Dziecko Królowej Pokoju

Tylko Pokój

Archiwum kategorii ‘Prześladowanie Chrześcijan’

Zaczęło się niebotyczne prześladowanie katolików

Posted by Dzieckonmp w dniu 16/05/2012

 

Opublikowany w Alert, Apel, Film, Jezus Król Polski, KOMUNIKATY, Kościół, ks.Piotr Natanek, Prześladowanie Chrześcijan | Otagowane: , , , | Komentarzy: 138 »

Pierwsza ofiara – w Parczewie na mszy zmarł rycerz Chrystusa Króla

Posted by Dzieckonmp w dniu 15/05/2012

Incydent w Parczewskim Kościele

13 maja w trakcie obchodów Diecezjalnego Dnia Rodziny w Sanktuarium Rodzin w Parczewie doszło do incydentu, który spowodował przesunięcia w programie spotkania. W rozmowie z Radiem Podlasie Biskup Siedlecki Zbigniew Kiernikowski wyjaśnił powody swojej decyzji o przesunięciu rozpoczęcia Mszy św. – informuje na swojej stronie Regionalny Portal Informacyjny podlasie24.pl

Niedzielna Eucharystia podczas Diecezjalnego Dnia Rodzin w Parczewie, zaplanowana na godzinę 13.00 rozpoczęła się z prawie godzinnym opóźnieniem.

Podczas procesji, do uczestników zgromadzenia dołączyła ok. 20 – osobowa grupa osób, wyraźnie manifestująca swoją postawą i ubiorem pewne poglądy. Pomimo apeli biskupa siedleckiego, grupa ta, przez długi czas nie chciała zdjąć swoich wierzchnich okryć.

Wyjaśniając powody oczekiwania na rozpoczęcie Mszy Św. biskup siedlecki Zbigniew Kiernikowski w rozmowie z Radiem Podlasie podkreślił, że Eucharystia wymaga odpowiedniej postawy.

- Eucharystia nie może być sprawowana wtedy, kiedy jakaś grupa, która nie została zaaprobowana przez Kościół określonymi statutami, coś manifestuje i rozbija jedność zgromadzenia, m.in. przez charakterystyczny strój czy postawę. Eucharystia jest świętowaniem, celebrowaniem Tajemnicy, która ma na celu tworzenie jedności. Znakiem jedności kościelnej jest Biskup. Tak więc jakakolwiek grupa manifestująca coś odrębnego, wyklucza sprawowanie Eucharystii i to był powód dla którego czekałem z rozpoczęciem Mszy św. – powiedział Biskup Kiernikowski.

Biskup siedlecki zaapelował do grupy osób (związanych z suspendowanym kapłanem z archidiecezji krakowskiej) o odpowiednie podejście do liturgii, poprzez zdjęcie strojów i przyjęcie postawy odpowiedniej dla zgromadzenia liturgicznego. Apele poskutkowały dopiero po niespełna godzinie.

Źródło: eparczew.pl

Wczoraj na początku kazania ksiądz Piotr Natanek poinformował że w czasie tego incydentu zmarł jeden z Rycerzy Chrystusa Króla. Kazanie księdza Piotra

Przygotowania do zbliżającego się Synodu Diecezji Siedleckiej oraz obchody jubileuszu Biskupa Siedleckiego zdominują dzisiejszą wieczorną audycję Księdza Biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego “ROZMOWY O ŻYCIU”. W dzisiejszej audycji powrócimy także do incydentu, który wydarzył się minionej niedzieli w Parczewie.
Dzisiaj w Katolickim Radio Podlasie będzie audycja “Rozmowy o życiu” rozpocznie się  o godzinie 21.40.

Przypominamy Państwu numer telefonu do studia Katolickiego Radia Podlasie – 025 644 65 55, numer gg 308 67 01 oraz numer skrzynki SMS – 509 056 590.

 

Opublikowany w Alert, Jezus Król Polski, Kościół, ks.Piotr Natanek, Prześladowanie Chrześcijan, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , , , | Komentarzy: 125 »

List do Kapłanów o bliskim krwawym prześladowaniu Kościoła

Posted by Dzieckonmp w dniu 11/05/2012

Poniżej list księdza Adama Skwarczyńskiego skierowany do kapłanów. Został on napisany 10 maja 2012 roku.

List opublikował blog wobroniewiaryitradycji.wordpress.com

http://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2012/05/10/ks-adam-skwarczynski-list-do-kaplanow-o-bliskim-krwawym-przesladowaniu-kosciola/

 

Sprawa wygląda na bardzo poważną, a ksiądz Adam nawołuje do bezpośrednich i mocno zaangażowanych przygotowań na BARDZO trudne czasy.

Wraz z Apelowym błogosławieństwem, o 21.25, ks. Adam Skwarczyński nadesłał niniejszy list:

DO MOICH WSPÓŁBRACI KAPŁANÓW

Niedawno w rozmowie telefonicznej z proboszczem pewnej parafii nie umiałem powstrzymać się od wtrącenia – lekko, mimochodem – zdania: „Moja dusza przygotowuje się do odlotu z tego świata, i to już w najbliższych miesiącach”. Po chwili ciszy słuchawka zapytała: „Czy Ksiądz źle się czuje?” „Ależ skąd, jestem w pełni sił i aktywności!” Słuchawka zamilkła ze zdumienia, ale przy najbliższej okazji przemówiła… z ambony, na wszystkich Mszach, ogłaszając mnie (imiennie) fałszywym prorokiem (i nie tylko).

Po takim doświadczeniu powinienem chyba schować, jak struś, głowę w piasek, żeby z dzioba więcej pary nie wypuścić, ale… nie potrafię! Bez względu na to, jaką reakcję wywoła niniejszy mój list, czuję się w obowiązku go napisać, i to właśnie dzisiaj, w czwartek 10 maja 2012 roku, a więc w dniu kapłańskim. Takie otrzymałem natchnienie i nie mogę mu się przeciwstawić ani sprzeniewierzyć. Najbliższa przyszłość pokaże, na ile ten list był potrzebny…

Przybliżony (powieściowy) opis mojej śmierci stanowi ostatni rozdział książki „Wejdź do radości”, zaś w aneksie do tej książki znajduje się rozdział, który może zainteresować któregoś z Księży: „List ks. Jerzego do ks. Stanisława” (o ucieczce z miast, s. 238). Kto zna te rozdziały, łatwiej mu będzie zrozumieć to co piszę w tej chwili. Nie zdziwi się też, jeśli wspomnę teraz o zdarzeniu, które pominąłem w swojej powieści.

Pisząc ją pod pseudonimem, próbowałem uchodzić za człowieka świeckiego – „pana Ivana Novotnego” – nieuchwytnego w Polsce, co mi się po części powiodło. Wyjaśniwszy i porzuciwszy już swój pseudonim (zob. moje teksty internetowe), w tej chwili mogę ubrać się w sutannę i… uciekać do pobliskiego lasu! W nim – oczywiście „w nocnych widzeniach” – ukrywałem się całymi dniami, a pod osłoną nocy mogłem przychodzić do domu, gdyż trwało straszliwe prześladowanie Kościoła – to właśnie, które pociągnie za sobą moją śmierć. Obecnie przygotowuję się do niej, żyjąc z Panem Jezusem w „ciemnicy” – w swojej kaplicy – i licząc dni, które dzielą mnie od mojej Golgoty.

To nie powieść, nie fantazjowanie, moi Bracia, lecz… rzeczywistość, która zbliża się milowymi krokami do Kościoła na całym świecie. Dopiero teraz, pod koniec życia, rozumiem, po co pokazał mi Bóg te wydarzenia (coś więcej: pozwolił je głęboko przeżywać!) już tak dawno temu: bym mógł przekazać je innym. Zwłaszcza te, w których mogłem tylko w „wizjach” na ziemi uczestniczyć, gdyż ostatnie z nich będę oglądać już „z Drugiego Brzegu”. Chociaż wielu rozmówców próbowałem przekonywać, że „ja tego doczekam, bo widziałem, a dotychczas wszystkie wizje potwierdziły się w szczegółach” – teraz muszę się z tego wycofać: Bóg przyjął moją ofiarę i pragnie, by wkrótce moje Fiat zakończyło mą ziemską wędrówkę. Jeśli to się nie potwierdzi, gotów jestem przyznać się publicznie, że byłem fałszywym prorokiem!

Wracam do prześladowania Kościoła. Pozornie nic w tej chwili na nie nie wskazuje, a ludzkie plany i kalkulacje „na następne pokolenia” zalewają nas ze wszystkich stron i usypiają naszą czujność. Jest jednak to prześladowanie bardzo blisko, zaledwie o kilka chwil od nas, i to tak straszliwe, że w ogóle trudno o nim pisać. Na szczęście niezbyt długie (widziałem, że wiosna je zakończy), lecz ze względu na swoją intensywność i skalę będzie bardzo trudne do przeżycia. Główne jego ostrze będzie skierowane przeciwko księżom i osobom konsekrowanym, choć męczeństwo stanie się udziałem także wielu świeckich, zgodnie z piekielną zasadą: im kto bliżej Boga, tym większy wróg!

Jak do niego dojdzie, pisałem w internetowych listach, ale jeszcze powtórzę (n.b. pisałem jako świadek, gdyż ok. 30 lat temu Bóg pozwolił mi to przeżyć). Jakby „zapalnikiem”, wyzwalającym prześladowanie, będzie niestety ogólnoświatowy ogromny cud Bożego Miłosierdzia: ukazanie się Chrystusa „na obłokach, z wielką mocą i majestatem”, w otoczeniu aniołów, a za chwilę Jego sąd szczegółowy nad każdym mieszkańcem ziemi, nazywany w objawieniach „Ostrzeżeniem”. Dlaczego „niestety”? Gdyż nawet tak wstrząsające objawienie się Boga i ukazanie każdemu jego przeszłości, ale także miejsca, na które sobie swoim życiem zasłużył gdyby umarł, niektórych nie nawróci! Wprost przeciwnie: zaprzedani szatanowi, ulegną oni zbiorowemu opętaniu do n-tej potęgi i z diabelską furią rzucą się na nawróconych i nawracających się, pokornych i rozmodlonych, stających w kilometrowych kolejkach do spowiedzi z całego życia. Boży ludzie nie będą w stanie się bronić, nawet gdyby mieli armaty i czołgi, gdyż poznane Boże tajemnice zwrócą ich bardzo mocno ku światu wewnętrznemu, a odizolują od wielu ziemskich trosk.

To właśnie będzie ten najtrudniejszy rok, w którym – jak stwierdził w Fuldzie Jan Paweł II – „Kościół oczyści się we krwi męczenników”. Czy wtedy od nas, duszpasterzy, nie będzie Chrystus wymagał heroizmu? Czy w obecnym, względnie spokojnym i dostatnim życiu, jesteśmy zdolni na Jego oczekiwania odpowiedzieć? I to już w tej chwili, a nie za ileś lat?

Jeżeli mój list któryś z Braci zechce potraktować poważnie, zachęcam go do następujących przemyśleń:

1. Warto zaopatrzyć się w różne rzeczy, oferowane przez sklepy z naszej branży, z winem mszalnym na pierwszym miejscu. Hostii za dużo na zapas nie nakupimy (chyba że je zamrozimy, chociaż nie zawsze będzie prąd w sieci), ale mając białą mąkę, jakoś sami sobie poradzimy, gdy zawiodą piekarnie. Sataniści zaatakują klasztory, z piekącymi hostie włącznie. W związku z tym mój postulat (choćby miał się rozlec chichot prześmiewców!): spróbujmy zmobilizować znajomych posiadających broń, np. myśliwych, do wzięcia pod opiekę klasztorów. Przecież będą one jak wielkie nieruchome tarcze, wystawione na ataki satanistów.

2. Podobnymi „tarczami” będą sanktuaria, „sól w oku” dla piekła i jego ludzi, więc i o nich warto pomyśleć. W normalnym kościele łatwo ukryć Pana Jezusa, szaty i naczynia liturgiczne, i ratować się ucieczką, jednak nie w sanktuariach.

3. Ksiądz Brzóska ukrywał się przez długi czas u rolnika między dwiema ściankami, a wychodził tylko w nocy. Ci z nas, których Bóg powołuje nie do męczeństwa, lecz do potajemnego duszpasterstwa, mogliby pomyśleć o kilku miejscach schronienia, jak też zaopatrzyć je we wszystko, co jest konieczne do celebracji Mszy świętej.

4. Nasi wierni nie są, na ogół, przygotowani na te chwile, może z wyjątkiem dusz-ofiar (czy żertw ofiarnych, jak ich określa ks. Natanek), a więc tych, którzy złożyli Bogu samych siebie w ofierze za nawrócenie grzeszników. Do tych ludzi kierowałem od lat swoje książki, a ostatnio internetowe apele, i cieszę się, że rozrastają się ich szeregi. Dobrze by było, gdyby pasterze szli na czele owiec, a nie za nimi – i temu poświęcę chwilę uwagi.

A. W ostatnich spokojnych chwilach warto mobilizować wszystkich, gdzie i kiedy to tylko możliwe, do jak najpotężniejszej modlitwy o nawrócenie jak największej liczby grzeszników. Niebo czeka na te modlitwy, ale w pewnym momencie powie: DOŚĆ! Gdyby więc ktoś chciał nawet czuwać w nocy, warto otworzyć mu kościół lub kaplicę. Co jeszcze w tej materii „warto”, wiedzą Księża sami, a jeśli nie wiedzą, niech wsłuchają się w głos swoich podopiecznych oraz w natchnienia, im samym przychodzące. „Pozbierajmy wszystkie okruszyny” modlitw!

B. Oprócz „żaru modlitwy” może Duch Święty wzbudzić w niektórych sercach „żar męczeństwa”, na który powinniśmy zareagować we właściwy sposób, a więc w duchu Listu 1 P 4,12: radować się nim, a nie dziwić, a tym bardziej nie strofować doświadczających go! Niech nasza „słuchawka” będzie dostrojona do takich dźwięków – i w telefonie, i na spotkaniach, i w konfesjonale – żebyśmy nie reagowali na nie na sposób mojego współbrata! Oby nikt z nas nie krzyżował Bożych planów, odsyłając bliźniego do psychiatry z tego powodu, że nagle Duch Boży uniósł go tak wysoko ponad naturę, że Boży zew okazuje się o wiele silniejszy niż naturalne instynkty! Piszę to jako świadek, i wiem co piszę. Gdyby taka chwila trwała dłużej, moje życie na ziemi stałoby się niemożliwe. Dotyczy to zarówno pragnienia natychmiastowej śmierci dla Boga i dla bliźnich, jak i tęsknoty za Niebem, albo takich porywów radości na myśl o bliskiej śmierci, że natura człowieka słania się pod nimi jak kłosy w czasie burzy. I co by było, gdyby taki Boży wybraniec – a może być ich wielu! – usłyszał od nas słowa przykre lub lekceważące?

Może nas ktoś z płaczem pytać: ten „żar” mnie porywa, ale co mam zrobić z naturalnym lękiem o moich bliskich? Oto jedna z odpowiedzi: Bóg ich kocha milion razy bardziej od ciebie, a poza tym jest wszechmocny, więc potrafi zatroszczyć się o ich szczęście, nie martw się! A poza tym oczyszczony świat będzie wkrótce tak piękny, że nie miej o nic obawy – wszyscy będą jak jedna kochająca się rodzina.

Ktoś inny złożył Bogu siebie w ofierze „całopalnej”, ale szatan wzbudza w nim lęk przed śmiercią i zatruwa mu życie. Pyta, czy może się wycofać… Oczywiście że może, i to w każdej chwili – uspokójmy go – bez żadnego grzechu, gdyż Bóg nie może od nas wymagać tego co nas przerasta, a poza tym przyjmuje tylko to, co ze szczerego serca Mu ofiarujemy. Jednak zróbmy krok naprzód i użyjmy np. takich argumentów:

– męczennicy otrzymują specjalną łaskę, coś jak modlitewną ekstazę, która łagodzi ich ból i strach, a nawet je likwiduje (zob. np. żywot św. Perpetui i Felicyty, poranionych przez dziką krowę na arenie cyrkowej);

– Bóg ma 1000 sposobów na to, by zatroszczyć się o ciebie, swoje dziecko, i w takiej chwili krzywdy nie pozwoli ci zrobić – stąd często męczennicy szli na śmierć jak na wesele;

– ogromną łaską jest obecność przy nas w godzinie śmierci Matki Najświętszej; jeżeli Ją prosisz o modlitwę i przyjście w tej godzinie, i to przez całe życie z Różańcem w ręku, jak możesz wątpić w Jej pomoc? (piszę to jako świadek – widziałem rolę Maryi wobec mojej duszy tak w momencie śmierci, jak i w „locie” prosto przed Tron Boży);

– boisz się krótkiego cierpienia przy śmierci, które może cię w jednej chwili uwolnić od wszelkich kar pokutnych, a nie boisz się o wiele sroższego i dłuższego – może wieloletniego – w czyśćcu? Tamto czyśćcowe jest prawdziwym męczeństwem w porównaniu z maleńkim bólem, jaki przychodzi znieść na ziemi! Święta Krystyna, zwana „Cudowną”, poznawszy mękę czyśćca i zapragnąwszy uwalniać od niej dusze, np. rzucała się w ogień, stała tygodniami w lodowej przerębli, doświadczała łamania kości – a wszystko to wydawało jej się niczym w porównaniu z tamtymi mękami!

– „Choćby twoje grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją”, i to natychmiast, w jednej chwili męczeństwa. Jest tak m.in. dlatego, że Bóg-Człowiek ma szczególną litość dla tych, których ludzie skrzywdzili – chce im to wynagrodzić i jakby „głaszcze rany” ich ciała, łagodzi ból, a przy tym nie zwraca uwagi na rany ich duszy, które mogą być ohydne! Tak na pewno postąpił nawet z najbiedniejszymi duszami w prezydenckim samolocie podczas zamachu…

C. Idźmy z wielką miłością do chorych, pogrążonych w różnorakich cierpieniach, i czyńmy z nich dusze-ofiary, zachęcając do ofiarowania cierpień za konających lub za mających wkrótce umrzeć, a żyjących w grzechu ciężkim. Jakiego doznawałem nieraz wstrząsu, gdy od obłożnie chorych słyszałem, że nigdy im żaden ksiądz o tym nie mówił, nawet gdy latami co miesiąc ich odwiedzali!

Świadczy to tylko o tym, że księża sami nie żyją tym duchem: łatwo im składać w Ofierze Jezusa Ojcu w Duchu Świętym, ale z tą Ofiarą nie łaczą własnej – ze swojego życia, ciała i krwi; spożywają swego Pana, ale Jemu nie pozwalają siebie „spożyć”; dają ludowi Tego, który „dobrowolnie wydał się na mękę”, ale sami dla Niego nie chcą niczego wycierpieć; gdy „przypadkiem” dopadnie ich cierpienie, uciekają od niego jak od nawiększego nieszczęścia, więc jak od nich ma Jezus oczekiwać, że choćby najmniejsze podejmą i ofiarują Mu dobrowolnie?

Głosząc pewnego razu rekolekcje dla księży w tym właśnie duchu, uświadamiając im konieczność połączenia w ramach ich powołania obu rodzajów kapłaństwa: tego ze święceń i powszechnego – napotkałem na opór z ich strony, a nawet bunt (kilku wyjechało). „Wystarczy, że nasz sakrament ma swoją skuteczność ex opere operato – powiedzieli – a opus operantis się nie liczy, ty go przeakcentowujesz!” Bardzo się mylili, gdyż właśnie z tego drugiego będziemy przez Boga osądzeni, a nauka Jezusa w tym względzie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. Najmniejsza ofiarka, złożona Bogu sercem, z miłości, ma w Jego oczach o wiele większą wartość, niż dziesięć złożonych pod przymusem, bo uniknąć ich się nie da. A poza tym – co to za miłość bez ofiar…? Dostatecznie dużo napisałem na ten temat w I tomie swojej książki W Szkole Krzyża i do niej odsyłam.

Mój list jest jak zielony owoc, któremu zabrakło czasu na dojrzewanie – powstał dzisiaj w ciągu krótkiego czasu, i niech takim pozostanie. Zakończę go parafrazą słów Pana Jezusa, często przez nas powtarzanych, zwłaszcza w święta i wspomnienia męczenników: „Nikt nie ma większej miłości niż ten, kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” oraz za nieprzyjaciół, którzy – dzięki jego ofierze – staną się na wieki jego przyjaciółmi. Mam na myśli tych, którzy wkrótce staną się moimi zabójcami, a których twarze widziałem na swoim pogrzebie. Włączeni są w moją ofiarę, do której mają się przyczynić, a także w moją modlitwę, którą od lat za nich zanoszę. Wierzę, że spotkamy się w Wiecznej Chwale, jak Szczepan z Szawłem, gdyż… wierzę jednocześnie, że nikt nie ma większej możliwości wyproszenia komuś u Boga łask, niż ofiara swoim prześladowcom.

Duchu Święty – Duchu tej liturgicznej Pięćdziesiątnicy, którą teraz w Kościele przeżywamy, ale i tej Nowej – Pięćdziesiątnicy, która przetworzy, uduchowi i uświęci wkrótce cały świat, czyniąc go wielkim wieczernikiem – błagam Cię, przez pośrednictwo Twej Najświętszej Oblubienicy Maryi: ogarnij umysły i serca moich Współbraci Kapłanów i posłuż się nimi według Twoich planów. Amen.

ks. Adam Skwarczyński

Opublikowany w Alert, Apokalipsa, Kościół, Objawienia, Prośba o modlitwę, Prześladowanie Chrześcijan, Różaniec, Warto wiedzieć, Z Aniołem do Nowego Świata, Świat innymi oczami | Otagowane: , , , | Komentarzy: 173 »

Gigantyczny Marsz w Warszawie 21.04.2012

Posted by Dzieckonmp w dniu 23/04/2012

Takiej manifestacji Warszawa nie widziała od lat. Morze biało-czerwonych flag łopoczących w słońcu, las transparentów, plac Trzech Krzyży i przyległe ulice wypełnione po brzegi. Tego dnia widziałem naprawdę piękną Polskę. I choć to nie było święto, to takiego lasu biało-czerwonych flag reprezentacyjne Aleje Ujazdowskie z pewnością już bardzo dawno nie widziały. Około 200 tys Polaków przeszło w marszu przeciwko dyskryminacji mediów katolickich, przeciwko niszczeniu przez rząd Donalda Tuska wolności słowa. Widziałem po raz pierwszy od dawna nadzieje na twarzach ludzi, nadzieję i radość że wreszcie przyszło nas taka ogromna ilość. Przez te twarze przebijała się radość – Udało się wreszcie”.   Przebijała się satysfakcja że mrówcza praca każdego Patriotycznie nastawionego Polaka przynosi efekt. To co widziałem  napawa nadzieją i pewnością że Polski nie oddamy, że nie oddamy TV Trwam złoczyńcom z PO. Poczuliśmy wszyscy że niedługo wygramy, że nastąpi koniec zdrajców narodu polskiego. 

Przyszło wielu i pokazać trzeba wielu. Pełna relacja 42 minuty przemarszu – bez komentarzy i montażu. Oceńcie sami. 

Do zgromadzonych przemówiła następnie Ewa Stankiewicz – prezes stowarzyszenia Solidarni 2010.
- Panie premierze, wielka część narodu uważa pana za zdrajcę stanu. Niech pan nie grozi politykom. Demonstruje pan siłę wobec słabszych. Wobec silniejszych jest pan uległy. Przechodzi pan do historii jako największy zdrajca Polski.
- Panie prezydencie, jeszcze przed zakończeniem śledztwa mówi pan, że przyczyny katastrofy są smoleńskiej są arcyboleśnie proste. Rosjanie zacierają ślady na pana oczach. Pana obowiązkiem jest dbanie o rzetelne śledztwo, a nie mówienie o przyczynach bez pokrycia w faktach. Pana działalność zagraża suwerenności Polski – powiedziała Ewa Stankiewicz. Przypomnijmy główne tezy wypowiedzi:
1) Smoleńsk to zamach w którym mogło dość do dobijania rannych
2) Tusk zdrajca narodu i to prawdopodobnie największy w historii Polski
3) Komorowski powiązany z Putinem mordercą własnych obywateli i dziennikarzy
O ile polskie odpowiedniki władzy w Kremlu mogą jej wybaczyć bo i tak piorą ludziom mózgi za pomocą mediów, to Putin po otwarciu granic z Kaliningradem już taki „doby” być nie musi. Wiemy, że jest chorobliwie czuły na punkcie swego „ego”, po naszych politykach wszystko spływa, bo nie tworzą samodzielnej polityki, tylko „europejską”. Widać, że dla tej kobiety są sprawy ważniejsze od jej doczesnego życia i z takich ludzi trzeba brać przykład!

Homilia bp Antoniego Dydycza. Marsz w obronie wolnych mediów w Warszawie

Wczoraj byłem na pl. Trzech Krzyży w marszu w obronie wolnych mediów oraz w obronie telewizji Trwam. Uczestniczyłem we mszy i w marszu i mam bardzo pozytywne doświadczenie. Jestem dumny, że jestem Polakiem i jestem dumny, że jestem katolikiem. Dzisiaj przeżyłem cudowny dzień, podczas marszu doświadczyłem mnóstwo ciepła i miłości a sama atmosfera była motywująca. Wspólne śpiewy i jedność oraz zgoda. Wiele organizacji pod jednym szyldem a Masza i katecheza były przepiękne a i pogoda dopisywała dopiero pod koniec marszu się popsuła ale był upał. Jestem mile zaskoczony w śród nas były osoby młode, dzieci, starsze ale również osoby chore i bardzo ich najbardziej podziwiam, że mimo choroby byli z nami. Najbardziej byłem zaskoczony, że było tyle ludzi a sam pl. Trzech Krzyży nie mógł pomieścić tyle społeczeństwa z całej Polski i nie był do tego nawet przygotowany. Jak wiadomo w mediach piszą i mówią co innego tym bardziej zaniżają statystyki, że było nas znacznie mniej. Ale wiem jedno, że było nas więcej niż 100 tysięcy. Ludzie byli z daleka i non stop dojeżdżały nowe autokary z ludźmi. Podczas marszu byli z nami księża a po za tym czuliśmy wielkie poparcie Kościoła katolickiego. Na spotkaniu był odczytany apel episkopatu Polski, gdzie kościół apeluje do rządu o przyznanie koncesji telewizji Trwam. A został pobity następny rekord bo jeszcze tyle ludzi nie widziałem a do Warszawy przyjechały ogromne pielgrzymki. Nie potrafię opisać przeżyć, które doświadczyłem podczas marszu i każdy człowiek był skory by pomagać drugiemu. Ludzie mili i optymistycznie nastawieni na świat chętnie do pomocy drugiemu. W śród nas byli politycy Prawa i Sprawiedliwości i Solidarnej Polski a prawica zjednoczyła się. W śród nas byli też organizacje w tym solidarni 2010 i inne organizacje. Podczas tego marszy gasły wszystkie spory i podziały. A drogą telewizyjną z Chicago łączył się z nami ks. Tadeusz Rydzyk. W czasie marszu czułem obecność nie tylko Boga ale również naszego wielkiego Polaka błogosławionego Jana Pawła II, który nam z nieba błogosławił. Zrozumiałem, że można nam wszystko zabrać, ale wiary nie można zabrać.
W śród nas byli też aktorzy w tym Pani Katarzyna Łaniewska znana jako Babcia Józia z serialu.
W czasie marszy były pieśni religijne oraz patriotyczne. Wszem nie każdy mógł przyjąć komunię świętą, ponieważ było nas tak wielu, ale wielkie podziękowania dla księży, dla których było to wyzwanie. Występował z nami zespół Kapela z nad Baryczy . Ja nie będę się za bardzo rozpisywać, ale nie żałuję że tu byłem, ponieważ przeżycia były nie do opisania a do domu wróciłem z nadzieją a przede wszystkim wróciłem silniejszy, pełen wiary.

list czytelnika.

Do czytelników mam prośbę o podzielenie się tym jak reagowały gazety i TV. Co pokazały bo ja nie miałem możliwości śledzenia byłem w trasie.

Opublikowany w Film, KOMUNIKATY, Kościół, Patriotyzm, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Radio Maryja, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | Otagowane: , , | Komentarzy: 82 »

Żydzi a sprawa Wielkiej Nocy

Posted by Dzieckonmp w dniu 16/04/2012

Rafał Pazio (nczas.com): Chrześcijanie obchodzą kolejny raz pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Dlaczego po dziś dzień to wydarzenie budzi sprzeciw?

X. prof. Waldemar Chrostowski: Męka, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa stanowią najważniejsze wydarzenia w historii ludzkości. Dzielą one cała historię, która dzięki nim staje się historią zbawienia, na dwie części – przed i po Chrystusie oraz dokonanym przez Niego zbawieniu świata i człowieka. Jezus przeszedł przez cierpienie, mękę i śmierć, tak jak przechodzą przez tę dramatyczną rzeczywistość miliardy ludzi. Specyfika tego, co miało miejsce przed prawie dwoma tysiącami lat, polega na tym, że Jezus jest człowiekiem i Bogiem. W Jego męce i śmierci znalazł więc wyraz nie tylko najtrudniejszy los człowieka, lecz także tajemniczy los Boga, który dla nas i dla naszego zbawienia stał się człowiekiem i podjął śmierć krzyżową, pokonując śmierć przez swoje zmartwychwstanie. Są ludzie, którzy tę perspektywę wiary w Jezusa przyjęli i uznali związaną z nią rzeczywistość zbawczą. Ale są też ludzie, którzy tego nie uczynili. Najogólniej można powiedzieć, że od czasów Jezusa Chrystusa świat zamieszkują chrześcijanie i niechrześcijanie. W tej drugiej grupie, czyli wśród niechrześcijan, szczególne miejsce przypada Żydom. Jako lud Bożego wybrania, byli długo przygotowywani przez Boga na to, co wydarzyło się z Jezusem Chrystusem. Zatem o ile odmowa czy brak uznania Jezusa za Syna Bożego ze strony wszystkich innych ludzi mogą być traktowane jako rezultat ignorancji czy niewiedzy wynikającej z braku możliwości zetknięcia się z Chrystusem, to w odniesieniu do Żydów nie można tego powiedzieć, ponieważ Jezus wywodzi się z tego narodu oraz należy do jego tradycji religijnej i kulturowej. Pytanie, kim jest Jezus Chrystus, zadawane jest dzisiaj ze szczególną ostrością. Odpowiedź łączy się zatem także z możliwością odmowy uznania Jezusa za Mesjasza i Syna Bożego. Tak właśnie czynią wyznawcy religii żydowskiej, a ów sprzeciw trwa już prawie dwa tysiące lat. Chrześcijanin nie może nie zadawać sobie pytania o sens tego wielowiekowego, silnego sprzeciwu. Spotykamy się z ignorancją, która dotyczy Krzyża i jego znaczenia oraz Zmartwychwstania i jego znaczenia. W bardzo wielu przypadkach jest to ignorancja niezawiniona, gdyż dotyczy ludzi, którzy żyją w odległych od naszego kręgach kulturowych i nie mają pojęcia o Jezusie. O Żydach tego powiedzieć nie można. Należy więc zadać następne trudne pytanie: na ile ich odmowa nosi cechy zawinionej i co to oznacza z chrześcijańskiej perspektywy? Samo to pytanie wywołuje burzę, a cóż dopiero próby rzetelnego odpowiadania na ten problem. Ale właśnie takie jest jedno z najważniejszych, a także najpilniejszych zadań teologii.

Jak interpretować fragment Ewangelii według św. Mateusza, w którym czytamy, że po zmartwychwstaniu Jezusa arcykapłani ze starszymi „dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: »Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali«. (…) I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego”?

Mamy tutaj dwie perspektywy. Po pierwsze – perspektywę historyczną, czyli odzwierciedlenie pewnego stanu rzeczy z drugiej połowy I wieku ery chrześcijańskiej. Ewangelista skarży się na przyczyny plotki, która trwała wtedy wśród Żydów: znaleźli się wśród nich tacy, którzy zostali opłaceni i rozgłaszali co innego, niż wiedzieli i doświadczyli. Za pieniądze, które otrzymali, świadczyli fałszywie, to znaczy kłamali o Chrystusie. Rzeczywistość Jego zmartwychwstania obrócili w zwyczajną plotkę. Perspektywa historyczna jest o tyle istotna, że pierwsza Ewangelia kanoniczna, autorstwa św. Mateusza, była adresowana przede wszystkim do Żydów – zarówno tych, którzy uwierzyli w Jezusa, jak i tych, którzy w Niego nie uwierzyli. Przedstawia ona specyficznie żydowski punkt widzenia i wiernie oddaje nastroje, jakie wówczas wśród Żydów panowały. Druga perspektywa ma charakter teologiczny. Każde pokolenie chrześcijan musi być czujne i wrażliwe na to, że obok ewangelizacji istnieje w świecie antyewangelizacja, która też ma swoje sposoby i swoje środki. Obok niezłomnego głoszenia Do-brej Nowiny o śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa nie mniej aktywnie działają ci, którzy tej Dobrej Nowinie zaprzeczają. Są wśród nich tacy, którzy czynią to z bardzo przyziemnych powodów i pobudek – po prostu sowicie się ich opłaca. Oznacza to, że w świecie – czy chcemy o tym mówić, czy nie – istnieją mroczne siły, które mają swoje wpływy i dążą do „rządu dusz”, którego charakter i cele sprzeciwiają się Ewangelii i ewangelizacji oraz im szkodzą. Właśnie dlatego chrześcijanin nie może być naiwny ani lekkomyślny. Nie może sądzić, że Kościół i Ewangelia mają w świecie jedynie samych przyjaciół. Potrzebna jest ustawiczna czujność, oparta na dobrym rozeznaniu na temat tego, co do nas dociera, a także świadomość, że w wielu sytuacjach trzeba się odważnie przeciwstawiać rozmaitym antychrześcijańskim fobiom, naciskom i tendencjom.

Czy są jakieś badania, które pokazują, jak św. Mateusz ustalił ten fakt, że opłacono ludzi, którzy mieli rozgłaszać fałszywą informację o Chrystusie?

Istnieje mnóstwo badań historyków na temat judaizmu z początku ery chrześcijańskiej, ale tego konkretnego szczegółu z historycznego punktu widzenia zweryfikować się nie da. Nie sposób bowiem udowodnić wręczenia łapówki po dwóch tysiącach lat. Doskonale wiemy, że nawet udowodnienie łapówki przekazanej wczoraj w celu składania fałszywych zeznań jest trudne albo niemożliwe do wykazania, a cóż dopiero wtedy, gdy dzieli nas tak olbrzymi dystans czasowy. Przecież dobrze przygotowane oszczerstwo było od początku do końca skrupulatnie kamuflowane. Ewangelista Mateusz, który doskonale znał świat żydowski swoich czasów, dobrze wiedział, co pisze. Nie był naiwny i nie posuwał się do czegoś, co nie miało oparcia w rzeczywistości. Wiedział, czym żyła część mieszkańców Jerozolimy. Od wydarzeń, które opisuje, upłynęło wtedy zaledwie kilka dziesięcioleci, istniała zatem żywa pamięć o tym, co dotyczyło życia i losu Jezusa.

Kilka lat temu powstał film „Pasja”, który w sposób wyjątkowy ukazał mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Ksiądz przypomina sobie, że z filmu usunięto jedną z sekwencji wypowiedzianą przez arcykapłanów: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”. Jak to się stało i co to oznacza?

Opracowywałem polską wersję językową tego filmu, w którym bohaterowie posługiwali się starożytnymi językami, w tym językiem aramejskim. Na kilka tygodni przed premierą „Pasji” na ekranach polskich kin widziałem wersję, gdzie w jednym z epizodów występował arcykapłan, który wypowiadał słowa „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”, a po nim ten okrzyk podejmował tłum. Wkrótce okazało się, że sekwencja z arcykapłanem została wycięta i pozostał tylko tłum, co czyni ów okrzyk prawie niezrozumiałym. Kiedy zapytaliśmy, co stało się z tym epizodem, dowiedzieliśmy się, że został wycięty ze względu na naciski, które wywierano na reżysera, grożąc, że film zostanie obwołany jako zdecydowanie antysemicki.

Jak dziś odczytywać tę pominiętą sekwencję znaną z Ewangelii?

Historycznie należy uznać, że konkretni ludzie zgromadzeni na dziedzińcu pałacu najwyższego kapłana w Jerozolimie żądali śmierci Jezusa i krzyczeli: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”. W ten sposób dawali wyraz temu, że biorą odpowiedzialność za śmierć Jezusa, a jej skutki moralne biorą na siebie, a nawet na swoje dzieci. Zakładali więc swoistą odpowiedzialność zbiorową, czyli że wina moralna przechodzi z ojca na syna. Było to zapewne kilkaset osób, a więc jakiś niewielki odsetek ówczesnych mieszkańców Jerozolimy. Z drugiej strony istnieje perspektywa teologiczna, która rozstrzyga o trwałym znaczeniu tego epizodu. W tej perspektywie odpowiedzialność za śmierć Jezusa ponoszą wszyscy ludzie, bo to była śmierć za grzechy wszystkich i każdego z nas. Winni śmierci Jezusa Chrystusa jesteśmy my wszyscy! Tutaj przychodzi nam w sukurs Sobór Trydencki, który w XVI wieku przypomniał, że winnymi śmierci Chrystusa są wszyscy dopuszczający się grzechu, a zwłaszcza ci, którzy wiedzą, kim jest Jezus Chrystus, a mimo to posuwają się do grzechu i czynienia zła.

Skoro Ksiądz wspomniał o Soborze Trydenckim, nasunęło mi się pytanie o lefebrystów. Jak Ksiądz ocenia ostatnie wydarzenia z nimi związane?

Żadna sytuacja schizmy, czyli rozłamu, nie jest w Kościele normalna ani zdrowa. Jezus i Jego apostołowie stale wołali o jedność. Św. Augustyn mówił, że w rzeczach najważniejszych Kościół powinien zachować jedność, w rzeczach mniej ważnych wielość poglądów, a we wszystkim miłość. Po tej samej linii idzie papież Benedykt XVI. Sytuacja lefebrystów pozostawała czymś nienormalnym. Utrzymywanie podziałów było i jest gorszące. Ten podział wyłonił się na naszych oczach. W postawie lefebrystów nie było złej woli, ale chęć wierności Tradycji. Swoje pragnienie mogli pojmować niewłaściwie i dlatego trzeba było ukazywać im różne pułapki i niebezpieczeństwa z tym związane. Ich postawa wynikała z pragnienia, by zachować wierność wobec łacińskiej Tradycji Kościoła, trwającej kilkanaście stuleci. Zresztą szybkie wdrażanie niektórych reform Soboru Watykańskiego II mogło zostać odebrane w wielu rejonach jako narzucone siłą, zaś gwałtowne zmiany spowodowały niedomówienia, a nawet spustoszenia. Dalsze utrzymywanie statusu lefebrystów było ryzykowne. Papież wyszedł im naprzeciw, ale krytyka decyzji Benedykta XVI zawiera nie tyle powody, ile preteksty. Rzadko słyszeliśmy o prawdziwych powodach ataku, natomiast pretekstem mogło być wszystko. Takim szczególnym pretekstem stał się arcybiskup Williamson. Pod płaszczykiem potępiania jego opinii na temat zagłady Żydów wylano mnóstwo pomyj na Williamsona i na lefebrystów, a także na papieża i na cały Kościół. Pod płaszczykiem oczyszczania Kościoła i wiernych jeszcze raz zafundowano im przeczyszczanie. Szkoda, że te tendencje w samym Kościele nie są należycie napiętnowane i nie napotykają na należyty sprzeciw. W słowach Benedykta XVI, który mówił, że nie czuł się dostatecznie broniony wewnątrz Kościoła, odnajdujemy gorzką prawdę. Słowa te odkrywają samotność papieża wśród tych, których powinna cechować wierność wobec Namiestnika Chrystusowego i zdecydowanie większa odwaga.

„Jezus swoimi czynami nie zniósł Starego Prawa, tylko je dopełnił nową jakością, uniwersalizmem, który kończy z żydowskim ekskluzywizmem”. Jak Ksiądz skomentuje taką opinię?

Jeżeli chodzi o Stare Prawo, ma ono wyraźne ukierunkowanie uniwersalistyczne. W Starym Testamencie mocno podkreśla się, że Izraelici zostali wybrani przez Boga nie ze względu na nich samych, nie ze względu na ich pochodzenie, wielkość, zasługi czy przywileje, ale ze względu na innych ludzi. Izraelici mają więc świadczyć o Bogu jedynym. Mają stać się Jego światłem i znakiem w świecie. Religia biblijnego Izraela była coraz bardziej misyjna, nastawiona na pozyskiwanie ludzi, którzy nie znali jedynego Boga. To dlatego u progu Nowego Testamentu widzimy w ówczesnych synagogach „bojących się Boga” i prozelitów, czyli bardzo wielu pogan zainteresowanych wiarą żydowską. Podczas głoszenia Ewangelii przez św. Pawła właśnie oni stawali się zaczynem Kościoła. Czymś innym jest judaizm rabiniczny, który pojawił się i okrzepł na bazie judaizmu biblijnego – w opozycji do chrześcijaństwa i do Kościoła. W judaizmie rabinicznym uniwersalizm został usunięty i nastąpiło zawężenie perspektywy oraz jej ograniczenie do wymiaru bardziej partykularnego, skupionego na przywilejach Izraela i jego odrębności. W gruncie rzeczy oznacza to skoncentrowanie całej uwagi na żydowskości, a nie na judaizmie, czyli swoistą instrumentalizację religii.

Czy mógłbym Księdza Profesora prosić o kapłańskie słowo na najbliższe Święta Wielkanocne?

Moje życzenia zawierają się w pewności, że w ludzkiej historii, to jest w historii świata i każdego człowieka, ostatnie słowo zawsze należy do Boga. W czasach Jezusa i w opozycji do Niego sądzono, że ostatnie słowo będzie miał do powiedzenia człowiek, że będzie to słowo skazujące na śmierć i wykluczające Jezusa poza nawias społeczeństwa, zakończone egzekucją. Okazało się, że to nieprawda. Bóg jest Panem życia i życie jest silniejsze niż śmierć! Dziś prawdziwa religijność stoi na antypodach wszelkiej ideologii. Wbrew wszystkim politykierom oraz możnym tego świata, nadal ostatnie słowo należy do Boga. Być może nie zawsze możemy to stwierdzić, nie zawsze z indywidualnej perspektywy możemy się tego doczekać, ale zawsze sprawiedliwość jest po stronie Boga oraz tych, którzy są Mu wierni. U krańca doczesności znajduje się brama prowadząca nas do świata, który przez swoje zmartwychwstanie Jezus Chrystus nam szeroko otworzył.

Źródło: nczas.com

Opublikowany w Kościół, Prześladowanie Chrześcijan, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | Otagowane: , , , , | Komentarzy: 31 »

Magdeburskie Użądlenie 1936

Posted by Dzieckonmp w dniu 11/03/2012

Córka deportowanych, poświęciła dużo swojego czasu aby przetłumaczyć wersję Angielską na wersję Polską

W imieniu wszystkich co przeczytają, bardzo dziękuję Oli Gordon za jej wysiłek i dedykację.

Sowieckie Deportacje

Mimo sowieckich dyrektyw do dobrze zorganizowanego masowego przemieszczania ludzi, proces deportacji pozostawiał wiele do życzenia. Listy osób, które mają być deportowane zostały sporządzone na podstawie informacji przekazanych przez kolaborantów spośród mniejszości etnicznych, głównie żydów. Długie pociągi, składające się z wagonów transportowych, czekały na stacjach kolejowych. W miastach i wsiach, kolumny samochodów ciężarowych wraz z wozami, a zimą saniami – zarekwirowanymi od chłopów – były gotowe. Radzieckie jednostki wojska, NKWD a także lokalnej milicji, składającej się z żydów i Ukraińców – niezależnie od warunków pogody czy pory dnia i nocy – otaczały dzielnice miast lub wsie. Pod groźbą użycia broni, mieszkańcy otrzymali od dziesięciu minut do dwóch godzin na spakowanie swoich rzeczy i zostali wywiezieni lub pędzeni pieszo do najbliższej stacji kolejowej.

Destynacje deportowanych obywateli polskich były północne, środkowe i wschodnie rejony Związku Radzieckiego – od koła podbiegunowego na północy i granicy mongolskiej na południu – regiony Archangielsk, Komi, Kołymia, Syberia, Kazachstan i Uzbekistan. Niektórzy znaleźli się w więzieniach, zakładach karnych lub obozach pracy przymusowej, inni byli wyładowywani w odległych osadach, a jeszcze inni w sowieckich kołchozach. Żyli, a raczej cierpieli w 2800 miejscowości, w pięćdziesięciu sześciu sowieckich oblasti (dystryktów). Ich los był taki sam, niezależnie od miejsca ich wysłania: niewolnicza pracy w zamian za mniej niż minimalne potrzeby życiowe. Umierali tysiącami, a raczej dziesiątkami tysięcy z zimna, głodu i chorób.

Taki był los deportowanych do inwazji Niemieckiej na Związek Radziecki w dniu 22 czerwca 1941 r. i podpisanie polsko-radzieckiej (Sikorski-Majski) umowy 30 lipca 1941, które, między innymi, przewidywała zwolnienie wszystkich obywateli polskich na sowieckim “wygnaniu”, jak również tworzenie Wojska Polskiego z polskich jeńców i deportowanych.

Dokument ten, podpisany w obecności Winston Churchill i Anthony Eden, używał niefortunne określenie “amnestia” (słowo powinno być “wyzwolenie” czy “emancypacja”) do określenia zwolnienia deportowanych, a którzy stali się dla Stalina materiałem przetargowym o uzyskanie pomocy od aliantów i uznanie „nowych” granic Polski ustalonych przez pakt Ribbentrop-Mołotow.

Zgodnie z 15 stycznia 1942, notatką Berii do Stalina, 389 041 obywateli polskich, zostali zwolnieni w wyniku tej “amnestii”. Wśród nich 200 828 Polaków, 90 662 Żydów, 31 392 Ukraińców, 27 418 Białorusinów, 3 421 Rosjan i 2 291 osób innych narodowości. Nie było potrzeby informować Stalina o tym, że władze sowieckie często uniemożliwiały zwolnienia deportowanych z różnych miejscach odosobnienia i nie pomagały im w jakikolwiek sposób po ich uwolnienie. Ten zupełny brak zainteresowania doprowadził do kryzysu o niewyobrażalnej proporcji.

Ucieszeni tą zmianą, polscy deportowani z odległych miejsc zaczęli, jak najlepiej, jak mogli, dążyć na południe, do miejsca, gdzie wojska gen. Andersa były formowane, w nadziei na wyzwolenie. Przemieszczenia te, często kilka tygodni długie, przyniosły nowe cierpienia – dziesiątki tysięcy zmarły z głodu, zimna, ciepła, chorób i wyczerpania, podczas podróży do wolności. Dla wielu, pomoc udzielona przez USA i Wielką Brytanię była za mała i za późna. W samym rejonie Samarkanda, w okresie dwóch i pół miesiąca w 1942 r., z 27 000, 1 632 obywateli polskich zginęło na tyfus i niedożywienia. Polska ambasada oceniała że w okresie od grudnia 1941 do czerwca 1942 roku, 10 procent z 200 000 obywateli polskich, który zgromadzili się w centralnych republikach radzieckich zmarła na tyfus.

Tymczasem w czerwcu 1942 r. rząd Polski w Londynie zebrał ponad 77 000 dzieci zagubionych i sierot oraz pomocą oferowana przez Wielka Brytanię, Kanadę i Amerykański Czerwony Krzyż wystarczała tylko na ewakuowanie około 50 000 z nich. Ale Moskwa nie zgodziła się na tak masową ewakuację dzieci powołując się na problemy transportowe jako powód i zaprzeczając, że polskich dzieci znajdowały się w niebezpieczeństwie. Słowa otuchy oferowane przez zastępcę komisarza Andrieja Wyszyński polskiemu ambasadorowi Stanisławowi Kot z pewnością należą do najbardziej cynicznych kiedykolwiek wypowiedziane przez sowieckiego urzędasa. “Dobro dzieci”, powiedział on, “jest zapewnione przez władze sowieckie”. W rzeczywistości, Sowieci obawiali się, że ewakuacja tych dzieci, i ujawnienie ich stanu, nie do odróżnienia od ofiar nazistowskich obozów koncentracyjnych, spowodowało by potępienie Związkiem Radzieckiego (rządzonego przez żydów) przez cywilizowany świat.

Negocjacje, a raczej prośby, w celu wypuszczenia dzieci trwały do dnia 16 stycznia 1943 roku, kiedy było jeszcze setki tysięcy obywateli polskich w ZSRR, a polska ambasada w Moskwie została poinformowana, że ponieważ liczba Polaków w ZSRR stają się nieistotna, więc nie było już potrzeby polskich agencji opieki społecznej na ziemi sowieckiej – czterysta z nich, w tym liczne sierocińce i szpitale, zostały natychmiast zamknięte lub przejęte wraz ze wszystkimi dostawami międzynarodowej pomocy, przez władze radzieckie. W marcu tego roku, pozostali obywatele polscy zostali zmuszeni do przyjęcia obywatelstwa sowieckiego; tyle o “amnestii” w wersji sowieckiej.

W dniu 13 kwietnia 1943 roku, Niemcy ogłosiły światu o odkryciu masowych grobów w Katyniu. W dniu 25 kwietnia tego samego roku ,Stalin zerwał stosunki dyplomatyczne z Londyńskim rządem Polski, używając polskie protest,y w sprawie egzekucji w Katyniu, jako pretekst.

Niemniej jednak, w ciągu dwóch wielkich ewakuacji (pierwsza, między 24 marca oraz początku kwietnia 1942 r., druga między 10 sierpnia i 1 września 1942 r.), z Krasnowodska przez Morze Kaspijskie do Pahlawi, i mniejszej ewakuacji drogą lądową z Aszchabad do Mashhad (marzec do września 1942 r.), około 115 000 obywateli polskich (w tym 37 000 cywilów, z których około 18 300 stanowiły dzieci) opuściło Związek Radziecki. Żołnierze armii gen. Andersa udali się do walki w wielu bitwach, w tym bitwa pod Monte Cassino; cywile, ponieważ nie mogli być odesłany do Polski, zostali zmuszeni do pozostania na obczyźnie do końca wojny, potem rozproszeni po koloniach Brytyjskich.

Pierwszy przystanek uchodźców ewakuowanych z armią Andersa był Iran, gdzie znaleźli tymczasowe kwatery w dużych obozach przejściowych początkowo znajdujących się w Pahlavi i Mashhad, później w Teheranie i Ahwaz. Podczas gdy wojska gen. Andersa zostały następnie przeniesione do Palestyny, a stamtąd do Iraku, ludność cywilna pozostała w Iranie. Aby umieścić tych uchodźców, rozległy obóz został założony w Isfahanie. Ponieważ mieściło się tam kilka podobozów dla tysięcy osieroconych polskich dzieci, Isfahan stało się znane jako “miasto polskich dzieci”. Pomoc przyznana przez polskie, brytyjskie, amerykańskie i irańskie władze przyniosła poprawę ich warunków życia i skontrolowała druzgocące epidemie chorób zakaźnych – chorób, nabytych w Związku Radzieckim, które w dalszym ciągu zabijały uchodźców nawet po ich wyzwoleniu (ponad 2000 uchodźców zmarło tylko w Iranie). W tym czasie różne polskie instytucje, w tym 24 szkół obsługujących około 3000 uczniów, powstały w Iranie i kilku polskich czasopism i gazet.

Ich pobyt w Iranie, jednak został przerwany ze względu na wrogość Sowietów zajmujących północny Iran i ze względu na zagrożenie wojsk niemieckich, które już dotarły do Kaukazu. Ostatecznie, uchodźcy z Iranu zostali przeniesieni do innych krajów, takich jak Liban, Palestyna, Indie, Uganda, Kenia, Tanganika, Rodezja, Południowa Afryka, Meksyk i Nowej Zelandii. Gdziekolwiek się udali, polscy uchodźcy napotkali dobrą wolę, nie tylko ze strony poszczególnych rządów, które zaprosił ich, ale również ze strony rodzimych populacji. Witając ich z polskimi flagami, białymi orłami i słowami zachęty, a nawet pamiątkowe pomniki wzniesiono na ich cześć! W przeciwieństwie do dziczyzny w nowym raju Judeus Sovieticus Barbarosus Związku Radzieckiego (czytać: Związku Żydowskiego).

Dlaczego Ameryka nie otworzyła drzwi, otwierając je szeroko, dla polskich uchodźców? To, że zachodni alianci wiedzieli o deportacjach wynika z ich wysiłków na rzecz pomocy w ich imieniu w Związku Radzieckim i na Bliskim Wschodzie. W Iranie, chociaż wysłuchani, uchodźcy nie byli zachęcani do mówienia, z obcymi, o ich doświadczeniach w Związku Radzieckim.

W Ameryce, 25 czerwca 1943 r., dzień przybycia, na pokładzie USS “Hermitage”, pierwszego transportu składający się z 706 uchodźców, w tym 166 dzieci, był tajemnicą państwową, a dwa dni po opuszczeniu statku, Polacy zostali wysłani do Meksyku.

Druga grupa, 726 uchodźców, w tym 408 dzieci, w większości sieroty, zakończyła również w Meksyku, jak poprzednia.

Musimy pamiętać że ci, którzy finansowali żydowską rewolucję w Rosji, mieli silny wpływ polityczny w rządzie Roosevelta mocno współpracującym z sowieckimi syjonistami.

Tak zakończyła się saga Polaków deportowanych z Europy Wschodniej, którym udało się wyjść z ZSRR na mocy wątpliwych postanowień “amnestii” z 1941 roku. Ale co stało się z setkami tysięcy deportowanych, którzy nie opuścili z armią gen. Andersa? Dla kilkaset tysięcy Związek Radziecki stał się, przed końcem wojny i po wojnie, ich miejscem wiecznego spoczynku. A niewielu co dożyli, dopiero w końcu lat 1950-tych zaczęli pojawiać sie w Polsce Ludowej, wypełniając radiowe audycje szukaniem swych rodzin. 

Świadectwo zgonu, wydane w Lwowie, 16 listopada 1940, przez NKWD żonie Michała Wojciechowskiego, stwierdza, że ich syn zmarł z powodu “paraliż serca”.

Numer świadectwa wskazuje, że pod okupacją sowiecką, około 500 osób umierało miesięcznie w tym mieście 350 000 mieszkańców. Świadectwa zgonu, wystawione przez NKWD, były raczej powtarzające się przy określaniu przyczyny śmierci: paraliż serca (zatrzymanie akcji serca), lub zapalenie płuc. NKWD nie kłamało – jeśli ktoś jest zamordowany, jego serce w rzeczywistości zatrzymuje się, jeśli ktoś jest torturowany przez tydzień – noc po nocy, a jego ciało zamienia się w masę, ostateczna przyczyna śmierci jest zatrzymanie się serca lub zapalenie płuc.

Faktycznymi przyczynami śmierci były tysiące przypadków tortur i morderstw! Ci ludzie umierali lub byli mordowani, lub torturowani na śmierć przez NKWD w czterech więzieniach miasta.

Te same przyczyny zgonu podawano na świadectwach zgonu, wystawionych przez Gestapo i “Polską Republikę Ludową” w bardzo wielu tysiącach spraw morderstwa z premedytacją.

Polska dziewczynka po sowieckiej “amnestii” w ramach układu Sikorski-Majski 17 sierpnia 1941 roku.

Polskie dzieci, Basia i Franka Sgrunowskie, deportowane na Syberię, 23 marca 1942 roku. Zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Jordanowska.

Dzielenie chleba. Polskie dzieci, pozbawione rodziców, wywiezione z ziem polskich okupowanych w czasie inwazji sowieckiej w 1939 roku.

Polskie kobiety oddzielone od dzieci i mężczyzn, w czasie deportacji, pracują w gospodarstwie państwowym (kołchozie) w Kazachstanie, 9 września 1941 roku.

Polscy mężczyźni, oddzieleni od swych rodzin w czasie deportacji, zmuszeni do pracy przymusowej w kopalniach złota Kołymie. Psy strażników miały prawo do regularnego karmienia (1184 cal. dziennie, a na dodatek odpady z kuchni strażników. Źle ubrani więźniowie, zmuszeni do niewolniczej pracy w subarktycznej tajdze – od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu – w prymitywnym radzieckim “przemyśle” górniczym dostawali tylko 400 g racje chleba (1 292 cal.) dziennie.

Leśny, Włodzimierz Zieniewicz – Poddębowy Las, 1938. Pracownicy służby leśnej i ich rodziny zostali ujęci w kategorii “antysowieckie elementy”, wiec mieli być deportowani w lutym 9 / 10, 1940 przez ustawę Biuro Polityczne Komitetu Centralnego z 21 grudnia 1939 roku. Charakter paramilitarny organizacji pracowników leśnictwa, jak również wiedza o lasach z możliwością schronienie anty-sowieckich partyzantów i ukrywania dużych składów broni były prawdziwym powodem.

Oryginalny rysunek Eleonory Zieniewicz, lat 31, deportowanej z sześcioletnim synem Zdzisio Wołogziański w rosyjskiej SFSR. 25 marca 1940. Jej mąż Włodzimierz (patrz wyżej), leśniczy, zaginął w Rosji – nigdy nie być widziany ponownie. Rysunek jest jedynym wspomnieniem pozostałym po ich synie, pozostawionym na cmentarzu. Zmarł z zimna i głodu – tylko kilka miesięcy po deportacji.

Polskie sieroty, uratowane z Rosji Sowieckiej, gdzie stracili wszystko, co kochali – rodziców … rodzeństwo … rodziny. Uratowali życie, a teraz uczą się uśmiechać. Teheran 1942.

Źródło:  http://kanada.net

Opublikowany w Apokalipsa, Patriotyzm, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Szatan, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 95 »

LIST DO „ZIEMSKICH ANIOŁÓW KRAWĘDZI”

Posted by Dzieckonmp w dniu 07/03/2012

Publikuje list ks.Adama Skwarczyńskiego który napisał kilka dni temu. W liście tym jest opis jak będzie wyglądało ostrzeżenie które będzie miało miejsce według księdza. Proszę o merytoryczną dyskusję na temat tego listownego przesłania w kontekście orędzi Marii od Bożego Miłosierdzia . Ja widzę opisywanie tego samego wydarzenia. Różnica dla mnie polega na dobranych słowach plus okresie Nowej Ery.   

Przyjaciele radzili mi, żeby z tym listem poczekać: – Nie dawaj sępom na rozdrapanie, rozdziobanie i
pożarcie tego, czym sam żyjesz – mówili. Jednak zdecydowałem się na to, bo może z okruchów pożywią się
małe ogrodowe ptaszki, a i jakiś orzeł przyleci i uświadomi sobie, że może wznieść się o wiele wyżej niż
dotychczas…

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
„Nikt nie ma większej miłości niż ten, kto życie swoje oddaje za swoich przyjaciół” – za tych, którzy są
nimi dzisiaj, ale i za tych, którzy będą nimi w przyszłości, a dzisiaj są jeszcze wrogami!

KIM JESTEM

Jestem najzwyklejszym księdzem katolickim w służbie czynnej, choć bez tytułów i urzędów, żyjącym
na uboczu wielkiego świata (bez prasy i telewizji, bez kontaktów towarzyskich), zanurzonym w modlitwie
i pracy. Wolałbym pozostać nieznanym, a nawet publicznie nie występować pod własnym nazwiskiem,
jednak… noszę w sobie Boże tajemnice, z których jedna wymaga właśnie teraz ujawnienia – stąd ten mój
list, skierowany do szerszego ogółu.
Moi przodkowie ze strony matki wywodzą się z Litwy (gdzie, oczywiście, w ostatnich pokoleniach
uważali się za Polaków), a ze strony ojca – spośród Polaków z okolic Lwowa. W domu przechowywaliśmy
dokument, potwierdzający szlachecki tytuł i herb „Zadora” („Płomień”) jednego z naszych protoplastów,
chyba Ignacego. Pradziadek Dominik stamtąd właśnie przywędrował, kupił majątek Sekuła pod Siedlcami,
wybudował młyn i z niego się utrzymywał. Na granicy swojej posiadłości postawił dębowy krzyż, który
zachował się do dzisiaj i stoi teraz przy (innym już) młynie w pobliżu dawnego siedliska. Kozacy młyn
pradziadka wraz z gospodarstwem spalili w 1914 roku, a jego dziewięcioro dzieci sprzedało ziemię i rozeszło
się po świecie, zaś wojna oddaliła ich od siebie jeszcze bardziej. Mój dziadek, który miał w Siedlcach
piekarnię i sklep, za swoją „dolę” pobudował drewniany dom kilometr od dawnego młyna i w tym domu,
chyba cudem ocalałym z pożaru w czasie II wojny światowej (spaliło się jednak całe piętro) ja się
wychowałem wraz z trojgiem rodzeństwa.
Bóg chciał, żebym zamieszkał na granicy wsi i miasta, rozumiejąc sprawy jednego i drugiego
środowiska. Nieraz, zanurzony w pięknie przyrody, chętnie modliłem się na skraju lasu, wpatrując się w
bezkresną dal nieba. Przy zachodzie słońca przybierało ono barwę różową, wyzwalając w mojej duszy
tęsknotę za Prawdziwym Niebem, w którym dane mi było przez chwilę się znaleźć. Miało to miejsce przy
zasypianiu – do dzisiaj zaglądam do tego kąta w starym domu – w wieku, którego już nie pamiętam. Nagle
zobaczyłem swoje leżące ciało z zewnątrz, a moja dusza została uniesiona daleko od niego i znalazła się na
progu przepięknej kolorowej krainy, tchnącej ogromnym szczęściem i wolnością. Była to wolność od dwóch
mocnych „lin”, które nas wiążą na ziemi: od przestrzeni i od czasu. Tak, wtedy doświadczyłem istnienia
niebiańskiej wieczności, i to tak porywającej, że absolutnie nie chciałem z niej wracać do ciała. Musiałem
jednak w nie wejść, ale z moich ust wyrwał się rozpaczliwy okrzyk, zapamiętany przez ciocię Sabinę,
czytającą książkę przy lampce: „Ciociu, ja w tej chwili chcę umrzeć!” Mój duch odtąd jakby się „poszerzył”,
zakorzeniając się w tej Krainie, i nieraz porywał mnie do niej w oparciu o tamto wspomnienie. Ziemia w tych
momentach, często nieoczekiwanych, zaczynała się kurczyć, oddalać, a radosna myśl: „Żyję wiecznie”,
połączona z odczuciem na nowo atmosfery tamtej wspaniałej „wizyty”, miała w sobie coś z ekstazy. Właśnie
niebo przy zachodzie słońca często pomagało mi wejść w tę „ekstazę”, która miała ogromny wpływ na moją
późniejszą modlitwę oraz na pragnienie oddalenia się od świata.
Do szkół uczęszczałem w Siedlcach, odległych (wówczas) o 5 km – od podstawowej nr 5 poprzez
Liceum im. Bolesława Prusa aż do szóstego roku seminarium duchownego. Jeśli do tego dodać studia na
KUL magisterskie, a potem doktoranckie – moja nauka trwała łącznie ponad 23 lata! Nauczyłem się też –
od swojego ojca, który sam umiał niemal wszystko zrobić – majsterkowania, obchodzenia się z pszczołami
i z koniem sąsiadów, trochę ogrodnictwa. Był przed wojną zawodowym oficerem w stopniu porucznika
łączności. Odznaczony krzyżem zasługi za udział w kampanii wrześniowej, całą wojnę przesiedział w
jenieckim obozie Murnau w Bawarii. Mimo ostrzeżeń kolegów, że „pojedzie na białe niedźwiedzie”, wrócił
od razu do Polski z mocną decyzją, że będzie miał czworo dzieci. Podobno wskutek „oświecenia” w obozie
poznał nawet nasze symboliczne imiona. Gdy się ode mnie dowiedział, że idę do seminarium, stwierdził, że
zawsze o tym wiedział, bo moje imię brzmi „Sól Ziemi”… Byłem pod wielkim jego wpływem, choć życie
miał ciężkie, a czasu wolnego prawie nigdy. Określał siebie jako „małorolny” i robił wszystko, by dopasować
się do stylu życia wiejskiego otoczenia, z początku może nawet z obawy przed aresztowaniem. Nie pojechał
do jednostki, do której po powrocie z obozu otrzymał przydział, ale poprosił swojego kolegę w sztabie, by
zniszczył jego dokumenty. Przez długie lata nie wiedział, czy tamten rzeczywiście to uczynił. Gdyby
bezpieka dowiedziała się, że przed wojną prowadził w Kołomyi nasłuch sowieckich radiostacji, „białe
niedźwiedzie” by go nie ominęły! Jako łącznościowiec skonstruował radio kryształkowe, mieliśmy więc w
słuchawkach wieści ze świata, a nawet przekazywaliśmy je sąsiadom do czasu, gdy pojawiły się lepsze
radioodbiorniki.
Z obozu jenieckiego mój ojciec przywiózł zainteresowanie proroctwami i przepowiedniami, dotyczącymi
najbliższej, jak się wydawało, przyszłości, a Apokalipsa św. Jana stanowiła jego niedzielną lekturę. Odważył
się nawet skontaktować z o. Augustynem Jankowskim, jej tłumaczem, wykazując mu niekonsekwencje w
komentarzu do niej. Niestety dawni alianci zawiedli i oddali Polskę w ręce Sowietów, oczekiwana wojna o
Polskę nie wybuchła, więc żyjąc pod butem komuny mój ojciec często karmił swoją nadzieję m.in. tzw.
„przepowiednią Tęgoborską”. Jeden z jej wersetów zapowiadał: „Trzy lat dziesiątki we łzach i rozterce trwać
będą cierpienia ludu, a potem przyjdzie jedno wielkie serce i samo dokona cudu”. Przeliczał lata, czekał;
nawet na moim chłopięcym „skarbie-marzeniu” – lornetce, na którą długo ciułałem pieniądze – wydrapał datę
„żelazną i nieprzekraczalną”: 1975. Był dla mnie autorytetem, więc i tę datę „cudu” nosiłem głęboko w
swoim sercu i czekałem w napięciu na ten rok razem z nim. To napięcie dawało o sobie znać w kontaktach
z otoczeniem. Ponieważ wspominałem wtedy o (poruszonym niżej) danym mi już w dzieciństwie oglądzie
„świata przemienionego” – było naturalne, że moje wizje przyszłości zlewały się w tamtych chwilach z datą
1975. Kto wie, czy wkrótce po tej dacie nie przylgnęła do mnie etykietka „fałszywego proroka”?

WGLĄD W PRZYSZŁOŚĆ I JEGO KONSEKWENCJE

Od najmłodszych lat cieszyłem się darem oglądania przyszłości, chociaż nie zdawałem sobie sprawy z
tego, że to przyszłość. Teraz wiem, że poznałem wtedy kolejne etapy swojego życia i miejsca, w których
miałem być. Wszystkie się potwierdziły, z wyjątkiem mojej pracy przy ścince drzew w obozie na Syberii,
co mi zostało darowane. Moje otoczenie czasami dziwiło się temu co mówiłem. I tak np. moja mama, lekarz
pediatra, często pracująca na nocnych dyżurach (z konieczności – z powodu biedy w domu) tłumaczyła się
przede mną, że nie może poświęcić mi więcej czasu. Usłyszała taką odpowiedź (a miałem wtedy 3 lata): „Jak
będę duży i będę księdzem, to ci czas poświęcę”. To „proroctwo” spełniło się: przez ostatnich 10 lat życia
miała mnie przy sobie, mogła uczestniczyć w codziennej Mszy świętej. Inny przykład: kręcono głowami, gdy
w czasach PRL-u, a więc zagłuszania Wolnej Europy, bezczelnej cenzury i podsłuchów mówiłem, że
niedługo biskup będzie miał swoje radio i będzie się komunikował z całą diecezją, a w sklepach owoce
południowe będą w cenie jabłek…
Moje wzmianki o przyszłych wydarzeniach, związanych z (bliskim już) nadejściem świata w zupełnie
odmiennym kształcie niż ten, w którym go dzisiaj widzimy – szczęśliwego niemal jak raj – okazały się dla
mnie „zabójcze” w jakiś czas po święceniach kapłańskich. O ile ludzie świeccy słuchali tych opowiadań z
zainteresowaniem, choć nieraz może jak bajki o żelaznym wilku, o tyle otaczający mnie duchowni robili
sobie ze mnie na ogół pośmiewisko. Dla nich takie pojęcia, jak koniec starego i początek „nowego świata”,
były zupełnie niezrozumiałe, więc w duchu odsyłali mnie do wariatkowa. Zresztą nie darowali mi wyłączenia
się z życia towarzyskiego, jeżdżenia (do dzisiaj) małym fiatem, czy też innych „dziwactw”… Uznali mnie
za pomylonego głosiciela nadejścia „końca świata”, nie umiejąc odróżnić tego „końca” od oczyszczenia i
przemiany świata, zapowiedzianej przez Matkę Bożą w różnych Jej objawieniach. Zresztą do dzisiaj nie
umieją, a może i nie chcą… Złą o mnie opinią dzielili się między sobą, a bywało, że i wobec szerszego
gremium.
Moi biskupi ordynariusze byli chyba zadowoleni, że żyłem na uboczu, niemal w izolacji, i niczego od
nich nie oczekiwałem, prócz tego wielkiego przywileju, żebym mógł mieszkać z Jezusem Eucharystycznym
pod jednym dachem jako prowadzący prywatną poradnię życia duchowego. Praca ta wymagała stałej
gotowości służenia ludziom, ale też dawała mi ogromną satysfakcję. Moje dawne marzenia o tym, by mieć
pracę niezależną od jakichś „szefów”, a pozwalającą na wyciszenie i kontemplację, w pełni się ziściły.
Gdybym był kamedułą, do czego się przymierzałem swego czasu, brakowałoby mi na pewno tego elementu
niezależności.
Skoro wspomniałem o poradni – opartej na spotkaniach, listach (zwykłych i internetowych), telefonach,
proponowanej lekturze – dziękuję korzystającym z niej za zaufanie. Przez 20 lat powierzali mi swoje sprawy,
które uważali za najważniejsze, najtrudniejsze i najpilniejsze: od prośby o pomoc w przyzwyczajeniu
malucha do nocniczka, poprzez wsparcie w zdawaniu różnych egzaminów, aż do ratowania rozpadających
się małżeństw, chorych, zniewolonych… Wszystkie prośby starałem się traktować poważnie i życzliwie, a
jeśli kogoś nie zrozumiałem, potraktowałem nieodpowiednio, a może nawet zraniłem – bardzo przepraszam
i proszę o wybaczenie. Obiecuję też wszystkim, że gdy Bóg zabierze mnie do siebie, będę w Jego
Niebiańskim Pałacu gorliwie pracował do końca świata, mając stale ucho zwrócone ku ziemi. Tak, „ucho”
zastąpi i listy, i słuchawkę telefoniczną, a ilość rozmów będzie nieograniczona!
Dotyczy to także tych, którzy otrzymywali ode mnie błogosławieństwo jako chorzy, przy spotkaniach
lub przez telefon. W jakiś sposób do skuteczności tego błogosławieństwa przyczynił się Jan Paweł II, który
w Ogrodach Watykańskich, na 10 dni przed zamachem na Jego życie, słysząc ode mnie: „Proszę Waszą
Świątobliwość o wzmocnienie we mnie daru uzdrawiania chorych” odpowiedział: „Niech Bóg błogosławi”.
Gdy się z Nim spotkam, na pewno będziemy wspólnie pomagać chorym już z tej Krainy, gdzie możliwości
czynienia dobra są nieskończone!

OSTATNIE KSIĄŻKI

Dane mi było napisać i wydać kilkanaście pozycji różnego formatu. Nie wspominam o listach, które,
choć adresowane do konkretnej osoby, okazywały się pomocne innym i były powielane, jak też książek
oddanych mi do korekty, a wymagających gruntownego przepracowania. Tu odniosę się tylko do treści
dwóch ostatnich swoich książek.
Już wiele lat temu wspomniałem swojemu stałemu spowiednikowi o „snach-wizjach” z dzieciństwa, a
on zachęcił mnie do ich spisania, jednak wtedy uznałem to za niewykonalne: przecież nie prowadziłem
notatek, zbyt wiele szczegółów poszło w zapomnienie. Przyszedł jednak rok 2004/2005, kiedy to nie mogłem
oprzeć się wewnętrznej potrzebie przelania swoich dawnych doznań i wizji na papier. Jestem przekonany,
że było to Boże natchnienie, a nawet coś w rodzaju „posłania”. Teraz widzę, jak bardzo było (i jest!)
potrzebne zabranie przeze mnie głosu w tej materii. Gdy jedni, z hierarchami Kościoła włącznie, odrzucają
z niechęcią nawet wzmianki o „Nowym Świecie” (mimo tylu objawień Maryjnych i wzmianek ze strony bł.
Jana Pawła II!), a Paruzję umieszczają na samym końcu świata, drudzy zaś (jak ostatnio Maria od Bożego
Miłosierdzia) zaczynają błądzić – potrzebny jestem, by wyszedłszy z ukrycia z mocą oświadczyć: wiele razy
bywałem w tym „Nowym Świecie” i chyba po to ten dar otrzymałem, by móc teraz – gdy on jest już
tak blisko – skorygować związane ze spojrzeniem nań błędy! Dzisiaj, gdy moje książki żyją już własnym
życiem, ode mnie niezależnym (nawet pierwsza z nich bywa uznawana za „bestseller”, rozpala w wielu
sercach tęsknotę za tym szczęśliwym okresem!) – nie muszę się ukrywać. Zwłaszcza dlatego, że za prawdę,
którą dane mi było poznać, gotów jestem wiele wycierpieć, gdyby było trzeba!
Przystępując do pracy nad książką o tym „Nowym”, obawiałem się dwóch przeszkód. Pierwszą z nich
mogło być to, że jako doktor teologii miałem wkroczyć w jedną z jej dziedzin – eschatologię (naukę o
rzeczach ostatecznych człowieka), musiałem więc liczyć się z obowiązkiem trzymania się w tym względzie
wyłącznie oficjalnej nauki Kościoła. Ale jak miałem to uczynić, gdy chyba w żadnym podręczniku
eschatologii, katechizmie, dokumencie Kościoła nie istnieje pojęcie „Powtórnego Przyjścia Jezusa”,
odrębnego od Jego przyjścia na Sąd Ostateczny? Jeśli gdzieś istnieje, to tylko jako piętnowany pogląd
heretycki! Istniało jednak w Kościele pierwotnym, i to tak wyraźnie, że było obecne nawet w zwykłym
pozdrowieniu chrześcijan „Maranatha!” („Przyjdź, Panie Jezu!”), nie mówiąc już o atmosferze oczekiwania
tak intensywnego, że odbierało uczniom Chrystusa ochotę do pracy, do zawierania małżeństw, do planowania
przyszłości. Apostołowie musieli korygować te tendencje. Natomiast dzisiejsi apostołowie – myślę o
hierarchach Kościoła – mówiąc łagodnie: bardzo podejrzliwie patrzą na kogoś, kto ośmiela się podejmować
ten temat. Czekałoby więc mnie powierzenie swojego „nowonarodzonego dziecka” chropowatym rękom
cenzora kościelnego, który raczej by się z nim nie pieścił, gdyż zapewne nie jest przygotowany – jak prawie
wszyscy – do nieszablonowego spojrzenia na „Powtórne Przyjście Chrystusa”, które myliłoby mu się z
przyjściem naszego Pana na Sąd Ostateczny. Przeszkodę tę pokonałem w ten sposób, że napisałem nie
podręcznik teologii, lecz powieść, łącząc w niej pewne wiadomości z różnych źródeł (podałem je we wstępie)
z wątkami, opartymi na doświadczeniach z dzieciństwa oraz na pracy mojej wyobraźni. Jak wiadomo,
powieści nie podlegają cenzurze kościelnej i nie wymagają aprobaty władzy duchownej. Poza tym powieść
stwarza możliwość oddziaływania na sferę emocjonalną czytelników, a mnie chodziło przecież głównie o
to, by bardziej przeżyli oni radosne spotkanie z „Nowym Światem”, niż by na zimno przemyśleli jego cechy.
Drugą przeszkodą mogło być moje nazwisko, łączone przez niektórych z fałszywymi poglądami na
przyszłość Kościoła i świata, a przynajmniej z podejrzeniami o trzymanie się fałszu. W tym wypadku
uciekłem się do zastosowania pseudonimu „Ivan Novotny” oraz imion bohaterów, które by odwracały uwagę
od Polski. O mojej ojczyźnie pisałem jednak na tyle pochlebnie, że niektórzy czytelnicy kręcili głowami: „To
nie może nie być Polak!” Jeśli chodzi o pochodzenie pseudonimu „Ivan Novotny”, wyjaśniłem je w książce
„Wejdź do radości”, stanowiącej drugą część mojej powieści (pierwsza to „Z Aniołem do Nowego Świata”).
Jak dzisiaj widzę, nie okazał się on zbyt szczęśliwy w kraju, który przeżył okupację sowiecką…
Już wkrótce zakończę swoją misję na ziemi, także pierwsza moja książka okaże się nikomu niepotrzebna:
wszyscy ocaleni sami, bez pośrednika, poznają „Nowy Świat” i jego piękno, którego nie potrafiłem dobrze
opisać z powodu braku odpowiednich słów. Bo czyż można zwyczajnym, codziennym językiem oddać to,
co jest aż tak bardzo odnowione, przemienione, nadzwyczajne? Nawet nie wspominałem więc w książkach
np. o swoim wyjściu ze skromnej chatki na skraju młodego lasu (sosenki, brzózki, krzaki, wrzosy i kwiaty,
kwiaty…!) wiosną, bo… cóż w tym niby nadzwyczajnego? Jakimi słowami mógłbym oddać atmosferę tego
miejsca? Jak opisać „materię podświetloną duchem”, materię skłaniającą do duchowych wzlotów, do
radosnej kontemplacji, do fikania koziołków z radości? Do spontanicznego szukania policzka Boga Ojca,
by się do niego przytulić i śpiewać, i dziękować, i szczebiotać w braku słów? Nie pisałem o przedziwnym
doświadczeniu „Nowego” w Lublinie, gdy szedłem z KUL-u do biblioteki uniwersyteckiej i po drodze
oglądałem całe otoczenie zanurzone w radosnej barwnej poświacie. Najpiękniejszy był widok drzew,
otoczonych tęczową „aurą”, znaną mi z dawniejszych wizji. Taka „przebóstwiona materia” bardziej porusza
serce człowieka niż jego zmysły i będzie, jak sądzę, wkrótce cieszyła pozostawionych na ziemi, pobudzając
ich do okazywania wdzięczności Stwórcy.
Wobec pytań o moje pseudonimy i wątpliwości, czy nie posługiwałem się wieloma, muszę powyższe
ujawnienie „powieściowego” („Ivan Novotny”) uzupełnić o jeszcze jeden (i ostatni zarazem), mianowicie
„ks. Jerzy Nemo”. Dlaczego go używałem, wyjaśniłem w niewielkiej książeczce „Idę do Domu Ojca”,
wydanej w Michalineum w 2009 roku. Zaakceptowało ten pseudonim zarówno Wydawnictwo, jak i Władza
Duchowna, nie stawiając mi żadnych pytań. Uważam, że mogę się nim dalej posługiwać już nie z tego
względu, że pozwala mi ukryć prawdziwe nazwisko, lecz że przypomina mi za każdym razem słowa, użyte
w Środę Popielcową: „Pamiętaj, człowiecze, że prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Przypomina, że bez
pokory nie można podobać się Bogu… Na moich oczach w ciągu ostatnich 50 lat w kościołach
zdetronizowano Chrystusa, usuwając Go z centrum do różnych miejsc, nie zawsze godnych, a nawet
przyzwoitych. Jego miejsce zajął człowiek na swoim „tronie”. Gdy jednak zobaczy on (wkrótce) swojego
Pana, jak ja Go widziałem, a za chwilę – jako biedny grzesznik – swój własny „majestat” (!), zrobi się bardzo
mały. W „Nowym Świecie” wszystko i wszyscy znajdą się na miejscu dla siebie właściwym. Proszę się więc
nie dziwić, że ja już teraz, czując się „nemo” (czyli „nikim”) przed Bogiem, staram się to miejsce zająć. A
przed ludźmi…? Niech mówią i myślą co chcą, staje mi się to obojętne.
W kilku książkach innych autorów, które przygotowałem do druku, posłużyłem się skrótem tego
pseudonimu: „ks. J.S.N.” (Jerzy Stanisław Nemo). Jerzy to moje drugie imię z Chrztu, a Stanisław – imię
z Bierzmowania.

„OSTRZEŻENIE” – WIZJA I OCENA

Byłoby nieprawdą, gdybym swoje „wizje” łączył tylko z okresem dzieciństwa, gdyż bardzo ważną
otrzymałem około 30 lat temu. Wówczas nie miałem jeszcze dostępu do literatury, poruszającej tzw.
„Ostrzeżenie” (wizję Chrystusa w otwierającym się niebie, otoczonego aniołami, a w chwilę potem sąd nad
każdym człowiekiem ziemi, podobny do sądu szczegółowego po śmierci). Teraz wiem, że wydarzenie to
zostało zapowiedziane przez Matkę Bożą m.in. w Garabandal (uwaga: objawienia te zostały uznane przez
komisję biskupią za nadprzyrodzone i zgodne z nauką Kościoła, jednak obecny biskup ordynariusz wciąż
zwleka z ogłoszeniem światu tego faktu, a od niego to ogłoszenie zależy!). Bóg pozwolił mi przeżyć ten
„mały sąd” – jak go niektórzy nazywają w odróżnieniu od Ostatecznego – w sposób dla mnie wstrząsający!
Szczegóły tu pominę – niech pozostaną Bożą i moją tajemnicą – ograniczę się tylko do stwierdzenia, że cały
świat wokół mnie przeżywał wtedy to samo, a więc… było to spojrzenie w przyszłość. Dziś, gdy wiem, że
jest to przyszłość bardzo już bliska, odważam się ze swojego przeżycia wyciągnąć pewne wnioski i
przedłożyć je Czytelnikom. Kto wie, czy nie pomogą one im samym, a może i innym ludziom, odpowiednio
przygotować się do tego wydarzenia? A więc spróbuję teraz zagłębić się w nie – to właśnie głównie
„Ostrzeżenie” (i jego bliskość!) jest tą „tajemnicą noszoną w sercu”, wspomnianą na wstępie,
prowokującą mnie do pisania niniejszego listu.
Gdzie jest prawdziwa miłość, tam i tęsknota, pragnienie spotkania, przebywania jak najbliżej i jak
najdłużej z ukochaną osobą. Tak też będą przeżywać ten „sąd” prawdziwi uczniowie Chrystusa. To spotkanie
z Chrystusem przyniesie im najpierw wielką radość, a w chwilę potem – gdy zobaczą całe swoje życie
oczyma Boga – ogromne pragnienie oczyszczenia, przemiany życia na lepsze, chęć dążenia do świętości w
tym kształcie, w jakim Bóg ją dla każdego zaplanował.
Kojarzę sobie to przemożne pragnienie z dwoma obrazami: z pracą ostatnich robotników z Chrystusowej
przypowieści o winnicy oraz z duszami, które po śmierci i sądzie szczegółowym zanurzają się w czyśćcu.
Robotnicy, wynajęci przez gospodarza wieczorem, po całym dniu bezczynności, wdzięczni mu za
zatrudnienie rzucają się do pracy z taką ochotą, radością, nakładem sił, że w tej jednej godzinie zarabiają tyle,
co inni przez cały dzień pracy. Dusze czyśćcowe, poznawszy przez mgnienie oka swoje miejsce w Niebie
oraz niedoskonałości, które je od niego oddzielają, rzucają się w otchłań czyśćca z wielką ochotą, i to mimo
czekających je cierpień. Podobnie postąpią „robotnicy” tej szczęśliwej epoki Ducha Świętego i Maryi
Zwycięskiej, epoki królowania Jezusa w sercach ludzi świata: rzucą się do pracy nad sobą i do okazywania
miłości Bogu, który do tej pory nie zawsze zajmował w ich życiu pierwsze miejsce.
Mogę tu dołączyć także trzecie skojarzenie, wzięte z życia rodzinnego. Mały psotnik spodziewa się kary
i przed nią się chowa, jednak w końcu wychodzi z ukrycia i zamiast groźnej miny rodzica widzi jego uśmiech
i pogrożenie palcem. To go ośmiela do rzucenia mu się w objęcia, przeproszenia i wyruszenia z zapałem do
naprawienia szkody lub zaniedbań. Słucha, już bez lęku, rozlegających się za nim słów: Mały urwisie, bierz
się do roboty i nie pokazuj mi się na oczy, dopóki tego nie zrobisz!
Na wątpliwość: czy to możliwe, by Chrystus-Sędzia zachował się w tym momencie podobnie jak ów
rodzic wobec swoich krnąbrnych dzieci, którymi my jesteśmy? – w oparciu o swoje doświadczenie mogę
odpowiedzieć: tak, właśnie tak z nami postąpi! Chociaż będzie to prawdziwy sąd, gdyż uświadomimy sobie
nawet miejsce, na które zasłużyliśmy i w którym byśmy się wtedy znaleźli w razie natychmiastowej śmierci,
jednak… nasz Sędzia będzie dla nas ogromnie miłosierny, a nie sprawiedliwy jak w momencie śmierci!
Wprawdzie będzie to sąd podobny do tego po śmierci, jednak smutek zmiesza się z radością, która zwycięży
i da nam, „urwisom”, nowe siły i zapał do pracy nad sobą, do jak najlepszego pełnienia swojego powołania.
Już samo poznanie tego powołania oraz przebytej drogi będzie dla wielu łaską, gdyż do tej pory mieli
poważne wątpliwości, czy obrali właściwą drogę, czy posuwają się naprzód, czy podobają się Bogu.
Zaniepokojeni o czystość swojego sumienia i o owoce dawnych spowiedzi (może zabrakło w nich szczerego
żalu lub dostatecznie mocnego postanowienia poprawy?) – otrzymają światło w tej sprawie i, ewentualnie,
możliwość „korekty”. Ci, którzy byli zagubieni wśród spraw błahych, przyziemnych, nieistotnych,
osaczających ich jak pajęczyna złowionego owada – marnowali życie, lecz nie umieli znaleźć wyjścia z tej
sytuacji – nagle zobaczą jakby światło w tunelu i rzucą się w jego kierunku. Obciążeni nałogami, zniewoleni,
smutni, przegrani we własnych oczach, nagle zobaczą, że Bóg ich kocha i na nich liczy, i zapragną
odpowiedzieć Mu swoją wielką miłością. Krzątający się na „śmietniku życia”, odrzuceni, wzgardzeni usłyszą
z radością głos Boga: jesteście dziećmi Króla Nieba i Ziemi, poznajcie swoją godność, cieszcie się życiem
doczesnym i wiecznym! Od lat cierpiący bez nadziei na poprawę sytuacji nagle usłyszą: jesteście
błogosławieni, uzdrawiam was i oczyszczam, daję wam nową ziemię, bez kredytów, długów i
niesprawiedliwości, podobną do raju – wejdźcie do niej!
Reakcja wielu ludzi na dar poznania rzeczywistości oczyma Boga będzie dość gwałtowna. Ci, którzy
kochali bliźnich, lecz nie byli przez nich kochani i cierpieli z tego powodu – nagle znajdą się w ich objęciach
i popłyną łzy szczęścia w miejsce gorzkich łez smutku. Ci, którzy rozstali się z różnych powodów (choć
może ślubowali sobie, że się nie opuszczą) – będą się odszukiwać, choćby na krańcu świata, i okazywać
sobie szczerą miłość, zabliźniającą zadane rany. Ci, którzy zobaczą, że uniknęli piekła dzięki modlitwom
i cierpieniom wielu dusz-ofiar – zechcą dobrze wykorzystać dane im „drugie życie”. Złodzieje i malwersanci
– zechcą wynagrodzić szkody jednostkom i społeczeństwu, a ci nawróceni, którzy współdziałali w złu z
innymi – zapragną ratować wspólników grzechu i pomóc im w uświęceniu. Podsumowując: da się zauważyć
ogromna krzątanina wokół spraw Bożych, szlachetnych i pięknych, nadrabianie zaległości, rozmodlenie,
radość i wdzięczność Bogu, udzielająca się nawet tym, którzy dopiero będą się budzić z obojętności,
oziębłości i bylejakości. A księża…? „Synowie Lewiego”, przetopieni i „oczyszczeni jak złoto”, umierać
będą ze zmęczenia, oblężeni w konfesjonałach!
Czy wszyscy się obudzą i zechcą pójść drogą największego przykazania miłowania Boga i bliźniego?
Niestety nie! Do tych, którym nie wystarczy „Ostrzeżenie” do nawrócenia, będą należeć ludzie zaprzedani
szatanowi, a takich jest, niestety, wielu w dzisiejszym świecie – masonów i satanistów trzeba liczyć na
miliony. Otoczeni ludźmi im podobnymi, przyzwyczajeni do towarzystwa szatana, który w nich mieszka
przez grzech odrzucenia Boga, syci bogactw „na długie lata”, oto jak zareagują na wizję uśmiechającego się
do nich Chrystusa, zapraszającego do swego Królestwa: z miejsca odpowiedzą NIE! A gdy potem pokaże
im konsekwencje takiego wyboru, a właściwie odrzucenia (nie On ich odrzuci, lecz oni Jego!) – zatną się
jeszcze bardziej w swym uporze. „Ostrzeżenie” nie tylko nie zmobilizuje ich do poprawy życia, lecz wprost
przeciwnie: napełni wściekłością właściwą ich panu, nienawiścią do wszystkiego co Boże i święte, żądzą
niszczenia wszelkiego dobra, prawdy, piękna. Będą jak szerszenie, których gniazdo ktoś śmiał naruszyć, i
rzucą się na śmiałka z całym swym śmiercionośnym jadem i impetem. Oni to staną się prześladowcami
Kościoła i jedne jego dzieci zabiją, inne zaś zmuszą do ucieczki i życia w ukryciu – na szczęście niezbyt
długiego, gdyż Bóg wkrótce zabierze zdeprawowanych z tej ziemi (może lepiej powiedzieć: szatan za Bożym
przyzwoleniem). „Trzy dni ciemności” mają zadecydować o ich wiecznym losie, który sami sobie zgotują,
ufając szatanowi. Tak, ufając temu, któremu ufać nie powinni, gdyż zawsze jest i będzie kłamcą. On to łudzi
ich obietnicą wiecznego szczęścia, a oni twierdzą, że skoro na ziemi mu służyli, a nawet oddali swoją duszę,
mogą się spodziewać, że i po śmierci „krzywdy im nie zrobi”. Na ogół ani ludzie, ani nawet Bóg nie potrafi
wyprowadzić ich z ciemności na światło, skoro ciemność umiłowali (por. J 3,19). Jedyne, co Bóg może dla
nich uczynić, to uszanować ich wybór i przypieczętować go na wieki. Jakąś nikłą szansę zbawienia niektórzy
z nich jednak mają, o czym niżej.

„ZIEMSCY ANIOŁOWIE KRAWĘDZI” A DUSZE OZIĘBŁE

Już widzę zdumienie niektórych spośród moich Czytelników: skoro jedni zapragną być wtedy lepszymi,
a inni zatną się w uporze i odrzucą podaną im przez Boga rękę, po co nawołuję do „akcji ratunkowej” –
szybkiej i heroicznej (zob. moje Słowo z Mszy św. za Przyjaciół oraz Iskra z Polski)?
Już odpowiadam. Spojrzeniem swoim objęliśmy dotychczas jakby „dwa bieguny” sobie przeciwne, na
których znajdują się zdecydowanie dobrzy oraz pogrążeni w złu. Pomiędzy nimi jednak znajduje się „prawie
bezwładna masa”, a więc ludzie wciąż niezdecydowani, ani zimni ani gorący – letni. Pozornie wydawałoby
się, że na widok Chrystusa oraz stanu swojej duszy nie powinno im być zbyt trudno zapłonąć gorliwością
o Bożą chwałę i pragnieniem dążenia do świętości. Pozory jednak mylą, a balansującym jakby na linie nad
wieczną przepaścią może być łatwiej do niej wpaść, niż poszybować ku Niebu. O nich to mówił Pan Jezus
świętej Faustynie (Dzienn. 1228,1229, Nowenna do Miłosierdzia Bożego) i podał modlitwę za nich:
Dzień dziewiąty.
Dziś sprowadź mi dusze oziębłe i zanurz je w przepaść miłosierdzia mojego. Dusze te najboleśniej ranią
serce moje. Największej odrazy doznała dusza moja w Ogrójcu od duszy oziębłej. One były powodem, słów
wypowiedziałem: Ojcze, oddal ten kielich, jeżeli jest taka wola Twoja. Bo Dla nich jest ostateczna deska
ratunku uciec się do miłosierdzia mojego.
Jezu najlitościwszy, któryś jest litością samą, wprowadzam do mieszkania najlitościwszego Serca Twego
dusze oziębłe, niechaj w tym ogniu czystej miłości Twojej rozgrzeją się te zlodowaciałe dusze, które podobne
[są] do trupów i takim Ci“ wstrętem napawać. O Jezu najlitościwszy, użyj wszechmocy mi»osierdzia swego
i pociągnij je w sam żar miłości swojej, i obdarz je miłością świętą, bo Ty wszystko możesz.
Ogień i lód razem nie może być złączony,
Bo albo ogień zgaśnie, albo lód będzie roztopiony.
Lecz miłosierdzie Twe, o Boże,
Jeszcze większe nędze wspomóc może.
Ojcze Przedwieczny, spójrz okiem mi»osierdzia na dusze oziębłe, a które są zamknięte w najlitościwszym
Sercu Jezusa. Ojcze mi»osierdzia, b»agam Cię przez gorzkość męki Syna Twego i przez trzygodzinne konanie
Jego na krzyżu, pozwól, aby i one wysławiały przepaść miłosierdzia Twego…
Właśnie te „dusze oziębłe” możemy i powinniśmy ratować i doprowadzić do tego, by jako tonące mogły
się uchwycić, wspomnianej przez Pana Jezusa, „deski ratunku”, co może być dla nich bardzo trudne!
Uważały siebie za dobre, „przeciętnie dobre”, a tu nagle staną w prawdzie o sobie i o ranionym przez siebie
Chrystusie! Będą więc musiały wspiąć się od rozpaczy, która jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu
i prostą drogą do piekła, aż na wyżyny ufności, pokładanej w Bożym Miłosierdziu. Lód ma stać się ogniem,
jak pisze św. Faustyna, co tylko ludzkimi siłami dokonać się nie może. I to nie w jakimś dłuższym czasie,
lecz w momencie „Ostrzeżenia”, czyli sądu nad ludźmi ziemi!
Dlaczego aż tak trudne może być wtedy ich nawrócenie? Jak to możliwe, że nawet wielu z tych, którzy
doświadczą tego spotkania, wizji, sądu, wcale nie nawróci się?
Może tak być dlatego, że antychryst i fałszywy prorok posłużą się środkami przekazu oraz opiniami
swoich „ekspertów”, by ludzi przekonać, że to wstrząsające przeżycie nie wymaga poważnego traktowania,
nagłej przemiany życia, że na razie trzeba odczekać i spokojnie robić swoje, a nie „destabilizować życia
swojego, swoich bliskich, lokalnej społeczności”. Będą wołać: „Poczekajcie, ochłońcie, dojdźcie do
równowagi, a potem pomyślicie co dalej!” Chętnie zaliczą „Ostrzeżenie” do marzeń sennych, do gry
wyobraźni, a może do serii „spotkań nie z tej ziemi”. Kto ich posłucha, popełni straszny błąd i z każdym
dniem będzie coraz dalej od szczerego żalu i poprawy życia, a w końcu może stanąć na pozycji przeciwnej:
zacznie wyśmiewać nawróconych i pobożnych, a potem… nawet ich prześladować i niszczyć! Ci zaś staną
się tak łagodni, rozmodleni, gotowi na wszelkie ofiary z miłości do Boga, że nie zechcą walczyć o swoje
ocalenie. Dobrze będzie, jeśli zdecydują się na ucieczkę lub ukrycie się.
Inny powód tego, że się nie nawrócą, to brak odwagi i ufności, koniecznej do uchwycenia się, jak
kotwicy, podanej im przez Jezusa ręki. Kto żył z dala od Niego, gardził Jego nauką i Kościołem, a nawet z
nim walczył, kto żył w ciemnościach grzechu i innych w nie wciągał, zachować się może jak syn
marnotrawny z Jezusowej przypowieści. Spróbujmy teraz przeanalizować jego postawę w różnych
momentach „życiowej przygody”.
W przypowieści ojciec czeka w domu, a tylko wygląda na drogę. Tym razem jednak Bóg uczyni coś
wyjątkowego: „wyjdzie z domu” na poszukiwanie marnotrawnego (są nim wszyscy ludzie świata) i ten
będzie mógł Go zobaczyć. Wyobraźmy więc sobie, że to spotkanie następuje w drodze do złudnej krainy
szczęścia dla bogaczy. Syn, zaskoczony przez ojca w drodze, rzuca się do ucieczki myśląc: „Stary nie da mi
pożyć! Jego niedoczekanie! Teraz ja wiem, jak się urządzić, nareszcie się od niego uwolniłem!”
Następne spotkanie następuje w domu nierządnicy. Syn znowu ucieka, bo ojciec chce mu pokrzyżować
„dobre zainwestowanie pieniędzy”! I dalej ucieka, izoluje się od poszukującego go ojca wiele razy na
różnych etapach poszukiwania ziemskiego szczęścia.
Gdy wpadł w biedę, pozostaje mu już tylko pasienie świń, a nawet odpędzany jest od świńskiego koryta.
Co za hańba dla Żyda, traktowanego gorzej niż „nieczyste” zwierzęta! Hańba, ale i głód, i cierpienie, które
dla wielu może być ostatnią deską ratunku dla ich nawrócenia. Może już zmiękło jego serce? Na świńskim
pastwisku pojawia się ojciec, ale… zastaje syna na tyle pogrążonego w rozpaczy, że nie ma do niego żadnego
dostępu: ten nie chce go słuchać, a na wszelkie próby zbliżenia, serdecznego objęcia, odpowiada
opryskliwością i gniewem. Takim ludziom złe duchy łatwo wykrzywiają obraz Boga jako dalekiego,
nieprzystępnego, obojętnego na ich los, a nawet mściwego, więc nie potrafią się do Niego zwrócić w
modlitwie, a tym bardziej zaufać Mu i chcieć zacząć pełnić Jego wolę.
Gdy głód staje się nieznośny, syn podejmuje decyzję i wyrusza w kierunku domu, ale, niestety, tylko z
egoizmu, nie mając innego wyjścia! Wracając, wcale nie myśli o ogromnym cierpieniu swojego ojca, za
spowodowanie którego trzeba bardzo żałować, przeprosić, odpokutować, lecz o zaspokojeniu swoich
własnych potrzeb: może uda mu się ukradkiem wmieszać pomiędzy sługi i najeść się do syta, zamiast
cierpieć głód i poniżenie. Trwa więc ciągle w stanie odrzucania, a może omijania ojca, i jest upokorzony i
wściekły, gdy nagle ten wychodzi mu na spotkanie! Wcale nie chciał dać mu dostępu do swojej biednej
przeszłości, lecz będzie to nieuniknione – będzie teraz osądzony (w naszym wypadku chodzi o sakrament
pokuty w warunkach zwyczajnych, a o „prześwietlenie sumienia” w „Ostrzeżeniu”), więc chętnie rzuciłby
się do ucieczki, a powstrzymuje go tylko głód. Miłość ojca, pełna tęsknoty za nim, jest dla niego czymś
obcym i niezrozumiałym: „agresywna” w tym wybiegnięciu mu naprzeciw, mocnym uścisku, zamknięciu
ust próbującemu się usprawiedliwiać winowajcy, wybaczeniu wszystkiego, zorganizowaniu hucznej zabawy.
Możemy przypuszczać, że wielu takich marnotrawnych synów nie spojrzy przychodzącemu w chwale
Jezusowi w oczy, nie pozwoli „objąć się za szyję” i uścisnąć, zwłaszcza na widok swego zmarnowanego
życia, lecz wprost przeciwnie – zawoła do gór: „Padnijcie na mnie!”, a do pagórków: „Przykryjcie mnie!”
i odizolujcie od przenikliwego wzroku Jezusa! (por. Łk 23,30). I tym właśnie ludziom, stającym w ten sposób
na krawędzi wiecznego potępienia, możemy właśnie my przyjść z pomocą, jeśli (zwłaszcza teraz – pod
koniec okresu Bożego Miłosierdzia) za nich będziemy się modlić i Bogu ofiarować swój codzienny krzyż,
a może nawet swoje męczeństwo za wiarę, do którego niektórzy z nas będą powołani.
Z „Kalendarza Anielskiego”, obecnie niedostępnego, zapamiętałem (pod jaką datą umieszczony – nie
pamiętam) opis Anioła Krawędzi: jest olbrzymem, mocarzem, bez przerwy czuwającym na granicy życia
i śmierci, między ziemią a krawędzią piekła, do którego wpadają dusze grzeszników. Gdy tylko jakiś
najmniejszy pretekst na to pozwala, gdy horda piekielnych duchów nie ma jeszcze ostatecznego pozwolenia
na porwanie duszy jako „swojej”, rzuca się jej na ratunek i porywa ją z tej krawędzi wzwyż, z ciemności ku
światłu, w kierunku Wiecznej Światłości. Łatwo się domyślić, że dusza ta nagle otrzymuje największą z łask:
szczery żal za grzechy, wystarczający do zbawienia.
Kojarzy mi się ta służba Anioła Krawędzi z naszą, z wykorzystaniem przez dusze-ofiary wszelkich
możliwości, by ratować ginących. Jest to specjalne powołanie, niełatwe i ogromnie odpowiedzialne, a nawet
niezastąpione wobec zbliżającego się „Ostrzeżenia”. To porównanie pozwala mi nazwać dusze-ofiary
„ziemskimi aniołami krawędzi”!

W DWUSZEREGU ZBIÓRKA! NA RAMIĘ BROŃ!

Może i Ty, Drogi Czytelniku, rozpoznasz u siebie to powołanie…? Może razem staniemy W
PIERWSZYM SZEREGU tych, na których ostatnie ofiary czeka Niebo, by już zamknąć jedną kartę
dziejów, a przystąpić do otwierania następnej? Czy nie płonie w Tobie ogień ofiary – gorące pragnienie
poświęcenia się za miliony grzeszników? Nawet jeśli do tej pory Twoje serce nie otwierało się aż tak szeroko
– miałeś wątpliwości, czy Twoja ofiara „wystarczy” nawet tylko za kogoś z członków Twojej rodziny – to
teraz wiedz, że w ostatnich chwilach starego świata jest inaczej: Twoja ofiara, jeśli złączysz ją z Ofiarą
Chrystusa, może być ratunkiem dla ogromnej rzeszy ludzi! Czy kropla wody, wpuszczona do oceanu, nie
staje się oceanem? Podobnie jest z naszą „kroplą” ofiarnej miłości, gdy nasz Pan złączy ją ze swoją miłością
i zaniesie cały „ocean” przed tron Ojca Niebieskiego. Jezus nie porwie jednak tej „kropli” przemocą, lecz
z wdzięcznością przyjmie ofiarowaną. Ojciec Niebieski nie pozwoli Mu na powtórne złożenie siebie samego
w ofierze krzyżowej, choć Miłość jest gotowa na wszystko, jednak czeka na nasze ofiary.
A co będzie – zapytasz – jeśli Bóg weźmie moją ofiarę „na poważnie” i zechce dać mi łaskę
męczeństwa? Jest to tak wielka łaska – odpowiem – że warto jej pragnąć, chociaż nie zawsze łatwo o nią
prosić… Jeśli pozwolisz Duchowi Świętemu swobodnie modlić się w Tobie, łatwiej ją otrzymasz,
szczególnie dzięki Jego darom męstwa i mądrości. Męstwo napełnia nas odwagą, porywa serce do wielkich
czynów, pobudza do heroizmu, zaś mądrość pozwala na wszystkie ziemskie rzeczy i sprawy patrzeć pod
kątem wieczności, a więc we właściwej perspektywie: to, co najważniejsze, umieścić na pierwszym planie.
Skoro już wiesz, że to ja jestem autorem książki „Wejdź do radości”, powiem Ci bez ogródek, że ostatni
jej rozdział zawiera opis… mojej własnej śmierci! Szczegóły tego opisu nie są istotne – może to być nóż,
a może kula z pistoletu – ważne jest to, że krótki ból konającego, do tego złagodzony przez Anioła Stróża,
w jednym momencie zamienia się w Wieczną Radość! I do tej Radości drży już teraz moje serce, odliczam
miesiące, które mnie od niej dzielą. To, że umieściłem tę scenę w pobliżu końca świata, wcale nie znaczy,
że to jest jej właściwe miejsce. Wprawdzie będzie to wtedy czas męczenników (ostatnich, gdyż nikt już do
czyśćca nie pójdzie – nie będzie go, lecz wszyscy muszą oczyścić się na ziemi), jednak i teraz nadchodzą dni
męczeństwa wielu. Padną oni, jak wspomniałem, pod ciosami tych, którzy po „Ostrzeżeniu”, zamiast się
nawrócić, jeszcze mocniej przylgną do szatana i staną się jego sługami, a ich prześladowcami.
Jednak nawet i dla tych nieszczęsnych prześladowców będzie jeszcze ostatnia szansa. Otóż miłość ich
ofiar – ludzi przez nich prześladowanych – dzięki łasce Boga może stopić ich lód i zamienić w ogień. Mówią
święci, że nikt nie może otrzymać od Boga tak wielkiego naręcza łask, jak ofiara dla swojego prześladowcy,
jeśli tylko za niego prosi; jak Szczepan dla Szawła, uczestniczącego w zadawaniu mu śmierci. To dlatego
na samym wstępie do tego listu zamieściłem parafrazę słów Pana Jezusa: „Nikt nie ma większej miłości niż
ten, kto życie swoje oddaje za swoich przyjaciół” – za tych, którzy są nimi dzisiaj, ale i za tych, którzy będą
nimi w przyszłości, a dzisiaj są jeszcze wrogami!
O moi Przyjaciele-zabójcy, bliżsi mi z każdym krokiem, który prowadzi Was do mnie! Choć tego nie
wiecie, swoim czynem weźmiecie udział w przygotowaniu wszystkiego na moje największe święto – na
dzień mojego „wniebowzięcia”! To prawda, że od lat modliłem się za Was i teraz to czynię. Widziałem
Wasze twarze na swoim pogrzebie. Obiecuję Wam, że gdy opuścicie ziemię, razem z Waszymi Aniołami
Stróżami i innymi bliskimi z radością wyjdę Wam na spotkanie, poprowadzimy Was wspólnie do Bramy
Nieba!
Drogi Czytelniku, możesz stanąć wobec pytania: po czym mógłbym poznać, że ta właśnie łaska Boża
– łaska przeistoczenia się w „anioła krawędzi”, a może nawet męczeństwa za wiarę – może stać się moim
udziałem? Na to pytanie nie potrafię Ci odpowiedzieć, gdyż Bóg nie posługuje się jednym szablonem w
odniesieniu do wszystkich swoich dzieci. Jeśli zapytasz Go o to, z pewnością otrzymasz Jego wyraźną
odpowiedź, choć w swoim czasie. Ja otrzymałem ją wiele razy i na różne sposoby. Prosiłem nawet o jej
potwierdzenie przez „pieczęć Ducha Świętego – pieczęć tęsknoty”, i taką też otrzymałem. Muszę przyznać,
że powaliła mnie! To już nie było to młodzieńcze odpływanie w „różową dal”, choć i tamto było porywające,
lecz tak strasznie mocne pragnienie Nieba, że noc stała się dniem, a ziemskie życie – wprost niemożliwym!
Dobrze, że trwało to tak krótko, gdyż nie potrafiłbym z tym żyć, a więc i w tej chwili pisać! Rozumiem teraz
błaganie świętego Ignacego z Antiochii, wiezionego na śmierć do Rzymu (na arenie cyrkowej miał być zabity
przez dzikie zwierzęta), by nikt nie modlił się o jego ocalenie, gdyż dla niego „ocaleniem” była już tylko…
upragniona śmierć! „Pozwólcie mi żyć” – znaczyło dla niego: „Pozwólcie mi umrzeć”. Czyż zresztą
podobnych słów nie wyszeptał bł. Jan Paweł II w ostatnich ziemskich godzinach?
Jedną z najwyraźniejszych oznak takiego powołania może być przemożne pragnienie uratowania wielkiej
(jak największej!) liczby dusz od wiecznej śmierci. Nie wystarczy (w tym wypadku) chcieć tylko włączyć
się do szeregu dusz-ofiar, to znaczy tych, którzy po prostu siebie składają Bogu w ofierze (bez jakiegoś
ukierunkowania swojej ofiary), gdyż do takiej ofiary powinni dojrzeć absolutnie wszyscy ludzie! To właśnie
ona sprawia, że zaczynają oni uczestniczyć w kapłaństwie powszechnym, zobowiązani przykazaniem do
miłowania Boga ze wszystkich swoich sił i możliwości. Trzeba tu zaznaczyć, że wielu, niestety, wcale nie
dojrzewa na ziemi do takiego pełnego ofiarowania się Bogu z miłości; osiągają to dopiero wówczas, gdy
muszą rzucić się po sądzie w otchłań czyśćca. Tam jednak ich ofiara już nikomu, poza nimi samymi, raczej
pomóc nie może, a więc nie uczyni z nich apostołów, gdyż to jest możliwe tylko na ziemi. Tak, tylko i
wyłącznie tu i teraz można stać się apostołem Jezusa i przystąpić do połowu dusz… siecią własnej za nie
ofiary (choć nie jedyna to sieć). I powtarzam: jeśli ktoś rozpozna teraz w sobie nie tylko ogień miłowania
Boga w sposób ofiarny, ze wszystkich sił, ale także ogromne pragnienie przyprowadzenia do Niego wielu
za cenę własnej ofiary – może przypuszczać, że został zdobyty dla Bożej Sprawy. Najprawdopodobniej
będzie więc teraz prowadzony przez Ducha Świętego w kierunku najbardziej wzniosłej służby i
najwspanialszego ze wszystkich powołań.
– Czy co do samego siebie – jesteś tego pewien? – może ktoś zapytać… Ofiarowałem się Bogu w tej
intencji już dawno temu, może przed 35 laty, i odnoszę wrażenie, że moja ofiara została przyjęta. Nawet
nabieram pewności. Czekając na Swój Dzień, czuję się coraz bardziej wolny i szczęśliwy. Co zaś do sposobu,
w jaki moja dusza opuści ten świat – tak, jestem go pewien, choć szczegóły nie są tu istotne. Jeśli chodzi o
czas – nie mam tej pewności, i pewno nikt mieć jej nie będzie. Czyż nasz Pan nie porównał siebie do
złodzieja, który zaskakuje w nocy swoim przyjściem? Mimo jednak braku tej pewności, z wielką nadzieją
i radością odliczam już miesiące, które dzielą mnie od tego najwspanialszego i najbardziej uroczystego dnia
mojego ziemskiego życia!
Czy może być jednak tak, że kogoś ogarnie takie przemożne pragnienie i uzna w nim łaskę Bożą, jednak
ofiara jego nie zostanie przez Boga przyjęta, tzn. nie umrze śmiercią męczenników?
Pytanie zostało źle postawione: nie istnieje nawet najmniejszy okruszek miłości, który by nie był przez
Boga dostrzeżony, przyjęty i doceniony, gdyż… On patrzy w serce! Patrzy w nie zarówno tam, gdzie chodzi
o miłość, jak i o jej zaprzeczenie (np. „cudzołóstwo w sercu” pod wpływem pożądliwych spojrzeń,
napiętnowane przez Pana Jezusa). Istnieją dwa rodzaje męczeństwa: męczeństwo krwi i męczeństwo
pragnienia (inaczej: w pragnieniu). To drugie, najczęściej dłużej trwające, nawet całymi latami, może być
nie mniej zasługujące niż pierwsze! Jeśli ktoś spala się powoli jak świeca, dzień po dniu, a przy tym spala
się w ofierze za nawrócenie grzeszników, jak Bóg mógłby nie przyjąć jego ofiary?! Bardzo ceni ją sobie na
ziemi i sowicie wynagrodzi w wieczności – kto wie, czy nie postawi jej na równi z ofiarą znanych apostołów
i męczenników.
Tak więc dusze-ofiary, nie mające pewności, do którego z tych dwóch rodzajów męczeństwa zostały
powołane, niech mężnie i cierpliwie niosą swój codzienny krzyż, ale warunek: niech rozszerzą teraz swoje
serce na całe miliony zagrożonych dusz, a swoją „sieć rybacką” niech reperują, przeplatają i wiążą, aż będzie
się nadawała do wielkich połowów. Ta „sieć” to nadzieja. Właśnie od niej zależy obfitość połowu dusz, i
tylko ona daje się zanurzyć w Oceanie Bożego Miłosierdzia – tego Miłosierdzia, które chcemy wyjednać dla
grzeszników.
Od wielu Czytelników, powołanych do tego, by otrzymać wielką łaskę życia w „Nowym Świecie”, Bóg
oczekuje w tej chwili stawania się „aniołami krawędzi” przez wejście na drogę męczeństwa w pragnieniu.
Pewną pomocą w tym względzie może być moja książka „W Szkole Krzyża”, na końcu jej pierwszego tomu
zamieściłem nowennę przed dniem ofiarowania się Bogu za zbawienie bliźnich. Wykorzystały ją już przez
lata tysiące ludzi, a wielu z nich ponawia tę nowennę co roku, traktując ją jako przygotowanie się do
Wielkiego Piątku, kiedy to dusze-ofiary ponawiają swój akt oddania się Bogu. Kto się „przegryzie” przez
tę nowennę, złożoną z rozmyślania i modlitwy na każdy dzień, może mieć ułatwioną i decyzję, i drogę, jeśli
na nią wstąpi. Ja zaś obiecuję, że wszystkich kroczących tą drogą będę wspierać codziennym
błogosławieństwem o godzinie 15-tej, włączę także ich intencje w Mszę świętą za wszystkie dusze-ofiary
świata w Wielki Czwartek, a więc w ostatnim dniu nowenny, a w wigilię Wielkiego Piątku. W tym roku
nowenna przed Wielkim Piątkiem rozpoczyna się 28 marca.
Ziemscy „aniołowie krawędzi”, którzy z jakichś względów nie chcą lub boją się stanąć w pierwszym
szeregu dusz-ofiar, powinni znaleźć sobie miejsce… W DRUGIM SZEREGU! Mają oni pracować i
walczyć, i to teraz z największym poświęceniem, przynajmniej bronią modlitwy. Rodzaj tej modlitwy
wskazywało nam Niebo wiele razy: jest nią przede wszystkim Msza święta, adoracja Najświętszego
Sakramentu, Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego, zanurzanie grzeszników we Krwi Chrystusa. (Co
do naszego codziennego Różańca – to właśnie on, pozbierany z całego świata, ma stać się tym łańcuchem,
którym związany zostanie przez Anioła Apokalipsy szatan, by „nie zwodził narodów”). Jeśli nawet ktoś te
modlitwy praktykował, niech w tej chwili na nowo przemyśli, razem ze mną, ich cechy i zasięg. Proszę mi
jednak wybaczyć, że będzie to zaledwie kilka uwag, a mogłaby być cała książka!
Wielu skarżyło się na trudności w pełnym uczestnictwie we Mszy świętej. Udzielałem prostej rady: nie
traktuj jej jak swoich modlitw osobistych w domowym zaciszu i nie próbuj się „skupiać”, bo to jest trudne,
lecz wprost przeciwnie – „rozprosz się”, i to maksymalnie, na cały świat! Weź w swoje dłonie ludzi wokoło,
swoje środowisko, ojczyznę, całą kulę ziemską, i podnoś z ufnością, miłością, mocą ku Niebu, ku Ojcu przez
Chrystusa w Duchu Świętym. Gdy będziesz prosić za miliardy ludzi, wszystkim Bóg udzieli łaski w obfitości,
gdyż On nie jest ograniczony w swoich darach – nigdy Mu ich nie zabraknie, a każdego człowieka kocha całą
swoją miłością. To samo dotyczy innych modlitw, jeśli tylko wypływają z serca.
Nie za bardzo wierzmy w „automatyzm” modlitw, nieraz połączonych z kuszącymi obietnicami i ze
szczegółowym wyliczeniem „przydziału łask”, gdyż trzeba na to spojrzeć nieco inaczej. Skutek każdej
modlitwy zależy przede wszystkim od miłości, ufności, bezinteresowności, z jaką z serca wypływa, a
niekoniecznie od ilości, a nawet jakości słów. Dwie osoby mogą odmówić tę samą modlitwę, ale każda zrobi
to inaczej, w innym duchu, z innym zaangażowaniem, z różnym stopniem zanurzenia w łasce Bożej, więc
i jej skutki mogą być różne. Poza tym strzeżmy się modlitw, nie posiadających aprobaty władzy duchownej,
gdyż właśnie ta władza ma jakby „klucz” do skarbca Bożych łask, udzielanych Kościołowi. Nie dziwmy się
więc temu, że biskupi nie zgadzają się na drukowanie nowych modlitw bez ich aprobaty. Chodzi tu nie tylko
o uniknięcie błędów teologicznych i dziwolągów, lecz i o obfite czerpanie właśnie z tego skarbca.
Jest prawdą, że nasze modlitwy będą się nam nieraz wydawać nijakie, słabe, mało skuteczne, a i
piekielne duchy będą nam je zakłócać i zniechęcać nas do nich. Weźmy jednak pod uwagę, że o ile na prośby
o czyjeś zdrowie czy ziemską pomyślność Bóg może nie odpowiadać, bo niekoniecznie jest to dla nas
korzystne, to na modlitwę o czyjeś nawrócenie, uświęcenie, zbawienie – „musi” odpowiedzieć, i to zawsze
i bez wyjątku, choć w swoim czasie, a nie naszym! Ten „przymus” wynika z Jego nieskończonej miłości do
każdego Jego dziecka i na gorącym pragnieniu uczynienia go szczęśliwym. Pamiętajmy jednak o dwóch
ważnych rzeczach: że zbawienie jednych Bóg uzależnił od apostolstwa innych, by tym innym stworzyć pole
do zasług, jak też o tym, że udziela z obfitości swoich darów na miarę ufności w Nim pokładanej.
A teraz… najwyższy czas – godziny są policzone! – byśmy rzucili się z bronią modlitwy na ratunek już
nie tylko swoim znajomym, nie tylko swojej ojczyźnie (piszę to jako członek Krucjaty Różańcowej za
Ojczyznę, jednak z mocą powtarzam: nie tylko Ojczyźnie!), gdyż niedługo – jak gdzie indziej wspominam
– apokaliptyczny Anioł z Kadzielnicą zakończy swoją misję przed tronem Boga. Gdy już ostatnia modlitwa
z ziemi zostanie przyjęta, dym kadzidła przestanie się unosić, Bóg wyciągnie swą sprawiedliwą dłoń nad
ziemią. Gdy jeszcze na razie ten dym się unosi, gdy trwa okres Bożego Miłosierdzia, spieszmy się!
Poszerzmy swoje serce i nie bójmy się prosić o nawrócenie, zdobywać dla Boga bardzo wielu serc, jak ci z
„pierwszego szeregu”, którzy ofiarują się Bogu „za nawrócenie milionów”. I oby do tej „akcji ratunkowej”
przystąpili teraz wszyscy! Jak jednak do nich dotrzeć w obecnej sytuacji? Kto tylko może, niech werbuje
ochotników do naszej armii, wskazuje lekturę, podsuwa argumenty, przyświeca własnym przykładem.
Jeśli, Drogi Czytelniku, zaczynasz myśleć o włączeniu się do tego „drugiego szeregu”, trzeba, byś nabrał
zapału i ducha ofiarności. Zanurz więc swoje serce… może najpierw w „lodzie”, a potem w „ogniu”:
przeczytaj opis jakiegoś doświadczenia piekła (np. św. Faustyny, św. Jana Bosko, Łucji z Fatimy, Józefy
Menendez, siostry M. z W.), a potem Nieba (również św. Jana Bosko – jego spotkanie ze św. Dominikiem
Savio, a może pilota Dale Blacka z książki „Lot do Nieba” czy Don Pipera z „90 minut w Niebie”, obie
wydawn. Polwen). Po takiej „duchowej kąpieli” jaśniej sobie uświadomisz niezastąpione zadanie
„ziemskiego anioła krawędzi” wobec zbliżających się do skraju wiecznej przepaści tych, których powołaniem
jest wzlecieć ku Wiecznemu Szczęściu. Wtedy z ogromną ufnością w Boże miłosierdzie natychmiast zajmij
swoje miejsce przy tej „krawędzi” i działaj, dopóki to możliwe! Owoce poznasz w przyszłości, a teraz… być
może doznasz wielu przeszkód i zniechęcenia, lecz one mogą być tylko potwierdzeniem ważności Twojej
misji. Im bardziej piekło dostanie po głowie (i będzie tracić swoje ofiary), tym bardziej będzie się wściekać
(może uderzając w Ciebie?), a Ty – tym bardziej masz się cieszyć!
Niech na mocarnego Anioła Krawędzi wejrzy teraz Miłosierny Bóg i tysiąckrotnie, w obliczu
nadchodzącego „Ostrzeżenia”, pomnoży jego siły. Niech też – przez przemożne orędownictwo Maryi, Matki
Miłosierdzia – błogosławi wszystkie swoje „ziemskie anioły krawędzi” na walkę o dusze, a ich „sieci na
połów” powiększy i wzmocni: Bóg Ojciec i Syn i Duch Święty.
Matko Najświętsza, wkrótce obeschną Twoje krwawe łzy, bo bliski już jest Tryumf Twego
Niepokalanego Serca, o który wspólnie walczymy

Adam Skwarczyński

Opublikowany w Alert, Apokalipsa, Ciekawe, Cuda, Kościół, Objawienia, Ostrzeżenie - Pilne orędzia 2010-2011, Prośba o modlitwę, Prześladowanie Chrześcijan, Szatan, Warto wiedzieć, Z Aniołem do Nowego Świata | Otagowane: , | Komentarzy: 161 »

Marsz w Obronie Wolnych Mediów 18.02.2012

Posted by Dzieckonmp w dniu 19/02/2012

Ludzie od jesieni 2011 roku prawie codziennie wychodzą na ulice protestować przeciwko temu że rząd opanowany przez masonerię różnymi metodami stara się dobić Polaków w ich własnym kraju. Ten nie polski rząd  oburzeniem Polaków wcale się nie przejmuje. Ponad milion czterysta tysięcy podpisów o ludzi  czujących się Polakami  wysłało prośbę o nadanie częstotliwości TV Trwam na Multipleksie, Około 25 tys osób w zimowy zaśnieżony dzień wyszło na ulicę protestować a decydenci masoni którzy decydują na co może pozwolić sobie rząd PO jest niewzruszony. Ma  nasze pragnienia w nosie. Potrafi tylko pomniejszać nasze zaangażowanie poprzez minimalizowanie ,zaniżanie ilości w swoich masońskich mediach.  Wszystko wskazuje na to że ci oświeceni postanowili ostatecznie rozprawić się z Polakami. Oni wiedzą że nie mamy Wyszyńskiego, oni wiedzą że jesteśmy  skłóceni , wiedzą że potrafimy mieć tysiące różnych zdań i przez to zawsze się im uda nas podzielić i swoje cele osiągnąć.  Ostateczna Bitwa zła z dobrem trwa. Jaki będzie jej wynik? Zależy dużo od nas.  Dziś musimy sie zjednoczyć wszyscy zarówno wierzący jak i nie wierzący w obronie podstawowych praw wolności. B jeśli nie uda nam się obronić TV Trwam to również inne grupy społeczne w Polsce zostaną zmiażdżone.

Opublikowany w Film, Patriotyzm, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Radio Maryja, Warto wiedzieć | Otagowane: , | Komentarzy: 32 »

Komorowski a Synowie Przymierza B’nai B’rith w Polsce

Posted by Dzieckonmp w dniu 18/02/2012

Może część osób zrozumie dlaczego taka walka z TV Trwam, dlaczego taka walka z Jarosławem Kaczyńskim, z Kościołem. Dlaczego podział na kościół Łagiewnicki popierający PO oraz Kościół Toruński. Na jakim tle istnieje podział Polaków popierających PIS Radio Maryja i popierających PO i część pewnych biskupów. Może niektórzy zrozumieją skąd się bierze u nas walka z rządem i działaniem  PO . Pytań natomiast pozostanie mnóstwo. Dlaczego niektóre osoby Kościoła są zaślepieni i współpracują z tymi lożami , z tymi politykami PO? Ktoś musi narodowi o tym mówić. Rozumiem że księżom na kazaniach jest trudno bo posłuszeństwo , ale ludzie świeccy sa od tego aby dochodzić do prawdy i pokazywać tą prawdę innym.  Dlatego my to będziemy robili. Mimo że zaczynają prześladować , ostatnio dostałem pismo że mi zlicytują własnościowe mieszkanie jeśli się nie poprawię. I to nie chodzi o zadłużenie tylko wiszący szyld na balkonie. Taką wszechmoc ma władza PO.

Tydzień przed Wielkanocą 2010 odbyła się manifestacja przeciwko budowie na warszawskiej Ochocie meczetu. To pierwsza tak głośna akcja dotycząca problemu, który w zachodniej Europie od dawna rozbudza emocje. Ale zwolennicy powstania muzułmańskiej świątyni w stolicy Polski nieoczekiwanie znaleźli wsparcie w pewnej organizacji, o której istnieniu większość Polaków nie ma pojęcia, choć skupia znaczące postaci życia publicznego.

Otóż zaraz po manifestacji ukazało się oświadczenie B’nai B’rith Polin, przedstawiającego się jako “stowarzyszenie polskich Żydów”. W oświadczeniu czytamy, że “protest przeciwko budowie meczetu w Warszawie jest niezrozumiały i niczym niewytłumaczalny. Rozbudzanie nastrojów antyarabskich w niczym nie różni się od podsycania antysemityzmu. (…) Ten obecny protest nielicznych - na szczęście - warszawiaków jest jak przeniesiony z czasów nawoływań do pogromów antyżydowskich przed stu laty w carskiej Rosji czy czasów tworzenia imperium Hitlera w III Rzeszy”. Na koniec B’nai B’rith Polin wzywa protestujących, by “przestali kalać dobre imię Polaków i Polski, kraju szczycącego się tysiącletnią tradycją tolerancji”.

Oświadczenie opublikował w całości stołeczny dodatek “Gazety Wyborczej”, nie informując jednak czytelników, czym jest owo stowarzyszenie. Tymczasem założone w 1846 r. w Nowym Jorku B’nai B’rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza) to najstarsza i bodaj najbardziej wpływowa żydowska organizacja na świecie. Oficjalnie przedstawia się jako ruch filantropijny i oświatowy, w dodatku neutralny w kwestiach religijnych i politycznych - ale to samo zawsze mówiła o sobie europejska masoneria, co nie przeszkadzało jej w odgrywaniu istotnej roli politycznej i w walce z Kościołem katolickim. To porównanie nie jest zresztą przypadkowe, gdyż B’nai B’rith zorganizowana jest właśnie tak jak masoneria - jej członkowie skupiają się w lożach. Członków jest ok. pół miliona w 58 krajach.

Spotkanie w ambasadzie

Polski oddział tej organizacji - B’nai B’rith Polin - istnieje niespełna 3 lata, choć tradycje ma znacznie starsze. Pierwsze loże na ziemiach polskich powstały pod koniec XIX w., a w II RP istniało aż 10 lóż. Końcem ich działalności był listopad 1938 r., kiedy to prezydent Ignacy Mościcki wydał dekret o rozwiązaniu organizacji masońskich, do których została zaliczona także B’nai B’rith.

Istniejąca obecnie B’B'nai B’rith Polin powstała we wrześniu 2007 r. Nie pisały o tym gazety, nie informowała telewizja, ale wzmiankę na ten temat można znaleźć na stronie internetowej Ambasady USA w Polsce. Warto zacytować ją w całości, bo jest bardzo wymowna: “9 września przy okazji otwarcia nowej loży B’nai B’rith w Warszawie ambasador Victor Ashe spotkał się z działaczami tej organizacji - prezesem Moishem Smithem i wiceprezesem Danem Mariaschinem. Omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Otwarcie warszawskiej loży B’nai B’rith oznacza odrodzenie się tej organizacji żydowskiej w Polsce po niemal 70 latach nieobecności”.

Pierwszym prezydentem polskiego oddziału B’nai B’rith został prof. Andrzej Friedman, lekarz-neurolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Wojewódzkiego Szpitala Bródnowskiego, a przy tym syn Michała Friedmana, dawnego politruka LWP i szefa Wydawnictwa MON, który po usunięciu z wojska (w stopniu pułkownika) i z partii w 1968 r. został czołowym tłumaczem literatury hebrajskiej i jidysz.

Ulubiony dziennikarz marszałka

Znacznie ciekawsza jest jednak postać obecnego prezydenta B’nai B’rith Polin, który podpisał wspomniane oświadczenie w sprawie meczetu, ale także wcześniejsze, ze stycznia br., w którym ostro skrytykowano biskupa Tadeusza Pieronka za głośny wywiad dotyczący holokaustu. Otóż od lutego 2009 r. prezydentem B’nai B’rith Polin jest znany dziennikarz i bliski współpracownik Bronisława Komorowskiego  - Jarosław J. Szczepański. Od połowy lat 70. pracował w “Expressie Wieczornym”, gdzie zajmował się tematyką gospodarczą, zwłaszcza górnictwem. W 1981 r. był szefem działu informacyjnego “Tygodnika Solidarność”, później współpracował z podziemnymi strukturami związku na Śląsku, dzięki czemu w 1989 r. znalazł się przy “okrągłym stole” jako sekretarz strony “solidarnościowej” w podzespole górniczym. Niedługo potem wrócił do “Tygodnika Solidarność” - już jako sekretarz redakcji - ale nie na długo, bo ostentacyjnie odszedł  stamtąd, gdy kierownictwo gazety objął Jarosław Kaczyński. Od początku lat 90. związany był z Telewizją Polską, a w latach 1997-2000 przebywał w USA, gdzie jego żona, również znana dziennikarka Dorota Warakomska, była korespondentką TVP. Po powrocie do kraju Szczepański został wiceszefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i choć w 2002 r. stracił posadę na Woronicza, to wrócił tam już po dwóch latach - tym razem jako rzecznik prasowy nowego prezesa Jana Dworaka, starego znajomego jeszcze z początku lat 80. (Dworak był wówczas sekretarzem redakcji “Tygodnika Solidarność”, którą kierował Tadeusz Mazowiecki).

Gdy Dworaka w TVP zastąpił Bronisław Wildstein, Szczepański ostatecznie odszedł z telewizji. Niedługo potem, na początku 2007 r., jego nazwisko znalazło się w raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych - jako niejawnego współpracownika WSI. Podczas pracy w TAI miał on informować WSI o “planach w zakresie zmian personalnych co do zagranicznych korespondentów TVP”, a po opuszczeniu telewizji “oferował WSI gotowość infiltracji “Rzeczpospolitej” lub “Wprost” bądź “innej związanej z jego profesją instytucji”". On sam stanowczo zaprzeczył tym informacjom, wytoczył proces sądowy Ministerstwu Obrony Narodowej (sprawa jeszcze się nie skończyła), opublikował też list otwarty do prezydenta Kaczyńskiego. Do dziś twierdzi, że jego współpraca z WSI polegała tylko na tym, że w 2002 r. na prośbę znajomego oficera z ataszatu wojskowego w Waszyngtonie przywiózł z Rosji zakupiony w księgarni komplet map jeziora Bajkał i okolic, gdzie przebywał na urlopie.

Kilka tygodni po publikacji raportu ówczesny wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski zatrudnił Szczepańskiego jako swojego doradcę medialnego. Polityk PO mówił wówczas: “z Jarosławem Szczepańskim znam się od stu lat”, przekonywał: “mamy do siebie zaufanie, poza tym ma świetną opinię”, trudno jednak nie dostrzec w tym geście wyraźnej deklaracji politycznej: oto jedyny polityk Platformy, który od początku konsekwentnie sprzeciwiał się likwidacji WSI, zatrudnił dziennikarza oskarżonego o współpracę z tymi służbami. Co więcej, gdy jesienią 2007 r. Komorowski został marszałkiem, od razu powołał Szczepańskiego na stanowisko szefa Biura Prasowego Kancelarii Sejmu. Nie pełnił tej funkcji długo, bo zaledwie pół roku, ale nawet w tak krótkim czasie “zasłynął” odebraniem stałych przepustek dla dziennikarzy niektórych mediów, w tym “Naszej Polski”, “Naszego Dziennika”, “Tygodnika Solidarność”, telewizji Trwam.

Profesor od ateizmu

Od początku funkcjonowania B’nai B’rith Polin jej wiceprezydentem jest prof. Jan Woleński (właściwie Hertrich-Woleński), filozof i logik z UJ, w latach 1965-1981 członek PZPR, później związany z “Solidarnością”. W czasach głębokiego PRL działał w urzędowym, antykatolickim Stowarzyszeniu Ateistów i Wolnomyślicieli, dziś zasiada w Komitecie Honorowym Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów - organizacji o podobnym charakterze, która od kilku lat propaguje m.in. “śluby humanistyczne”, czyli ateistyczne parodie religijnych ceremonii ślubnych (także jednopłciowych). W maju 2007 r. prof. Woleński był jednym z założycieli krakowskiego Ruchu na rzecz Demokracji, zainicjowanego przez Kwaśniewskiego, Wałęsę i Olechowskiego przeciwko rządom PiS. Dał się poznać również jako zagorzały przeciwnik lustracji - napisał nawet na ten temat książkę pt. “Lustracja jako zwierciadło”.

Tropiciel antysemitów

W zarządzie B’nai B’rith Polin znajdziemy także inną charakterystyczną postać elity III RP. Sergiusz Kowalski - bo o nim mowa - to jeden z najostrzejszych publicystów z kręgu “Gazety Wyborczej”, bez wahania i bez umiaru zarzucający przeciwnikom politycznym antysemityzm i ksenofobię, nazywający ich “czarną sotnią”, “ciemnogrodem” itp. W 2003 r. Kowalski wraz z pisarką Magdaleną Tulli opublikował książkę pt. “Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści”, zawierający liczne cytaty z prasy prawicowej (w tym z “Naszej Polski”), w których autorzy doszukali się antysemityzmu. Wśród “oskarżonych” przez parę Kowalski-Tulli znaleźli się liczni kapłani katoliccy z Prymasem Glempem na czele, arcybiskupami Michalikiem i Majdańskim, biskupami Lepą i Stefankiem. Taka “bezkompromisowość” Sergiusza Kowalskiego, rzadka nawet na tle środowiska “GW”, do złudzenia przypomina postawę jego dziadka, Władysława Kowalskiego ps. “Grzech”, członka władz Komunistycznej Partii Polski, szybko jednak usuniętego i potępionego przez Komintern za ultralewicowe sekciarstwo.

Ludzie z cienia

W obecnym zarządzie B’nai B’rith Polin znajdziemy też dwie inne, mniej znane, ale jakże charakterystyczne osoby. Funkcję skarbnika pełni Agnieszka Milbrandt, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 30 i Społecznego Gimnazjum nr 5 w Warszawie, a równocześnie skarbnik Towarzystwa Oświaty Niepublicznej, skupiającego dyrektorów prywatnych szkół z całej Polski. Natomiast sekretarzem zarządu B?nai B?rith Polin jest dr Jonathan Britmann, psycholog pracujący w Szpitalu Psychiatrycznym w Tworkach i wykładający na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, pochodzący zaś z Izraela, gdzie był funkcjonariuszem służb specjalnych. Korzystając ze swoich doświadczeń, Britmann założył w Polsce Izraelską Akademię Treningu Walki “Sayeret” zajmującą się doradztwem i szkoleniem w zakresie bezpieczeństwa i ochrony firm. Ten wszechstronny Izraelczyk jest także redaktorem naczelnym magazynu internetowego “Forum Żydów Polskich”.

Warto też wymienić kilka nazwisk spośród tych założycieli polskiej loży B’nai B’rith, którzy nie występują oficjalnie jako członkowie jej władz. Mamy tu więc np. byłych posłów Jana Lityńskiego (z Unii Wolności) i prof. Pawła Śpiewaka (z PO), byłego wiceministra spraw zagranicznych, obecnie ambasadora w Hiszpanii Ryszarda Schnepfa, dyrektora tworzonego Muzeum Historii Żydów Polskich Jerzego Halbersztadta, a nawet Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, katolickiego księdza i wykładowcę KUL, który swego czasu ?odkrył? swoje żydowskie pochodzenie i od tej pory jest ulubieńcem arcybiskupa Życińskiego.

http://www.bibula.com/?p=20601

Opublikowany w Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Szatan, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , | Komentarzy: 86 »

Wolność, dyskryminacja, nietolerancja

Posted by Dzieckonmp w dniu 16/02/2012

Od 1000 lat polskość jest nierozerwalnie związana z religią chrześcijańską. Wiedzą o tym wrogowie Polski i Kościoła i od wieków usiłują rozerwać tą więź, w pierwszym rzędzie zwalczając religię. Ponieważ głównym wyznaniem w Polsce jest wyznanie katolickie, więc atak wrogów Kościoła i Polski skierowany jest zwłaszcza przeciw Kościołowi Katolickiemu.

Z Kościołem walczył Bismarck w okresie Kulturkampfu, szczególne na polskich ziemiach zaboru pruskiego. W wyniku tego nie obsadzone były tam parafie, zamknięte były seminaria duchowne, arcybiskup poznańsko-gnieździeński Mieczysław Ledóchowski był więziony.
Z Kościołem walczyli rosyjscy carowie, pod ich zaborem więzieni i wywożeni w głąb Rosji byli polscy biskupi, zamykano klasztory, zlikwidowany był kościół unicki, jego wyznawcy byli zmuszani do porzucenia swej wiary, a oporni byli mordowani, jak np. Błogosławieni Męczennicy Podlascy. Do jeszcze większego prześladowania Kościoła i religii doszło za Hitlera oraz za Stalina i jego następców. Pod ich rządami Niemcy i Rosjanie mordowali biskupów i księży, likwidowali naukę religii w szkołach, wywozili księży i zakonników do łagrów i obozów koncentracyjnych oraz na Sybir, wypędzali zakony z ich domów i zagrabiali ich mienie, a zakonnice i zakonników osadzali w obozach pracy.

Wydawało się, że po odzyskaniu niepodległości, skończy się dyskryminacja ludzi wierzących i ucisk religijny. Niestety, ludzie wcześniej będący na  usługach nieludzkiej ideologii okupantów kontynuowali walkę z Kościołem i religią. Jeszcze w latach 1989-1990 mordowani byli księża przez „nieznanych sprawców”, podobnie jak pod okupacją sowiecką
w latach 1944-1989. Od początku lat 90-ych, wrogie Kościołowi i religii media, zwłaszcza czasopisma, głosiły, że władzę w Polsce objął kler, a „rządy Czerwonych zostały zastąpione rządami Czarnych”. Drwiono, że wszelkie nominacje muszą być zatwierdzane przez Biskupów, a reżimowi satyrycy wystawiali głupawe skecze na ten temat. W walce z religią, jako pierwszy w tym czasie wsławił się nieżyjący już literat, ogłoszony „autorytetem moralnym” rządzących „elit”, konfident bezpieki TW „Miglanc”, „Mirek”, „Marek” (donoszący m.in. na własnych rodziców), który publicznie namawiał zespolik muzyczny do drwienia z pieśni religijnych. Równocześnie z bezpośrednią walką z religią, starano się podważyć jej podstawy etyczne. Od tego czasu nastąpił niesłychany napływ do Polski materiałów pornograficznych, co kłóciło się z polskim prawodawstwem. Niestety na pozwy przeciw temu, usłużni sędziowie twierdzili, że brak jest prawnej definicji pornografii i skargi oddalali. Równocześnie upowszechniano hasła, że szczęście dają jedynie seks i pieniądze.
W obawie przed lustracją, która by wykazała zdradę wielu przedstawicieli „elity” oraz w celu wywołania moralnego chaosu, głoszono też tezy o potrzebie „przebaczenia” konfidentom okupacyjnych służb specjalnych oraz o równym cierpieniu tak donosiciela, jak i jego ofiary.

Ta demoralizacja, zwłaszcza prowadzona wśród młodzieży, doprowadziła do obecnej sytuacji: zaniku systemów wartości oraz wszelkich autorytetów i postaw prospołecznych, rozbicia rodziny, narkomanii znacznej części młodzieży, konieczności zatrudniania ochroniarzy w szkołach, mordów dokonywanych przez nastolatków i innych znanych faktów. Równocześnie wielu młodych ludzi z takich kręgów, ulęgając manipulacji, dokonywała też aktów bezczeszczenia symboli religijnych, m.in. na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Rozzuchwaleni podatnością wielu środowisk na propagandę antykościelną i brakiem zdecydowanej reakcji środowisk katolickich, wrogowie Kościoła zażądali usunięcia krzyża
z przestrzeni publicznej. W jednej z wielkich instytucji zakazano pracownikom noszenia symboli religijnych (chrześcijańskich rzecz jasna!), z czego pod naciskiem opinii publicznej oficjalnie się wycofano (czym martwią się wrogie religii media), ale zgodnie z intencją, zakaz ten funkcjonuje w świadomości pracowników.

Wrogowie Kościoła i religii, by zapanować nad umysłami Polaków, chcą mieć absolutny monopol na informacje, tak jak w systemach totalitarnych. Boją się niezależnych, wolnych mediów głoszących Prawdę, zwłaszcza w dziedzinie religii i związków Kościoła z Polską. Stąd pomysły na ograniczenie wolności w Internecie pod pretekstami „szerzenia nienawiści”, czy „wulgaryzmów”. Stąd też, arbitralne i nieuzasadnione odmówienie miejsca na platformie cyfrowej jedynej w Polsce katolickiej Telewizji Trwam. Przeciw tej dyskryminacji ludzi wierzących i pogwałceniu prawa do wolności słowa, protestują stowarzyszenia społeczne, organizacje polonijne, Episkopat, samorządy (m.in. Sejmik Dolnośląski, gdzie za protestem głosowali radni zarówno PiS, jak i PO oraz prawie wszystkich innych partii) i osoby prywatne. Podpisy pod protestem do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji złożyło już ponad 1.400 (15 luty 2012) tysięcy osób. („Nasz Dziennik” z tego dnia) i ilość ich dalej rośnie. Jest to liczba znaczna, ale wydawałoby się, że katolików w Polsce jest więcej?!. Na co czekają pozostali ? A to nie jest sprawa błaha, to nie są sprawy partii politycznych, tu ważą się losy przyszłego ideowego kształtu Polski! I dotyczy to wszystkich katolików, którzy traktują sprawy religii poważnie, niezależnie od swych sympatii politycznych !

Konieczne jest zbadanie przez Najwyższą Izbę Kontroli kryteriów i przebiegu procesu koncesyjnego oraz  podstaw decyzji Krajowej Rady. Z takim wnioskiem może wystąpić do Sejmu Rzecznik Praw Obywatelskich, który ma chronić prawa wszystkich obywateli do równego traktowania, bez względu na wyznawaną religię. Dlatego wydaje się słusznym kierowanie do tegoż Rzecznika protestów w sprawie dyskryminowania ludzi wierzących, którym odbiera się prawo do własnej katolickiej telewizji, z prośbą o dogłębne zbadanie sprawy przez niezależną, kompetentną instancję. Od naszej aktywności ludzi wierzących zależy bardzo wiele i my ponosimy za to odpowiedzialność.

Protesty należy kierować na adres:

Prof. dr hab. Irena Lipowicz, Rzecznik Praw Obywatelskich, Al. Solidarności 77, 00-090 Warszawa. Pismo musi zawierać imię, nazwisko i adres nadawcy. Można też wysłać je pocztą elektroniczną e-mail: biurorzecznika@brpo.gov.pl Istnieje także możliwość automatycznego jej wysłania na formularzu zamieszczonym na stronie Rzecznika – po otwarciu strony trzeba kliknąć na „kontakt”, potem na „w formie elektronicznej” – otworzy się formularz, który po wypełnieniu wysyła się po kliknięciu na „wyślij”.

Przykładowy tekst protestu:

Szanowna Pani Profesor.

Zdaję sobie sprawę, że Pani, jako rzecznik Praw Obywatelskich stoi na straży swobód obywatelskich i reaguje na wszelkie przypadki łamania tych swobód oraz na objawy nietolerancji i dyskryminacji. Ponieważ czuję się ofiarą nietolerancji z racji wyznanej religii, zwracam się do Pani z prośbą o interwencję. Objawem tej rażącej dyskryminacji jest nie przyznanie miejsca na platformie cyfrowej jedynej w Polsce katolickiej telewizji Trwam. Arbitralna decyzja w tej sprawie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji została podjęta
w oparciu o kryteria, nie znajdujące podstawy w przepisach prawnych oraz w sposób budzący zastrzeżenia co do przejrzystości procedury i obiektywności w ocenie złożonych wniosków. W związku z tym zwracam się do Pani Profesor z uprzejmą prośbą o wystąpienie
z wnioskiem do Sejmu RP o dokonanie szybkiej i dogłębnej kontroli procesu koncesyjnego Krajowej Rady przez niezależną, kompetentną instytucję, jaką jest Najwyższa Izba Kontroli.

Z wyrazami szacunku

podpis

 

Podobnie, jak w przypadku składania podpisów pod protestem skierowanym do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, tak w przypadku wystąpienia do Rzecznika Praw Obywatelskich katolicy powinni wykazać się stanowczością w obronie swoich praw obywatelskich.

WARSZAWA: MARSZ W OBRONIE WOLNYCH MEDIÓW I TELEWIZJI TRWAM

Marsz w obronie wolnych mediów – Warszawa, sobota 18.02.2012 r.,  start: przed Sejmem RP o godz. 13.00.

Walka o TV Trwam to walka o niepodległe media i wolność słowa

PRZYJDŹ !!!

Polska przez wieki była przykładem tolerancji i wolności. Była ostoją i przedmurzem chrześcijaństwa w naszej części Europy. Naród Polski dzięki wierze w Boga i dążeniu do wolności przetrwał czasy  rozbiorów. Przetrwaliśmy czas wojny i przeszło 40 letni okres sowieckiej okupacji, gdzie prawa człowieka i wolność słowa były zdeptane przez zarządzających Polską komunistycznych kolaborantów.

W 1989 r. wydawało nam się, że odzyskaliśmy wolność. Niestety, Polskę znów jak kawał sukna podzielili pomiędzy siebie dawni komuniści wraz z ich służbami oraz przychylni im działacze tzw. opozycji. Media zostały opanowane w zdecydowanej większości przez dawny komunistyczny aparat i zaczęły kreować ich własną „rzeczywistość”. Natomiast wszelkie wartości chrześcijańskie, patriotyczne i narodowe były coraz bardziej marginalizowane, a w końcu otwarcie zwalczane. Od czasu objęcia rządów w 2007r, przez Tuska i Platformę Obywatelską mamy już do czynienia nie tylko z działaniami przeciw opozycji politycznej i wolności mediów, ale przede wszystkim przeciwko Polskiej Racji Stanu.

Punktem zwrotnym w tej antypolskiej polityce stał się Smoleńsk. Wraz ze śmiercią Prezydenta Lecha Kaczyńskiego skończyła się suwerenna Polska. Zarządzający obecnie Polską nie tylko prowadzą naszą Ojczyznę do upadku, ale realizują politykę sprzeczną z interesem Polski i Polaków. Jedyną bronią, na szerzoną propagandę zwalczającą polskość, naszą tożsamość narodową i patriotyzm, są WOLNE MEDIA.  Jedyną bronią na uświadomienie Polakom, że żyją we wszechogarniającym kłamstwie, są WOLNE MEDIA.  Mamy do czynienia z otwartą wojną kłamstwa przeciw prawdzie, zła przeciw dobru, lewactwa przeciw katolikom.

W ostatnim czasie symbolem walki o wolne media stała się katolicka telewizja TRWAM. Rząd Donalda Tuska, rękoma KRRiT, nie chce przydzielić miejsca na multipleksie dla TV Trwam na nadawanie programu w systemie naziemnym, by uniemożliwić przekazywanie prawdy i wartości religijnych Polakom. Katolicka TV Trwam oraz Radio Maryja są jedynymi w Polsce, poza internetem, elektronicznymi mediami, które mogą dotrzeć do wszystkich Polaków. Z tych to właśnie mediów, oprócz ich katolickiego przesłania, możemy się dowiedzieć prawdy o tym, co się dzieje w naszej Ojczyźnie. Rządząca dyktatura chce zabić prawdę, bo ONI BOJĄ SIE PRAWDY!!

Bo co będzie, jeżeli Polacy dowiedzą się, że tzw. katastrofa w Smoleńsku mogła być precyzyjnie zaplanowana? Co będzie, jeżeli wyjdą na jaw wszelkie afery, manipulacje, oraz zdrada interesów Państwa i Narodu? Zadaniem wszystkich niezależnych mediów jest obrona prawdy i obrona suwerenności Polski. Jesteśmy to winni milionom Polaków, którzy ginęli za Boga, Honor i Ojczyznę, począwszy od rycerzy Mieszka, po Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Jeżeli teraz nie staniemy w obronie TV Trwam, to przegramy nie tylko wolność słowa, ale i naszą wolność!!  Musimy walczyć do skutku!! Później byłoby tylko kwestią czasu, by odebrali prawa do nadawania Radiu Maryja, a następnie wolność w internecie i ostatnim bastionom niezależnej prasy.

Zwracamy się, wobec tej groźnej sytuacji, do wszystkich Polaków, organizacji społecznych i partii politycznych, dla których wolność Ojczyzny i wolnego w Niej słowa jest sprawą najwyższej wagi, o udział w manifestacji i Marszu w Obronie Wolności Mediów.

Pamiętajmy – walcząc o TV Trwam, walczymy o swoją wolność i wolność Ojczyzny.

Apelujemy o liczny udział w manifestacji w sobotę 18.02.2012

Rozpoczniemy ją przed Sejmem RP o godz. 13.00. Spod Sejmu wyruszymy Alejami Jerozolimskimi, Marszałkowską, Królewską na Krakowskie Przedmieście  pod Pałac Prezydencki, gdzie odbędzie się główna część manifestacji wraz z modlitwą o Wolną Ojczyznę. Pokażmy, że Polska to nie jest „nienormalność”, a „mohery” to dumni obrońcy Krzyża i wolności. Zademonstrujmy swoją Polskość, a nie „europejskość”, biało-czerwonymi barwami.

Tam będzie Polska!

Zapraszają organizatorzy Marszu:

Stowarzyszenie Solidarni 2010

Poznański Klub Gazety Polskiej

Źródło: Solidarni2010.pl

——————————————————

A że władza PO walczy z Kościołem na wszystkich frontach wiemy nie od dziś. Wystarczy otworzyć tylko dzisiaj główną stronę fronda.pl i zobaczyć ile tematów dotyczących agresji na Kościół czy lekceważenia spraw Polski.

Prezydent pokazał klasę. Wybrał Walentynki zamiast hołdu AK

Prezydent Komorowski zapomniał o 70. rocznicy powstania Armii Krajowej, największej podziemnej armii w historii. Nie pojawił się na stołecznych uroczystościach przed Grobem Nieznanego Żołnierza, nie znalazł czasu, by oddać hołd bohaterom walki o niepodległość Polski – podaje portal wPolityce.pl

Całość tutaj

 

Środa wysyła Kolendę- Zaleską do Radia Maryja

Prof. Magdalena Środa wzięła się za krytykę dziennikarzy piszących w „Gazecie Wyborczej”. Okazuje się, że Katarzyna Kolenda – Zaleska, która skrytykowała Marię Czubaszek „wyszła z roli dziennikarki”. Jak rozumiem dziennikarzami są tylko ci, którzy popierają legalizację zabijania dzieci nienarodzonych.

Całość tutaj

 

Łoziński: Żaden rząd w wolnej od dwudziestu lat Polsce nie traktował tak obcesowo Kościoła jak Donald Tusk

Przedstawiciel rządu po raz pierwszy oficjalnie przyznał, że likwidacja funduszu finansującego składki ubezpieczeniowe duchownych może się odbyć bez zawarcia umowy z Kościołem. Unikając negocjacji gabinet Tuska naraziłby się jednak na najpoważniejszy od lat konflikt z biskupami. - Nie przypuszczam jednak, żeby rząd takie stanowisko zajął, dlatego że oznaczałoby to otwarty konflikt z Kościołem. Według analiz prawników tego typu zmiany wymagają obustronnego porozumienia – mówi portalowi Fronda.pl Bogumił Łoziński, publicysta “Gościa Niedzielnego”.

Całość tutaj

Niesiołowski bez kary za „biskupa krętacza”

Komisja etyki poselskiej zwróciła uwagę posłowi PO Stefanowi Niesiołowskiemu za wypowiedź pod adresem posłanki PiS Anny Fotygi – informuje PAP. Niesiołowski nie został natomiast ukarany za nazwanie abp. Michalika „krętaczem”, o co postulowała „Solidarna Polska”. Obejrzyj jedną z lepszych tyrad, jedynego w swoim rodzaju posła polskiego Sejmu!

Całość tutaj

PiS i SP chcą ukarania posła Platformy za obraźliwe wypowiedzi pod adresem o. Rydzyka

Poseł Paweł Olszewski, idąc za przykładem nieustannie twittującego ministra Radosława Sikorskiego, „ćwierknął” niewybredne uwagi na temat ojca Tadeusza Rydzyka. Ale prawdopodobnie nie ujdzie mu to na sucho, ponieważ, zarówno posłowie PiS, jak i Solidarna Polska, zażądali ukarania parlamentarzysty. – Uważam, że w tego typu sytuacjach nie można chować głowy w piasek i udawać, że nic się nie stało. To pewna próba eskalacji nienawiści, dzielenia Polaków, która przede wszystkim jest niezgodna z postawą etyczną parlamentarzysty, bo narusza godność innych osób – mówi portalowi Fronda.pl szef klubu parlamentarnego Solidarna Polska, Arkadiusz Mularczyk.

Całość tutaj

Terlikowski: PO, jak za Bieruta, chce okradać Kościół

PO zupełnie jasno pokazuje, że kościelnych hierarchów ma w głębokim poważaniu. W podobny miejscu znajduje się zresztą także szacunek tej, rzekomo liberalnej partii, do prawa własności. A powód tego lekceważenia jest dość oczywisty. Dzięki mocnemu atakowi na czarnych można zdobyć kilka punktów poparcia.

Całość tutaj

 

To tylko z jednego dnia i z jednego portalu info o tych zakrojonych na szeroką skalę atakach na Kościół.

Opublikowany w Apel, Kościół, Patriotyzm, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Radio Maryja, Z prasy | Otagowane: , , , , | Komentarzy: 30 »

Wolność wyznania w USA – policja rozbraja księdza staruszka

Posted by Dzieckonmp w dniu 23/01/2012

Opublikowany w Film, Prześladowanie Chrześcijan | Otagowane: , | Komentarzy: 77 »

KULISY przygotowania TRZECIEGO ZAMACHU w 1983 roku, na ŻYCIE PAPIEŻA JANA PAWŁA II

Posted by Dzieckonmp w dniu 22/01/2012

Jeszcze Acta nie weszło w życie  wiec publikuję treść do przemyślenia bo sam nie wiem co o tym sądzić.

KULISY przygotowania TRZECIEGO ZAMACHU w 1983 roku, na ŻYCIE PAPIEŻA JANA PAWŁA II, podczas pielgrzymki do Polski w czasie „Stanu Wojennego”, na 600-lecie obrazu Matki Boskiej w Częstochowie.

Oparte na informacji, przekazanej papieżowi podczas wizyty w Watykanie, przez Przewodniczącego Rady Najwyższej ZSSR. Anatolia Gorbowa. Wskazując na odlaną w brązie statuetkę spracowanego robotnika, dar od „Solidarności” Huty Warszawa, nafaszerowaną czeskim plastikiem „Semtexem”.

W drugą informacje będzie trudno uwierzyć, bo pochodzi z nieba. W 1935 roku lipiec, 12, objawia się Matka Boża Maryja, dziewczynce pilnującej pasącego się bydła na łąkach wsi Przygody, parafia Suchożebry, powiat Siedlce. Objawienia trwały do 1943 rok, lipca, 19, przez, 8 lat. Dotychczas nie chcą księża biskupi piastujący urząd w diecezji siedleckiej, uznać prawdziwość tych objawień. Wizjonerką na początku była 11 letnia dziewczynka Helena Parapura. Mnie Wandę Stańską, w 1935 roku, sierpień, 26, wzięła mnie moja mama na te objawienia, na łąkach wsi Przygody, miałam wtedy 10 lat. Jak się rozpoczęło objawienie – rozmowa nieba z dziewczynką na ziemi. Ja nieświadoma tego, że jestem wezwana przez Matkę Bożą Maryję, biegnę przeskakując przez nogi klęcznych ludzi i nie znając miejsca gdzie klęczy wizjonerka klękam przy niej, po prawej stronie, i patrzę w górę, gdzie ma zwrócone oczy wizjonerka. Trwa rozmowa, której nie słychać, tylko poruszenie ust dziewczynki, bez głosu. Do dziewczynki klęczącej i trzymającej złożone ręce na dotyk, podchodzi dwóch młodych silnych mężczyzn, mają za zadanie od ks. proboszcza Dragana, spróbować rozdzielić złożone ręce na dotyk wizjonerki. Chwytają, każdy za rękę i opierając się mocno nogami o ziemię, ciągną każdy za jedną rękę do siebie, wizjonerka ani nie drgnęła. Dwóch młodych silnych mężczyzn nie dali rady rozdzielić rąk wizjonerki, machnęli tylko swymi rękami i odeszli. Gdy skończyło się objawienie, moje oczy zostały skierowane gdzie klęczała moja mama. Pobiegłam do niej, mama nie wiedziała, że mnie przy niej nie ma, wróciliśmy z mama do domu. A następnego dnia znów poszłam pilnować pasącego się bydła, też byłam pastuszką. Rodzice na wsi, posyłali swe dzieci do lżejszych prac, na polu i przy zwierzętach w gospodarstwie.

Wtedy nie wiedziałam, że Matka Boża Maryja posłuży się mną, aby ratować Kościół – życie papieża Jana Pawła II i żeby była Polska Niepodległa.
W 2003 roku, luty, 27, otrzymuje od Matki Bożej Maryi, polecenie informowania „Rządy państw, o zagrożeniu skutkami Apokalipsy, które dotkną świat”, jeżeli ludzkość nie powróci do wiary w Boga Ojca i Jego Syna Jezusa Chrystusa. Ludzkość dotkną potworne kary, przekazane w „Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej” wydanej 1995 roku, w Polsce. W książce Pt „Przepowiednie dla świata”, pod nazwą „FATIMA 1917”. Wydawcą był Stefan Budzyński, który na polecenie papieża Jana Pawła II, wydał w Polsce „Trzecia Tajemnice Fatimską”. Poprzedni papieże nie chcieli ogłosić treści orędzi fatimskich całemu światu, z powodu potwornych kar przekazanych w orędziach – nazywanych „Trzecią Tajemnicą Fatimską”.

Dnia 25 marca 1983 roku, będąc na wieczornym nabożeństwie w Kościele, przy ulicy Rakowieckiej i Chodkiewicza o godz. 19, w święto Zwiastowania Pańskiego pozostaje w Kościele, po Mszy św., aby pomodlić się przy trumnie św. Andrzeja Boboli, stojącej pod ołtarzem. Prosząc Go, o dalszą opiekę nad moim synem, podczas „Stanu wojennego”, należał do „Solidarności”. W czasie modlitwy, słyszę człapiące kroki, myślałam, że zakonnik idzie zamknąć Kościół. Chce wstać, ale ręka idącego z tyłu zakonnika nie pozwala mi powstać, uciska prawe ramię. Zerknęłam na swoje ramię i widzę, że na ręce jest rękawiczka osłaniająca dłoń. Takie rękawiczki nosił podziwiany przez mnie zakonnik Pedro Pio, stygmatyk z Włoch. Przypomniałam sobie że Pedro Pio zmarł w 1968 roku. Mam spotkanie, z duszą zmarłego na ziemi Pedro Pio.
Czekam, mówi do mnie Pedro Pio, „Że przysyła Go do mnie Matka Boża Maryja. Konieczna jest modlitwa, bo na papieża Jana Pawła II, został wydany po raz trzeci wyrok śmierci, przez Jurija Andropowa, który zagraża Kościołowi i odzyskanie Niepodległości przez Polskę. Należy modlić się przez cały rok – 365 dni, mówi Pedro Pio, oddając swoje życie Wandy Stańskiej-Prószyńskiej Panu Bogu i prosząc o śmierć dla Jurij Andropowa, bo zagraża Kościołowi i Polsce”. Wyraziłam zgodę, przypomniała mi się obietnica, przekazana przez Matkę Bożą Maryję podczas objawień na Przygodach, że Polska odzyska Nieodległość bez rozlewu krwi. Pomyślałam „Kat węgierski” zasłużył na wcześniejszą śmierć, wydając wyrok śmierci na papieża, podczas pielgrzymki do Polski.
Pedro Pio powiedział, że Andropow posiada jasnowidza, który wskazuje miejsce ukrycia ludzi, którzy narazili się Andropowi. Andropow posyła swego człowieka, do miejsca gdzie ukrywają się ludzie, którzy narazili się Andropowi, aby ich zabił, a udało im się wcześniej uniknąć śmierci.
Poprosiłam Pedro Pio, żeby moje dzieci opuścili Polskę, a ja będę się modlić, nic nie mówiąc mężowi. Poprosiłam Pedro Pio o opiekę, abym mogła wykonać polecenie Matki Bożej Maryi i modlić się przez 365 dni, oddając swoje życie Panu Bogu i prosić o śmierć dla Jurija Andropowa.
Modlitwa moja trwała od wieczora 25 marca 1983 roku, do wieczora 08 lutego 1984 roku.

Rano dnia 09 lutego 1984 roku, zobaczyłam głowę zmarłego Jurij Andropowa w oknie mego balkonu. Był zapuchnięty i nie ogolony.
Przepraszam, radość moja tak była wielka, że „KAT” ludności węgierskiej nie żyje. Wiadomości w telewizji potwierdziły śmieć Przewodniczącego Rady Najwyższej ZSSR i KGB, Jurija Andropowa. „Solidarność”, mogła już żądać praw utworzenia związku, nie groziła im śmierć jak na Węgrzech.
Pokazany był w telewizji skok przez płot Lecha Wałęsy, byłego agenta SB, który miał przekazywać wszystko co dzieje się w stoczni. Matka Boża Maryja i nim się posłużyła, w rokowaniach z Rządem w sprawie utworzenia wolnych „Związków”, a potem Polska odzyskała Niepodległość.
Gdyby Jurij Andropow jeszcze żył, nie miał by możliwości przeżyć Lech Wałęsa, za sprzeniewierzenie się SB, nie byłoby papieża Jana Pawła II, a z nim była związana sprawa odzyskania Niepodległości Polski i innych państw.
Prawdopodobnie gen. Wojciech Jaruzelski i gen M Kiszczak obawiali się wielkich rozruchów i dla tego wprowadzili „Stan wojenny w Polsce”, aby uniemożliwić wymordowania dużej ilości ludności w Polsce, szczególnie należących do „SOLIDARNOŚCI”.

W książce wydanej przez ROK Corporation w Warszawie w 1999 roku Pt. „ZABIĆ TEGO POLAKA”, autor nie podał swego nazwiska, w obawie o swe życie. Prawdopodobnie mógł mieć informacje o tym wydarzeniu, od wysoko postawionych w partii pracowników KGB i SB w Polsce. Mógł sam pracować w wywiadzie i miał dostęp do niektórych dokumentów, lub przekazał mu papież, informacje przekazane podczas Jego rozmowy z Gorbaczowem w czasie Jego dwu krotnej wizyty w Watykanie. Z treścią książki „Zabić tego Polaka”, zapoznałam się przez przypadek, po wielu latach rozmawiając z koleżanką o zamachach na życie papieża Jana Pawła II, powiedziała mi, że czytała o tym zamachu w książce „Zabić tego Polaka”, będąc w Paryżu.

W Moskwie po śmierci Przewodniczącego Rady Najwyższej ZSSR i KGB Leonida Ilicza Breżniewa w 1982 roku, zostaje powołany na to stanowisko Jurij Władimirowicz Andropow, poprzednio przewodniczący KGB, w Moskwie.

Do Przewodniczącego Rady Najwyższej ZSSR i KGB Jurija Władimirowicza Andropowa, dotarła nadesłana informacja z Polski od rezydenta KGB w Polsce, gen. Jewlenki, że po rozmowie z kardynałem Józefem Glempem, gen. Wojciech Jaruzelski postanowił wypuścić z więzienia Lecha Wałęsę, mimo istniejącego w Polsce „Stanu wojennego” i wysłać do papieża Jana Pawła II, zaproszenie na pielgrzymkę do Polski w 1983 roku. Ta wiadomość bardzo wzburzyła Andropowa, nienawidził „Namiestnika” (czyli Jana Pawła II), jako największego wroga komunizmu.

Po namyśle uznał, że nadarza się sposobność po raz trzeci dokonać zamachu na życie „Namiestnika” w Polsce, po poprzednich nie udanych na niego zamachach. W tym celu Andropow polecił dyrektorowi tajnego XVI Samodzielnego Zarządu KGB „Michałowi”, wezwać do Moskwy najlepszego agenta na zachodzie Europy, Josipa Małkowa, posługującego się
paszportem na nazwisko Joseph Mallory. „Michałow” dyrektor tajnego XVI Samodzielnego Zarządu KGB w Moskwie, oświadczył po przybyciu do niego Josipa Małkowa, że ma dla niego zadanie zapoznania się z aktami „Namiestnika”. Na których już dwukrotnie „Połamaliśmy sobie zęby”. Po zapoznaniu się z dokumentami, tak polecił Andropow, masz wybrać miejsce i czas wykonania wyroku śmierci „Namiestnika”. – Nie musisz się martwić Małkow, o żadne środki, Tylko w razie jakiegoś niepowodzenia, jesteście zdani sami na siebie, nikt wam nie może pomóc -. W pokoju obok wskazał „Michaił” Małkowi, są przygotowane akta „Namiestnika”, zapoznaj się z nimi i przeanalizuj przyczynę niepowodzeń. Jutro odlatujecie do Londynu. Wiadomość o tym co uznasz za słuszne zrobić, prześlij normalnym kanałem. Na pożegnanie „Michaiła” pomyślał Małkow – „Do trzech razy sztuka”.

Po przeanalizowania poprzednich niepowodzeń związanych z zamachem na życie „Namiestnika”, Małkow uznał, że Polacy sami powinni zabić papieża Jana Pawła II i taką wiadomość przesłał do „Michaiła”, a on przekazał Andropowi.
Jurij Władimir Andropow zaprosił na naradę do swej daczy pod Moskwą (jak podaje autor książki), przedstawiciela Sił Zbrojnych ZSSR marszałka gen, Ustinowa, przedstawiciela Sił Bezpieczeństwa Wewnętrznego gen. Wasila Federczuka i najmłodszego członka Biura Politycznego Anatola Gorbowa (Gorbaczowa).

Jedną z przyczyn wezwania na obecne spotkane (jak podaje autor książki „Zabić Tego Polaka”), była informacja z wywiadu o uzbrojeniu NATO w nowe rakiety „Persning”, a także nowy system antyrakietowy w USA, nazwany „Gwiezdne wojny”. System ten przy pomocy umieszczonych na satelicie okołoziemskim „LASEROW”, uniemożliwia atak rakietowy ze strony Związku Radzieckiego na Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.
Drugą przyczyną jest rozwój wypadków w Polsce, mimo aresztowania całej góry „Solidarności” i ogłoszenia „Stanu wojennego”. Gen. Wojciech Jaruzelski po rozmowie z kardynałem Józefem Glempem, zgodził się wypuścić z więzienia Lecha Wałęsę i zaprosić na pielgrzymkę do Polski papieża Jana Pawła II, w czerwcu 1983 roku.
Dlatego Was wezwałem mówi Jurij Andropow, gdyż musimy przygotować
odpowiednie powitanie „Papieża” w Polsce. „Mokre dzieło”- powiedział Anatol Gorbow, po wpadce Bułgarów. Cały świat przypuszczał nasz udział w zamachu, na papieża Jana Pawła II? – zapytał Gorbow Andropowa.
Andropow odrzekł – przecież to największy wróg komunizmu, jakiego dziś mamy na świecie. Zacofany klecha, wyniesiony niewiarygodnym przypadkiem na dożywotnią funkcję pierwszego przeciwnika komunizmu. On ośmielił się publicznie powiedzieć, że marzy o odprawieniu Mszy św. na placu Czerwonym w Moskwie. W tej sytuacji, nie my go zabijemy ale Polacy – powiedział Andropow.- Tyko się nie pytaj Anatol, ile on ma dywizji? Ma dywizje, które prowadzą krecią robotę: wredną robotę. Kraje jak: Litwa, Łotwa, Ukraina, Czechosłowacja, Węgry i Polska, oni wszyscy myślą, że on im pomoże. Jeśli zostanie zabity, to przyjdzie nowy papież z Włoch, nie będą mieli wsparcia od niego – powiedział Andropow. Więc jak konkretnie chcecie zorganizować to, towarzyszu sekretarzu? – zapytał marszałek gen. Ustinów. Andropow odpowiedział – proponuje przekazanie sprawy naszym przyjaciołom w Polsce, – tak radził Josip Małkow po zapoznaniu się ze sprawą Bułgarów, ale nie na piśmie.- Niech oni sami zabiją swego „Polaka” – powiedział Andropow – nie przekażemy to gen. Kiszczakowi, ponieważ mamy w rządzie swojego człowieka, jemu przekażemy wykonanie tego w Polsce. Jest on na stanowisku sekretarza , w Polskim Biurze Politycznym, ostatnio nie ufają mu gen. Jaruzelski i gen. Kiszczak. Podpisał on w czasie zakończenia wojny co trzeba, a nie chce, żeby to zostało ujawnione, więc zrobi co mu każemy. Możemy mu ufać! – powiedział Andropow (podaje autor książki).

Został wezwany do Moskwy rezydent KGB w Polsce, gen. Jewlenko, przez Przewodniczącego KGB w Moskwie, Wasila Federczuka. Federczuk poinformował gen. Jewlenke o przyszłym awansie jaki otrzyma wkrótce, pod warunkiem wywiązania się z poleconego zadania, zabicia papieża Jana Pawła II, podczas pielgrzymki Jego do Polski. Poinformował gen. Jewlenke, że decyzja została podjęta przez najwyższe grono władzy ZSSR,- a może nawet przez samego Andropowa – powiedział gen. Fedorczuk. A on, gen. major Jewlenko musi wykonać, własną głową i własnym rękoma, to co zawalił wywiad bułgarski na placu św. Piotra w Watykanie. W dniu 13 maja 1981 roku. Propozycja jaką otrzymał od gen. Federczuka, że on gen. major Jewlenko, otrzyma własny gabinet na Łubiance, dodała mu skrzydeł, ale słowa, które powiedział gen. Fedorczuk „tylko się nie zbłaźnij, odpowiadasz własną głową”.

Po powrocie do Polski, gen. major Jewlenko wiedział, że musi użyć
sposobu, żeby zmusić dawnego konfidenta na terenie Lublina (zaufanego człowieka KGB w Moskwie, o którym w rozmowie wspomniał Andropow o pseudonimie „Kostia”) Bogusława Krajewskiego (był on na wysokim stanowisku w Biurze Politycznym KC PZPR w Warszawie) do wykonania powierzonego jemu Jewlence zadania: „Zabicia papieża Jana Pawła II w Polsce”
Gen. major Jewlenko umówił się telefonicznie z „Kostią” w Puszczy Kampinoskiej, żeby bez świadków mógł mu przekazać zadanie władz KGB w Moskwie: „Zabicie w Polsce podczas pielgrzymki, papieża Jana Pawła II”. Jednocześnie informuje „Kostę”, że to zabicie ma być zrzucone na gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, a także na niektórych ludzi z góry partii. W razie rozruchów, jakie mogą po tym powstać, on, Bogusław Krajewski, stanie po stronie ludzi w Polsce i przy pomocy armii radzieckiej przejmie władzę w Polsce.
- Do wykonania zlecenia otrzyma pieniądze, technikę, potrzebne dokumenty i specjalistów z ZSSR – powiedział gen. major Jewlenko.
Towarzysz Bogusław Krajewski po otrzymaniu słownie zlecenia od rezydenta KGB w Polsce gen majora Jewlenki, zaczął szukać ludzi, którzy mogli by to zlecenie wykonać i po cicho zgładzić papieża Jana Pawła II. Poprosił pracownika o przyniesienie teczek ludzi pracujących w KC PZPR, do swego gabinetu, aby je przejrzeć i wybrać odpowiednią osobę. Teczka szybko awansującego podpułkownika Józefa Górala odpowiadała, że on na pewno podejmie się wykonać zlecenie z Moskwy, aby zabić papieża. Nawiązał bliższą znajomość z podpułkownikiem Góralem, podczas gry w karty u swego znajomego, który znał Górala i zaprosił go do siebie do gry w karty. Następnym krokiem było spotkanie w Puszczy Kampinoskiej. Towarzysz Bogusław Krajewski jadąc na spotkanie z Józefem Goralem do lasu, zabiera ze sobą sławny „Parasol ze szpikulcem”, który otrzymał od bułgarskich przyjaciół (ten parasol zawierał truciznę).
Rozmowa z Józefem Góralem toczyła się na temat zamachu na tle politycznym, wyeliminowania Lecha Wałęsy i niektórych z kierownictwa ”Solidarności”. Krajewski dodał Moskwa da nam na to potrzebne środki, ale w Polsce musimy działać na własną rękę. Nikt o tym nie może wiedzieć, że my będziemy się potykać tylko w wyjątkowych sytuacjach. Parasol, który miał ze sobą Krajewski, gdy to mówił, wylądował blisko nogi Józefa Górala.
Krajewski zapytał Górala, czy zgadza się wykonać to zadanie. Góral po namyśle wyraził zgodę, że podejmie się wykonać zadanie, ale nie wiedział, że ma zabić papieża Jana Pawła II, a nie Lecha Wałęsę. Bogusław Krajewski mając już zgodę Józefa Górala powiedział, że Moskwa żąda zabicia papieża Jana Pawła II w Polsce i znowu parasol z trucizną przesunął się i wylądował blisko nogi Górala. Podpułkownik został zaskoczony tą informacją, ale widząc szpikulec parasola przy swojej nodze, zgodził się podjąć wykonanie zleconego z Moskwy zadania.

(Nikt z nich nie przewidział, że też im grozi śmierć, w celu zatarcia śladów zbrodni, którą będą wykonywać na zlecenie Moskwy – nie przewidział i sam Jurija Andropow, że niebo wie o jego poczynaniach i zażąda i jego śmierci).

Podpułkownik Józef Góral był obarczony przez towarzysza sekretarza MSW trudną misją, zabicia papieża, który przyjeżdża do Polski, z pielgrzymką na 600-lecie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, żeby odwrócić od siebie podejrzenia, postanowił w jakiś sposób obciążyć przygotowywanym zamachem gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, jak mu radził Bogusław Krajewski. Koniecznie była mu potrzebna informacja z podziemia „Solidarności”, aby ją moc wykorzystać przy planowanym zamachu.

Zastanawiał się, co „Solidarność” przygotowuje w związku z przyjazdem
do Polski papieża Jana Pawła II. Przypomniał sobie gdy nad tym rozmyślał, że kiedyś będąc na dyżurze w pałacu Mostowskich, podczas internowania przywódców „Solidarności”, został doprowadzony Zygmunt Kowalczyk zamiast Marczaka, który był na zjeździe w Gdańsku. Zygmunt Kowalczyk w czasie internowania przywódców „Solidarności”, był w mieszkaniu Ewy Marczak, podczas nieobecności jej męża. Posłani przez SB porucznik Jachowski i sierżant Drożdz, zamiast Marczaka znaleźli w szafie schowanego gołego Zygmunta Kowalczyka i doprowadzili go do pałacu Mostowskich, do dyspozycji na służbie
będącego wtedy podpułkownika Józefa Górala. Ten nie wiedząc co z nim zrobić, internował go do więzienia. Józef Góral wpadł na pomysł, żeby wezwać Ewę Marczuk na przesłuchanie, pod pretekstem obecności w jej mieszkaniu Zygmunta Kowalczyka. Ukartował razem z pracującym kapitanem Skoneckim, że zmuszą Ewę Marczuk do współpracy z SB, grożąc jej, że doniosą jej mężowi o znalezionym w ich mieszkaniu gołego w szafie amanta. Na to Ewa odpowiedziała, że nie może szkodzić swojemu mężowi. Odpowiedziano jej, że nie może mężowi już zaszkodzić, gdyż jest zatrzymany i siedzi w więzieniu. Poinformowali ją, że nie doniosą jej mężowi, jeżeli będzie ich słuchać i donosić z miasta informacje.
Ewa Marczuk, szantażowana przez podpułkownika Górala i kapitana Skoneckiego, aby ratować swoje małżeństwo zgodziła się i przynosiła informacje z miasta, a nawet przyniosła im gryps, który otrzymała z więzienia od Zygmunta Kowalczyka, do niej adresowany. Podpułkownik Józef Góral, po przeczytaniu grypsu poradził Ewie, żeby napisała w grypsie, co ma zrobić Zygmunt Kowalczyk, aby udawał ciężko chorego. To mu się udało i jako ciężko chory, Zygmunt Kowalczyk został przywieziony do szpitala na ul. Chocimską. Położono go na sali jako umierającego, bez stawiania koniecznej straży. Przy pomocy lekarza, został on wywieziony ze szpitala karetką w nocy. Mimo szalejącego następnego dnia na niby kapitana Skoneckiego, że chory uciekł, to podpułkownik Józef Góral tak zorganizował tą ucieczkę Kowalczykowi, aby móc mieć informacje z podziemia „Solidarności” przez Ewę Marczuk.
Ewa Marczuk spotykała się wieczorami w kawiarni z podpułkownikiem Józefem Góralem, przekazując wszystkie informacje od Zygmunta Kowalczyka i o przygotowywanym darze podziemia „Solidarności” z huty Warszawa, dla papieża Jana Pawła II. Dar ten chcą przekazać podczas Mszy św. w katedrze na Starym Mieście w dniu przyjazdu 16 czerwca 1983 roku, papieża do Polski. Tym darem mówiła Ewa Marczuk ma być robotnik, utrudzony pracą, odlany w brązie. Podała hasło na jakie otwierają się drzwi przychodzących łączniczek i następuje kontakt z Zygmuntem Kowalczykiem. Wypytywana dalej Ewa przez Górala , podała adres i nazwisko Kazimierza Kowalewskiego, wykonawcy projektu statuetki robotnika.
Mając konieczne informacje uzyskane od Ewy Marczuk, podpułkownik Józef Góral obmyśla jak przygotować plan: gdzie i kto go wykona. Postanawia zaplanować bezbłędnie, bez najmniejszego potknięcia, możliwość zbliżenia się do papieża Jana Pawła II, bez zbudzenia podejrzeń, który od czasu nie udanego zamachu w Rzymie w dniu 13 maja 1981 roku, jest jednym z najlepiej pilnowanych ludzi na świecie. Za jego bezpieczeństwo odpowiada nie tylko wspaniale wyszkolona służba papieska, ale i najbardziej wyspecjalizowane Oddziały Ochrony Kraju goszczącego. Do papieża zbliżyć się mogą tylko osoby zaakceptowane przez obie strony. A według podpułkownika Gorala, do papieża miał podejść jego człowiek, ze śmiercionośnym urządzeniem w ręku, nie świadom tego.
Pomysł, który przyszedł do głowy podpułkownikowi Józefowi Góralowi wydał mu się najlepszy, żeby w środku statuetki robotnika już odlanego w brązie umieścić plastik zwany ”Semteksem”, którego trudno wykryć znanymi mu urządzeniami. Oddzielnie przygotowana plakietka (zapalnik), którą przyniesie przez tak zwany „rękaw wejściowy” (sprawdzanie ludzi wchodzących do Katedry, czy nie mają metalowych rzeczy). Zygmunt Kowalczyk, który mający kartę wstępu do Katedry, przeniesie plakietkę (zapalnik) wykonany w Moskwie do statuetki robotnika, którą dostarczy łączniczka. Łączniczka poinformuje Zygmunta Kowalczyka, że ta plakietka jest od Lecha Wałęsy, zrobiona z wystrzelonych gilz podczas strajku robotników w Gdańsku. Plakietkę ma przyłożyć do statuetki robotnika Zygmunt Kowalczyk, przed wręczeniem jej papieżowi Janowi Pawłowi II.
Pozostało tylko podpułkownikowi Jozefowi Góralowi skompletować drugą osobę, która będąc w Katedrze uruchomi w dyktafonie dodatkowy przycisk, przestawiając na 2 program, po czym nastąpi błysk mikrofonu – i wybuch
Tak przygotowany plan przez Józefa Górala, zabicie papieża w Polsce, zostaje przekazany podczas spotkania z towarzyszem Bogusławem Krajewskim, do jego zaakceptowania (tak jak on sobie życzył).
Jak podaje autor książki „Zabić tego Polaka”, towarzysz Bogusław Krajewski, przekazał projekt zabicia Jana Pawła II, swojemu zleceniodawcy
rezydentowi KGB w Polsce gen. majorowi Jewlence w Warszawie, a on dalej do KGB w Moskwie sekretarzowi Czebrikowi. Czebrikow przekazał tą informacje Przewodniczącemu Rady Najwyższej ZSSR i KGB, Jurij Andropowa.
Przed samym przyjazdem papieża na pielgrzymkę do Polski, w Moskwie zostali wezwani przez Andropowa, na zebranie do sali konferencyjnej: Gorbow, Ustin, Fedorczuk i niedawno mianowany przewodniczący KGB Czebrikow.
Czebrikow przestawił notatki otrzymane od gen. majora Jewlenki, rezydenta KGB w Polsce , dotyczące planu przygotowań zamachu na papieża Jana Pawła II. Czebrikow jednocześnie informuje towarzyszy zebranych w sali konferencyjnej, że nigdy nie było planu zamachu na papieża (Namiestnika), ze strony Związku Radzieckiego. Była to tylko zbrodnia konspiracji wojskowej „Kliki” gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, mające na celu poderwanie zaufania społeczeństwa polskiego do przewodniej roli partii. Czebrików informuje jednoczenie zebranych, że tylko towarzysz Bogusław Krajewski Sekretarz MSW, jest wobec nas, całkowicie lojalny i on w razie rozruchów stanie po stronie społeczeństwa polskiego.
Gorbow zapytał – jaka jest pewność, że w razie niepowodzenia akcji,
gen. Jaruzelski nie aresztuje tow. Bogusława Krajewskiego i wymusi na nim niewiarygodne dla nas zeznania.
Andropow odpowiedział mu na to – gdyby oni jakimś cudem poznali nasz plan, a papież pozostał przy życiu, to oni ani słowa nie pisną na ten temat, już nie obciążą nas. Dodatkowo Czebrikow poinformował zebranych w sali, że na całością akcji w Warszawie, czuwa nas rezydent Jurij Jewlenko. W wykonanie tej operacji są zaangażowani sami tylko Polacy. Kontakt jest przez tow. Bogusława Krajewskiego z MSW. Autorem i kierownikiem zamachu na papieża Jana Pawła II, jest podpułkownik Polskiej Służby Bezpieczeństwa Józef Góral.
Jest to zdolny i ambitny pracownik, ma on objąć stanowisko ministra Spraw Wewnętrznych w przyszłym rządzie sprawowanym przez naszych ludzi.
Do wykonania zamachu na życie papieża zatrudni Góral tylko dwie osoby. Jedna osoba z podziemnej organizacji „Solidarności” Zygmunt Kowalczyk, który zginie razem z papieżem, wręczając mu dar przygotowany przez warszawskich robotników. Wybuch zostanie wywołany urządzeniem umieszczonym w plakietce przymocowanej do daru. Plakietka od Lecha Wałęsy to zapalnik.
Włamując się do garażu – pracowni Kowalewskiego – rosyjscy specjaliści podmienią statuetki robotnika, zostawiając naładowaną „Semtexem”. W momencie wręczenia daru papieżowi Janowi Pawłowi II, zostanie uruchomiony nadajnik umieszczony w dyktafonie, do tego celu użyto drugiego człowieka. Jest to, wieloletni agent SB, pseudonim „Dawid” z pochodzenia Żyd, który nie zna swojego rozkazodawcy i ma za to dostać 100 tyś. dolarów – Leon Kwiatkowski.
Czebrikow, przedstawił plan rezerwowy dla podpułkownika Józefa Górala wypadek niezależnie od wyników operacji, kilku naszych towarzyszy też musimy poświęcić dla dobra sprawy. Gen. major Jewlonkio zostanie wcześniej odwołany do Moskwy i też zginie.

W związku z przyjazdem papieża do Polski, został powołany sztab operacyjnej „Zorza”, szefem został gen. Kornaszewski. Jego zadaniem było, przygotować bezpieczeństwo pielgrzymki papieża Jana Pawła II w Polsce.
Martwiło go, że ma za małe rozpoznania zamiarów przeciwników politycznych. Postanowił podczas najbliższej telekonferencji przypomnieć, aby odpowiednio wydane polecenia przez komendantów do pracowników SB, były dobrze wykonane. Uważał, że główne zagrożenie – to plany opozycji i podziemia zmierzającego do zaakceptowania swą obecność, przez transparenty okrzyki podczas uroczystości z udziałem papieża Jana Pawła II, oraz przez wręczenie darów i upominków o charakterze politycznym i petycji.
Przedstawiciele Biura Ochrony Rządu, który był odpowiedzialny za bezpieczeństwo osobiste gościa, zapytał gen. Kornaszewskiego – co robić z prezentami dla papieża? Ustalono, – nie mogą być wręczane bez kontroli odparł gen. Kornaszewski – konieczni są pirotechnicy, żeby nie znalazły się dary naładowane jakimś świństwem. Zakupiono dodatkowo detektory elektryczne, do osobistej kontroli osób przybywających na uroczystości, żeby przeprowadzać kontrolę w tak zwanych „rękawach wpustowych”, torby, teczki i paczki, szczególnie do strefy zerowej. A także wykorzystanie tajnych współpracowników SB w trakcie uroczystości, oraz umieszczanie ich w grupy pielgrzymów, udających się na spotkanie Papieżem Janem Pawłem II. Jako tajnych współpracowników oddelegowano pod Katedrę, porucznika Jachowskiego i sierżanta Drożdża.

Gdy w dniu 16 czerwca 1983 roku, po południu z plakietką w kieszeni przedzierał się Zygmunt Kowalczyk, przez tłum ludzi i stojące dzieci w kierunku „rękawa wpustowego”, mając w kieszeni zaproszenie, żeby razem z hutnikami przekazać dar „Robotnika” papieżowi Janowi Pawłowi II. Zygmunt Kowalczyk mimo przebrania został zauważony przez porucznika Jachowskiego. Który zwrócił się do sierżanta Drożdża mówiącemu – ten przepychający się obywatel kogoś mnie przypomina, to chyba Zygmunt Kowalczyk, poszukiwany przez służby Bezpieczeństwa, po ucieczce ze szpitala, gdy udawał umierającego. Obaj postanowili zatrzymać go przy pomocy zmyślonego naprędce pretekstu, że skradł im portfel i dokumenty, które ostrożnie włożyli mu do kieszeni marynarki. Za schwytanie Zygmunta Kowalczyka, była ogłoszona nagroda – samochód. Cieszył się z tego sierżant Drożdż i zabrali go o komisariatu na ul. Świętokrzyskiej.
Aresztując Zygmunta Kowalczyka porucznik Jachowski i sierżant Drożdż, uniemożliwili wykonania zamysłu JURYJA WŁADIMIROWICZA ANDROPOWA, ZABICIA PAPIEŻA JANA PAWŁA II, mimo że Leon Kwiatkowski zgodnie z rozkazem przełączył dyktafon z pierwszego programu na 2, jak mu polecono i nawet kilka razy nacisnął guzik
W mikrofonie nie nastąpił błysk, choć w pobliżu niego stał podpułkownik Józef Góral. Z chwil naciśnięcia guzika w dyktafonie, Józef Góral upadł na ziemię i zatkał sobie uszy, żeby zmniejszyć siłę wybuchu, który nie nastąpił.
Leon Kwiatkowski dokładnie wykonał powierzone mu polecenie, wybuch plakietki nastąpił w kieszeni spodni Zygmunta Kowalczyka, gdy był aresztowany, uszkadzając mu biodro i nogę.

To co autor opisuje w książce ”Zabić tego Polaka”, to prawda. Przekazałam tą książkę otrzymaną od znajomej, która sprowadziła ją z Francji i dałam do przeczytania ks. Henrykowi Michalakowi w naszej parafii, opowiadając mu, mój udział w ratowaniu życia Papieża Jana Pawła II. Ks. Proboszcz , po przeczytaniu tej książki, będąc w Kurii w Warszawie, zapytał się – czy to prawda, że zamach był przygotowany w Polsce na Jana Pawła II, w 1983 roku podczas pielgrzymki na 600 lecie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Otrzymał odpowiedz od Kardynała Glempa – tak.
Moim zdaniem, papież Jan Paweł II wiedział, kto nastaje na jego życie. Matka Boża Maryja czuwała nad swym sługą Janem Pawłem II i posłużyła się ludźmi Urzędu Bezpieczeństwa: porucznikiem Jachowskim i sierżantem Drożdżem, którzy zatrzymali nieświadomego właściwości plakietki-zapalnika Zygmunta Kowalczyka. Do wybuchu w Katedrze na Starym Mieście w Warszawie nie doszło.
Streściła książkę ”Zabić tego Polaka’.
Wanda Stańska-Prószyńska

Źródło: http://www.trzecizamach.blogspot.com/

Opublikowany w Kościół, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , , | Komentarzy: 18 »

PRZEŚLADOWANIE KOŚCIOŁA (drastyczne sceny)

Posted by Dzieckonmp w dniu 22/12/2011

wyznawcy Chrystusa są najbardziej prześladowaną grupą religijną na kuli ziemskiej Warto tu przypomnieć, że od śmierci Chrystusa po dzień dzisiejszy za wiarę oddało życie 70 mln chrześcijan, z tego tylko w XX wieku aż 45 mln. Badania mówią, że jedynie w obecnym roku za wiarę zginie na świecie ponad 100 tys. uczniów Chrystusa. Co kilka sekund ginie Chrześcijanin , to ta jak dzieci z aborcji .

Zobacz film

Opublikowany w Apokalipsa, Film, Prześladowanie Chrześcijan | Otagowane: | Komentarzy: 16 »

Ks.A.Mojżeszko – nie było by tej przykrej sytuacji

Posted by Dzieckonmp w dniu 11/12/2011

ks. Andrzej Mojżeszko, proboszcz rzymskokatolickiej Parafii Opatrzności Bożej w Bielsku-Białej udzielił wywiadu dla parafialnej gazetki który poniżej publikujemy. Wywiad dotyczył zdarzenia jakie wydarzyło sie 27 listopada 2011 roku w świeto Chrystusa Króla w parafialnym kościele . Tak się złożyło że świeżo ogłoszony proboszcz wprowadził akurat od tego tj.27 listopada komunię świętą na stojąco. W parafii  na mszy świętej znajdowało się około 30 rycerzy Chrystusa Króla w swoich płaszczach. Obawiając się że sprawa stojącej komunii świętej może zostać zakłócona ksiądz wikary wezwał straże oraz policję jeszcze przed mszą świętą aby wyprowadzić rycerzy z kościoła.

A oto wywiad ks.proboszcza tak o tym wymijająco mówi.

CO SIĘ WYDARZYŁO W BIAŁEJ W NIEDZIELĘ 27 LISTOPADA?

czyli 100 pytań do Księdza Proboszcza
FAMILIA: Od kilku dni w naszym kościele Komunia
święta jest rozdawana w procesji. Jak Ksiądz ocenia
podejście wiernych do tej zmiany?
KS. PROBOSZCZ: Bardzo dobrze. Podobnego zdania są
także Księża Współpracownicy, siostry zakonne i wierni.
Jesteśmy bardzo wdzięczni i bardzo dumni, że
zdecydowana większość uczestników liturgii podeszła
bardzo odpowiedzialnie do tej zmiany.
FAMILA: Większość… czyli nie wszyscy?
KS. PROBOSZCZ: Wielu pyta, dlaczego jest ta zmiana i
czy była konieczna. Bardzo cieszymy się tymi pytaniami.
Świadczą one, że potrzeba trochę czasu, żeby przyzwyczaić
się do tej zmiany. Konieczne jest także pogłębienie wiedzy
na ten temat czyli formacja uczestników liturgii.
FAMILIA: Co się wydarzyło na Mszy świętej, która była
odprawiana ubiegłej niedzieli o godz. 12.00?
KS. PROBOSZCZ: Nie byłem na tej Mszy świętej. W tym
czasie uczestniczyłem w święceniach biskupich ks. Piotra
Gregera w Katedrze. Znam jednak sprawę z relacji Księży i
niektórych wiernych. Zacznę może od tego. Jednego z
naszych katechetów dziecko zapytało: dlaczego do kościoła
przyszli supermani? Oczywiście to nie byli supermani…
choć czerwone płaszcze zmyliły to dziecko. Na Mszę
świętą o godz.12.00 przyszło ponad 30 Rycerzy Chrystusa
Króla.
FAMILIA: Kim są ci ludzie?
KS. PROBOSZCZ: To ludzie, którzy walczą między
innymi o to, aby Chrystus został ogłoszony Królem Polski.
Mają charakterystyczne czerwone płaszcze na sobie, na
plecach wizerunek Chrystusa jako Króla.
FAMILIA: Po co oni przyszli?
KS.PROBOSZCZ: Nie znam do końca ich intencji. Myślę,
że przyszli się modlić. Wybrali jednak niewłaściwy
moment, bo właśnie w niedzielę 27 listopada zaczęliśmy
wprowadzać w naszym kościele formę przyjęcia Komunii
świętej w procesji, na stojąco. A trzeba wiedzieć, że dla
tych ludzi najważniejsze jest to, żeby Komunię świętą
przyjmować tylko i wyłącznie na klęcząco. Ks. Krzysztof
bał się, że może być jakieś zamieszanie przy rozdawaniu
Komunii świętej, więc przed Mszą świętą poprosił te osoby,
by nam po prostu nie przeszkadzali.
FAMILIA: Posłuchali?
KS. PROBOSZCZ: Przyjmowali Komunię świętą na
klęcząco. Nie byłoby sprawy, gdyby to zrobili wtedy, gdy
już wszyscy przystąpili. Ale oni włączali się co jakiś czas w
procesję i po prostu ją hamowali. Wprowadzili w ten
sposób zamieszanie… Zły duch zrobił to, o co mu zawsze
chodzi: wywołał zamęt.
FAMILIA: Czy to byli nasi Parafianie?
KS. PROBOSZCZ: Wśród tej grupy było kilku naszych
parafian. Reszta została zwołana z innych parafii, jak na
przykład z Zarzecza koło Żywca czy z Łodygowic.
FAMILIA: Powiedział Ksiądz, że zostali… zwołani?
KS. PROBOSZCZ: Tak.
FAMILIA: Przez kogo?
KS. PROBOSZCZ: Proszę wybaczyć, ale tę odpowiedź
zachowam dla siebie. Nie chcę wywoływać niepotrzebnych
napięć. Prawie wszyscy Parafianie zrozumieli nasze
intencje. Chodzi nam przede wszystkim o piękno liturgii. W
to piękno wpisany jest ład, porządek, jedność postaw.
Szkoda, że zamęt zasiali wierni, którzy nie należą do naszej
parafii. Gdyby nie ci ludzie, nie byłoby tej przykrej
sytuacji.
FAMILIA: Co Ksiądz chciałbym powiedzieć tym ludziom?
KS. PROBOSZCZ: Sztafeta Modlitwy… to jest nasza
odpowiedź. I to nie jest 30 osób, to są dziesiątki osób, które
się modlą każdego dnia za nasze rodziny, Ojczyznę a także
za parafię. Jesteśmy bardzo zbudowani tym świadectwem
modlitwy. Parafia w Białej skupia naprawdę niesamowite
osoby! Cieszy również fakt, że do Sztafety wpisują się
także wierni z innych parafii, ich modlitwa rodzi pokój w
ludzkich sercach. Nie o zamęt przecież chodzi, ale o pokój.
Niektórzy wpisują się po kilka razy – tak bardzo im zależy,
żeby Sztafeta trwała, żeby nie ustała modlitwa. Na tle tego
dzieła Sztafety ten niedzielny zamęt to mało istotna sprawa.
FAMILIA: Skoro jesteśmy przy Sztafecie. Niektórzy
pytają, czy ci, którzy się nie wpisali do Księgi Czuwania? –
czy oni też mogą uczestniczyć w tej modlitwie?
KS. PROBOSZCZ: Oczywiście, mogą uczestniczyć. Ważna
jest intencja: tę jedną godzinę chcę ofiarować za rodzinę,
Ojczyznę i naszą Parafię. Zachęcamy jednak, by się
wpisywać – bo dzięki temu mamy pewność, że Sztafeta
cały czas idzie od godz. 6 rano do godz. 19.00.
FAMILIA: Wielu też pyta, dlaczego nie ma Wystawienia
Pana Jezusa w monstrancji?
KS. PROBOSZCZ: Na razie będziemy adorować Pana
Jezusa w tabernakulum (oczywiście za wyjątkiem tych
godzin, podczas których jest już Wystawienie). Adoracja
Jezusa w tabernakulum jest jedną z form adoracji. Nie ma
Wystawienia przez cały dzień, ponieważ Ksiądz Notariusz
naszej Kurii Biskupiej zwrócił mi uwagę, że trzeba
odpowiednio zabezpieczyć Najświętszy Sakrament. Zawsze
przecież możliwa jest profanacja…
FAMILIA: A Strażnik Świątyni?
KS. PROBOSZCZ: Jest na razie jeden, a właściwie dwóch.
Ale to chyba za mało. Trwają prace nad zbudowaniem
systemu zabezpieczającego monstrancję. Trochę to potrwa.
Proszę o cierpliwość… Póki co, to zapraszam do
wpisywania się do Sztafety Modlitwy… i trwania na
modlitwie w tej sytuacji, jaka jest. Bardzo cieszę się, że
mamy już otwarty Dom Boży… To wielkie wyzwanie, ale i
wielka szansa…

http://www.opatrznosc-bielsko.pl/familia%204.12.2011.pdf

Tutaj wspomina o tym wydarzeniu ks.Piotr Natanek od  25 minuty proszę słuchać o tym.

ks.Piot Natanek – kazanie

 

Opublikowany w Jezus Król Polski, Prześladowanie Chrześcijan | Otagowane: , , , | Komentarzy: 177 »

14.11.2011: Litania kłamstw Nowickiej

Posted by Dzieckonmp w dniu 14/11/2011

Po ujawnieniu wyroku Sądu, który uznał za prawdziwe twierdzenie, że Wanda Nowicka jest na liście płac przemysłu aborcyjno-antykoncepcyjnego, Nowicka nie przestaje panicznie “mijać się z prawdą”.

Oto lista niektórych przeinaczeń, manipulacji i ordynarnych kłamstw Wandy Nowickiej na przestrzeni ostatnich dni:

1. Nowicka: nikt nie wystąpił o ujawnienie procesu

Pytana przez dziennikarkę TVN24 dlaczego utajniła postępowanie, Wanda Nowicka powiedziała: “Ja nie domagałam się utajnienia, po prostu go nie ujawniłam. Nikt nie wystąpił o jego ujawnienie, a ja go nie utajniałam.”

Prawda…

“Na pierwszej rozprawie sędzia zapytał Wandę Nowicką, a dokładnie jej pełnomocnika czy zgadza się na jawność procesu. Gdy odpowiedziała negatywnie, sąd polecił opuścić salę rozpraw dwóm osobom, które przyszły na rozprawę w charakterze widzów. Jedną z nich był niżej podpisany, a drugą – asystent jednego z pełnomocników. Kolejne rozprawy na życzenie Wandy Nowickiej toczyły się więc za zamkniętymi drzwiami”relacjonuje Red. Mariusz Majewski, dziennikarz, jeden ze świadków obecnych na sali rozpraw tuż przed ogłoszeniem niejawności rozprawy na życzenie Nowickiej, dn. 13. stycznia 2010r.

Fakt sprzeciwu Nowickiej wobec odtajnienia rozprawy zaproponowanego przez Sędziego i popartego przez Obronę odnotowany jest też w aktach sprawy (przed utajnieniem, a więc w jawnej części procesu). Oczywiście, gdyby Wanda Nowicka ujawniła akta sprawy, wszystko byłoby jasne. Ale nie ujawni. Co prowadzi nas do kolejnego punktu…

2. Nowicka (10. listopada br.): niezwłocznie opublikuję wyrok na stronie Federacji

“Oświadczam ponadto, że aby przeciąć wszelkie dalsze spekulacje na ten temat Federacja niezwłocznie opublikuje uzasadnienie wyroku sądu na stronie internetowej.”
(Oświadczenie Wandy Nowickiej z dn. 10.11.2011)

Prawda…

Minęły 4 dni i nadal czekamy…

3. Nowicka: Sąd nie udowodnił, że finansuje mnie przemysł aborcyjno-antykoncepcyjny, to była tylko metafora

 

“Sąd, mimo, iż nie wykazał, że jestem na liście płac jakiegokolwiek przemysłu uniewinnił p. Najfeld, stwierdził , że była to wypowiedz o charakterze publicystycznym.”
(Oświadczenie Wandy Nowickiej z dnia 10 listopada 2011)

Prawda…

Sąd wykazał ponad wszelką wątpliwość, że producenci narzędzi do aborcji, środków antykoncepcyjnych i poronnych finansowali działalność Nowickiej.

Z ujawnionych w mediach fragmentów uzasadnienia wyroku (podkreślenia – JN):

“Kierowana przez Wandę Nowicką organizacja otrzymywała dotacje od wielu podmiotów, w tym także firmy G… i G… stanowiących część międzynarodowego koncernu farmaceutycznego G… produkującego środki antykoncepcyjne oraz międzynarodowej organizacji pozarządowej IPAS mającej na celu m. in. poprawę dostępności zdrowia reprodukcyjnego, w tym bezpiecznej aborcji oraz zajmującej się produkcją i dystrybucją aspiratorów i kaniuli – przyrządów przeznaczonych do wykonywania zabiegów przerywania ciąży. Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (dalej przywoływana jako “Federacja”) otrzymuje dotacje finansowe na podstawie stosownych umów zawieranych z darczyńcami. Z zapisów księgowych wynika, iż Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny otrzymała w okresie od 2004 do 2009 r. od firmy G. kwotę 97 600 złotych a od organizacji IPAS w 2005 r. kwotę 37 003,00 złotych, zaś w 2007 r. w wysokości 138 253,25 złotych
Organizacja IPAS jest producentem m. in. aspiratorów Ipas MV A Plus TM oraz kaniuli Ipas EasyGrip, wykorzystywanych w zabiegach przerywania ciąży.
Firma G… jest producentem tabletek antykoncepcyjnych E… które zażyte w ciągu 72 godzin po stosunku płciowym zapobiegają zajściu w ciążę.
[antykoncepcja poronna "po stosunku" - przyp. JN] Za pieniądze przekazane przez ww. firmę została wydrukowana przez Federację broszura informacyjna dotycząca tego środka.
W Federacji działają osoby z Grupy Edukatorów Seksualnych “Ponton” zajmujących się przeprowadzaniem edukacji seksualnej wśród dzieci i młodzieży, w tym w ramach zajęć udostępniane są materiały edukacyjne wydrukowane przez Federację.”

(…)
[O zeznaniach Wandy Nowickiej]:
“Osoby z grupy młodzieżowej “Ponton” prezentujące stanowisko zgodne z linią Federacji są zapraszane do szkół na zajęcia edukacji seksualnej, gdzie w trakcie spotkań z młodzieżą przedstawiają różne rodzaje antykoncepcji. Działania te, w ocenie zeznającej (Wandy Nowickiej – przyp. JN), nie są inspirowane przez producentów środków antykoncepcyjnych. W ramach prowadzonej działalności są rozdawane broszury, w tym niektóre z nich były finansowane ze środków uzyskanych od Gedeon Richter, przy czym firma ta nie miała mieć wpływu na treść materiałów edukacyjnych.”
(…)
“[Z]daniem sądu, oskarżycielka myli się w ocenie treści wypowiedzi oskarżonej a nadto podaje odmienne niż były rzeczywiste relacje między firmą Gedeon Richter a Federacją a także nie wspomina o darowizanch z IPAS zajmującej się produkcją przyrządów umożliwiających przeprowadzanie zabiegów aborcji.“
(…)
“Z informacji przekazanej przez Federację wynika iż:
- W 2004 r. firma G. wpłaciła na rzecz Federacji kwotę 19 500 zł (budżet Federacji wynosił wówczas 1 261 122 zł);
- W 2005 r. organizacja I. wpłaciła na rzecz Federacji kwotę 37 003 zł a firma G. kwotę 18 000 zł (budżet Federacji wynosił 1 812 768 zł);
- W 2006 r. firma G. wpłaciła na rzecz Federacji kwotę 18 000 zł (budżet Federacji wynosił 787 790 zł);
- W 2007 r. organizacja I. wpłaciła na rzecz Federacji kwotę 138 253 zł a firma G. kwotę 18 000 zł (budżet Federacji wynosił 1 199 100 zł);
- W 2008 i do lutego 2009 firma G. wpłaciła na rzecz Federacji kwotę 24 100 zł (budżet Federacji wynosił 1 034 564 zł);”
W latach 2009-2010 przekazanie pieniędzy przez G. odbywało się na podstawie umów o współpracę i umów darowizny.
Z wpłat dokonanych przez G… sfinansowano m. in.  druk materiałów edukacyjnych dla grup młodzieżowych Ponton zajmujących się m. in. edukacją seksualną w szkołach. Wśród wydrukowanych broszur znajdowała się broszura pt. “antykoncepcja po stosunku” zawierająca opis działania środka antykoncepcyjnego E…, którego producentem jest firma G… Nazwa środka była wielokrotnie przywoływana w broszurze.
Wpłaty dokonane przez G… i I… nie zostały przekazane na wynagrodzenia a na bieżącą (np. opłaty za prąd, taksówki itp.) i statutową (np. druk broszur) działalność Federacji. Część środków z I… została wydatkowana na akcje informacyjno-propagandowe.
Z wpłat dokonanych przez G… w 2008 r. sfinansowano prowadzenie korespondencji w serwisie internetowym Wpadka.pl. W tym zakresie producent środków antykoncepcyjnych składał w ramach działalności PR “zamówienia” obwarowane sankcją zwrotu środków w przypadku niedostarczenia “towaru” i oczekują wystawienia “faktury”. Taka forma współpracy, w ocenie sądu, jest odpowiednia do podmiotów będących w relacji zleceniodawca-zleceniobiorca.”

(…)
“Ze zgromadzonego materiału dowodowego jednoznacznie wynika, że Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny kierowana przez oskarżycielkę prywatną, otrzymywała wielokrotnie dotację od różnych podmiotów, w tym od firmy farmaceutycznej G., producenta środka antykoncepcyjnego (…) oraz od organizacji I., która produkuje i rozpowszechnia narzędzia używane przy zabiegach przerywania ciąży. Nie ulega wątpliwości, iż działalność Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny była finansowana również przez te podmioty. Pieniądze te były przeznaczane na różne cele, m .in. prowadzenie szkoleń, przygotowywanie odpowiednich materiałów, bieżącą działalność organizacji. Środki te wprost nie stanowiły źródeł finansowania wynagrodzenia Wandy Nowickiej, jednakże miały one wpływ na całokształt finansów Federacji i przynajmniej pośrednio wpływały na wynagrodzenie osób zatrudnionych w Federacji chociażby poprzez to, że inne środki nie musiały iść na finansowanie bieżącej działalności a na wynagrodzenia.”

Sąd uniewinnił mnie więc z “dowodu prawdy”, tzn. uznał, że moja wypowiedź jest legalna, bo prawdziwa. Ponadto, Sąd uznał ją za wygłaszaną w obronie społecznie uzasadnionego interesu:

“Przechodząc do oceny prawnokarnej tak ustalonego stanu faktycznego należy stwierdzić, iż oskarżona Joanna Najfeld swoim zachowaniem nie wyczerpała znamion występku określonego w art. 212 § 2 k.k.”
(…)
“Zgodnie z treścią art. 213 § 2 kk nie popełnia przestępstwa ten kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut o ile dotyczy on osoby pełniącej funkcję publiczną lub służy obronie społecznie uzasadnionego interesu. W ocenie sądu, ww. warunek został spełniony w niniejszej sprawie.“
(…)
“Przepis art. 213 § 2 k.k. stanowi, że nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub 2 k.k., kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut dotyczący postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub służący obronie społecznie uzasadnionego interesu. Zgromadzony materiał dowodowy potwierdził, iż Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny otrzymywała dotacje od podmiotów zajmujących się produkcją środków antykoncepcyjnych, promocją antykoncepcji oraz produkcją i dystrybucją przyrządów służących do przerywania ciąży. Zdaniem sądu społecznie uzasadniony interes wymaga, aby opinia publiczna miała dostęp do informacji o źródłach finansowania organizacji pozarządowych zajmujących się interesującą dla szerokich warstw społecznych i budzącą dyskusję i spory tematyką. Jest to szczególnie istotne w świetle dyskusji nad modelem prowadzenia edukacji a więc przekazywania wiedzy osobom młodym, niepełnie ukształtowanym i z reguły nie mającym niezbędnego doświadczenia życiowego oraz krytycyzmu niezbędnego do oceny przekazywanych im informacji. Wypowiedź Joanny Najfeld była o tyle uzasadniona, że krytykowała model edukacji seksualnej, wskazując na zagrożenia płynące z faktu powiązania osób przekazujących wiedzę z podmiotami dla których adresaci tej wiedzy są potencjalnymi klientami. To jak niewiele dzieli informowanie o danych produktach od ich reklamowania czy wręcz promowania pokazują orzeczenia zapadłe w toku postępowania administracyjnego i sądowo-administracyjnego znajdujące się w aktach sprawy. Należy zauważyć, że są to pojęcia nieostre a osoby dysponujące sporym doświadczeniem miały problem z odróżnieniem ich zakresów co czyni zasadnym stwierdzenie, że takie rozróżnienie nie jest możliwe przez osoby niedoświadczone, uczniów a tym samym możliwe na tym polu są nadużycia, w tym nielegalna reklama określonych produktów realizowana w ramach procesu nauczania. W tym zakresie wypowiedź oskarżonej niewątpliwie służyła obronie społecznie uzasadnionego interesu w rozumieniu art. 213 § 2 pkt. 2 kk i pozostaje pod ochroną konstytucyjnego prawa do swobody wypowiedzi, wyrażania ocen i poglądów.”

4. Nowicka: nie ma nic nagannego w byciu finansowanym przez producentów narzędzi do aborcji i środków poronnych

“Oświadczam też, że nie ma nic nagannego, co niektórzy sugerują, w fakcie, że Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny pozyskuje środki na realizację celów statutowych od legalnych instytucji, organizacji, fundacji czy sektora prywatnego.”
(Oświadczenie Wandy Nowickiej z dn. 10 listopada 2011)

Skoro nie ma nic nagannego, to dlaczego Wanda Nowicka w ogóle wytoczyła przeciwko mnie proces karny? Przecież twierdziła w nim właśnie, że moja wypowiedź o jej źródłach finansowania jest nie tylko nieprawdziwa, ale przede wszystkim pomawiająca i obraźliwa, że zarzucam jest coś… nagannego właśnie. Dzisiaj Sąd ustalił, że zarzucałam jej rzeczy prawdziwe, a Wanda Nowicka zmienia zdanie, że to jednak nic nagannego. To po co w ogóle był ten proces?

5. Nowicka: nawet jak dostajemy pieniądze od firm, to one nie wpływają na to, na co za te pieniądze wydajemy

“Dodatkowo wyjaśniam, że Federacja pozyskując środki finansowe na realizację celów statutowych od organizacji międzynarodowych, fundacji, sektora prywatnego czy organizacji mających podobne cele statutowe do naszych, od zawsze kieruje się zasadą, że to my wyznaczamy cele naszej działalności, a nie że ktoś nam wyznacza zadania.”
(Oświadczenie Wandy Nowickiej z dn. 10.11.2011)

Prawda…

Sąd:
“Z wpłat dokonanych przez G… w 2008 r. sfinansowano prowadzenie korespondencji w serwisie internetowym Wpadka.pl. W tym zakresie producent środków antykoncepcyjnych składał w ramach działalności PR “zamówienia” obwarowane sankcją zwrotu środków w przypadku niedostarczenia “towaru” i oczekują wystawienia “faktury”. Taka forma współpracy, w ocenie sądu, jest odpowiednia do podmiotów będących w relacji zleceniodawca-zleceniobiorca.”

6. Nowicka: IPAS jest powszechnie szanowaną organizacją non-profit

“Jednocześnie informuję, że organizacja IPAS, która została wymieniona w uzasadnieniu wyroku jest powszechnie szanowaną organizacją non-profit, której celem jest przeciwdziałanie śmierciom kobiet z powodu niebezpiecznych aborcji tj. wykonywanych w warunkach nie spełniających standardów medycznych.”

Sąd ustalił, że IPAS jest producentem sprzętu aborcyjnego – aspiratorów (wysysaczy) oraz kaniuli wykorzystywanych do aborcji: “Organizacja IPAS jest producentem m.in. aspiratorów Ipas MV A Plus TM oraz kaniuli Ipas EasyGrip, wykorzystywanych w zabiegach przerywania ciąży.”

Przykładową ulotkę rozdrabniaczy-wysysaczy dzieci w fazie prenatalnej można zobaczyć tu.
“Bezpieczna aborcja”, którą promuje IPAS ma być aborcją z użyciem ich sprzętu. To trochę tak jakby producent strzykawek promował “bezpieczną narkomanię” przy pomocy czystych, nowych strzykawek. W związku ze szczytną ideą “walki z AIDS”, nie nazwałby swojej działalności marketingowej reklamą, tylko działalnością społeczną, a przez to operował w ramach statusu non-profit (przeznaczając zyski “na realizację idei”, która w praktyce jest promocją produktu).

7. Nowicka: Najfeld mnie pomówiła

“W związku z nasilającą się na mnie nagonką wywołaną przez proces , który wytoczyłam pani Joannie Najfeld za pomówienia pod moim adresem oświadczam, że nie byłam i nie jestem na liście płac przemysłu aborcyjnego”

Czy w obliczu wyroku Sądu wolno mówić, że Najfeld “pomówiła” Nowicką? I że to, co ustalił Sąd, nie jest prawdą?

Co dalej?

Wanda Nowicka zapowiedziała rezygnację z funkcji dyrektora w Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. No i co z tego? I tak by musiała to zrobić, przynajmniej oficjalnie. Pojawiły się głosy w jej obronie, że zarzuty dotyczą przeszłości, a więc się nie liczą. Od kiedy to odstępujemy od ścigania przestępstw, bo przestępca zadeklarował, że już właśnie przed chwilą zaprzestał je popełniać?

W państwie prawa prokuratura ma obowiązek wyjaśniać kwestie tak kontrowersyjne jak uzasadnione podejrzenie o nielegalny lobbing osoby tak bardzo publicznej jak poseł, a tym bardziej wicemarszałek Sejmu RP. W świetle ustawy lobbingowej, każdy lobbysta ma obowiązek ujawnić czyje interesy reprezentuje. Wanda Nowicka przez ostatnie lata reprezentowała w polskim parlamencie, a także na arenie międzynarodowej (udział Federacji w procesach przeciw Polsce w ponadpaństwowych trybunałach) tzw. “stronę społeczną”. Czy rzeczywiście? A może była wtedy lobbystą na pasku tych, którzy na aborcji i antykoncepcji zarabiają bezpośrednio? To trzeba wyjaśnić w interesie publicznym.

Prokurator Generalny powinien sprawdzić, czy przez ostatnie lata Nowicka w rzeczywistości nie prowadziła nielegalnego, ukrytego lobbingu, np. wtedy, kiedy postulowała finansowanie środków antykoncepcyjnych z budżetu, wprowadzenie “edukacji seksualnej”, kiedy “informowała” w różnych formach o “dobroczynnych” skutkach antykoncepcji, czy kiedy twierdziła, że reprezentuje “głos kobiet” w sprawie aborcji.

Aktualny stan zainteresowania prokuratury sprawą Nowickiej śledzi portal Rebelya.pl (Zob. Nowe kłopoty Nowickiej. Nielegalny lobbing i konflikt interesów?)

Sprawę podjęła też blogerka Kataryna (Zob. Kataryna: Mój problem z Wandą Nowicką)

Przed nami nowy tydzień, zdominowany przez dyskusję nt. bezpieczeństwa publicznego w kontekście zamieszek w Warszawie 11. listopada. Liczę na to, że sprawa podejrzenia nielegalnego lobbingu Wandy Nowickiej nie straci zainteresowania mediów dominujących.

Wszystkich Państwa, którzy wspierali ten proces modlitwą ośmielam się prosić ponownie o modlitwę - nie tyle za mnie, co o dobre owoce tej sprawy, jakkolwiek się dalej ma potoczyć. O ujawnienie tego co ukryte i o sprawiedliwość.

Po wyroku uniewinniającym zamówiłam w Państwa intencji Mszę Św. Nigdy nie zapomnę ile zawdzięczam Państwa solidarności.

Joanna Najfeld

Opublikowany w Aborcja, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , | Komentarzy: 22 »

Różaniec, Różaniec, Różaniec wytaczają żołnierze na szaniec

Posted by Dzieckonmp w dniu 03/11/2011

  Tekst przepisany z nagrania, nieautoryzowany. Kazanie wygłoszone 13.10.2011r – wywołało wielkie uznanie, ale i wielki sprzeciw. Kaznodzieja nie będzie już mógł głosić kazań w tej miejscowości. Przekazujemy je katolickim portalom internetowym z propozycją komentarzy, który fragment mógłby być rzeczywiście nie do przyjęcia. Proszę o dyskusje co w kazaniu było herezją za która zamknięto usta księdzu o którym tu nieraz pisaliśmy. Natomiast prawdziwym heretykom ust się nie zamyka a nawet daje się ordery.

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego….

    Pomocą w tym kazaniu będzie nam wszystkim pieśń może mało znana, której tytuł brzmi „Zwyciężyłaś, Zwyciężaj”. Ta pieśń-jej tytuł mówi nam właściwie wszystko. Nie śpiewamy „zwyciężyłeś”, a więc nieadresowane są słowa tej pieśni do Chrystusa, tylko do Jego Matki.

     Zwyciężyłaś nie jeden raz już w historii Kościoła, świata, Polski, zwyciężaj teraz, ale już precyzujemy tę prośbę przede wszystkim do nas do Polski. Przywołajmy na początek dwa wydarzenia, które pozwalają nam zrozumieć, co było dalej po przyjściu pewnego ważnego momentu. Pierwsze to decyzja papieża Benedykta XV z 1917 roku z 5 maja. Wystosował On wtedy apel do wszystkich Kościołów o modlitwę Różańcową. Za 8 dni odpowiedziała sama Najświętsza Dziewica ukazując się w Fatimie.

  „  Zwyciężyłaś, Zwyciężaj! Straszny jest szczęk oręża. Już Różaniec, Różaniec, Różaniec –straszny-  wytaczają żołnierze  na szaniec”.  Śpiewamy we wspomnianej pieśni. A my ją teraz aplikujemy do tamtego wydarzenia z 1917r. Zwyciężyłaś (dużo wcześniej przed 1917 rokiem), zwyciężaj. Straszny jest szczęk oręża, więc  Różaniec, Różaniec, Różaniec wytacza się w Fatimie na szaniec. Oto oręż do walki o pokój- wołał  Benedykt XV.

    A teraz drugie wydarzenie, które pozwala nam zwrócić uwagę na nowy etap historii Kościoła. Papież Jan Paweł II nie tyle wezwał na nowo do modlitwy Różańcowej, co pokazał Różaniec jako modlitwę  naszych czasów najbardziej współczesną i najbardziej aktualną, gdy rok 2002/2003 ogłosił Rokiem Różańca Świętego. Przed samym Rokiem Różańca ogłosił adhortację o Różańcu Świętym kończąc ją w znamienny sposób „oby moje wezwanie do modlitwy Różańcowej nie poszło w zapomnienie”. I co się stało? Ta wielka nowa mobilizacja  do Różańca Świętego jaką zamierzał cały Kościół Święty napełnić Jan Paweł II, poszła w jakiś sposób w zapomnienie. Dwa lata później przeżywaliśmy nowy Rok ogłoszony przez Jana Pawła II – Rok Eucharystyczny. Nie zdążył już zaproponować Kościołowi, jakiegoś trzeciego kolejnego specjalistycznego – odszedł od nas. Ale te 2 lata Różańcowy Rok i Eucharystyczny są Jego testamentem. Są bardzo ważnym zobowiązaniem. Jeśli nie samego Papieża, to przez Niebo, które kierowało natchnieniami, odczytywanymi  przez Jana Pawła II, jako te właśnie – Boże natchnienia, aby te dwa lata:  Różańcowy Rok i Eucharystyczny były ukierunkowaniem Kościoła nie tylko, na tamte lata, ale na stulecie, a nawet na nowe tysiąclecie. Tak Papież zapoczątkował spełnianie się proroctwa św. Jana Bosko, który w swoim śnie widział Kościół jako potężny okręt na morzu, atakowany przez rozliczne inne statki i okręty – walczący z nawałnicą morską, przechylający się na jedną i na drugą stronę, bliski już zatopienia. I oto dowódca tego okrętu, starzec na biało ubrany, więc Papież staruszek, wpatrujący się w dal, pokierował sterem okrętu na 2 kolumny. Na jednej kolumnie duża Hostia na drugiej kolumnie Najświętsza Maryja Panna z Różańcem. Możemy więc sparafrazować tę pieśń, którą wam proponuję w sposób następujący: Zwyciężyłaś, Zwyciężaj! Straszny jest szczęk oręża, więc Różaniec, Różaniec, Różaniec znów wytacza Jan Paweł na szaniec.

    Do Ciebie więc błogosławiony Janie Pawle II, którego tam widzimy w aureoli wędrującego po naszych „polskich okopach” i drogach całego świata z różańcem w ręku i z  krzyżem. Mówisz nam w ten sposób najwięcej. Obyśmy wszyscy Cię posłuchali tak do końca.

    Co stało się z wezwaniem Benedykta XV i nowym wezwaniem  błogosławionego Jana Pawła II? Zapomniano o Różańcu. Przypomniano sobie o Jego mocy wielkiej i o tym, że trzeba zmobilizować  na modlitwie Różańcowej kogo tylko się da i w stopniu maksymalnym, w jakim tylko jest  możliwe wtedy,   kiedy przyszedł ucisk, nieszczęście, tragedia, a więc w 1953 r. w Austrii. Mało kto wie, że tak jak Polska, Czechy, Węgry i połowa Niemiec tak i Austria została zajęta przez komunistów. W Polsce komunizm ustąpił dopiero w 1989 r. a w innych krajach sukcesywnie. A kiedy komunizm ustąpił w Austrii? Właśnie
w 1953 r. ku zaskoczeniu całego świata wojska radzieckie opuściły Austrię bez powodu polityczno -  strategicznego. Franciszkanin czeskiego pochodzenia Tomaszek zmobilizował do modlitwy różańcowej
3 mln Austriaków. Dzień, w dzień, ile kto może minimum 1 dziesiątek i po roku takiej modlitwy bez wystrzału wojska radzieckie zostały wyrzucone z Austrii. Co ich wymiotło? Różaniec! Znowu na długi czas zapomniano o Różańcu. Bo przecież mogliśmy w 1956 roku to samo zrobić z komunizmem. W 1965 roku
to samo zrobić z komunizmem. Po co mieliśmy go na karku przez tyle lat.

    1986 rok luty, Filipiny. Z powodu kolejnych poważnych nadużyć całej ekipy rządzących, a przede wszystkim dyktatorskich posunięć prezydenta Markosa grupa wojskowych wypowiedziała posłuszeństwo prezydentowi. Zabarykadowała  się w koszarach i wezwała całe wojsko do wypowiedzenia posłuszeństwa prezydentowi. Prezydent dał im 24 godziny do poddania się, w przeciwnym przypadku będą koszary wzięte siłą. Koledzy oficerowie, koledzy żołnierze mają atakować kolegów oficerów i żołnierzy, którzy się tam zabarykadowali?  Mija godzina po godzinie. Wieczorem po kilku godzinach tego ultimatum, ks. kardynał Sinn abp Manili telefonuje do wszystkich klasztorów w stolicy z prośba o całonocną modlitwę:  „Nie idziecie spać – modlicie się aż do rozwiązania nabrzmiałej sytuacji”. I ta nocna modlitwa,  przede wszystkim różańcowa,  doprowadziła do I etapu  pozwalającego oczekiwać na cud. O godzinie 12.00- na 2 godz. przed końcówką ultimatum – abp zaprasza się do telewizji i wygłasza odezwę do całego narodu ,a szczególnie do mieszkańców stolicy: Kto tylko może opuszcza zakład pracy, mieszkanie, idziemy wszyscy w kierunku koszar, gdzie zabarykadowali się  walczący o wolność w kraju. Idziemy z Różańcem w ręku. Wszyscy spotykamy się na ulicach i modlimy się odmawiając głośno Różaniec Święty. Jak później podano, 2 mln ludzi było na ulicach i odmawiało Różaniec Święty. Aż dech zapiera w piersiach. Co się stało?  Pierwsza eskadra lotnicza, która miała zbombardować koszary zawróciła z powrotem – odmówiła wykonania rozkazu. Oświadczyli swoim przełożonym, że nad koszarami widzieli postać Niewiasty, która długim płaszczem osłaniała koszary i oni nie widzieli gdzie mają spuścić bomby. Prezydent dowiedziawszy się o tym, wydaje rozkaz do następnego ataku, ale już z ziemi. Wojsko odmawia posłuszeństwa, przechodzi na stronę tłumu. Żołnierze biorą Różańce do rąk, zostawiają broń na ulicy i tak wszyscy idą na dom prezydencki. Po około 2 godzinach prezydent poddał się do dymisji, opuścił Manilię.  Za kilka godzin samolot z nim wylądował w Waszyngtonie.  Bez rozlewu krwi, bez jednego wystrzału ustąpił prezydent dyktator. Można więc  i w Polsce zmienić rząd, który domaga się przez swoich nowych reprezentantów,  usunięcia natychmiastowego Krzyża z Sejmu. Można zmienić za 4 godziny cały rząd. Można zmienić i prezydenta. Można zmienić.

Przejdźmy teraz do innego wydarzenia. 2008 r. Kolumbia.  1/3 kraju kontrolowana jest przez rebeliantów komunistycznych, prawie w każdej rodzinie ktoś był zabity lub porwany. Rebelianci porwali kandydata na prezydenta panią Betankur. W tej sytuacji urzędujący prezydent,  przed wyborami decyduje się na rozpaczliwy krok, ale ten krok został -przygotowywany  przez kilka kolejnych miesięcy tej sytuacji w jakiej znalazł się kraj.  Ludzie zwrócili się o ratunek do Nieba. I przypomnieli sobie, że mieli kiedyś w Konstytucji zapisane poświęcenie się narodu Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Nowa ekipa rządowa usunęła z Konstytucji ten zapis zmieniając wcześniej Konstytucję, aby powiedzieć, że taki zapis w zmienionej Konstytucji jest sprzeczny z Konstytucją. Ale od czego zaczęli kapłani i ludzie? Od ekspiacji, wynagrodzenia Sercu Bożemu za wyparcie się Go przez naród. Wynagrodzenia Jezusowemu Sercu,  któremu  kiedyś  ich ojcowie poświecili i złożyli całą przyszłość narodu.

 A właściwie wszystko zaczęła właścicielka małej restauracji. Wpadła na pomysł, żeby codziennie odmawiać publicznie Anioł Pański i zarządziła: „Przerywamy pracę w kuchni, kelnerzy też przerywają pracę i wszyscy głośno odmawiają Anioł Pański. Jeśli nasi klienci będą sobie życzyli to się dołączą, jeśli nie, to sobie pójdą. Tak dzień jeden, drugi, trzeci i rozniosło się po całym miasteczku. Najwięcej ludzi przychodzi do tej restauracji w południe, żeby odmawiać Anioł Pański. Podpatrzyli to inni i w kolejnych restauracjach odmawiano Anioł Pański.  Rozniosło się to po okolicy, gdzie przerywano prace i odmawiano codziennie Anioł Pański. Potem dołożyli Różaniec. Z Różańcami wyszli na ulicę i głośno  grupkami, po 5-7 osób odmawiali Różaniec Święty.

Zwyciężyłaś Zwyciężaj …… Więc Różaniec, Różaniec, Różaniec wytoczono i w Austrii  na szaniec; wytoczono znowu w Manili na szaniec; i wytoczono w Kolumbii na szaniec. Prezydent zadecydował w porozumieniu z Episkopatem, że w jego pałacu dokona się ponowienie Aktu Poświecenia Niepokalanemu Sercu Maryi i Sercu Jezusowemu, która  to uroczystość była transmitowana przez telewizję państwową. Po tej uroczystości dokonał się pierwszy cud. Odbito 50 zakładników bez wystrzałów broni. Jak to się dokonało? Relacjonuje to reżyser Dominik Tarczyński w filmie pt „Kolumbia – świadectwo dla świata” [gloria @.....pl]

Na stronie internetowej [gloria@... pl.] ten film jest prezentowany. Wzywam wszystkich: po pierwsze – aby ten film oglądać, po drugie – ażeby rozpowszechniać, gdzie się da te informację, po trzecie – wprowadzić w życie i to w miarę możliwości jak najszybciej od zaraz, czyli rozpocząć Anioł Pański gdziekolwiek jesteśmy, a potem grupami wychodzić na ulice i odmawiać Różaniec.

Zwyciężyłaś, Zwyciężaj! Więc Różaniec Różaniec Różaniec wytacza się wreszcie i w Polsce na szaniec. Kto to zrobił? To ks. Bałemba salezjanin, który dołączył do ludzi modlących się na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim broniących Krzyża. Zaczęli odmawiać Różaniec. Wystosował odezwę do wszystkich: codziennie w rożnych miejscach, gromadzić się wokół Krzyży i odmawiać Różaniec. Nie chwyciło to wystarczająco. Abp  Dzięga w lipcu wystosował apel do nas wszystkich, aby rozpocząć w Polsce Krucjatę Różańcową cytuję dokładnie „Z Maryją Królową Polski modlimy się o Polskę wierna Bogu, Krzyżowi i Ewangelii o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Maryjnych. Intencja modlitewna codzienna lub dodawana do dotychczasowych intencji odmawianych na Różańcu przynajmniej jeden dziesiątek codziennie”. Krucjata ma swoja siedzibę w Niepokalanowie. Rozpowszechniają tego rodzaju deklaracje, które wskazane jest rozpowszechniać, przekazując do głównego ośrodka Krucjaty swoje zgłoszenie się indywidualne, albo całej grupy. Ks. proboszcz planuje akcje zbiorową. I tak np. Żywy Różaniec, wspólnota wieczernikowa i inne. W najbliższym czasie będzie możliwość wpisywania się na listę deklarując gotowość do codziennego odmawiania takiego Różańca za Ojczyznę, czyli włączenia się w Różańcową Krucjatę ratowania Polski. Pieśń, która nam towarzyszy zawiera między innymi czwartą zwrotkę  takiej treści;

                        O Niewiasto Ty  z Apokalipsy,

                         Twymi dziećmi jesteśmy, tu wszyscy,

             Leć na skrzydłach dwóch  Orła wielkiego,

                        Obroń resztę potomstwa Swojego.

 A my parafrazujemy to do naszej Ojczyzny.

                        O Niewiasto Ty z Apokalipsy.       

                        Twymi dziećmi jesteśmy tu wszyscy,

                         Leć na skrzydłach dwóch – Orła Białego,

                        Obroń resztę potomstwa polskiego.

                         Amen.

 A tu próbują tą pieśń śpiewać trochę nieudolnie ale innej nie ma. Ja natomiast znam tą pieśń od wielu lat bywała nawet na pieszych pielgrzymkach śpiewana.


Opublikowany w Alert, Film, Kościół, Patriotyzm, Prześladowanie Chrześcijan, Różaniec, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , | Komentarzy: 217 »

ATAK MASONERII w 2017 r

Posted by Dzieckonmp w dniu 21/09/2011

Nasz Dziennik, 2009-10-13
Obchody zwycięstwa czy klęski

W 2017 roku masoneria będzie czciła trzechsetną rocznicę swego powstania. Sto lat temu, w roku objawień fatimskich, kiedy obchodziła dwusetną rocznicę swej obecności w świecie, zapowiedziała, że jej działalność wkracza w “trzeci etap”, którego celem jest ostateczna rozprawa z Kościołem. Z jaką obietnicą masoni wiążą zbliżający się kolejny jubileusz? Tego nie wiemy, jedno jest jednak pewne: podczas gdy my chcemy za osiem lat świętować zwycięstwo Kościoła, oni zrobią wszystko, by ludzkość obchodziła inne święto: zwycięstwo nad Kościołem. Pomogą im w tym liczne stowarzyszenia, ruchy i organizacje, które nie mogą znieść tego, że istnieje Dekalog, że jest Ewangelia, że są tradycyjne wartości, które decydują o wartości świata. Ci ludzie nie pozostawią nas w spokoju. Zrobią wszystko,
by przeszkodzić nam w przygotowaniach do zwycięskiego jubileuszu. Tym bardziej że nasze zaangażowanie wiąże się z przyzywaniem Bożej potęgi, zdolnej nie tylko zniszczyć zło,
ale nawet przemienić je w dobro! Przez blisko trzysta ostatnich lat trwała wojna o ludzkie dusze. Masoneria robiła wszystko, by wygrać tę walkę. Po 1917 roku jej konfrontacja z Kościołem stała się szczególnie ostra. Jak będzie ona wyglądała w latach poprzedzających rok 2017? Będziemy atakowani od zewnątrz i od wewnątrz, jawnie i skrycie, przekupywani i zastraszani, wychwalani i wyszydzani… Ktoś będzie chciał uczynić nas bezsilnymi – nieważne czy na drodze strachu, czy dzięki wbiciu nas w pychę. Czeka nas wielka bitwa o Kościół. Każda ze stron będzie w niej używać innej broni. My nie sięgniemy po ten sam oręż, co masoneria. Oznaczałoby to sromotną klęskę, bo samo wzięcie do rąk narzędzi krzywdy – nienawiści i szaleństwa, pociągnęłoby za sobą naszą porażkę. Gdzie jest broń zła, tam nie ma miejsca na pomoc z nieba. A właśnie jej przyzywamy, wpatrzeni w Fatimę, uczący się jej i ożywiający w sobie pragnienie, by “zwycięstwo przyszło przez Maryję”. I przyjdzie. Ale błędem byłoby nie rozpoznać przeciwnika i zlekceważyć jego potęgę. Bylibyśmy bezbronni, wystawieni na śmiertelny cios… Zapowiedź konfrontacji Kto wygra wielką bitwę, w której ważą się losy Kościoła i przyszłość świata? Dla wielu z nas znaki czasu wcale nie są jednoznaczne. Dziś na większości frontów zwycięża idea życia bez Boga i Kościoła i wydaje się, że tej wrogiej nam siły nic już nie powstrzyma. Świat, władza, pieniądze są po ich stronie. A jednak mamy pewność zwycięstwa. Jego źródło sięga 13 października 1917 r., kryte w znaku, który towarzyszył ostatniemu objawieniu Matki Bożej w Fatimie. Przekazany nam – znak cudu słońca. Coraz częściej zwraca się dziś uwagę na fakt, że fatimski cud słońca jest znakiem apokaliptycznym. To bez wątpienia wielopłaszczyznowe ostrzeżenie przed czekającym nas atakiem zła. Jego interpretacje są różnorodne: od groźby wojny atomowej, przez zderzenie z ciałem kosmicznym, po naruszenie równowagi naturalnej w świecie. Podobnie jak wydarzenia spisane przez św. Jana w Księdze Apokalipsy, budzące początkowo lęk, przesuwają czas w kierunku ostatecznego triumfu Boga, tak i fatimska forma “opowiadania przez znaki” najpierw budzi grozę, jednak w momencie gdy wszystko zdaje się już wskazywać na nadejście chwili zagłady, przewraca się mroczna karta historii i oto czytamy o nowym, lepszym świecie – o zwycięstwie dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, Kościoła nad jego nieprzyjaciółmi. Słyszymy, że nasze dzieci będą żyć w innych czasach, że z Fatimy tryśnie światło, które zmieni świat, że nadejdzie chwila triumfu Niepokalanego Serca Maryi. Nie będzie to jednak czysta interwencja Nieba, którą będziemy oglądać z bezpiecznej pozycji widzów. Siostra Łucja zapowiada, że z pokoleniem szatańskim walczyć będzie pokolenie Niepokalanego Serca. Chrystusowi zawdzięczamy odkupienie, ale Maryja jest przy Nim obecna i czynnie zaangażowana jako Współodkupicielka. Podobnie spełnienie obietnicy fatimskiej dokona się dzięki działaniu samego Boga, ale wielką rolę odegra tu współdziałanie ludzi, którzy -
choć może rozproszeni po świecie – siłę swą i odwagę będą czerpać z tego samego źródła, z Niepokalanego Serca Maryi. Ono będzie ich nową jakością życia, Ono też doprowadzi do tego, że nastaną nowe czasy. Dlatego Siostra Łucja nazywa tych ludzi krótko: “nowe pokolenie”. Odniesie ono zwycięstwo, ale czy nie będzie jak fatimski znak ostatniego objawienia: zwycięży, gdy zdawać się będzie, że wszystko już stracone? Tak przedstawia się reguła Ewangelii: zdawało się wszystkim, że Chrystus przegrał na krzyżu, że szatan zwyciężył. Tymczasem, gdy została już pogrzebana ostatnia nadzieja, Pan zmartwychwstał… Przypomnijmy sobie, że w godzinie Męki Zbawiciela wszyscy zwątpili i uciekli. Jedna Maryja nie zgasiła w swym sercu wiary w zwycięstwo Boga. Dlatego dziś ma nas Ona prowadzić do zwycięstwa. Jest dla nas wzorem, pomocą i siłą. Wokół już toczy się bitwa. Wcale nie musi być krwawa. Dzisiejsze podboje prowadzi się przy użyciu broni ekonomicznej i medialnej. Wystarczy uzależnić dane państwo od innych przez kontrolę jego surowców, eksportu i miejsc pracy, a wolny kraj stanie się własnością obcych rządów. Zaczynamy pracować już nie dla siebie, lecz dla innych, a troszczymy się o nasz kraj tylko po to, aby okupant mógł żyć w nieskażonym i przyjaznym dla siebie środowisku. Wojsko, zdobywając dane obszary, niszczy je i trzeba je potem odbudowywać. Czy nie lepiej zająć teren bez niepotrzebnych wystrzałów? Tak samo wygląda współczesna wojna cywilizacji zła z cywilizacją dobra. Dobro prześladowane mogłoby wzrastać, lepiej więc zmienić definicję dobra i przekonać ludzi, że nowoczesny człowiek wyzbył się wąskich przesądów i dobrem jest dla niego to, co stanowi synonim egoizmu, przyjemności, niczym nieokiełznanej wolności. Demontaż “od wewnątrz” Dziś jesteśmy świadkami walki opartej na strategii nazywanej w języku Fatimy przemianą “od wewnątrz”. Tak właśnie zapadł się do środka ustrój komunistyczny. Bez jednego wystrzału, bez przelewu krwi, bez interwencji z zewnątrz rozebrano komunizm. To, co było po ludzku niemożliwe – upadek pełnego agresji i posiadającego nieobliczalną moc militarną mocarstwa – dokonało się na drodze pokojowej. Znamy tę historię. Wiemy, że demontaż komunizmu rozpoczął się od poświęcenia Rosji i świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Jan Paweł II dał Niebu prawo do interwencji. A przecież Niebo jest nad każdym miejscem i Bóg potrafi (takie są plany Jego Opatrzności) zdemontować każdą machinę zła, nie zapraszając do tego obcych wojsk, nie dopuszczając do pomocy ludzi gotowych podpalić lont trzeciej wojny światowej. Nad każdym punktem świata, nad każdym ludzkim istnieniem pochyla się nisko Niebo, zdolne zmienić świat. Ale pamiętajmy: tak samo jest z piekłem – jego siły są niebezpiecznie blisko, gotowe do rozpoczęcia cichego demontażu dobra. Znów bez jednego wystrzału, bez oficjalnej konfrontacji. Szatan potrafi w ciszy i ukryciu zabić dobro i umieścić na jego miejscu zło. Potrafi przekonać ludzi, że mają oddać złu swoją ziemię uprawną, mają troszczyć się o wzrost ziarna zła, mają niecierpliwie wyglądać jego owoców. Okażą się one upiorne, ale wtedy będzie już za późno. Oddychamy z ulgą, wiedząc, że owoce z drzewa zła nie zdążą spaść na ziemię, że w ostatniej chwili ich dojrzewania wydarzy się coś, co zmieni kierunek dziejów świata. Jak tańczące na niebie nad Fatimą słońce – oderwane już od swego miejsca, zaczęło nieuchronnie spadać na ziemię, by spopielić świat, ale w ostatniej chwili niewidzialna siła włożyła je z powrotem w jej orbitalny krąg… Jak kula zamachowca mająca za tysięczny ułamek sekundy rozszarpać tętnicę Papieża i zabić go, a jakaś siła odchyliła bieg pocisku… Tak będzie też w dniach, kiedy wypełni się wielkie proroctwo Fatimy ogłaszające triumf Niepokalanego Serca Maryi i początek epoki pokoju. Strategia ukrytego działania zła i zajmowania dobra “od wewnątrz” ma według badaczy orędzia fatimskiego, ale i wedle wielu współczesnych objawień, swoją nazwę. Jej imię to właśnie “masoneria”. Znaki z piekła Przyznajmy, mroczny fenomen masonerii niesie ze sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Chciejmy więc przyjrzeć się temu, stosując fatimską metodologię: pochylając się nad znakami czasu. Naśladujemy w ten sposób Jana Pawła II, który był niesłychanie wyczulony na znaki czasu i umiał rozpoznawać ich ukryte znaczenie. Jedno jest pewne: dziś mają one dwa odcienie – mroku i światła. Jedne pochodzą z piekła, drugie przychodzą do nas z Bożego Królestwa w Niebie. Wiele jest ciemnych znaków ujawniających prawdę o masonerii. Są one wszędzie; w każdym czasie, w każdym kraju, czasem nawet tuż, tuż przy naszym życiu. Opiszmy tu tylko trzy – te, które wiążą się bezpośrednio z Orędziem fatimskim. Pierwszy znak przynosi nam nasz rodak, wielki święty i sługa Maryi, ojciec Maksymilian Kolbe. Był on naocznym świadkiem podniesienia głowy przez masonerię i odkrył jedyny sposób na pokonanie nieprzyjaciela. Wskazał na Niepokalaną, która “zdepcze głowę węża”. Maksymilian całe swe życie związał z Maryją i dla Niej chciał zdobyć świat, zdobyć świat dla Niepokalanej znaczy bowiem – odebrać go szatanowi. Masoneria i Rzym. Rok 1917 Rozpoczął się rok 1917. W rocznicę śmierci Giordano Bruno (spłonął na stosie 17 lutego) młody Kolbe, który przebywał w Rzymie na studiach teologicznych, był świadkiem masońskiej procesji przez Rzym. Był to ciemny “znak czasu”, który polski franciszkanin odczytał niezwykle trafnie i na który odpowiedział całym swoim życiem. Gdy Maksymilian Kolbe znalazł się w Rzymie, rozpoczynały się właśnie obchody dwusetnej rocznicy powstania pierwszej loży masońskiej i świętowano ogłoszenie przez nią manifestu mówiącego o szybkim końcu Kościoła. Droga ku temu została już wytyczona, a program na nadchodzący czas ustalony. Ogłoszono: “Nie zniszczymy Kościoła rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”. Polski franciszkanin patrzył głęboko wstrząśnięty, jak po ulicach Rzymu przesuwała się bezkarnie parodia kościelnej procesji, a na jej czele niesiono czarny sztandar, przedstawiający świętego Michała Archanioła leżącego pod stopami triumfującego Lucyfera. Widział umieszczone pod oknami Watykanu masońskie chorągwie. Był świadkiem rozdawania ludziom ulotek wzywających policję do wkroczenia do
Watykanu. Czyjaś ręka napisała: “Diabeł będzie rządził w Watykanie, a papież będzie jego gwardią szwajcarską”, czyli najbardziej mu oddanym sługą. To właśnie wtedy w sercu franciszkanina zrodziła się idea, którą można zamknąć w jednym haśle: Niepokalana i Jej Rycerstwo. Bo Maksymilian Kolbe wiedział, że przyjdzie zwycięstwo Niepokalanej, więcej – że przyjdzie ono przez oddanych Jej ludzi. Znak czasu został odczytany i nie pozostawiony bez reakcji… Świętego czekała szaleńcza praca. Resztę już znamy. Po powrocie do Ojczyzny św. Maksymilian zakłada pierwszy Niepokalanów. Potem jeszcze jeden, w dalekiej Japonii. Służy Niepokalanej, a Jej rycerzom nakazuje modlić się za masonerię. Każdy członek Rycerstwa Niepokalanej miał codziennie odmawiać modlitwę: “O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy… i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają…, a zwłaszcza za masonami i poleconymi Tobie”. Maksymilian wiedział, że atak na Kościół idzie przez masonerię. Zwycięstwo Niepokalanej oznaczało walkę z tą wszechobecną organizacją, walkę, która zakończy się zwycięstwem Niepokalanej. A Maksymilian został świętym. Czy nie jest to dla nas kolejny znak wskazujący drogę? Masoneria i Portugalia. Początek XX w. Drugim znakiem ukazującym potęgę i determinację masonerii, która ogłosiła, że nie spocznie, dopóki nie zniszczy Kościoła, jest historia Portugalii – kraju objawień fatimskich. Przez wiele wieków była ona zwana “Ziemią Najświętszej Maryi Panny”, jednak w XVIII i XIX wieku zaczęła ulegać siłom antykościelnym. Pierwszy atak masonerii przeprowadzono na tamtejszy Kościół we wrześniu 1759 roku. Joseph de Cavalho, zagorzały wróg katolicyzmu i mason, zmusił króla Józefa I do podpisania edyktu usuwającego jezuitów ze wszystkich stanowisk państwowych. Osłabiony Kościół stał się bezradny wobec antyklerykalnej propagandy, która objęła cały kraj w epoce Wielkiej Rewolucji Francuskiej. W XIX wieku katolicka monarchia coraz bardziej ustępowała wobec wzrastającej nienawiści partii rewolucyjnych popieranych przez intrygi masonerii. W końcu, 1 lutego 1908 roku, dwaj masoni dokonali w Lizbonie zamachu na króla i jego syna, następcę tronu. Dwa lata później masoneria zdołała doprowadzić do ogłoszenia Portugalii republiką. Rozpoczął się okres gwałtownych prześladowań Kościoła. Rozwiązano konwenty i klasztory, skonfiskowano majątki kościelne. Popłynęła rzeka ustaw wymierzonych w Kościół. Te wszystkie wysiłki osiągnęły swój szczyt w ustawie o rozdzieleniu Kościoła od państwa, przegłosowanej 20 kwietnia 1911 roku. Jej twórca, Afonso Costa, oświadczył: “Dzięki temu prawu w ciągu dwóch pokoleń katolicyzm zostanie całkowicie usunięty z Portugalii”. Determinacja i wpływy masonerii były tak silne, że można było przypuszczać, iż te zuchwałe plany rzeczywiście się powiodą, że spełni się buńczuczna zapowiedź masonerii – wymazanie Kościoła z mapy historii. A jednak stało się inaczej. Plany masonerii zostały pokrzyżowane najpierw przez zdecydowane działania Papieża Piusa X, a następnie przez zupełnie nieoczekiwane objawienie się Matki Bożej w Fatimie, która przyniosła Orędzie o zwycięskim, “nowym” nabożeństwie – czci Jej Niepokalanego Serca. Masoneria i Fatima. Rok 1917 Są ludzie, którzy wciąż nie wierzą w masońskie plany wobec Kościoła. Jeśli ktoś w nie wątpi, niech przyjrzy się kolejnemu znakowi – historii objawień fatimskich. W samej Fatimie obecna jest masoneria. Przywołajmy trzy momenty. To nieprzypadkowo mason Oliveira dos Santos porywa małych wizjonerów, by zmusić ich do wyznania sekretu i ogłoszenia, że nie ma objawień, bo nie ma Boga! Arturo Santos, z zawodu kowal, w wieku 26 lat wstąpił do loży masońskiej w Leirii, a następnie założył odrębną lożę w Ourem. 13 sierpnia 1917 r. aresztował Hiacyntę, Łucję i Franciszka i poddał je wielogodzinnemu przesłuchaniu. Groził im torturami. Bez skutku. Jak zakończyły się tamte wydarzenia? Mason Santos musiał szukać pomocy u ojca Hiacynty i Franciszka, groził mu bowiem samosąd. Przegrał, a życie uratowali mu ci, których najbardziej skrzywdził. Dziwny to fatimski znak czasu… Przypomnijmy inną próbę położenia kresu objawieniom Matki Bożej. W nocy z 23 na 24 października 1917 r. grupa masonów z prowincji Santarem próbowała ściąć dąb skalny, na którym ukazywała się Matka Najświętsza. Jest to co najmniej dziwne, ale pomylili drzewa i ścięli zupełnie inne! Nazajutrz rano zorganizowali swoją “manifę” – parodiujący procesje kościelne szyderczy przemarsz, w którym obnosili kawałki “świętego drzewa”, wyśmiewając przy tym Litanię do Najświętszej Maryi Panny. Ale co się stało? Marsz został rozproszony, a jego uczestnicy, którzy chcieli wykpić “łatwowiernych głupców”, sami zostali ośmieszeni. Wieśniacy wyprowadzili na ich spotkanie stado osłów, które swym rykiem zagłuszyło bluźniercze okrzyki. Potem śmiano się, że nawet osły nie chciały słuchać masońskiego krzyku… A czy wiemy, że w dniu 13 października pewien mason czaił się z nożem, by po zakończeniu objawień zabić fatimskich wizjonerów? Pokazywał go tym, których spotykał, i przechwalał się, że zabije tych troje dzieci, tych “fałszerzy”. Zabije, gdy stanie się wreszcie jasne, że oszukiwały i zwodziły ludzi. Zabije, jeśli nie będzie cudu, jeśli nic się nie stanie. Ale cud był. Co się stało z nożownikiem z Fatimy? Po zakończeniu objawienia człowiek ten ruszył w drogę powrotną. Był tak chory, że dotarłszy do pobliskiego Riachos, nie mógł kontynuować podróży. Musiał zatrzymać się dziesięć minut drogi od Cova da Iria. Rankiem znaleziono go martwego… Taki znak pozostawiła nam Matka Najświętsza w dzień po swym ostatnim objawieniu w Fatimie. Pokazała, czym się kończy atak na Nią i Jej dzieci… Objawienia fatimskie były dla portugalskich wolnomyślicieli “żałosną i wsteczną próbą pogrążenia Portugalczyków raz jeszcze w ciemności czasów przeszłych”. Nie dziwi, że ogłosili oni manifest, w którego zakończeniu czytamy: “Wyzwólmy się i oczyśćmy nasze umysły nie tylko z głupawej wiary w takie ordynarne i śmiechu warte sztuczki jak Fatima, ale zwłaszcza z jakiejkolwiek wiary w to, co ponadnaturalne, i w rzekomego Boga wszechmogącego, wszechwiedzącego – i w ogóle “wszech”. Jest to narzędzie łajdaków o wyrafinowanej wyobraźni, którzy dla własnych celów pragną zdobyć łatwowierność ludu”. Nie poprzestano na deklaracjach i zachętach. W dniu 6 marca 1921 r.
grupa masonów podłożyła ładunek wybuchowy pod prowizoryczną kaplicę postawioną na miejscu objawień oraz pod drzewo, którego cztery lata wcześniej nie udało się im ściąć. Eksplodowały trzy ładunki, niszcząc dach kaplicy; bomba podłożona pod drzewem nie wybuchła. Ale figury Matki Bożej Fatimskiej nie udało się zniszczyć. Tej nocy zabrała ją do swego domu pewna pobożna kobieta… Jak odczytujemy te znaki? Znaki Fatimy są jednoznaczne. Zwycięstwo przyjdzie, ale będzie to zwycięstwo nie masonerii, lecz Najświętszej Panny – Maryi Niepokalanej i Jej Niepokalanego Serca. Znaki Nieba Czas przyjrzeć się jasnym znakom przychodzącym z Nieba. Ciekawe, że mnożą się współcześnie objawienia, w których Maryja ogłasza z mocą nadejście swego zwycięstwa. Mówi wprost o Fatimie i mówi jednoznacznie o nadchodzącej klęsce masonerii. Wizja Katarzyny Emmerich Zacznijmy jednak od wcześniejszego proroctwa, przekazanego nam przez św. Katarzynę Emmerich. Oto fragment jej zapisków: “Ujrzałam straszne skutki działań wielkich propagatorów “światła”, widoczne wszędzie tam, gdzie dochodzili oni do władzy i przejmowali wpływy albo dla obalenia kultu Bożego oraz wszelkich praktyk i pobożnych ćwiczeń, albo dla uczynienia z nich czegoś równie próżnego jak używane przez nich słowa: światło, miłość, duch. Usiłowali pod nimi ukryć przed sobą i innymi opłakaną pustkę swych przedsięwzięć, w których Bóg był niczym.(…)Zobaczyłam ludzi z tajnej sekty podkopującej nieustannie wielki Kościół(…)W tym czasie widziałam tu i tam na całym świecie wielu ludzi dobrych i pobożnych przede wszystkim duchownych znieważanych, więzionych i uciskanych i miałam wrażenie, że któregoś dnia staną się męczennikami.(…)Kościół był już w dużej mierze zburzony, tak że pozostawało jeszcze tylko prezbiterium z ołtarzem. Ujrzałam burzących, jak weszli do niego razem z bestią. Wchodząc do Kościoła z bestią, burzyciele zastali tam potężną niewiastę pełną majestatu. Zdawało się, że spodziewała się dziecka, szła bowiem powoli. Nieprzyjaciół ogarnęło przerażenie na jej widok, a bestia nie mogła postąpić nawet o jeden krok.(…)Zobaczyłam wtedy bestię uciekającą w kierunku morza, a nieprzyjaciele biegli w wielkim nieładzie. Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną liczbę ludzi pracującą, by go zburzyć. Ujrzałam też innych, naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć.(…)Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem.(…)Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni.(…)Zobaczyłam, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do różnorodnych podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali, było próżne, puste i powierzchowne”. Wizja św. Katarzyny w plastyczny sposób ukazuje atak masonerii na Kościół. Ale znów ich działania kończą się niepowodzeniem. W ostatnim niemal momencie przychodzi zwycięstwo. Zwycięstwo Maryi… Współczesny głos Maryi Przytoczmy jeszcze Jej słowa wypowiedziane w maju 1994 r. do ks. Gobbiego: “Moje Orędzie jest przesłaniem apokaliptycznym, ponieważ jesteście w samym sercu tego, co zostało wam ogłoszone w ostatniej i jakże ważnej Księdze Bożego Pisma(…)W Fatimie ogłosiłam wam wielką walkę pomiędzy Mną – Niewiastą obleczoną w słońce, a ogromnym czerwonym Smokiem, który doprowadził ludzkość do życia bez Boga. Przepowiedziałam wam też podstępne i mroczne działanie masonerii, która odwodzi was od zachowywania Prawa Bożego i czyni ofiarami grzechu i nałogów. Jako czuła Matka chciałam was przede wszystkim ostrzec przed wielkim niebezpieczeństwem zagrażającym dziś Kościołowi z powodu licznych diabelskich ataków, usiłujących go zniszczyć”. Na szczęście znamy już zakończenie. Matka Najświętsza ukazała nam, jak będzie wyglądać Wielki Finał. Nadejdzie zwycięstwo Jej Niepokalanego Serca i pokój zstąpi na świat. By jednak tak się stało, Maryja potrzebuje “nowego pokolenia”, walczącego ze złem tą bronią, którą sama wskaże – jedyną skuteczną…

Wincenty Łaszewski

Opublikowany w Fatima, Kościół, Prześladowanie Chrześcijan, Szatan, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , , , , | Komentarzy: 25 »

Katole, morda w kubeł

Posted by Dzieckonmp w dniu 05/09/2011

Poniżej artykuł, który można znaleźć na Wirtualnej Polsce, co jest dla mnie osobiście wielkim zaskoczeniem.
Warto przeczytać, żeby zrozumieć jakie miejsce we współczesnym świecie zostało przeznaczone dla katolików.

źródło: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1371,title,Katole-morda-w-kubel,wid,13737006,wiadomosc_prasa.html

Genitalia na krzyżu, Pismo Święte rwane na strzępy i rzucane publiczności z okrzykiem „Żryjcie to gówno!”. I wyroki polskich sądów, że to działania artystyczne.

Dlaczego w wolnej Polsce mamy pokornie akceptować publiczne szyderstwa z tego, co dla nas święte? Czy wolno jeszcze przynajmniej zapytać? Dziś wiemy, że wolna Polska szyderstwa z chrześcijaństwa, katolicyzmu, Kościoła olewa. Nie reagując – akceptuje, a raczej do eskalacji szyderstw zachęca. Jak daleko można się posunąć? Przekonamy się, bo ciąg dalszy nastąpi. Sikano już na znicze, może teraz na relikwie? Katole się burzą? I dobrze, dowodzą swej średniowieczności.

Swej nowoczesności dowieść mamy, wsadzając mordy w kubeł. W eseju, który nazwę instrukcją postępowania z katolami, prof. Lech Ostasz („Res Humana”, 2007) wyjaśnił, że obrażanie się wierzących na działania krytykujące religię jest dowodem ich nietolerancji i niedojrzałości do demokracji. Że to postawy utrudniające „wskazywanie na słabe lub podejrzane strony wierzeń religijnych”, a „za pochopnym obrażaniem się może kryć się zbyt sztywna osobowość, obsesja, paranoja czy fobia”. Zrozumiano?!

Na szczęście dla naszych „zbyt sztywnych osobowości” edukacja przebiega globalnie, wielowąt-kowo. Przygotowuje osobowości „elastyczne”.

Siepacze Pana Boga

W finałowej scenie nowych „Piratów z Karaibów”, gdy spragnieni magii bohaterowie docierają do Źródła Wiecznej Młodości, wkraczają hiszpańscy żołdacy, by zniszczyć magiczne miejsce. Pokazani są jako bezwzględni funkcjonariusze satrapy, który nie życzy sobie, by podważano jego monopol na wszystko. U młodych widzów, nasyconych „Harrym Potterem” czy „Zmierzchem”, taka brutalna nieczułość na uroki magii budzić może tylko niechęć do fanatycznych siepaczy i ich zazdrosnego herszta, jakiegoś tam Boga.

Ale jest też postać księdza – szlachetnego, odważnego, który o wierze mówi z żarliwością. O miłości mówi z żarliwością tym większą, im bliżej jest ładnej syreny. Więc mamy też problem celibatu, wiadomo, jakie to nieżyciowe, wiadomo, że nie wiadomo, po co się przy tym dziwactwie upierać. Niby niewiele, megahitu Disneya nie można uznać za antykościelny czy antykatolicki (co tam porównanie żeńskiego klasztoru do burdelu, przecież to tylko marynarskie żarty), ale kilka drążących skałę kropel na główki 8-, 10- i 14-letnich widzów spada. Jak w setkach produktów masowej kultury.

Hiszpanie jako przedstawiciele katolickiego fanatyzmu przeciwstawionego laickiej otwartości pojawiają się w kinie często. Choćby w kreskówce wytwórni Spielberga „Droga do Eldorado”, gdzie upiorny Cortez, pojmawszy bohaterów, stwierdza: „Moja załoga dobrana jest starannie jak uczniowie Chrystusa. Zostaniecie wychłostani i resztę życia spędzicie jako niewolnicy”. Jedyna scena w filmie, gdy pada imię Chrystus.

Ale katolik jako okrutny ponurak to za mało. Lubi też być chciwym, egoistycznym i obłudnym szkodnikiem. W innym przeboju kina, przyjaznym całemu światu „Jurassic Park” tegoż Spielberga takie właśnie odrażające indywiduum ucieka przed paszczą dinozaura do… kibla. I tam, ze spuszczonymi spodniami, trzęsąc się ze strachu, błaga o ocalenie, odmawiając „Zdrowaś Mario”. Dinozaur burzy wszystko, zostaje już tylko ten modlący się na kiblu, żałosny katol. Ta jedna w filmie scena zbudowana jest tak, by o współczuciu nie było mowy,a wręcz przeciwnie. Kiedy T.rex kłapnięciem paszczy pożera odmawiającego „zdrowaśki” plugawca, widz niemal bije brawo, że pozbyliśmy się ze świata takiej paskudy. Niby nic, krótka scena. Miliard widzów, familijne oglądanie po kilka razy.

Co kogo kręci

Przez długie lata wirtuoz finezji i autoironii Woody Allen zrobił film pod wyluzowanym tytułem „Co nas kręci, co nas podnieca”. Oglądając go, długo z zaufaniem przyjmowałem komunikaty toporne jak w sowieckiej agitce. Cóż to będzie za intelektualna przewrotka! – cieszyłem się, czekając na autoironię mistrza. Ale nic z tego. Woody Allen pokazał toporną satyrę antyreligijną. Okazało się, że katolicyzm jest dla wszystkich źródłem życiowego nieszczęścia. Wystarczy go porzucić oraz uświadomić sobie swój homoseksualizm, swą perwersję, libertynizm i szczęście murowane. A wygłoszona przez lubieżnego starca, alter ego Allena, tyrada przeciw religii godna jest „antyreligionnych” agitek z epoki Breżniewa.

W innym, tym razem dobrym, filmie Allena pt. „Celebrity” zakompleksiona 40-latka na pytanie psychoterapeuty, o czym myśli podczas orgazmu, wykrzykuje z emfazą: „o Ukrzyżowaniu!”. Na widowni radosna wrzawa. Ale jaja.

Ponury katolicyzm jako fanatyczne przeciwieństwo humanizmu to w kulturze motyw częsty, jak w skądinąd pełnym literackiego i filmowego uroku „Imieniu Róży” Umberto Eco i J.J. Annauda czy w niedawnym angielsko-hiszpańskim filmie Alejandro Amenábara pt. „Agora”. Chrześcijanie są w nim fanatyczną dziczą, która dokonuje pogromów oraz w religijnym szale niszczy humanistyczny dorobek antyku, zatrzymując rozwój cywilizacji na tysiąclecia.

Stek głupot i fałszerstw, jakie nawtykał do swojego kryminału „Kod Leonarda da Vinci” Dan Brown, a za nim do filmu Ron Howard, nie wart byłby uwagi, gdyby nie fakt, że wokół owych głupot udało się marketingowymi zabiegami zbudować atmosferę „naukowych odkryć” prawdziwej historii Kościoła i tego, co przed całym światem Watykan od 2 tys. lat ukrywa.

Przy bredniach Browna nakręcone przed 20 laty „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese jawi się jako film serio. Przedstawia Jezusa pełnego wahań i ludzkich słabości, wiele trywialnie upraszcza, pokazuje trudne do zaakceptowania sceny Jezusa jako kochanka Marii Magdaleny, a w swych wizjach i kuszeniach także jako jej męża i ojca jej dzieci, ale czyni to w formie poważnej, moim zdaniem nie posuwając się do bluźnierstwa.

Do innego dostawcy

W kulturze angielskiej motyw antykatolicki trwa od Henryka VIII, który – nie mogąc uzyskać zgody Watykanu na rozwód i kolejną żonę – sam ogłosił się głową Kościoła. Jakiż nowoczesny przykład elastycznego stosunku do religii. Nie podobają się zakazy ponuraków, więc idziemy do innego dostawcy, będzie przyjemniej. A uparciuch Thomas More musiał dać głowę wtedy i musi dawać dzisiaj, jeśli nie rozumie, że przywiązanie do pojęcia wierności to już fanatyzm.

Ale dopiero skrajne idee oświecenia, a przede wszystkim ich krwawa instalacja zwana rewolucją francuską rozpoczęły budowanie w kulturze europejskiej gigantycznej antykatolickiej machiny propagandowej. W różnych formach trwającej już ponad dwa wieki. Jak bardzo można wypchnąć ze świadomości państwowej ludobójstwo wielbiącej wolność Republiki, świadczy fakt, że maturzyści na wyrywki odpytywani być mogą o różnice między Dantonem a Saint-Justem, a nie mają bladego pojęcia, czym była Wandea – wielkie ludowe powstanie w obronie religii i Kościoła. Czym była masowa eksterminacja, jakiej w imię „Wolności, Równości i Braterstwa” dokonano na wandejskiej ludności, która śmiała stanąć w obronie spraw dla siebie świętych. Wandea w kulturze masowej praktycznie nie istnieje.

Tradycja niechęci wobec katolicyzmu przeniknęła do kultury amerykańskiej, napotykając jednak opór. Wielonarodowe i wielokulturowe społeczeństwo amerykańskie bardzo silnie oparło się na chrześcijaństwie. Jednak znaczna część opiniotwórczej i artystycznej elity, buduje niechęć do katolicyzmu jako najbardziej upartego obrońcy tradycyjnego systemu wartości.

W Europie, gdzie w wieku XIX do walki z religią wezwał Marks, a wiek XX był wiekiem zbrodni dwóch socjalizmów – narodowego i międzynarodowego, laicka ofensywa zwolniła, bo Kościół stał się bastionem oporu przeciw totalitaryzmom. Jednak wkrótce ideolodzy postmodernizmu – Derrida, Rorty czy Lyotard – na nowo opisali świat, twierdząc mniej więcej, że nic nie da się opisać: tradycja nie ma wartości, wiedza nie ma sensu, a religia jest szkodliwa. Jedyny pewnik to mnogość bodźców, kontekstów, wersji, interpretacji – a wszystkie równouprawnione. Nazwano to „światopoglądem ponowoczesnym”, obowiązuje on do dziś. Jest sprytniejszy od oświeceniowego modelu walki z religią, bo nie odwołuje się do nudnego racjonalizmu, ale do tęsknot… metafizycznych. Kanalizuje je w rozdrobnionych namiastkach religii, a chrześcijańskie sacrum zamienia na mitologie, dawne wierzenia, uroki azjatyckich diet i pokusy magii. Ta nowa „duchowość” jest bezkształtna, rozedrgana i nie podlega porządkowi Kościoła.

A to przecież najważniejsze.

Chętnie by to nagrali

Paweł Hajncel jest artystą od 20 lat. Kilka lat temu w stroju misia polarnego dołączył do procesji, ale „sprawa nie wyszła poza Łódź”. Może nie ten strój. Teraz trafił idealnie. Na korpulentne ciało naciągnął rajtuzy i z różowymi skrzydełkami na plecach oraz czułkami na głowie podskakiwał między zakonnicami, księżmi i wiernymi na procesji Bożego Ciała. Po 20 latach medialnego niebytu podjął działanie, które z dnia na dzień uczyniło z niego gwiazdę. Gdyby jednak pląsał na wydarzeniu sportowym czy państwowym, efekt byłby żaden. Mediom wyjaśnił, że chciał „zwrócić uwagę na niebezpieczną ekspansję Kościoła w przestrzeni publicznej”. I to było jak wiatr w żagle. Media rzuciły się na tak wybitnego artystę. „Nagle wszyscy zaczęli do mnie dzwonić, zapraszać na spotkania i wywiady. Byłem w telewizji śniadaniowej u pani Anny Popek i pana Tomasza Kammela. W ogólnopolskiej »Panoramie«, w redakcji »Polityki«, a TVN pytał, czy robię coś 15 sierpnia na Święto Matki Boskiej Zielnej, bo chętnie by nagrali”.

„Gazeta Wyborcza” ze wzruszeniem pisała o „żarcie artysty” i grobowym głosem obwieszczała, że grozi mu więzienie. A prokuratura uznała, że artyście Hajnclowi „nie sposób przypisać zamiaru złośliwego dokuczenia uczestnikom procesji czy złośliwego zakłócenia przebiegu aktu religijnego”. Zakłócenie było więc niezłośliwe.

Dalej w dyskusji o roli Kościoła w życiu publicznym poszła Dorota Nieznalska, zawieszając genitalia na krzyżu, czy Adam Darski, pseudo-Nergal, który na swych koncertach rwie na strzępy Pismo Święte, rzuca je publiczności z okrzykiem „Żryjcie to gówno!” i miota obelgi na Chrystusa. Sądy RP uznały działania Nieznalskiej i Nergala za formy artystycznej ekspresji. Rozumiem, że to samo wolno czynić z żydowską Torą, muzułmańskim Koranem oraz imionami Jahwe, Allacha i Mahometa. Za kilka dni Nergal rozpoczyna swą działalność jako juror muzycznego widowiska w telewizji publicznej.

Lenin głosił, że „religia to opium dla mas”, a redaktorzy z TVN, zachęcając nieszczęśnika z Łodzi, by w rajtuzach biegał między modlącymi się ludźmi, twórczo rozwijają leninowskie idee. Leninowcy z TVN mają zapewne w kapowniku listę tych, na których można liczyć, gdy chce się coś fajnego nagrać. Listę ciągle zbyt krótką.

I raz jeszcze nieoceniony prof. Ostasz: „Obrażający się nie wykazują dostatecznych umiejętności radzenia sobie z trudnościami w przetrwaniu. Wtedy obrażający, ostro krytykując ich niedostateczne przystosowanie, przyczyniają się do tego, by zwiększyli oni swoje zdolności przystosowywania się do wymogów codziennego życia”. Rozumiecie, barany?

Chrześcijańska zasada nadstawiania drugiego policzka, ale i zahukanie przez współczesnych leninowców dają gwarancję bezpieczeństwa i bezkarności. Takie samo zaatakowanie judaizmu natychmiast spotkałoby się z ostrymi protestami, a jego autorzy zyskaliby dyskwalifikujące we współczesnym świecie miano antysemitów. Mniej przewidywalna przyszłość czeka tych, którzy ośmielą się szydzić z islamu, bo jego wyznawcy gotowi są bronić swej wiary przemocą, o czym dobrze wie każdy „bezkompromisowy demaskator”. Za to szydera z katoli jest nie tylko łatwa i bezpieczna, ale także szybko i hojnie wynagradzana.

Nie ma znaczenia fakt, że to chrześcijaństwo jest dziś religią najbardziej prześladowaną, że każdego roku za wiarę mordowane są setki chrześcijan. Wyczulone na prawa człowieka organizacje problemu nie dostrzegają, a jeśli już zostają zmuszone do zajęcia stanowiska (jak niedawno Parlament Europejski przez polskich posłów), baczą, by brzmiało ono mdło. A media nie wykazują zainteresowania trwającą eksterminacją chrześcijan, bo zajęte są przedstawianiem chrześcijaństwa jako prześladowcy, który nam zagraża.

Mateusz przywołuje Kazanie na Górze: „Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was”. A Herbert mówi: „Nagrodzą cię chłostą śmiechu”. Ale mówi także: „Musisz dać świadectwo”.

Nauczyliśmy się nie zauważać, puszczać mimo uszu, a co tam, przecież to drobiazg. Żeby nie robić wiochy, podobać się arbitrom elegancji. Tyle że te drobiazgi potężnieją, mnożą się, zmieniają świat wokół, życie nasze i naszych dzieci. Internetowa demokracja daje narzędzia działania. W USA istnieje wiele aktywnych organizacji broniących praw obywatelskich osób wierzących. My wolimy siedzieć cicho. Walec jedzie.

Maciej Pawlicki, “Uważam Rze”

Opublikowany w Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Warto wiedzieć, Z prasy, Świat innymi oczami | Otagowane: | Komentarzy: 49 »

Ojciec Louis Zhang

Posted by Dzieckonmp w dniu 02/09/2011

„W artykule opisano dziesiątki lat prześladowań religijnych katolików w komunistycznych Chinach na przykładzie moich osobistych doświadczeń z Ojcem Zhang i moich bliskich”

„Będziemy mieć nauczyciela języka francuskiego!”

Szepnęłam i siadając schwyciłam w podnieceniu rękę Rui Yin.

To była jej kolej czekać i walczyć o kilka cennych miejsc w bibliotece. Była dobrze zbudowana i mogła zazwyczaj przepchnąć się przez tłum studentek czekających na otwarcie drzwi biblioteki o 19:30. Tego wilgotnego i gorącego wieczora w 1979 roku, byłyśmy studentkami drugiego roku specjalizującymi się w  języku angielskim na Uniwersytecie Pedagogicznym w Anhui.

Nauka drugiego obcego języka była obowiązkowa aby móc zostać absolwentem. Rui Jin i ja zapisałyśmy się na francuski, ale przez ponad roku, uniwersytet nie był w stanie znaleźć nauczyciela.

„Naprawdę?” wykrzyknęła.

„Cicho ….  przez ciebie nas wyrzucą.”  Zauważyłam złe spojrzenia siedzących wokół nas i napisałam w moim notatniku dla niej: „Poszłam na obiad do domu. Sekretarz partii Ling poprosiła mojego ojca, żeby jutro sprawdzić tego nauczyciela francuskiego. Mój ojciec powiedział, że był on profesorem angielskiego. Ona rzekła, że to nie ma znaczenia, gdyż był jedynym, który znał trochę francuski.”

W następny wtorek rano, czekałyśmy niecierpliwie na naszą pierwszą lekcję francuskiego. Wątły stary garbus z czysto białymi włosami wszedł powoli do klasy. Stanął spokojnie na podium wpatrując się w ziemię.

Uczniowie spojrzeli na siebie, nie wiedząc, jak zareagować na takie zachowanie nowego nauczyciela. Po kilku minutach, otworzył usta, by coś powiedzieć, ale słowa zniknęły, zanim dotarły do jego gardła. Dwa ciągi łez płynęły powoli po jego pomarszczonych policzkach, jak perły.

„Stu… denci…” wyjąkał,  „wy… bacz…cie…mi…że… mówię…w…ten…sposób…Ja… nie.. mówi… łem…do… ludzi… przez…prawie… trzydzieści… lat. Moje… nazwisko… brzmi… Zhang.” Otarł łzy rękawem i ukłonił się.

W klasie było tak cicho, że słyszałam pojedyńcze cykanie świerszcza na zewnątrz. Ktoś zapytał nieśmiało: „Nauczycielu Zhang, z kim zatem Pan rozmawiał?”

„Z Bogiem” powiedział. Studenci wybuchnęli śmiechem. Religia wszelkiego rodzaju, zwłaszcza katolicyzm, zostały poprzez czystki wymazane z życia od komunistycznego przewrotu w 1949 roku. To był pierwszy raz, kiedy słyszałyśmy, żeby ktoś wyrzekł „Bóg” poważnym tonem.

„Gdzie Pan rozmawiał z Bogiem?” Ktoś inny zapytał, pół-szyderczo.

„Wię… zienie.” Kolejna krótka i wypracowana odpowiedź.

„Ach…”  Byłyśmy zaskoczone i milczałyśmy przez resztę lekcji.

Później dowiedziałam się, że Nauczyciel Zhang dostał się do więzienia, ponieważ był księdzem katolickim. Był zamknięty w jednej celi przez te wszystkie lata. Jego wiara w Boga utrzymywała go przy życiu. Został przydzielony jako nauczyciel do naszej uczelni po tym, jak wyszedł z więzienia.

Jego francuski, którego nauczył się jakieś czterdzieści lat temu, był niemal zapomniany. Często zatrzymywał się w połowie zdania, próbując przypomnieć sobie słowo lub frazę. Niemniej jednak, nikt nie narzekał na jego nauczanie.

Rozwinął się u mnie szczególny podziw dla niego. Moja mama była najmłodsza z ośmiorga dzieci w rodzinie. Jej trzeci brat i druga siostra wprowadzili ją w katolicyzm w 1940 roku.

Mój trzeci wuj był sławnym historykiem specjalizującym się w religii. Był torturowany i trzymali go w celi tak małej, że mógł tylko w niej siedzieć.

Moja druga ciocia była obiecującą 26-letnią studentką medycyny, kiedy trafiła do więzienia za swoją wiarę. Przebywała w pojedyńczej celi przez mniej więcej taki sam okres czasu jak nauczyciel Zhang. W tych godzinach samotności, zdjęta biała wełniana skarpeta, robiona na drutach posłużyła jej do zrobienia z jej nici różańca i na tak wykonanym różańcu modliła się.

Po aresztowaniu drugiej ciotki, moja babcia płakała dzień i noc, aż prawie straciła wzrok. Nawet kiedy umierała na raka, nie mieli okazji spotkać się po raz ostatni.

Moja matka zachowała swą wiarę w Boga. Kiedy mój ojciec trafił do więzienia za krytykę reżimu w Instytucie Stosunków Międzynarodowych w Pekinie, powiedziała kierownictwu, że ​​prześladowanie mojego ojca było jak zabicie Jezusa Chrystusa na krzyżu.

Mój czwarty Wujek nie był katolikiem. Czerwona Gwardia oskarżyła go o to, że jest zakonspirowanym katolickim księdzem. Pobili go strasznie, próbując zmusić go do przyznania się do przestępstwa, którego nie popełnił. Uciekł im i skoczył do Żółtej Rzeki z zamiarem popełnienia samobójstwa. Rybak wyciągnął go na brzeg. Czerwona Gwardia była wściekła. Siłą posadzili go na fotelu i wielkimi żelaznymi gwoźdźmi przebijali jego dłonie. Wujek oszalał.

Kilka tygodni po przyjeździe nauczyciela Zhanga mój ojciec został w pełni zrehabilitowany jako profesor języka angielskiego. Moja matka i młodszy brat wrócili z nim do Pekinu. Dzień przed wyjazdem, mama wzięła mnie na bok.

„Maomao, weź to.” Wcisnęła mi do rąk sznur paciorków swojego różańca. Nigdy nie rozmawiałyśmy o religii, ale wiedziałam, że była katoliczką. Był to jedyny religijny przedmiot, który była w stanie uratować po wielokrotnym splądrowaniu naszego domu przez Czerwoną Gwardię. Ukrywała go w kącie ze złamanymi  miotłami bambusowymi. Działalność religijna odbywała się w tajemnicy. W Chinach nie było można kupić ani Biblii ani żadnych innych przedmiotów religijnych.

„Mamo, ty to zatrzymaj.”

Poklepała moje ręce bez słowa. Schowałam więc go ostrożnie do mojej kieszeni.

Kilka miesięcy później, u Nauczyciela Zhanga zdiagnozowano raka wątroby. Poszłam odwiedzić go w szpitalu z kilkoma koleżankami z klasy. Był ciepły i pogodny jesienny dzień. Spadające liście tańczyły na wietrze i lądowały w chodniku by uschnąć.

Wyglądał blado. To co pozostało z jego białych włosów leżało luźno na poduszce. Nie wiedziałyśmy co powiedzieć i stałyśmy przy jego łóżku przez chwilę. Gdy tylko wyszłyśmy z pokoju, Rui Yin i ja zaczęłyśmy płakać. Wiedziałyśmy, że może to być ostatnia wizyta.

„Zostawiłam moją książkę w jego pokoju szpitalnym. Pobiegnę ją zabrać i dogonię was” powiedziałam, gdy byłyśmy już na ulicy.

Zamknęłam za sobą drzwi i uklękłam przy jego łóżku. Wyjęłam koraliki różańca powoli i wcisnąłem mu do ręki.

„Ojcze Zhang…” Nie mogłam powstrzymać łez.

Iskra podniecenia pojawiła się w jego oczach, łzy poczęły wsiąkać w poduszkę.

„Oh…. Czy…jesteś…katolikiem?”

„Moja mama jest. Proszę niech Pan to weźmie.”

„Niech Cię Bóg… Błogosławi…, Moje… Dziecko.” Podniósł drżącą dłoń w kierunku mojej twarzy. Nabrzmiałe żyły na ręce wyglądały tak jak u suchych liści na wietrze.

Przez ponad dwadzieścia lat prześladował mnie jego wizerunek. Zastanawiałam się, co sprawiło, że on i inni katolicy w Chinach przetrwali te lata cierpienia. Byłby to Bóg?

W zeszłym roku, postanowiłam w końcu, aby się tego dowiedzieć. Zaczęłam uczestniczyć w Obrzędach Inicjacji Chrześcijańskiej Dorosłych. Dowiedziałam się, między innymi, co znaczył dla mnie Ojciec Zhang i ucałowanie jego dłoni tamtego dnia – jak w katolickiej ceremonii. Wszystko co wtedy otrzymał ode mnie to były krople moich łez.

Będę ochrzczona na Wielkanoc.

Czy będę mogła ucałować twoje dłonie, gdy spotkamy się ponownie, Ojcze Zhang?

Emily Wu

Tłumaczył: Michał z Radomia

Serdeczne podziękowanie dla Michała za przetłumaczenie fragmentu artykułu o prześladowaniach w Chinach. Myślę że ten mały fragment pozwoli nam wyobrazić sobie jak wyglądało życie katolika w Chinach. Wazne tez jest to z tego powodu że model chiński jest dla masonerii modelem docelowym jaki chcą wprowadzić na całym świecie.

Opublikowany w Kościół, Prześladowanie Chrześcijan | Otagowane: , , , | Komentarzy: 8 »

Adoracja Pana Jezusa w Medjugorje, 31.07.2011

Posted by Dzieckonmp w dniu 18/08/2011

Adorujemy Cię Panie Jezu w tak smutnym czasie, gdy dużej liczbie naszych ukochanych księży grozi ekskomunika. Prosimy Cię Jezu bądź blisko nich, pociesz ich, dodaj im sił aby się nie załamali. Prosimy cię Jezu spraw by prześladowcy się nawrócili i jak najszybciej przyłączyli się do wszystkich kochających Ciebie.

 

Opublikowany w Film, Kościół, Medziugorje, Patriotyzm, Prośba o modlitwę, Prześladowanie Chrześcijan, Świat innymi oczami | Otagowane: , , | Komentarzy: 63 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 175 other followers