Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

Archive for Styczeń 2010

Wizja Kościoła wg św. Jana Bosko

Posted by Dzieckonmp w dniu 31 stycznia 2010


Jan Bosko – niezwykły nawet wśród świętych

Jan Bosko. Serce nieustannie tętniące modlitwą. Odważna, niewzruszona wiara. Powołanie, którym zawsze kierowała Maryja.

Otwarty, prostolinijny, poświęcony aż do granic fizycznego ryzyka. Pokorny i śmiały. Surowy i radosny zarazem. Wyrozumiały, skupiony. Nie wystawia się na widok publiczny, nie szuka przyjemności, kariery, a jednocześnie wielki syn Ojczyzny. Skromny, lecz przedsiębiorczy. Realista, człowiek praktyczny. Ubogi a hojny. Dobroduszny a bohaterski. Pobożny i nieskrępowany. Nie znosi werbalizmu, formalizmu, nie lubi dewocji, zewnętrznego nastawienia. Stale przebywa z Bogiem w rozgardiaszu codziennych spraw. Natchniony Ewangelią, pracowity, fascynujący uczeń Pański.

Kapłan, wychowawca, pisarz, wydawca, podróżnik, propagator misji zagranicznych, założyciel instytutów zakonnych, pionier prasy katolickiej, słynny obywatel. Wybitny pedagog, twórca chrześcijańskiej szkoły zawodowej, ojciec sierot i opuszczonych chłopców, inicjator apostolstwa laikatu, człowiek Kościoła i cudotwórca, oddany całkowicie Bogu, głęboki znawca spraw ludzkich, wychowawca świętych. Wspaniała zgodność natury i łaski jako dwóch czynników zlanych w jeden zespolony program życia.

Niezwykle oczytany. Zna łacinę, grekę, hebrajski. Zna dobrze klasyków włoskich. Interesuje się geografią, historią, naukami ścisłymi. Chce, by jego synowie duchowi znali wszystko jako pełnowartościowi kapłani i wychowawcy. Wbrew współczesnym, którzy nie rozumieli go i krytykowali, wysyła swoich księży na uniwersytety państwowe dla studiowania przedmiotów świeckich, aby posiadając odpowiednie tytuły mogli uczyć i oddziaływać na młodzież. Otwarty na rzeczywistości ziemskie, w zdobywaniu dusz dla Boga posuwa się aż do. zuchwałości. Chce dobru dać w społeczeństwie honorowe miejsce, uświadomić, szczególnie młodzież, że dobro jest silniejsze od zła.

Ubogacony szczodrze przez Opatrzność w dary charyzmatyczne uzdrawia ślepych, chromych, nieuleczalnie chorych, wskrzesza umarłego. Posiada rzadki dar bilokacji. Rozmnaża w sposób cudowny orzechy, kasztany, chleb Eucharystii. Czyta w sumieniach ludzkich, przepowiadając przyszłość jednostkom, Kościołowi, państwu, swojej wspólnocie zakonnej, przekonany o sobie, że jest tylko lichyrn narzędziem w ręku Boga.

Urodził się 16 sierpnia 1815 roku Becchi, w przysiółku należącym do gminy Castelnuovo d’Asti, w północnych Włoszech, około 40 km od Turynu, dokąd zawędruje jako kapłan, by tam założyć podwaliny pod wielkie dzieło chrześcijańskiego wychowania młodzieży, tej najbardziej potrzebującej opieki: zaniedbanej, opuszczonej, zagrożonej moralnie. Stamtąd dzieło jego wielką rzeką rozleje się na cały glob ziemski.

Jako dziecko musiał borykać się z ogromnymi trudnościami i wyrzeczeniami, niemal heroicznymi, niejednokrotnie poznając autentyczny smak głodu. W drugim roku życia traci ojca. Aby na siebie zarobić, chwyta się rozmaitych zawodów, od parobka stajennego począwszy, po pracę u krawca, szewca, stolarza, cukiernika. Wszystko po to, by równocześnie ukończyć szkołę średnią, otwierającą mu drogę do upragnionego kapłaństwa. Wyszukał przy tym czas, by nauczyć się grać na skrzypcach, pianinie, organach. Muzyka i śpiew znajdą w jego systemie wychowawczym poczesne miejsce, a doświadczenie wyniesione z praktyki zawodowej przybliży mu serca wychowanków, dla których założy różnego typu szkoły, umożliwiające im start w spokojną przyszłość.

Dziełu ewangelizacji młodzieży poświęca wszystkie siły, w myśl rzuconego hasła: „Daj mi dusze, resztę zabierz!”, kierując się w działaniu miłością i słodyczą św. Franciszka Salezego, którego obrał sobie za Patrona. Chcąc młodych uchronić od zepsucia, chwyta za pióro, rozwija kampanię dobrej książki, zakłada drukarnie służące propagandzie chrześcijańskiej. Dostarcza seminariom duchownym setki gorliwych kapłanów. Dla zbawienia dusz nie lęka się żadnych przeszkód, żadnych ofiar.

Zawsze skromny, ubogi, choć sławny. Poszukiwany kierownik duchowy. Doradca papieży. Mediator między Kościołem a rządem. Mówi słowa prawdy wielkim i małym, ministrom i panującym, przestępcom i zadufanym. Radosny przyjaciel. Mądry przewodnik. Entuzjasta Chrystusa i Ewangelii.

Utrudzony ponad siły umiera rankiem 31 stycznia 1888 roku, szeptając jeszcze w ostatniej chwili: „Czyńmy wszystkim dobrze, nie wyrządzajmy krzywdy!…”.

Emanuje z księdza Bosko „duchowość prostej codzienności, przepełniona działaniem i roztropnością, odporna na zmęczenie, wspaniałomyślna w dawaniu siebie w klimacie radości otwartej na horyzonty nadziei (…) duchowość natchniona żywym umiłowaniem Kościoła i opromieniona synowskim duchem maryjnym”. Jego optymizm i wiara zasługują na szczególne podkreślenie. Urzeka autentyzm.

Przypominając sylwetkę Jana Bosko (…), żywimy przekonanie, że w jego miłującej pedagogii niejeden może odnaleźć jeszcze dziś – a może tym bardziej właśnie dziś – bodźce skłaniające do samorealizacji modelu tej pięknej osobowości. Jego historyczny obraz podsuwa aspekty godne uważnych przemyśleń: szczery i prosty w postępowaniu, bezpośredni w kontakcie z ludźmi, bezpretensjonalny w sposobie bycia, święty o bardzo ludzkim obliczu. Przy tym stanowczy, odważny, wytrwały w pracy, zdecydowany w działaniu, zatopiony w Bogu. Altruista. Wierzy w siłę dobroci. Broni młodych przed nihilizmem, duchowym załamaniem i frustracją. Nasze pokolenie potrzebuje bohaterów na miarę księdza Bosko!

Mówi się o nim: niezwykły nawet wśród świętych. Jedna z tych postaci, których nie można nie znać, żyjąc w orbicie katolickiej kultury.

Objawienie – Wizja Kościoła

wizja Św. Jana Bosko

Wyobraź sobie, że jesteś ze mną na brzegu morza, albo lepiej na samotnej skale i że nie widzisz żadnego skrawka ziemi poza tym, jaki masz pod stopami. Na rozległej toni morskiej dostrzegasz niepoliczoną flotyllę okrętów ustawionych w szyku bojowym. Ich dzioby są podobne do ostrych zakończeń włóczni, tak że w cokolwiek uderzą, przebijają to na wylot i całkowicie niszczą. Okręty te są wyposażone w armaty, na ich pokładach jest wiele karabinów, są materiały zapalające i broń wszelkiego rodzaju, a także książki. Zbliżają się one w stronę okrętu o wiele większego i wyższego od nich i starają się uderzyć weń swymi dziobami. Próbują też go podpalić albo w jakikolwiek inny sposób go zniszczyć.

W eskorcie tej pełnego majestatu okrętu płyną liczne mniejsze statki, które otrzymują rozkazy za pomocą sygnałów i dokonują manewrów mających udaremnić ataki ze strony floty nieprzyjaciela. W pośrodku nieskończonej przestrzeni morskiej górują wysoko dwie kolumny, znajdujące się jedna niedaleko od drugiej. Na szczycie pierwszej znajduje się figura Niepokalanej Dziewicy, u której stóp widnieje duża tablica z napisem Auxilium Christianorum – Wspomożenie chrześcijan. Na drugiej, wiele wyższej i potężniejszej, umieszczona jest Hostia proporcjonalna w swej wielkości do kolumny, a poniżej widnieje inna tablica i słowa Salus Credentium – Zbawienie wiernych. Dowódcą okrętu jest Najwyższy Pasterz. On to, widząc wściekłość nieprzyjaciół i złych duchów, wśród których się znaleźli Jego wierni, decyduje się zebrać przy sobie kapitanów mniejszych jednostek, aby naradzić się, jak postąpić. Wszyscy kapitanowie wchodzą na pokład i stają przy Papieżu. Naradzają się, ale w międzyczasie zrywa się gwałtowny wiatr, który podnosi fale, tak więc dowódcy zostają odesłani z powrotem, by zająć się swymi okrętami. Sztorm na chwilę ucisza się i Papież zbiera kapitanów po raz drugi; tymczasem okręt flagowy płynie cały czas swoim kursem. Lecz przerażający sztorm ponownie uderza. Papież staje przy sterze i wszystkie siły poświęca sterowaniu okrętu ku dwóm kolumnom, z których szczytów zwisają liczne kotwice i haki połączone łańcuchami.

Wszystkie okręty nieprzyjaciela ruszają do ataku, usiłując za wszelką cenę zatrzymać okręt i zatopić go: jedni rzucają weń książkami i zapalnymi materiałami, których posiadają mnóstwo. Inni strzelają z karabinów i dział. Walka robi się coraz bardziej zacięta. Dzioby nieprzyjaciół uderzają gwałtownie, ale ich wysiłki i ciosy okazują się nieskuteczne. Próżne są ich wysiłki, przy których tracą siły i amunicję; wielki okręt płynie bezpiecznie i spokojnie swoją drogą. Czasem zdarza się, że pod strasznymi uderzeniami w jego burtach pojawiają się głębokie dziury. Ale w tej samej chwili łagodna bryza zaczyna wiać od dwóch kolumn, pęknięcia zasklepiają się, a przecieki natychmiast ustają. Tymczasem wybuchają działa napastników, psują się strzelby i inne rodzaje broni, łamią się dzioby i wiele okrętów rozsypuje się na kawałki i tonie w morzu. Wówczas oszalali nieprzyjaciele rzucają się do walki wręcz, uderzają pięściami, bluźnierstwami i przekleństwami. Nagle Papież pada ranny. Natychmiast ci, którzy są wokół niego, spieszą mu z pomocą i podnoszą go. Papież zostaje trafiony po raz drugi, znowu pada na pokład i umiera. Wśród nieprzyjaciół wybucha zwycięski, pełen radości okrzyk; z ich okrętów słychać nie do powtórzenia wyzwiska. Ale ledwo Papież umarł, już drugi zajmuje jego miejsce. Kapitanowie zebrawszy się razem wybrali Papieża tak szybko, że wieść o śmierci zbiegła się z wiadomością o wyborze następcy. Nieprzyjaciele zaczynają tracić ducha. Nowy Papież zmusza nieprzyjaciół do rozproszenia się i pokonując wszelkie przeciwności, prowadzi okręt wprost na dwie kolumny i ustawia go między nimi. Zakotwicza się szybko za pomocą lekkiego łańcucha, który zwisa od dziobu okrętu do kotwicy na kolumnie zwieńczonej Hostią. Za pomocą drugiego lekkiego łańcucha, który znajduje się na rufie przywiązuje się do drugiej kotwicy, która zwisa z kolumny z Niepokalaną Dziewicą na szczycie. W tym momencie następuje ogromne poruszenie. Wszystkie okręty walczące dotąd z Papieżem wpadają w panikę; uciekają, a w ucieczce zderzają się ze sobą, łamiąc się na kawałki. Jedne toną i próbują pociągnąć za sobą inne.

Tymczasem kilka małych okrętów, które dzielnie walczyły po stronie Papieża śpieszą, by przywiązać się do kolumn. Wiele innych, przełamawszy strach przed bitwą, ostrożnie obserwuje wszystko z oddali. Gdy wraki zniszczonych okrętów unoszą się na wśród wirów morskich, te, gdy przychodzi na nie kolej żeglują w skupieniu ku dwóm kolumnom, a dopłynąwszy przywiązują się do haków z nich zwisających, tak że są bezpieczne przy flagowym okręcie, na którym stoi Papież. Nad morzem zapada wielka cisza.”

Relikwie św. Jana Bosko w Bazylice Maryi Wspomożycielki w Turynie

źródło: http://www.bosko.pl

Posted in Kościół, Objawienia | Otagowane: , , | 11 komentarzy »

WIDZIAŁ NIEBO, PIEKŁO I CZYŚCIEC

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 stycznia 2010


Przeżycia z pogranicza śmierci ks. Jose Maniyangata

Ks. Jose Maniyangat jest obecnie proboszczem w kościele katolickim p.w.św.Maryi Matki Miłosierdzia w Macclenny na Florydzie. Poniżej przedstawiamy jego osobiste przeżycia.

Urodziłem się 16 lipca 1949 r. w Kerata w Indiach jako syn Józefa i Teresy Maniyangat. Jestem najstarszym z siedmiorga rodzeństwa: Jose,Mary,Theresa, Lissama, Zachariah, Valsa i Tom. W wieku 14 lat wstąpiłem do niższego Seminarium Duchownego św. Maryi w Thiruvalla, gdzie rozpocząłem studia przygotowujące do kapłaństwa. Cztery lata później wstąpiłem do Głównego Seminarium pontyfikalnego pod wezwaniem św. Józefa w Alwaye w Kerala, gdzie kontynuowałem moją dalszą formację kapłańską. Po odbyciu siedmioletnich studiów na wydziale filozofii i teologii, 1 stycznia 1975 r. otrzymałem święcenia kapłańskie, aby posługiwać jako misjonarz w diecezji Thiruvalla. W niedzielę 14 kwietnia 1985 r.w Święto Miłosierdzia Bożego, podczas przygotowań do odprawienia Mszy św. w kościele misyjnym w północnej części Kerala, miałem śmiertelny wypadek. Jechałem motocyklem, kiedy zderzyłem się czołowo z jeepem prowadzonym przez mężczyznę w stanie nietrzeźwym po festiwalu hinduskim. Niezwłocznie zostałem przewieziony do szpitala oddalonego około 35 mil. W drodze moja dusza wyszła z ciała – doświadczyłem przeżycia śmierci. Natychmiast spotkałem się z moim Aniołem Stróżem. Zobaczyłem moje ciało i ludzi, którzy wnosili mnie do szpitala. Słyszałem ich płacz i modlitwy za mnie. W tym samym czasie mój Anioł powiedział mi: „Zabieram cię do nieba, bo Pan chce spotkać się z tobą i porozmawiać. Powiedział mi również, że po drodze chciałby pokazać mi piekło i czyściec.

P I E K Ł O

Na początku Anioł zaprowadził mnie do piekła – to był straszny widok ! Zobaczyłem szatana i diabły, ogień nie do ugaszenia o temperaturze około 2000 stopni Fahrenheita ( 1093 st. C ), pełzające robaki, ludzi krzyczących i walczących, podczas gdy inni byli torturowani przez demony. Anioł powiedział mi, że wszystkie te cierpienia były spowodowane przez nieodżałowane grzechy śmiertelne. Później zrozumiałem, że jest siedem stopni cierpienia lub poziomów w zależności od liczby i rodzajów grzechów śmiertelnych popełnionych w czasie ziemskiego życia. Dusze wyglądały bardzo brzydko, okrutnie i przerażająco. To było straszne przeżycie. Widziałem ludzi, których znałem ale nie wolno mi ujawnić ich tożsamości. Grzechy, które skazały ich były to głównie grzechy ABORCJI, HOMOSEKSUALIZMU, EUTANAZJI , NIENAWIŚCI , NIEPRZEBACZENIA I ŚWIĘTOKRADZTWA. Anioł powiedział mi, że gdyby ż a ł o w a l i za nie, mogliby u n i k n ą ć p i e k ł a i zamiast tego pójść do czyśćca. Zrozumiałem również, że niektórzy ludzie, którzy żałowali za te grzechy, mogą być oczyszczeni na ziemi przez swoje cierpienia. W ten sposób mogą ominąć czyściec i pójść prosto do nieba. Zdziwiło mnie, kiedy zobaczyłem w piekle nawet księży i biskupów, których bym się nigdy nie spodziewał tam zobaczyć. Wielu z nich było tam, ponieważ zwiedli ludzi fałszywymi naukami i złym przykładem.

C Z Y Ś C I E C

Po wizycie w piekle mój Anioł Stróż zaprowadził mnie do czyśćca. Tutaj również jest siedem stopni cierpienia i nieugaszony ogień. Ale jest dużo mniej dotkliwy niż w piekle i nie było tam zarówno kłótni jak i walk. Głównym cierpieniem tych dusz jest ich odseparowanie od Boga. Część z tych, którzy są w czyśćcu, popełnilo wiele grzechów śmiertelnych ale zdążyli oni pojednać się z Bogiem przed swoją śmiercią. I chociaż te dusze cierpią, jednak cieszą się pokojem i zrozumieniem, że pewnego dnia zobaczą Boga twarzą w twarz.. Miałem okazję porozumienia się z duszami w czyśćcu. Prosiły mnie o modlitwy za nie i aby powiedzieć ludziom, żeby również się za nie modlili po to, by mogły wejść do nieba szybciej. Kiedy modlimy się za te dusze otrzymujemy ich wdzięczność poprzez ich modlitwy a kiedy wchodzą do nieba ich modlitwy stają się jeszcze bardziej chwalebne. Jest mi bardzo ciężko opisać jak piękny jest mój Anioł Stróż. Jest świetlisty i jasny. Jest moim nieustannym towarzyszem i pomaga mi we wszystkich moich posługach a zwłaszcza uzdrowicielskich. Doświadczam jego obecności wszędzie gdzie idę i jestem mu wdzięczny za jego opiekę w moim codziennym życiu.

N I E B O

Następnie mój Anioł zaprowadził mnie do nieba przechodząc przez wielki, oślepiający, biały tunel. Nigdy nie doświadczyłem tak wiele pokoju i radości w moim życiu. Później natychmiast niebo się otworzyło i usłyszałem najbardziej zachwycającą muzykę, jakiej nigdy przedtem nie słyszałem. Anioły śpiewały i oddawały chwałę Bogu. Widziałem wszystkich świętych zwłaszcza Najświętszą Panienkę i św. Józefa i wielu oddanych świętych biskupów i księży, którzy świecili jak gwiazdy. I kiedy stanąłem przed Panem, Jezus powiedział: „Chcę , żebyś wrócił na ziemię. W twoim „drugim” życiu będziesz instrumentem uzdrawiania i pokoju dla Moich ludzi. Pójdziesz do obcego kraju i będziesz mówił obcym językiem. Z Moją Łaską wszystko dla ciebie będzie możliwe”.

Po tych słowach Najświętsza Maria Panna powiedziała mi: „Zrób, cokolwiek ci powie. Ja ci pomogę w twoim duszpasterzowaniu”.

Słowa nie mogą wyrazić piękności nieba. Tam znajdziemy tak dużo pokoju i szczęścia, co przekracza miliony razy nasze wyobrażenia. Nasz Pan jest dużo bardziej piękniejszy, niż może to okazać jakikolwiek wizerunek. Jego twarz jest promieniująca i świetlista i dużo bardziej piękniejsza niż tysiąc wschodzących słońc. Obrazki, które widzimy w naszym świecie sa tylko cieniem Jego wspaniałości. Najświętsza Maria Panna stała obok Jezusa; była bardzo piękna i promieniująca. Żadnego z wizerunków jakie znamy na świecie nie można porównać z Jej prawdziwą pięknością. Niebo jest naszym prawdziwym domem. Wszyscy jesteśmy stworzeni, aby osiągnąć niebo i cieszyć się Bogiem na wieki. Później wraz z moim Aniołem wróciłem na ziemię. Kiedy moje ciało było w szpitalu, lekarz potwierdził mój zgon po zakończeniu wszystkich badań. Przyczyną śmierci było wykrwawienie. Moja rodzina została powiadomiona a ponieważ byli oni daleko stąd, pracownicy szpitala postanowili przenieść moje martwe ciało do kostnicy. Ponieważ szpital nie posiadał klimatyzacji istniało podejrzenie, że ciało mogłoby się szybciej rozkładac. W czasie przenoszenia mojego ciała do kostnicy moja dusza wróciła do ciała. Poczułem rozdzielający ból ze względu na tak wiele ran i połamanych kości. Zacząłem krzyczeć i wtedy ludzie wystraszyli się i krzycząc uciekali. Jeden z nich poszedł do lekarza i powiedział: „To martwe ciało krzyczy”. Lekarz przyszedł, żeby jeszczce raz zbadać moje ciało i stwierdził, że żyję. Powiedział: „Ksiądz żyje, to jest cud ! Zabierzcie go spowrotem do szpitala.”

Teraz już w szpitalu przeprowadzono mi transfuzje krwi i zabrano mnie na stół operacyjny, aby poskładac połamane kości. Zajęli się moją dolną szczęką, żebrami, kością miednicową , nadgarstkami i prawą nogą. Po dwóch miesiącach zostałem wypisany ze szpitala, ale mój ortopeda powiedział, że nigdy nie będę mógł chodzić. Wtedy mu odpowiedziałem „ Pan, który dał mi spowrotem moje życie i wysłał mnie na ziemię, uleczy mnie” Kiedy znalazłem się w domu, modliliśmy się wszyscy o cud. Po miesziącu, po ściągnięciu gipsu nie byłem w stanie się poruszyć. Ale pewnego dnia podczas modlitwy poczułem niezwykły ból w okolicach kości miednicowej. Po krótkiej chwili ból ustąpił całkowicie a ja usłyszałem głos mówiący: „Jesteś uzdrowiony. Wstań i idź „. Poczułem pokój i uzdrawiającą moc w moim ciele. Natychmiast wstałem i chodziłem. Chwaliłem Boga i dziękowałem Mu za ten cud. Przekazałem mojemu doktorowi wieści o moim uzdrowieniu, które wprowadziły go w zdumienie. Powiedział : „Twój Bóg jest prawdziwym Bogiem.Muszę pójść za Nim „. Doktor był Hindusem i poprosił mnie, abym przekazał mu wiedzę o naszym Kościele. Po nauce o naszej wierze ochrzciłem go i tak oto stał sie katolikiem.
Podążając za przekazem mojego Anioła Stróża 10 listopada 1986 r. przybyłem do Stanów Zjednoczonych jako ksiądz misjonarz…. Od czerwca jestem proboszczem w katolickim kościele św. Maryi Matki Miłosierdzia w Macclenny na Flrolydzie.

Ks. Jose Maniyangat

artykuł pochodzi z dwumiesięcznika MICHAEL
nr 40

Posted in Cuda, Objawienia, Szatan, Uzdrowienia, Świadectwa | Otagowane: , , , | 6 komentarzy »

Nowe spojrzenie na życie po pielgrzymce do Medjugorje

Posted by Dzieckonmp w dniu 29 stycznia 2010


Świadectwo Gabriel Paulino

Wielkie błogosławieństwa pielgrzymki w 2009 r.

Świadectwo Gabriela Paulino po jego pielgrzymce do Medjugorje we wrześniu 2009 r.
Wielką łaskę otrzymałem już w Brazylii, jako odpowiedź na swoje modlitwy

Po pierwsze dziękuję Matce Bożej Królowej Pokoju, że mogłem  przybyć przed Jej Boskiego Syna Jezusa i poprosić o wszystko czego potrzebuję.

Dziękuję lekarzom i przyjacielowi Mattos Dario, ponieważ on jest wielkim głosicielem wiadomości i próśb Matki Bożej w Medziugorju Niech zawsze będzie w stanie zrealizować wszystkie swoje inicjatywy ten jej syn umiłowany!

Zacznę moje opowiadanie  od 2001 roku, kiedy z powodu choroby siatkówki, straciłem możliwość patrzenia prawym okiem mimo wykonania kosztownej operacji leczenie wzroku w Brazylii..

Od 2008 roku zacząłem również tracić możliwość widzenia na drugie oko ( lewe), według lekarzy z powodu zaćmy. Przed pojawieniem się problemu zaćmy, nosiłem okulary, bo miałem 7 stopień krótkowzroczności. Wadę krótkowzroczności posiadałem od dzieciństwa. Zawsze więc byłem uzależniony od okularów.

Ponieważ trochę widziałem już tylko na jedno oko, choć z trudem, to bałem się poddać operacji chirurgicznej oka, bo już przeszedłem kilka zabiegów operacyjnych bez powodzenia na prawym oku, przez które nie widziałem już  więcej.
Pojechałem do Medjugorje w 2009 r. z pragnieniem w moim sercu aby otrzymać  jakiś znak od Matki Bożej dotyczący mojej operacji na drugie oko, jednak trzymałem  to w tajemnicy przed wszystkimi, którzy towarzyszyli mi w pielgrzymce.
Gdy dojechaliśmy do miasta Medjugorje, do tego słynnego „małego kawałka nieba”, zostaliśmy poinformowani, że w dniu (11/09/2009), będzie objawienie Matki Bożej na Górze Objawień o 22:00. Byłem już na takim  objawieniu w 2000 r. które było w  pomieszczeniu, ale to byłoby po raz pierwszy uczestnictwo gdybym mógł pójść na wzgórze  Podbrdo  gzie objawienie miał mieć  widzący Iwan, w scenerii  jak to miało miejsce na początku lat. Poczułem się mieszkańcem małej wioski, znanej na całym świecie.
Moja grupa kupiła kilka przedmiotów, które mają być pobłogosławione przez Matkę Bożą .Wśród nich znajdował się obraz, który jest obecnie w domu Stowarzyszenia Drogie Dzieci z Medjugorje. (www.queridosfilhos.org.br) w Florianópolis Na Podbrdo poszedłem polną drogą, gdzie są plantacje, a którą to wizjonerzy często chodzili, kiedy chcieli, aby przejść do Kościół Świętego Jakuba.
Idąc w górę wzgórza postanowiłem usiąść z grupą pielgrzymów, którzy modlili się na różańcu. Dowiedziałem się, że byli to włoscy pielgrzymi. Wzgórze było pełne ludzi.
Kiedy usłyszałem, że ludzie z proszą  o ciszę, od szczytu góry, zdałem sobie sprawę, że Objawienie się zaczęło.. Czułem bardzo duży pokój, i klęknąłem na kolana. Podziwiałem miejsce pojawienia się Matki Bożej a trwało to więcej niż 10 minut.
Kiedy zacząłem schodzić w dół wzgórza, czułem jakbym był bardzo lekki.
Schodząc z Góry Objawień, poczułem wiatr w oczy i pomyślałem sobie: „Jak mogę czuć wiatr na moich oczach, skoro noszę okulary?” Ku mojemu zdumieniu, zauważyłem że zszedłem ze  na wzgórzu objawień bez okularów. Nie wiem, jak je zgubiłem, bo nie robią nic bez nich. Nie rozumiałem, jak mogłem zejść w dół. Nie mogąc wytłumaczyć sobie tego udałem się do pensjonatu, gdzie mieszkaliśmy docierając tam wcześniej niż moja grupa która była przede mną  na przedzie.
W nocy śnił mi się jakiś facet który otwiera drzwi i zapala światło i mówi mi: „Będziesz wreszcie wolny od problemów, które towarzyszyły Ci przez całe życie” . Wróciłem następnego dnia na Górę Objawień w celu poszukiwania zgubionych niewytłumaczalnie okularów i nie udało mi się ich odnaleźć. Byłem również w biurze rzeczy znalezionych przy parafii  św. Jakuba i nikt nie przyniósł znalezionych okularów.
Czułem, że to jest znak o który prosiłem Matkę Bożą. Przed opuszczeniem Medjugorje, poszedłem do Cruz Azul, gdzie Mirjana ma objawienia  2 dnia każdego miesiąca i zapytałem w sercu, prosząc Maryję, czy mogłaby sprawić żeby zrobić zabieg w Fortaleza byłoby to tańsze dla mnie. Nawet nie wiedziałem, że chirurga, który robił operację mojego oka zawsze też wykonuje leczenie w Fortalezie.
Pielgrzym pożyczył mi swoje okulary, które przypadkowo były tej samej klasy i mogłem kontynuować podróż.
Po powrocie do Brazylii zacząłem chodzić na badania przed operacyjne. Stwierdzono, że oprócz zaćmy już bardzo zaawansowanej, mam 17 stopień krótkowzroczności i prawie 2 stopień starczowzroczności, że czynności takie jak czytanie , przejście przez ulicę  jest trudne do  wykonywania. Niesamowite, bo podczas podróży do Medjugorje, nie czułem takich problemów, że SA aż tak bardzo poważne.
Operacja została zaplanowana na 9 / 11/ 2009, (dzień objawień na wzgórzu w Medjugorje było 11 / 9 / 2009). Operacja zakończyła się sukcesem mój wzrok poprawił się bardzo szybko, a ku mojemu i lekarza  całkowitemu zaskoczeniu  mój wzrok został w pełni odzyskany. Jestem teraz w stopniach ZERO bez okularów! Tak jak Matka Boża mi pokazała 2 miesiące wcześniej!
Zostałem również w niewytłumaczalny sposób uzdrowiony z przewlekłego zapalenia zatok, które również towarzyszyło mi przez wiele lat. Pamiętam, że gdy widzący Ivan po objawieniu dnia 11/9/2009, powiedział: „Matka Boża modliła się bardzo długo za chorych. W tym dniu 11/09/2009, to 11 lat od ostatniego codziennego objawienia widzącego Jakova w czasie pobytu w Stanach Zjednoczonych Dokładnie trzy lata później, 11/09/2001, bliźniacze wieże upadły w USA.
Niech ludzie nigdy nie tracą nadziei w Bogu, i słuchają  wiadomości, które Bóg kieruje do nas za pośrednictwem Matki Bożej Królowej Pokoju

Gabriel Paulino/Fortaleza-CE Gabriel Paulino / Fortaleza-CE

Posted in Cuda, Medziugorje, Uzdrowienia, Świadectwa | Otagowane: , , , | 2 komentarze »

Baśń o wyspie i jej mieszkańcach

Posted by Dzieckonmp w dniu 29 stycznia 2010


Dawno , dawno temu , na oceanie istniała wyspa , którą zamieszkiwały emocje , pragnienia i ludzkie cechy:
-BOGACTWO
-DUMA
-SMUTEK
-DOWCIP
A wszystkich razem łączyła MIŁOŚĆ.

Pewnego dnia mieszkańcy wyspy dowiedzieli się że niedługo wyspa zatonie.
Przygotowali swoje statki do wypłynięcia w morze , aby na zawsze opuścić wyspę.
Tylko MIŁOŚĆ postanowiła trwać do ostatniej chwili,by pomóc wszystkim załadować się na statki.
Gdy pozostał jedynie maleńki skrawek lądu, MIŁOŚĆ poprosiła o pomoc.

Pierwsze podpłynęło BOGACTWO na swoim luksusowym jachcie. MIŁOŚĆ zapytała:
BOGACTWO , czy możesz mnie uratować?

-Niestety nie.Pokład mam pełen złota , srebra i innych kosztowności . Nie ma pośrod nich miejsca dla Ciebie .
odpowiedziało BOGACTWO.

Druga podpłynęła DUMA swoim ogromnym czteromasztowcem.

DUMO , zabierzesz mnie ze sobą ? – poprosiła MIŁOŚĆ.

Niestety niemogę cię wziąść ! Na moim statku wszystko jest uporządkowane , a TY mogłabyś mi to popsuć. Zresztą sama widzisz że nie pasujesz do mojego wytwornego czteromasztowca.
odpowiedziała DUMA i z dumą podniosła swoje piękne żagle.

Na zbutwiałej łódce podpłynął SMUTEK.

SMUTKU , zabiesz mnie ze sobą ! –poprosiła MIŁOŚĆ.

Och MIŁOŚĆ , ale ja jestem tak bardzo smutny , że wolę pozostać sam.
Niechcę Twojego towarzystwa – odrzekł SMUTEK i smutnie powiosłował w dal.

DOWCIP przepłynął obok MIŁOŚCI niezauważając jej. Był bowiem tak rozbawiony, że nie usłyszał nawet wołania o pomoc.

Wydawalo się , że MIŁOŚĆ zginie na zawsze w głębinach oceanu…

Nagle MIŁOŚĆ usłyszała:-

-Chodź! Zabiorę Cię ze sobą ! – powiedział nieznajomy starzec.

MIŁOŚĆ była tak szczęśliwa i wdzięczna za uratowanie jej , że zapomniała zapytać kim jest jej wybawca.

MIŁOŚĆ zapragnęła dowiedzieć się kim był ów tajemniczy starzec. Zwróciła się o poradę do MĄDROŚCI.

Powiedz mi proszę kto mnie uratował ?

– To był CZAS – odpowiedziała MĄDROŚĆ.

CZAS ?-zdziwiła się MIŁOŚĆ.

Dlaczego właściwie jemu zależało i mi pomógł ?

-Bo tylko CZAS rozumie , jak ważnym uczuciem w życiu każdego człowieka jest MIŁOŚĆ- odrzekła MĄDROŚĆ.

” Spieszmy się kochać ludzi

tak szybko odchodzą

Zostają po nich buty

i telefon głuchy ”

Ks.Twardowski.

Posted in Opowiadania | Możliwość komentowania Baśń o wyspie i jej mieszkańcach została wyłączona

Kto walczy z Kościołem, ten walczy z Chrystusem

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 stycznia 2010


Objawienia w Tre Fontane

Film – http://gloria.tv/?media=26007

W ciemnościach niewiary

Bruno Cornacchiola urodził się w 1913r. w stajni na przedmieściach Rzymu, ponieważ w tak skrajnym ubóstwie mieszkali jego rodzice. Został ochrzczony dopiero po powrocie swego ojca z więzienia. Dorastał i wychowywał się w bezbożnym środowisku rzymskich slumsów, w których mieszkali prawie sami kryminaliści i prostytutki. Imiona Boga, Chrystusa i Matki Bożej słyszał tylko wtedy, gdy dorośli przeklinali albo bluźnili. W domu Brunona trwały nieustanne kłótnie, przekleństwa i bicie dzieci. Starsze z nich na noc uciekały z domu, aby móc się spokojnie przespać. Bez butów, w podartym ubraniu, zawszony Bruno chodził spać na schodach Bazyliki św. Jana na Lateranie. Pewnego ranka zziębniętym chłopcem zainteresował się jakiś zakonnik, który zabrał go do klasztoru mniszek. Tam go nakarmiono, umyto, dano mu lepsze ubranie i – co najważniejsze – siostry zaczęły uczyć go katechizmu. Po 40 dniach przygotowania szesnastoletni Bruno przyjął pierwszą Komunię św. i sakrament bierzmowania. I na tym skończyła się, niestety, jego edukacja religijna. W wieku 20 lat został powołany do wojska, gdzie po raz pierwszy w swoim życiu miał pod dostatkiem jedzenia. Po zakończeniu służby wojskowej w 1936 r. Cornacchiola żeni się z dziewczyną, którą znał od dzieciństwa. Tylko dzięki jej naleganiom godzi się na ślub kościelny. W tym właśnie czasie Bruno zaczął się fascynować ideologią komunizmu i wstąpił do komunistycznej partii. Tam jego partyjni towarzysze przekonali go do wyjazdu z włoskim wojskiem na wojnę domową do Hiszpanii, by tam szpiegować i sabotować na rzecz komunistów. W Saragossie Cornacchiola spotkał pewnego niemieckiego żołnierza, który mu bardzo zaimponował, ponieważ ani na chwilę nie rozstawał się z Biblią. Żołnierz ten należał do protestanckiej sekty i zionął nienawiścią do papieża oraz Kościoła katolickiego. Rozmowy z nim sprawiły, że u Brunona awersja do Kościoła katolickiego przerodziła się w tak wielką nienawiść, że kupił sobie sztylet i napisał na nim „śmierć papieżowi”. Po zakończeniu w 1939 r. wojny domowej w Hiszpanii Bruno wrócił do Rzymu i rozpoczął pracę jako konduktor w przedsiębiorstwie komunikacji miejskiej ATAC. W tym też czasie nawiązał kontakt z Adwentystami Dnia Siódmego. Po szkoleniu w krótkim czasie został mianowany dyrektorem misyjnej młodzieżówki adwentystów w Rzymie i Lazio. Cornacchiola wyróżniał się zaangażowaniem i gorliwością w zwalczaniu kultu Matki Bożej, Kościoła katolickiego oraz papieża. W związku z tym w kwietniu 1947 r. otrzymał polecenie wygłoszenia mowy na placu Piazza della Croce Rossa, w której miał ośmieszyć kult Eucharystii i Matki Bożej. Był to dla niego wielki zaszczyt, pragnął, więc jak najlepiej przygotować to wystąpienie. Z tego właśnie powodu w sobotę 12 kwietnia razem z trójką swoich dzieci (11-letnią Isolą, 7-letnim Carlem oraz 4-letnim Gianfrankiem) udał się na peryferie Rzymu – do Tre Fontane, aby tam w spokoju, na łonie przyrody, przygotować swoje przemówienie; jednocześnie chciał pozwolić dzieciom wyhasać się do woli. Niedaleko drogi znalazł piękną polanę, na której rozbili swój obóz. Dzieci zaczęły się bawić piłką, natomiast ojciec z notatnikiem i Biblią, w skupieniu i z wielką gorliwością, przygotowywał swoje wystąpienie. Na okładce swego egzemplarza Pisma św. napisał: „To będzie śmierć Kościoła katolickiego z papieżem na czele”. Warto dodać, że Cornacchiola odznaczał się dużą inteligencją, miał łatwość wymowy i cięty język w dyskusjach, a przy tym był porywczy i gwałtowny.

Całym sercem nienawidził Kościoła katolickiego, papieża, kultu Matki Bożej oraz robił wszystko, aby jak najwięcej ludzi przekonać do swoich racji i uczynić ich wyznawcami sekty Adwentystów Dnia Siódmego.

ŚWIATŁO Z NIEBA

Kiedy Bruno siedział w cieniu eukaliptusa i przygotowywał swe przemówienie, w pewnym momencie jego dzieci zgubiły piłkę i prosiły go, aby pomógł im ją odnaleźć. Zanim Bruno wybrał się z siedmioletnim Carlem na poszukiwanie piłki, nakazał czteroletniemu Gianfrancowi, aby ten nie ruszał się z miejsca do czasu, aż wróci, a swą najstarszą córkę Isolę poprosił, by popilnowała braciszka. Schodząc po skarpie w dół, Cornacchiola co jakiś czas wołał do Gianfranca, chcąc się upewnić, że chłopiec jest na swoim miejscu. W pewnym momencie jednak nie usłyszał odpowiedzi i dlatego szybko wrócił na miejsce, gdzie pozostawił swego najmłodszego syna. Niestety, dziecka już tam nie było. Zaniepokojony zaczął wołać chłopca oraz szukać go w zaroślach i między skałami. Dopiero po dłuższym poszukiwaniu odnalazł czterolatka, który nieruchomo klęczał ze złożonymi rękami, wpatrzony w grotę, i powtarzał z zachwytem oraz nieopisaną radością: „Bella Signora!” (piękna Pani!). Dziecko nieustannie powtarzało te słowa, tak jakby się modliło i adorowało kogoś. „Co mówisz, Gianfranco? Co widzisz?” – pytał się ojciec. Chłopiec jednak nie odpowiadał; był tak zafascynowany tym, co widział, że ojciec nie mógł nawiązać z nim żadnego kontaktu. To dziwne zachowanie syna zdenerwowało Brunona, ale równocześnie napełniło go dziwnym lękiem. „Przecież nikt nie uczył moich dzieci modlitwy. Co to za dziwna zabawa, którą sobie wymyśliły?” – pytał sam siebie. „Czy to ty nauczyłaś Gianfranca bawić się w »Bella Signora«?” – zapytał córki. „W ogóle nie znam tej zabawy” – odpowiedziała Isola i dodała: „może ktoś tam jest?”. Potem podeszła do groty i upewniła się, że w środku nie ma nikogo. Wracając, dziewczynka nagle upadła na kolana, złożyła ręce i ze wzrokiem utkwionym w kierunku groty zaczęła powtarzać: „Bella Signora!”. Zdenerwowany ojciec pomyślał, że dzieci po prostu sobie z niego żartują. Zawołał Carla, który jeszcze szukał piłki, i spytał go:, „Co to za zabawa? Czyście się umówili?”. Chłopiec zdążył tylko odpowiedzieć ojcu, że nie zna tej zabawy, gdyż nagle również on ukląkł i pełen zachwytu mówił: „Bella Signora!”. Tego było już dla Cornacchioli za wiele. Poirytowany wrzasnął: „Dosyć z żartami, natychmiast wstawajcie!” – dzieci jednak w ogóle na to nie zareagowały. Wtedy z wielką złością chwycił Karola za ramiona, aby go postawić na nogi, ale okazało się to niemożliwe – chłopiec był jak posąg o kilkutonowej wadze. Próbował zrobić to samo z najmłodszym Gianfrankiem i najstarszą Isolą, ale również oni tkwili nieruchomo na klęczkach, niczym nieusuwalne kolumny z marmuru. To niesamowite doświadczenie napełniło Brunona przerażeniem. Wydawało mu się, że ktoś zaczarował jego dzieci. Pomyślał, że może w grocie jest jakiś czarownik albo katolicki ksiądz, który je hipnotyzuje. Zaczął, więc wołać, aby ten ktoś wyszedł na, zewnątrz, ale jedyną odpowiedzią było milczenie. Wówczas Cornacchiola zdecydował się wejść do groty, aby siłą swoich pięści przepędzić intruza.

W środku jednakże nie było nikogo. Próbował jeszcze raz podnosić klęczące dzieci, ale okazało się to absolutnie niewykonalne. Zaczął, więc w desperacji wzywać pomocy, lecz nie było na to żadnego odzewu – po prostu nikt go nie słyszał. Zrozpaczony powrócił do dzieci, które w dalszym ciągu klęcząc ze złożonymi rękami, powtarzały jak w transie: „Bella Signora!…”, „Bella Signora!…”. Bruno ponownie próbował nawiązać z nimi kontakt, ale ani jego córka, ani obaj synowie w ogóle na to nie reagowali. To było już dla niego za wiele, poczuł się bezsilny jak małe dziecko i w końcu zaczął płakać, powtarzając:, „Co tu się dzieje?”. Po chwili w tej swojej bezradności i lęku podniósł ręce i oczy do nieba z prośbą o pomoc: „Boże, tylko Ty możesz mi pomóc”. Gdy tylko wypowiedział te słowa, nagle zobaczył dwie śnieżnobiałe, przezroczyste ręce, które zbliżyły się do jego oczu, zdejmując z nich jakby łuski lub zasłonę. Poczuł się niedobrze, lecz po pewnym czasie został ogarnięty jakimś tajemniczym, nadzwyczajnym światłem; czuł, że doświadcza innej rzeczywistości, że jego dusza została wyzwolona z materialnego ciała. Ogarnęła go nieopisana radość i pokój, coś tak zdumiewająco pięknego, czego istnienia nigdy nie przeczuwał. Po pewnym czasie Bruno odzyskał zdolność widzenia i wtedy zauważył, że nagle z tego niezwykłego światła wyłoniła się postać młodej kobiety – średniego wzrostu, o ciemnej karnacji i semickich rysach twarzy, której piękna nie jest w stanie wyrazić ludzki język. Kobieta owa miała czarne włosy, ubrana była w płaszcz koloru zielonego sięgający aż do jej bosych stóp, a pod nim śnieżnobiałą suknię, przepasaną różową przepaską, i cała była otoczona aureolą złocistych promieni. W prawej ręce trzymała na piersi Biblię, a lewą rękę miała na nią nałożoną. W pierwszym odruchu Bruno chciał krzyknąć z zachwytu, ale nie mógł w ogóle wydobyć z siebie głosu. W międzyczasie na miejscu objawienia pojawił się cudowny zapach kwiatów. Cornacchiola padł na kolana obok swoich dzieci i w zachwycie, ze złożonymi rękami, także i on zaczął powtarzać: „Bella Signora!”. „Jeżeli ktoś otrzymał nadzwyczajną łaskę zobaczenia niebiańskiego piękna, nie może już niczego innego pragnąć jak tylko tego, by po śmierci móc cieszyć się nim w wieczności” – mówił po latach Bruno Cornacchiola.

Orędzie „pięknej Pani”

„Piękna Pani” zaczęła w pewnym momencie mówić do Brunona: „Jestem Dziewicą z Objawienia, a Objawienie to są słowa Boga, które mówią również o Mnie… Prześladujesz Mnie, ale już jest najwyższy czas, abyś z tym skończył. Wracaj do świętej wspólnoty Kościoła katolickiego”. Głos Matki Bożej brzmiał jak najsubtelniejsza muzyka, a Jej przepiękna postać promieniowała niebiańskim światłem miłości. Maryja rozmawiała z Cornacchiolą przez godzinę i dwadzieścia minut. Poruszyła oprócz tematów osobistych, dotyczących samego Brunona, również sprawy całego Kościoła, a w szczególności odnoszące się do księży, oraz przekazała specjalne orędzie dla Ojca Świętego. W pewnym momencie Matka Boża wskazała ręką na czarną sutannę oraz na połamany krzyż leżący w pobliżu Jej stóp i powiedziała: „To jest znak, że Kościół będzie cierpiał, doświadczy wielkiego prześladowania, a niektórzy porzucą kapłaństwo (…). Ty trwaj mocno w wierze”. Maryja uświadomiła Brunonowi, że będzie musiał przejść przez trudne doświadczenie duchowego cierpienia, że spotka się z niezrozumieniem, – ale nie powinien niczego się bać, gdyż Ona sama będzie otaczała go matczyną opieką. Prosiła go o to, aby dużo się modlił, codziennie odmawiał różaniec, czytał Pismo św., by jak najczęściej uczestniczył w Eucharystii, adorował Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie i regularnie przystępował do sakramentu pokuty. Prosiła również, aby w sposób szczególny modlić się o nawrócenie grzeszników, za niewierzących i o zjednoczenie chrześcijan w jednym Kościele. Mówiła: „Każde Zdrowaś Mario wypowiedziane z wiarą i miłością jest jak złota strzała, która dosięga Serca Jezusa”. Aby oddalić wszelkie wątpliwości, Matka Boża już wtedy, na trzy lata przed ogłoszeniem 1 listopada 1950 r. dogmatu o Jej Wniebowzięciu, powiedziała: „Moje ciało nie uległo rozkładowi. Mój Syn i aniołowie przyszli Mnie zabrać w momencie mojego przejścia z tego świata”. Pragnąc uwolnić Brunona od wszelkich wątpliwości dotyczących realności spotkania z Nią, Maryja powiedziała: „Chcę dać ci niezbity dowód, że to, co teraz przeżywasz, jest doświadczeniem Bożej rzeczywistości, a nie podstępnym działaniem złego ducha, jak niektórzy będą chcieli ci zasugerować. Do każdego spotkanego księdza masz zwracać się, wypowiadając następujące słowa: „Czy mógłbym z księdzem porozmawiać?”. Jeżeli on ci odpowie: »Ave, Maria, synu«, to będzie znak, że to jest właśnie ten kapłan, którego wybrałam. Otwórz przed nim swoje serce, a on wskaże ci innego księdza, mówiąc: »On ci przyjdzie z pomocą«”. Na koniec spotkania Matka Boża lekko się ukłoniła, odwróciła się i przeniknęła przez ścianę groty, powoli oddalając się w kierunku Bazyliki św. Piotra.

Przemiana

Carlo zaczął pierwszy krzyczeć: „Tato, patrz, jeszcze widać Jej zielony płaszcz” i z wyciągniętymi rękami pobiegł w kierunku groty za oddalającą się Matką Bożą; zderzył się jednak ze skałą i zaczął płakać z bólu. Kiedy dzieci wróciły do normalnego stanu swoich zmysłów, zaczęły jedno przez drugie pytać ojca:, „Kim była ta piękna Pani? Co ci powiedziała?”. „To była Matka Boża! Później wszystko wam opowiem” – odpowiedział Bruno. Był cały blady z powodu tego niespodziewanego, szokującego doświadczenia. Potem, jakby chcąc się jeszcze upewnić, że to nie był sen, zaczął kolejno pytać swoje dzieci, co widziały. Z ich odpowiedzi przekonały go, że one tak samo jak i on widziały „piękną Panią”, natomiast nic nie słyszały z tego, co mówiła. Dla Cornacchioli było to tym silniejsze przeżycie, że zupełnie nie mógł zrozumieć, dlaczego tak wielki grzesznik jak on otrzymał od Boga dar widzenia Matki Bożej. Najpierw razem z dziećmi zabrał się do usuwania z pieczary wszelkich nieczystości. Jak wspominał później: „Nagle, niespodziewanie cała ziemia, którą czyściliśmy w grocie, zaczęła intensywnie pachnieć. Kurz, który się unosił, także pachniał. Co za wspaniały, intensywny zapach! Ziemia pachniała, ściany w jaskini także – słowem wszystko tam pachniało. Ja popłakałem się z wielkiego wzruszenia, a dzieci z radości wołały: »widzieliśmy piękną Panią«!”. Po wysprzątaniu groty Bruno usiadł i na gorąco, w skrócie opisał, co się wydarzyło. Następnie na ścianie pieczary wyrył napis o takiej treści: „W tej grocie 12 kwietnia 1947 r. Najświętsza Maryja Panna objawiła się protestantowi Brunonowi Cornacchioli i jego dzieciom”. Kiedy skończył, powiedział do córki i synów: „Zawsze wam mówiłem, że w środku tabernakulum nie ma Jezusa, że jest to kłamstwo wymyślone przez księży. Teraz pokażę wam, gdzie jest Jezus”. Potem wszyscy razem zeszli z pagórka i udali się do pobliskiego kościoła w klasztorze Trapistów w Tre Fontane – miejscu męczeńskiej śmierci św. Pawła Apostoła. Kiedy weszli do świątyni, przez chwilę trwali w milczeniu, które przerwał Bruno. Wskazał dzieciom tabernakulum, powiedział im: „Piękna Pani powiedziała mi w grocie, że tutaj obecny jest Jezus. Wcześniej mówiłem wam, żebyście w to nie wierzyły, i dlatego zabraniałem wam się modlić. Teraz już wiemy, że tam jest Jezus. Módlmy się i adorujmy Go w milczeniu!”.

Gdy po skończonej modlitwie Cornacchiola z dziećmi wrócił do domu, jego żona Jolanda zauważyła, że jej mąż

ze wzruszenia ma oczy pełne łez i jest bardzo blady. Zaczęła, więc go pytać:, „co ci się stało?”. „Widzieliśmy Matkę Bożą” – odpowiedział, Bruno. I w tej samej chwili uświadomił sobie, jak wielką krzywdę wyrządzał dotychczas swej żonie. Często ją, bowiem bił i zdradzał; także noc poprzedzającą objawienie się Matki Bożej spędził poza domem, cudzołożąc ze swoją przyjaciółką. Świadomy ogromu zła, które popełnił, Cornacchiola ukląkł przed swą małżonką i płacząc, prosił ją o przebaczenie. Zaskoczona i wzruszona Jolanda również uklękła, a Bruno mówił: „Z całego serca przepraszam cię za wszystkie zdrady, cierpienia i przykrości, które ci wyrządziłem, i proszę, abyś mi to wszystko wybaczyła. Nauczyłem cię wielu złych rzeczy, bluźniłem przeciwko Eucharystii, Matce Bożej, papieżowi, księżom i sakramentom. I takiemu nędznemu grzesznikowi jak ja objawiła się Niepokalana Dziewica Maryja”. Objęci, zaczęli razem płakać, próbując po raz pierwszy w życiu wspólnie modlić się na różańcu. W takiej postawie zjednoczenia w modlitwie i we wzajemnej miłości trwali aż do rana.

Wypełnienie się zapowiedzi

Od dnia objawienia się Matki Bożej życie Cornacchioli zostało naznaczone wielkim cierpieniem. Duchowy wstrząs spowodowany nadprzyrodzonym doświadczeniem trwał nadal i był widoczny na jego twarzy oraz w jego postawie. Bruno przeżywał prawdziwą udrękę ducha w oczekiwaniu na znak, który obiecała mu dać Niepokalana. Nie był już wprawdzie protestantem, ale nadal oficjalnie nie wrócił do wspólnoty Kościoła katolickiego. Z tego powodu nie mógł się jeszcze wyspowiadać i dlatego w swoim sercu nieustannie nosił brzemię grzechów oraz ból i niepokój sumienia. Zgodnie z poleceniem Matki Bożej każdego spotkanego kapłana – czy to na ulicy, w tramwaju, czy też w kościele – natychmiast pytał, wypowiadając formułę, którą od Niej usłyszał: „Czy mógłbym z księdzem porozmawiać?”. Ale ich odpowiedzi były inne niż ta, którą przekazała mu Niepokalana. Mijały dni, a Bruno wciąż nie mógł znaleźć kapłana, o którym mówiła mu Matka Boża. Doprowadziło go to do wielkiej frustracji i zniechęcenia; czuł się coraz gorzej na duszy i ciele, aż w końcu przestał chodzić do pracy. Nawiedzały go nawet myśli samobójcze i bluźniercze. Zaniepokojona Jolanda pewnego dnia zapytała swego męża:, „Co się z tobą dzieje? Chudniesz w oczach”. „Minęło już 17 dni od objawienia, a ja wciąż nie mogę odnaleźć tego księdza, którego wskazała Maryja” – odpowiedział Bruno. Dopiero po rozmowie z małżonką zorientował się, że nie spotkał się jeszcze z duchownymi ze swojej parafii. Natychmiast się tam udał. Kiedy zobaczył młodego księdza, który wychodził z zakrystii, chwycił go za komżę i zapytał: „Czy mógłbym z księdzem porozmawiać?”. Wtedy usłyszał długo oczekiwaną odpowiedź, dokładnie taką, jaką podała Maryja: „Ave, Maria, synu”. „Jestem protestantem i chciałbym zostać katolikiem” – powiedział wówczas Bruno. Wtedy ów młody kapłan wskazał mu innego, starszego księdza, który był wtedy w zakrystii, mówiąc: ______„On ci przyjdzie z pomocą”. Dla Brunona stało się oczywiste, że to jest właśnie ten znak obiecany przez Matkę Bożą. Tym księdzem z zakrystii był Gilberto Carniel, który już wcześniej przygotował wielu protestantów pragnących powrócić do Kościoła katolickiego. To właśnie tego kapłana Cornacchiola brutalnie wyrzucił ze swego domu, kiedy ten w czasie kolędy przyszedł z wizytą duszpasterską do jego rodziny. Tym razem jednak Bruno klęknął przed nim i w skrócie opowiedział mu historię swojego nawrócenia. Wzruszony ksiądz Gilberto uściskał go i zobowiązał się przeprowadzić cykl katechez z nim oraz z jego żoną i dziećmi, aby przygotować ich wszystkich do powrotu do Kościoła katolickiego. Od tego czasu, kiedy wypełniła się zapowiedź Matki Bożej, Bruno odzyskał wewnętrzną równowagę. Oficjalny powrót do Kościoła katolickiego rodziny Cornacchiolów został wyznaczony na 8 maja. Dwa dni przed tym terminem Bruno udał się do groty objawienia w Tre Fontane, z gorącą prośbą o pomoc i zarazem w wielkiej tęsknocie za ponownym spotkaniem się z Maryją, gdyż kto tylko raz zobaczył Niepokalaną Dziewicę, do końca życia od tej tęsknoty się nie uwolni. Jak tylko dotarł do groty objawienia, natychmiast upadł na kolana i zaczął się żarliwie modlić. Po chwili w pieczarze pojawiło się niezwykłe światło, z którego wyłoniła się postać Matki Bożej. Maryja nic nie mówiła, tylko uśmiechała się i z miłością patrzyła na Brunona. To była dla niego największa nagroda i potwierdzenie słuszności drogi, którą obrał. Następnego dnia Cornacchiola i jego żona przystąpili do sakramentu pokuty i złożyli wyznanie wiary. W ten sposób oficjalnie wrócili, wraz ze swoimi dziećmi, do wspólnoty Kościoła katolickiego.

Po szczerze odbytej spowiedzi Bruno doświadczył ogromnej ulgi. Jezus całkowicie uwolnił go od ciężaru grzechów, który przygniatał go przez wiele lat; w końcu doświadczył wewnętrznej wolności oraz nieopisanej radości i pokoju. Od tego czasu Bruno Cornacchiola regularnie się spowiadał i codziennie uczestniczył w Eucharystii, gdyż wiedział, że stan grzechu ciężkiego i brak łaski uświęcającej jest najtragiczniejszą sytuacją, w jakiej może się znajdować człowiek.

Nowe sanktuarium

22 i 30 maja 1947 r. Bruno udaje się do Tre Fontane. Podczas modlitwy różańcowej objawia mu się tam Matka Boża. Cornacchiola ze smutkiem konstatuje, że grota jest miejscem schadzek i grzechów nieczystych. Dlatego pisze apel i zawiesza go przy wejściu do jaskini: „Nie profanujcie tego miejsca grzechami nieczystymi. Kto trwa w tych grzechach, niech złoży je u stóp Dziewicy Objawienia, niech idzie do spowiedzi i pije z tego źródła nieskończonego miłosierdzia. Maryja jest słodką Matką wszystkich grzeszników. Oto, co uczyniła dla mnie, grzesznika: byłem wojującym sługą Szatana w sekcie protestanckiej, nieprzyjacielem Kościoła i Dziewicy Maryi; tutaj 12 kwietnia 1947 r. dla mnie i moich dzieci objawiła się Dziewica Objawienia, prosząc, abym wrócił do Kościoła katolickiego, apostolskiego, rzymskiego (…). Nieskończone Miłosierdzie Boga zwyciężyło tego nieprzyjaciela, który teraz u Jego stóp błaga o przebaczenie i litość. Kochajcie Ją, Maryja jest naszą kochającą Matką. Kochajcie Kościół z jego dziećmi! On jest płaszczem, który chroni nas przed piekłem rozprzestrzeniającym się w świecie. Dużo się módlcie, a wtedy oddalicie pokusy ciała. Módlcie się!”.

Po kilku dniach apel ten znalazł się w komisariacie policji, która w krótkim czasie odszukała jego autora. Przesłuchano szczegółowo Brunona oraz jego dzieci i stwierdzono, że nie kłamią. Po pojawieniu się artykułów o objawieniach w Tre Fontane w takich dziennikach, jak Il Messaggero, Il Popolo, Il Giornale d’Italia tłumy ludzi zaczęły przybywać do groty objawienia. Przybywali również nieuleczalnie chorzy, z których wielu zostało cudownie uzdrowionych. Szybko rozprzestrzeniające się wiadomości o uzdrowieniach i powtarzających się cudownych zjawiskach „wirującego słońca” jeszcze bardziej zwiększały napływ pielgrzymów. Cornacchiola w dalszym ciągu pracował jako tramwajowy konduktor, lecz od czasu swego nawrócenia codziennie modlił się na różańcu, czytał Pismo św. i uczestniczył we Mszy św., regularnie się spowiadał i angażował się w życie swojej parafi i. Ponadto często udawał się do groty w Tre Fontane, aby się tam modlić i opowiadać pielgrzymom historię swojego nawrócenia. Bruno szybko się zorientował, że nawrócenie to nie jest jednorazowy akt, ale proces przemiany serca, który ma trwać przez całe życie. Sprawcą zaś tej przemiany jest sam Chrystus, ale przy nieustannej zgodzie i współpracy człowieka. Podejmując trud życia wiarą, na co dzień, Bruno rozumiał, jak bardzo aktualne są słowa Jezusa:, „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Mk 8, 34) oraz „Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują” (Mt 7, 14).

9 października 1949 r. Bruno Cornacchiola miał szczęście spotkać się na audiencji z papieżem Piusem XII. Ze łzami w oczach opowiedział Ojcu Świętemu o swoim nawróceniu, a wręczając mu swoją Biblię, mówił: „To jest protestanckie Pismo św., które błędnie interpretowałem – i przez to uśmierciłem wiele dusz ludzkich”. A kiedy przekazywał Piusowi XII sztylet z napisem „śmierć papieżowi”, mówił z płaczem: „Proszę o przebaczenie,

gdyż przy użyciu tego sztyletu planowałem zamach na Jego Świątobliwość”. Ojciec Święty pobłogosławił wówczas Brunona i z uśmiechem odpowiedział: „Drogi synu, w ten sposób dałbyś Kościołowi nowego męczennika, a dla Chrystusa kolejne zwycięstwo miłości”. Do końca swoich dni Bruno Cornacchiola odważnie głosił Ewangelię słowem i przykładem chrześcijańskiego życia. Zmarł w opinii świętości w 2001 r. W 1956 r. opieka nad grotą została powierzona ojcom franciszkanom konwentualnym. W roku 1982 zakończono budowę nowej kaplicy, natomiast 12 kwietnia 1987 r., z okazji 40 rocznicy objawień Matki Bożej, kard. Ugo Poletti przewodniczył tam uroczystej Mszy św. Dziesięć lat później Ojciec Święty Jan Paweł II zatwierdził nazwę tego miejsca:

„Święta Maryja Trzeciego Tysiąclecia przy Trzech Fontannach”. opr. ks. Mieczysław Piotrowski TChr

(źródła: Angelo Maria Tentori: La BellaSignora delle Fontane, Paoline 2000; Mario Pacifi co: La Vergine della Rivelazione alle Tre Fontane: storia, pietā, messaggio, Roma 1993)

Objawienia w Tre Fontane

Matka Boża objawiła się fanatycznemu protestantowi Brunonowi Cornacchioli, który – tak jak św. Paweł – przed swoim nawróceniem z wielką gorliwością prześladował wyznawców Chrystusa. Maryja objawiła się w Tre Fontane, czyli w pobliżu miejsca męczeństwa św. Pawła Apostoła, który został ścięty na rozkaz cesarza Nerona w 67 r. Z relacji świadków egzekucji wiemy, że głowa Apostoła po tym, jak została odcięta jednym uderzeniem miecza, trzy razy odbiła się od ziemi – i w tych właśnie miejscach wytrysnęły źródła wody. Z tym zdarzeniem jest związana nazwa tego miejsca: Tre Fontane –trzy źródła. Wybudowano tam kościół i opactwo trapistów, gdzie można oglądać marmurową kolumnę, przy której dokonano egzekucji św. Pawła. To nie jest przypadek, że Matka Boża wybrała właśnie to miejsce, aby przekazać swoje orędzie protestantowi, który nienawidził Kościoła i papieża.

Kochaj Kościół i papieża

Maryja Niepokalana w pierwszych swoich słowach skierowanych do Cornacchioli powiedziała: „Prześladujesz mnie, ale jest już najwyższy czas, abyś z tym skończył. Wracaj do świętej wspólnoty Kościoła katolickiego”. Matka Boża w dalszych słowach uświadomiła mu, że nie można wierzyć w Chrystusa i równocześnie walczyć z Kościołem, gdyż Kościół jest świętą owczarnią Chrystusa. Kościół to Chrystus, który powołuje do wspólnoty ze sobą wszystkich bez wyjątku grzeszników, gdyż pragnie ich uwalniać od grzechów i czynić świętymi, – czyli dojrzałymi do nieba. Kto walczy z Kościołem, ten walczy z Chrystusem, kto odrzuca Kościół – odrzuca Chrystusa.

Matka Boża uprzedziła Brunona, że Kościół doświadczy wielkiego prześladowania, że niektórzy porzucą kapłaństwo, że będą skandale, zdrady, a on sam znajdzie niezrozumienie.

Najbardziej bolesne ataki na Kościół pochodzą od tych, którzy trwają w grzechu, chociaż sami uważają się za członków Kościoła. W swoim życiu nie kierują się nauką Chrystusa, ale własnymi egoistycznymi upodobaniami. Gorszącym przykładem swojego życia i głoszeniem błędnej nauki wielu prostych ludzi wprowadzają na drogę prowadzącą do zguby wiecznej. To są najwięksi prześladowcy Kościoła. W świętej

owczarni Kościoła są jak drapieżne wilki w owczych skórach. Matka Boża wezwała Brunona, aby nigdy nie upadał na duchu i nigdy się nie zniechęcał, lecz trwał mocno w wierze, w całkowitym posłuszeństwie papieżowi i nauce Kościoła. Matka Boża odesłała Brunona do kapłana, aby go prowadził na drogach wiary. Uświadomiła mu, jak wielkim darem jest sakrament kapłaństwa, dzięki któremu w sakramentach – a szczególnie w sakramencie pokuty i w Eucharystii – można najpełniej spotykać się z Chrystusem, który przebacza wszystkie grzechy i dzieli się z nami swoim zmartwychwstałym życiem. Matka Boża uświadomiła także Cornacchioli, który planował zabić papieża, że nie ma prawdziwego Kościoła bez jedności z papieżem. Dlatego wezwała go, aby ukochał papieża, gdyż każdy biskup Rzymu z ustanowienia Chrystusa jest Jego widzialnym zastępcą na ziemi i następcą św. Piotra, a przez to pasterzem całego Kościoła, zwierzchnikiem wszystkich biskupów. Dzięki tej szczególnej misji, którą Chrystus powierza każdemu papieżowi, otrzymuje on również dar nieomylności wtedy, gdy naucza w sprawach wiary i moralności oraz definiuje objawione przez Boga prawdy wiary. „Gdzie jest Piotr, tam jest Kościół” – uczył św. Ambroży.

Kochaj Pismo św. i nauczanie Magisterium Kościoła

Matka Boża objawia się Brunonowi Cornacchioli, trzymając Pismo św. na swoim sercu. „Dlaczego Matka Boża

objawiła się z Biblią?” – pisał po latach Bruno. „Dlatego, że ja przybyłem na to miejsce z protestancką Biblią, aby w niej znaleźć argumenty do zwalczania dogmatów katolickiej wiary. Zacząłem pisać swoje przemówienie od stwierdzenia: »Maryja nie jest Dziewicą, nie jest Niepokalaną, nie jest Wniebowziętą«. Matka Boża powiedziała mi, że to, co na Jej temat chcę napisać, jest błędem. Pokazała mi Biblię, mówiąc, że tam zawarte jest wszystko, czego o Niej uczy Kościół katolicki”. Cornacchiola zrozumiał, że jeżeli odrzuca się prawdę, że Maryja jest Matką Bożą, Niepokalanie Poczętą zawsze Dziewicą, Wniebowziętą, to nie można wejść w pełnię Objawienia, nie można zrozumieć w pełni dzieła zbawienia, którego dokonał Jej Syn – Bóg-Człowiek Jezus Chrystus. Maryja powiedziała Brunonowi: „Jestem tą, która jest w Trójcy św.”. To znaczy, że Jej wyjątkowa relacja, jako ludzkiej osoby, do każdej z Osób Trójcy św. wynika z faktu, że w Jej łonie Syn Boży stał się prawdziwym człowiekiem. Maryja od momentu poczęcia całkowicie należy do Boga; jest absolutnie czysta, wolna od wszelkiego skażenia grzechem i dlatego może stać się Matką Syna Bożego. W ciągu ziemskiego życia odznaczała się prawdziwym heroizmem wiary i wypełniania woli Boga. Przez swoją wiarę i współcierpienie z Chrystusem w Jego męce i śmierci stała się Matką wszystkich ludzi w porządku łaski. Z Jej absolutnej czystości wynika szczególne piękno i nadprzyrodzona moc, która miażdży Szatana. Matka Boża trzymała Pismo św. na swoim sercu, tak jak swojego Syna Jezusa. W ten sposób uświadomiła nam, jak bezcennym skarbem jest Pismo św., gdyż Bóg daje nam w Nim odpowiedź na wszystkie nasze pytania i problemy. Zaprasza nas do codziennego czytania i medytowania tekstów biblijnych. Równocześnie Matka Boża uświadomiła Brunonowi, mówiąc mu o papieżu i Kościele, że Objawienie nie ogranicza się do Pisma św., ale zawarte jest także w Tradycji Kościoła, – czyli w tym wszystkim, co w tradycji ustnej i w doktrynalnych orzeczeniach Magisterium Kościoła przekazuje się z pokolenia na pokolenie, zgodnie z zapowiedzią Chrystusa:, „Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 13); „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia” (2 P 1, 20). Ostateczną wiarygodną interpretację tekstów Pisma św. daje tylko Magisterium Kościoła. Istnieje więc podwójne źródło dostępu do Objawienia, a jest nim Pismo św. i Magisterium Kościoła.

Bruno Cornacchiola porzucił Kościół z powodu swej ignorancji – nieznajomości prawd objawionych. Również dzisiaj wskutek braku znajomości Ewangelii i prawd wiary wielu opuszcza Kościół i zdradza Jezusa, przechodząc do różnych sekt, religii lub żyjąc tak, jakby Bóg nie istniał. Z powodu zwykłej ignorancji ludzie porzucają największy skarb, jakim jest przynależność do Chrystusa obecnego w Kościele katolickim. Dlatego zawiniona nieznajomość prawd wiary katolickiej i Pisma św. jest wielką winą. Ojciec Święty Pius XII powiedział o tym bardzo wyraźnie: „Kościół boi się tylko jednego nieprzyjaciela – ignorancji, braku znajomości wiary katolickiej”.

Bądzcie rzeczywiście nawróconymi

Matka Boża wezwała Brunona do nawrócenia, które musi być związane z rozpoznaniem swoich grzechów, odrzuceniem i znienawidzeniem ich, z żalem i postanowieniem poprawy oraz z zadośćuczynieniem za wyrządzone zło. Dlatego tak ważne jest regularne korzystanie z sakramentu pokuty oraz jak najczęstsze uczestniczenie w Eucharystii. Eucharystia to sam Chrystus, który uobecnia swoje dzieło zbawienia, – dlatego jest szczytem i sercem życia Kościoła. Niepokalana prosiła o wytrwałą, codzienną modlitwę. W sposób szczególny prosiła o modlitwę różańcową: „Pamiętaj, synu – mówiła do Brunona – że różaniec nie jest modlitwą skierowaną tylko do Mnie, lecz do Trójcy św., w której jestem obecna. Zapamiętaj: różaniec uczy pokory, posłuszeństwa, miłości i chroni przed niebezpieczeństwami w świecie, zagrożeniami moralnymi, pokusami przeciw wierze, przed zagrożeniami dla pokoju, rodzin i całej ludzkości. Synu mój, różaniec jest małą Ewangelią, bastionem przeciwko atakom sił zła. Módl się, a będziesz mocny. Ja będę z tobą. To jest obietnica Matki”. Innym razem Niepokalana wzywała: „Módlcie się i czyńcie pokutę. Prawdziwa pokuta to wzajemna miłość i przebaczenie, a więc życie przykazaniem miłości bliźniego. Codzienna wzajemna miłość i przebaczenie kosztują więcej aniżeli najcięższe posty lub inne wyrzeczenia”.

Cud słońca

12 kwietnia 1980 r., w rocznicę objawień, podczas Mszy św. odprawianej przy grocie w Tre Fontane zgromadzeni ludzie byli świadkami spektakularnego cudu wirowania słońca, który trwał 30 minut. Cud ten zapowiedziała Matka Boża pięć miesięcy wcześniej, objawiając się Brunonowi Cornacchioli. Świadkowie widzieli, jak słońce zawisło nad grotą objawień i zaczęło wirować w środku, formując literę M otoczoną gwiazdami i aureolą światła, która zmieniała swoje kolory. Po pewnym czasie litera M zmieniła się w Hostię z napisem „IHS”, a później pojawiły się postacie Jezusa i Maryi. Apokalipsa św. Jana mówi o Dziewicy obleczonej w słońce. Jest to znak, że Maryja jako pierwsza z ludzi została wzięta z duszą i ciałem do nieba i uczestniczy w życiu Boga Trójjedynego. Objawiając się 23 lutego 1982 r., Matka Boża powiedziała Brunonowi o kolejnym planowanym zamachu na papieża Jana Pawła II. Proroctwo to spełniło się 12 maja 1982 r. w Fatimie, kiedy to udaremniono próbę zamachu na Ojca Świętego. Cud słońca w Tre Fontane powtarzał się wielokrotnie, między innymi 12 kwietnia 1982 r., a ostatni miał miejsce 12 kwietnia 2006 r. Tak go opisuje naoczny świadek Daria P.: „Po Mszy św. w sanktuarium przy Trzech Fontannach odebrałyśmy telefon z Genui z zawołaniem: »Widzicie słońce?«. Wyszłyśmy szybko na taras, skąd bez problemu mogłyśmy patrzeć w słońce. Wirowało ono, przybierając różne kolory, a wśród nich zielony, biały i różowy.

Chwilami stawało się podobne do białej Hostii. Pulsowało też jak serce. Zjawisko to trwało około 20 minut i dostarczyło nam wielkiej duchowej radości i pokoju”.

Dzielić się skarbem wiary

Matka Boża w Tre Fontane nie tylko wzywała swoje dzieci do ciągłego poznawania i pogłębiania swojej wiary, ale również do tego, aby dzieliły się tym skarbem z innymi ludźmi. Mówiła do Brunona: „Nawracaj się każdego dnia, ale staraj się również, aby ten skarb wiary przyjmowała także twoja rodzina, twoi współpracownicy, sąsiedzi oraz wszyscy spotykani przez ciebie ludzie. Ci, których spotykasz, są ci powierzeni przez Jezusa.

Oczekują od ciebie znaków wiary, chrześcijańskiego świadectwa i nadziei. Nie myśl tylko o sobie samym. Im więcej będziesz się dzielił wiarą z innymi, tym więcej będzie ona rosła w tobie”.

ks. Mieczysław Piotrowski

Kto walczy z Kościołem, ten walczy

z Chrystusem, kto odrzuca Kościół

– odrzuca Chrystusa

Aby realizować wezwanie Matki Bożej z Tre Fontane i strzec z żarliwą miłością słowa Bożego, szerzyć

Boże Objawienie w jedności z Magisterium Kościoła i w miłości do Eucharystii, do Niepokalanej oraz

do Ojca Świętego, powstała żeńska wspólnota zakonna – Zgromadzenie Misjonarek Bożego Objawienia.

„Zrezygnowałyśmy ze wszystkiego, ale nie z miłości. Co więcej: właśnie dlatego, że jesteśmy wolne

od ziemskich więzów, możemy całkowicie oddać się innym. Czyż nie jest to wspaniała przygoda, Boża

przygoda? Chodź i zobacz (J 1, 46)”.

Jeżeli Jezus powołuje Cię do tej wspólnoty, napisz na adres:

http://www.divinarivelazione.org

missionarie@divinarivelazione.org

Lungotevere dei Vallati,10 00186 ROMA

Tel. 0039 06 68301758

Objawienia w Tre Fontane

źródło: Miłujcie się

Posted in Objawienia, Z prasy | Otagowane: , , | 8 komentarzy »

Świadectwo nawróconego Żyda

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 stycznia 2010


Moja żona Suzanne, która jest katoliczką od urodzenia, po raz pierwszy usłyszała o Medziugorju w 1983 r.

Przechowywała w swojej pamięci opowiadania o Bernadetcie i objawieniach w Lourdes, opowiedziane przez siostry zakonne podczas jej odwiedzin w klasztorze, gdy była jeszcze dzieckiem i natychmiast uznała objawienia Matki Bożej w Medziugorju za pochodzące od tej samej Matki Bożej. Żywiła głębokie przekonanie, że sama Matka Boża przyzywa ją do tego miejsca i błagała mnie, bym zawiózł ją tam. Powiedziałem jej wówczas: „To bardzo niesprawiedliwe, że oczekujesz ode mnie, że pojadę do katolickiego Sanktuarium, gdzie odprawiane są publiczne nabożeństwa, podczas których czuję się nieswojo i jeślibyś naprawdę mnie kochała, to nie prosiłabyś mnie, abym pojechał tam z tobą”. Odpowiedziała mi: „Bernardzie, gdybyś mnie kochał, to byś mnie tam zawiózł.” Jednak nie pojechaliśmy.

Dziewięć miesięcy później, w sierpniu 1983 roku, pojechaliśmy na wakacje do Dubrownika.To Sue zdecydowała, że powinniśmy tam pojechać. Nie byłem zbyt skłonnym jechać na wakacje do komunistycznego kraju, ale pojechałem tam, aby sprawić jej przyjemność. W trakcie pobytu na miejscu poprosiła mnie, bym zawiózł ją do Medziugorja tylko na jeden dzień. Już w momencie, gdy wybrała Dubrownik na wakacje, zdałem sobie sprawę, że miała coś innego na uwadze, więc tym razem, aby ją zadowolić, zgodziłem się odwiedzić Sanktuarium tylko na jeden dzień. Ku mojemu zdumieniu, kiedy przybyliśmy na miejsce wszystko było tam bardzo normalne, nie było żadnych publicznych pokazów pobożności na wielką skalę, nikt bijąc się w piersi nie leżał na ziemi, nikt nie zakładał worów pokutnych i nie posypywał się popiołem, byli tam sami zwykli ludzie, tacy jak Sue i ja. Mieszkańcy byli w stosunku do na bardzo życzliwi i okazali nam taką gościnność, jakiej nigdy dotąd nie zaznałem. Słyszałem wcześniej, że katolicy w tamtych stronach są antysemitami, ale kiedy powiedziałem im, że jestem Żydem odebrałem od nich jeszcze więcej życzliwości i czułem się bardzo zrelaksowany w trakcie całego pobytu. Około godziny 5-ej znaleźliśmy się w pobliżu kościoła, gdzie odmawiano różaniec i tam spotkaliśmy kogoś znajomego z Londynu; była to kobieta o nazwisku Anita Curtis. Gdy zobaczyła mnie powiedziała: „Och, to świetnie, że Żyd jest pośród osób odwiedzających Medziugorje; Matka Boża bardzo ucieszy się widząc was tutaj” Zasugerowała, że mógłbym udać się do pokoju, gdzie miało mieć miejsce Objawienie, ale pomyślałem, że nie byłoby to rzeczą stosowną, bo nie wierzę w to, co się tam dzieje, nie znam jeszcze samego Pana Jezusa, a cóż dopiero Jego Matkę i naprawdę nie wierzę w to, że Ona może ukazywać się sześciu młodym osobom. Znalazłem się obok prezbiterium stojąc w tłumie innych ludzi. Wszyscy błagali siostrę Janę, która w tym czasie posługiwała i ojca Tomislava Pervana, który był proboszczem, aby pozwolili im przebywać pokoju w czasie objawienia. Anita Curtis powiedziała Siostrze Janie, że jestem Żydem i że powinienem wejść do pokoju objawień, ponieważ Nasza Matka Boża ucieszy się na mój widok. W tym samym czasie zauważyłem, że była tam Włoszka, która miała bardzo chore dziecko. Płakała i błagała siostrę Janę, aby pozwoliła jej wejść do pokoju objawień wierząc, że jej dziecko zostanie uzdrowione. Powiedziałem do siostry Jany: „Proszę, niech siostra pozwoli tej Włoszce wejść do środka, nie jest rzeczą słuszną, abym to ja wszedł, gdyż właściwie to nie bardzo wierzę w to, co się tam dzieje”. Ojciec Pervan wyszedł i spojrzał na wszystkich tych kłócących się ludzi, a potem chwycił Włoszkę i mnie, i zanim spostrzegłem się, co się ze mną dzieje przeszedłem obok ołtarza i zostałem wciśnięty do pokoju w bocznej kaplicy, gdzie mają miejsce objawienia. Pokój był mały, bardzo zatłoczony i było w nim nieznośnie gorąco. Ludzie stali ramię w ramię ściśnięci tak bardzo, że nawet palca nie można było wetknąć. Wkrótce nadeszło sześcioro widzących, zaczęli modlić się, a potem upadli na kolana. Spojrzałem na ścianę, aby przekonać się, czy zdołam zobaczyć coś niezwykłego, czy zdołam zobaczyć Matkę Bożą, ale widziałem tylko ścianę i raczej źle pomalowaną figurę Niepokalanej Dziewicy Maryi. Nie miałem wyjścia, musiałem razem z innymi uklęknąć. Byliśmy tak ciasno upakowani, że kiedy ktoś ukląkł wszyscy musieli zrobić to samo. Pamiętam, że pomyślałem, że to niemożliwe, aby więcej osób mogło zmieścić się w pokoju, że dla stojących nie było wolnego miejsca, ale żeby uklęknąć, to przecież musiałoby być w pokoju dwa razy więcej miejsca. Tym sposobem czyjeś kolano znalazło się na mojej łydce, a inne kolano oparło się na mojej pięcie i czułem się z tego powodu nader niewygodnie. W pokoju była taka cisza, że słychać było tylko szmer oddechów ludzi, po czym milczenie to przerwał odgłos płaczu, była to Włoszka z chorym dzieckiem. Zacząłem zauważać, że w pokoju była jakaś szczególna obecność, że w tym pokoju dzieje się coś, czego nie rozumiem. A potem, zanim uzmysłowiłem sobie, gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje wszyscy wstaliśmy i wyszliśmy.

Moja żona, która czekała na mnie ze łzami cieknącymi po twarzy, powiedziała do mnie:       „Nigdy nie dowiesz się, jak cudowną Łaską było to dla całej naszej rodziny.” Sue była tak bardzo szczęśliwa, że byłem w pokoju objawień, to było coś, czegoś wtedy nie rozumiałem, bo chociaż nie wierzyłem w to, co się działo uznałem, że jeśli przypadkiem Matka Boża podróżowała w czasie i przestrzeni, by przybyć na spotkanie z sześciorgiem widzących w Medziugorju, to nie miało to wielkiego znaczenia, czy jestem wewnątrz pomieszczenia, czy też po drugiej stronie ściany, gdyż byłaby i tak w stanie mnie zobaczyć, coś, czego po prostu nie mogłem pojąć. Więc to był pierwszy raz, gdy byłem zmuszony uklęknąć; tradycja zakazuje Żydom klękania z obawy naruszenia jednego z Przykazań, które zakazuje oddawania czci wizerunkom uczynionym ręką ludzką, a zatem stało to w przeciwieństwie do wpojonych mi w młodości nakazów ortodoksyjnej religii żydowskiej i czułem się winny temu, że musiałem uklęknąć w tym pokoju przed źle pomalowaną figurą.

Wracałem do Medziugorja wiele razy z żoną, gdyż odbierałem je jako całkiem przyjemne do odwiedzania i przyjazne miejsce. Sprawiało mi to dużą przyjemność i wiedziałem też, że się tam dzieje coś, czego nie rozumiem, ale cokolwiek się działo, miało to wpływ na to, że wszystkie przybywające tam osoby stają się bardzo milłe i okazują sobie nawzajem uczucia przyjaźni i miłości. Tak więc jeździłem tam bez wiary, ale czerpiąc radość z otoczenia. Wciąż odwiedzałem Medziugorje przez wiele lat i traktowałem je jako miejsce, dokąd można się wyrwać, by znaleźć tam spokój, wspaniały odpoczynek i przyjaźń.

Jakieś dwa lata później, myślę, że było to w 1985 roku, Sue i ja byliśmy w trakcie jednej z naszych regularnie odbywanych wizyt w Sanktuarium, kiedy to podczas jednego wieczoru zdecydowaliśmy się wejść na Górę Križevac, ponieważ dowiedzieliśmy się, że będzie tam miało miejsce Objawienie i że tam będzie Maria Pavlović. Dotarliśmy do stóp Krzyża bardzo wcześne i usiedliśmy na schodach tuż przed Krzyżem. Rozmawialiśmy ze sobą o naszym życiu i swoich przekonaniach religijnych: Sue mówiła o swojej wierze katolickiej, a ja na temat mojego żydowskiego wychowania. Sue próbowała mnie przekonać, że Jezus Chrystus jest moim Mesjaszem i Zbawicielem, a ja mówiłem jej, że na każdy dobry powód, by twierdzić, że jest On Mesjaszem istnieje równie dobry powód, by powiedzieć, że Nim nie jest. Oczywiście teraz już wiem, że jest to sprawa serca, a nie głowy, ale wówczas to moja głowa panowała nad wypowiadaniem sądów i wciąż nie mogłem przyjąć faktu, że Jezus jest Mesjaszem i że Jego Matka ukazuje się widzącym w Medziugorju. Rozmawialiśmy tak przez jakiś dłuższy czas i nie zauważyliśmy, że zrobiło się już zupełnie ciemno i wielki tłum zebrał się u stóp Krzyża. Usłyszałem śpiew i zobaczyłem zbliżające się w naszym kierunku światło latarki. To była Maria Pavlović ze swoją grupą modlitewną. Tłum rozdzielił się, gdy przyszła do stóp Krzyża. Przez przypadek stanęła obok mojego ramienia. Zaczęła się modlić, a potem upadła na kolana. Gdy to uczyniła stojący obok niej człowiek zapytał się mnie: „Jesteś Anglikiem?”, odpowiedziałem „Tak”. Poprosił, żebym oznajmił tłumowi w języku angielskim, że Matka Boża ukazuje się w tej chwili Marii i żeby wszyscy uklękli, zaczęli się modlić i przestali robić zdjęcia. Odwróciłem się zatem i krzyknąłem w ciemność, w stronę wielkiego tłumu: „Wszyscy na kolana, Matka Boża objawia się teraz Marii Pavlović, proszę się modlić, nie fotografować”, po czym wszyscy uklękli, poza mną, gdyż tradycja nie pozwalała mi klękać. Ale tym razem poczułem, że po tym, jak powiedziałem „wszyscy na kolana” byłoby niegrzecznie samemu nie uklęknąć. Tak więc uklęknąłem obok Marii i to był mój drugi raz, gdy to uczyniłem. Pamiętam, że było to bardzo nieprzyjemną rzeczą do zrobienia. Na ziemi były kamienie, które wrzynały się w kolana, było mi bardzo niewygodnie. Zastanawiałem się, czy katolicy nosili specjalne ochraniacze na kolana, które pozwalają im klęczeć. Takie myśli przechodziły mi przez głowę w czasie Objawienia. Wtem poczułem kroplę deszczu na mojej głowie i pomyślałem, że zaraz zacznie się ulewa, a my tu jesteśmy na szczycie góry w wielkim tłumie ludzi. Będziemy musieli schodzić powoli, zrobi się niebezpiecznie ślisko, gdy góra zostanie zmoczona, wtedy przemokniemy, i zastanawiałem się też, co każdy Żyd robi w takich sytuacjach, gdy nie ma miejsca dla niego. Objawienie zakończyło się, każdy wstał i bardzo szybko podsunięto małe magnetofony przed Marię, a przewodnicy grup tłumaczyli orędzie na różne języki, w końcu przyszła kolej na język angielski. Orędzie zostało przetłumaczone, nie pamiętam dokładnie słów, ale było tam coś na temat powrotu do życia w świetle Ewangelii; w przeciwnym razie świat ściągnie na siebie wielkie nieszczęście, a następnie, na końcu orędzia zostało powiedziane: „łza stoczyła się po policzku Matki Bożej i spadła na chmurkę, na której stała”. Pomyślałem, że to ja na pewno stałem wtedy pod tą chmurką. Tej nocy nie padało.

Kiedy wróciłem do pensjonatu, w którym mieszkaliśmy opowiedziałem młodemu amerykańskiemu kapłanowi imieniem Robert Cox o moich przeżyciach, wtedy powiedział mi: „Bernardzie, zostałeś wezwany do przyjęcia Chrztu Św.”. Słów tych nie rozumiałem, poprosiłem go więc o wyjaśnienie. Powiedział mi, abym po powrocie do Anglii udał się do miejscowego księdza proboszcza i powiedział mu, że zostałem wzywany do przyjęcia Chrztu św. Dalej tego nie rozumiałem, więc kiedy wróciłem do Anglii, nie zrobiłem nic w tej sprawie. Jednakże myśl o tamtej kropli wody spadającej mi na głowę pozostała w mojej głowie; bardzo często wracałem w myślach do tej sprawy.

W następnym roku byliśmy znowu w Medziugorju, wtedy to przy okazji odwiedzin u ojca Jozo po to, by usłyszeć, jak przemawia do ludzi powiedziałem do Sue, że chcę pozostać do samego końca i pomodlić się razem z ojcem Jozo. Jak zwykle był tam ogromny tłum i Sue powiedziała: „Jest tu tak wiele osób, powinniśmy wrócić do Medziugorja”, a ja rzekłem: „Chcę, żeby się pomodlił ze mną”, wtedy Sue powiedziała: „On modlił się już z tobą w kościele i już cię pobłogosławił, nie ma sensu pozostawać tu dłużej”. Tak więc czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy, podczas gdy tłum powoli znikał, aż znaleźliśmy się na czele kolejki. W międzyczasie wszystkie autokary i autobusy odjechały z powrotem do Medziugorja, a my zostaliśmy właściwie na samym końcu. Wreszcie nadeszła moja kolej, powiedziałem do Anicy, która tłumaczyła dla Ojca Jozo, że jestem Żydem i że chcę, aby Ojciec Jozo pomodlił się, aby Duch Święty (Żydzi uznają Ducha Świętego) oświecił mnie, abym czynił to, co jest dobre dla mnie. Ojciec Jozo położył jedną rękę na moim sercu a drugą objął Sue i mnie. Nie rozumiałem wypowiadanych słów, ale modlitwa brzmiała bardzo szczere. Podczas tej modlitwy poczułem, jak potężnie wali mi serce. Sue powiedziała mi później, że czuła tak, jakby moje serce miało rozedrzeć koszulę, którą miałem na sobie. Po czym modlitwa zakończyła się, a my musieliśmy znaleźć taksówkę i tak wróciliśmy do Medziugorja. Po powrocie do Anglii myślałem o spotkaniu z o. Jozo i tamtej łzie z nieba, ale jeszcze nie podjąłem się przyuczenia do wiary katolickiej i nadal nie wierzyłem.

Rok po tym, w sierpniu 1987 roku, Ojciec Slavko uczestniczył w nabożeństwie katolickiej odnowy charyzmatycznej w sanktuarium kościoła katolickiego w Walsingham, w Hrabstwie Norfolk w Anglii, w którym razem z Sue wzięliśmy udział. Było to wieczorne nabożeństwo pokutne, po którym Ojciec Slavko miał uczcić Najświętszy Sakrament w adoracji eucharystycznej. Zgromadzeni podchodzili do kapłanów, którzy stali przed namiotem i wyznawali po jednym grzechu. Po czym każdy z nich zapalał świecę i wychodził w geście symbolicznym w stronę ciemności. Byli rozradowani na samą myśl, że Boża Miłość przebaczyła im grzechy, świętowali, śpiewali i tańczyli z radości, że zostali uwolnieni z jarzma grzechu. Na koniec procesja ta ze śpiewami i tańcami, pełna hałaśliwie zachowujących się ludzi weszła do kaplicy pojednania w Walsingham, gdzie miała mieć miejsce adoracja eucharystyczna pod przewodnictwem o. Slavko. Oiciec Slavko stanął za ołtarzem i patrzył na ten tętniący życiem, głośno zachowujący się, podekscytowany tłum. Stał nie poruszając się, jedynie patrzył na ludzi. Oczywiście czekał, aż się wyciszą i wejdą w stan adoracji. Czekał długo, trwało to dobre kilka minut. W normalnej sytuacji wyszedłbym na zewnątrz w obawie, że złamię przykazanie, które miałem wpojone od młodości. „Nie będziesz oddawał czci posągom uczynionym ręką ludzką, nie będziesz się im kłaniał”, ale tym razem zostałem na miejscu. Byłem zafascynowany tym, co się działo, oczekiwaniem o. Slavko, aż tłum powoli ucichnie i znieruchomieje, aż ludzie zastygną w bezruchu, cisi i uspokojeni. Nie było słychać żadnego dźwięku w pomieszczeniu. Przypomniało mi to ciszę w pokoju objawień lata temu. O. Slavko powoli postawił Monstrancję na ołtarzu i wystawił Najświętszy Sakrament na widok zgromadzonych. Był to doskonały spokój we wzniosłym bezruchu. Wszyscy upadli na kolana. Znowu byłem ostatnią stojącą osobą, ale tym razem poczułem wewnętrzne przekonanie, że powinienem również uklęknąć, z tym że za tym trzecim razem było tak dlatego, że sam tego chciałem. Tak więc uklęknąłem i gdy to uczyniłem, to w tej wszechogarniającej chwili patrzyłem na twarze ludzi wokół mnie, którzy wpatrywali się w Najświętszy Sakrament. Następnie spojrzałem na Najświętszy Sakrament i w jakiś sposób odczułem, że była tam Święta Obecność patrząca na ludzi klęczących przed Nią. W tamtej chwili otrzymałem prezent, którego nigdy nie zdołam wyjaśnić, ponieważ jest to czysty dar. Zrozumiałem, że Bóg jest prawdziwie obecny w Najświętszym Sakramencie. W tej samej chwili Jezus wezwał mnie, abym zaakceptował Go jako mojego Zbawiciela i to uczyniłem.

Wróciłem do Anglii i poprosiłem mojego księdza Proboszcza, aby przyuczył mnie do wiary katolickiej. Pochodząc z kultury żydowskiej nie byłem ochrzczony, podczas katechez uczono mnie więc o sakramencie Chrztu św., zdałem sobie wtedy sprawę, że otrzymuję wspaniałą okazję, by rozpocząć życie na nowo i że poprzez Chrzest św. zostanę obmyty jak nowonarodzone dziecko. Narodzę się na nowo i wszystko, co działo się ze mną i wszystko, co kiedykolwiek uczyniłem w przeszłości będzie tak, jakby się nigdy nie wydarzyło. Nie było wiele rzeczy, które były dla mnie trudne do zrozumienia, ale przyjąłem je, bo byłem ogarnięty myślą, że jest to wspaniała szansa, jaką daje mi Bóg. Z utęsknieniem czekałem na dzień, w którym miałem zostać przyjęty do Kościoła świętego i ochrzczony. Dowiedziałem się o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, coś co już wcześniej uznałem za fakt i dowiedziałem się, że Pan Bóg przychodzi do nas każdego dnia we Mszy Świętej, aby nas ożywić fizycznie i duchowo, a kiedy popełnimy nieuniknione błędy, których wszyscy dopuszczamy się z powodu naszej ludzkiej ułomności, to mogę wówczas pójść do kapłana udzielającego sakramentu Spowiedzi św. i – o ile będę prawdziwie skruszony – popełnione przeze mnie grzechy zostaną mi odpuszczone. Jako neofita wychowany w wierze żydowskiej zdaję sobie sprawę, że wszystko, co jest obecne w Wierze Katolickiej jest głęboko zakorzenione w wierze żydowskiej. Zatem nie tyle stawałem się katolikiem, co pełnym Żydem i jestem naprawdę wdzięczny, że Pan Bóg w swojej nieskończonej Łasce dał mi tę wspaniałą okazję.

Zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego, przyjąłem sakramenty Chrztu św. i Bierzmowania oraz przystąpiłem do Pierwszej Komunii Świętej w czwartek 13 kwietnia 1987 r. Tak się złożyło, że była to również pierwsza noc żydowskiej Paschy. Pierwsza noc żydowskiej Paschy i Wielki Czwartek nie zawsze wypadają w tym samym dniu, ale w tym roku tak się wydarzyło. Naród żydowski wierzy, że Mesjasz przyjdzie w pierwszą noc Paschy, jest to tradycja i ludzie czekają na Mesjasza, który ma przyjść w tę noc. Do mnie Mesjasz przyszedł właśnie tej nocy, kiedy zostałem ochrzczony, przyjąłem Bierzmowanie i Pierwszą Komunię Świętą.

Otrzymałem jeden dodatkowy mały prezent, który jestem pewien, że był darem od naszej Matki Bożej. Ten doniosły dzień dla mnie, 13 kwietnia 1987 r. był też dniem moich urodzin i jestem pewien, że był to prezent od mojej Matki Bożej, która wezwała mnie i nakłoniła do uklęknięcia w tych trzech przypadkach, które razem złożyły się na ten dzień pokrywający się z datą moich urodzin. Urodziłem się ponownie w swoje urodziny. Jakże cudowną Łaskę otrzymał ten Żyd.

W ciągu kolejnych lat odwiedzałem Medziugorje wielokrotnie i bardzo zaprzyjaźniłem się z wszystkimi franciszkanami: o. Ivanem, o. Orićem, o, Pervanem, o. Svetem i o. Slavko, którzy zawsze gościnnie przyjmowali mnie jako Żyda, który stał się katolikiem dzięki temu, że doświadczył Medziugorja. Miałem przywilej poznania z bliska Ojca Slavko, który ma wiele miłości do narodu żydowskiego i zawsze był zainteresowany jego kulturą. Kiedy wybuchła wojna w 1990 roku założyłem organizację charytatywną w Anglii, która dzięki hojności mieszkańców tego kraju udzieliła pomocy dla całej Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny o wartości ponad dziesięciu milionów funtów. Chcieliśmy pomagać tym ludziom, którzy pomogli nam tak bardzo poprzez osobiste przykłady wiary, gościnność i przyjaźń. Obok żywności i zaopatrzenia medycznego dostarczyliśmy sto sześćdziesiąt pojazdów, które zostały pozostawione w regionie, aby mieszkańcy mogli pomagać sobie nawzajem dostarczając pomoc humanitarną i środki medyczne do odległych miejsc, gdzie były one najbardziej potrzebne, do miejsc, które znalazły się w strefach walk zbrojnych. Moje wysiłki były bardzo chwalone, ale ja byłem zaledwie przedstawicielem wielu ludzi, którzy dołączyli się do pomocy, kierowców konwojów humanitarnych, ofiarodawców wpłat pieniężnych, żywności i wyposażenia medycznego. Najbardziej odczuwałem i najwięcej zdawałem sobie sprawę z faktu, że my, którzy nieśliśmy pomoc byliśmy stroną uprzywilejowaną i że to raczej my winniśmy dziękować ludziom z Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny niż oni nam. Ludzie z Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny, którzy cierpieli podczas tej straszliwej wojny byli jej ofiarami i stawali się podobni do Chrystusa w swoim cierpieniu. Poprzez swoje trudności i cierpienia dali nam szansę, aby im pomóc i udowodnić, że kochamy się wzajemnie tak, jak Pan Bóg nas kocha. Byliśmy uprzywilejowani, my, którzy otrzymaliśmy dar bycia w stanie im pomóc i było to dla nas łaską. W latach wojny, bardzo ściśle współpracowałem ze wszystkimi Ojcami franciszkanami i wtedy właśnie bardzo przybliżyłem się do o. Slavko. Spędziliśmy razem bardzo wiele czasu. Musiało to być dziwne dla wielu osób, że ojciec Slavko i ja mogliśmy tak bardzo zaprzyjaźnić się ze sobą, gdyż nasze osobowości i pochodzenie kulturowe były tak różne od siebie. O. Slavko powiedział do mnie: „Bernardzie, jesteś prawdziwym przyjacielem” i są to słowa, które bardzo sobie cenię.

„Kiedy proszę cię o pomoc zawsze mówisz od razu tak, nigdy nie zapytałeś, czego chcesz, abym ci zrobił, w jaki sposób mogę to zrobić dla ciebie i dlaczego chcesz mojej pomocy. Ty mówisz tylko: tak, pomogę. Wiesz instynktownie, że nie będę prosić o nic, czego nie mógłbyś wykonać. Ty masz do mnie zaufanie. To – powiedział – było rzeczywistą miarą prawdziwego zaufania, przyjaźni i dlatego uważam cię, za prawdziwego przyjaciela”.

Ojciec Slavko jest niewątpliwie Świętym i przebywa teraz z naszym Panem w niebie, a dla mnie żydowskiego konwertyty być zaliczanym w poczet przyjaciół Świętego jest przywilejem, który wykracza poza wszelkie słowa.

BERNARD ELLIS

Źródło: http://www.medjugorje.org.pl

Posted in Medziugorje, Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: , , | 5 komentarzy »

Pakistan: zakatowano dwunastoletnią dziewczynkę

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 stycznia 2010


Wspólnota katolicka w Pakistanie pożegnała 25 stycznia zakatowaną na śmierć 12-letnią dziewczynkę, która była na służbie u bogatego muzułmańskiego adwokata. Pogrzeb odbył się w katedrze Najświętszego Serca Jezusa w Lahaurze, a uczestniczyło w nim ponad tysiąc wiernych. Śmierć młodej chrześcijanki wywołała protesty i zdecydowane potępienie przemocy wobec powszechnie pracujących w tym kraju dzieci. Pakistańska Komisja Sprawiedliwości i Pokoju wystąpiła do rządu w Islamabadzie, by zapewnił należytą opiekę prawną wszystkim pracującym dzieciom. Kościelna komisja szacuje, że ze względu na biedę i bezrobocie ponad 10 mln pakistańskich dzieci zmuszonych jest do pracy. Często traktowane są jak niewolnicy, których można pozbawić wszelkich praw.

Do pracy jako pomoc domowa u bogatego adwokata 12-letnią Shazię Bashir rodzice wysłali osiem miesięcy temu. Pracodawca nie wywiązywał się jednak z wypłacania pensji w wysokości 12 dolarów miesięcznie. Prośby dziewczynki o zapłatę kończyły się aktami przemocy. Na co dzień doświadczała ona upokorzeń, złego traktowania, w końcu i przemocy psychicznej i fizycznej. W chwili przekazania ciała rodzicom nosiło ono znamiona tortur; dziewczynka miała złamaną szczękę i rękę, na plecach miała wypalone znamiona. Chrześcijanka była też wykorzystywana seksualnie. Początkowo starano się obrażenia ukrywać, jednak były one na tyle poważne, że potrzebna była hospitalizacja. Shazia Bashir zmarła w szpitalu 22 stycznia. Jej pracodawca został aresztowany wraz z rodziną.

Pakistańskie dzieci chrześcijan często wysyłane są na służbę do zamożnych muzułmanów. Doświadczają tam wielu upokorzeń i prześladowań ze względu na wiarę. Kościelna Komisja Sprawiedliwości i Pokoju domaga się od rządu objęcia obowiązkiem szkolnym wszystkich dzieci w Pakistanie oraz zapewnienia im darmowej nauki. Wiele organizacji walczy też o zakaz pracy dzieci. Najczęściej Kościół jest jedynym adwokatem najmłodszych, którzy głosu są pozbawieni, a ich prawa są rażąco łamane.

============================================================

Indonezja: „…bo za bardzo się modlili”
Muzułmanie spalili w północnej Sumatrze dwa protestanckie kościoły. Kolejny akt przemocy zbiegł się z opublikowaniem raportu na temat łamania wolności religijnej w Indonezji. Wynika z niego, że w ubiegłym roku na 35 przypadków przemocy wobec mniejszości religijnych, aż 28 wymierzonych było w chrześcijan. Wahid Institute, czyli indonezyjska organizacja zajmująca się promocją pluralizmu religijnego w tym kraju podkreśla, że za przemoc odpowiedzialne są grupy islamskich ekstremistów, prostym muzułmanom wyznawcy innych religii w Indonezji nie przeszkadzają.

Stojące obok siebie protestanckie kościoły w Sibuhuan zostały puszczone z dymem, ponieważ jak skandowała grupa ponad tysiąca podpalaczy, „było w nich za dużo wiernych i zbyt dużo modlitwy”. Argumentem za zniszczeniem świątyń był też fakt, że nie posiadały one państwowego pozwolenia na działalność. W świetle prawa były więc tylko miejscami modlitwy, a nie kościołami. W Indonezji uzyskanie pozwolenia na wybudowanie chrześcijańskiego kościoła graniczy z cudem. Stąd wiele wspólnot modli się w zaimprowizowanych miejscach, co islamscy ekstremiści wykorzystują jako pretekst do ataku. Dla przykładu wspólnota z Sibuhuan starała się o pozwolenie na wybudowanie kościoła od 1982 r. Jednym z argumentów, by go odmówić był fakt, że liczy tylko 23 wiernych, a w Indonezji do kościoła mogą mieć prawo tylko wspólnoty liczące co najmniej 60 członków.

=====================================================

Irak: kampania antychrześcijańska trwa

Ingres nowego chaldejskiego arcybiskupa Mosulu naznaczony został krwią. Nieznani sprawcy zastrzelili w tym mieście 52-letniego katolika Saadallaha Youssifa Jorjisa. Ten chrześcijański handlowiec zginął, gdy trwała uroczystość, na którą do miejscowej katedry przybyli przedstawiciele lokalnych władz i świata islamu. Inicjowała ona oficjalnie posługę abp. Emila Shimouna Nony, który zastąpił zamordowanego abp. Paula Faraja Rahho.

Chrześcijanie Mosulu, jak donosi agencja Asia News, mówią o celowym, dobrze zaplanowanym morderstwie, zresztą kolejnym w przeciągu ostatnich dni. 12 stycznia zginął bowiem 75-letni Hikmat Sleiman, właściciel niewielkiego sklepu z warzywami. I tak trudna już sytuacja irackich chrześcijan jeszcze bardziej się pogarsza. Coraz głośniej mówi się, że są to kolejne próby zepchnięcia chrześcijan na równinę Niniwy. Tym planom przesiedleń wielokrotnie sprzeciwiał się Kościół. Naciski muzułmanów są jednak coraz większe. Chrześcijanie nie tylko są mordowani, ale chce się ich zmusić do wysiedleń przez konfiskatę ziemi, odbieranie im sklepów, czy utratę pracy.

źródło: http://www.radiovaticana.org/pol/Articolo.asp?c=352232

Posted in Z prasy, Świat innymi oczami | 2 komentarze »

Medjugorje nie jest zakazane.

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 stycznia 2010


Z  listu siostry Emmanuel


Niech będzie pochwalony Jezus i Maryja!

Kardynał życzy sobie powrotu do Medjugorja. Na Nowy Rok kardynał Schönborn (z Wiednia) przybył do Medjugorja w pielgrzymce prywatnej. To znaczne wydarzenie w historii Medjugorja. Jaką radość sprawiło nam jego przybycie! Jednym z wielu plusów, jakie wynikają z tej pielgrzymki, jest ten, że to definitywnie usunęło nastroje mówiące, że Medjugorje rzekomo jest „zakazane”. W istocie, gdy pojawia się możliwość pojechania do Medjugorja, niektórzy mówią: „Nie, to nie zostało uznane przez Kościół”. To prawda, ale oni mylą „nie uznane” z „zakazane”. Te sprawy są jasne. Medjugorje nigdy nie było „zakazane”, ale Kościół jeszcze czeka, zanim się wypowie. Oczekując na to, mamy tę wielką okazję, że możemy WSZYSCY pojechać tam w pielgrzymce prywatnej, ponieważ pozwolenia nie ma tylko na pielgrzymki oficjalne (organizowane przez diecezję lub parafię). Już to jest wielkim darem, ponieważ przez 28 lat Kościół mógł tego zabronić.

Z refleksji kardynała, opublikowanych w ostatnich dniach w wywiadach z nim, oto w skrócie kilka fragmentów, które nas poruszyły.

Kardynał powiedział, że przybył przede wszystkim jako pielgrzym, żeby się modlić i nawrócić się. To jest najlepsza dyspozycja wewnętrzna, jakiej można życzyć tym, którzy się udają do Medjugorja. Ponad 20 lat temu poczęło się w nim pragnienie, żeby się tam udać, gdy widział dobre owoce w swej własnej diecezji i gdzieindziej. Na przykład:

– Powołania kapłańskie w jego seminarium w Wiedniu w większości otrzymane w Medjugorju lub przez Medjugorje.

– Liczne nawrócenia przeżyte w Medjugorju przez ludzi pochodzących ze wszystkich środowisk i grup społecznych. Kardynał mógł stwierdzić piękne nawrócenia nawet w najbliższym swym otoczeniu.

– Uzdrowienia fizyczne i moralne u tak wielu osób, które do Medjugorja przybyły wyniszczone między innymi przez narkotyki, rozpacz, żałobę po drogiej zmarłej osobie.

– Wspaniała modlitwa w jego diecezji w grupach związanych z Medjugorjem. Jak bardzo radośnie te grupy przeżywają swoją wiarę i trwają na adoracji, w sakramentach… Wspomniał kościół dominikanów, który w każdy czwartek – i to na całe godziny – wypełnia się tak, jakby miał popękać w szwach!

W Medjugorju, w środę wieczorem, poprowadził godzinę adoracji dla tysięcy pielgrzymów. Wszedł na górę Kriżevac, żeby tam odbyć drogę krzyżową, i na Wzgórze Objawień, żeby tam odmówić różaniec. Promieniowała z niego radość.

– Maryja. „Przybyłem do Medjugorja, żeby być blisko Matki Pana.” Oznajmił kardynał podczas Godziny Świętej, jaką poprowadził w kościele.

– Spowiedź. Jak większość księży, którzy spowiadają w Medjugorju, kardynała poruszyła szczerość i głębia spowiedzi, jakich wysłuchał.

– Franciszkanie. Kardynał miał z naszymi księżmi bardzo bezpośrednie i braterskie kontakty.

– Widzący. Kardynała poruszyła ich skromność i prostota już podczas jego spotkania z Ivanem, potem z Mariją w katedrze wiedeńskiej, z okazji wieczoru modlitwy w ubiegłym roku. W Medjugorju mógł się spotykać z pewnymi innymi spośród widzących i wyszedł stamtąd bardzo szczęśliwy.

– Działalność. Goszczony przez wspólnotę Wieczernika (założoną przez s. Elwirę w celu rehabilitacji młodzieży cierpiącej z powodu uzależnień takich jak narkotyki), kardynał mógł stwierdzić także owoce miłosierdzia i miłości pochodzącej z Medjugorja, gdzie tysiąc młodych zostało uratowanych od pewnego zniszczenia, a nawet od śmierci. Kardynał mógł odwiedzić Wioskę Matki założoną przez ojca Slavko, i inne dzieła tego typu.

Przy tym powiedział, że drzewo ocenia się po owocach, dobre owoce nie mogą się znaleźć na złym drzewie. Na twarzy jego i tych wszystkich, których to poruszyło, dawało się odczytać głęboką radość.

W końcu, pytany o stanowisko Kościoła, kardynał sprecyzował: „Nie mogę i nie miałem intencji urządzania pielgrzymki diecezjalnej do Medjugorja, jak to robiliśmy do Rzymu lub do Ziemi Świętej. Ale nigdy nie zostało zakazane, przez Konferencję Episkopatu lub przez Rzym, żeby pielgrzymi jechali do Medjugorja. Potwierdzenie wydaje mi się szczególnie ważne dla nas, biskupów: pielgrzymi powinni jechać w asyście, z opieką duchowa. Widzę tu jasno moje zadanie jako arcybiskupa Wiednia: Gdy patrzę, jak setki, tysiące osób z mojej diecezji jadą na pielgrzymkę do Medjugorja, że rodzą się grupy modlitwy, że przychodzą powołania kapłańskie, że mnożą się nawrócenia, to tym bardziej jako biskup muszę czuwać także nad tym, żeby ci pielgrzymi jechali tam w dobrym towarzystwie.”

Zobaczcie wywiady na http://www.kat.net/ (Wiedeń) lub na http://crownofstars.blogspot.com/ (Vecernji list).

Kardynał Schönborn miał dziś audiencję prywatną z Ojcem Świętym. O czym mogli rozmawiać? Ojciec Święty podobno go spytał: „Czy ostatnio badałeś coś interesującego?”

Fragment homilii kardynała w Medjugorje.

Posted in Medziugorje | 2 komentarze »

Wywiad z widząca Vicką – 2 lata temu

Posted by Dzieckonmp w dniu 26 stycznia 2010


Ojciec O.Livio dyrektor Radia Maryja we Włoszech przeprowadził wywiad z Vicką 02 stycznia  2008 roku.

Ojciec Livio – Jednym z powodów, dla których te objawienia są takie ważne, jest to, co Matka Boża       mówiła już od pierwszego roku objawień. Chciałbym, abyś skomentowała niektóre Jej słowa,      przedstawiając Twoją interpretację. Maryja powiedziała między innymi:”Moje objawienia w Medziugorju są ostatnimi dla ludzkości. Nawracajcie się!” (17.04.82 r.)i „Przyszłam wezwać świat do nawrócenia po raz ostatni. Później nie będę się już objawiała na ziemi. To moje ostatnie objawienia”(02.05.82 r.). Czy według Ciebie oznacza to, że Medziugorje to ostatnie objawienia Matki Bożej tutaj, na ziemi

Vicka – Orędzia te są dla mnie jasne: po raz ostatni pojawia się Ona tutaj, na ziemi, w taki sposób, jak dzieje się to w Medziugorju, czyli przez tak długi okres czasu. Słyszałam te słowa, ponieważ otrzymałam je osobiście; słowa drugiego orędzia otrzymali inni widzący, którzy zapewne mogliby dorzucić coś więcej. Matka Boża wzywa także dzisiaj do nawrócenia, ponieważ dzisiaj właśnie przeżywamy czas łaski. Nie powinniśmy czekać z nawróceniem do jutra, ale musimy uczynić to już dzisiaj, ponieważ jutro może być za późno. Ponadto nawrócenie ma trwać nie jeden dzień, ale obejmować całe nasze wewnętrzne życie. Wezwanie Maryi wiąże się z tym, że chce Ona przybliżyć nas do swego Syna. Sama nigdy nie stawiała się na pierwszym miejscu, nigdy! Nigdy nie słyszałam tego z Jej ust! Zawsze powtarza, by na pierwszym miejscu umieścić Jej Syna, Ona przychodzi potem. W modlitwie powinniśmy zawsze zwracać się najpierw do Jej Syna, Ona sama może udzielać łask jedynie dlatego, że Bóg dał Jej taką moc. Matka Boża pełni tylko rolę pośredniczki.

O.Livio – Uderzyło mnie to, co Matka Boża powiedziała odnośnie trzeciej tajemnicy, dotyczącej znaku na górze. Wy, widzący, powiedzieliście, że chodzi o widzialny, niezniszczalny znak, który będzie pochodził od Pana. Maryja jednak powiedziała również: „Nawracajcie się! Kiedy obiecany znak pojawi się na górze, będzie za późno”(02.09.82 r.). Powiedziała też: „Nawet wtedy, gdy pozostawię na wzgórzu znak, który wam obiecałam, wielu nie uwierzy. Nadszedł czas nawrócenia i pokuty”(19.07.81 r.). Dlaczego, według Ciebie, ludzie ujrzą znak, ale się nie nawrócą?

Vicka – Trzecia tajemnica dotyczy znaku, jaki pozostawi tutaj, w Medziugorju, na górze objawień. Znak ten pozostanie na zawsze, ale będzie skierowany przede wszystkim do tych, którzy są jeszcze daleko od Boga. Matka Boża chce dać im możność, aby zobaczyli znak i uwierzyli w Boga. Kiedyś miałam sposobność ujrzeć ten znak podczas wizji.

O.Livio – Już widziałaś znak?

Vicka – Tak podczas wizji.

O.Livio – Kiedyś, w wywiadzie dla radia Maryja, Jakov powiedział, że aby zobaczyć znak, trzeba będzie pojechać do Medziugorja. To prawda?

Vicka – Tak, to prawda. Znak pozostanie na Podbrdo i trzeba będzie przyjechać tutaj,aby go zobaczyć. Znak ten pozostanie na zawsze i będzie niezniszczalny. O ludziach, którzy zobaczą Go i nie uwierzą, można sądzić, że mają zbyt zamknięte serca. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za własne wybory: tylko ludzie oddaleni od Boga, którzy mają serce z kamienia, mogą pozostać obojętni na znak, inni z pewnością nie. Dla tych, co mają dobre intencje, ale z trudem wierzą lub nie potrafią wierzyć, znak będzie pomocą. Ale tym, którzy wszystko czynią przeciw Bogu, znak na nic się nie przyda.

O. Livio -A zatem znak będzie ostatnią deską ratunku dla niewierzących, ale czy w jakiś sposób nie skłoni też Kościoła do uznania objawień za autentyczne?

Vicka – Tak z pewnością przyczyni się do upewnienia Kościoła, że Matka Boża naprawdę objawiała się w Medziugorju przez te wszystkie lata. Matka Boża ciąży wszystkim; zarówno niewierzącym jak i Kościołowi. Do nas należy decyzja, czy odpowiemy na Jej wezwanie, także za pośrednictwem tego znaku. Znaku tego nie będzie mógł uczynić człowiek, a jedynie Bóg. Kiedy pojawi się znak, każdy będzie musiał stwierdzić, że nie może on pochodzić od nikogo innego, jak tylko od Boga.

O.Livio – To oznacza, że kiedy nadejdzie czas realizacji tajemnic od czwartej do dziesiątej, znak pozostanie wciąż widoczny i będzie dla nas pociechą. Powiedziałaś jednak w zeszłym roku, że w czasie realizowania się dziesięciu tajemnic jeden widzący wciąż będzie miał codzienne objawienia.

Vicka – Tak i mogę to dzisiaj potwierdzić. Nie wiadomo jeszcze, kogo spośród widzących wybierze Matka Boża.

O.Livio – Zostaniesz wybrana Ty, Maria lub Iwan. Mirjana, kiedy jej o tym mówiono, odpowiedziała, że nic na ten temat nie wie. Co to znaczy? Czy powiedziano Ci o tym osobiście?Vicka – Matka Boża powiedziała mi o tym osobiście. Nie powiedziała mi nic więcej: teraz pozostaje czekać. Z pewnością dostarczy nam Ona dalszych wyjaśnień, kiedy nadejdzie pora.

OJCIEC LIVIO – Pozwól zadać sobie trochę szczególne pytanie. W ostatnich latach Matka Boża przekazuje nam orędzia za pośrednictwem Marii, Mirjany, a czasem także Ivana. Zauważyłem jednak, że Ty od kilku lat nie otrzymujesz już orędzi dla wszystkich.

VICKA – Matka Boża wie, kiedy dawać orędzia. Powiedziała, że mogłaby przekazać nam bardzo wiele orędzi, ale nie jesteśmy gotowi ich przyjąć. Matka Boża nie chce nam dawać orędzi po to tylko, byśmy ich wysłuchali i na tym koniec, ale chce, byśmy je przeżywali. Powiedziała, że kiedy nie podążamy tą drogą, Ona jest gotowa wskazać nam inne. Chce, byśmy za Nią szli. Nie ma sensu rzucać pereł przed wieprze, jak mówi Ewangelia. Tak właśnie uważam.

O.L. – Ja natomiast uważam trochę inaczej. Ponieważ otrzymałaś od Matki Bożej zadanie, by modlić się za chorych, może Matka Boża chce, abyś stała się żywym orędziem, jak należy cierpliwie przyjmować cierpienie.

V. – Cierpienia z pewnością nie da się wytłumaczyć, a tylko przeżywać w głębi własnego serca. Kiedy Pan zsyła na nas małe cierpienie, jak mały krzyż, powinniśmy przyjąć je jako wielki dar od Boga. Często myślimy sobie: jak choroba może być darem? W rzeczywistości jest to wielki dar i Bóg zna jego powód. Wszystko zależy od nas, od stopnia, w jaki jesteśmy lub nie jesteśmy gotowi przyjąć ten dar. Powinniśmy dziękować Bogu, nie zadawać zbyt wielu pytań, a tylko prosić o siłę i odwagę, by iść naprzód. Matka Boża powiedziała: nie wiecie, jaką wartość ma wasze cierpienie w oczach Boga. Powinniśmy nauczyć się odpowiadać na łaski, które pochodzą od Boga, także poprzez przyjmowanie z miłością cierpienia. Musicie jednak wiedzieć, że są różne rodzaje cierpienia: cierpienie, które pochodzi od Boga, ale i takie, którego sami szukamy. Ich wartość jest różna. Powinniśmy przyjmować to, czego chce od nas Pan i dziękować Mu za ten wielki dar.

O.L. – Wydaje mi się, że Maryja powiedziała ci, byś się uśmiechała nawet w chwilach cierpienia.

V. – Oczywiście, i to także jest wspaniałe. Kiedy znajdujesz uśmiech w cierpieniu, oznacza to, że je przyjmujesz, i potem nie dostrzegasz już cierpienia, ale czujesz płynącą z serca radość. Każdego dnia stajesz się silniejszy i przestajesz odczuwać ciężar. Im więcej robisz dla Matki Bożej, tym większe odczuwasz szczęście i miłość.

O.L. – Ty tak mówisz, ale rzeczywistość wygląda inaczej, bo tych, co odkrywają, że cierpienie jest łaską i potrafią je przyjąć, jest zasadniczo niewielu, natomiast większość osób, kiedy choruje, prosi o uzdrowienie, czasem nawet szukając pomocy u niewłaściwych osób, jak wróżka itp. Matka Boża tymczasem powiedziała nam, jak zyskać uzdrowienie w orędziu: „Do uzdrowienia chorych konieczna jest silna wiara, wytrwała modlitwa, której towarzyszy ofiara postu i wyrzeczenia. Nie mogę pomóc tym, którzy się nie modlą i nie czynią wyrzeczeń” (18.08.82 r.).

V. – Bóg zawsze jest gotów udzielić daru uzdrowienia. Dla Boga to bardzo łatwe. My jednak, kiedy spotyka nas jakaś trudność, natychmiast zwracamy się do Boga z błaganiem o ratunek. Matka Boża przestrzegła nas jednak, że z prośbami o łaskę nie wolno żartować. Matka Boża zawsze jest gotowa udzielać nam łask za pośrednictwem swego Syna, ale wielu prosi o uzdrowienie ciała, mało natomiast o uzdrowienie serca. Dopiero wtedy, gdy zacznie się uzdrowienie serca, dojdzie również do uzdrowienia ciała. Często źle prosimy o łaskę. Nie należy rozumować w ten sposób: dzisiaj czegoś potrzebuję, więc pomodlę się do Matki Bożej, która da mi to, inaczej nie będę się modlił. Modlitwa to nie wymiana handlowa. Nikt nie zmusza nas do modlitwy: Bóg dał nam wolną wolę. Jeśli jednak chcemy się modlić, to pierwsza rzecz, o jaką powinniśmy prosić, jest dar żywej wiary, która będzie wzrastała w naszym sercu. Nasza wiara nie może wyrażać się tylko w słowach, ale powinna obejmować całe nasze życie. Dzięki codziennej modlitwie nasza wiara wzrasta dzień po dniu i sta je się wewnętrznym bogactwem. Jeśli idziesz do wróżki, oznacza to, że Bóg dla ciebie nie istnieje. Możesz szukać wszędzie, ale ostatecznie do niczego nie dojdziesz. Jedynym, który może dać prawdziwą radość i uzdrowienie, jest Chrystus.

O.L. – Oczywiście, bo jeśli Matka Boża nas uzdrowi, a my się nie na wrócimy, to wykorzystamy uzdrowienie do popełniania dalszych grzechów.

V. – W dzisiejszym świecie istotnie dostrzega się taką tendencję: wszystko, co kiedyś było normalne, dzisiaj przestało takie być, i odwrotnie. Ale Bóg nie ma z tym nic wspólnego. Istniejące dzisiaj zło nie po chodzi od Boga, ale jest dziełem człowieka.

O.L. – Matka Boża istotnie przekazała niepokojące orędzia o sytuacji na świecie, gdzie zło wydaje się rosnąć w siłę. W jednym z orędzi powiedziała: „Współczesny świat przeżywa gwałtowne napięcia i kroczy skrajem przepaści. Może zostać ocalony tylko wtedy, jeśli odnajdzie pokój. Pokój zaś osiągnie tylko poprzez powrót do Boga” (15.02.83 r.).

V. – Bardzo często szukamy pokoju nie tam, gdzie trzeba. Powinniśmy go szukać w Bogu i w Maryi. Kiedy modlimy się o pokój na świecie, w gruncie rzeczy nie chcemy zmieniać samych siebie, jakby nas to nie dotyczyło. Tymczasem wszyscy jesteśmy częścią świata. Świat może się zmienić tylko wtedy, gdy sami znajdziemy pokój w sercu.

O.L. – Matka Boża wspomniała również o fałszywych prorokach, mówiąc, że „Fałszywi prorocy przepowiadają nadejście klęsk”. Głoszą: „W tym roku, w tym dniu, wydarzy się wielka klęska”. Ja zawsze wam powtarzałam, że kara spadnie, jeśli świat się nie nawróci. Dlatego wzywam wszystkich do nawrócenia. Wszystko zależy od waszego na wrócenia” (15.12.83 r.). Pytam Cię więc: jeśli się nawrócimy, będzie dziesięć tajemnic, czy ich nie będzie?

V. – Dziesięć tajemnic będzie w każdym wypadku. Matka Boża opisała mi dziewięć z nich i teraz czekam na wyjawienie ostatniej. Wcześniej mówiłam o trzeciej tajemnicy, którą będzie znak na górze, te raz opowiem wam o siódmej. Matka Boża powiedziała, że siódma tajemnica została w połowie złagodzona dzięki naszym modlitwą. Zaleca nam dalszą modlitwę, ponieważ dzięki niej można złagodzić także inne tajemnice.

O.L. – Czyli podsumowując: Matka Boża błaga nas o nawrócenie. Mówi, byśmy nie czekali z nim aż się pojawi znak na Górze, bo jak kolwiek by nie było, „wypełnią się wszystkie tajemnice, które powierzyłam, ukaże się też widzialny znak. Kiedy zaś się to stanie, dla wielu będzie za późno” (23.12.83 r.). Co to oznacza?

V. – Matka Boża nie wyjaśniła, dlaczego będzie za późno, powiedziała, że obecnie przeżywamy czas łaski.

O.L. – Trzeba więc na wrócić się przed znakiem?

V. – Matka Boża codziennie wzywa nas do nawrócenia serca, a po 27 latach, kiedy przebywa tutaj pośród nas, nasze serca wciąż są zbyt za mknięte.

O.L. – Kiedy zatem mówimy o tajemnicach, zawsze powinniśmy zachęcać ludzi, by nie tracili nadziei. Matka Boża nie przyszła bowiem do Medziugorja, by nas straszyć, ale by przywołać do odpowiedzialności i nawrócenia w kontekście, który zawsze odwołuje się do nadziei. Oto dla przykładu orędzie z pierwszego roku objawień: „Jedna jest tylko chrześcijańska postawa wobec przyszłości: nadzieja na zbawienie” (10.06.82 r.).

V. – Matka Boża jest tutaj pośród nas, by ratować nasze dusze i zawsze obdarza nas radością i odwagą, nakłania,  by iść naprzód. Na Jej twarzy, nawet jeśli smuci Ją położenie, w jakim się znaleźliśmy, zawsze maluje się otucha i siła, która dodaje ci odwagi.

O.L. – Ja też zawsze po wtarzam, kiedy prowadzę transmisje w Radiu Maryja, że dziesięć tajemnic to okres łaski, ponieważ stanowi sposobność do pokonania potęgi złego ducha. Matka Boża jawi się jako królowa.

V. – Zło zna nasze słabości i odnajduje wszystkie słabe punkty, aby je wykrzystać: wolny czas młodych ludzi i podziały w rodzinach. Matka Boża powiedziała, że kiedy odczuwamy w sercu spokój i pogodę, pochodzą one od Boga. Jeśli zaś doświadczamy w sercu lęku i czujemy się niespokojni, musimy wiedzieć, że uczucia te niepochodzą od Boga, i mieć się na baczności. Musimy umieć rozróżnić, co pochodzi od Boga, a co nie, ponieważ w ten sposób możemy dokonać zmiany w naszym życiu i bardziej zaangażować się w modlitwę, aby oddalić owo zło.

O.L. – Innymi słowy, jeżeli trwamy w bliskości z Matką Bożą, odczuwamy w sercu radość i nie boimy się przyszłości. Matka Boża powiedziała bowiem kiedyś, że ten, kto się modli, nie ma się co bać przyszłości.

V. – Oczywiście: ten, kto się modli, nigdy nie boi się przyszłości, a kto praktykuje post, ten nie boi się zła. Matka Boża nigdy nie wywołuje lęku, ale przynosi nadzieję i radość. Widać stąd, że Matka Boża i Jej Syn Jezus pokonują wszelkie istniejące zło. Nie powinniśmy nigdy się bać, a tylko podążać za Maryją i Jej Synem.

O. L. – Moc należy do Boga, nawet jeśli zło jest niebezpieczne, a szatan silny. Trwożny lęk o przyszłość z pewnością nie przystoi wierzącemu, jednak istnieje dzisiaj pewne zagrożenie, o którym nie powinno się zapominać. Jan Paweł II dwukrotnie stwierdzał, że światu grozi samozagłada. Widzący Ivan oświadczył na jednym nagraniu wideo, że Matka Boża powiedziała mu kiedyś to samo, a mianowicie że światu grozi samozagłada. Dlatego niedobrze jest być powierzchownym. W jednym z orędzi Matka Boża powiedziała: „Będę prosiła mego Syna, by nie karał świata, ale błagam was: nawróćcie się. Nie możecie sobie wyobrazić, co się stanie, ani co Bóg Ojciec ześle na świat. Dlatego powtarzam wam: nawracajcie się. Zrezygnujcie ze wszystkiego. Odprawiajcie pokutę” (25.04.83 r.). Widać tutaj, jak nadzieja współistnieje z obawą.

V. – Matka Boża dlatego właśnie jest tutaj z nami od tylu lat, abyśmy przybliżyli się do Boga i nawrócili. Jako matka Maryja nie chce, aby zagubiło się którekolwiek z Jej dzieci. Nigdy jednak nie stosuje przemocy, ani nie mówi „musisz się nawrócić”. Ona nas zachęca, pozostawia nam wolność podjęcia decyzji w naszym sercu. Tylko że nasze serca są twarde.

O.L. – Post jest bez wątpienia jednym z orędzi, które przeżywasz najpełniej. Wyjaśnij nam pokrótce, na czym polega post, o który prosi Matka Boża i dlaczego. „Okazać całą swoją siłę i moc. Obecny czas należy do szatana” (10.02.83 r.). Co to oznacza?

VICKA – Kiedy Matka Boża zaleca post, ma na myśli post o chlebie i wodzie. Powiedziała też, że dla osób mających problemy ze zdrowiem wystarczy, jeśli dokonają jakiejś innej, małej ofiary według własnego wyboru. Dla zdrowych ludzi post o chlebie i wodzie nie stanowi żadnego problemu, brakuje im raczej silnej woli. Post nie powinien również nastrajać nas negatywnie wobec innych, w takim bowiem przypadku lepiej jest w ogóle nie pościć. Pościć należy z miłością, tak by inni nie widzieli, że pościmy. Post służy oczyszczeniu naszej duszy, wyzbyciu się tego, co nam wewnętrznie przeszkadza.

O.L. – Matka Boża nieraz powtarzała, że post o chlebie i wodzie ma zasadnicze znaczenie. Podkreślała też przy wielu okazjach, że nie można zastępować postu jałmużną. Podpowiedziała jednak inne rodzaje wyrzeczeń i mówię to przede wszystkim do osób, które dopiero wstąpiły na tę drogę i nie czują się jeszcze zdolne do podjęcia tego typu postu o chlebie i wodzie. Matka Boża podała pewne wskazówki, jak rezygnacja z telewizji, alkoholu, papierosów i innych przyjemności (por. 08.12.81 r.).

V. – Ważne jest, by zacząć i postępować krok po kroku. Matka Boża nie mówiła, aby od razu pościć o chlebie i wodzie. Powinniśmy zacząć od drobnych wyrzeczeń, a w modlitwie prosić o łaskę, by móc zacząć post. Powinniśmy być gotowi zacząć z własnej woli, a potem z pewnością Pan udzieli nam tej łaski. Jeśli prosimy sercem, Bóg odpowiada nam miłością. Matka Boża powiedziała kiedyś, że nie wiemy, jaką wartość ma dla Boga nasz post. Poprzez post można oddalić nawet groźbę wojny. To świadczy o sile, jaką ma post.

O.L. – Matka Boża, ucząc nas umiejętności wyrzeczenia, ma na celu umocnić nas w wyrzeczeniu się grzechu.

V. – Nasze życie jest dzisiaj zbyt wygodne, bardzo dużo posiadamy. Trudno przekonać ludzi do poniesienia jakiejś ofiary. Ludzie jedzą coraz więcej i więcej, jak gdyby bali się, że umrą z głodu. Ważne jest, by zacząć pościć, uwolnić nasze serce, posłuchać woli Matki Bożej. Mając dobrą wolę, można zrobić wszystko.

O.L. – Ostatnią kwestią, którą chciałbym poruszyć, jest ilość przybywających do Medziugorja kapłanów, jakiej nie odnotowuje się w żadnym innym sanktuarium. Wydaje się, że Maryja przyzywa nie tylko wiernych, ale i kapłanów. Matka Boża wielokrotnie zachęcała do modlitwy za papieża, biskupów, za naszych duszpasterzy i za wszystkich kapłanów. Wezwała także do szacunku wobec kapłanów, co we Włoszech jest dość rzadkie, gdyż najczęściej się ich krytykuje. W jednym z orędzi z pierwszego roku objawień Matka Boża powiedziała: „Zbyt wielu ludzi opiera swoją wiarę na postępowaniu kapłanów. Jeżeli kapłan nie wydaje się spełniać wymagań, wówczas mówią, że Bóg nie istnieje. Nie idzie się do kościoła, by zobaczyć, jak zachowuje się kapłan, lub by sprawdzać jego życie prywatne” (11.10.82 r.).

V. – Musimy zrozumieć, że kapłan jest dla nas wielkim darem od Boga. Nigdy nie należy osądzać. Jeśli widzimy, że jakiś kapłan popełnił błąd, zawsze powinniśmy być gotowi mu pomóc, a nie osądzać go. On też potrzebuje naszych modlitw, bo też jest istotą ludzką. Powinniśmy patrzeć na naszych księży jak na braci, których możemy wesprzeć modlitwą i chęcią niesienia im pomocy. Jeśli się kłócimy lub źle o nich mówimy, oznacza to, że coś jest z nami nie w porządku. Nie powinniśmy osądzać kapłanów, bądźmy sędziami tylko wobec samych siebie, ponieważ nie znamy powodów, dla których postępują oni tak, a nie inaczej. Do Medziugorja przybywa mnóstwo kapłanów i każdego roku jest ich coraz więcej. Widzi się, że niektórzy kapłani przyjeżdżają do Medziugorja, by otrząsnąć się z duchowej niemocy, wiedzą, że tutaj obecna jest Matka Boża i że tylko tutaj mogą zaczerpnąć nieco sił. Jestem pewna, że wszyscy przyjeżdżający tutaj kapłani modlą się za wszystkich wiernych w swoich parafiach. My również módlmy się za nich trochę więcej, a wraz z naszym przykładem oni też staną się lepsi i świętsi.

OJCIEC LIVIO – Matka Boża wymienia szatana w prawie stu orędziach, z czego w 80 skierowanych do parafii, i wyjaśnia, na czym polega jego działanie. W pierwszych latach objawień dała dość niezwykłe orędzie, znajdujące jednak potwierdzenie w doświadczeniu innych mistyków, jak też u papieża Leona XIII: „Nadszedł czas, kiedy szatanowi wolno okazać całą swoją siłę i moc. Obecny czas należy do szatana” (10.02.83 r.). Co to oznacza?

V. – Z pewnością szatan ma dużą moc, choć nie tak wielką jak moc Maryi. Dzisiaj w rodzinach można robić, co się komu podoba, ponieważ rodzina przestała razem się modlić. Szatan kusi również osoby, które są blisko Boga, ale jeśli człowiek naprawdę jest silny modlitwą i wiarą w Boga, szatan nie może nic zdziałać i ucieka.

O.L. – Matka Boża istotnie powiedziała: „Stańcie do walki i pokonajcie szatana z różańcem w ręku” (por. 08.08.85 r.).

V. – Niewątpliwie jest to jedyny sposób, aby trzymać szatana z dala.

O.L. – Zdumiewa w każdym razie, że już trzydzieści lat temu Matka Boża przewidziała, że szatan zaatakuje przede wszystkim młodych ludzi i rodziny.

V. – Tak, dla młodych i dla rodzin jest to rzeczywiście bardzo trudny okres: rozwody, narkotyki…

O.L. – Matka Boża, oprócz o szatanie, mówiła także o piekle. W jednym z orędzi powiedziała, że: „wielu dzisiaj idzie do piekła”. To samo powiedziała we Fatimie. Dodała też, że „dusze potępionych nie czują skruchy i nadal odrzucają Boga. Stają się częścią piekła i nie chcą zostać stamtąd wyrwane” (25.07.82 r.). Maryja mówi nam więc o szatanie, o tym, że wielu idzie do piekła, że dusze, które idą do piekła, nienawidzą Boga i nie chcą się nawrócić, podczas gdy z ambony słyszy się niekiedy, że szatana nie ma, że piekło jest puste itp.

V. – Mogę powiedzieć, że ten, kto idzie do piekła, trafia tam z własnej woli. Bóg nikogo nie posyła do piekła. Poświadczam też, co widziałam na własne oczy, kiedy Matka Boża zabrała mnie tam z ciałem: piekło nie jest puste, jest w nim mnóstwo ludzi. Matka Boża wyjaśniła nam, że ludzie ci trafili tam z własnego wyboru, z własnej woli.

O.L. – Na nas także spoczywa odpowiedzialność, aby wszystkie dusze zostały ocalone. W Fatimie Matka Boża powiedziała przecież, że wielu idzie do piekła, ponieważ nikt się za nich nie modli ani nie ofiaruje.

V. – My modlimy się za nich wszystkich, dokonujemy też wyrzeczeń. Końcowy wybór należy jednak wyłącznie do nich samych. Z całego serca robimy wszystko, co w naszej mocy, i modlimy się, aby idąc za naszym przykładem zmienili swoje życie.

O.L. – Matka Boża powiedziała kiedyś odnośnie szerzenia Jej orędzi: „Aby szerzyć moje orędzia, najpierw przeżywajcie pokój w waszych sercach. Bez tego ludzie wam nie uwierzą i odrzucą wasze słowa” (20.12.83 r.). Dla was, widzących, problem polega zatem nie tylko na głoszeniu orędzi słowem, ale na osobistym ich przeżywaniu, by stać się wiarygodnymi.

V. – Tak, orędzie należy najpierw przeżyć samemu. Tylko w ten sposób można przekazać je innym.

O. Livio – Tak dużo otrzymaliśmy od Matki Bożej, a i słuchacze Radia Maryja, z których wielu odbyło pielgrzymkę do Medziugorja, wiedzą, ilu łask udzieliła. Matka Boża powiedziała kiedyś pewne bardzo znamienne zdanie, które doskonale pasuje właśnie do Radia Maryja, opierającego się przecież na wolontariacie: „Pokażcie mi, że macie szczodre serce” (02.12.83 r.).

Vicka – To widać. Jeśli coś nie pochodzi od Matki Bożej, nie trwa długo. Widać, że Radio Maryja jest Jej radiem. Również Ojciec Livio – i nie mówię tak, by Ojca chwalić, bo mnie słyszy, ale ponieważ to prawda – poświęcił swój czas i życie dla Matki Bożej. Dlatego za jego pośrednictwem Matka Boża zsyła łaski na radio i na wszystkich słuchaczy. Darzę Ojca Livio głęboką przyjaźnią, a to oznacza, że jestem również przyjaciółką wszystkich słuchaczy. Zawsze jestem blisko was, pamiętam o was w modlitwach i przedstawiam Matce Bożej serca was wszystkich.

O.L. – Dziś wieczór, kiedy będziesz miała objawienie, wszystkich nas polecisz więc Matce Bożej.

V. – Oczywiście, z całego serca. Wszystkim wam, drodzy słuchacze, składam życzenia szczęśliwego roku, abyśmy w tym nowym roku stali się lepsi, a jeśli dla kogoś orędzie Matki Bożej pozostaje jeszcze trochę odległe, życzę mu, by bardziej się ku Niej zbliżył. Modlę się zawsze za chorych i jestem blisko nich. Kiedy Matka Boża się objawia, moje pierwsze słowa dotyczą wszystkich chorych i cierpiących Bądźcie pewni, że ktoś się za was modli.

O. L. – Vicko, dziękuję Ci z całego serca za tę wspaniałą rozmowę. Chciałbym zakończyć modlitwą Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu.

(Wywiad o. Livio, dyrektora Radia Maryja – Włochy, przeprowadzony z VICKĄ 02.01.2008 r.
– zamieszczony w miesięczniku „Echo Maryi Królowej Pokoju”)

Posted in Medziugorje | Otagowane: , , | 16 komentarzy »

Setki tysięcy amerykanów szło w marszu dla życia.

Posted by Dzieckonmp w dniu 26 stycznia 2010


W „Marszu dla Życia”, który przeszedł ulicami Waszyngtonu 22 stycznia, udział wzięło ponad 300 tysięcy ludzi, reprezentujących różne wyznania i religie. Mimo zapowiedzi że przez meteorologów że będzie brzydka pogoda , będzie padał śnieg w dniu marszu pogoda była znośna. Przyszedł ogromny tłum zdominowany przez młodzież, największy w historii  37 letnich corocznych marszów od 1973 roku w USA zginęło około 50 milionów nienarodzonych dzieci.

W przeddzień manifestacji Mszę św. w Narodowym Sanktuarium w Waszyngtonie koncelebrowało 5 kardynałów, 40 biskupów razem z 350 księżmi. Wzdłuż trasy były setki transparentów ze szkół, kolegiów, zgromadzeń zakonnych i grup pro-life..

Jak wynika z najnowszego sondażu opinii publicznej wynika, że coraz więcej Amerykanów sprzeciwia się zabijaniu dzieci nienarodzonych i uważa aborcję za „moralne zło”.

dominującą demograficznie w tym 37-mym Marszu dla Życia były młode kobiety.


Posted in Aborcja, Z prasy | 5 komentarzy »

Orędzie, 25. stycznia 2010

Posted by Dzieckonmp w dniu 25 stycznia 2010


„Drogie dzieci! Niech ten czas będzie dla was czasem osobistej modlitwy, tak aby w waszych sercach wzrastało nasienie wiary i aby wyrosło w radosne dawanie świadectwa innym. Jestem z wami i wszystkich was pragnę zachęcić: wzrastajcie i radujcie się w Panu, który was stworzył. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

——————————————————–

Matka Boża mówi do nas niech ten czas będzie czasem osobistej modlitwy . Najlepsza osobista modlitwą jest adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy, zamyśleniu, gdy dzień ma się ku końcowi.

Adoruję Cię Panie Jezu i wyznaję , że jesteś Synem Boga żywego!



Posted in Medziugorje, Orędzia, Prośba o modlitwę | 32 komentarze »

W oczekiwaniu na orędzie

Posted by Dzieckonmp w dniu 24 stycznia 2010


Od teraz aż do wieczora w poniedziałek nie będzie wpisów . Będziemy milczeć oczekując na orędzie z nieba. Żyjemy w szumie informacyjnym gdzie prawda miesza się z kłamstwem, i bardzo trudno jest się nam rozeznać w tym natłoku informacji w większość fatalistycznych.

Dlatego trochę wyciszenia, skupienia w oczekiwaniu na Jej głos. 
W poniedziałek 25 stycznia Matka Boża da nam nowe orędzie.

Otwórzmy swoje serca na modlitwie.

Wieża zegarowa na kościele w Medjugorje w porze objawienia Matki Bożej

(między 18:40 a 19)

Pani piękniejsza niż słońce

W Fatimie Matka Boża została opisana przez pasterzy jako Pani piękniejsza niż słońce. W dniu 11/05/2007 zaobserwowano na niebie w  Medjugorje postać. (filmik pireszy). Ludzie, którzy widzą tą postać  na niebie śpiewają hymn Matki Bożej z Medjugorje.  Na  drugim filmie są pieśni śpiewane podczas Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży z  2007 r.  „Mamy więc wielki cud na niebie: Niewiasta obleczona w słońce a księżyc pod jej stopami, a wieniec z gwiazd dwunastu „(Ap 12,1)



Posted in Cuda, Medziugorje, Objawienia | Otagowane: , , | 19 komentarzy »

Jak życ w cywilizacji śmierci

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 stycznia 2010


BUDOWNICZY NOWEGO ŚWIATA BEZ BOGA I BEZ LUDZI

Prawda o tym, czym jest ONZ, komu służy i jakie są cele jej działalności, zaczęła docierać do szerszych mas na świecie dopiero przy okazji sztucznie montowanej propagandy o światowym zagrożeniu przez rzekomą epidemię świńskiej grypy i o konieczności zaszczepienia wszystkich ludzi na świecie przeciwko tej grypie. Światowa akcja szczepienia miała się dokonać pod kierownictwem Światowej Organizacji Zdrowia (jeden z urzędów ONZ). Rządy 94 państw zrzekły się wcześniej swoich praw w dziedzinie lecznictwa na rzecz Światowej Organizacji Zdrowia, gdyby taka epidemia zaistniała.

Do ukazania prawdziwego oblicza ONZ i wielu organizacji o zasięgu światowym przyczyniło się zdemaskowanie drugiego wielkiego kłamstwa, jakim jest sztucznie fabrykowany fałszywy obraz zagrożenia ludzkości przez globalne ocieplanie, na skutek ludzkiej działalności w postaci wydzielania gazów cieplarnianych z dwutlenkiem węgla (CO2). Kłamstwa o światowej epidemii grypy jak i globalnego ocieplenia oraz środki zapobiegawcze przeciwko tym rzekomym zagrożeniom ludzkości są tak prymitywne i zbrodnicze, że rodzą sprzeciw nawet u osób wysoko postawionych w hierarchii społecznej. Ale wydaje się, że budowniczy nieludzkiego świata przeliczyli się sądząc, że mają już pod ścisłą kontrolą wszystkich ludzi i nikt nie sprzeciwi się ich ludobójczym kłamstwom.

Skąd wyrastają zbrodnie globalizmu?

Dzięki Internetowi, do ludzi na całym świecie dociera szokująca prawda, że w trąbionej przez wielkie media „trosce” globalistów o ludzi chodzi ostatecznie o wyniszczenie miliardów mieszkańców ziemi. A dotarcie takiej wiadomości do świadomości każdego normalnego człowieka wywołuje najpierw szok, a później rodzi się wola walki przeciwko zbrodniczym działaniom globalistów. Ale chcąc zrozumieć, skąd się biorą te anomalie, jak daleko kłamcy i ludobójcy wszechczasów doszli już w zbrodniach przeciwko ludzkości i jakie mamy możliwości samoobrony, trzeba sięgnąć do szeregu wydarzeń w historii globalizmu. Dopiero w świetle wydarzeń na przestrzeni ponad dwustu lat można lepiej zrozumieć, wobec jakiego zagrożenia stanęła ludzkość na początku XXI wieku.

Historia pokazuje, że wszyscy działacze społeczni, wszyscy reformatorzy w działaniach swych dla dobra ludzi kierują się zasadami Dekalogu, które uznane są jako niezmienne prawa natury.  Przestrzeganie zasad Dekalogu, zwanych Przykazaniami Bożymi, było i jest zawsze u podstaw zmian służących dobru ludzi. I odwrotnie. Zmiany z przekreśleniem praw natury (Dekalog) zawsze uderzają w dobro człowieka, niezależnie pod jakimi hasłami są one wprowadzane. Działanie według zasad Dekalogu wypływa z wielkiej prawdy, że istnieje Bóg, który stworzył świat i niezmienne prawa moralne, a człowiek – mając rozum i wolną wolę – ma te prawa poznawać i według nich postępować, że tylko na tej drodze możliwe jest ulepszanie świata.

Do czasów nowożytnych wszystkie systemy społeczne oparte były na prawach natury, których główne zasady ujęte są w Dekalogu. Zło w postaci łamania praw natury stanowiło margines społeczny. W znanej nam historii nie było przypadku, aby istniał ustrój społeczny, w którym odrzucenie praw natury (Dekalogu) byłoby uznane oficjalnie jako reguła danego ustroju społecznego.

Dopiero w ostatnich wiekach grupka ludzi podjęła dalekosiężny plan zniszczenia świata budowanego na zasadach Dekalogu, aby na to miejsce urządzić ten świat na zasadach uznawanych i nieustannie potwierdzanych przez życie jako złe, diabelskie, antyludzkie. W 18-tym wieku szybkie przejmowanie olbrzymich bogactw  oraz zdobywanie wpływów politycznych w świecie przez klan Rotszyldów zrodziła w nich myśl podjęcia zorganizowanej akcji, zmierzającej do zdobycia absolutnej władzy nad całym światem.

Główne założenia, jak zdobyć władzę nad światem i jak go urządzić, niedoszli „władcy” tego świata czerpali z Talmudu, czyli z księgi uchodzącej za religijną księgę odłamu judaizmu, który jest zaprzeczeniem prawdziwego Boga i Jego niezmiennych praw.. Rotszyldowie oraz związani z nimi ludzie na bazie Talmudu uchodzą za  Żydów, ale nie są autentycznymi Żydami. Są oni potomkami plemienia azjatyckich Kazarów (stąd ich nazwa Żydzi Askenazi), którzy w 9-tym wieku – ze względu na liczniejszych sąsiadujących muzułmanów i chrześcijan – przyjęli religię żydowską w interpretacji Talmudu, a nie w interpretacji mozaizmu (Dekalogu).    Przyjęcie przez Kazarów religii żydowskiej w interpretacji Talmudu oraz rolę ich potomków, jako głównych twórców antyludzkiego globalizmu, opisuje dokładnie Andrew Carrington w pracy pt. „Synagoga szatana”. W pracy tej autor wykazuje, że odrzucenie Boga prawdziwego i Jego praw oraz uznanie Lucyfera jako swego boga przez  grupkę talmudystów z Rotszyldami na czele jest źródłem antyludzkiego globalizmu z jego ludobójczymi działaniami.

Jak udokumentowano w wielu publikacjach, głównym założeniem w nauczaniu Talmudu jest podział ludzi na dwa różnorodne gatunki. Jeden gatunek ludzi stanowią Żydzi, którzy są prawdziwymi ludźmi; drugi gatunek stanowią istoty innych narodowości. Według Talmudu – ten drugi gatunek ludzi to nie są prawdziwi ludzie. Są oni stworzeni dla służenia Żydom w postaci ludzkiej, aby Żydzi nie czuli się źle. Ale w rzeczywistości są to bestie, z którymi Żydzi mogą robić wszystko, co im się tylko podoba. Przy takim podziale ludzi wszystkie dobra świata są własnością rzekomo wyższego gatunku ludzi.

Dziś jest już w pełni ujawnione i udokumentowane, że budowniczy nowego świata nie tylko uznali siebie za wyższy gatunek ludzi, ale rzekomo odkryli w Egipcie jakąś tajną wiedzę, która mówi o ich boskim pochodzeniu i o ich obowiązku kierowania światem jak swoją własnością. Jak opisuje znawca globalizmu, amerykański oficer lotnictwa Texe Marrs w swej źródłowej pracy pt. „Kółko intrygi” (Circle of Intrigue), członkowie bezimiennej dziesiątki kierujący tworzeniem nowego świata uważają siebie za boskich potomków, których prawem i obowiązkiem jest rządzić światem jak swoją własnością po wieczne czasy. Czyż ujawnione ludobójcze plany i działania kierujących globalizmem nie są wcielaniem w życie podziału ludzkości na „boskich właścicieli” świata i bezwolnych robotów?

Walka przeciwko Bogu i ludziom u podstaw globalizmu

Talmud i wyrosły z niego globalizm są tak przeciwne zasadom Dekalogu, zdrowemu rozsądkowi i zdrowemu odczuciu każdego normalnego człowieka, że plan budowy świata według założeń talmudycznego globalizmu nie ma szans realizacji, jeśli nie usunie się Boga i Jego praw z życia ludzkiego. A wiadomo, że usunięcie Boga i Jego praw z życia ludzi jest celem odwiecznych wysiłków szatana, którego niedoszli „właściciele” świata uznali za swego boga. Stąd walka przeciwko Bogu i Jego prawom jest jednym z głównych założeń we wszystkich działaniach twórców nowych porządków na świecie.

Już w pierwotnym planie globalizmu, główny autor tego planu Żyd Askenazi, prawnik Adam Weishaupt, finansowany przez Rotszyldów, również Żydów Askenazi, napisał m.in.: Dla osiągnięcia naszych celów konieczne jest wykorzenić wszelki strach za czyny złe i zastąpić chrześcijańskie przesądy religią rozumu. Powszechna rewolucja winna wnieść do społeczeństw podmuch śmierci. Książęta i niektóre narody znikną z powierzchni ziemi. Tak, przyjdzie czas, kiedy ludzie nie będą mieli innych praw tylko księgę natury. Rewolucja ta będzie dziełem tajnych stowarzyszeń. Jest to jedna z największych naszych tajemnic (Nesta Webster – „World Revolution”, s.25). A. Weishaupt opracował pierwotny plan globalizmu, który to plan został przyjęty na światowym spotkaniu masonerii w 1776 roku w Ingolstadt w Niemczech.

Jak wyglądają zapowiedziane przez Weishaupta  prawa księgi natury, mamy niedwuznaczne przykłady nie tylko w tajnych planach wyniszczenia pięciu miliardów ludzi (patrz: dr. Jon Coleman – „Conspirators’ Hierarchy”, s. 163), ale w jawnym już napisie na obelisku z 1980 roku w Elberton w stanie Georgia, gdzie w ośmiu językach wypisano satanistyczne wezwanie do redukcji liczby ludzi na świecie do 500 milionów. Napis brzmi: Utrzymujmy ludzkość w liczbie 500 milionów, zachowując wiecznie trwającą równowagę w przyrodzie.

Kłamstwo o przeludnieniu ziemi

Wszystkie plany i działania niedoszłych „właścicieli” świata powołują się na rzekome przeludnienie ziemi, jako przyczynę zachwiania równowagi w przyrodzie. Przeludnienie ziemi jest jednym z największych kłamstw budowniczych nowego świata. Przy narzuceniu takiego kłamstwa zbrodniarze wszechczasów chcą usprawiedliwić swoje ludobójcze akcje. Tymczasem udowodniono naukowo, że ziemia jest ciągle niedoludniona, czyli zaludniona za mało. Robert L. Sassone w swej naukowej pracy pt. „Kontrola populacji – pytania i odpowiedzi” wykazał, że biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości produkcji żywności, można wyżywić dostatnio dziesięć razy więcej ludzi niż jest obecnie, czyli 60 miliardów.

Dla ludzi mających otwarte oczy i myślących samodzielnie, a nie według kłamliwych programów wielkich mediów, jasne jest, do czego zmierzają talmudyczni reformatorzy świata. Biorąc przykładowo, Rosja przed Rewolucją Październikową w 1917 roku miała ogromne nadwyżki żywności. Od kiedy talmudyści przejęli tam władzę, dziesiątki milionów ludzi zamorzyli głodem, a większość do dziś żyje w nędzy. A weźmy USA. Ameryka Północna mogłaby wyżywić dostatnio i zdrowo cały świat. Od kiedy talmudyści przejęli kontrolę nad władzą, zniszczyli produkcję zdrowej żywności, tworząc korporacje żywnościowe, które produkują żywność zatrutą chemicznie i zmienianą genetycznie. Przy takiej żywności naród wyginie w ciągu czterech, pięciu pokoleń.

Zgodnie z tajnymi wytycznymi globalizmu – obecnie taki sam „raj” budują nam ludzie  przy władzy w Polsce, będący na usługach światowych globalistów. Bezrobocie, nędza, zatruta żywność, mnożące się choroby, są planowanymi zjawiskami, których głównymi sprawcami są członkowie bezimiennej grupki talmudystów, dążących obłędnie do zdobycia władzy nad całym światem i urządzenia go z wykluczeniem Boga i Jego praw. Jest to przepowiedziana nasilona walka szatana i jego zwolenników przeciwko Bogu i przeciwko człowiekowi.

Konkretne przejawy tej walki w naszych czasach, walki przepowiedzianej dwa tysiące lat temu, w języku polskim opisuje najbardziej całościowo Henryk Pająk w źródłowej pracy pt. „Bestie końca czasu”, ukazując niszczenie cywilizacji chrześcijańskiej przez zorganizowane siły Zła wcielonego we władzę pieniądza, korporacjonizmu, nienawiści do chrześcijaństwa, zwłaszcza do katolicyzmu (s.4). Budowniczy globalizmu na usługach Lucyfera przejęli większość bogactw świata oraz przejęli kontrolę nad władzą i całym życiem społecznym w większości krajów. Ale cała ich siła tkwi w nieświadomości mas.

Zdemaskowanie kłamstwa o światowej epidemii świńskiej grypy, jak też kłamstwa o globalnym ociepleniu, oraz wzrastający opór ludzi na całym świecie przeciwko ludobójczym działaniom dyrygentów globalizmu, wykazało, że możemy bronić się skutecznie przed ludobójstwem niedoszłych „właścicieli” świata. Światowy ruch samoobrony narasta i z pomocą Bożą ludzie dobrej woli pokonają hydrę globalizmu. Ale konieczne jest odrzucenie zakłamanych wielkich mediów, konieczne jest dociekanie prawdy na własną rękę i podjęcie działania przede wszystkim przeciwko zatrutej chemią i zmienianej genetycznie żywności oraz pilne przyjrzenie się, kogo wybieramy na urzędy państwowe. W tych sprawach każdy uczciwy Polak może przyłożyć rękę do skutecznej obrony siebie, swoich dzieci i Narodu Polskiego.

źródło: http://www.henrykwesolowski.com

Posted in Patriotyzm, Szatan, Z prasy, Świat innymi oczami | 19 komentarzy »

Uzdrowiona z raka i innych chorób w Medjugorje

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 stycznia 2010


Cudowne uzdrowienie Colleen Willard w Medjugorje

Cudowne uzdrowienie Colleen Willard w Medjugorje

Drogie Dzieci Medziugorja!

Niech będzie pochwalony Jezus i Maryja!

1. Gdy Colleen poszła w Chicago do lekarza od spraw płucnych, skierowała się do rejestratorki i powiedziała: „Jestem Colleen Willard”. W biurze wszyscy znali ją z widzenia, więc odpowiedzieli: „Nie, pani nie jest Colleen Willard!” Oburzona odparła: „Ależ tak, to ja!” Wtedy pobiegli przez biuro wołając: „Doktorze Duggan, doktorze Duggan, niech pan przyjdzie!” Nic nie rozumiejąc z panującego w biurze poruszenia, doktor Duggan szybko wszedł do pomieszczenia. Zobaczył Colleen i stanął, jakby w niego uderzył piorun; jego wizja życia uległa całkowitej zmianie: „O mój Boże, o mój Boże!”

Historię Colleen odkryliśmy we wrześniu dzięki Patrickowi Latta, który od dawna mieszka w Medziugorju. Natychmiast zadzwoniliśmy do Gail i Jacka Boos i Gail opowiedziała nam następującą historię:

„Colleen cierpiała na nieusuwalnego guza mózgu, który oddziaływał na przysadkę oraz na wszystkie większe i mniejsze funkcje motoryczne; była rachityczna, jej tarczyca została zredukowana do wielkości winogrona, cierpiała na stwardnienie rozsiane, na wilka, bóle mięśni i dziewięć innych bolesnych chorób śmiertelnych. Klinika Mayo (pierwsza w Stanach Zjednoczonych klinika badawcza raka mózgu i urazów rdzenia kręgowego) często przypominała Colleen, że nawet jeśliby nie miała raka mózgu, to cudem był zwykły fakt trwania przy życiu. Mimo cierpień Colleen przyszła nas prosić, żebyśmy ją przyjęli na wolnego członka naszego Stowarzyszenia Pomocy Biednym im. św. Klary. Stała się jednym z naszych najlepszych członków, którzy pozyskiwali fundusze dla uciekinierów i pozbawionych środków do życia z Bośni, używając po prostu telefonu, gdy głos jej na to pozwalał.

W ostatnich stadiach raka cierpienia Colleen doszły do kresu, podczas gdy modlitwa stała się jej ostatnią ucieczką. Nie mogła już wchodzić po schodach prowadzących do jej pokoju lub domowej kaplicy, ani udać się do łazienki bez osoby towarzyszącej; zwykły fakt dotknięcia jej skóry powodował u niej niewyobrażalny ból. John, mąż Colleen, nadal pracował, natomiast ich 21-letni syn pozostawał w domu, żeby opiekować się Colleen. Pewnego dnia powiedziałam jej o naszych licznych pielgrzymkach do Medziugorja. Colleen miała ochotę tam pojechać, lecz dobrze wiedziała, że nie może się tam udać fizycznie. Ponadto z powodu licznych rachunków medycznych, które przyszły z Kliniki Mayo, jej rodzina nie miała na to środków. Mimo to Colleen powiedziała nam: „Nie chcę tam jechać, żeby odzyskać zdrowie, chcę tam jechać tylko po to, żeby być blisko Matki Bożej i tego świętego miejsca.” To się działo w kwietniu. W sierpniu Colleen zadzwoniła do nas: „John i ja modlimy się, żeby odbyć tę pielgrzymkę.” Odpowiedziałam jej: „W twoich warunkach do Europy będziesz mogła się udać tylko dzięki łasce Bożej.” „Nie Gail”, powiedziała, „modlimy się z całego serca i powiedziałam do Pana: ‘Panie, jeśli naprawdę chcesz, żebym tam pojechała, potrzebuję potwierdzenia. Poproś ojca Agniello, żeby jutro do mnie zadzwonił i będę wiedziała, że mam tam jechać.’ Nazajutrz zadzwonił do mnie ojciec Agniello i powiedział do mnie: ‘Colleen, nie wiem dlaczego, ale dziś rano musiałem do ciebie zadzwonić.’” Tym sposobem dowiedziała się, że ona i John powinni tam jechać. To było potwierdzenie.

Kilka tygodni przed podróżą do Medziugorja spędziliśmy na przygotowaniach. John opłacił bilety i mieliśmy się spotkać w Chicago. Powiedziałam Johnowi, że było bardzo ważne, żeby dla Colleen wziąć drugie ubezpieczenie na wypadek, gdyby w Medziugorju jej stan się pogorszył i gdyby przyszło jej umrzeć, ponieważ koszty przewozu do kraju mogłyby sięgnąć miliona dolarów.

Gdy weszli na pokład samolotu, Colleen i John cudem zostali umieszczeni w klasie dla biznesmenów. Żeby opanować ból, Colleen przyjmowała lekarstwo co 2 godziny. Na lotnisku w Splicie John i Jack unosili jej nogi, po jednej na raz, żeby krok po kroku doprowadzić ją do autobusu. Pomimo swego całego cierpienia była radosna, ciągle się uśmiechała i wychwalała Pana za to, że udało jej się dotrzeć tak daleko. Nazajutrz rano, w czasie gdy mówiła Vicka, Colleen na wózku inwalidzkim została doprowadzona tak blisko Vicki, jak to było możliwe, żeby mogła ją jak najlepiej widzieć. Lecz wszyscy ludzie, którzy wokół niej byli, popychali ją i naciskali na nią, matki przyprowadzały swoje dzieci i przenosiły je nad jej głową. Wtedy pomyślałam: „Popełniłam straszny błąd przyprowadzając ją tutaj. Panie, proszę, przebacz mi. Dla niej to zbyt trudne do zniesienia!” Dokładnie w tym momencie jej głowa opadła do tyłu i pomyślałam, że umarła. Mówiła mi, że jeśli przysadka przestanie działać lub otrzyma silne uderzenie w głowę, to w każdej chwili może umrzeć. Jej mąż, który był daleko w tyle, utorował sobie drogę w tłumie, uniósł jej głowę i dał jej na język mieszankę morfiny i innego lekarstwa. Oczekiwaliśmy: upłynęło wiele czasu, zanim doszła do siebie.

Kiedy Vicka skończyła mówić, utorowała sobie drogę w tłumie i zbliżyła się do Colleen. Pierwsze słowa, jakie skierowała do niej po angielsku, były: „Chwała Bogu! Chwała Bogu!” Vicka otworzyła ramiona, uściskała ją i przycisnęła do piersi, ściskając ją w ramionach, obejmując i jednocześnie podtrzymując. Później położyła swoją lewą rękę na głowie Colleen; i w chwili, gdy zamierzała położyć swą prawą rękę, pielgrzymi zdecydowanie odciągnęli jej rękę, żeby w nią wcisnąć prośby o modlitwy, różańce i zdjęcia. Vicka długo trzymała rękę na głowie Colleen, która nie przestawała mówić: „Moja głowa jest jak rozżarzony węgiel! Moja głowa płonie! Mam wrażenie, że moje ciało przenika jakaś spirala!” Pomodliwszy się nad Colleen przez około 10 minut, ponownie zbliżyła się do niej, uściskała w swych ramionach i na nowo objęła. Colleen płakała.

Potem wsadziliśmy Colleen do taksówki i John zawiózł ją na wózku do kościoła, na sam przód. Jack i ja zostaliśmy w głębi. Później Colleen zwierzyła się nam, że gdy ksiądz rozpoczął konsekrację hostii, usłyszała, jak mówiła do niej Matka Boża: „Moja córko, czy chcesz oddać się Bogu Ojcu? Czy chcesz oddać się mojemu Oblubieńcowi, Duchowi Świętemu? Czy chcesz oddać się mojemu Synowi Jezusowi?” I Colleen usłyszała, jak Matka Boża mówiła do niej: „Czy chcesz oddać się teraz?” I Colleen powiedziała: „Tak, oddaję się teraz, oddaję się całkowicie na chwałę Nieba, całkowicie na chwałę Bożą”. W tym momencie poczuła mrowienie w nogach i uświadomiła sobie, że coś się zmieniło. Pod koniec Mszy św. zrozumiała, że została uzdrowiona i wstała z wózka inwalidzkiego. Byłam zdumiona. John szedł za nią i pchał pusty wózek! Colleen wyszła z kościoła na własnych nogach! Poszliśmy do restauracji U Wiktora i przybiegali do niej ludzie. Słyszeli o uzdrowieniu lub je widzieli. Powróciła pieszo do swej kwatery i tam zabawiała się sadzając swego męża na wózek. Nazajutrz sama weszła na Wzgórze Objawień. Później udało jej się wejść aż na szóstą stację Kriżevaca. Miała nawet siłę, żeby wejść na samą górę, lecz na prośbę pewnego księdza pozostała w tym miejscu i modliła się tam aż do stacji wniebowstąpienia.

Kiedy Colleen ponownie zobaczyła się z lekarzami, którzy opiekowali się nią w Stanach Zjednoczonych, przeszła pomyślnie wszystkie badania i wszystkie wyniki okazały się w normie. Od tej chwili jej tarczyca funkcjonuje normalnie, rak mózgu zniknął, a w jej ciele nie ma śladu żadnej choroby. Lecz Colleen i John zadawali sobie pytanie, jak wytłumaczyć wyzdrowienie lekarzom z Kliniki Mayo. Gdy przyszła na umówioną wizytę, lekarz odsunął krzesło od biurka i powiedział: „A więc pani pojechała do Medziugorja! Jest pani dla nas trzecim ważnym przypadkiem uzdrowienia, które pochodzi stamtąd!” Problem był rozwiązany, nie trzeba było niczego tłumaczyć. Uzdrowienie Colleen dołączyło do setek innych uzdrowień w rejestrach parafii św. Jakuba, uzdrowień, które z bliska przypominają te z Lourdes. Lecz historia Colleen jest daleka od zakończenia. Jak przed uzdrowieniem dzielnie służyła Jezusowi i biednym, ofiarowując straszne i ciągłe bóle, tak teraz, żeby odpowiedzieć na wezwanie Jezusa, ofiarowuje swoje zdrowie. Słowami kluczowymi życia Colleen i wszystkich niewiarygodnych łask, które z niego wypływają, są rzeczywiście: „Tak, oddaję się!”

2. Zgodnie z naszą drogą tradycją wyciągnęliśmy świętego, który w r. 2004 będzie towarzyszył Dzieciom Medziugorja. I tym świętym okazuje się Błogosławiona Matka Teresa!! Wydaje się, że żeby nas wybrać, czekała, aż zostanie błogosławioną. W naszych najbliższych nowinach, damy trochę więcej wyjaśnień na temat naszej nowej świętej, w nadziei, że każdy z was będzie mógł wyciągnąć świętego dla siebie i dla swojej rodziny!! (patrz PS)

3. Pewnej grupie pielgrzymów ojciec Jozo powiedział: „Wasza rodzina jest pustynią. Brak jej wody. Macie prawa człowieka, prawo pracy, wielu z was ma pieniądze, lecz nie macie błogosławieństwa Bożego. Dlaczego w waszych rodzinach jest tyle cierpienia? Dlaczego nie ma radości? Kiedy nastała ta pustynia? W chwili, gdy mówiliście, że nie macie czasu na modlitwę, lampa, która paliła się na łonie rodziny, zgasła!”

Oddanie się Bogu karmi naszą duszę pokojem i radością. Gdy myślimy, że nie mamy czasu na modlitwę, jest to znak, że zaczęliśmy stosować logikę ludzką. Wtedy nasze ciężary stają się zbyt ciężkie do uniesienia, czujemy się zniechęceni i samotni i gubimy to wewnętrzne światło. Przypominam sobie chwilę, gdy Jezus poprosił mnie, żebym został jego oblubieńcem; wiedziałem, że pójdę za Nim, lecz podczas dwóch miesięcy On nie powiedział mi, dokąd mam iść. Nie miałem pojęcia, jaką obrać drogę, wiedziałem tylko, z Kim mam ją podjąć. Ten czas to było jedno z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu. Miałem tylko chwycić się Jezusa; On znał drogę. Teraz gdy rozpoczynamy rok 2004, odczuwam to samo ponaglenie: Zrobię dobrze chwytając się Jezusa! Nie mam pojęcia, co nam ten rok przyniesie. Wiem tylko, że jesteśmy na statku Jezusa, z Maryją. A więc, jak Colleen, chwyćmy Jezusa i na rok 2004 nie szukajmy zabezpieczeń na sposób ludzki. A skoro naszym jedynym łącznikiem  z Bogiem jest modlitwa, bądźmy otwarci i zmieńmy nasze plany tak, żeby w nasze codzienne życie włączyć modlitwę. Kładźmy się do łóżka wcześniej, żebyśmy mogli się modlić wcześniej rano. Spędzajmy mniej czasu przed telewizją i na rozmowach, przynośmy mniej pracy do domu. Bez modlitwy nasz komputer jest „odłączony” od Bożej sieci telefonicznej. Istota naszego życia polega na tym, żebyśmy się rozluźnili i nakazali swej duszy żyć na zwolnionych obrotach. Pozwalamy umierać jej z głodu. Nie dajemy Bogu wystarczającej ilości czasu. A więc, zmieńmy kierunek naszego życia TERAZ. Matka Boża powiedziała do nas: „Zacznijcie się modlić!”, po 22 latach objawień! Ten, kto posiada tożsamość i cel, wie, dlaczego się modli i uświadamia sobie, na czym polega jego powołanie. Pozwala Bogu, żeby On Sam był w jego życiu i posiada klucz do Jego Serca. Jakość naszego roku 2004 będzie proporcjonalna do jakości naszej modlitwy…

Colleen i widzącego Vicka

A tu film na którym uzdrowiona opowiada o sobie

http://gloria.tv/?media=39412

Posted in Medziugorje, Uzdrowienia, Świadectwa | 15 komentarzy »

Cud w Wigilię. Matka i dziecko ożyli

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 stycznia 2010


Niesamowite wydarzenie na porodówce

To nie miał być jakiś wyjątkowo trudny poród. Jednak nagle Tracy Hermanstorfer zaczęła się robić coraz bardziej senna. Straciła przytomność, a jej serce stanęło. Lekarze natychmiast rozcięli jej brzuch i wyjęli dziecko. Chcieli je ratować, ale było martwe. Tak im się przynajmniej wydawało…

Gdy Tracy przestała oddychać i jej serce stanęło, dla lekarzy stało się jasne: muszą zrobić wszystko, by ratować jej nienarodzone jeszcze dziecko. Błyskawicznie przeprowadzili cesarskie cięcie – bez żadnego znieczulenia, bo przecież kobieta nie żyła. Jednak gdy wyjęli chłopczyka z jej brzucha, okazało się, że dziecko nie przeżyło. Mężczyzna, który przed chwilą stracił zonę, usłyszał, że nie żyje także jego syn. Załamany Mike Hermanstorfer wziął dziecko na ręce. Gdy go przytulał, poczuł nagle, że chłopczyk się rusza. W tej samej chwili jego 33-letnia żona zaczęła oddychać. Ojciec dziecka i mąż Tracy mówi wprost – to był wigilijny cud, ręka Boga, która w jednej chwili pozbawiła go wszystkiego, by zaraz wszystko to mu oddać.

Lekarze ze szpitala w Kolorado Springs twierdzą, że nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia dla nagłego ożycia matki i dziecka. „Matka nie żyła. Nie miała tętna, nie oddychała, nie było ciśnienia. Była tak szara jak jej spocone ubranie. Nie było żadnych oznak życia” – relacjonuje doktor Stephanie Martin. Mike Hermanstorfer przyznaje, że oboje z żoną są wierzący. „Ale to, co się tu wydarzyło, nawet dla niewierzącego jest trudne do wytłumaczenia” – mówi.

źródło: dziennik.pl

Posted in Cuda, Z prasy | Otagowane: | Możliwość komentowania Cud w Wigilię. Matka i dziecko ożyli została wyłączona

Skrzypaczka z Rumunii -Medjugorje

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 stycznia 2010


Melinda Dumitrescu, skrzypaczka z Rumunii, która swoją grą ubogaca program modlitwy w sanktuarium w Medjugorje a zawłaszcza przepiękne adoracje Najświętszego Sakramentu.

Gesu io credo in te

Dona la pace

Spirito Santo vieni nel mio cuor

Posted in Medziugorje, Śpiew | Otagowane: | Możliwość komentowania Skrzypaczka z Rumunii -Medjugorje została wyłączona

Teraz i ja rozpoznaję Go w Hostii

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 stycznia 2010


Historia nawrócenia pod wpływem

Medziugorja irlandzkiej, protestanckiej dziennikarki Heather Parsons. W Uroczystość

Niepokalanego Poczęcia minie 20 lat jak przeszła na katolicyzm.

Przedruk z „Miłujcie się!”

Minęło już ponad 20 lat, odkąd po raz pierwszy stanęłam na czerwonej ziemi Medziugorja. Do miejsca, któremu przypisywano codzienne objawienia się Matki Bożej sześciorgu młodym ludziom, pojechałam nie jako pątniczka, lecz jako sceptycznie nastawiona dziennikarka protestancka.

Nie uwierzyłabym nikomu, kto opowiadałby mi o zjawisku, którego sama tam doświadczyłam. Nie miałam też pojęcia, jakich zmian dokona ono w moim życiu. Przyjechałam do Medziugorja 24.06.85 r., to jest po ponad siedemnastu latach od swego wkroczenia w fascynujący – aczkolwiek często cyniczny – świat dziennikarstwa. Przez te lata pracowałam dla ogólnokrajowych gazet i różnorodnych magazynów – w dziedzinach od tematyki kobiecej i ludzkich zainteresowań po serwisy informacyjne oraz reportaże dochodzeniowe.

Gdyby ktoś mnie zapytał, odpowiedziałabym, że byłam wszędzie i widziałam wszystko – począwszy od zuchwałego, nierzeczywistego świata gwiazd muzyki i filmu, przez spotkanie z matką Teresą z Kalkuty, po prywatną audiencję u papieża Pawła VI w Watykanie (ta ostatnia to prawdziwa sensacja); od historii o wielkiej odwadze człowieka i wspaniałych jego osiągnięciach po te o całkowitym  jego upodleniu, wręcz nieludzkie. W większości z nich udało mi się zachować bezstronność i być obiektywną.

Kiedy poproszono mnie o zbadanie wydarzeń w tej nieznanej, rolniczej dolinie, która wchodziła wówczas w skład komunistycznej Jugosławii, nie   spodziewałem się, że choć zachowam obiektywizm, to już utrzymaniu przeze mnie dystansu zostanie rzucone wyzwanie, jakiego jeszcze nigdy dotąd nie doświadczyłam. Fakt, że byłam protestantką, miał dla redaktora serwisu informacyjnego Irys Times, dla którego pracowałam, duże znaczenie w odniesieniu do relacji o objawieniach w Medziugorju. On sam, wychowany w wierze mniejszościowego w Irlandii Kościoła protestanckiego, uważał, że wniosę do powierzonego mi zadania zarówno obiektywizm, jak i sporą dozę realizmu. Był to pogląd, z którym się w zupełności zgadzałam. Ponadto niewątpliwie interesujący był fakt, że po raz pierwszy ogólnokrajowa gazeta irlandzka miała zamiar zamieścić reportaż o tak zwanych objawieniach, które podobno miały mieć miejsce w tej Jugosłowiańskiej miejscowości.

Było niesamowicie gorąco, kiedy o czwartej po południu kierowca samochodu, którym podróżowałam, zatrzymał się przed dwu wieżowym kościołem św. Jakuba w Medziugorju. Wysadzając mnie, obiecał odwieźć mnie później do pobliskiej wioski, gdzie miałam spać. Moją uwagę przyciągnął najpierw ogromny tłum zgromadzony wokół kościoła. Dowiedziałam się później że ponad 100 000 ludzi zjechało do doliny, aby świętować czwartą rocznicę objawień „Królowej Pokoju”. Przedstawiając się kobiecie ułatwiającej anglojęzycznym pielgrzymom pobyt w parafii, poprosiłam ją o zorganizowanie spotkania z „widzącymi” oraz opiekującymi się nimi kapłanami. Z delikatnym uśmiechem przewodniczka odpowiedziała mi, że skoro wieczorna ceremonia zaraz się zacznie, może mogłabym pospacerować sobie dookoła i doświadczyć nieco atmosfery wioski. Obiecała, że nazajutrz pomoże mi zorganizować wywiady, o które prosiłam. Umówiłam się więc z nią na kolejny dzień i posłuchałam jej rady, przez następną godzinę przechadzając się naokoło świątyni, obserwując wszystko bacznie i robiąc notatki z tego, co zauważyłam.

Tym, czego doznawałam od momentu, kiedy wysiadłam z samochodu i jak obchodziłam teren wokół kościoła, było uczucie całkowitego pokoju, który zdawał się wszech ogarniać to zacofane miejsce pomimo zgromadzonych tam tłumów. Pod drzewami dostrzegłam grupki ludzi rozmawiających z księżmi lub, z którymś ubranym na brązowo franciszkaninem z kościoła św. Jakuba. Inni siedzieli lub klęczeli, samotnie bądź w małych grupach, modląc się, czytając lub rozmawiając ściszonym głosem w wielu różnych językach. Cztery lata po pierwszych doniesieniach o objawieniach maryjnych, ludzie prawie z każdego zakątka świata zebrali się tutaj, przyciągnięci czymś, co zdawało się zupełnie nielogiczne i niewiarygodne.

Krótko po godz. 18 udało mi się znaleźć miejsce stojące z oparciem o prawą, zewnętrzną ścianę kościoła. Był koniec czerwca, słońce świeciło jasno i mocno. Wieczorne nabożeństwo rozpoczęło się; kościół był wypełniony do granic możliwości, tak że tłum ludzi wylewał się z obu jego bocznych wyjść oraz przez wyjście frontowe i rozciągał się aż do pobliskich drzew. Głośniki transmitowały nabożeństwo w lokalnym j. chorwackim dla zgromadzonych na zewnątrz wiernych. Dopiero następnego dnia odkryłam, że odmawiano różaniec. Nie zdawałam sobie też sprawy z tego, że to, czego doświadczyłam wkrótce potem, zbiegło się w czasie z chwilą codziennego objawienia. Wszystko to, co wiedziałam, to to, że atmosfera wokół jest pełna pokoju, że kierowca nie wróci wcześniej niż za kilka godzin – i że mogę nawet trochę się opalić, jeśli zwrócę twarz w stronę zachodzącego słońca, tak mocno jeszcze świecącego ponad drzewami posadzonymi naprzeciw kościoła.

Stałam zatopiona w cieple i we własnych myślach o tym, z kim mogłabym jutro przeprowadzić wywiad rozpoczynający moje dochodzenie w sprawie dziwacznych twierdzeń o objawieniach, gdy nagle moją uwagę zwróciły dziecięce głosy, głośno i natarczywie przywołujące swoich rodziców. Rozglądając się, wokół, aby zobaczyć, co przestraszyło dzieci, zdałam sobie sprawę, że wskazują one na niebo przede mną. Podniosłam rękę, aby osłonić oczy przed słońcem, i skierowałam się w stronę wskazaną przez nie palcami – i na krótki moment nie uwierzyłam własnym oczom. Zamknęłam je i spojrzałam ponownie po chwili, widząc dokładnie tą samą rzecz: na wprost mnie, na niebie, słońce wirowało niczym ogromny bąk.

W miarę jak patrzyłam, spod słońca zaczęły wypływać strumieniami kolory – czerwony, zielony, żółty i niebieski – okrążając je pojedynczo, a ono samo przez cały czas wirowało. Następnie środek słońca poczerwieniał, a potem przybrał kolor czarny i powrócił do normalnej jasności. Nieco z prawej strony nad nim ujrzałam coś, co wydawało się powstającymi z białych obłoczków literami. W miarę patrzenia na niebie, ponad tańczącym słońcem, pojawiło się słowo „Peace” (pokój) – po angielsku, ale napisane jakby celtyckimi literami, zupełnie takimi samymi jak w starej irlandzkiej Księdze z Kells, przepisywanej ręcznie przez mnichów wiele stuleci temu. Wydaje się, że zjawisko to trwało 20 do 30 sekund – chociaż, jeśli mam być szczera, to nie sprawdzałam czasu – potem słowo zniknęło, a słońce nadal  wirowało i tańczyło. Od czasu do czasu odrywałam wzrok od tego niesamowitego widoku, żeby popatrzeć na reakcje innych. Zaledwie parę sekund po tym, jak rozpoczęło się widowisko, zdałam sobie sprawę z tego, że nie muszę przysłaniać oczu, ale mogę patrzeć prosto na słońce – co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe.

Większość ludzi zebranych wokół mnie również patrzyła szeroko otwartymi oczami na niebo i wydawało się, że wszyscy oni doświadczają tego samego nadzwyczajnego zjawiska. W pewnym momencie, kiedy się tak wpatrywałam w niebo, obserwując zjawisko, które trwało około 35 minut, wydawało się, że kręcące się słońce wraz z wirującymi wokół niego kolorami odrywa się od nieba i pospiesznie kieruje się na nas. Wokoło słyszałam okrzyki strachu pomieszane z wypełnionymi przerażeniem modlitwami, a jasność słoneczna zbliżała się coraz bardziej – aż w końcu widziałam jedynie złote światło. Co dziwne, zdałam sobie sprawę z tego, że nie odczuwałam strachu, gdy światło się zatrzymało i później wycofało się z powrotem na niebo, gdzie słońce kontynuowało wirowanie.

Wkrótce potem nastąpiła ta część tego osobliwego zjawiska, która wywarła faktyczny i długotrwały efekt na moje życie. Otóż gdy się tak wpatrywałam w słońce, zobaczyłam coś, co wydawało się tryskającą z niego fontanną światła. Podobnie jak w przypadku wodnej fontanny tam, gdzie fontanna światła osiągała swój najwyższy punkt, rozdzielało się ono i ku memu najwyższemu zdumieniu ukazała się w tym miejscu postać z rozwartymi ramionami. Była ona tak jasna i świecąca, że nigdy nie będę w stanie opisać jej ubioru, ale rozpoznałam ją natychmiast, pomimo swego wieloletniego braku zainteresowania sprawami religijnymi: był to zmartwychwstały Chrystus. Świetlista postać była tak wyraźna, że mogłam dostrzec nawet rękawy, które zwisały  jej z nadgarstków, spadając w dół aż po skraj szaty, gdzie dotykały jej stóp. Starałam się, jak mogłam, lecz nie udało mi się dostrzec rysów jasno promieniującej twarzy Chrystusa, chociaż wiedziałam, że była tam, otoczona włosami spadającymi do ramion. Ludzie stojący w pobliżu trącali mnie w ramię, pytając: „Widzi pani hostię wyłaniającą się ze słońca?”. Nie wiedząc, co to jest hostia, odpowiadałam niezmiennie: „Nie, ale czy widzi pan/pani postać wychodzącą ze słońca?”. Dziewięciokrotnie postać owa znikała, aby niemal natychmiast powrócić, zawsze poprzedzona fontanną światła. Przypominam sobie, że w pewnym momencie trzymałam swoją rękę przed twarzą – a mimo to cały czas widziałam ową sylwetkę, jakby mojej ręki tam w ogóle nie było! Stojąc tak w miejscu i wpatrując się w niebo, zdałam sobie sprawę, że łzy płyną mi z oczu i że jedyną myślą wypełniającą mój umysł jest to, iż stoję w obecności Boga.

Później, gdy słońce powróciło już do swej naturalnej i nieruchomej pozycji na niebie, rozmawiałem z około trzydziestoma osobami, stojącymi koło mnie, pytając o ich doświadczenia, ale nie wspominając o swoim własnym. Doświadczenia wielu z nich były podobne do mojego – ludzie ci widzieli wirujące słońce, kolory owijające się wokół niego i większość z nich była również świadkami tego niewytłumaczalnego pędu słońca w kierunku ziemi. Niektórzy twierdzili ponadto, że w samym centrum jasności widzieli postać kobiety z dzieckiem na ręku, inni – że widzieli krzyż. Nikt nie widział słowa „Pokój”. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że nikt nie wspomniał o świetlistej postaci, której pojawienia się byłam wielokrotnym świadkiem. Dopiero po powrocie do domu mój mąż, człowiek głębokiej wiary wyznania rzymskokatolickiego, który nie był nigdy w stanie zachwiać moją wiarę protestancką, powiedział mi spokojnie, lecz z całkowitą pewnością: „Nie rozumiesz, co się stało? Inni widzieli zbliżającą się hostię i rozpoznali w niej Jezusa. Ty widziałaś ciało, bo nie znałaś pojęcia hostii”. Było to spostrzeżenie, które w przyszłym czasie miało całkowicie odmienić moje życie.

Jednakże w ciągu następnych dni odłożyłam na bok to swoje doświadczenie i zabrałam się do ustalenia tego, z kim z widzących, z kapłanów oraz innych ludzi mogłabym się tu spotkać. Spodziewałam się, planując swoją podróż, zastać tutaj jakąś maryjną propagandę, jednak zamiast tego odkryłam ewangeliczne wezwanie. Sześć młodych osób relacjonowało, że Dziewica mówi: „Powróćcie do mojego Syna, nawróćcie się, pośćcie, zmieńcie swoje życie!”. Było to wezwanie Matki, które wydawało się znajdować płynący z głębi serca oddźwięk w niemal każdej osobie, która odwiedzała tę dolinę. Kilka dni po przybyciu do Medziugorja zostałam przedstawiona kapłanowi, którego widziałam wcześniej, gdy modlił się nad ludźmi. Byłam zdecydowana omijać go z daleka, gdyż jego zachowanie wydawało mi się nie normalne – nigdy nie widziałam podobnych rzeczy. Jednakże moja anglojęzyczna przewodniczka poznała nas ze sobą i ku swemu przerażeniu usłyszałam, jak zwraca się do owego księdza: „Ojcze, czy mógłbyś pomodlić się nad Heather?”. Zanim się w ogóle zorientowałam, co się dzieje, już siedziałam na dużym kamieniu, niedaleko kościoła, a ów kapłan położył ręce na mojej głowie i począł wzywać Ducha Świętego. Modlił się za moje życie, moją rodzinę i moją pracę dziennikarską. Prosił Ducha Świętego, aby mnie prowadził. Powiedział mi również, że podczas modlitwy ujrzał dla mnie dwie drogi prowadzące z Medziugorja. Jedna była tą, którą przyjechałam do doliny – i będę mogła nią powrócić, jeśli będę chciała. A po chwili dodał, że Pan Bóg otwiera dla mnie inną drogę i że jeśli ją wybiorę – On zmieni moje życie na zawsze. Stwierdził, że Bóg chce mi coś powiedzieć i że gdy się pomodlę i otworzę Biblię, On do mnie przemówi. Pomyślałam wtedy właśnie tak: „Dlaczego i jak Bóg chce do mnie mówić – skoro ignorowałam Jego istnienie przez tak wiele lat?”…

W nocy poprzedzającej mój wyjazd z Medziugorja mój umysł był pełen tego, czego doświadczyłam w ostatnich dniach. Uznałam, że zostałam postawiona twarzą w twarz z rzeczywistością Bożego istnienia. „Co ja teraz z tym zrobię?” – to pytanie nie dawało mi spokoju. Przypominając sobie, że kapłan polecił mi się modlić, uklękłam przy łóżku. „Ale jak i co się modlić po tak wielu latach?” – zastanawiałam się. I wówczas przypomniałam sobie, że jeden z pielgrzymów, stojący przede mną podczas porannej Mszy św. Odprawianej w języku angielskim, w której uczestniczyłam głównie ze względów zawodowych, niespodziewanie odwrócił się do mnie i podał mi kartkę papieru. Była na niej wypisana modlitwa. Włożyłam tę kartkę do kieszeni z zamiarem wyrzucenia jej do pierwszego napotkanego kosza na śmieci. Teraz jednak wyciągnęłam ją z kieszeni, rozwinęłam i zaczęłam czytać. Była to modlitwa do Ducha Świętego, zapraszająca Go do mojego życia, aby je zmienił i uzdrowił oraz aby odtąd mnie prowadził. W miarę czytania coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że oczy mam pełne łez – a potem przypomniałam sobie, że ów niedawno poznany ksiądz mówił mi, iż Bóg ma dla mnie wiadomość i że jeżeli otworzę Biblię, On sam będzie do mnie mówił. Co bardzo dziwne – kiedy dzień przed wyjazdem pakowałam swoje rzeczy, w ostatnim momencie wrzuciłam do walizki Biblię. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Być może dla tego, że jechałam do tak zwanego miejsca religijnego i mogłam potrzebować broni, aby odrzucić twierdzenia, z jakimi mogłam się tam spotkać.

Podniosłam się z klęczek i wyciągnęłam z walizki tę Biblię. Dostałam ją w prezencie na swoje 21. Urodziny – od ciotki, która była misjonarką w Kenii.Otwierałam ją dotychczas tylko wtedy, kiedy szukałam odpowiednich słów, które mogłabym dodać małą czcionką na końcu zamieszczanego w dzienniku anonsu o śmierci członka rodziny. Teraz, pamiętając słowa modlącego się nade mną kapłana i nie wiedząc, co robić ani w jaki sposób Bóg będzie do mnie mówić, otworzyłam ją w przypadkowym miejscu. Biblia nie była prawie używana i mogłam ją otworzyć gdziekolwiek. Jednakże gdy spojrzałam na tekst, moje oczy natychmiast powędrowały do grupy wersetów, które zaczęłam czytać. Był to urywek z Ewangelii św. Jana, w którym Jezus mówił do swoich uczniów o chlebie życia: „Jeśli nie będziecie jeść Ciała Syna Człowieczego ani pić Jego Krwi, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym  pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem”. Dotychczas, podobnie jak niektórzy z uczniów, całkowicie odrzucałam w wyznaniu katolickim rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Teraz jednak, w ciszy tego pokoiku w tak dalekim kraju, uczucie głębokiego pokoju wstąpiło do mojego serca i usłyszałam samą siebie, jak mówię Jezusowi: „Wiesz, Panie Jezu, że jest to dla mnie podstawowa prze- szkoda w uznaniu wiary katolickiej. Lecz jeżeli chcesz, daj mi łaskę, abym mogła to pojąć i zaakceptować”.

Dopiero tydzień po powrocie do domu zebrałam się na odwagę, aby opisać to, co zaobserwowałam w Medziugorju – ale nawet wtedy nie potrafiłam się przemóc, aby opowiedzieć coś z bardziej osobistych szczegółów. I po wnikliwym w ten sposób rozgłosie – nie tylko w dzienniku, w którym pracowałam, ale również w mediach – mógł to być koniec tej historii. Jednak mimo, że się starałam, jak mogłam, nie udawało mi się zignorować tego, czego doświadczyłam.

Od tamtej pory zaczęłam uczestniczyć z rodziną we Mszy św.. Potem dołączyłam do lokalnej grupy modlitewnej, w której głęboka wiara i prawość napełnionego Duchem Świętym kapłana jeszcze bardziej dotknęły mojego serca. Wszystko to spowodowało, że zaczęłam wierzyć w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii oraz w moc uzdrawiającego wpływu Eucharystii na nasze życie. Jednocześnie coraz bardziej pragnęłam wstąpić do Kościoła katolickiego i doświadczać radości tego wielkiego daru eucharystycznej obecności Jezusa w moim życiu. Ale decyzja o odwróceniu się plecami od pełnego wiary Kościoła, w którym się wychowałam, oraz od swojej rodziny, którą bym mocno tym zraniła, nie była dla mnie łatwa do podjęcia. Modliłam się więc i cierpiałam. W końcu pewnego dnia, kiedy wraz z grupą osób ze swojej parafii udałam się na nocne czuwanie do bazyliki w Knock – miejscowości w zachodniej Irlandii, gdzie Matka Boża przeszło sto lat temu ukazała się grupie wieśniaków i objawienie to zostało uznane przez Watykan – uczyniłam to, co powinnam zrobić dużo wcześniej. Złożyłam mianowicie cały problem w ręce Jezusa i Jego Matki Maryi oraz poprosiłam Ich, aby wskazali mi dalszą drogę.

Tej nocy w bazylice była również obecna siostra Briege McKenna, Osoba obdarzona szczególnymi darami oraz specjalną posługą dla kapłanów, która wygłaszała tam konferencję. Mówiła z pasją o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii oraz o uzdrawiającej mocy Eucharystii w naszym życiu. Wszystko, co mówiła s. Briege, było zgodne z tym, w co zaczęłam już wierzyć swym sercem – ale nie miałam odwagi na dalsze działania. Przez łzy, w miarę jak słuchałam, Bóg udzielił mi odwagi do podjęcia decyzji.

Wróciłam do domu i rozpoczęłam przygotowania do przyjęcia wiary rzymskokatolickiej. W dniu 8 grudnia 1988 roku – w święto Niepokalanego poczęcia i zarazem w trzy i pól roku po swojej pierwszej podróży do Medziugorja w zamiarze napisania demaskującego artykułu o wydarzeniach, do których miało tam dojść – zostałam przyjęta do Kościoła Katolickiego. Pełnia wiary, do której doszłam, w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii stała się fundamentem, na którym zbudowałam swoje życie. Teraz i ja rozpoznaję Go w Hostii – zupełnie tak samo, jak owego czerwcowego wieczoru rozpoznały Go osoby zgromadzone wokół mnie w tym tak bardzo błogosławionym miejscu nazywanym Medziugorje.

Heather Parsons

Posted in Cuda, Medziugorje, Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: | Możliwość komentowania Teraz i ja rozpoznaję Go w Hostii została wyłączona

BÓG MNIE OCALIŁ

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 stycznia 2010


Chciałbym dać świadectwo, jak bardzo niebezpieczne są joga, okultyzm, magia, medytacje i techniki pogańskiego Wschodu. Na początku wszystko to wygląda niewinnie, jednak jest to grzech bałwochwalstwa, który prowadzi do satanizmu. W moim życiu przeszedłem całą tę drogę. Ja, dzięki Bogu, dzięki modlitwie mojej mamy do Matki Bożej powróciłem do Pana.
Jako najstarszy z sześciorga rodzeństwa nie miałem łatwego życia. Obowiązki przerastające dziecinne możliwości, brak miłości, złe traktowanie i przekleństwa ojca sprawiły, że od dziecka byłem raniony i bardzo cierpiałem. Pomimo że wychowywałem się w rodzinie katolickiej, byłem letnim i nijakim katolikiem.
Nie znałem katechizmu, Jezusa i Pisma Świętego. Nie żyłem zgodnie z Dekalogiem i ciągle łamałem któreś z dziesięciu przykazań. Ponadto wierzyłem w zabobony, przepowiednie, chodziłem do wróżki (cyganki). . Nie wiedziałem, że brak modlitwy, trzymanie w domu posążków Buddy, znaków zodiaku, książek ezoterycznych, noszenie
talizmanów czy pierścienia Atlantów, wiara w horoskopy, nałogowe oglądanie telewizji i złych treści w internecie jest grzechem bałwochwalstwa, który rozwija się w człowieku i jego otoczeniu jak choroba nowotworowa. Sam tego faktu doświadczyłem na sobie.
Ucieczka w pustkę W wieku 23 lat poznaję dziewczynę i zachwycony jej urodą biorę z nią ślub, chociaż była osobą niepraktykującą a jej matka była rozwódką i korzystała z usług tarocistki i kabały. Bardzo ją kochałem. Żeby zarobić na mieszkanie, wyjechałem za granicę. W tym czasie moja żona miała wolny czas i pieniądze. Po pięciu latach naszego
małżeństwa, z którego urodziło się dwoje dzieci, moja małżonka powiedziała mi, że kocha innego i odeszła. Przeżyłem szok i załamanie nerwowe. Uciekłem w alkohol. Nie chciałem pić, ale musiałem, chciałem zapić się na śmierć. W 1990 roku trafiłem do ośrodka leczenia nerwic, gdzie uczestniczyłem w terapii grupowej. – Znikł jeden
objaw nerwicy (pieczenie stóp), ale został niepokój, bezsenność, rozbita osobowość. Podświadomie szukałem ratunku i odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak cierpię? Dlaczego to zło mnie dotyka? Nie mogłem znieść ciszy i na przemian słuchałem radia i karmiłem swój wzrok programami telewizyjnymi. W 1991 roku w audycji radiowej usłyszałem ogłoszenie: „Joga – relaks – dobre samopoczucie – zajęcia pod wskazanym adresem”. Wówczas nie wiedziałem co to jest joga, ale wydawało mi się, że w niej znajdę odpowiedź na dręczące mnie pytania.
Joga I tak wpadłem w sidła szatana. – Zacząłem praktykować medytację wschodnią i ćwiczenia jogi. Mój guru stał się moim bożkiem., głównie dlatego, Ŝe już przy pierwszym spotkaniu okazał mi dużo ciepła i troski, którego niestety nie zaznałem w rodzinie. Przestałem chodzić do Kościoła, żeby w pełnej wolności rozwijać się duchowo, psychicznie i finansowo. Po trzech miesiącach poczułem się znacznie lepiej, przestałem pić i palić. Zajęcia odbywały w
klubie osiedlowym lub w szkole podstawowej. Odbywały się też zajęcia wyjazdowe. Wyjeżdżałem też na szkolenia do Holandii. Nauczyciel posługiwał się także wyrwanymi z kontekstu słowami Pisma Świętego i modlitwą Ojcze nasz i mówił dużo o miłości. Ćwiczenia jogi, odpowiednie odżywianie oraz wiedza miały mi zapewnić przekroczenie siebie w celu uzyskania „stanu Buddy”, samozbawienia.
Któregoś dnia mój nauczyciel stwierdza, że powodem moich niepokojów i cierpień jest krzyż, który wisi w moim pokoju i każe mi go usunąć. – Jako pilny uczeń dostałem tajemne imię. Poznawałem inne religie: buddyzm, sufizm itd. Otrzymałem nakaz prowadzenia relaksu, podczas którego powtarzałem mantrę, odwołującą się do sił
kosmicznych. Mantrami były skażone kasety relaksacyjne z podkładem muzycznym nagrywane w studio. Korzystałem z porad numerologa. Ta usługa miała mi zapewnić dobre zarobki. Brałem też leki  homeopatyczne.
Twórcą homeopatii był dr S. Hahnemann. W 1777 r. został on przyjęty do Loży Masońskiej w Transylwanii. Dodatkowo parał się spirytyzmem. Jak sam oświadczył, homeopatia powstała dzięki informacjom, przekazanym mu podczas seansów spiritystycznych. Każdy spirytyzm, okultyzm, magia i joga – jakikolwiek ma rodowód – jest źródłem
złych energii, emanujących na człowieka i jego otoczenie. One powoli, ale skutecznie rujnowały moją psychikę, ciało i duszę.
Krótko mówiąc, Lucyfer namawia ludzi do posługiwania się przekleństwami, wróżbami, mantrami, astrologią,
numerologią, amuletami, bioenergoterapią, różdkarstwem itd. Kościół natomiast proponuje modlitwę, sakramenty św. i sakramentalia np. woda święcona a przede wszystkim życie zgodne z Dekalogiem i Ewangelią. Brałem tez udział w seansach uzdrawiających. Prowadził je guru stosując między innymi hipnozę. Uczęszczałem na festiwale podczas których profesjonaliści leczyli metodą reiki, kolorami, muzyką, bioenergioterapią, wahadełkiem, lekami homeopatycznymi. Sprzedawałem książki Sufizmu, tarota, kasety relaksacyjne i reklamowałem prowadzoną przez niego szkołę jogi i kursy Tarota. Medytowałem, mantrowałem i mudrowałem 20 godzin na dobę.
Mało jadłem, mało spałem – oczekiwałem na obiecane oświecenie, a doświadczyłem przerażającej pustki i beznadziei.
Powrót do Boga
Były jednak okresy w moim życiu, kiedy chciałem się wycofać z grupy. Nie dałem jednak rady – zajęcia relaksacyjne działały jak magnes. Jeżeli dłużej niż tydzień nie poszedłem na zajęcia, czułem niepokój, szedłem na zajęcia – było lepiej. Przełom nastąpił w 2002 roku. Stało się to dzięki mojej mamusi, która wyprosiła u Matki Bożej
Częstochowskiej dla mnie nawrócenie. Po 11 latach nie chodzenia do kościoła, ukląkłem na oczach mojego guru i poprosiłem Boga: „Boże co tu jest grane? Gdzie ja jestem?”. I Pan zlitował się nade mną. Natychmiast w moim umyśle zaświeciło światło Ducha Świętego i usłyszałem: „to jest sekta i guru kieruje umysłami tych, którzy uczestniczą w zajęciach jogi”. Moja decyzja była natychmiastowa: odchodzę, uciekam. I wówczas zwaliło się na mnie całe piekło. Zaczął się horror. Szatan uderzył w ciało, psychikę i rzeczy materialne. Nie mogłem wejść do swojego domu. Czułem obecność zła w całym bloku mieszkalnym, a działy się rzeczy straszne. Krótko mówiąc miałem stracić życie i mieszkanie. Dzisiaj wiem, że przywrócenie do normalnego życia kogoś, kto był po uszy uwikłany w okultyzmie i magii jest większym cudem niż wskrzeszenie Łazarza. A piekło zaczęło się tak niewinnie: horoskopy, relaks, wróżby, talizmany, amulety, ćwiczenia jogi itp. Czułem, że ratunkiem dla mnie jest Kościół, ale przez pół roku nie mogłem wejść do kościoła, nie mogłem się modlić, słuchać Radia Maryja. Bardzo często leżałem przed Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie było mi trochę lżej. W rękach Boga
W końcu udaje mi się wejść do Sanktuarium i przystąpić do spowiedzi. – Doświadczyłem czym jest mądrość, miłość miłosierna i moc Boga Ojca i Jezusa Chrystusa, który działa przez kapłanów i Kościół. Po opuszczeniu sekty postawiłem na Chrystusa i jego moc uzdrawiającą i uwalniającą w Kościele. To mnie uratowało. Gdyż tylko Jezus
przywraca do życia owce, które się pogubiły i zaginęły, a te które słuchają Jego głosu, prowadzi do wiecznej szczęśliwości. Dzisiaj jestem świadomy, że ciałem i duszą byłem w przedsionkach piekielnych. Przez sześć lat byłem reanimowany w szpitalu Jezusa Chrystusa – Kościele za posługą księży charyzmatyków, egzorcystów. Jezus Chrystus
spowodował, Ŝe zostałem uwolniony i uzdrowiony.
Dlatego apeluję i proszę ludzi odpowiedzialnych za media i pracujących w mediach: nie reklamujcie zła, nie walczcie z Bogiem i Kościołem – przecież w większości jesteśmy ochrzczeni. Nasi dziadkowie i pradziadkowie przelewali krew za naszą wolność. Nie niszczcie siebie, swoich rodzin, znajomych, naszej wspólnej, tak poranionej
Ojczyzny, którą tylko sam Bóg może uleczyć, wywyższyć i uzdrowić. Ludzie biznesu, politycy – nie korzystajcie z porad wróżbitów, numerologów, astrologów itd., gdyż stałe korzystanie z ich magicznej wiedzy prowadzi do zaprzedania swojego życia, duszy i firmy diabłu.
Proszę, wyrzućcie z domu wszystkie rzeczy pogańskiego wschodu czy zachodu – książki, talizmany, pornografię, pierścienie Atlantów, znaki zodiaku itp. Wszystkie te rzeczy posiadają ducha innych kultur i religii, a niektóre są nasycone obrzędami szamańskimi i magią które odciskają piętno na naszej duszy i ciele. Odwracają nas od Boga, Chrystusa i Jego Kościoła, działają negatywnie na nas i na otoczenie.
Dlatego bardzo proszę, nie posyłajcie dzieci na kursy szybkiego czytania, uczenia, jogi, kung-fu. Nie pozwalajcie, aby wychowywał je internet i telewizor, nie leczcie ich homeopatią. Powróćmy do modlitwy i nauki Chrystusa. Podejmijmy walkę ze złem, pamiętając, że szatan nigdy nie pokona Mądrości i Mocy Boga! A zwycięstwo
przyjdzie przez Maryję – jak zapowiedział Sługa Boży Kardynał Hlond. Okazuje się, Ŝe były to słowa prorocze, gdyż pokonała Ona komunizm, pokona również liberalizm gdy porzucimy bałwochwalstwo i aborcję.
Dzisiaj jestem pewny, że powodem moich cierpień i niepowodzeń był grzech – grzech własny, grzech moich
przodków, brak wiedzy i wiary. Mój błąd był zasadniczy: do 56 roku życia nie brałem pod uwagę i nie traktowałem poważnie Jezusa. Skutki tego były opłakane. Pomimo to Jezus Chrystus nigdy o mnie nie zapomniał! On jest jedynym Uzdrowicielem, który leczy ciało, duszę i psychikę. Doznałem uzdrowienia kręgosłupa, ducha i duszy. Dziękuję Ci, mój Jezu.
Przestroga
W Piśmie Świętym znalazłem genialną przestrogę św. Pawła, która streszcza wszystko, o czym dałem
świadectwo:
Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę
przez tę filozofię, będącą czczym oszustwem,
opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata,
a nie na Chrystusie (Kol 2,8).
We współczesnym świecie owe filozofie, oszustwa, ludzkie tradycje i żywioły świata funkcjonują w konkretnych organizacjach, ruchach, stowarzyszeniach, sektach i przybierają formę okultyzmu i magii. Stanowią one centrum neopogaństwa, określanego jako New Age, dlatego uważaj na czym budujesz. Dziękuję wszystkim kapłanom, siostrom zakonnym i osobom świeckim, którzy pomogli mi wyjść z sekty i nadal pomagają, gdyż walka się nie skończyła, abym mógł wzrastać w miłości i świętości.

Bóg Wam zapłać i „Szczęść Boże!”
Wiesław
Powyższe świadectwo, zawierające więcej szczegółów, można znaleźć:
http://www.krolowa-pokoju.com.pl (New Age – Świadectwa – „Bóg mnie ocalił”).

Posted in Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: | Możliwość komentowania BÓG MNIE OCALIŁ została wyłączona

Musimy bronić prawdy Jan Paweł II

Posted by Dzieckonmp w dniu 20 stycznia 2010


Apel o walkę o dobre imię Jana Pawła II którego w różnych mediach próbuje się ośmieszyć, zniszczyć jego wielkośc.

Dzisiaj świat stał się areną bitwy o życie. Trwa walka między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci.

Dlatego tak ważne jest budowanie kultury życia.

Rok 2010 to okrągła 90 rocznica urodzin takiego wspaniałego Polaka jak: Karol Wojtyła – 1920. Mam nadzieje, że w tym roku szczególnie przypomnimy sobie jego nauki i zrozumiemy, co nam chciał przekazać.
Przepięknie dla Papieża zaśpiewała Dorota Osińska.

głos Ojca św. Jana Pawła II-go w kazaniu wygłoszonym w Skoczowie w dniu 22 maja 1995 roku: „Wbrew pozorom, praw sumienia trzeba bronić także dzisiaj. Pod hasłami tolerancji w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się bowiem coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencje do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Te formy powracającej dyskryminacji budzą niepokój i dają wiele do myślenia. Bracia i Siostry! Czas próby polskich sumień trwa! Musicie być mocni w wierze!” . Według biskupa Lepy już w okresie „realnego socjalizmu” techniki propagandy zostały doprowadzone do takiej perfekcji, iż niewielu zdawało sobie sprawę z tego, że są obywatelami niższej kategorii, bez prawa do zajmowania liczących się stanowisk w państwie, bez możliwości awansu w bardziej prominentnych zawodach, skazani na przeżywanie lęku i represje z powodu praktyk religijnych. Obecnie, zdaniem bpa Lepy nawet publicystyka laicka przyznaje, że w propagandzie antykościelnej zostały przekroczone granice elementarnej kultury, w następstwie czego wobec przedstawicieli Kościoła wyzwolone bywają akty nieskrępowanej agresji. I ta opinia jest potwierdzana przez badaczy. Zwykle dzieje się tak, że grupy ekstremistyczne /m.in. napadający na plebanie czy podpalający kościoły/ realizują to co „cywilizowani” antyklerykałowie dają do zrozumienia między wierszami. Mechanizmy tego i innego rodzaju działań zostały poddane w pracy biskupa Lepy wszechstronnej analizie. Spośród wielu istniejących definicji propagandy bp. Lepa proponuje następującą: ” Propagandę określa się jako zaplanowane oddziaływanie na daną społeczność odpowiednich treści perswazyjnych prowadzące poprzez urabianie postaw i opinii do wywoływania oczekiwanych decyzji i zachowań”. Skuteczność działań propagandowych antykościelnych ośrodków dyspozycji mediów opiera się na wszechstronnym wykorzystaniu przez nie danych nauk społecznych, zwłaszcza takich jak: psychologia społeczna, politologia, cybernetyka społeczna i socjotechnika. Zdaniem Autora, specyfikę obecnej propagandy antykościelnej tworzą przyjęte cele /zwłaszcza te najbardziej utajnione / oraz stosowane środki i techniki.  Natomiast analiza dotychczasowych antykościelnych kampanii propagandowych dowodzi, że na ogół realizowane są w nich cele, których się nigdy nie ujawnia. Chodzi tutaj, zdaniem bpa Lepy, przede wszystkim o marginalizację Kościoła katolickiego w Polsce, wyeliminowanie go z życia publicznego, skłócenie wiernych z hierarchią, osłabienie i odwrócenie skutków działań ewangelizacyjnych. Realizacja tych celów dokonuje się poprzez podważanie autorytetu Kościoła, traktowanie go jako „kozła ofiarnego”, odpowiedzialnego za różne przejawy niedomagań społecznych, wreszcie ukazywanie go w oczach opinii publicznej wyłącznie w negatywnym świetle. Zwykle propaganda antykościelna ukryta jest pod kamuflażem rzekomo obiektywnej i koniecznej krytyki Kościoła.

film “Tożsamość Wolnośi” wyemitowany tylko raz w TVP Kraków w 2008 roku.

http://www.dailymotion.pl/video/xbx4m9_tozsamosc-wolnosci-film-dokumentaln_shortfilms

Posted in Apel, Patriotyzm, Religia | 67 komentarzy »

Świadectwo o. Joseph-Marie Verlinde „Pan Bóg mnie ocalił”

Posted by Dzieckonmp w dniu 20 stycznia 2010


Posłuchaj

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Częśc 6

Chciałbym sie podzielić moimi doświadczeniami związanymi z oddawaniem się róznym praktykom Wschodu, ukaząc niebezpieczeństwa z nimi zwiazane i wskazać drogę wyjścia z nich. Jestem zakonnikiem o tzw. spóźnionym powołaniu. Wychowałem się w rodzinie chrześcijańskiej. Miałem 20 lat, gdy nastapiły przemiany roku 1968, będące nie tylko momentem wielkiego wrzenia kulturowego. Byłem młodym naukowcem i przygotowywałem doktorat z chemii i fizyki. Próbowałem zastapić obecność Boga w moim sercu przez inne idealy, takie jak dzialalność spoleczna, ruch studencki itp. Nie potrafiło to jednak wypełnić pustki po Bogu. Żaden ideał nie był w stanie zastapić mi Boga, który bardzo mnie fascynował w dzieciństwie – szczególnie Jezus Chrystus-Bóg w Eucharystii. Ta pustka doprowadziła mnie do zagubienia się.

Zaczęło się od tego, że któregos dnia zostałem zaproszony na medytację transcendentalną. Doświadczenie to wywarło na mnie bardzo silne wrażenie. Powstało we mnie przekonanie, ze dzięki tej technice znowu wkraczam na drogę życia wewnętrznego. Rzucilem się więc całkowicie – z duszą i ciałem – w wir medytacji.

Wkrótce jednak zacząłem odczuwać rozbicie psychiczne. Wszyscy, którzy praktykowali medytację transcendentalną, wiedzą, że nie można się jej poświęcić bez odczuwania jej skutków. Znalazłem się w stanie jakby bardzo silnego zamroczenia.

Postanowiłem dotrzeć do guru, który stał za stosowaną przeze mnie techniką. Pojechałem wiec do Hiszpanii. Guru bardzo mnie polubił i zajął się mną. Za jego namową skończyłem doktorat i znowu powróciłem do niego. Stałem się jego uczniem, czyli brahmaczarinem, i byłem z nim zawsze i wszędzie. Mogłem spędzić z nim długi okres czasu w Himalajach – w miejscu, gdzie on sam nauczył się wszystkich technik.

Przeszedłem bardzo intensywną praktykę i zdobyłem rózne doświadczenia. Po przebyciu etapów wstępnych wszedłem w okultyzm. Znalazłem się w tym bardzo szybko. Czakras zostały już otwarte, byłem przygotowany przez praktyki orientalne. Przyswajałem wszystko niezwykle szybko. Pozwoliło mi to dotrzeć bardzo daleko. Rozwinąłem w sobie dar radiestezji, zdolność uzdrawiania, jasnowidzenia i wiele innych…

o. Joseph-Marie Verlinde

Posted in Świadectwa | 1 Comment »