1948. Wstępna próba bilansu).
O podziemie, którego resztki, pomimo okrutnego terroru komunistycznego wymierzonego w zaplecze partyzantki – czyli ludność wspierającą “leśnych” – przetrwały do początków lat 50. ubiegłego stulecia, co jest znakomitym dowodem, że cieszyło się ono trwałym poparciem niemałej części naszych przodków. O podziemie, które spłynęło krwią dziesiątków tysięcy jego żołnierzy poległych i pomordowanych w walce o prawo człowieka do wolnego życia na ziemi. O podziemie, którego polegli i pomordowani żołnierze spoczywają w znakomitej większości w nieznanych do dziś miejscach, pogrzebani tam przez komunistów, którzy w ten sposób odmówili im nawet prawa do ludzkiego, czyli godnego pochówku. Wreszcie o podziemie, o którym pamięć narodowa miała zostać, tak jak one, zabita.
Zwłoki dowódcy 3. kompanii zgrupowania “Ognia”, por. Henryka Głowińskiego “Groźnego” (z prawej) i Jana Osieckiego “Bratka”, poległych w walce z KBW w Bielance 9 listopada 1946 r. UB nigdy nie zdołało ustalić prawdziwej tożsamości “Groźnego” mimo poszukiwań prowadzonych jeszcze w latach 70.
Nie miał jakoś Kuroń serca do walczących z komunistami na śmierć, a nie na życie. Dlaczego? Od niektórych znajomych słyszałem taką oto opinię, że ponieważ Kuroń sam przez pewien czas budował komunizm, a potem przez kolejne lata, już w kontrze do partii komunistycznej, starał się system ten poprawić, ulepszyć – żeby ludziom lepiej się w nim żyło (to nie sarkazm) – to nie miał wielkiego zrozumienia ani sympatii dla tych, którzy ten system z całych sił i z bronią w ręku zwalczali. Czy jest w tej opinii jakaś racja? Trudno orzec.
W książce “Wiara i wina. Do i od komunizmu” jest fragment, w którym Kuroń wspomina, że gdy wraz z Karolem Modzelewskim w 1965 r., po wyroku skazującym za słynny, choć szerokiej opinii publicznej raczej nieznany w treści, niestety, List otwarty do Partii, byli wyprowadzani w kajdanach z budynku warszawskiego sądu, zgromadzeni tam ich koledzy (Kuroń pisze o tłumie) śpiewali im “Międzynarodówkę”. Mocna scena. Przemawia do wyobraźni. Dajmy zatem wyobraźni jeszcze trochę popracować. Załóżmy, że podczas procesów żołnierzy podziemia antykomunistycznego, czyli raptem jakieś 20–12 lat wcześniej niż proces Kuronia i Modzelewskiego, na salach sądowych mogli być obecni koledzy skazywanych, wszystko jedno czy z oddziałów, czy z dzieciństwa. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że choć jedna taka publiczność, z dziesiątek tysięcy publiczności sądowych na procesach, w których władza komunistyczna wymierzała karę “Żołnierzom Wyklętym”, zaśpiewałaby swym kolegom nie np. “Jeszcze Polska nie zginęła” lub “Boże coś Polskę” – z błagalną prośbą Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie, lecz Bój to jest nasz ostatni / Krwawy skończy się trud / Gdy związek nasz bratni / Ogarnie ludzki ród…?
Toż to kompletny surrealizm. Taką wizję może przyjąć tylko wyobraźnia chora. Józef Mackiewicz, zwracając uwagę, że wybór akurat “Międzynarodówki” na pieśń wyśpiewaną Kuroniowi i Modzelewskiemu podczas wyprowadzania ich w kajdanach z sali sądowej mówi co nieco o horyzontach ideowych śpiewającego wówczas chóru towarzyszy skazanych, podsumował tę sytuację krótko:
To coś jakby bojówka Piłsudskiego zaintonowała przed X Pawilonem “Boże, Caria chrani”.
(Józef Mackiewicz, Okupacja – czy coś gorszego? O Ninie Karsov kontrrewolucyjnym piórem, Wiadomości 1970, nr 12/13)
Czy wyzwanie, które rzuciłem wyobraźni szanownych czytelników coś tłumaczy? Może wskazuje na obcość porządków wartości tych dwóch tradycji postaw wobec systemu komunistycznego, skutkującą wzajemnym niezrozumieniem i potrafiącą zrodzić tak niesprawiedliwe oceny “Żołnierzy Wyklętych”, jakie były udziałem Kuronia?
Jacek Kuroń i Karol Modzelewski.
Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną, jak sądzę istotną okoliczność. Otóż konsultantem historycznym wspomnianej wyżej książki PRL dla początkujących był profesor Andrzej Friszke. Jeżeli dobrze rozumiem, na czym przy tego rodzaju publikacjach polega rola konsultanta historycznego, to mam podstawy twierdzić, że zaaprobował on, jako zgodny ze stanem rzeczy, przypomniany przeze mnie fragment książki dotyczący oddziałów podziemia antykomunistycznego. Na usprawiedliwienie Pana Profesora można zastrzec, że stan wiedzy na temat tegoż podziemia był w połowie lat 90. znacznie uboższy niż jest teraz. Przyrost tej wiedzy to oczywiście zasługa przede wszystkim Instytutu Pamięci Narodowej z okresu prezesury profesora Janusza Kurtyki. Ze smutkiem stwierdzam zatem, że odnotowałem co najmniej jedną publiczną wypowiedź profesora Friszke, dotyczącą pracy IPN pod kierownictwem profesora Kurtyki, w której dał on wyraz swej ocenie, że priorytety badawcze IPN są wytyczone źle, gdyż wątek zbrojnego oporu przeciwko systemowi komunistycznemu jest nadreprezentatywny, w stosunku do rzeczywistego jego znaczenia dla polskiej rzeczywistości po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zgodnie ze znowelizowaną siłami PO, PSL i SLD ustawą o IPN, Sejm RP wybierze wkrótce część członków Rady Instytutu Pamięci. Jedną z jej prerogatyw ustawowych jest formułowanie dla Prezesa Instytutu Pamięci, znacznie bardziej zależnego od Rady Instytutu oraz układu sił politycznych w Sejmie RP, niż miało to w okresie przed ww. nowelizacją, rekomendacji dotyczących podstawowych kierunków działalności Instytutu Pamięci w zakresie badań naukowych i edukacji. Jednym z kandydatów do Rady Instytutu wydaje się, że murowanym, jest profesor Andrzej Friszke. Czas pokaże, jakie będą priorytety badawcze i edukacyjne Instytutu Pamięci pod rządami nowych jego władz. Warto uważnie przyglądać się tej sprawie.
Prof. Andrzej Friszke.
Wracając na zakończenie do postaci “Ognia”, wspomnę, że 13 sierpnia 2006 r. ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński wraz ze Zbigniewem Kurasiem, synem “Ognia” uroczyście odsłonili w Zakopanem, w obecności kilku tysięcy ludzi, wzniesiony staraniem Fundacji “Pamiętamy”, przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pomnik upamiętniający “Ognia” i jego blisko stu podkomendnych, którzy padli w walce o wolność. Miejsce to, poza tym, że jest symboliczną mogiłą większości upamiętnionych tym pomnikiem braci naszych, którzy padli w walce z władzą nieludzką, pełni też rolę edukacyjną. Przypomina bowiem, jak inne tego rodzaju upamiętnienia, że komunizm był śmiertelnym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, oraz jaka jest cena za wolność. Byłoby dobrze, gdyby takie miejsca cieszyły się naszą troską i pamięcią.
Pomnik “Ognia” i jego żołnierzy, poległych i pomordowanych przez komunistów, odsłonięty w Zakopanem 13 VIII 2006 r.
Ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński odsłania, wraz z synem mjr. “Ognia” – Zbigniewem Kurasiem, pomnik w Zakopanem.
“Sprawa złożenia broni: jako Polak i stary partyzant oświadczam:wytrwam do końca na swym stanowisku «Tak mi dopomóż Bóg». Zdrajcą nie byłem i nie będę. [...] Daremne wasze trudy, mozoły i najrozmaitsze podstępy.” – z listu “Ognia” do UB.
Wzmiankowałem już w tym tekście, że w okresie PRL-u nacisk komunistyczny był tak powszechny i mocny, że zerwał nawet przekaz pokoleniowy na temat czynnej samoobrony naszych przodków przed komunistami. Przymusowe milczenie ludzi znających prawdę i trwająca dziesiątki lat, prowadzona z wykorzystaniem instytucji państwowych i oświatowych propaganda komunistyczna musiały doprowadzić do stanu, z którym zmagamy się po dziś dzień i przyjdzie nam się zmagać jeszcze długo. Do stanu powszechnej wręcz niewiedzy na temat historii zbrojnej walki o Polskę bez komunistów lub fałszywego historii tej postrzegania.
Broszura wydana przez Fundację “Pamiętamy” z okazji odsłonięcia pomnika w Zakopanem
Co gorsza, okres PRL-u wytworzył w myśleniu wielu ludzi skamielinę, która skutkuje brakiem zrozumienia, a w konsekwencji także brakiem szacunku dla ofiary i cierpienia w imię dobra wspólnego. Ta skamielina na naszych oczach niesiona jest, niestety, w młodsze pokolenia. W mojej ocenie jest ona wysoce niebezpieczna. Zagraża bowiem jednemu z fundamentów wspólnoty narodowej, za który uznaję właśnie szacunek dla ofiary złożonej przez naszych przodków na ołtarzu wolności. Pamiętajmy, że tradycja nieprzekazana następnym pokoleniom umiera. Dotyczy to także tradycji wolnościowej, bez której w przestrzeni publicznej nie ma miejsca na wartości będące treścią tej tradycji – takie jak odwaga, niezależność, honor, itd. To właśnie dlatego walka o pamięć jest tak ważna – jej istotą nie jest bowiem przeszłość, lecz przyszłość.
PS. Pomnik poległych i pomordowanych “Ogniowców” stoi w Zakopanem przy Równi Krupowej, nieopodal Dworca PKP, w bezpośredniej bliskości miejsca, z którego busy wycieczkowe ruszają w kierunku Morskiego Oka. Zachęcam do odwiedzania tego miejsca. Kto przed tym pomnikiem stanie, będzie mógł, pośród wyrytych na pomniku nazwisk, pseudonimów i dat śmierci “Ogniowców”, przeczytać następujący fragment z listu “Ognia” do “Groźnego” († 9 XI 1946 r.) z października 1946 r.: …i niech szlag trafi, ale w górę serca.
A może niektórzy czytelnicy tego tekstu uznają, że przy okazji bytności w Zakopanem, należy pod pomnikiem “Ogniowców” zapalić lampkę pamięci?
Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji “Pamiętamy”, zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954.
Chcę podzielić się z Wami moim świadectwem o sile Różańca św. i potędze wstawiennictwa Maryi. Pochodzę z rodziny ateistycznej, w której nie wolno było nawet mówić o Bogu. Jednak moje serce w dzieciństwie ogromnie tęskniło do Boga i choć niewiele wiedziałam o Nim, nie przestawałam Go szukać. Znalazła się jedna cudowna osoba, siostra zakonna, która – narażając się przecież – zaczęła prywatnie uczyć mnie religii, również dzięki niej zostałam ochrzczona, przystąpiłam do I Komunii św. i Bierzmowania w wielkiej konspiracji i tajemnicy przed rodzicami, mając lat 13.
Pomimo tego, że moi rodzice byli niewierzący a ich małżeństwo skończyło się rozwodem, byłam szczęśliwa, bo naprawdę czułam bliskość Boga. Ale przyszedł czas dorastania, moja zaprzyjaźniona siostra wyjechała do Afryki na misje, a w rodzicach nie miałam oparcia w sprawach wiary. Szybko się stałam dość łatwym łupem dla różnych modnych pułapek. Nie mając zwyczaju systematycznej modlitwy (która jest taką “smyczą”, na której Pan trzyma nas przy sobie), załamałam się w wierze. Niewiele rzeczy było mi obcych – jeden grzech pociągał za sobą kolejne, te zaś pociągały mnie i nie mogłam, a nawet nie czułam potrzeby uwolnienia się od nich. Czasem przychodziły momenty, że szłam sporadycznie do spowiedzi, ale brak modlitwy i wątpliwości znów oddalały mnie od Boga.
Po wyjściu za mąż moje życie jeszcze bardziej się poplątało. Nie widziałam wyjścia: życie w moim małżeństwie stawało się coraz bardziej zagmatwane. Od miesięcy cierpiałam na całkowitą bezsenność. Któregoś dnia wstałam bardzo wcześnie i z rozpaczą w sercu idąc przed siebie, trafiłam do kościoła. Uklękłam przed wizerunkiem Matki Bożej i po raz pierwszy w życiu modliłam się naprawdę z całej duszy, z rozpaczą i nadzieją, z wewnętrznym krzykiem o ratunek. I stał się cud – wszystko się we mnie w jednej sekundzie uspokoiło. Na dodatek, jak się później okazało, spokój trwał, straciłam jakikolwiek pociąg do grzechów, tych, bez których nie wyobrażałam sobie życia, a moje małżeństwo zaczęło przeżywać prawdziwy renesans. Jednak minęło dużo czasu, aż się nawróciłam. Wszystko to, co się stało po tej modlitwie, przyjęłam jako prezent, sama natomiast nic nie robiłam w kierunku pogłębienia swojej wiary.
Był początek lata, kiedy spotkałam przypadkiem nie widzianą od lat przyjaciółkę, która właśnie wróciła z Fatimy i ofiarowała mi przywieziony stamtąd Różaniec. Dziwny był to dar, ponieważ “przyczepił się” do mnie, nie pozwalał się odłożyć na półkę ani do szuflady. Cały czas coś mnie ciągnęło, by trzymać go w ręku. Nawet idąc spać, kładłam go pod poduszkę. Nie był jakiś szczególnie cenny – zwykły drewniany Różaniec. W końcu zaczęłam modlić się na nim, bo odniosłam wrażenie, że on tego “żąda”. I wreszcie po 4 latach poszłam do spowiedzi – tym razem – z głębokiego przekonania, choć nie była to jeszcze ta spowiedź, która ostatecznie odciągnęła mnie od przeszłości. Nie była może dobrze przygotowana, ale był to naprawdę poryw serca. Odtąd nie opuściłam żadnej niedzielnej Mszy św. i starałam się odmawiać choć jedną tajemnicę Różańca dziennie. Jesienią zaś znalazłam się po raz pierwszy w Medjugorie. Jechałam tam z sercem całkowicie otwartym na to, co Bóg chce, abym robiła w życiu. Nie będę opisywać tego wszystkiego, co przeżyłam w Medjugorie za pierwszym razem i podczas następnych moich tam pobytów. Powiem tylko tyle, że otrzymałam wielką łaskę nawrócenia, a Pan stał się moim najlepszym Przyjacielem, najważniejszą sprawą mojego życia, moim Celem, moją wielką Miłością. Dał mi łaskę zerwania z całym dotychczasowym sposobem życia, łaskę modlitwy i postu. Jestem bardzo wdzięczna Maryi za ratunek i za ten Różaniec, który “wymusił” na mnie modlitwę i moje nawrócenie. Mało tego – po dwu latach modlitwy na nim i postów dwa razy w tygodniu w intencji mojej Mamy stał się wielki cud jej nawrócenia po całym życiu z dala od Boga, a nawet w opozycji do Niego.
Jestem przekonana, że powierzając się Maryi i modląc się na Różańcu, można zmienić świat na lepsze. Dlatego rozdaję Różańce ufając, że może za pomocą któregoś z nich Maryja przyciągnie kogoś do Jezusa, tak jak to było ze mną. Tak więc proszę wszystkich, którzy mają jakieś problemy “nie do rozwiązania” – powierzcie je Maryi i starajcie się choćby mieć przy sobie Różaniec. Maryja z pewnością znajdzie w końcu sposób, by Was skłonić do modlitwy na nim, nawet jeśli na początku będzie to trudne. I znajdzie sposób, by użyć tej Waszej modlitwy jako drogi, po której przypłynie do Was łaska potrzebna do rozwiązania Waszej trudnej sytuacji.
Szczęść Boże!
Barbara
tekst pochodzi z dwumiesięcznika Miłujcie się!, nr 9-10/2000
Będąc w Częstochowie nie mogłem siedzieć przy komputerze, a wskoczyła do spamu bardzo ważna wypowiedź ks. Macieja. Jak widać szatan ma swoje sposoby aby ważny komentarz wpadł do spamu, tak też przeszkadzał wczoraj na nabożeństwie w Częstochowie gdzie na na pytanie ojca daniela do wiernych czy jest nadzieja szybko odpowiedział i powtarzał że nie ma nadziei.Dlatego jako wpis umieszczam ją tutaj.
Wybaczcie mi to co powiem, ale jako ksiądz bardzo się cieszę, że nie uczestniczyłem w marszu ani w Krakowie, ani w Lublinie. Żałuję, że nie byłem na marszu w Warszawie. Chciałem być na wszystkich. Posłuszeństwo mi na to nie pozwoliło. Lepsze posłuszeństwo niż własne nabożeństwo. Św. Ojciec Pio tym którzy piszą: Życiński to…, Życiński tamto… dał by mocno w twarz i to prawdopodobnie z zamkniętej pięści a potem jeszcze kopa w tyłek. Ja nie, ale Święty by tak zrobił. Jak mi nie wierzycie to poczytajcie jego biografię. Rozumiem jak przykrym mu był wszelki jad i trucizna kierowana w kierunku Kościoła i jego sług. nie naszą jest rzeczą sądzić. Wstyd mi za tych, którzy nie żyją miłością miłosierną. Wszelka złość, złorzeczenie jest źródłem, u którego Ducha Świętego nie znajdziesz. Jest jeden Ksiądz Arcybiskup którego kocham jako Sługę Boga Najwyższego to J.E. Ks. Arcybiskup Andrzej Dzięga, który p0odczas spotkania powiedział do ludzi: „Wiecie co jest waszą największą siłą? POKORA” oraz „Dziś nie ma innego wyjścia jak to, aby cały Naród od najmłodszego do najstarszego klekną i z Różańcem Świętym wymodlił dla Ojczyzny kolejny cud nad Wisłą”.
Nie chcę nikogo urazić! jeżeli komuś sprawiłem przykrość i zawiodłem swoimi słowami to proszę spojrzyj na mnie z miłością i wybacz jak potrafisz. Żywo interesowałem się marszami dla Jezusa Chrystusa Króla, wstyd mi, ze wielu z ludzi dobrych i szlachetnych dało się zmanipulować kilku politykom i „liderom” i przekształciły się one w demonstracje przeciw Kościołowi, agresywne itd. Tak było w Krakowie – informacje mam z samego źródła – redakcji „Echo Medjugorie”, gdzie uczestnicy niemalże wymusili odmówienie modlitwy Anioł Pański itd. Pod pałacem Biskupa był wiec czysto polityczny. Wrzeszczenie i grożenie policją wszystkim, którzy chcieli rozprowadzać materiały ks. Natanka czy nawet rozdawać za darmo. Tak podobnie miało być w Lublinie. W warszawie była procesja najlepsza w tym roku i żałuję że mnie tam nie było.
Proszę Was i błagam nawet – nie dajcie się manipulować tymi, którzy przy okazji INTRONIZACJI chcą zrobić karierę polityczną.
Jako kapłan uczynię wszystko na co Pan Bóg mi pozwoli, aby JEZUS CHRYSTUS ZOSTAŁ UZNANY PRZEZ EPISKOPAT POLSKI I SEJM KRÓLEM POLSKI, ale wszystkim i wszędzie będę tłumaczył, że my jako naród i ludzie, owce Boże, nie możemy i nie mamy władzy, nawet sam Papież, ogłosić Jezusa Królem. To może i już zrobił sam Bóg Ojciec. Zrozumcie, że MY MAMY UZNAĆ JEZUSA KRÓLEM.
Wiem, że wspaniali ludzie, nawet moi przyjaciele jechali na marsz do lublina i dziwili się po powrocie tą agresją, dawką nienawiści wręcz okazywaną przez uczestników w kierunku Kościoła, Ks.Arcybiskupa Życińskiego i wybaczcie za słowo „łechtanie” diabelskie: to WY JESTEŚCIE WYJĄTKOWI, JEDYNI, WSPANIALI, NAZNACZENI I ACH i och!!! Naprawdę nie czujecie złego? Kochani jedyna droga do INTRONIZACJI to wasze modlitwy i kolana kolana bolące od podchodzenie na nich do Tabernakulum do Komunii Świętej. Tylko pokora pokona pychę diabelską. GWARANTUJĘ I W IMIENIU JEZUSA OBIECUJĘ!!! Do intronizacji nie dojdzie tak dlugo w naszej Ojczyźnie Polsce, aż nie staniemy w pokorze przed sobą, przed Bogiem i przed ludźmi, ich poglądami czasem odmiennymi. W przedwojennej książeczce do nabożeństwa „Droga do Nieba” przeczytałem: NIE POPRAWISZ NIKOGO ZŁOŚCIĄ ZROBISZ WSZYSTKO ŁAGODNOŚCIĄ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Nawet nie wiecie, że w Krakowie i w Lublinie sam diabeł mógł Wam dawać hasła do okrzyków. Zobaczcie ile w waszych wypowiedziach czasem diabelskiego jadu, przykład????? proszę: ten Życiński. Kochani nie ten, ale Ks. Arcybiskup…, czy trudno jest tu zobaczyć i zdemaskować złego? Ilu Was ulega własnym emocjom i czasem ubliża tu na blogu innym? Ilu staje tu przed nami jak ALFA I OMEGA? A przecież Jezus Król to Alfa i Omega.
Wiem. Wielu chciało dobrze ale się nie udało i tak jak mówił Św. Franciszek z Asyżu – mój kochany Święty – Bracia i Siostry nic jeszcze dobrego nie uczyniliśmy, rozpocznijmy od nowa! Błogosławię Was i kocham i wiecie współczuję bardzo Piłsudskiemu i czuję jego ból. Chciałbym, aby nikogo nie było w czyśćcu i w piekle. Tak bardzo jest mi żal tych biednych cierpiących dusz.
Mój Boże! czy tylko ja sam jestem na tej drodze ? I tylko ja tak to rozumiem?
Czy ta historia jest prawdziwa. trudno sprawdzić. Myślę że apel o modlitwę można zawsze podjąć. Nic się złego nam nie stanie z tego powodu. Natomiast wpis można potraktować jako ciekawostkę bo udowodnić że tak było nie mówiąc że dochodzi sprawa wiarygodności wizjonerki z Ukrainy o której kompletnie nic nie wiemy.Tutaj wersja angielska na jednym zblogów o tym wydarzeniu
Biskup Roman Danylak ur.1930 , święcenia kapłańskie otrzymał w 1957 r. Służy ukraińskim katolikom w Kanadzie. Uzyskał licencjat z teologi i doktorat z prawa kanonicznego i cywilnego na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim . W 1992 roku zostaje mianowany przez papieża Jana Pawła II biskupem tytularnym Nyssy.
Jest on chodzącą legendą i autorytetem. Mieszka w Toronto w Kanadzie, od wielu lat jest ciężko chory. Udziela się bardzo aktywnie pośród wizjonerów, wypowiedział się autorytatywnie za autentycznością pism Marii Valtorty oraz Luizy Piccarrety.
Marti która o tym pisze jest pośrednikiem Luizy Tomkiel w przekazywaniu jej posłań na Internet. Marti tak pisze:
„Zadzwonił do mnie Biskup Roman Danylak. Poprosił, żebym skontaktowała się ze wszystkimi wojownikami modlitwy i poprosiła żeby się modlili. Powiedział on, że w południe zadzwonili do niego wizjonerka z Ukrainy oraz jej kierownik duchowny. Powiedziała ona, że Matka Przenajświętsza pragnie, żeby ludzie zaczęli się natychmiast modlić o pokój dla przeciwstawienia się wojnie światowej, która wciągnie Chiny oraz Stany Zjednoczone. Ona pragnie jej odroczenia.
Biskup prosi o modlitwy. Matka Boża chce, aby skontaktował się on z Vice Prezydentem USA Biden’em w sprawie powstrzymania aborcji na świecie. Jest to bardzo poważne i on prosi o modlitwy dla tej misji, jakiej Nasza Pani zażądała od niego.
Dziękuję, wojownicy modlitwy!
Owinięci Płaszczem Miłości Naszej Matki! Marti
================================================
Umieszczam ciekawe zdjęcie nadesłane przez forumowicza .
Dziwna chmura uformowała się nad Bilbao w Hiszpanii w czasie wschodu słońca 13 lutego br
Nieprzychylne uwagi na temat homoseksualistów lub wyznawców Mahometa, głoszone publicznie w Internecie, już niebawem mogą się wiązać z poważnymi konsekwencjami. Groźnie brzmi, opublikowana przez „Gazetę Wyborczą”, zapowiedź uruchomienia w tym tygodniu pierwszego ogólnopolskiego monitoringu Internetu pod kątem tzw. mowy nienawiści.
Polski internet będzie przeczesywany przez program komputerowy monitorujący go pod kątem wrogości wobec mniejszości etnicznych, seksualnych i religijnych – informuje dziennik, który przoduje w propagowaniu w Polsce homoseksualizmu.
Według „GW”, w każdym przypadku rozpoznania “mowy nienawiści” natychmiast informowany będzie administrator portalu. Skrajne przypadki będą podstawą do zawiadomienia prokuratury.
Robocze wyniki pierwszego ogólnopolskiego pomiaru, mają zostać omówione przez autorów projektu na spotkaniu w Warszawie 4 marca br. Podobno zainteresowanie nimi wyraziło juz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz organizacje pozarządowe takie jak Otwarta Rzeczpospolita i Stowarzyszenie Interwencji Prawnej. Oficjalnie program ma wystartować w kwietniu.
Poligonem doświadczalnym było województwo podlaskie. Sprawdzano wpisy z lat 2008-10 poruszające temat uchodźców czeczeńskich. W styczniu fundacja Wiedza Lokalna wraz z fundacją Ocalenie ogłosiły w Białymstoku tzw. “Raport mniejszości”, czyli wyniki pilotażowego projektu monitorowania internetu. Program finansowany jest z programu “Demokracja w działaniu. Tolerancja” Fundacji im. Stefana Batorego, a przeprowadzany we współpracy z Centrum Badań nad Nowymi Mediami Collegium Civitas oraz ze specjalistami z Instytutu Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk.
Większość ludzi boi się, myśląc o swojej śmierci lub swoich bliskich. W rzeczywistości,
mówi Gospa: „śmierć nie istnieje!”.
Po prostu spada welon jak zasłona w Świątyni Jerozolimskiej rozdarta na pół,
ukazując to, co tam było ukryte przed ludzkim wzrokiem: Świętego Świętych!
Przychodzi mi na myśl pewien obraz, który może służyć za dobre porównanie:
istnieją okna, których szyby pozwalają widzieć z wnętrza to, co dzieje się na zewnątrz,
ale które uniemożliwiają ludziom z zewnątrz widzieć wnętrze. Stopień ich
nieprzezroczystości może się zmieniać i czasami, dobrze przyklejając nos do szyby,
można rozpoznać coś wewnątrz. Ale przypuśćmy, że szklarz się pomyli i umieszcza
szyby w taki sposób, że ci z wnętrza nie mogą zobaczyć na zewnątrz…! Tak jest
właśnie z nami! Jesteśmy na ziemi tak jak ludzie, którzy nie widzą tych, którzy ich widzą!
Tu się zaczyna tragedia niewiary, ponieważ od braku „widzenia” kogoś do zignorowania
jego całej egzystencji jest tylko krok! „Drogie dzieci, mówi do nas Gospa,
żyjecie w nieświadomości”.
Święci przezwyciężyli tę nieprzezroczystość i żyją tak, jakby widzieli to, co
jest niewidzialne. To pozwala im pojąć niewidzialne rzeczywistości nie zwracając
uwagi na to, czy jest dzień, czy stłucze się szyba lub czy spadnie zasłona. Dwór
niebieski jest im dobrze znany, a przejście przez śmierć uważają za ten tak oczekiwany
pocałunek, który po wygnaniu wprowadzi ich na zawsze w towarzystwo wybranych. Podczas misji w Dublinie widzący Ivan ogłosił przed tłumem: „Jeśli moglibyście widzieć Gospę tylko przez sekundę, wtedy wszystkie rzeczy tej ziemi natychmiast straciłyby atrakcyjność
w waszych oczach”. Ziemia to czas pragnienia, Niebo jest wiecznością posiadania. Na ziemi, jeśli nie pragnę Nieba, jestem jak umierający, który możne jeszcze dojść do siebie. Jeżeli moją zdolność pragnienia przeniosę na świat materialny, to jestem martwym
człowiekiem, terroryzowanym przez godzinę mej śmierci, w której wkrótce stracę
wszystkie moje (fałszywe) skarby. Jeśli będziemy mniej przywiązani do rzeczy
materialnych, to z pewnością będziemy zdolni „z radością kontemplować życie
wieczne”.
Widzącej Marii Matka Boża wyjaśniła, że w Niebie każdy z wybranych dokładnie
wie, co inni zrobili dla niego i jak, przez swoje modlitwy, poświęcenia i ofiary
uczestniczyli we wzroście stopnia jego chwały wiecznej. Czasami nawet wybrani
uświadamiają sobie, że modlitwy tej czy tamtej osoby spowodowały, że nie poszli
na zatracenie! W Niebie każdy z nas będzie odczuwał wieczną wdzięczność wobec
każdej z tych osób i zawiąże z nimi węzeł szczególnej miłości. Ta rzeczywistość
jest cudowna i jakże zachęcająca, zwłaszcza wtedy, gdy na ziemi nie widzimy
widzimy jeszcze owocu naszych ofiar i naszych modlitw za tych, których kochamy. Gospa
daje nam tu nadzieję, która leczy nas ze zniechęcenia! Ona pomaga nam zainwestować
w prawdziwe wartości!
Dobrze jest być ciągle gotowym na powitanie Jezusa, który przyjdzie jak złodziej.
Nigdy nie zapomnę mojego przyjaciela, Jakova. Był to człowiek ze wsi Medziugorje,
posiadający winnice, wielki magazyn win; miał on również wielki pociąg
do alkoholu (szczególnie po powrocie z Niemiec, gdzie bardzo ciężko pracował).
Z powodu tej jego skłonności, jego zachowanie było czasami trudne do zniesienia,
niezależnie od jego cudownego, wielkiego serca. Kiedy odkrył, że ma raka żołądka, to
nie zaprzestał prac polowych i innych. Był nadal pogodny.
Pewnego ranka nieoczekiwanie wezwał jednego ze swych synów i powiedział:
„Idź i zbierz wszystkich naszych sąsiadów,przyjaciół i członków rodziny, muszę
z nimi porozmawiać”. Jego syn był zdziwiony, lecz uczynił tak, jak mu polecił.
Następnie Jakov siadł w swej sypialni, do której zapraszał każdego po kolei. Prosił
każdą z osób o przebaczenie za wszelką szkodę, jaką mógł wyrządzić, świadomie
lub nie. Podobnie uczynił z synami. Upewnił się, że pojednał się z każdym i że
spłacił wszystkie długi. Następnie poszedł do kościoła i odbył spowiedź. Wieczorem
podczas obiadu był szczęśliwy. Czy przypuszczał, co nastąpi? Poszedł jak zwykle
położyć się spać i wypełniony pokojem zasnął, żeby już nigdy się nie obudzić.
Zanim nasz Zbawiciel przyjdzie jako zarządca, pomyślmy – kto z nas jeszcze
Od kilku lat poprzez Internet i sms-y jest rozsyłane fałszywe orędzie. Rzekomo to orędzie miał otrzymać widzący Ivan od Matki Bożej. Tekst tego fałszywego orędzia rozpoczyna się od słów:
„Pilne posłanie od Matki Bożej dla Ivana w Medjugorje. Wojna na Bliskim Wschodzie stanie się groźniejsza i rozprzestrzeni się na cały świat…
JEST TO KŁAMSTWO NIGDY MATKA BOŻA NIE DAŁA TAKIEGO ORĘDZIA W MEDZIUGORJE !!!
Kochani, jeżeli otrzymacie to fałszywe orędzie to proszę odpiszcie do osób, które wam to przysłały, aby zaprzestały rozsyłać kłamstwa!
Ze zdumieniem odkryłem, że to fałszywe orędzie zostało umieszczone na stronie: jezuici.pl.Przykre jest to, że autor czyni to nie zadając sobie nawet trudu żeby sprawdzić czy to orędzie jest prawdziwe. Można to sprawdzić wchodząc chociażby na oficjalną stronę parafii Medziugorje. Autor na podstawie tego fałszywego orędzia próbuje zanegować objawienia Matki Bożej w Medziugorje. Zapominając przy tym poinformować czytelników o tym, że od 17 marca 2010r. została powołana przez Kongregację Nauki Wiary – Międzynarodowa Komisja w sprawie Medziugorja. Artykuł ukazał się 10 lutego, 2011 więc minęło prawie 11 miesięcy od dnia powołania Komisji. Mam nadzieję, że pominięcie tego faktu wynika z braku wiedzy autora a nie świadomej próby manipulacji czytelnikami.
Od momentu powołania Komisji to Stolica Apostolska a nie biskup miejsca orzeknie o prawdziwości lub nie objawień Matki Bożej w Medziugorje. Wypowiedzi biskupa Mostaru są tylko jego prywatną opinią a nie orzeczeniem Kościoła.
Dziękujemy księdzu Maciejowi za podjęcie dyskusji z naszymi czytelnikami. Czuliśmy się trochę jak owce bez Pasterza. Wiemy że ksiądz ma wiele obowiązków, ale mimo to prosimy żeby od czasu do czasu znalazł czas i prostował nasze myślenie chociaż krótkim komentarzem. Na pewno popełniamy wiele błędów w ocenach ludzi jak i zdarzeń gdyż my nie jesteśmy odpowiednio przygotowani do tak ważnych tematów. Podjęliśmy się pisać w internecie jako prości ludzie gdyż uważamy że jest on przepełniony anty ewangelią. Cieszę się że wiele osób dyskutuje próbując poznać prawdę, ze wiele osób odmawia różańce w intencjach Królowej Pokoju na jej 30-lecie objawień. Zawieziemy te Zdrowaśki na Górę Podbrdo 25 czerwca 2011 roku. Poniżej piękne opowiadanie.
Pewnego dnia nauczycielka poprosiła swoich uczniów, by wypisali na kartce imiona wszystkich kolegów z klasy, zostawiając przy tym trochę miejsca obok nich. Potem powiedziała do uczniów, by się zastanowili
nad najmilszą rzeczą, którą mogliby powiedzieć o każdym ze swoich kolegów i napisali to obok ich imion. Trwało to całą godzinę, zanim wszyscy skończyli, i przed opuszczeniem klasy oddali swoje kartki nauczycielce. W weekend nauczycielka napisała każde nazwisko na kartce
i obok niego listę miłych rzeczy przypisanych mu przez kolegów.. W poniedziałek każdemu z uczniów oddała jego lub jej listę.Już po krótkiej chwili wszyscy się uśmiechali. “Rzeczywiście?”, było słychać szepty. “Nawet nie wiedziałem, że
dla kogoś coś znaczę!”
i “nie wiedziałem, że inni mnie tak lubią”, brzmiały komentarze.
Nikt potem nie wspominał już o tych listach.
Nauczycielka nie wiedziała, czy uczniowie dyskutowali o nich ze sobą lub z rodzicami, ale to nie było istotne
Ćwiczenie wypełniło swoje zadanie. Uczniowie byli zadowoleni z siebie i z innych.
Kilka lat później jeden z uczniów zmarł i nauczycielkaposzła na jego pogrzeb. Kościół był pełenprzyjaciół.Jeden po drugim z tych, którzy kochali lub znali młodego człowieka,przechodzili obok trumny i oddawali ostatnią cześć.. Nauczycielka podeszła jako ostatnia i modliła się przy trumnie.Kiedy tam stała, ktoś z niosących trumnę powiedział do niej: “Czy była pani
nauczycielką matematyki Marka?” Skinęła: “Tak”. Ten powiedział: “Marek bardzo często mówił o pani.” Po pogrzebiewiększość szkolnych kolegów Marka zebrało się razem. Byli tam również jego rodzice i wyraźnie czekali na to, by porozmawiać z nauczycielką.. “Chcemy pani coś pokazać”, powiedział ojciec i wyciągnął portfel z kieszeni. “Znaleziono to, kiedy zginął Marek. Sądziliśmy,że pani to rozpozna”
Wyjął z portfela zniszczoną kartkę,która najwyraźniej sklejona, była wielokrotnie składana i rozkładana. Nauczycielka wiedziała, nie patrząc, że była to ta kartka, na której były
miłe rzeczy, jakie koledzy napisali o Marku. Chcieliśmy pani bardzo podziękować za to, że pani to zrobiła”, powiedziała matka Marka. ” Jak pani widzi, Marek bardzo to cenił”.
Wszyscy dawni uczniowie zebrali się wokół nauczycielki.
Charlie uśmiechnął się i powiedział: ” ja też mam jeszcze moją listę. Jest w górnej szufladzie mojego biurka”. Żona Hainza powiedziała:
“Hainz poprosił mnie, żebym wkleiła listę do naszego ślubnego albumu”. “Ja też ciągle mam swoją”, powiedziała Monika. “Jest w moim dzienniku” Potem Irena , inna uczennica, sięgnęła to swojego terminarza i pokazała wszystkim swoją porwaną i postrzępioną listę. “Zawsze noszę ją przy sobie”, powiedziała Irenie, i dodała:
“Sądzę, że wszyscy zachowaliśmy nasze listy.” Nauczycielka była tak wzruszona, że musiała usiąść i zaczęła płakać.Płakała nad Markiem i nad wszystkimi kolegami, którzy go nigdy już nie zobaczą.
Żyjąc z bliźnimi, często zapominamy,że każde życie kiedyś się kończy i, że nie wiemy, kiedy ten dzień nadejdzie. Dlatego należy mówić ludziom, których się kocha, że są szczególni i ważni Powiedz im to, zanim będzie za późno. Możesz to zrobić wysyłając im tę wiadomość. Jeśli tego nie uczynisz, stracisz cudowną okazję dozrobienia czegoś miłego i pięknego.. Czytasz tę wiadomość, dlatego, że ktoś się o ciebie troszczy i to znaczy, że jest przynajmniej jeden człowiek, dla którego coś znaczysz.
Pomyśl, zbierasz to, co siejesz. To co wniesiemy do życia innych, wróci do naszego życia. Ten dzień będzie szczęśliwy iwyjątkowy dokładnie tak, jak ty!
Jezu, powiedz mi proszę, czy chcesz żeby Twoje Serce zostało ukoronowane w Polsce przez władze duchowne i świeckie?
JA ZNAM WASZE DYSPUTY
Dziecko Moje, Ja znam wasze dysputy, Ja patrzę na was i Serce moje krwawi, że rwiecie Ciało Moje na strzępy.
CHCĘ BYĆ CAŁY CZCZONY
Powiedziałem ci, Ja cały zostałem umęczony i cały chcę być czczony i wywyższony. Czcijcie Serce Moje, owszem. Miłe jest Mi to nabożeństwo i wielka jest Moc Serca Mojego, kiedy się Mu pokornie powierzacie.
SERCE MOJE PRZYCZÓŁKIEM KŁÓTNI I SPORÓW W MOIM KOŚCIELE
Kocham was dzieci Moje, ale nie będę patrzył spokojnie, jak to Serce Moje Najświętsze staje się przyczynkiem kłótni i sporów w Moim Kościele świętym. Czy mało jestem umęczony? Zostawcie Serce Moje w spokoju dzieci. Ja Bóg mówię to do was.
JA CHCĘ BYĆ KRÓLEM TEGO NARODU
Ja chcę być Królem tego narodu, a wy Mi służyć nie chcecie. Nie będę sprawował władzy Sercem samym, ale wszystkimi Członkami Moimi, tak jak Kościół Mój z wielu członków się składa, tak chcę, żeby wszystkie Członki Ciała Mojego zostały uwielbione i wywyższone.
JEZUS CHRYSTUS BĘDZIE RZĄDZIŁ NIEPODZIELNIE TYM KRAJEM, ALBO WCALE RZĄDZIŁ NIE BĘDZIE
Pisz dziecko: Jezus Chrystus będzie rządził niepodzielnie tym krajem, albo wcale rządził nie będzie! Wybierajcie! Macie czas jeszcze, ale czasu tego niewiele wam zostało. Lud mój wierny woła do Mnie z całego kraju o Moje Królowanie, a wy, którzy władzę macie, nie chcecie głosu tego ludu słuchać. Umiłowani, ludu Mój wierny, Serce Moje cierpi, kiedy widzę jak Moim Sercem chcą się posłużyć, żeby Mnie z tego narodu wygnać. Powiadam wam, przyjdę do was jako Król Sprawiedliwy i nie Serce Moje sądzić was będzie, ale Ja sam, z całą Mocą wszystkich umęczonych dla was Członków Mojego Ciała. Moje Miłosierdzie płynie na was w wielkiej obfitości dzieci, ale kiedy przyjdę, to Serce otworzę tylko dla dzieci, które to Serce umiłowały oddając Mi chwałę na ziemi.
CHCĘ BYĆ KRÓLEM TEO ZAKĄTKA ŚWIATA I ŚWIATA CAŁEGO
Chcę być Królem tego zakątka świata i świata całego. Jeśli Mnie Królem obierzecie będę władał tym krajem niepodzielnie i wprowadzę tu Moje Prawo i Moją Sprawiedliwość. Kto się Mojego Królowania obawia, ten jemu, nieprzyjacielowi Mojemu służy i jemu oddaje cześć, bo każdy kto Mnie służy chce, żebym został Jego Królem.
CI CO MNIE SŁUGĄ OBWOŁUJĄ, NIE WIEDZĄ CO MÓWIĄ
Dość służyłem ludziom. Nie przyjęliście Mnie, ani jako Króla, ani jako pokornego Pasterza. Nie jestem sługą świata i ci co Mnie sługą obwołują, nie wiedzą co mówią. Ja służyłem człowiekowi z miłości, ale nie jako sługa, ale jako Król. Teraz chcę zostać wywyższony.
JAKO KRÓL PRZYBĘDĘ DO SWEGO
Chcę abyście uznali Mnie za waszego Króla, bo jako Król przybędę do swego. Dzieci Moje, jak wielka jest trwoga kiedy obcy Król przychodzi na waszą ziemię? Czy tego chcecie? Obwołać Mnie obcym Królem, czy żebym raczej przyszedł do Swego Królestwa jakim jest Polska? Ja jestem waszym Królem. Kiedy Mnie Królem obwołacie i przyjdę, choć inne narody drzeć będą, czy będą wasze serca strwożone, kiedy Ja do własnego Królestwa przybędę? Kiedy Ja do Moich sług przyjdę? Czy przyjdę was karać kiedy Moimi będziecie? Wielka jest Moja Sprawiedliwość i wrogów Moich wytracę, ale Moje sługi zachowam, żeby śpiewały Mi chwałę, kiedy zejdę do was z obłoku.
Jezu, nie chcesz więc, aby Serce Twoje zostało ukoronowane? Czy jeśliby to się dokonało będzie to jednak jakiś krok w pzród, w pół drogi chociaż?
OBIERZCIE MNIE KRÓLEM , A ULECZĘ MOJE KRÓLESTWO
Nie dziecko, bo Ja nie o to was proszę. Ja wam mówię, obierzcie Mnie Królem, a uleczę Moje Królestwo, a wy Serce Moje poniewieracie. Cóż Mi z takiej koronacji, jeśli nie pełnicie Mojej Woli? Moją Wolą jest zostać waszym Królem. Kto zmienia Wolę Moją komu służy? Czyją Wolę pełnicie jeśli nie Moją?
JA, KRÓL ŚWIATA, CHCĘ ZOSTAĆ UROCZYŚCIE OBWOŁANY KRÓLEM POLSKI
Powiedziałem wam jasno, Ja, król Świata, umęczony i ukrzyżowany dla waszego zbawienia chcę zostać uroczyście obwołany Królem Polski. Nie jest Moją Wolą ukoronowanie Serca Mojego, ale Mnie samego, wszystkich Członków Mojego człowieczego Ciała połączonych w Jedno Ciało, dla was na Mękę wydane.
JEDEN JESTEM I NIEPODZIELNY
Syn Człowieczy to nie samo Serce tylko, ale i Głowa Moja Najświętsza cierniem ukoronowana i Ręce, przez które spływają na świat nieskończone łaski i Nogi, które przebite tak wiele Krwi za was wylały i Krew Moja Przenajświętsza, która ten świat odkupiła. Każda cząstkę Mojego Ciała uwielbijcie i czcijcie, bo każda cząstka tego Ciała była dla was okrutnie umęczona, tak, że Ciało Moje było wielką Raną. Ukochajcie Mnie w całości, bo Syn Człowieczy cierpi kiedy jego Członki rozdzierane są na strzępy. Jeden jestem i niepodzielny. W całości oddaję się wam dzieci w Sakramencie Komunii świętej i wy całego Mnie uczcijcie. Pokazałem wam jak słodkie jest Serce Boga, i że do tego Serca uciekać się macie, temu Sercu oddawać, bo w Nim jest nieskończone Miłosierdzie Boga, a wy teraz to Serce użyć chcecie jako narzędzie do odsunięcia Mnie od Mojego Tronu. Nie samym sercem rządzi człowiek sprawiedliwy, ale i mądrością, której skarbnicą jest jego głowa. Dlaczego więc Bóg samym Sercem miałby władzę sprawować?
CO NIE JEST MOJĄ WOLĄ PRZECIWKO MNIE JEST SKIEROWANE I SZKODE TEMU PAŃSTWU PRZYNIESIE
Powiadam wam dzieci Moje, pełnijcie Wole Moją, a nie poginiecie. Co nie jest Moją Wolą, przeciwko Mnie jest skierowane i szkodę temu państwu przyniesie.
JA WAM NIE KAŻE MYŚLEĆ CO POCZĄĆ
Ja wam nie każe myśleć co począć. Ja wam to mówię prostymi słowami. Lud prosty te słowa rozumie, uczeni szukają prawdy w połączeniu z własną pychą i to jest ich zguba i zguba szykowana na owce Moje. Słuchajcie Głosu Mojego, bo pokazuję wam czego pragnę.
Dziękuję Panie, mój Boże, mój Królu. Czy dobrze wszystko spisałam, czy nie zdążyłam napisać czegoś ważnego?
KOCHAM POLSKĘ
Napisz jeszcze Moje dziecko, że kocham Polskę, choć Mnie zapomniała, ale dla Matki Mojej okazuję jej tyle cierpliwości i daję znaki, których ona nie może nie dostrzec. Słuchajcie Mojego wołania, bo dzieci Moje beze Mnie poginiecie.
Dziękuję Jezu. Ty jesteś Królem Polski. Dla tak wielu jesteś już Królem Polski.
WIELKA JEST WALKA O MOJE KRÓLESTWO
Wiem Moje dziecko, ale wciąż jesteście nieliczni. Kochacie Mnie bardzo i dla was również okazuję Moje Miłosierdzie temu krajowi, ale módlcie się gorąco i nie poprzestawajcie, bo wielka jest walka o Moje Królestwo.
A Ty Jezu zawsze zwyciężasz, prawda?
JA ZWYCIĘŻĘ, ALE CZY WY ZWYCIĘŻYCIE RAZEM ZE MNĄ?
Tak Moja mała. Ja zwyciężę, ale czy wy zwyciężycie razem ze Mną, czy będziecie w armii pokonanych i strąconych do czeluści to już od was zależy. Ja wam dałem wolną wolę i choć Serce Moje krwawi z boleści na samą myśl o waszym zatraceniu, wolę waszą uszanuję.
Orędzia te otrzymuje Agnieszka. Opiekunem tych nadzwyczajnych objawień w przedziwny sposób stał się ks. Piotr Natanek w styczniu 2010 roku kiedy pan Jezus zaprosił go na Golgotę, które to zaproszenie przyjął. Po wcześniejszym prawie 2 letnim przygotowaniu na drodze kapłańskiej księdza Piotra pojawiło się “dziecko Boże” Agnieszka osoba otrzymująca od Boga orędzia, mające przygotować z polecenia Boga ludzkość na wielkie oczyszczenie Czasów Ostatecznych. Pan Jezus przekazując te orędzia zaznaczył jasno: “niech Moje dzieci wiedzą co się dzieje” . Agnieszka urodziła się około 33 lat temu a zażyłość z panem Jezusem rozpoczęła sie w 2000 roku. Pierwsza rozmowę miała z Janem Ewangelistą 26 lutego 2009 roku a następne 27 listopada 2009 roku z Panem Jezusem i od tego czasu Jezus przekazuje orędzia aż do dziś. Obecnie jest już wydanych 4 tomy tych orędzi.Tak jak obiecałem że jak znajdę czas to przepiszę kawałek książki, przepisałem orędzie z dnia 7 kwietnia 2010 roku które mnie urzekło. Ileż ja w tych słowach zauważyłem Bożego Miłosierdzia. Proszę czytajcie bardzo wolno i rozważajcie. Drukujcie i przekazujecie innym.
07.04.2010
Jezu?
Jestem dziecko.
Królu mój, przepraszam Cię za wszystko, za moją niegodność. Czuję się bezsilna, związana moją nędzą Jezu, oddaję Ci to wszystko.
To dobrze mała. Ja jestem Mocą. Ja mogę cie podnieść i uświęcić.
Wiem Jezu, wiem Rabbi. Ty możesz wszystko.
O co chcesz mnie spytać?
Panie, czuję się źle ze sobą. Nasza ostatnia rozmowa była o miłości, a jednak ja czuje się odsunięta od Ciebie. Ty mówisz do mnie, ale ja czuję, że byłeś bliżej, a teraz jesteś taki niedostępny. Nie czuje tak Twojej miłości kiedy rozmawiamy. Czuję jakbyś się na mnie gniewał, jakbym Cię zawiodła, co jest prawdą, bo jestem taka zawodna, ale Twoja Miłość zawsze to miażdżyła, a teraz boje się.
ZGODZIŁAŚ SIĘ CIERPIEĆ OPUSZCZENIE DLA MNIE
Agnieszko, córko moja, nie bój się. Moja miłość do ciebie nie zmieniła się. Wiem że nie czujesz mojej tkliwości, jaką cię zwykle otaczam. Zgodziłaś się cierpieć opuszczenie dla Mnie. Pamiętasz to? Jestem tym samym Bogiem, który cię miłuje dziecko. To co odczuwasz, jest formą oczyszczenia i pokuty. Musisz wierzyć, że kocham cię ogromnie, mimo, że nie odczuwasz, jak bardzo cię kocham. Pamiętaj, że ja, Bóg jestem niezmienny.
Panie, ale czy tak już będzie zawsze? Czuję jakby był mur między nami. Jakbyś odsunął mnie, bo nie poprawiam się?
Dziecko, tłumaczę ci przecież. To co odczuwasz dopuściłem na ciebie nie z powodu twoich grzechów, ale z miłości. Czy chcesz być całkiem blisko Mnie?
Panie, błagam, przyciśnij mnie do siebie i nie póść już nigdy. Wszystko za to Panie.
MUSISZ ZA MNĄ POTĘSKNIĆ
No widzisz sama. Spełniam tylko twoje pragnienia. Musisz za Mną potęsknić. Musisz Mnie pragnąć goręcej. Odsunąłem cię dla naszego większego zbliżenia. Nie bój się. Tak nie będzie zawsze. Będziesz jeszcze płakać ze szczęścia, kiedy poczujesz jak blisko Mnie jesteś. Teraz nie odczuwasz tego z Mojej woli, ale wiesz dobrze co masz czynić. Ja cię wspomagam. Nie opuszczam cię.
Dobrze Panie. Ufam Tobie. Najsłodszy Rabbi. Prowadź mnie według Twojego planu. Już się nie boję, choć wciąż to odczuwam, jakbyś się na mnie gniewał. Wytrzymam to panie dla Ciebie.
To dobrze. Wiesz gdzie jestem?
Stoisz za mną?
Tak. Stoję za tobą.
Zobaczyłam Pana Jezusa. On stojąc za mną objął Dłońmi moją głowę i głaskał. Znów widziałam Jego piękną Twarz dokładnie. Jeszcze teraz pamiętam, choć wiem, że zaraz zapomnę. Byłam taka mała przy Nim, taka szara. A On cały piękny, lśniący, w złoto-czerwonych szatach. Obejmował mnie tak zwyczajnie, a ja płonęłam z nieśmiałości i wstydu. On jest samym ciepłem i Miłością. Najukochańszym, najsłodszym Bogiem pełnym Majestatu i Mocy, który zniża się, żeby utulić człowieka w swoich doskonałych, świętych Ramionach. Obejmuje tak zwyczajnie, a ja przestaję oddychać z wrażenia, bo oto sama Świętość mnie obejmuje. Niepojęty Bóg ogarnia mnie, obejmuje tak po ludzku, żebym poczuła się kochana.
Święty Boże, któż Cię zrozumie, że przychodzisz tulić takie nic? Najmiłościwszy Panie, niech oddam Ci wszystko bez końca. Jak Cię kocham i pragnę… Jezu, weź moją dusze i zanurz w Miłosierdziu Twoim. Niech nigdy nie zginie, bo Ty ją schowasz, dobrze?
DO NAJWIĘKSZEGO GRZESZNIKA PRZYCHODZĘ Z MOJĄ ŁASKĄ MIŁOŚCI
Moje dziecko, jesteś stale w Moich Ramionach. Nie zginiesz Mi. Ja zawsze cię znajdę. Wiem dobrze gdzie jest każde Moje zagubione dziecko, tylko to dziecko musi Mnie wołać. Wtedy Ja przybywam. Do największego grzesznika przychodzę, z Moją łaską Miłości i tak samo patrzę na niego, jak patrzyłem na ciebie. Bez wyrzutu. To wy dzieci macie do siebie nawzajem żal i nie umiecie przebaczać. Ja, Bóg jestem Przebaczeniem. Kto we Mnie wierzy, przebacza. Ja nie mam pamięci waszych grzechów, a tylko pamięć o łzach waszych, którymi zadośćuczynicie za swoje upadki. Żałujcie, żałujcie za każdą Ranę, którą Mi zadaliście. Żałujcie za każde uderzenie bicza, żałujcie za każdy cierń, który umęczył Moją świętą Głowę. Ja się dla was oddałem. Jak może ojciec gniewać się na dziecko, które do niego skruszone wraca? Czy nie pamiętacie przypowieści o synu marnotrawnym? Czy ojciec patrzył na tego syna z żalem, czy wyrzucał mu co? Nie, on z radości urządził mu ucztę powitalną. Taki Ja jestem. Nie mam pamięci o waszych złych uczynkach kiedy ukorzycie się przede Mną w Moim Sakramencie Pokuty. Chodźcie do Mnie, bo czekam.
W KAŻDYM KAPŁANIE KTÓREMU WYZNAJECIE GRZECHY, JA JESTEM
W każdym kapłanie, któremu wyznajecie grzech, Ja jestem. Nie bójcie się. Ja i tak znam grzechy wasze. Wiem czym Mnie raniliście, bo za każdy ten grzech osobno cierpiałem. Dzieci, niepojęte SA dla was Moje słowa i tajemnica waszego Odkupienia, ale tyle ile Ja wam pokazuję wystarczy. Resztę musi wypełnić wiara.
KTO WIERZYĆ NIE CHCE, BĘDZIE MU ODEBRANIE I TO, CO POSIADA
Kto wierzy, temu Ja dodam łaski i będzie odczuwał więcej Moje tajemnice. Kto wierzyć nie chce, będzie mu odebrane i to co posiada. Czekam na was. Nie trwajcie w grzechach ciężkich, bo to prosta droga do piekła. Ja wam dałem tę łaskę, że nawet jeśli upadniecie, wrócić możecie do Mnie w każdej chwili. Nie jestem Bogiem mściwym, który odrzuca tego, kto nie pełni Jego Woli. Ja wciąż czekam, a wy możecie jeszcze do Mnie powrócić, ale czas się kończy.
PRZYBYWAJCIE GROMADNIE, WSZYSTKO WAM ODPUSZCZĘ
Przybywajcie gromadnie. Wszystko wam odpuszczę. Żałujcie za wszystko zło, któreście popełnili przeciwko waszym braciom i siostrom, przeciwko ojcu i matce, bo te surowo karzę. Jestem wciąż dla was osiągalny dzieci. Nie zmarnujcie tej szansy, bo potem nie ma już łaski i odwrotu.
WYBIERZCIE MNIE TERAZ, BO POTEM WASZE DUSZE, ZAŚLEPIONE STRACHEM UPADNĄ JESZCZE NIŻEJ
Wybierzcie Mnie teraz, bo potem wasze dusze, zaślepione strachem upadną jeszcze niżej. Szatan chce was wszystkich zniszczyć. Jeśli nie posiadacie łaski Mojej, którą uświęcam duszę, nie będziecie mieć przeciw niemu żadnej ochrony. Będzie zwodził was tak dalece, że poginiecie i sami nie będziecie już wołać do Mnie.
MOC SZATANA W TYCH DNIACH CIEMNOŚCI BĘDZIE WIELKA
Moc szatana w tych dniach ciemności będzie wielka i Ja jestem wam jedyną tarczą. Żaden człowiek nie może przeciwstawić się szatanowi, bo jego moc nad wami jest ogromna. Tylko Ja mogę was ochronić.
ANIOŁOWIE WASI MOGĄ WAS STRZEC
Tylko aniołowie wasi mogą was strzec, jeżeli Ja im tak nakażę. Wy sami nie liczcie na swoje siły, bo to są duchy nieporównanie mocniejsze i okrutniejsze od najokrutniejszego człowieka. Zdani na ich pastwę staniecie się jak oni. Zrozpaczeni i zdolni do wszelkiej ohydy i występku.
MATKA MOJA JAK GWIAZDA ŚWIECIĆ BĘDZIE W SERCACH TYCH, KTÓRZY JEJ OPIEKI WZYWALI W ŻYCIU
Ja Jeden mam moc ochraniać wasi Matka Moja Najświętsza, która jak gwiazda świecić będzie w sercach tych, którzy Jej opieki wzywali w swoim życiu. Poddajcie się Woli Mojej. Nie ma cierpienia, które by na was nie przyszło z jego ręki. Ja daję wam cierpienia, które znieść możecie, na które was wcześniej przygotowuję Moją łaską. Ten daje wam cierpieć katusze, których wytrzymać nie umiecie i będziecie ginąć i targać się na swoje życie w rozpaczy. Trzymajcie się Mnie. Ja Bóg wciąż czekam. Mówię do was te słowa ku przestrodze. Nie patrzcie na świat, który się bawi i nic sobie z tych wezwań nie robi. Patrzcie na wasze dusze.
KAŻDY Z WAS MA JEDNO ŻYCIE
Każdy z was ma jedno, jedyne życie. Jeśli wy się o nie nie zatroszczycie, marne są wasze szanse, że wejdziecie do Mojego Królestwa.
WASZE RODZINY SĄ POGAŃSKIE
Wasze rodziny są pogańskie. Mało kto modli się za was, którzy nie wierzycie, że przybędę. Jeśli się nie uratujecie sami, kto was uratuje? Nie patrzcie więc po swoich braciach, którzy śmieją się z pobożności ludu, ale troszczcie się o siebie, o swoje życie i wracajcie do Mnie. To jest ostatnia godzina, kiedy was wzywam do Siebie. Jestem w Moim Kościele. Nie bójcie się Mnie, ale bójcie się Mnie utracić, bo rozłąka ze Mną jest potworna. Czekam.
Boże dziękuję Ci za to wezwanie. Niech Twoja łaska ogarnie grzeszników, żeby wrócili do Ciebie.
Dziecko Moje. Ja dam łaskę temu, kto Mnie łaknie, ale jest zagubiony i sam wydobyć się z grzechu nie umie. Ja uleczę tych, co o własnych siłach dojść do Mnie nie mogą, choć tego bardzo pragną, jak ten paralityk, który nie mógł o własnych siłach dojść do sadzawki. Ale kto może, a nie chce przyjść do Mnie, ten podjął już swoją decyzję o potępieniu wiecznym. Ten już wybrał, że Moją Miłością Męką gardzi i tego ja już nie uratuję. Będzie cierpiał na wieki. To jest ich ostatni czas beztroski, bo ciężkie chmury nadciągają nad świat.
Dziękuję Panie. Będę się modlićod dziś modlitwą o nawrócenia.
To dobrze. Pytaj mnie teraz ( pytania i odpowiedzi w książce)