Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

Archive for Styczeń 2011

Ks. Dominik Chmielewski – Wojownik Maryi

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 stycznia 2011


Całe moje życie związane było ze sztukami walki – to był priorytet mojego życia. Medytowałem po dwie godziny dziennie zen, jogę – ćwicząc trzy razy dziennie mentalnie i fizycznie karate. W wieku 21 zostałem dyrektorem ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy i mając stopień 3 dan szkoliłem ludzi w bojowej odmianie karate. Studiując  wtedy teologię i filozofię napisałem pracę licencjacką nt. możliwości synkretyzmu filozofii Dalekiego Wschodu z chrześcijaństwem, za którą otrzymałem stopień bardzo dobry. Był to czas, kiedy religia dopiero wchodziła do szkół i poproszono mnie, abym wykładał w jednej z nich religię. Zgodziłem się. Prowadziłem już wtedy szkolenia w dwóch prywatnych szkołach walki, które jak na tamte czasy dawały mi duże możliwości finansowe. To niesamowicie ładowało moje ego. Na imprezach, na dyskotekach, gdzie się zjawiałem, mówili za mną: „Patrz, to jest ten karateka, który strasznie napie……”. Z perspektywy czasu widzę, że było to żenujące, ale wtedy „jarało” mnie to strasznie… I w tamtym czasie zacząłem wchodzić w bardzo konkretną decyzję poświęcenia się na całe życie wschodnim sztukom walki. Chciałem wyjechać na Okinawę i trenować przez całe życie pod okiem wielkich okinawańskich mistrzów. Wiedziałem, że wyjazd ten będzie łączył się z bardzo konkretną inicjacją w sztukach walki, którą można porównać do chrztu w chrześcijaństwie. Polega ona na oddaniu swojego całego umysłu i ciała duchowi karate na całe życie, a jest to duch buddyzmu, duch walczącej agresji, mimo całego nacisku na obronę w technikach walki…

Moja rodzina jest bardzo wierząca. Mieliśmy taki zwyczaj codziennego wspólnego odmawiania dziesiątki różańca. Ja sam nie zauważałem jeszcze wtedy pewnej zdumiewającej rzeczy – było mi coraz trudniej skupić się na modlitwie. Chodziłem co niedzielę na Mszę Świętą, ale mój umysł zupełnie nie był w stanie skupić się na Eucharystii. Z drugiej strony mogłem np. przez godzinę bez trudu medytować zen w zupełnym odprężeniu i ciszy, skupiając się na energiach, które krążyły w moim ciele. Dopiero potem, gdy doświadczyłem Ducha Świętego, zrozumiałem, że są to dwie zupełnie różne moce, które w nas działają. Nie jest prawdą, że Bóg Jedyny i Prawdziwy jest wierzchołkiem góry i różne ścieżki duchowe do Niego prowadzą. Ale  trzeba samemu tego doświadczyć.

Ks.Dominik Chmielewski w Medjugorje jak pasterz i jego owieczki

W tym czasie działałem także w odnowie charyzmatycznej jako animator muzyczny. Pewien znajomy ksiądz zaprosił mnie do Medjugorie. Mówił, że są tam jakieś objawienia Matki Bożej i tak dalej… Zaraz do tego wrócę, muszę Wam się jednak najpierw do czegoś przyznać. Miałem wielkie problemy, aby przyjść na ten świat – by się urodzić. Moja mama poroniła pierwsze dziecko i gdy była ze mną w stanie błogosławionym, bardzo przeżywała to, czy się urodzę. W którymś miesiącu ciąży okazało się na podglądzie, że jestem owinięty pępowiną w taki sposób, że jeśli będę chciał wyjść z łona mamy, to się uduszę. Lekarze byli bezradni i nie wiedzieli, co zrobić. Wtedy moja mama bardzo gorąco zaczęła modlić się do Matki Bożej i powiedziała Jej z całą świadomością, że oddaje mnie Jej na własność, że Maryja może zrobić ze mną co chce, bylebym tylko się urodził. Jak się wkrótce okazało, pępowina „nie wiedzieć czemu” cudownie pękła – ku zdziwieniu lekarzom… a ja przepięknie urodziłem się – tak, że nie tylko się nie udusiłem, ale urodziłem się cały i zdrowy.

Wracając do Medjugorie. Kiedy tam przyjechaliśmy – ja i moich dwóch kolegów, z którymi przyjechałem, też związanych ze sztukami walki, przeraziliśmy się intensywnością programu. W domu miałem problemy z odmówieniem jednej dziesiątki, a tam miałem odmawiać całe 3 części różańca! A dodatkowo jeszcze Msza Święta, modlitwa o uzdrowienie, modlitwa o uwolnienie… No ale, jak już jesteśmy – pomyślałem – to idziemy… Rzeczą, która najbardziej zdumiała mnie na początku było to, że w Medjugorie te modlitwy, które mówisz w domu i ciebie nudzą, tam odmawiasz z lekkością, z radością, z życiem. Postanowiłem jednak być człowiekiem bardzo chłodnym i analitycznym w odbieraniu tego miejsca. Nie chciałem poddać się sugestiom innych ludzi dotyczących dziejących się tam nadprzyrodzonych wydarzeń.

Na drugi dzień okazało się, że jesteśmy zaproszeni na górę Podbrdo, na objawienie się Matki Bożej. Przybyło nas tam ze 2 tys. osób. Dopchałem się z kolegami do krzyża, przy którym objawia się Maryja, by być jak najbliżej tego niezwykłego wydarzenia. Była godz. 21:30, cudowny klimat, ludzie rozmodleni, śpiewy uwielbiające Jezusa… Nagle zorientowałem się, że stoję blisko Iwana – jednego z widzących. Jeszcze pamiętam, jak odezwałem się wtedy do kolegów: „Patrzcie, to jest doskonały zen. Tak powinniśmy medytować, w takim skupieniu, jak ten koleś tutaj…”.

Około godz. 22:30 stało się… Ivan nagle zerwał się, klęknął, podniósł głowę i zaczął z kimś rozmawiać. Wszedł w ekstazę. Kapłan, który był przy nim, wziął mikrofon i powiedział, że właśnie Matka Boża przyszła i jest już wśród nas. Wszyscy uklęknęli, ja miałem przed tym opory i nie chciałem uklęknąć, starałem się to wszystko analizować bardzo sceptycznie i na spokojnie. I w pewnym momencie coś się stało. Przyszła do mnie  niesamowita fala takiej czułości i takiego szczęścia, że moje ciało, moje emocje, wszystko zaczęło się we mnie totalnie wywracać. Zacząłem płakać jak dziecko. To doświadczenie mocy było zupełnie inne od tego, które uzyskiwałem przez medytację po 15 latach treningu. Była to odczucie… najbardziej niezwykłej kobiety. Bardzo delikatna, bardzo subtelna i łagodna  moc płynąca od Najpiękniejszej Dziewczyny we Wszechświecie. Rozwaliło mnie to zupełnie. Czułem, jakby mnie Ktoś przytulał, modlił się nade mną i szeptał prosto do serca, jak bardzo jestem kochany… Trwało to około 15 minut, po czym widzący wstał, wziął mikrofon i zaczął opowiadać o tym, co Matka Boża mówiła, jak wyglądała…

Wtedy runął mi zupełnie obraz Maryi, który miałem wcześniej. Wcześniej wyobrażałem Ją sobie siedzącą na tronie, z berłem i Dzieciątkiem na ręku, patrzącą gdzieś z daleka na ten świat, jako kogoś bardzo dalekiego ode mnie. Mówiło się zdrowaśki do Matki Bożej, ale tak naprawdę zupełnie Jej nie odczuwałem. A tu słyszę, że Maryja wygląda mniej więcej na 17-18 lat, ma około 164 cm wzrostu, niebieskie oczy, kruczoczarne włosy, jest niezwykle delikatna, ale moc, która płynie z Niej, z Jej spojrzenia jest niesamowita. Szczególnie Jej oczy są niesamowite. Widzący nie wpadają w ekstazę z faktu, że widzą Matkę Bożą, tylko z olbrzymiego przeżycia w zobaczeniu, jak Ona wygląda. Ivan mówi, że nazywa Ją piękną, ale to słowo w stosunku do Niej nic nie znaczy. Trzeba Ją zobaczyć, by zrozumieć. Jej piękno nie jest stąd, nie jest z tego świata! Mówi, że nigdy nie widział piękniejszej Dziewczyny. Ona jest taka delikatna i taka piękna! Inna z widzących mówiła to samo, że nie może znaleźć  słów, by opisać Jej piękno, gdyż nie ma takiego piękna na ziemi. Nie ma żadnej osoby, która by Ją przypominała. Ona jest zawsze piękniejsza. Gdy jest się przy Niej, ma się chęć tylko płakać ze szczęścia…

Napisałem później pracę licencjacką o objawieniach Matki Bożej w chrześcijaństwie. Okazało się, że w ciągu tych 2000 lat wszyscy widzący Maryję widzieli praktycznie to samo – najpiękniejszą nastolatkę świata o urodzie i piękności takiej, że niemożliwe jest opisanie Jej opisanie. Patrząc na Maryję człowiek całkowicie wymięka. Kto odkrył Maryję naprawdę, ten odkrył promieniowanie Jej niesamowitej czułości i miłości, delikatności połączonej z niesamowitą mocą i wolą walki z szatanem. Taka jest Maryja z Nazaretu, Największa Wojowniczka Boga. Gdziekolwiek Ona się pojawi, szatan jest miażdżony.

Po tym objawieniu ludzie padali sobie w ramiona. Zapanowała wielka radość i pokój. W tym stanie uniesienia ludzie zaczęli wracać do swoich kwater, a ja, wstrząśnięty, postanowiłem sobie usiąść jeszcze przy tym kamieniu, pod krzyżem. Tam powiedziałem Maryi:

„Jeśli to wszystko, co tutaj się dzieje, jest prawdą, a nie tylko moim emocjonalnym rozchwianiem, to proszę Cię, Maryjo, abyś jeszcze raz przyszła i została tutaj ze mną, bo muszę coś bardzo ważnego w życiu zrobić i muszę Ci o tym powiedzieć.”

Siadłem sobie na kamieniu i powtórnie otrzymałem dar bardzo silnego odczucia Jej obecności… Siedziałem na tym kamieniu, Ona siedziała obok mnie i opowiadałem Jej o wszystkim, o całym moim życiu, o przyszłości… Co to było za odczucie… nie zapomnę tego do końca życia!

W końcu kumpel mówi: „Dominik, idziemy już na kwatery! Zobacz jak długo tu siedzimy…”. Ja mówię: „Stary, daj spokój, jeszcze pół godziny.” A on na to: „Zobacz, która jest godzina.” Ja patrzę na zegarek: 01:30 w nocy. Zdumiony nie wierzyłem, że siedziałem tam tak długo… czas po prostu przestał dla mnie istnieć.

W końcu wróciliśmy na kwatery, a ja nie mogłem zasnąć. Cały czas, niesamowicie wzruszony postanowiłem to wszystko co odczuwałem przelać na papier. Napisałem list do Maryi, w którym oddałem Jej całe moje życie – swoją dziewczynę, sztuki walki, moich przyjaciół, całą moja przyszłość, wszystkie plany na życie, które miałem. Schowałem ten list do kieszeni i dopiero wtedy usnąłem.

Na drugi dzień poszliśmy do jednej z widzących – Vicki. Ta opowiadała nam przepięknie o Matce Bożej, o przesłaniach Maryi do świata i zakończyła niespodziewanie słowami:

„Jeśli ktoś chce coś szczególnego powiedzieć Matce Bożej, to dzisiaj wieczorem, kiedy Ona przyjdzie do mnie, dam Jej tę informację od was. Dlatego, jeśli ktoś chce, to niech coś napisze i da mi, a ja Jej to przekażę.”

Szybko sięgnąłem do kieszeni i pierwszy przekazałem Vicce mój list.

Wróciłem do domu, do Polskim w stanie niezwykłego duchowego przebudzenia. Nie rozstawałem się z różańcem, zacząłem pościć o chlebie i wodzie, wyłączyłem telewizor, muzykę… Moi rodzice byli wtedy na rekolekcjach Oazy Rodzin. Zadzwonili do mnie z pytaniem, jak tam było. Powiedziałem, że nie jestem w stanie tego opisać. Zaproponowali więc, abym do nich przyjechał i wszystko im opowiedział…

Na miejscu było około 60 osób – rodzin z małymi dziećmi i dwóch kapłanów. Kiedy zacząłem opowiadać o Medjugorie, było około godziny 22:00. Skończyłem opowiadać gdzieś koło północy. Rodzice patrzyli na mnie takimi oczami, jakby zobaczyli ducha. Obecni tam księża, którzy mnie znali, byli w niezłym szoku. Na końcu powiedziałem im, że tam – w Medjugorie – otrzymaliśmy specjalne błogosławieństwo od Matki Bożej, które mamy przekazywać wszystkim innym, w celu nawracania ich i przyjęcia błogosławieństwa Bożego. I jeśli chcą, to mogę im to błogosławieństwo przekazać. Księża patrzą na mnie… – wyobraźcie sobie: koleś przyjeżdża nie wiadomo skąd i jakieś błogosławieństwo chce przekazywać… Rodzice też za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. Było tam kilkanaście małżeństw, które przy kawce słuchały tego wszystkiego… I nagle zrobił się niesamowity harmider. Tamci pobiegli po inne małżeństwa, zaczęli budzić dzieciaki o 24:00, schodzić się całymi rodzinami. Ja kładłem na nich ręce, błogosławiłem… co się tam działo…tyle pokoju i radości w sercach tylu ludzi…

Kiedy wróciłem do domu kręciłem okrążenia na różańczyku, jedno okrążenie za drugim, nie nudząc się, nie mogąc się nasycić modlitwą odczuwając niesamowitą radość, szczęście i pokój serca. Szczególnie niezwykłe było doświadczenie pokoju serca, daru Ducha Świętego od Maryi Królowej Pokoju. Zobaczyłem, że wyciszenie zmysłów, które uzyskiwałem w czasie medytacji zen, to zupełnie inne doświadczenie niż pokój serca, dar Ducha Świętego. Po dwóch dniach zadzwonił do mnie przyjaciel znad morza i mówi: „Słuchaj, od trzech dni trwa zgrupowanie karate, które miałeś prowadzić. Gdzie ty jesteś?”

Rzeczywiście, zupełnie o tym zapomniałem. Zapakowałem kimono do plecaka i pojechałem. Na treningu wszyscy spojrzeli  na mnie zdumieni, ponieważ do czarnego pasa przy kimonie przywiązałem różaniec. Nic nie powiedzieli z szacunku, a może i ze strachu, że dostaną bęcki za głupie uśmieszki, ale spojrzenia mieli przedziwne. Poprowadziłem trening jak zawsze, czyli pokazywałem im, jak na pięćdziesiąt różnych sposobów można kogoś zabić, a potem wyjąłem swój różaniec i powiedziałem, że dzisiaj nie będzie medytacji, tylko opowiem im o miłości Pana Boga do każdego z nich i opowiem, kim jest Matka Boża… I najciekawsze było to, że tak słuchali mnie przez dwie godziny, a na końcu wszyscy chcieli przyjąć błogosławieństwo Matki Bożej. Tak więc kładłem na nich ręce i przekazywałem je modląc się nad nimi.

Dużo by jeszcze opowiadać… Ponieważ byłem dosyć znany w środowisku młodzieżowym w Bydgoszczy, zaczęto mnie zapraszać na różne rekolekcje. Głosiłem Słowo, mówiłem o Medjugorie, o Maryi. Bardzo dużo osób się nawracało, do tego stopnia, że zaczęliśmy organizować pielgrzymki do Medjugorie – tylko dla młodzieży. Utworzyliśmy grupy medjugorskie Matki Bożej, gdzie młodzież modliła się trzema częściami różańca dziennie i pościła o chlebie i wodzie w środy i piątki. Działy się wielkie rzeczy, znaki i cuda nawróceń wręcz zdumiewających!

Kilka miesięcy później, będąc w Dębkach niedaleko Żarnowca, ćwicząc intensywnie na treningu karate, zacząłem odczuwać, że wykonując  techniki karate, przenika mnie złowrogi niepokój, nie wiadomo skąd. Trening, który kiedyś przynosił mi ogromną radość, teraz nie wiedzieć czemu stał się odczuwaniem  niewytłumaczalnego lęku i niepokoju. Straciłem cały pokój serca i radość, który miałem dzięki modlitwie. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Wiedziałem, że niedaleko mieścił się klasztor benedyktynek i pewnego dnia poszedłem tam. Na furcie powiedziałem, ze chciałbym porozmawiać z jakąś mądrą siostrą. Po chwili wyszła do mnie jedna z sióstr, która tak na mnie popatrzyła, uśmiechnęła się i powiedziała: „Czekałam na ciebie.” Usiedliśmy sobie w pokoju i zaczęliśmy rozmawiać tak, jakbyśmy się znali od zawsze. Na końcu powiedziała mi: „Słuchaj, Matka Boża ma dla ciebie wspaniały plan, ale tym, co cię od Niej odgradza jest sztuka walki, którą trenujesz. Wybór należy do ciebie.”

Byłem zdumiony… Myślałem, że będę przyprowadzał do Matki Bożej chłopaków, którzy sami od siebie nigdy do kościoła nie przyjdą i to będzie taka fajna forma ewangelizacji, by poprzez sztuki walki doprowadzić ich do chrześcijaństwa. Ale ona kręciła tylko głową i mówiła:

„Nie, to są dwa różne źródła mocy, nie można tego łączyć. Nie można być jednocześnie chrześcijaninem i buddystą. Nie można trenować kogoś w bardzo brutalnych technikach walki, a jednocześnie otwierać się na Moc Ducha Świętego, który jest Pokojem, Czułością, Łagodnością całkowicie pozbawioną agresji…”.

Tak więc z ciężkim sercem, ale za wielką łaską Bożą podjąłem decyzję, że rezygnuję ze sztuk walki. Przyjechałem do Bydgoszczy, zrobiłem walne zebranie związku i złożyłem rezygnację ze stanowiska dyrektora technicznego ds. karate. Nie wiedziałem, co będzie dalej, ale moja decyzja była nieodwołalna.

Od tamtego czasu minęło przeszło 15 lat. Nadal przyjaźnię się z wieloma znajomymi z tamtego środowiska sztuk walk. Cały czas trzymamy się razem. Moi najbliżsi przyjaciele, z którymi trenowałem przez wiele lat, są dzisiaj ewangelizatorami w Bydgoszczy; jeden w środowisku biznesmenów, drugi już nie trenuje sztuk walki – zrezygnował z nich  na rzecz sportów walki. Ma bardzo mocną sieć klubów taekwondo w Bydgoszczy i tam również  propaguje drogę życia chrześcijańskiego wśród młodzieży.

Kończąc moje opowiadanie, Matka Boża coraz głośniej wołała mnie, abym się Jej oddał. To było z miesiąca na miesiąc coraz mocniejsze, coraz silniejsze, ale tak jak zawsze, było to: „Jeśli chcesz. Nie musisz, tylko jeśli chcesz.” Bardzo delikatnie, cichutko, aby nie przestraszyć, aby nie naruszyć wolnej woli, pytała:

„Czy chcesz być mój na zawsze, tylko dla mnie? Jeśli tego nie chcesz, będę cię kochać, będę cię błogosławić, dam ci szczęśliwą rodzinę. Ale jeśli chcesz zostać moim ukochanym kapłanem, to będziesz najbardziej szczęśliwy.”

No i tak się stało. Rok później wstąpiłem do zgromadzenia salezjańskiego…

I tak, w wielkim skrócie, opowiedziałem Wam historię swojego powołania. Po wielu latach prowadzenia przez Maryję w życiu zakonnym, doświadczałem wielkich walk z szatanem, ale na Niej nigdy się nie zawiodłem. Ona zawsze była, jest i będzie przy mnie i przyjdzie po mnie w chwili śmierci, aby mnie przyprowadzić do Ojca Niebieskiego, tak jak to czyni każdego dnia już tu na ziemi – na modlitwie. Jej moc nad szatanem jest druzgocząca, Ona ma całą moc Boga, aby zmiażdżyć szatana. Tak bardzo to widzę w posłudze uwalniania i egzorcyzmach. W posłudze uzdrawiania widzę, że najpiękniejsze uzdrowienia dzieją się wtedy, gdy Ona prosi o nie Jezusa i Jezus dokonuje ich składając nas w Jej ramionach. A jednocześnie widzę jak szatan przeraźliwie Jej się boi i zrobi wszystko, żeby wyeliminować Ją z życia i z serca każdego dziecka Bożego. Widzę, że – tak jak w życiu ziemskim – relacje w rodzinie są wtedy najpiękniejsze, gdy dziecko ma kochąjącą mamę i tatę… tak w życiu duchowym dziecko najpiękniej się rozwija, gdy ma kochającego Ojca Niebieskiego i Najwspanialszą Mamę Maryję! Wtedy jest najbezpieczniejsze 🙂

Ks. Dominik Chmielewski

PS. Oto krótki filmik z czasów mojego trenowania karate:

Źródło: http://www.tajemnicamilosci.pl

Posted in Cuda, Medziugorje, Nawrócenia, Objawienia, Warto wiedzieć, Z prasy, Świadectwa | Otagowane: , , | 4 komentarze »

Rekolekcje siostry Emmanuel – Z Maryją w szkole miłości

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 stycznia 2011


15 lat temu wielokrotnie słuchałem tych wspaniałych rekolekcji siostry Emmanuel Millard  ze Wspólnoty Błogosławieństw w Medjugorje. Są wspaniałe i bardzo aktualne do posłuchania dzisiaj. Jest to 5 tematów które są pięknie przedstawione. Dobre stare archiwum.

Klikajcie i słuchajcie

Modlitwa wszystko może

Gdzie jest źródło życia

Broń niezwyciężona

Kochać aż do nieskończoności

Miłośc w cierpieniu

Siostra Emmanuel

 

Polecam również do obejrzenia dość stary już film pt. Maryjne Objawienia w XX wieku. Wszystkie te materiały sa na naszym kanale na Gloria.tv . Nazwa kanału Bacalublin. Bardzo piękny film.

Objawienia Maryjne w XX wieku

 

Posted in Medziugorje | Otagowane: , , , | 9 komentarzy »

Przeor i żebrak

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 stycznia 2011


W tygodniku „Poniedziałek” (nr 1(36)/2011 z 13 stycznia br.) ukazał się artykuł „Przeor i żebrak” autorstwa p. Leszka Kulawika. Dotyczy on stanowiska Przeora Jasnej Góry w sprawie pomysłu władz miasta Częstochowa nt ew. opodatkowania pielgrzymów przybywających do Sanktuarium i siłą rzeczy przekraczających tym samym administracyjne granice miasta.

Podczas Apelu Jasnogórskiego (31 grudnia 2010 r.) o. Roman Majewski – przeor klasztoru, nazwał pomysł dziwacznym, a słowo „żebrak” odniósł do samego pomysłu wyciągania rąk po „datek” wcale niedobrowolny od tych, którzy np. nie mają życzenia go przekazać.

Przymusowe „myto” byłoby ewidentną formą wyciągania przez UM Częstochowa od ludzi spoza miasta pieniędzy za ich pobyt na Jasnej Górze, która jest, w myśl słów Stefana Żeromskiego „nie moja, ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta”.

Słowo „żebrak” obraziło autora tekstu i wg niego mieszkańców Częstochowy. Domaga się przeprosin, a ich dotychczasowy brak ze strony Przeora spowodował napisanie tzw. listu otwartego do Metropolity Częstochowskiego, aby takie przeprosiny „wymusił” od „wysoko postawionego kapłana”.

Przeor Jasnej Góry przeprosić może, używając tej samej retoryki co w wypowiedzi podczas apelu. Nie uczynił tego, gdyż jego intencją nie było ani wówczas, ani teraz obrażanie kogokolwiek, a jedynie zwrócenie uwagi na kuriozum całej sprawy.

I jeszcze jedno. Klasztor OO. Paulinów Jasna Góra płaci wszystkie podatki systematycznie, nie korzystając z żadnych ulg czy zwolnień. Dla kilkuset osób (w tym mieszkańców Częstochowy) jest pracodawcą. Dzięki istnieniu Jasnej Góry powstała swoista, częstochowska koniunktura gospodarcza i daje ona możliwości dla rozwoju kolejnych miejsc pracy i inicjatyw. Także śmieci, podniesione w artykule do rangi prawie symbolu, są usuwane z całego terenu Jasnej Góry tylko przez Klasztor i na jego koszt, niezależnie od tego, czyja ręka i w jakiej ilości je wyrzuciła. Klasztor opłaca w całości rachunki za tzw. media, w tym za zewnętrzną iluminację Jasnej Góry.

Nasza Wspólnota od wielu lat troszczy się codziennie o kilkuset biednych mieszkańców Częstochowy, którym udzielana jest pomoc materialna, chociaż zakonnicy sami idą w żebraczym geście z koszyczkiem, prosząc wiernych i pielgrzymów o dobrowolną ofiarę na utrzymanie Jasnej Góry. I za każdy grosz jesteśmy wdzięczni.

Sanktuarium, wpisane na prezydencką listę zabytków, w olbrzymiej mierze samo finansuje z tych ofiar bieżące i konieczne remonty. Zresztą, od wieków jest tak, że Jasna Góra żyje i funkcjonuje dzięki wdowim groszom.

My, jako chrześcijanie wobec Boga wszyscy jesteśmy jednakowo żebrakami, zdanymi na Jego łaskę i Miłosierdzie.

Żebractwem każdego miasta byłaby w jakimś sensie bierność i nieporadność jego władz, które na potrzeby swoich mieszkańców szukają funduszy w nierealnych pomysłach fantastów.

Bezprawne egzekwowanie niesprawiedliwego podatku, także od ubogich wiernych byłoby orwellowską fantastyką futurystycznej antyutopii „Nineteen Eighty-Four” lub filmu „Rok 1984”.

„Lepsze jest działanie od bierności. W grze, jaką prowadzimy, nie możemy odnieść zwycięstwa. Ale niektóre przegrane są mimo wszystko lepsze od innych”. (G. Orwell)

Rzecznik Prasowy Jasnej Góry

o. Robert Jasiulewicz

Posted in Polityka, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , , , | 4 komentarze »

Orędzie, 25. stycznia 2011

Posted by Dzieckonmp w dniu 25 stycznia 2011


„Drogie dzieci! Również dziś jestem z wami i patrzę na was i błogosławię i nie tracę nadziei, że ten świat przemieni się na lepsze i ze pokój będzie panował w ludzkich sercach. Radość zapanuje nad światem, bo otwarliście się na moje wezwanie i miłość Bożą. Duch Święty przemienia wielu ludzi, którzy powiedzieli „tak”. Dlatego pragnę wam powiedzieć: dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

Maryjo weż mnie za rękę

 

Przypominam że modlimy sie w intencjach Królowej Pokoju. Prezent ten zawieziemy na 30-lecie objawień do Medjugorje Matce Bożej

Modlitwa w intencjach Królowej Pokoju


Posted in Medziugorje, Orędzia | Otagowane: , | 5 komentarzy »

Góra Tabor – cudowna chmura

Posted by Dzieckonmp w dniu 25 stycznia 2011


Dziś dzień 25 stycznia . Jak zawsze 25 każdego miesiąca w Medjugorje przychodzi do nas na ziemię Matka Boża .Za każdym razem daje nam drogowskazy jak mamy żyć aby być szczęśliwym już tu na ziemi. Przyjęło się nawet takie określenie że uczestniczymy z Maryją w szkole miłości i świętości. Niech to uczestnictwo przyczyni się do przemiany nas podobnego do przemiany Jezusa na Górze Tabor.

Serdecznie dziękujemy Panu Zbyszkowi (3pm) za tłumaczenie poniższego  artykułu.)

Meteorolodzy nie wiedzą jak wyjaśnić zjawisko zstępowania chmury na miejsce Przemienienia Pańskiego.

Według Moskwy, w oparciu o doniesienia agencji Interfax, nauka nie potrafi wyjaśnić tajemniczego zstępowania chmury, która schodzi na Górę Tabor każdego roku. Góra Tabor, jak opisuje to Pismo Święte, to miejsce gdzie dokonało się Przemienienie Pańskie.

Dziennik Komsomolskaja Prawda donosi.

„Siergiej Mirov, uczestnik badań zorganizowanych tego lata przez grupę roboczą z Synodalnej Komisji Teologicznej, powołaną do zbadania cudownych znaków, pod przewodnictwem meteorologów rosyjskich i izraelskich, przyznał, że eksperci, podczas podsumowania wyników badań, doszli do wniosku, że mgła nie może powstać w naturalny sposób w takim suchym powietrzu i w takiej temperaturze.”

Mirov podkreślił, że „zstępowanie błogosławionej chmury” odbywa się tylko na teren klasztoru prawosławnego. Powiedział, że w trakcie obchodów Święta (cudowne zjawisko dzieje się w czasie Święta Przemienienia Pańskiego) oślepiająca kula przelatuje nad głowami wierzących, a następnie pojawia się chmura nad krzyżem Kościoła pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, następnie znacznie się poszerza, zstępuje na wierzących, przykrywa ich i obficie zrasza życiodajną wilgocią.

Jak donosi Interfax: „Paweł Florenski, z Rosyjskiej Akademii Nauk Przyrodniczych, pracownik naukowy i szef grupy roboczej w sprawie cudownych znaków, powiedział, że jego zespół zbadał ukazywanie się Świętego Ognia w Kościele Świętego Grobu w Jerozolimie w wigilię Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego, przy pomocy nowoczesnej i bardzo dokładnej aparatury.”

„Wniosek jest prosty: pojawieniu się ognia towarzyszą potężne piezoelektryczne zjawiska, zarówno w kościele jak i na przyległym terenie, podobne do tych, które odbywają się podczas burzy, przy czym tam nie było wtedy burzy… Tak, więc, oznacza to, że wydarzenie to można uznać za cudowne”, on tak wierzy.

Źródło:Ministryvaluers.com

 

Posted in Ciekawe | Otagowane: | 4 komentarze »

Objawienie Najświętszej Maryi Panny w Quito

Posted by Dzieckonmp w dniu 22 stycznia 2011


W kazaniu abp. Lefebvre, wygłoszonym z okazji święceń biskupich 30 czerwca 1988 roku, znajduje się następujący fragment:

Niedawno jeden z naszych kapłanów, przeor naszego przeoratu w Bogocie w Kolumbii przyniósł mi książkę o objawieniach Naszej Dobrej Pani del Buen Suceso, której kościół znajduje się w Quito, w stolicy Ekwadoru; a jest to naprawdę wielki kościół. Wkrótce po Soborze Trydenckim, a więc przed wieloma stuleciami, pewnej zakonnicy klasztoru w Quito objawiała się Najświętsza Maryja Dziewica, która do niej przemawiała. Objawienia te zostały zachowane na piśmie i uznane przez Rzym. Dlatego zbudowano Najświętszej Maryi Dziewicy z Quito wspaniały kościół, a historycy mówią na ten temat, co następuje: kiedy figura Najświętszej Dziewicy była już prawie gotowa, a rzeźbiarz zamierzał stworzyć jej oblicze, stwierdził, że oblicze to w cudowny sposób było już gotowe. Cudowna postać Najświętszej Maryi Dziewicy była tam przez wiernych Ekwadoru czczona z wielką pobożnością.

I ta Najświętsza Dziewica z Quito przepowiedziała owej zakonnicy wiele rzeczy mających się zdarzyć w XX wieku, a przy tym powiedziała wyraźnie: w XIX wieku i przez większą część XX wieku w Kościele świętym będą się coraz bardziej rozpowszechniały błędne nauki i pogrążą Kościół w katastrofalnej, absolutnie katastrofalnej sytuacji. Ani się obejrzymy, jak zanikną obyczaje, a wiara wygaśnie. I – wybaczcie, że kontynuuję teraz informację o tym objawieniu, ale mówi ono o pewnym prałacie, który zdecydowanie przeciwstawi się temu zalewowi apostazji, temu zalewowi bezbożności i zachowa kapłaństwo, kształcąc dobrych kapłanów. Możecie to interpretować, jak chcecie, ja tego nie zrobię. Ja w każdym razie byłem zaskoczony, kiedy przeczytałem te linijki, nie mogę zaprzeczyć.

Poniższy artykuł ma za cel przedstawienie całej historii tych objawień. Po raz kolejny przekonujemy się, jaką wielką rolę Pan Bóg powierzył Matce Najświętszej w czasach ostatecznych, a zwłaszcza w okresie aktualnego kryzysu w Kościele. Ta, która jak troskliwa matka, już dawno zapowiedziała to, co się dzieje dziś w Kościele i na świecie, z całą pewnością i teraz nie pozostaje bezczynna, pomaga wiernym katolikom wytrwać w dobrej drodze – a na końcu ona położy kres zalewowi modernizmu.

Matka Mariana Francisca.

Matka Mariana Francisca.

Matka Najświętsza objawiła się kilkakrotnie przełożonej sióstr Niepokalanego Poczęcia w Quito (stolica Ekwadoru), M. Marianie Francisce de Jesús Torres y Berriochoa (1563-1635). źródła historyczne o tych objawieniach dotarły do nas w następujący sposób: z powodu tak niezwykłych wydarzeń kierownik duchowny oraz biskup Quito wymagali od niej w imię posłuszeństwa spisania autobiografii.

Tekst ten został aprobowany przez biskupa Pedro de Oviedo, dziesiątego biskupa ordynariusza Quito. Po jej śmierci, kierownik duchowy i spowiednik o. Michael Romero OFM napisał jej biografię. Dokumenty te razem z życiorysami wszystkich innych sióstr założycielek klasztoru w Ekwadorze zachowane są w wielkim tomie pt. El Cuadernon. Na podstawie tego źródła o. Manueal Souza Pereira, prowincjał Ojców Franciszkanów w Quito, napisał w 1790 roku książkę pt. Cudowny żywot Matki Marianny de Jesús Torres, hiszpańskiej zakonnicy i jednej z założycielek Królewskiego Klasztoru Niepokalanego Poczęcia w mieście św. Franciszka de Quito.

Dzieło to przetłumaczono na język angielski w 1988 roku przez Marian Therese Horvat, która wydała książkę na temat objawień Matki Bożej.

Wizjonerka: Mariana de Jesús Torres
Mariana Francisca urodziła się w Hiszpanii 1563 roku jako pierwsze dziecko gorliwej katolickiej rodziny. Z powodu jej głębokiej pobożności, została dopuszczona do I Komunii już 8 grudnia 1572, kiedy miała zaledwie 9 lat2. Podczas Komunii Mariana otrzymała łaskę powołania oraz wewnętrzną pewność, że będzie przeznaczona na misje.

W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru. Rozpoczęła tam swe życie zakonne, które płynęło wedle ówczesnych zwyczajów w atmosferze surowych umartwień. Matki założycielki były zachwycone „doskonałym przestrzeganiem reguł zakonnych i praktyką cnót” młodej nowicjuszki, inne siostry jednak okazywały zazdrość, prześladowały ją i rozsiewały oszczerstwa. Dwukrotnie zmarła i powróciła do życia.

Po śmierci pierwszej przełożonej w 1593 roku, została wybrana na przeoryszę. Było to w chwili, kiedy w Quito wybuchła rewolucja, której skutki miały dotknąć również zakony. Właśnie wówczas pewna zakonnica, zwana La Capitana, z pomocą niektórych duchownych zawiązała spisek przeciw przełożonej i razem z innymi siostrami domagała się złagodzenia reguły i zwolnienia od kierownictwa duchowego Ojców Franciszkanów, uważanych za bardzo gorliwych i surowych zakonników.

W tej trudnej sytuacji matka Mariana uciekła się do modlitwy. Wówczas Matka Boża ukazała się jej po raz pierwszy i powiedziała: „Jestem María del Buen Suceso, Królowa nieba i ziemi. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce! Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo Ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania Mego klasztoru i jego mieszkańców”.

Figura Matki Bożej Dobrego Zdarzenia na okładce książki o Jej objawieniu w 1634 r.

Wkrótce po tej wizji wspólnota wybrała nową przełożoną, pod której rządami reguła zakonna została złagodzona; ścisłe milczenie zanikło. S. Mariana próbowała przekonać nową przełożoną o niebezpieczeństwach płynących z takiego postępowania, co ściągnęło na nią gniew pozostałych sióstr. Po raz kolejny dotknęły ją oszczerstwa i kłamstwa, a co gorsza, wikariusz generalny zgodził się na wysłanie jej do więzienia pod zarzutem nieposłuszeństwa. Dobre siostry, które ogromnie cierpiały z powodu tak rażącej niesprawiedliwości, również zostały uwięzione; było ich razem 25.

W ciągu następnych pięciu lat s. Mariana, która trzykrotnie została uwięziona na dłuższy czas, otrzymała wiele szczególnych łask, miała też wizje Matki Bożej, która pokazała jej przyszłość klasztoru oraz Ekwadoru. Kazała też wykonać figurę Matki Bożej Dobrego Zdarzenia i umieścić ją na tronie przełożonej zakonu na znak, że to ona jest Panią klasztoru: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”.

Na koniec matka przełożona zrozumiała niewłaściwość swojego postępowania wobec sióstr założycielek, uwolniła je i zrezygnowała ze swego urzędu. Wówczas biskup Quito kazał przeprowadzić przesłuchanie w sprawie oskarżeń przeciwko siostrom. Kiedy okazało się, że został wprowadzony w błąd przez oszczerstwa, kazał aresztować główną odpowiedzialną za zamęt – siostrę La Capitanę. Ta nie przyznała się jednak do winy, odmówiła przyjęcia pokarmu i poczęła bluźnić. Wtedy matka Mariana poprosiła biskupa o pozwolenie na przeniesienie zbuntowanej siostry do infirmerii klasztornej, gdzie sama opiekowała się nią, pomimo że w zamian doświadczała jedynie przekleństw i zniewag.

Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Mariana gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Mariany.

Tymczasem m. Mariana musiała wypełnić obietnicę: podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.

Wizja profanacji Sakramentów świętych

20 stycznia 1610 roku Matka Boża objawiła się jej znowu i powiedziała między innymi: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…)

To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii!

W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi”. Dalej mówi Matka Najświętsza o lekceważeniu sakramentu ostatniego namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci. „Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła.

Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych.

Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.

Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!”. Na koniec Matka Boża ponownie nakazała wykonać figury ku Jej czci.

Cudowna figura Matki Bożej del Buen Suceso

Zaraz po tym objawieniu matka Mariana prosiła biskupa Quito, aby jak najprędzej ustosunkował się do próśb Najświętszej Maryi Panny. Po otrzymaniu jego zgody, powierzyła wykonanie artyście Francisco del Castillo, który nie tylko był doświadczonym rzeźbiarzem, ale także człowiekiem wielkiej cnoty połączonej z głęboką pobożnością maryjną. Kiedy praca dobiegła do końca, zadecydował, że będzie musiał pojechać do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do malowania twarzy Madonny. Obiecał powrócić do Quito przed 16 stycznia 1611 roku i ukończyć dzieło.

Jednak w nocy przed jego przyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Kiedy siostry przyszły wcześnie rankiem na jutrznię, kaplica wypełniona była niebieskim światłem, otaczającym posąg. Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu.

Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Rzeźba wniesiona została w uroczystej procesji na wyższy chór kościoła klasztornego na specjalnie przygotowanym tronie. Co roku przenoszona jest w procesji z chóru do głównego ołtarza podczas nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Dobrego Zdarzenia 2 lutego. W ostatnich latach posąg wystawiany jest dla wiernych także podczas miesiąca maryjnego (tj. w maju) i podczas miesiąca Różańca świętego (w październiku).

Główne objawienie: zgaśnięcie wiecznej lampki i jego znaczenie

Resztę życia matka Mariana spędziła na wewnętrznych i zewnętrznych umartwieniach i ofiarach: chciała stać się ofiarą dla XX wieku, jak o to prosiła ją Matka Najświętsza.

Najważniejsze objawienie siostra Mariana miała o poranku 2 lutego 1634 roku, kiedy to podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem nagle zgasła paląca się przed ołtarzem wieczna lampka. Kiedy siostra Mariana próbowała ją zapalić ponownie, Matka Boża objawiła się jej i powiedziała:

„Przygotuj twoją duszę, aby coraz więcej oczyszczona mogła wstąpić w pełnię radości twojego Pana. O, gdyby śmiertelnicy, a szczególnie pobożne dusze poznały, czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby Go posiadać.

Zgaśnięcie lampki klasztornej, które zobaczyłaś, ma wiele znaczeń:

Po pierwsze, przy końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX powstanie zamęt w tym kraju, będącym wtedy wolną republiką. Wtedy cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów. Podczas tego okresu będą wielkie fizyczne i moralne klęski, publiczne i prywatne. Niewielka grupa ludzi, która zachowa skarb wiary i cnoty, będzie doznawała okrutnych i niewymownych cierpień oraz przedłużonego męczeństwa. Aby wyzwolić ludzi z niewoli tych herezji, ci, których Mój Najświętszy Syn powołał do wykonania odnowy, potrzebują wielkiej siły woli, wytrwałości, odwagi i ufności w Bogu.

Nadejdzie taki moment, kiedy wszystko wydawać się będzie stracone, a wszelkie wysiłki – nadaremne; stanie się tak dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych, nastąpi wtedy szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia.

Po drugie, Moje zgromadzenia opustoszeją, zatopione w otchłani oceanu goryczy i wydawać się będzie, że utoną one w tych różnych wodach nieszczęścia. Ileż prawdziwych powołań zostanie straconych przez nieumiejętne formowanie i brak duchowego kierownictwa!

Trzeci powód, dla którego lampka zgasła, to atmosfera tych czasów, przepełniona duchem nieczystości, jak ohydna powódź, która zaleje ulice, place i miejsca publiczne, do tego stopnia, że prawie już nie będzie na świecie dziewiczej duszy.

Czwartą przyczyną jest to, iż po infiltracji we wszystkich warstwach społecznych, masońskie sekty będą z wielką przebiegłością szerzyć swoje błędy w rodzinach, przede wszystkim po to, by zepsuć dzieci. W tych nieszczęśliwych czasach zło uderzy w dziecięcą niewinność, a w ten sposób powołana kapłańskie będą zaprzepaszczone. Jednak i wtedy będą zgromadzenia zakonne, które podtrzymują Kościół, oraz święci kapłani – ukryte i piękne dusze, którzy będą pracować z energią i bezinteresownym zapałem dla zbawienia dusz.

Przeciw nim bezbożni będą toczyć okrutną wojnę, obrzucając ich oszczerstwami, obelgami i nękając, próbując zniechęcić do wypełniania ich obowiązków. Lecz oni, jak solidne kolumny, nie poddadzą się i stawią czoło temu wszystkiemu w duchu pokory i ofiary, w którego będą uzbrojeni mocą nieskończonych zasług Mojego Najświętszego Syna, miłującym ich w najbardziej wewnętrznych głębiach Jego Najświętszego i Najczulszego Serca. Jak bardzo Kościół będzie cierpieć w owej ciemnej nocy! Zabraknie prałata i ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu utraci ducha Bożego, wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo.

Módl się usilnie, wołaj niestrudzenie i płacz nieustannie gorzkimi łzami, w skrytości serca błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego Najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego Męki i śmierci ulitował się nad Swoimi sługami i położył kres tym straszliwym czasom, oraz aby zesłał Kościołowi prałata, który odnowi ducha jego kapłanów.

Tego ukochanego syna, którego Mój Boski Syn i Ja otoczymy szczególną miłością i napełnimy wieloma łaskami: pokory serca, poddania się Bożym natchnieniom, siły, aby mógł bronić praw Kościoła. Damy mu czułe i współczujące serce, którym ogarnie jakby drugi Chrystus wielkich i maluczkich, nie gardząc najbardziej nieszczęśliwymi, którzy będą prosić go o światło i radę w ich zwątpieniach i trudnościach. W jego ręce złożone będą wymiary, by wszystko czynione było zgodnie z wagą i miarą, ku chwale Bożej. Przed przybyciem tego prałata i ojca, wiele serc osób poświęconych Bogu w stanie kapłańskim i zakonnym wpadnie w oziębłość (…)

Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało.

Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Piąty powód, dla którego zgasła lampa w klasztorze jest taki, że wpływowe osoby z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę i tryumfującego szatana, nie używając zgodnie z wolą Boga swoich wpływów w celu walki ze złem lub odnowy wiary. I tak ludzie będą stopniowo obojętnieć na żądania Boga, zaakceptują ducha zła i pozwolą się zmieść wszelkim rodzajom występku i grzechu.

Moja droga córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się to, co ci objawiłam. Jednak miłość Mojego Najświętszego Syna i Moja do tej ziemi jest tak wielka, iż chcemy, aby od tej chwili twoje ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu trwania tej strasznej katastrofy”.

Objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa o kryzysie w Kościele

W ostatnich dziesięciu miesiącach życia matki Mariany, która coraz częściej chorowała i cierpiała, Matka Boża objawiła się jej jeszcze kilkakrotnie. Matka Mariana była wzorem dla całej wspólnoty, ofiarowała wszystkie swoje udręki za Kościół, szczególnie w XX wieku. Pewnego dnia otrzymała łaskę wizji Najświętszego Serca Pana Jezusa, otoczonego małymi, przeszywającymi cierniami, które raniły Je okrutnie. Pan Jezus wytłumaczył jej ich znaczenie: „Rozumiej, że one [ciernie] oznaczają ciężkie i powszednie grzechy moich kapłanów i zakonników, których wyzwalam od świata i wprowadzam do klasztorów. To ich niewdzięczność i obojętność tak okrutnie rani Moje Serce.

Nadchodzą czasy, gdy [Moja] nauka będzie powszechnie znana uczonym i nieuczonym. Będzie się pisać wiele książek na tematy religijne, lecz praktykować te nauki i cnoty będzie niewiele dusz, święci będą rzadkością. Dlatego moi kapłani i zakonnicy popadną w zupełną obojętność. Ich oziębłość zgasi ogień Bożej miłości, w ten sposób ranią Moje Miłujące Serce tymi małymi cierniami, które widzisz. …

Wiedz także, że Boska Sprawiedliwość ześle straszne kary na całe narody, nie tylko za grzechy ludzi, ale także szczególnie za grzechy kapłanów i osób zakonnych – gdyż ci ostatni powołani są, przez doskonałość swego stanu, aby stali się solą ziemi, mistrzami prawdy, powstrzymującymi Boży gniew. Porzucając swą powierzoną przez Boga misję, poniżają siebie do tego stopnia, że w oczach Boga powiększają oni jeszcze surowość kar”.

Ostatnie objawienie Matki Bożej Dobrego Zdarzenia

Po raz ostatni Matka Boża objawiła się m. Marianie 8 grudnia 1634 roku, zapowiadając jej bliską śmierć. Ponownie z naciskiem mówiła o tym, jak ważne są spowiedź i Komunia święta, a także o ciężkiej odpowiedzialności kapłanów. Przepowiedziała różne wydarzenia, które mają mieć miejsce w XIX wieku. Mówiła również o roli klasztorów, w których zachowuje się czystość i umartwienie: „Oczyszczą one atmosferę skażoną przez tych, którzy oddają się najbardziej ohydnym grzechom i namiętnościom”. Na prośbę m. Mariany, aby jej imię pozostało nieznane, Matka Boża odpowiedziała, że dopiero po trzech stuleciach tajemniczego milczenia objawienia te oraz jej imię zostaną ponownie odkryte. Na koniec ostrzegała, że nabożeństwo do Niej „będzie zwłaszcza w XX wieku owocować cudownie w sferze duchowej i doczesnej, ponieważ jest wolą Boga, aby zachować ten Mój tytuł oraz twoje życie dla owego wieku, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło Wiary niemal zgaśnie”.

16 stycznia 1635 matka Mariana zmarła po przyjęciu ostatnich sakramentów. W 1906 r., podczas remontu klasztoru, została otwarta trumna, w której znaleziono jej nienaruszone ciało.

Ks. Karol Stehlin FSSPX

Posted in Apokalipsa, Kościół, Objawienia, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , | 25 komentarzy »

Jest mi wstyd

Posted by Dzieckonmp w dniu 22 stycznia 2011


Jest mi wstyd że w moim ukochanym kraju Marszałkiem Sejmu jest taki gbur. Tyle ode mnie resztę proszę sobie sami przemyślcie.


Posted in Patriotyzm, Polityka | Otagowane: , | 26 komentarzy »

Mapa Polski

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 stycznia 2011


Ciekawie opracowana mapa Polski od początku istnienia państwowości do dziś. Łatwa  i bardzo czytelna.

Mapa Polski

Posted in Patriotyzm, Polityka | Otagowane: , | 14 komentarzy »

Przebłysk Wieczności (Ian McCormack)

Posted by Dzieckonmp w dniu 18 stycznia 2011


Co się z nami dzieje, kiedy umieramy? „Przebłysk wieczności” to niesamowita i prawdziwa historia człowieka, który umarł i ujrzał świat po drugiej stronie. Ian nurkował u wybrzeży wyspy Mauritius, gdy został ukąszony przez śmiertelnie jadowitą meduzę. Będąc już w szpitalu umarł na około 15-20 minut, doświadczył piekła a następnie nieba. Dano mu tam możliwość powrotu by opowiadał swoją historię. Jego śmierć była drzwiami do prawdziwego życia, a jego historia w dalszym ciągu przeobraża ludzi na całym świecie, prowokując do zadania sobie poważnego pytania, na które wszyscy kiedyś musimy odpowiedzieć. O autorze: Ian wraz z żoną i trójką dzieci mieszka w Wielkiej Brytanii. Podróżuje po całym świecie opowiadając o tym, Kim jest światłość na końcu tunelu. Głosi konieczność porzucenia grzechu. Fascynuje go oglądanie Jezusa leczącego zranione ludzkie serca i uzdrawiającego ich ciała.

Posted in Medziugorje | 5 komentarzy »

PROROCTOWO CZY PROGRAM

Posted by Dzieckonmp w dniu 17 stycznia 2011


W roku 1962 amerykański magazyn Look (16.I.1962) zwrócił się do premiera Izraela, Dawida Ben-Guriona, z pytaniem, jak sobie wyobraża świat po ćwierćwieczu. Oto jego odpowiedź:
„Obraz świata w roku 1987 w mojej wyobraźni wygląda tak: Zimna wojna będzie już tematem przeszłości. Wewnętrzna presja rosnącej inteligencji w Rosji, domagająca się więcej wolności, oraz ciśnienie mas o wzrost standardu życia, może doprowadzić do stopniowej demokratyzacji Związku Radzieckiego. Z drugiej strony wzrost wpływu robotników i farmerów, oraz wzrost znaczenia ludzi nauki może zmienić Stany Zjednoczone w państwo opiekuńcze z gospodarką planową. Zachodnia i Wschodnia Europa ustanowią federację
autonomicznych krajów z socjalistycznym i demokratycznym ustrojem. Z wyjątkiem ZSRR, stanowiącym euroazjatyckie państwo federacyjne, wszystkie pozostałe kontynenty połączą się w światowy związek dysponujący międzynarodową policją. Wszystkie armie będą zlikwidowane i nie będzie już więcej wojen. W Jerozolimie Organizacja Narodów Zjednoczonych (prawdziwie zjednoczonych narodów) wybuduje Świątynię Proroków mającą
służyć unii federacyjnej wszystkich kontynentów; będzie to siedziba Sądu Najwyższego Ludzkości do załatwiania kontrowersji między sfederowanymi kontynentami tak, jak to przepowiedział prorok Izajasz. Wyższe wykształcenie będzie prawem każdej osoby na świecie. Pigułka przeciwdziałająca ciąży spowolni eksplozję ludnościową w Chinach i Indiach.
A w roku 1987 średnia życia człowieka przedłuży się do lat 100”.
Sprawy posuwają się wolniej niż przewidywał Ben-Gurion, ale w sposób oczywisty świat ulega ewolucji wyraźnie po jego myśli.
http://opoka.giertych.pl/owk74.htm

Posted in Ciekawe, Polityka, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | Otagowane: , , | 5 komentarzy »

Tańcząca dobroczynność – Bp. Karol Niedziałkowski

Posted by Dzieckonmp w dniu 14 stycznia 2011


Za nami kolejna edycja Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która wg
pyszałkowatych zapewnień jej wodzireja „ma grać do końca świata, a nawet jeden dzień
dłużej”, czyli wiecznie /?/, wszak wiadomo, że po końcu świata nastąpi koniec czasów. Jak
tam z wiecznością tej kolejnej mutacji niedzielnego czynu społecznego będzie, to jeszcze
zobaczymy. Zachęcam natomiast do lektury ciekawego eseju księdza Karola
Niedziałkowskiego, biskupa łucko-żytomierskiego, napisanego ponad 100 lat temu. Esej
ten napisany z punktu widzenia katolickiego, poświęcony jest prostowaniu błędnych
opinii w zakresie nieporozumień dotyczących zagadnień dobroczynności. Mam
nadzieję, że lektura tego eseju przyczyni się do lepszego zrozumienia różnic w naturze
działań pretendujących do szczytnego miana dobroczynności

Czasami spotykamy ludzi tak różnych od widzianych codziennie, że nie możemy zdać
sobie sprawy z tego, na co patrzymy i mimowolnie ciśnie się do ust ludowe: odmieniec
jakiś, Panie odpuść! Podobnie w życiu społecznym zdarzają się zjawiska tak niepodobne
do wszystkiego, na cośmy od dziecka patrzyli, że się z nimi w żaden sposób pogodzić nie
możemy, niby jakimś niepojętym dziwotworem czyli jak mówiono dawniej, igrzyskiem
natury. Tańcząca dobroczynność w oczach wielu do takich właśnie igrzysk należy;
myśmy od ojców naszych, ci zaś od swoich, słyszeli o dobroczynności poświęcającej się,
poważnej, płaczącej z płaczącymi, nigdy jednak o żadnych pląsach tej statecznej matrony
nie myśleliśmy nawet. Ale oto zjawia się dobroczynność nowa jakaś – gra, śpiewa,
maluje, nie dość tego, Tańczy, ba, chodzi po linie i koziołki wywija w powietrzu,
a wszystko przez dobroć serca i poświęcenie dla cierpiącej ludzkości. Ludzie starego
autoramentu kręcą na to głową i ruszają ramionami powtarzając: Najosobliwsza
osobliwość!

Jużci kiedy dobroczynność, to musi być dobra, ale czemuż ona tańczy i chodzi po linie,
czemu stroi się w sztuczne kwiaty, czemu mizdrzy się i śmieje? Jakoś to dziwnie wygląda,
chcąc cierpiącego pocieszyć, będzie przed nim czy przy nim tańczyć mazura, zasypie go
kwiatami, przeleci koło niego w zamaskowanym korowodzie trefnisiów, poliszynelów i
przeróżnych błaznów. Nie trzeba jednak dziwić się: inne drzewo, inne też owoce rodzi.
Myśmy wyrośli pod cieniem drzewa chrześcijańskiej miłości bliźniego, drzewa, którego
korzeniem jest przykazanie: będziesz miłował bliźniego twego jako siebie samego – dla
Boga i w Bogu. Do owoców z tych gałęzi i konarów przyzwyczajeni jesteśmy – a kto ich
nie widział?
Ile razy byłem w Wiedniu, odwiedzał mnie stale w hotelu wysoki, w czarnym habicie
braciszek Bonifratrów; ten co dnia go obchodził, zbierając jałmużnę – i szyderstwa:
pierwsze oddawał na szpital przez jego zakon utrzymywany, drugie zatrzymywał dla
siebie. Patrzyłem z szacunkiem na pokornego braciszka, praktykującego z poświęceniem
miłości własnej chrześcijańską miłość bliźniego; z przyjemnością też śledziłem za
przyjaznymi spojrzeniami, jakimi go przyjmowała i przeprowadzała znajoma mu służba.
Ona także czciła dobroczynność chrześcijańską. W innym mieście bosi braciszkowie,
w szarych świtach, zbierają okruchy ze stołów dostatnich dla nędzarzy, zbierają dziatwę
sierocą, karmią ją i uczą – ci także po chrześcijańsku praktykują dobroczynność. Po cóż
dalej wyliczać? Pobożne kobiety czuwające przy łożu chorego, litościwy człowiek
wychowujący sierotę, uboga kobiecina, ucząca bezpłatnie pacierza i czytania biedne
dzieci wiejskie, każdy, kto w imię Boga poda kawałek chleba głodnemu, szklankę wody
spragnionemu, kto podniesie upadłego, oświeci wątpiącego, rozweseli smutnego –
wszyscy oni spełniają dobroczynność chrześcijańską, a uczynki ich są owocami
dojrzałymi na starym, znanym drzewie chrześcijańskiej miłości bliźniego. Obok tego
drzewa zaczęły wyrastać inne, nie chcące zapuszczać korzeni w chrześcijańskim gruncie,
mające jednak pretensje do przynoszenia dobrych, a nawet lepszych, niż chrześcijańskie,
owoców.
Zjawiła się więc filantropia – znaczy to po grecku, „miłość człowieka”, więc niby to samo,
a jednak nie to samo. Znajdujemy tu człowieka, ale nie widzimy bliźniego, ten drugi
bowiem wyraz i pojęcie są całkiem chrześcijańskie, więc filozofia przeszłego wieku, jak
wiadomo bezbożna i niechrześcijańska, wyrzuciła je, by uniknąć przypomnienia nawet
chrześcijaństwa wzmianki o porządku nadprzyrodzonym. W naszych czasach obok
filantropii zjawia się jeszcze a l t r u i z m ; nazwa ta, mająca także zastąpić
chrześcijańską miłość bliźniego, pochodzi od łacińskiego wyrazu alter, drugi i ma być
odpowiednikiem egoizmu (ego-ja). Ukuto ten a l t r u i z m w obozie bezwyznaniowym,
a ma on oznaczać, że jak egoizm jest wrodzony człowiekowi, tak samo miłość drugich,
altruizm jest także wrodzoną, że zatem nie jest wcale specjalną cnotą chrześcijańską
i bynajmniej żadnym owocem nadprzyrodzonych darów łaski, lecz zwyczajnym owocem
natury ludzkiej. Co prawda, nie widać tak bardzo tych owoców po stronie nie wierzących
(niektórzy utrzymują nawet, że altruizmu nie ma tam ani na lekarstwo, a egoizmu więcej
niż potrzeba) – no, ale wiadomo, że pisać łatwo, a gadać jeszcze łatwiej. Otóż
z pojawieniem się tych nowych drzewek, nowe też zjawiły się owoce filantropii
i altruizmu; patrzymy na nie, czytamy o nich – i dotąd do nich przyzwyczaić się nie
możemy, bo naprawdę dziwnie trochę wyglądają. Oto np. w pewnym wielkim mieście po
obydwu stronach ulicy ścisk i tłok – oczekują czegoś ludzie. Jakoż zjawiają się powozy ozdobione kwiatami; konie także w kwiatach – i na łbie i gdzieindziej. W niektórych
powozach jadą panowie, w innych maski, jeszcze w innych opasłe figury, o garbatych
nosach – w niektórych rozpierają się damy z niecałego świata. Powiadają, że śmiechu,
szykan i drwin było tam tyle prawie, co pyłu i z pewnością więcej, niż kwiatów, a jednak
był to jeden z owoców altruizmu i filantropii. Zdobiono swe konie i koła powozów
kwiatami dla wspomożenia biedaków, nie mających całej koszuli na grzbiecie, a rozmaite
figury rozłożone wygodnie w powozie, mówiły im, nie słowami wprawdzie, lecz
językiem czynów: dajemy wam, tam do kasy, kilka groszy, ale jedziemy oto przed wami,
żebyście wiedzieli, że mogliśmy dać 50 albo i sto razy tyle, gdybyśmy wam oddali tylko te
kwiaty, które dziś jeszcze zwiędną. Ale nie damy – wiedzcie bowiem, że my bogaci, a wy
hołota. Albo inny przykład z dziejów obecnej wiosny (1898r.) w Sycylii. Na całej wyspie
panuje głód, (bo trzeba zauważyć, że zjednoczone Włochy zamiast wszystkich
obiecywanych dobrodziejstw, dały swym mieszkańcom głód prawie ciągły i trochę
papierowych pieniędzy). W jednym miasteczku zrozpaczeni biedacy rzucili się na sklepy
piekarzy i magazyny zbożowe; oczywiście żołnierze rozpędzili ich, a gdy nie chcieli
odejść, dali salwę jedną i drugą. Zabito 8 osób, a 12 raniono. W drugim miasteczku był
podobny wypadek; znowu strzelano, kilkunastu skaleczono. Wtedy naczelnik, nie wiem
już, powiatu, czy części prowincji, widząc, że źle, postanowił zawczasu złemu zaradzić,
więc udał się do filantropii, czy może altruizmu, nie wiem, to tylko pewne, że nie do
chrześcijańskiej miłości bliźniego, bo wszystkie chrześcijańskie cnoty skasowano
w urzędowych Włoszech. Pewnej tedy nocy pałac pana naczelnika zajaśniał od światła;
powozy zjeżdżały się jeden za drugim, wioząc ustrojonych panów i wyperfumowane
damy, wreszcie stało się jak w balladzie Odyńca: „Na zamku kasztelana, brzmi muzyka
dobrana”. Mieszkańcy głodni, chwiejący się na nogach, wychodzili na ulicę patrzeć, kto
tak urąga ich boleści i weseli się głośno, gdy oni umierają. I widzieli przez oświetlone
okna, jak w salach naczelnika krążyły postrojone pary w rozmaitych tańcach, pląsach
i figurach. Oburzenie ogarnęło całe miasto, zbiegły się tłumy; rozpoczęły się wrzaski
i demonstracje. Przestraszeni goście do karet chcieli uciekać, – tłum rzucił się na powozy,
skończyło się na tym, że znowu karabinierowi zjednoczonego królestwa, dla większego
dobra współobywateli, strzelali do nich – dość jednak nieszkodliwie, bo zabitych było
tylko 6 i ranionych 17 (jeśli dobrze pamiętam). Ciemny bo ten lud, pomimo tyluletniej
nad nim pracy masonów, nie rozumiał, czy nie chciał rozumieć, że ów bal był dzieckiem
najprawdziwszej filantropii i i najczystszego altruizmu. Pan naczelnik prowincji wydał
go właśnie na korzyść głodnych i umierających. Nic dziwnego, że te i tym podobne
zjawiska dziwią ludzi, przyzwyczajonych do słuchania błogosławieństwa
i podziękowania, przy świadczeniu dobrodziejstw starą, zacofaną, chrześcijańską
metodą.
Przypatrzmy się jednak dobrze naturze miłości chrześcijańskiej i nowoczesnego
altruizmu, a zrozumiemy wszystko dokładnie. Nie można zaprzeczyć, że niechrześcijanie
mają po części rację, że w naturze ludzkiej leży miłość dla podobnych sobie. Jest ona tam
w samej rzeczy, ale w taki sposób, w jaki płodność znajduje się w ziemi; grunt może być
nawet bardzo urodzajny z natury swojej, ale jeśli go nie uprawić, nie wrzucić do niego
ziarna, jeśli nań nie spadnie deszcz i nie ogrzeje słońce, to zamiast kłosów zboża,
wyrośnie mnóstwo wszelakich chwastów i niepotrzebnego zielska. W sercu ludzkim leży
zdolność do miłości swych braci, ale potrzebuje ona usilnej pracy, dobrego nasienia
i innych warunków; bez tego rozrośnie się na tej niwie egoizm i wszelkie kiełkowanie altruizmu zagłuszy bez litości. Chrystus Pan doskonale o tym wiedział, to też roślinę
miłości bliźniego zasadził na gruncie nadprzyrodzonym. Powiedział On, że miłość taka
jest o b o w i ą z k i e m , pochodzącym z rozkazu Bożego: „będziesz miłował bliźniego
twego, jako siebie samego”. Nakazał czynić mu dobrze, obiecując za to nagrody wieczne,
a za zaniechanie dobroczynności, grożąc karami wiecznymi (Ob. Mat. Roz. XXV). Żeby zaś
ten obowiązek lżejszym i milszym uczynić swoim uczniom, zapewnił ich, że cokolwiek
uczynią jednemu z tych najmniejszych, Jemu samemu to czynią (Mat. XXV, 40). Nadto, jak
co do każdej cnoty nadprzyrodzonej, zapewnił i daje nadprzyrodzoną swą pomoc i łaskę.
Takim sposobem w chrześcijaństwie miłość bliźniego stała się odblaskiem miłości Bożej;
jak słońce swymi promieniami oświeca księżyc, tak miłość Boga oświeca w oczach
wierzącego każdego bliźniego, każdego „maluczkiego”. Rezultat tego taki, że im kto
więcej miłuje Boga, tym silniej kocha bliźniego, a jakie owoce na takim drzewie rodzą się
i dojrzewają, któż nie wie? „Miłość – powiada św. Paweł, cierpliwa jest, łaskawa jest;
miłość nie zajrzy, złości nie wyrządza, nie nadyma się, nie jest czci pragnąca, nie szuka
swego… wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko
wytrwa” (1, Kor. 13). Wszystkie więc dobre uczynki pochodzące z miłości
chrześcijańskiej, noszą na sobie cechę i pieczęć tej Boskiej cnoty. Człowiek zwyczajny nie
pojmie, jakim sposobem ktoś „dobrze urodzony”, piękny, bogaty i szczęśliwy, może
obcować z ubogimi nędzarzami, głupimi, strasznymi nieraz pod każdym względem, ale
od czegoż jest łaska i miłość? One sprawują, że na widok nieszczęśliwego rodzi się
w sercu patrzącego nań litość bezmierna, stosująca do niego słowa powiedziane przez
poetę do Zbawiciela: „Ja ciebie kocham, boś był nieszczęśliwy. Bo przebolałeś to
wszystko, co boli”. One sprawują, że uczymy się ograniczać własne potrzeby, owszem
odmawiać nieraz nawet sobie rzeczy koniecznych, by ulżyć cierpiącym, że dajemy raz,
drugi, dziesiąty, setny, dajemy przez całe życie, bo miłość jest źródłem obfitym
i niewyczerpanym. Ona to wreszcie rodzi w praktyce dobrych uczynków przymiot
nieoceniony – delikatność. O święta, szlachetna, wielka miłości chrześcijańska,
szczęśliwy kto cię znał, widział i ocenić potrafił, bo jak powiada poeta, „świętym jest na
ziemi, kto umiał zawrzeć przyjaźń ze Świętymi!”
Dlatego to chrześcijanin wierzący a miłujący, jeśli czyni komu dobrze, nie zdobi w kwiaty
siebie, ani swego konia, nie jedzie rozłożony w powozie na gumach przed oczami
tłumów, patrzących na owe dobrodziejstwo, ale daje prawicą tak, żeby lewica nic o tym
nie wiedziała; nie zadowoli się „papierową dobroczynnością”, nie posyła przez
oficjalistów i przez specjalne kancelarie, ale sam zetknie się z ubogim i cierpiącym
i będzie z nim obcował, jak brat z bratem i łzy mu otrze ręką własną, nie zaś najętego
umyślnie człowieka. Przede wszystkim zaś strzeże się wszelkiego upokorzenia tego,
komu robi dobrze, najmniejszego zadraśnięcia, podrażnienia człowieka cierpiącego
i nieszczęśliwego. Jestem najpewniejszy, że dobry chrześcijanin, wolałby całe życie
piechotą chodzić, niż przed nędzarzami paradować w „kwiatowym pochodzie”, rzekomo
dla dania mu kilku rubli; że wolałby na całe życie stracić władzę w nogach, niż tańczyć
wobec braci umierających z głodu, niby dla ich poratowania. Taka nieludzkość, taka
brutalność może się zrodzić tylko w sercu spoganionym, na które już nie pada ani jeden
promyk chrześcijańskiego światła, do którego nie dostaje się ani jedna kropla
Chrystusowej łaski. Biedni ludzie, oni chcieliby nawet robić dobrze, ale nie umieją – oni
tylko praktykują filantropię i altruizm: jakie drzewa, takie owoce! Bo i jakież im
pozostaje źródło, jaki zasób sił do dzieła tak trudnego, jakim bez zaprzeczenia jest dobroczynność? Pozostaje w najlepszym razie dobre serce, ale z praktyki wiadomo, że
owo dobre serce w rzeczywistości nie jest znowu tak bardzo dobrem, jak się jemu
samemu zdaje i często za dobrego i poczciwego człowieka uchodzi ktoś dla tego tylko, że
nic złego nikomu nie zrobił, kiedy jednak trzeba było coś zrobić dobrze – dobre serce
kurczyło się jak ślimak do swej skorupy. Nie jedno dobre serce uważa, że zrobiło
niesłychany wysiłek, gdy na korzyść ubogich kupiło parę biletów na fantowej loterii
i zyskało tylko drugie tyle, ile zapłaciło. Ostatecznie najlepsze serce, bez wyższej jakiejś
zachęty, da raz, drugi, dziesiąty, ale przy pięćdziesiątym powie: „a dajcież mi święty
pokój z tymi waszymi ubogimi, kiedy człowiek robi co można, a niemożna, to niemożna”.
A tu nędza się wzmaga i nawet grozi porządkowi społecznemu, a tu rząd i stanowisko
każą zająć się ubogimi, no i ten wzgląd, że po stronie katolickiej ciągle mówią o potrzebie
miłości bliźniego, a nie tylko mówią, lecz ukazują uczynki, które były by także bardzo
pożądane po stronie wolnej myśli i moralności niepodległej. Jak tu sobie poradzić?
Powstają rzeczywiście do rozporządzenia tylko te środki przyrodzone; w niektórych
państwach jak np. w Anglii nakładane są podatki dla biednych, to znowu gminy są
zobowiązane utrzymywać swoich ubogich, a gdy to wszystko nie wystarcza, zwłaszcza
w razach nadzwyczajnych i nagłych, altruizm czy, jeżeli kto woli, filantropia, zmuszona
jest do urządzania rozmaitych zabaw i rozrywek, by przy tej sposobności cały dochód,
albo też pewną część jego, oddać potrzebującym. Urządzają się więc zabawy, koncerty,
wystawy, widowiska, bazary itp. na cele dobroczynne. Od razu widzimy olbrzymią
różnicę między taka a chrześcijańska dobroczynnością; ta ostatnia czyni wszystko dla
Boga i dla bliźniego, o sobie , przynajmniej w tym życiu, nie myśli, owszem siebie
poświęca. Poświęca na zetknięcie się osobiste z nędzą, bólem, głupotą; o zabawie przy
tej sposobności nie marzy nawet, rozgłosu, sławy, zadowolenia, próżności unika
starannie. Dobroczynność świecka, czyli filantropia, przeciwnie ucieka się do egoizmu,
podnieca go, schlebia człowiekowi, trąbi o jego piękności, zasługach, dobroci i cnotach
dlatego tylko, żeby przy tej sposobności wyżebrać grosik dla ubogiego. Kiedy pierwsza
podnosi człowieka moralnie nie tylko przez miłosierdzie względem bliźniego, ale także
przez umartwianie się, przezwyciężanie i poświęcanie siebie, druga przeciwnie, jeśli nie
poniża, to już w żadnym razie nie podnosi. Ona rozbawia człowieka, wyzyskuje jego
egoizm chęć rozrywki, jako środek zdobycia jałmużny. Jest więc nędzną i poziomą w
porównaniu do chrześcijańskiej. Nie dość tego; kiedy źródło słabo bije i strumień nie
może być obfity, więc też biedna filantropia wysila się też na coraz nowe pomysły, coraz
inne zabawy, bo gdy spowszednieją stare, nikt nie idzie i dochodu nie ma. Zdobywa w
końcu z wielkim trudem kilka rubli i dzieli je miedzy potrzebujących, nikt nie powie, że
robi źle, gdyż owszem jest to z pewnością rzecz dobra, ale jakaż jest to olbrzymia różnica
między rozdzielaniem w kancelarii, albo odesłaniem przez oficjalną figurę wydzielonej
każdemu kwoty, a ową ciepłą bratnią ręką, ściskającą gdzieś w podziemnej norze, lub na
poddaszu rękę ubogiego, między wręczaniem za pokwitowaniem, a owym chrześcijańskim
obcowaniem bogatszego i szczęśliwszego z upośledzonym i nieszczęśliwym.
Zapewne i pomoc filantropijna ma swój dobry wpływ, ale niezmiernie mniejszy od
działalności chrześcijańskiej miłości. Wreszcie i to zauważyć trzeba, że dobroczynność
tańcząca dla zebrania małego owocu potrzebują nakładu pracy, czasu i pieniędzy, który
gdyby włożony został do dzieła chrześcijańskiego t.j. chrześcijańskich tylko pobudek
przedsiębranego, wydałby rezultat pieniężny o 50 razy większy.
Opowiadano mi wiele ciekawych szczegółów o tym, ile kosztów musi ponieść uczestnik
balu dla ubogich, płacący za bilet wejścia tylko rb. 5; toalety żony, córek, jego własna,
powóz, bufet etc. etc., wynosi nieraz kilkaset rubli, z których ubodzy nie biorą nic, dla
nich przeznaczone jest owe 5 rb., z których jeszcze odtrącić potrzeba rozmaite wydatki
za urządzenie zabawy, albo widowiska. Dobrze jest jeszcze, że przy tej sposobności
zarobią kupcy, dorożkarze, służba, kucharze, bo i oni żyć potrzebują, ale właściwi ubodzy
zabiorą jakiś maleńki procencik sumy, wydanej dla dania im owych kilku groszy. Można
więc śmiało powiedzieć, ze dobroczynność świecka jest machiną skomplikowaną, ciężką,
potrzebującą ogromnego nakładu, dla wydania stosunkowo dość miernego rezultatu.
Tyle co do różnic, spostrzeganych okiem zmysłowym (choć dałoby się i więcej
powiedzieć), ale jakaż różnica w stosunku do życia przyszłego! Kto w imię Boga poda
spragnionemu choćby tylko szklankę wody, otrzyma swą nagrodę w wieczności; ale czy
tańczący i bawiący się dla ubogich będą mogli rościć pretensje, by na ich utrefione
i spocone w tańcu czoła włożył Bóg wieniec, należny kochającym i pracującym? Nie będą
śmieli, a gdyby się ośmielili, dano by im odpowiedź „wzięliście zapłatę swoją”.
Tańczyliście, jedliście lody, słuchaliście muzyki – to i dosyć.
Czyż dlatego mamy taka dobroczynność ganić i przeciwko niej powstawać?
Bezwarunkowo i z pewnością nie, lecz tylko to co w niej może się znaleźć nagannego,
należy zganić i wedle możności znieść, co dobrego zaś zachować, starając się przy tym
podnieść i udoskonalić, co udoskonalonym być może. Bo trzeba przyznać, że nawet w tak
praktykowanej dobroczynności jest niejedna dobra strona. Każdy bowiem choćby
i niedołężny czyn przedsiębrany ku pożytkowi bliźniego, każda nawet w tym kierunku
dobra chęć, godna jest pochwały, bo w rzeczy samej jest dobra. Najlepiej zapewne
byłoby, gdyby wszystkie czyny, mowy i myśli ludzkie pochodziły z pobudek
nadprzyrodzonych i takimi kierowane były prawami, wszakże i to, co jest dobrem
w porządku tylko przyrodzonym na naganę nie zasługuje, owszem chyba przeciwnie.
Więc jeżeli przy zabawie, widowisku jakim, ludzie, bawiąc się, złożą jakiś grosz dla
ubogich i cierpiących, bardzo pięknie postąpią i warto by nawet, żeby przy każdej
rozrywce i przyjemności, ludzie uczyli się w ten lub inny sposób pamiętać o takich,
którzy bawić się i odpoczywać nie mogą. Za taką dobroczynnością przemawia to także,
że może jednoczyć do jednego celu ludzi, którzy oprócz chęci pomożenia cierpiącemu nic
wspólnego z sobą nie mają. Na wystawę, bazar, czy koncert w celu dobroczynnym mogą
pójść i chodzą ludzie najrozmaitszych wiar, narodowości, przekonań: tak dobrze
wierzący katolik, jak skończony ateusz, na którego prośba „dla miłości Boga”
najmniejszego nie wywarłaby wrażenia.
Jeśli jednak dla tych, a może i innych jeszcze względów, można zgodzić się na zabawy,
urządzane w celu dobroczynnym, byle skądinąd złymi nie były, to przecież nie ulega
wątpliwości, że mimo chwalebnego celu, nie raz potrzeba je zganić i przeciwdziałać im,
skoro obrażają moralność i zdrowy rozsądek. Więc np. wystawy obrazów i rzeźb,
obrażających przyzwoitość, więc teatralne przedstawienia w stylu fars francuskich,
ponieważ są złe same w sobie, to nie usprawiedliwi ich wcale cel, choćby najlepszy
nawet, gdyż jak powiada teologia non sunt facjenda mala ut eveneant bona – nie można
robić źle, by stąd dobre wynikało.

Powyższe i podobne do nich ujemne strony filantropijnej dobroczynności dają się
jeszcze dość łatwo spostrzegać, jest jednak w niej groźne niebezpieczeństwo, o którym
bodaj rzadko kto myśli, to mianowicie, że ludzie taką to tylko znając dobroczynność,
mogą pomyśleć, że innej już nie ma i być nie może, mogą nabrać przekonania, że tańcząc
i bawiąc się, mogą uczynić zadość wszystkim potrzebom nieszczęśliwych swych braci i
swoim względem nich obowiązkom, mogą zapomnieć, że nie filantropia, ale
chrześcijańska miłość bliźniego wiedzie człowieka do nieba i usprawiedliwia w dzień
sądu. Owszem może dojść do tego nawet, że dobroczynność chrześcijańska może być
uznawana za przestarzałą i miejsce jej być wyznaczone w domu obłąkanych, jak tego
przykłady niedawno mieliśmy w głośnej ze swej dobroczynności Warszawie. Słowem
niebezpieczeństwo nawet godziwej i dobrej skądinąd filantropii w tym leży, że może
wyprzeć miłość bliźniego, odzwyczaić człowieka od pierwiastka nadprzyrodzonego, a w
końcu sama zginąć i wyschnąć. Przeciwnicy bowiem przestarzałej chrześcijańskiej
dobroczynności, niezmiernie podobni są do człowieka, który odrąbał od drzewa gałąź,
na której siedział, a potem upadłszy jeszcze płakał i dziwował się. Ci panowie chcieliby
chrześcijan umieścić w Tworkach, jednocześnie eksploatować na rzecz ubogich uczucie,
które właśnie w chrześcijaństwie tylko czerpie swe siły. Gdyby przestarzała miłość
chrześcijańska bliźniego naprawdę ustąpiła, zgasłaby i dobroczynność, jak to było i jest
wszędzie w poganizmie. Otóż ponieważ człowiekowi łatwo przychodzi zapominać
o nadprzyrodzonym swym końcu, a natomiast wybierać co łatwiejsze i wygodniejsze,
więc nie przeszkadzając, albo nawet pomagając dobroczynności światowej, o ile jest
godziwą, powinniśmy zawsze i wszędzie starać się o gruntowanie i rozszerzanie
chrześcijańskiej miłości bliźniego, opartej na nadprzyrodzonej miłości Boga, bo tylko to,
co się na tej niewzruszonej opoce opiera, nigdy nie zostanie obalone i co z tego
bezbrzeżnego oceanu wypływa, nigdy płynąć nie przestanie – i do tego samego źródła
wszechbytu i szczęśliwości przyprowadza.
Ksiądz Karol Niedziałkowski, biskup łucko-żytomierski
Z książki: „Snopek kąkolu”, Warszawa 1903,
Za: Piotr Wenecki (” Tańcząca dobroczynność”)
http://www.bibula.com/?p=30231
7

Posted in Kościół, Patriotyzm, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , , | 39 komentarzy »

Żurawina strzeże przed rakiem

Posted by Dzieckonmp w dniu 13 stycznia 2011


Wyglądają niepozornie, jednak potrafią zdziałać cuda. Kwaśne, czerwone jagody żurawiny leczyły setki lat temu, leczą i dziś.

Walory żurawiny dostrzeżono setki  lat temu na terenach Ameryki Północnej. Indianie chętnie sięgali po jej owoce. Służyła im jako pożywienie, ale też jako barwnik oraz lekarstwo. Po latach okazało się, że to szczególny owoc o niezwykłych właściwościach. Nasze babki produkowały z nich domowe konfitury, dżemy i soki. Współczesna medycyna poleca ją jako panaceum na wiele schorzeń.

Bez wątpienia to jedna z najzdrowszych dla człowieka roślin. Owoce żurawiny zawierają witaminy C, A, B1, B2, P, pektyny, błonnik, węglowodany, żelazo, wapń, magnez, fosfor, potas, jod, kwas cytrynowy, chininowy, jabłkowy i benzoesowy.

Warto sięgnąć po soki z żurawiny, dżemy, herbaty, czy owoce kandyzowane. Bez wątpienia wyjdzie nam to na zdrowie.

Na kłopoty z układem moczowym
Jak w naturalny sposób można zapobiegać infekcjom i problemom z drogami moczowymi? Można uzupełnić swoją codzienną zrównoważoną dietę o żurawinę. Jej owoce od wieków cenione były jako naturalne remedium na zakażenia tej części organizmu. Już od XVII wieku naukowcy zgłębiali wiedzę dotyczącą prozdrowotnych właściwości czerwonej rośliny. Pierwsze wzmianki na temat wpływu żurawiny na zakwaszenie moczu pojawiły się w prasie medycznej już w 1923 roku. W połowie XX wieku naukowcy zdecydowanie potwierdzili te informacje.

Jak żurawina działa na układ moczowy? Za prozdrowotne i odżywcze działanie odpowiedzialne są związki roślinne w niej zawarte. Są to głównie proantocyjany, taniny, bioflawonoidy oraz fruktoza. To one zmniejszają przyleganie bakterii E. coli do nabłonka dróg moczowych, ograniczają ich namnażanie. Jednocześnie zwiększają ich wydalanie wraz z moczem. Poza tym, żurawina obniża pH moczu, dzięki czemu środowisko układu moczowego jest mniej dostępne dla rozwoju chorobotwórczej mikroflory.

Czerwone korale na serce
Jak powszechnie wiadomo flawonoidy wzmacniają i regulują pracę serca. Flawonoidy występujące w żurawinie swą budową przypominają te występujące w czerwonym winie. Choćby z tego powodu soki i napoje z żurawin powinny znaleźć się w codziennej diecie osób z problemami sercowymi.

Żurawina zapobiega powstawaniu zakrzepów krwi i rozszerzaniu naczyń krwionośnych. Naukowcy przekonują, że regularne picie trzech szklanek soku z żurawiny dziennie podwyższa poziom „dobrego” cholesterolu we krwi o 10 proc., co z kolei zmniejsza ryzyko chorób serca o 40 proc.

Uważa się też, że sok z żurawiny co prawda nie zapobiega występowaniu zawałom, jednak może zmniejszać jego rozległość. To kolejne pozytywne konsekwencje zdrowotne delikatnej rośliny. Sok z owoców pomaga też w zdrowieniu po zawale.

 

Właściwości antyrakowe
Regularne soku z żurawin podnosi dwukrotnie poziom przeciwutleniaczy zapobiegających chorobom nowotworowym. Udowodnili to naukowcy z University of Massachusetts Dartmouth. Ich eksperymenty dowiodły, że żurawina swoje właściwości antyrakowe zawdzięcza właśnie proantocyjaninom zawierającym unikalną strukturę typu A, podczas gdy większość owoców zawiera tylko proantocyjaniny typu B. Z niektórych badań wynika, że żurawina podnosi nawet o ponad 120 proc. poziom przeciwutleniaczy zapobiegających chorobom nowotworowym.

Najbardziej podatne na hamujące właściwości żurawiny okazały się komórki raka płuc, raka okrężnicy oraz białaczki.

Zabezpieczony układ pokarmowy
Ostatnie badania wykazały także, że składniki zawarte w owocach żurawiny mają dobroczynne działanie na układ pokarmowy oraz jamę ustną.

 

Co więcej, regularne picie soku żurawinowego działa na zęby jak teflon, tworząc na nich powłokę uniemożliwiającą bakteriom przyleganie do ich powierzchni oraz infekowanie tkanki dziąseł. Pomaga zapobiegać nie tylko próchnicy, lecz także chorobom jamy ustnej, przyzębia i dziąseł. Jeśli znajdziemy w sklepie pastę do zębów z żurawiną, nie wahajmy się jej kupić.

Na tym jednak nie koniec. Stwierdzono bowiem, że czerwone owoce mają właściwości probiotyczne – wspomagają wzrost dobroczynnej mikroflory jelitowej niszcząc jednocześnie szkodliwe bakterie. Chroni przed wrzodami żołądka, zwalczając bakterie Helicobacter pylori, które są ich przyczyną. Poza tym, żurawina jako przyprawa, ułatwia trawienie.

By mózg dobrze pracował
Cudowne właściwości żurawiny mają zbawienne działanie dla naszych komórek mózgowych. Lekarze zapewniają, że roślina pozytywnie wpływa na spowolnienie procesu starzenia i obumierania szarych komórek, a tym samym wydatnie obniża ryzyko zapadania na choroby Alzheimera i Parkinsona.

Okazało się też, że picie soku żurawinowego leczy jaskrę, a obecność witaminy P przynosi ulgę kobietom przechodzącym menopauzę, cierpiącym na dokuczliwe uderzenia gorąca czy zaczerwienienia skórne.

Posted in Ciekawe, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , , | 18 komentarzy »

Tym co wpłacali na Wielka Orkiestrę Świątecznej Pomocy

Posted by Dzieckonmp w dniu 12 stycznia 2011


Niżej publikuje artykuł który był na stronie http://www.polonica.net . jak wiemy strona ta została zamknięta gdyż nie odpowiadała poprawności politycznej. Dedykuje ten wpis tym osobom, które wychodząc z Kościoła prosto po Komunii, skoczyły na mnie, gdy zapytałem stojące w drzwiach Kościoła dziewczyny z puszkami zbierające dla Owsiaka kasę, czy mają pozwolenie proboszcza.

Mój komentarz z 9.01.2011

Bardzo smutny wróciłem dziś do domu z Kościoła. Wychodząc z kościoła po mszy św. zaraz przy wyjściu stało 4 młode dziewczyny z puszkami WOŚP Owsiaka. Mając zagrodzone wyjście zapytałem grzecznie te dziewczęta czy ksiądz im pozwolił stać w tym miejscu i natychmiast zostałem zaatakowany przez wiernych wychodzących z Kościoła którzy chwilę wcześniej przyjmowali Pana Jezusa w komunii.Rzucili się na mnie jakim prawem zadaję takie pytanie. Nie znalazł się nikt kto by stanął po mojej stronie. Wszyscy wyciągali portfele i zasilali fundusz Owsiaka. Ja musiałem zostać cicho i odejść.taka jest rzeczywistość.
W tym kontekście słowa z kazania ks. Piotra. ” Synu mój świat chce rewolucji i będzie ją miała”

Dedykuję ten wpis równiez księdzu biskupowi Życińskiemu który tak się wyraża o orkiestrze.

Biskup wyraża „wielkie uznanie” dla WOŚP. Na orkiestrową aukcję przekazał także dar od siebie. – Popieram, to za mało – mówi abp Józef Życiński o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. – Trzeba wyrazić wielkie uznanie dla tych, którzy potrafią poświęcać swój czas na chłodzie, nieraz wśród mrozu, po to, aby śpieszyć z pomocą innym. To nie jest tylko akcja, to konkretna forma pomocy dla cierpiących – dodaje lubelski metropolita.

Artykuł

Jerzy Owsiak

Róbta co chceta…
Nie liczta się z innymi, hałasujta
Urządzajta parady techno
Pijta, palta, ćpajta
Plujta, wymiotujta, startujta w wyborach
Obiecujta złote góry i gruszki na wierzbie
Oszukujta, korumpujta, bierzta łapówki
Bądźta pewni siebie, oklaskujta
Kupujta co chceta i kogo chceta
Nadążajta za modą, bądźta biznesłumen
Lubta hity i bestsellery, ścigajta się
Pozujta, udawajta, wywyższajta się
Wymandrzajta się, przechwalajta, szarżujta
Poniżajta, bijta, wymuszajta
Kopta leżącego, znęcajta się
Kłóćta się, ubliżajta, wyśmiewajta
Idźta po trupach, awansujta
Zarabiajta, zarabiajta, zarabiajta
Piszta po murach, śmiećta, niszczta przyrodę
Zalewajka sąsiadów, wyrzucajta przez okno
Podglądajta, plotkujta, obgadujta
Mówta co chceta, bluźnięta, kłamca
Wróżta, czarujta, wierzta w horoskopy
Mówta bzdury, bełkoczta, przeklinajta
Nie słuchajta i nie szanujta innych
Nie dotrzymujta słowa, nie ustępujta
Nie myjta się, zakładajta seksszopy
Oglądajta pornosy i książeczki czekowe
Nie czytajta książek, nie uczta się
Wyrzucajta z pracy, redukujta, transformujta
Nie spłacajta długów, prywatyzujta
Umarzjta z powodu znikomej szkodliwości albo przedawnienia
Pouczajta, strofujta, europeizujta
Piszta głupoty, ceńta się, dawajta zły przykład
Podkładajta śmiech pod filmy, nadawajta reklamy
Oglądajta telewizję, czytajta gazetki, nie myślta
Głupiejta, głupiejta, głupiejta
Miejta bogów cudzych, bierzta imię nadaremno
Nie święćta, nie czcijta
Zabijajta, cudzołużta, kradnijta
Mówta fałszywe świadectwo
Pożądajta żony i każdej rzeczy

Wychowujta dzieci na swój obraz i podobieństwo.
Amen.

Przewaga liberalno-lewicowych mediów, popierających ofensywę anty-wartości, sprzyjała tworzeniu dość specyficznie wylansowanych idolów. I tak np. kosztem przemilczanej ogromnej pracy charytatywnej katolickiego Caritasu starano się maksymalnie wyeksponować jako największego specjalistę od dobroczynności Jerzego Owsiaka.
Jego chwalcom nie przeszkadzało i to, że koszty darmowej reklamy dawanej przez telewizję i radio oraz inne media owsiakowej Wielkiej Orkiestrze wielokrotnie przewyższały pieniądze uzyskane przez nią ze zbiórek. Ani to, że zarówno zbiórki pieniężne, jak i sposób wydawania zbieranych przez Owsiaka pieniędzy nie miały żadnej należytej kontroli.
W oczach lewicowych mediów Owsiak miał jedną ogromną „zaletę”, która przesłaniała wszystko inne: głosił i realizował ideologię maksymalnego „luzu”, zasadę „róbta, co chceta”. A poza tym milcząc o złach komunizmu przy różnych okazjach dawał do rozumienia, że siewcami zła są różni faszyzujący prawicowcy.
W reputacji takiego idola nie przeszkadzały nawet jego przechwałkowe opowieści o tym, jak to kiedyś w szkole przebijał nauczycielom opony w samochodach czy palił dzienniki szkolne, a jednak wyrósł na „wielkiego człowieka”. Lewicy tym mocniej podobały się przy tym różne wyraźne przejawy niechęci Owsiaka do Kościoła katolickiego, gniewne odrzucanie lokowania „Przystanku Jezus” w pobliżu jego „Przystanku Woodstock”, za to tym gorliwsze wspieranie „Hare Kriszny”.
Dopiero niedawno, 31 stycznia 2004 r., Maja Narbutt ujawniła w „Rzeczpospolitej” fakt, że to dom rodzinny zaszczepił w nim, oględnie mówiąc, sporą rezerwę wobec Kościoła. Deklarujący się jako „niechodzący do kościoła katolik”, wychował się w ateistycznym środowisku — partyjny ojciec byt wysoko postawionym milicjantem, niepartyjna matka była osobą niewierzącą (podkr. – J.R.N.)

I znów lewicowy rodowód u źródła!

Po czerwcu 1989 r. doszło do wyjątkowo silnego wzmocnienia lobby antypatriotycznego w mediach. Wiele pomogły tu zręczne manipulacje niektórych członków Komisji Likwidacyjnej RSW Prasa. Przeciwnicy polskiego patriotyzmu uzyskali po 1988 r. nowe bardzo wpływowe trybuny działania. Przede wszystkim kierowaną przez Michnika „Gazetę Wyborczą”. Trudno wręcz w pełni opisać szkody wyrządzone przez nią polskiej świadomości narodowej i Kościołowi.
Dodajmy do tego rolę odgrywaną przez „Nie” Urbana w niszczeniu polskiej świadomości narodowej i lżeniu katolicyzmu oraz dalsze wzmocnienie po 1989 r. takich form partyjnych „Europejczyków” jak „Polityka” i „Wprost” oraz ich otwarte, już bez maski występowanie przeciw Kościołowi i polskiemu patriotyzmowi. Z tym wszystkim wiązał się dokonany po cichu i nie zauważony przez ogromną część osób proces dogorywania i likwidacji po 1989 r. czasopism oficjalnie wydawanych, o bardziej narodowej opcji (w tym także niektórych czasopism PZPR-owskich w tym stylu).
Padły między innymi „Życie Literackie”, „Przegląd Tygodniowy”, „Stolica”, krakowskie „Zdanie”, „Tygodnik Kulturalny”, „Kierunki”, „Tygodnik Demokratyczny”, „Kurier Polski”, „Słowo – Dziennik Katolicki”. „Przegląd Tygodniowy” wznowiono po kilku latach, ale już w rękach nienarodowej opcji, z tak eksponowanymi autorami jak KTT czy A. Małachowski. „Gazetę Krakowską”, która mimo że była organem partyjnym, zamieściła w 1989 r. artykuł prof. Borkackiego w obronie karmelitanek, przejęli później całkowicie ludzie z Unii Wolności, etc. Dodajmy do tego umacnianie się w polskich mediach obcych właścicieli, a w szczególności przejęcie bardzo dużej części polskiej prasy przez Niemców na Pomorzu i na Śląsku. Wszystko to razem zadecydowało o ogromnym umocnieniu antypatriotycznego lobby w polskich mediach.

– W tym pieprzonym kraju zawsze będą narkotyki – tak krzyczał Jerzy Owsiak.

Jerzy Owsiak, jest on pewnym instrumentem, narzędziem. Wiadomo, że on sam za tym nie stoi. Sekunda, blokada w mediach i już by go nie było.

Otóż jego zadaniem jest, jakby tu powiedzieć, przechwycenie młodego pokolenia Polaków poprzez lansowanie hasła „Róbta co chceta”, czyli persywizmu, a więc konsekwencji życia czy to w grzechu, czy w złu pewnym, a więc promowanie… dalej będą narkotyki, będzie pornografia i to wszystko, co jakby łatwo jest zaaplikować w stosunku do młodego człowieka, również hasła, na pograniczu życia satanistycznego, hasła o charakterze antychrześcijańskim, bluźnierczym. To wszystko ma uwieść przede wszystkim właśnie młodych ludzi, młodych Polaków po to, żeby, w momencie kiedy dorosną, byli pokoleniem, które nie będzie przypominało samych siebie.
Czyli będzie to pokolenie ludzi wynarodowionych, zdemoralizowanych, areligijnych, a więc doskonale nadających się na budulec dla nowego porządku światowego, w którym ma nie być ani chrześcijaństwa, ani narodowości.

Przystanek Demoralizacja

Artykuł z Naszego Dziennika opisujący narkotyczne wizje autora podczas Przystanku Woodstock

Pomimo protestów mieszkańców Kostrzyna nad Odrą 30 lipca rozpocznie się tam Przystanek Woodstock. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że do większości rodziców dotrze fakt, że to nie jest miejsce odpowiednie dla ich dzieci. Nie od dziś wiadomo, że impreza organizowana w myśl ulubionego hasła Jerzego Owsiaka „Róbta, co chceta” demoralizuje młodzież, a nawet dzieci.

W wywiadach prasowych Jerzy Owsiak nie ukrywa, że Przystanek Woodstock nawiązuje do amerykańskiego Woodstocku (1969 rok), kiedy to propagowane były: „wolne związki”, „wolna miłość”, „wspólne partnerki i partnerzy”. Efekt? Rozbite rodziny i dzieci bez rodziców. Owsiak próbuje reanimować anarchię, nieodpowiedzialność i chce zburzyć obowiązujący ład moralny. Wskutek lewackich utopii Owsiaka co roku setki – często niepełnoletnich – młodych ludzi, będących pod wpływem alkoholu lub narkotyków, wyzwala w sobie „hipisowskie klimaty”, tarzając się w błocie.

Narkotyki na Przystanku Woodstock na pewno nie znikną, skoro Owsiak, mówiąc o tym problemie, wspomina, jak były prezydent USA Bill Clinton palił trawkę. Według niego, takie zachowanie to nie narkomania, a jedynie „hipisowskie korzenie”. Nic więc dziwnego, że dochodzi tam do rozpijania młodzieży i że często po raz pierwszy sięga ona tam po narkotyki. Według niektórych, właśnie ta impreza jest głównym punktem werbunkowym sekty Hare Kryszna, ruchu uznanego za niebezpieczny przez Parlament Europejski.

 

Krysznowcy jako jedyni mogą wystawiać tam swoje namioty. Nie wolno zapominać, że Przystanek Woodstock jest organizowany między innymi ze środków Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, które miały być przeznaczane na cele szlachetne: ratowanie ciężko chorych małych dzieci.

Hare Kryszna ? ...co oni tam robią? ...werbują nieświadomą młodzież

W sprawozdaniu finansowym Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy za 2002 r. widnieje, że na Przystanek Woodstock przeznaczono ponad 1 mln 666 tys. zł.

Organizatorzy spodziewają się przyjazdu około 100 tys. osób (na ostatnim w Żarach było, według niektórych źródeł, nawet 270 tys. osób) i zapewniają, że zostały podjęte wszystkie możliwe środki bezpieczeństwa. Porządku strzec ma ponad 1100-osobowy „Pokojowy Patrol”. Pomimo protestów mieszkańców pozytywną opinię wystawiła Komenda Wojewódzka Policji w Gorzowie Wielkopolskim. Według kostrzynian zrzeszonych w organizacji Kostrzyńska Grupa Obywatelska, festiwal w poprzednich latach był słabo zabezpieczany, m.in. z powodu braku sektorów organizatorzy nie radzili sobie z egzekwowaniem porządku. Ponadto impreza może się stać łatwym celem ataku terrorystycznego. Nie można przecież pominąć ostatnich gróźb bojowników Al-Kaidy, którzy zażądali wycofania polskich żołnierzy z Iraku.
Pierwszym argumentem, na jaki zwracała uwagę Kostrzyńska Grupa Obywatelska (KGO), jest to, że Jerzy Owsiak nie przestrzega Ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych i rozporządzenia Rady Ministrów dotyczących wymogów, jakie powinny spełniać służby porządkowe organizatora imprezy masowej w zakresie wyszkolenia i wyposażenia oraz szczegółowych warunków i sposobów działania. Służby porządkowe Przystanku powinny być przeszkolone przez szkołę lub ośrodki kursowe przygotowujące do wykonywania zadań pracownika ochrony osób i mienia. Szkolenie takie kończy się egzaminem wewnętrznym. Tymczasem „Pokojowy Patrol” jest szkolony przez Fundację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Dodatkowo przedstawiciele KGO powołali się na doświadczenia ludzi z Żar, gdzie zaobserwowano wzrost alkoholizmu i narkomanii po Woodstocku. Przywołali również sondaż przeprowadzony przez lokalny tygodnik, w którym ponad 80 proc. mieszkańców Kostrzyna nad Odrą opowiedziało się przeciw organizacji koncertu. Apele mieszkańców nie docierają jednak do władz. Burmistrz nie wziął tego pod uwagę.

Burmistrz Kostrzyna Andrzej Kunt w wywiadach prasowych stwierdził, że jeśli ktoś chciał zapobiec organizacji festiwalu, powinien to zrobić kilka miesięcy wcześniej, a nie wówczas, gdy stawiana jest scena i wszystkie służby są już przygotowane do jego rozpoczęcia. Według niego, tekst protestu przeciwko organizacji festiwalu, pod którym mieszkańcy zbierali podpisy, został sformułowany „tendencyjnie”, a zawarte w nim informacje są „nierzetelne”. I to jest stanowisko burmistrza. Kto więc zapewni bezpieczeństwo i weźmie na siebie odpowiedzialność za ewentualne tragedie? Owsiak robi wszystko, aby zbudować mit Przystanku jako „oazy spokoju i dobrej zabawy młodzieży”. Prawdy unika jak ognia i wszystkie nieprzychylne informacje stara się wyeliminować. Dlatego też zwrócił się niedawno do telewizji TRWAM o zaprzestanie emisji filmu o Przystanku.

Prawda w oczy kole

Według Owsiaka, film emitowany przez telewizję TRWAM jest „zmanipulowany i fałszywy”. Prawda jest jednak taka, że obraz jest autentyczny, przedstawia „Owsiakowe klimaty”, a przez to jest niewygodny dla jego Fundacji. Oglądając film „Woodstock – przemilczana prawda”, możemy zobaczyć wstrząsające sceny: nastolatki z alkoholem w ręku, zażywanie narkotyków czy ludzie pod wpływem alkoholu lub narkotyki leżące na gołej ziemi. Realizatorzy dokumentu pokazali, że kupno narkotyków nie sprawia żadnego problemu – niektóre namioty są oznaczone flagą z marihuaną, gdzie według reporterów można kupić narkotyki. Dużo mówiący jest również transparent „Polska młodzież za legalizacją” i znów krzaczek marihuany. Wśród uczestników można również zauważyć satanistów. Odwrócone krzyże, satanistyczny znak – tzw. krzyż Nerona, czyli popularna w tym środowisku „pacyfa”. Ten obraz świetnie uzupełnia wypowiedź jednej z uczestniczek: „Nienawidzę katolików za swoją durną wiarę. Nienawidzę ludzi normalnych”. Materiał pokazuje również, jak dochodzi do profanacji narodowego hymnu. Jednak to nie może dziwić. Jak zauważyli autorzy reportażu, Jerzy Owsiak na otwarciu Przystanku Woodstock w 2003 roku powiedział: „(…) zanim otworzę Przystanek Woodstock, powiem dwa słowa do was, którzy jesteście Polakami i żyjecie w tym p… kraju, który nazywa się Polska”. W taki sposób Jerzy Owsiak dziękuje młodzieży zbierającej datki na WOŚP.

Grunt to cenzura

Po kilkukrotnych emisjach niewygodnego materiału w TV TRWAM Owsiak podjął kilka kroków, które mają temu zapobiec w przyszłości. Czytając regulamin Przystanku Woodstock, ma się nieodparte wrażenie, że człowiek mówiący wszem i wobec o wolności jest prywatnie za jej ograniczeniem. I tak organizatorzy przypominają przedstawicielom mediów, że „nie wnosimy na teren koncertu profesjonalnego sprzętu audiowizualnego bez pisemnej zgody organizatora”. Nie ukrywają, że ma to związek z materiałami publikowanymi w telewizji. „Niestety, spotykamy się z materiałami filmowymi wykorzystującymi wizerunek uczestników ‚Przystanku’ bez ich zgody oraz wykorzystującymi muzykę bez zgody jej autorów.
Fundacja przestrzega wszystkich przepisów prawnych wynikających z ochrony praw autorskich” – napisali na swoich internetowych stronach. Mało tego, Fundacja WOŚP zwróciła się z „uprzejmą prośbą” do dziennikarzy obsługujących festiwal o… bieżące udostępnianie publikacji na temat Przystanku Woodstock. Oficjalnie udostępnianie na miejscu ma na celu archiwizację i ewentualną publikację w serwisie internetowym (ciekawe, czy zapłaci honorarium autorskie). Wiadomo jednak, że jeśli tekst okaże się nieprzychylny, to dziennikarz pożegna się Przystankiem.

Robert Popielewicz

Łomianki, 25 lipca 2004 r.

Wielce Szanowna
Dyrekcja Telewizji TRWAM!

Niniejszym składamy wyrazy najwyższego uznania za odwagę przedstawienia antynarodowej roli imprezy – Przystanek Woodstock – organizowanej przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

Szerzenie alkoholizmu, narkomanii i seksu wiodących do uszkodzeń fizycznych, psychicznych i śmiertelnej choroby, jaką jest AIDS, powoduje oprócz degradacji także przyszłych pokoleń już w tej chwili nieobliczalne straty finansowe z puli ochrony zdrowia, straty na pewno wielokrotnie przekraczające wartość darów przekazywanych szpitalom przez WOŚP.

Wobec tego, że WOŚP zbiera ofiary pod symbolem serduszek i dla ratowania ciężko chorych dzieci, mało kto waży się odnieść krytycznie do działalności WOŚP w postaci Przystanku Woodstock, tym bardziej że obecność sławnych lekarzy reprezentujących obdarowane szpitale nadaje najwyższy splendor urządzanemu widowisku przez WOŚP.
Szczęść Boże!

Zbigniew Szlenk, prezes
Związek Lekarzy Polskich

Owsiak mści się na studentce z Kostrzynia, która zdemaskowała jego kłamstwa

Znowu Woodstock nad Odrą?

Pan Owsiak czuje się pewny siebie i atakuje jedną z mieszkanek Kostrzyna nad Odrą za to, że stanęła w obronie trzeźwości, w obronie młodzieży. Jerzy Owsiak mści się za obnażenie jego kłamstw.

Mieszkanka Kostrzyna nad Odrą pani Renata Głuszko, została pozwana przez pana Jerzego Owsiaka, organizatora Przystanku Woodstock, przed Sąd Okręgowy w Gorzowie Wielkopolskim. Pierwsza rozprawa odbędzie się 19 września br.

P. Owsiak oskarża p. Głuszko o naruszenie jego dóbr osobistych. Domaga się od niej publicznych przeprosin i nałożenia na nią przez sąd kary finansowej. Zarzuca jej, iż w artykule “Zło zwycięża tylko dlatego, że dobro milczy…” (zamieszczonym w lutym br. w “Tygodniku Ziemi Kostrzyńskiej”) zawarła nieprawdę. P. Renata Głuszko napisała tam m.in.:

“[Na Przystanku Woodstock w Żarach] widziałam wiele upojonej alkoholem i znarkotyzowanej młodzieży (…). Słyszałam jak pan Owsiak w wulgarnych słowach wyrażał się o naszym kraju i podburzał młodych przeciwko Polsce. Widziałam w jaki sposób odśpiewany był hymn narodowy. To była istna profanacja, za którą powinni ponieść karę (…).

Ktoś, kto rozpija młodzież jest wrogiem Narodu! Czy prawdziwy Katolik stwarzałby przeszkody “Przystankowi Jezus”, a w niesamowity sposób promowałby Hare Kriszna i inne groźne sekty?!? (…).

Ze stron internetowych WOŚP [Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy] dowiedzieliśmy się o planowanej przez p. J. Owsiaka konferencji prasowej (…). [Podczas niej] pan Owsiak w obecności licznych dziennikarzy dopuścił się całej listy kłamstw. Oświadczył, iż to on powołał Kostrzyńską Grupę Obywatelską w celu przerwania ciszy przedwoodstockowej, że dobrze z nim współpracujemy. Podał fałszywe dane na temat ilości zebranych podpisów i chciał ogłosić światu, że jestem jego przyjaciółką. Jego spektakl medialny został przerwany naszym wystąpieniem. W obecności kilkunastu ważnych stacji TV i radiowych oraz gazet obaliłyśmy jego kłamstwa. Można sobie wyobrazić jak przerażona była mina p. J. Owsiaka, kiedy został tak “ogołocony”! (…)

Śmiem twierdzić, że wszystko co zostało powiedziane przez pana Owsiaka na konferencji prasowej mogło być kłamstwem. Nawet to, co tyczyło się zabezpieczenia imprezy. W swoim myśleniu posuwam się dalej. Każde słowo i działanie pana Owsiaka może być przesiąknięte kłamstwem!”

Pan Owsiak wyrwał z kontekstu całego artykułu kilka zdań, by poprzeć postawiony p. Renacie Głuszko zarzut. Jednak te zdania bronią się same! Otóż:

1 J. Owsiak zarzuca nieprawdę R. Głuszko, która napisała, iż Ktoś, kto rozpija młodzież jest wrogiem Narodu!

Jest to twierdzenie prawdziwe. Ten, kto rozpowszechnia, promuje i popiera zwyczaj picia alkoholu wśród młodzieży (czyli w grupie szczególnie podatnej na uzależnienia) wzmaga ryzyko, iż młodzież może zacząć nałogowo pić alkohol. Alkoholizm jest groźną chorobą, która stała się w Polsce bardzo poważnym problemem społecznym. Okupanci niemieccy i sowieccy, wrogowie polskiego Narodu, rozpijali Polaków zachęcając do picia alkoholu. Na Przystanku Woodstock pośród handlujących przeważają stoiska z piwem. Wśród kilkuset tysięcy uczestników dominuje młodzież – szkolna, studencka, akademicka. P. Owsiak często podkreśla, że na każdym Przystanku Woodstock będzie łatwo dostępne piwo. Według nas jest to rozpowszechnianie, promocja i popieranie picia alkoholu przez młodzież. A jeśli p. Owsiak odnosi do swojej osoby wspomniane zdanie, sam potwierdza, iż ma nieczyste sumienie w tym względzie.

2 P. Owsiak zarzuca nieprawdę p. Głuszko, która pyta w artykule: Czy prawdziwy Katolik stwarzałby przeszkody “Przystankowi Jezus”, a w niesamowity sposób promowałby Hare Kriszna i inne groźne sekty?!?

Gdzie tu jest nieprawda lub naruszenie dóbr osobistych p. Owsiaka? Czy dlatego się denerwuje, bo uważa się za tego, który promuje Hare Kriszna i inne groźne sekty? W książce “Dwa oblicza Hare Kriszna” p. Owsiak paraduje w stroju wyznawcy Hare Kriszna podczas jednego z Przystanków Woodstock. Znamy historię niebezpiecznego ruchu Hare Kriszna i sekt satanistycznych, znamy satanistyczne znaki, którymi posługują się niektórzy uczestnicy Woodstocku i ich idole (np. grupa Sweet Noise), satanistyczne symbole wszechobecne na Woodstocku (np. pentagram, pacyfa). Tak jak p. Głuszko obawiamy się promocji w naszym mieście niebezpiecznych sekt, ruchów i podkultur.

3 P. Owsiak uznał, że p. Głuszko naruszyła jego dobra osobiste, gdyż stwierdziła iż w obecności licznych dziennikarzy dopuścił się całej listy kłamstw.

Artykuł p. Głuszko przypomina listę kłamstw, którymi p. J. Owsiak posłużył się podczas konferencji prasowej w hotelu “Sobieski” w Warszawie dnia 14 lipca 2004 roku. P. Owsiak powiedział wtedy:

l “Komitety protestacyjne są powołane przez nas”. “Powołaliśmy te komitety, poprosiliśmy, żeby one działały”.

Na pytanie: “Czy znacie państwo Kostrzyńską Grupę Obywatelską, która podejmuje bardzo zdecydowane działania, żeby zablokować festiwal?”, J. Owsiak odpowiedział: “Znamy komitet, jak już powiedziałem jest nasz”. To są kłamstwa. Jerzy Owsiak ani żaden współorganizator Przystanku Woodstock nie powołał KGO.

l “To są nasi znajomi, nasi przyjaciele z Kostrzyna”. “Dziękujemy komitetom, że wypełniły swoją rolę”.

Kolejne kłamstwa. Kostrzyńska Grupa Obywatelska nigdy nie współpracowała z p. Jerzym Owsiakiem ani Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Nie jesteśmy znajomymi ani przyjaciółmi p. Owsiaka.

l “Pozdrawiamy p. Renatę, która super nam pomogła w tym wszystkim”.

To nieprawda. P. Renata Głuszko nie pomagała ani p. Owsiakowi, ani innym organizatorom Przystanku Woodstock w organizacji tej imprezy.

l “[Na Przystanku Woodstock] spodziewamy się 100.000 ludzi”.

Wiadomo, że od kilku lat liczba ta wynosi kilkaset tysięcy osób. Wiszące obok p. Owsiaka podczas konferencji plakaty reklamujące Woodstock informowały: “400.000 młodzieży odwiedza nas na Przystanku Woodstock…”. Zaniżanie spodziewanej ilości uczestników może być celowym wybiegiem dla zmniejszenia wymaganej ustawą liczby służb ochrony.

l “Wszyscy patrolowcy [1100 osób – rzekoma ochrona Przystanku Woodstock] przechodzą nasze szkolenia (…) – PCK – 16 godzin niesienia pierwszej pomocy i przeszli szkolenie jako służba porządkowa z profesjonalnej agencji ochrony, która jest na każdym naszym szkoleniu i kończą taki kurs. (…) Ludzie 3 dni muszą spędzić na naszych szkoleniach”.

P. Owsiak przyznał, że – poza 150 osobami z firmy Beta Security – Pokojowy Patrol “nie ma prawa do zatrzymania człowieka”, “nie jest do tego powołany”. Kłamstwem jest więc twierdzenie, że Pokojowy Patrol może być uznany za ustawowo wymaganą ochronę imprez masowych. Ustawa o Bezpieczeństwie Imprez Masowych z 22.08.1997 r. szczegółowo wylicza ilość służb porządkowych (Art. 7, pkt. 1, ust. 6). Dla 400 tys. uczestników Woodstocku winno być to od 4.000 do 12.000 ochroniarzy rozumianych jako służba porządkowa jedynie w zgodzie z ww. Rozporządzeniem Rady Ministrów. Żadnego z ustawowych wymogów Pokojowy Patrol nie spełnia. Jedynie 150 koncesjonowanych ochroniarzy mogło być uznane za służbę porządkową tej kilkusettysięcznej imprezy.

l “Przeciętny Polak jest po prostu złodziejem i człowiekiem leniuchem, i człowiekiem, który czyha na dobro, które Niemiec wypracował przez 500 lat”.

Te oczywiste kłamstwa i antypolskie insynuacje, pozostawiamy bez komentarza…

l·P. Owsiak powiedział, że 14.07.ub.r. było tylko “147 podpisów” mieszkańców Kostrzyna sprzeciwiających się Przystankowi Woodstock.

To następne kłamstwo. Już podczas konferencji ujawniono, że burmistrz Kostrzyna nad Odrą do tego dnia otrzymał niemal 600 takich podpisów. Łącznie było ich prawie 1000.

l P. Owsiak zwracając się do p. Renaty Głuszko pozwolił sobie na zwroty per “ty”, “kotku”, itd. sugerując, iż p. Renata Głuszko była lub jest jego przyjaciółką. Jest to oczywista nieprawda.

l “Jesteś przeciwko tym ludziom, którzy tam przyjeżdżają i przeciwko mnie”.

To kłamstwo. Ani Pani Renata Głuszko, ani KGO nie byli i nie są przeciwko uczestnikom ani organizatorowi Przystanku Woodstock. Występowaliśmy i występujemy przeciwko organizacji tej niebezpiecznej imprezy.

Po tylu nieprawdziwych sformułowaniach każdy zatem może odtąd uważać, że każde słowo i działanie pana Owsiaka może być przesiąknięte kłamstwem. Tyle kłamstw, w tak kontrowersyjnej kwestii jaką jest organizacja niebezpiecznej imprezy wobec sprzeciwu mieszkańców sprawia, iż każdy może zwątpić w uczciwość i prawdomówność p. Owsiaka.

Nie oskarżyliśmy go za ubiegłoroczne kłamstwa. Jesteśmy zwykłymi obywatelami mającymi poważniejsze obowiązki i zajęcia niż wieloletnie utarczki sądowe z osobą, która posiada imponujące zaplecze medialno-finansowe i liczy na bezkarność.

Pan Owsiak czuje się pewny siebie i atakuje jedną z mieszkanek Kostrzyna nad Odrą za to, że stanęła w obronie trzeźwości, w obronie młodzieży. Jerzy Owsiak mści się za obnażenie przez Renatę Głuszko jego kłamstw. Żąda kary finansowej, choć wie, że p. Renata jest studentką i nie posiada dochodów pozwalających na poniesienie opłat sądowych i procesowych oraz zapłacenia kary, której domaga się p. Owsiak, że nie stać jej na adwokata.

P. Owsiak wie, że studenci są biedni. Atakuje panią Głuszko, by wysłać ostrzeżenie innym krytykom jego kontrowersyjnych poczynań.

Działania p. Owsiaka są niegodziwe. Atak na p. Głuszko odbieramy jako atak na każdego z nas, na każdą osobę występującą w obronie normalności, trzeźwości, czystości i prawdy. Będziemy więc bronić jej i siebie wszelkimi prawnymi metodami.

Prosimy o wyrażenie solidarności z Renatą Głuszko zaatakowaną przez Jerzego Owsiaka.
W imieniu Kostrzyńskiej
Grupy Obywatelskiej
Prezes Zarządu KGO
HALINA JURCZYK
Wiceprezes Zarządu KGO
MARIUSZ KAROLAK
Kostrzyn n/Odrą, 4.VII.2005

Oświadczenie Kostrzyńskiej Grupy Obywatelskiej w sprawie procesu wytoczonego przez pana Jerzego Owsiaka jednej z mieszkanek Kostrzynia nad Odrą

Owsiak i Matka Teresa

„Sie ma” gromko wrzaśnie, jak co roku, Jurek Owsiak i zacznie się ponownie nieprawdopodobny hałas propagandowy związany z „Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy”. Znowu usłyszymy okrzyki, że jest to największa impreza na skalę światową, niespotykana nigdzie, w żadnym zakątku świata. Owsiak będzie wrzeszczał: „Ludzie, mamy już 20 milionów, już 25 milionów; robimy to za darmo dla dzieciaków!”. Potem Jurek Owsiak straci głos, a jego zastępcy równie głośno będą się wydzierać, mobilizując otępiały hałasem tłum. Wszyscy to znamy, wszyscy już to widzieliśmy. Po tylu latach akcja Owsiaka staje się po prostu nudna.

Owsiak jest przykładem tego, że prawie każdego można wylansować na gwiazdę mediów. Ten ponadpięćdziesięcioletni facet został wylansowany na idola młodzieży w prosty i jednocześnie genialny sposób. Najważniejsza była oczywiście chwytliwa ideologia, którą propaguje, ale nie tylko. Nie bez znaczenia było to, że wciągnął czerwone portki, co uznano za przejaw oryginalności, że mówi szybko, głośno i niewyraźnie i że wymachuje energicznie rękoma. Jerzy Owsiak stał się po prostu Jurkiem, tak aby nastolatkom nie wydawał się zramolałym zgredem.

Fantastyczny Jurek
Po prostu Jurek jest fantastyczny, ogłoszono, i ten werdykt nie podlega apelacji. Ideologia, którą głosi, jest równie prosta, jak jego image. Ideologia ta znana jest każdemu, kto ogląda telewizję. Zawiera się w jednym zdaniu: „Róbta, co chceta”. Choć zdanie to składa się jedynie z trzech wyrazów, to dwa z nich program komputerowy do wykrywania błędów ortograficznych podkreśla na czerwono. Ten dosyć nieskomplikowany przekaz głoszony jest od lat jako przejaw niezwykłej wolności i niespotykanej odwagi. A każdy, komu się to nie podoba, atakowany jest jako wróg godzący w chore dzieci. Bo przecież Owsiak i jego Orkiestra robią tyle dobrego dla naszych kochanych maluchów. Zdarzało się, że Jerzy Owsiak napiętnował opornych burmistrzów miast, którzy uznali, że w tym samym czasie przeprowadzą zbiórkę pieniędzy na potrzeby lokalne. Pieniądze przecież mają iść na jeden jedyny, najbardziej szlachetny ze wszystkich, cel.

Pic na wodę
Zdarzało się, że bito rekordy wpływów, a były one jedynie na papierze, jedynie na szklanych monitorach. Ktoś wylicytował zakup posowieckiego samolotu, obiecał przekazać niebotyczne pieniądze, ale okazało się, że nic nie wpłacił. Chciał przez chwilę zaistnieć w mediach, za wszelką cenę, za cenę oszustwa. Wiele wskazuje na to, że zaistnienie w mediach jest najważniejszą potrzebą organizatorów tej akcji. Stworzenie medialnego widowiska jest potrzebą samą w sobie. Równie pociągające jest sterowanie olbrzymią masą ludzi przy pomocy elektronicznych urządzeń, mobilizowanie tłumów, stwarzanie pozorów sztucznej i krótkotrwałej wspólnoty ludzi obklejonych czerwonymi serduszkami. Na tym polega zabawa, dzieci są gdzieś w tle.
Wrzucając do puszki trochę drobnych, pamiętać należy, że uczestniczy się w telewizyjnym spektaklu, który nie tylko lansuje kilka osób, ale przede wszystkim ideologię „Róbta, co chceta”. Ideologię destrukcyjną społecznie, adresowaną do najmniej wybrednych.

Kto zostanie gwiazdą
Pomagać trzeba zawsze i wszędzie, każdemu, kto tego naprawdę potrzebuje. W Polsce szpitale, jak i wiele innych miejsc, są od lat niedoinwestowanie. Polacy rzeczywiście są narodem, który potrafi pomagać swoim bliźnim. I wcale nie przy hucznych akcjach, ale na co dzień. Ofiarność w końcu niezbyt bogatego społeczeństwa jest widoczna, mimo że nie jest tak propagandowo nagłaśniana jak Orkiestra czy jak działania innej gwiazdy pomocy charytatywnej p. Kwaśniewskiej. W wielu miejscach, zazwyczaj przed kościołami, ustawiają się kolejki biednych ludzi w oczekiwaniu na ciepły posiłek.
Ktoś musi go przygotować, zakupić produkty, potrzeba na to olbrzymich sum pieniędzy. Organizują to często skromne siostry zakonne. Załóżmy, że jakaś zakonnica zaczęłaby wykrzykiwać: „Dajta, ile mata”. Gdyby telewizja, wykorzystując okazję, zaprosiła zespoły rockowe i prezenterów z Jedynki, to powstałoby równie huczne widowisko jak z Owsiakiem. Z całą pewnością ta zakonnica stałaby się gwiazdą mediów. Ale czy wtedy jakikolwiek problem w Polsce były lepiej rozwiązany? Czy nie byłoby jeszcze głupiej?

Wzór już jest
Zakonnicą, która wybrała znacznie lepszy sposób, była Matka Teresa z Kalkuty. Pomagała ludziom tak biednym i chorym, że w naszej szerokości geograficznej trudno sobie to wyobrazić. Ratowała życie bez rozgłosu, nie szukała popularności, nie prowadziła rozmów z szefami żadnej telewizji. Stała się sławna, ponieważ znany brytyjski dziennikarz chciał zdemaskować jej działalność. Oglądając to, co robi, jak traktuje ludzi, jak leczy ich z ran na ciele i duszy, prawdziwie zafascynował się jej dziełem, a tej przy okazji nawrócił się i zyskał głęboką wiarę. Matka Teresa często występowała w światowych mediach, skromnie się uśmiechała, niewiele mówiła, nigdy nie podniosła głosu. Nigdy się nie chwaliła, nie domagała się więcej pieniędzy, nie szantażowała opornych. Dokonała rzeczy niezwykłych; otrzymała nagrodę Nobla, nawet jednego centa nie przeznaczyła na żadne imprezy towarzyszące.
Dla Matki Teresy było oczywiste, że pomoc materialna jest konieczna, jednak nie bieda materialna jest najbardziej dotkliwa, najgorsza jest bieda moralna.
Jan Ośko

Orkiestra Wielkiej Pychy

„Czy ktoś zrobił więcej?” – to jakże buńczuczne hasło, widniejące na plakatach w całym kraju, towarzyszyło kolejnemu, czternastemu już finałowi Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podczas tej imprezy lansowane są niemoralne i destrukcyjne hasła, których wyrazem jest znane wszystkim „róbta, co chceta”.

Jerzy Owsiak, umieszczając na plakatach hasło „Czy ktoś zrobił więcej?”, zdaje się całkowicie zapomniał o działalności wielu innych fundacji, które nie korzystają z medialnego nagłośnienia, a zbierają znacznie większe środki na pomoc potrzebującym. Wystarczy tu choćby wymienić Caritas, która w zeszłym roku zebrała ok. 200 mln zł. Czyżby Jerzy Owsiak chciał zapewnić sobie, w odbiorze społecznym, monopol jeśli chodzi o działalność charytatywną? Każdy finał WOŚP jest przedstawiany przez organizatorów i media jako wielkie i chwalebne przedsięwzięcie. Rzadko natomiast zwraca się uwagę na fakt lansowania destrukcyjnych haseł „róbta, co chceta” czy „gramy do końca świata i jeden dzień dłużej”, podważających chrześcijańską wizję świata. Owsiak nawet się nie zająknie, że Orkiestra propaguje w społeczeństwie polskim niemoralne postawy: pijaństwo, narkomanię, anarchizm, areligijność.
Pomocą służą w tym media, a zwłaszcza program II telewizji publicznej, który w dniu każdego finału praktycznie jest „wydzierżawiany” orkiestrze. Na okrągło nadaje wtedy relacje z tego, co się dzieje na różnych imprezach WOŚP w całym kraju. Należy podkreślić, że wszystko to odbywa się na koszt nas wszystkich opłacających abonament telewizyjny.
Nie można tutaj zapomnieć o Przystanku Woodstock, organicznie związanym z WOŚP i będącym jedną z form działalności Fundacji WOŚP. W założeniu Owsiaka ma on stanowić formę podziękowania dla wolontariuszy biorących udział w kolejnych finałach WOŚP. Przystanki odbywają się pod szczytnym hasłem „Miłość, Przyjaźń, Muzyka”. W praktyce są miejscem deprawacji młodych ludzi, gdzie nadużywają oni alkoholu i zażywają narkotyki (i to mimo hasła „stop narkotykom”). Zjawisko takie występuje corocznie mimo solennych deklaracji organizatorów, że nic złego się nie dzieje. Corocznie na Przystanku młodzi ludzie mogą także zapoznać się z propagandą ruchu Hare Kriszna, gdy chrześcijańscy ewangelizatorzy nie mają tam wstępu. Obecny na kilku koncertach Przystanek Jezus został przez Owsiaka usunięty. Pamiątką po Woodstocku są zdemolowane wagony, co kosztuje PKP kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Sam Owsiak także ulega panującej tam atmosferze – kilka lat temu został skazany za zdemolowanie stoiska handlowego.

artykuł z Tygodnika Solidarność:nr 3 (847) 21 stycznia 2005

Święto Serca czy Pieniądza?

Krzysztof Świątek

Jerzy Owsiak oszukał nas wszystkich. Przez wiele lat przekonywał, że kolejne finały Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy to stuprocentowo charytatywne imprezy, z których cały dochód jest przeznaczany na pomoc chorym dzieciom. W tym roku oficjalnie przyznał, że 1 mln 200 tysięcy – uzyskane z procentów od zebranej sumy – przeznaczył na sfinansowanie tylko jednej imprezy rockowej „Przystanku Woodstock”. Z oświadczeń finansowych fundacji wynika z kolei, że co roku blisko milion złotych wydawany jest na wynagrodzenia pracowników, a kolejnych kilka milionów pochłania funkcjonowanie fundacji i organizacja samych finałów.

Kilka dni przed XIII finałem imprezy, Telewizja Trwam wyemitowała materiał, w którym najpierw pojawiło się zdjęcie dziecka zbierającego w deszczu pieniądze podczas akcji WOŚP, a następnie obrazki bawiących się w najlepsze ludzi podczas „Przystanku Woodstock”. Ten program zirytował „dyrygenta” Orkiestry Jerzego Owsiaka.

„Ostatni raz dałam na Orkiestrę”
– Bariera śmiechu w pewnym momencie pęka, teraz tą sprawą zajmą się nasi prawnicy, którzy wystąpią przeciwko Telewizji Trwam – zapowiedział publicznie Jerzy Owsiak. – Może ojciec Tadeusz Rydzyk jeszcze o tym nie wie, ale na 27 mln zł zebranych podczas ostatniego finału, tylko 1 mln 200 tys. kosztowało nas zorganizowanie „Przystanku Woodstock”. Te pieniądze spokojnie otrzymujemy z procentów – poinformował.
Ta wypowiedź zbulwersowała wiele osób, które wsparły datkami ideę Jerzego Owsiaka.
„Ostatni raz dałam na Orkiestrę. Czyli pan Owsiak zarabia poprzez WOŚP na organizacje Woodstoku? Fajnie… szkoda tylko, że ludzie którzy dają pieniądze na pomoc dzieciom, nie wiedzą, że odsetki z tych środków przeznaczane są nie na dzieci, ale na imprezkę, która kosztuje bagatela 1,2 mln złotych. Kpina” – napisała jedna z internautek na portalu onet. pl.
„To rozbój w biały dzień, by za zebrane pieniądze, które ludzie ofiarowują na ratowanie życia jednym – drugim fundować możliwość narkotyzowania się i pijaństwa!” – komentowała inna z osób wypowiadających się we wspomnianym portalu.
Nie tylko „Przystanek Woodstock” kosztuje WOŚP ogromne pieniądze. Okazuje się, że fundacja zatrudnia obecnie 15 osób, w tym: członka zarządu, dyrektora biura, dyrektora ds. medycznych, asystenta technicznego dyrektora, sekretarkę, trzech księgowych i czterech pracowników biurowych. Wcześniej w internecie można było przeczytać, w odpowiedziach na „10 pytań do Jurka”, że nikt z pracowników fundacji nie pobiera pensji. W ostatnich dniach owe „10 pytań” zniknęło ze strony fundacji. Wypłata wynagrodzeń pochłania rocznie blisko milion złotych (por. zestawienie w tabeli). Z prostego wyliczenia wynika, że pracownicy fundacji zarabiają średnio 5,5 tysiąca złotych miesięcznie.

Miliony złotych na funkcjonowanie fundacji
To jednak nie wszystkie koszty działalności instytucji Jerzego Owsiaka. Gigantyczne pieniądze są każdego roku przeznaczane na przygotowanie samych finałów Orkiestry. W sprawozdaniu finansowym za 2003 rok podano, że organizacja XI i XII finału pochłonęła prawie 1 milion 600 tys. zł. Ile te imprezy kosztują telewizję publiczną nikt nie podaje. Dodatkowo na koncert „Przystanku Woodstock” wydano w 2003 roku aż 1 milion 477 tys. zł. Wśród pozostałych kosztów finansowych, fundacja wymienia jeszcze pozycję: „rozliczenie zaległych należności, różnice kursowe ujemne”. Na zrealizowanie tego celu wydano w 2003 roku 819 tys. zł.
Podczas gdy obtrąbiony z emfazą XII finał orkiestry w 2004 roku przyniósł 27 mln zł – Caritas Polska, prowadząc skromną i nie nagłaśnianą w mediach akcję sprzedaży świec na stoły wigilijne, zebrała w tym roku 18 mln złotych. Od 1993 roku fundacji Jerzego Owsiaka udało się zebrać ponad 53 miliony dolarów. Szef orkiestry wielokrotnie powtarzał, że nie pieniądze są najważniejsze, ale specjalistyczna aparatura, którą fundacja kupuje dzięki zebranym kwotom. Prawdą jest, że dzięki sprzętowi kupionemu przez Orkiestrę, przeżyło wiele chorych dzieci. Z drugiej jednak strony powstaje pytanie: czy inna organizacja nie wykorzystałaby zebranych środków lepiej, bez przeznaczania ogromnych sum na organizację samych finałów oraz „Przystanku Woodstock”, a także na funkcjonowanie samej fundacji, w tym wysokie wynagrodzenia pracowników? Dlaczego Jerzy Owsiak przez lata manipulował opinią publiczną, wmawiając nam, że akcje WOŚP są przedsięwzięciami w 100 procentach charytatywnymi? To, że „Przystanek Woodstock” finansowany jest z procentów od zebranych podczas finałów kwot, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Orkiestra miała być bowiem przedsięwzięciem dobroczynnym i wszystkie zyski powinny iść na główny cel akcji. Tego oczekiwali również darczyńcy.

Owsiak – dekompozycja mitu

I znowu, jak co roku, jednym z głównych tematów letnich dyskusji Polaków jest pewien podstarzały pozer i jego suto zakrapiana imprezka w Kostrzynie. Są tacy, którzy „Jurka” wielbią „bo kocha dzieciaki i za swoje akcje nie bierze złamanego grosza”. Jeszcze parę lat temu takie osoby, jak sądzę, stanowiły większość. Dziś jednak coś się zaczęło zmieniać. Mity definiujące publiczny wizerunek Owsiaka zdają się konać na naszych oczach.

Mit 1: Jurek na tym nie zarabia
Przez wiele lat w powszechnym obiegu funkcjonował mit, wg którego przerośnięty krasnal będący bohaterem tego tekstu poświęcał „dzieciakom” swój czas wyłącznie z potrzeby serca, motywowany czystą dobrocią, zaniedbując swoje własne interesy. Ile jest w tym prawdy mogliśmy się przekonać parę tygodni temu gdy dobrotliwy, gardzący (oficjalnie) dobrami materialnymi Jurek niczym lwica o swoje potomstwo walczył o możliwość dalszego dojenia kasy telewizji publicznej. Przy okazji powstawania jesiennej ramówki TVP szeroka publiczność miała okazję dowiedzieć się, iż Jurek nie tylko nie udziela się telewizyjnie „za friko” lecz każe sobie za tę aktywność słono płacić. Schemat wygląda mniej więcej tak: raz w roku pan O. poświęca się i przez kilkanaście godzin występuje na antenie TVP2 faktycznie nie pobierając za tę pracę wynagrodzenia. W zamian przez całą resztę roku telewizja publiczna kupuje od firmy pana Owsiaka (ponoć za bardzo duże pieniądze) program pt. Kręcioła. Audycja ta jest tak beznadziejnie nudna, że nie ogląda jej praktycznie nikt poza osobami pracującymi przy jej montażu. Przez lata nikomu to nie przeszkadzało ponieważ nie o to w tym wszystkim chodziło by za duże pieniądze kupować to, co będą chcieli oglądać widzowie lecz by pokryć panu Jurkowi moralne straty jakie ten ponosi owego darmowego dnia na początku każdego kolejnego roku. Fakt występowania ścisłego związku między „gratisową” aktywnością Owsiaka a suto opłacaną produkcją gniotów nie budzi najmniejszych wątpliwości ponieważ potwierdził go sam zainteresowany: na propozycję ograniczenia zysków z produkcji „Kręcioły” oświadczył, iż bez tego programu jego pozostała aktywność w TVP traci jakikolwiek sens… Przekładając na język bardziej przejrzysty – „mogę wam raz do roku odpalać efektownego gratisa pod warunkiem, że będziecie mi to z nawiązką rekompensować przez pozostałe kilkadziesiąt tygodni”. Sztuczka stara jak handel – wcisnąć frajerowi do garści (zupełnie za darmo) badziewny gadżet a przy okazji sprzedać mu drugi za cenę trzykrotnie wyższą od jego prawdziwej wartości.

Mit 2: Jurek to chodząca łagodność, tolerancja i miłość
Ten mit zaczął się kruszyć gdy medialny kult Owsiaka osiągnął swe apogeum. Wtedy, mówiąc językiem ludu, „Jurkowi odbiła palma”. Ze sceny dorocznego spędu w Kostrzynie (w Żarach?) popłynęły w eter słowa Owsiaka jakiego Polska nie znała – nienawiść, agresja, wskazywani palcem wrogowie… a na koniec bijatyka z okolicznym chłopstwem (zdenerwowali Owsiaka bo chcieli zarobić na imprezie, która w założeniu zyski ma przynosić jedynie osobom i podmiotom z nim związanym, krótko: weszli mu w finansową szkodę). Pełnię tego mało ciekawego obrazu dopełniła Woodstockowa walka z chrześcijańskimi misjami oraz pełna życzliwości postawa wobec działań wysłanników rozmaitych sekt.

Mit 3: Z Jurkiem nasze dzieci są bezpieczne
Rokrocznie w drodze na oraz z Przystanku Woodstock giną młodzi ludzie. Również sam pobyt na podkostrzyńskim klepisku wielu uczestników przypłaca uszczerbkiem na zdrowiu. Przez cały rok, prawie w każdym wystąpieniu Owsiak porusza temat bezpieczeństwa. Mówi o pierwszej pomocy, o wypadkach… Tymczasem kulminacją tych działań jest impreza, która każdorazowo pozbawia życia kilku młodych ludzi a rzeszom innych wyrządza krzywdy nieco mniejszego kalibru.
Przystanek Woodstock 2006 na razie (z tego co wiemy) kosztował życie 2 osób. To dopiero początek więc pewnie ostateczny bilans ofiar będzie kilkukrotnie wyższy.

Mit 4: Od Jurka dzieciaki nauczą się jak być lepszymi ludźmi
Nie wiem jak z innymi rzeczami, których młodzi ludzie mogliby się uczyć od Owsiaka ale gdy mowa o nadużywaniu alkoholu to okazji do nauki na imprezach Jurka jest sporo. Wystarczy porozmawiać z osobami, które choć raz miały okazję oglądać popularny Brudstock z bliska – spotkanie dziecka „po kilku głębszych” nie nastręcza tam większej trudności, wręcz przeciwnie – kłopoty mógłby mieć ten, kto chciałby znaleźć młodzieńca trzeźwego. Smutnym ale i wielce wymownym świadectwem takiego stanu rzeczy jest wczorajszy zgon jednego z uczestników spędu – pierwsze doniesienia przychylnych Owsikowi mediów mówiły o udarze słonecznym (np. portal Gazeta.pl do teraz obstaje przy tej wersji), później jednak podano szczegóły, które potwierdziły coraz powszechniejszą, złą opinię o imprezie: młodzieniec ów zadusił się własnymi, pijackimi wymiocinami. Reszta towarzystwa, najprawdopodobniej również zalana w trupa, nawet tego nie zauważyła…
Oczywiście organizatorzy imprezy z Owsiakiem na czele przez całe lata utrzymywali, że Przystanek jest wolny od pijaństwa i narkotyków. Posuwali się również do wytaczania procesów tym, którzy starali się dać świadectwo zgoła odmiennej prawdzie oraz poddawania szantażowi moralno-medialnemu wyrokujące w tych procesach sądy. Zgon młodego mieszkańca Środy Wielkopolskiej dobitnie wskazuje kto w tym sporze miał rację…
W tym roku policja podjęła działania, których w latach ubiegłych nie przeprowadzano ze strachu przed „psuciem wizerunku” miłego rządzącej wówczas lewicy Owsiaka – miejsce spędu oraz trasy dojazdowe poddane zostały ścisłej kontroli antynarkotykowej. Wg mediów efekty są imponujące – w ręce policji wpadli dealerzy oraz posiadacze sporych ilości środków odurzających. Jak na imprezę „wolną od narkotyków” rezultat jest imponujący.
Organizatorzy Przystanku znaleźli się w trudnej sytuacji – z jednej strony doskonale wiedzą, że odcięcie uczestników imprezy od narkotyków oraz alkoholu (pada propozycja oficjalnej prohibicji) może być dla niej zabójcze – w końcu dla większości z koczujących na corocznych Przystankach ludzi największą atrakcją jest właśnie możliwość swobodnego i budzącego tam akceptację oddania się zupełnemu upodleniu alkoholowo-narkotycznemu. Brudstock bez wódy i prochów po prostu umrze z głodu… Z drugiej jednak strony Owsiak i spółka nie mogą podjąć jakichkolwiek działań mogących zapobiec tej purytańskiej krucjacie – przecież oficjalnie Woodstock jest trzeźwy więc prohibicja i walka z dealerami nie narusza interesów jego uczestników…
Jeden z głównych portali zamieścił na swych stronach ankietę zawierającą pytanie „czy pozwoliłbyś swojemu dziecku jechać na imprezę Owsiaka”. Wiem, że sondy internetowe nie mają większej wartości badawczej ale wyniki tego głosowania wydają się być znamienne. Jak wiadomo we wszelkich ankietach tego typu (internetowych) zdecydowaną przewagę zazwyczaj zdobywają zwolennicy światopoglądu lewicowo-permisywnego, których krótko można scharakteryzować owsiakowym „róbta co chceta”. Jednak tym razem większość z kilkudziesięciu tysięcy oddanych głosów wskazywała na opcję „nie, nie pozwoliłbym”.
Mogę się mylić, ale sądzę, że jest to symptom trzeźwienia społeczeństwa oraz postępującej erozji zakłamanego wizerunku Owsiaka.
PS. Agencje podały właśnie informację na temat meczu piłkarskiego jaki odbył się na spędzie Owsiaka. Reprezentacja „Pokojowego Patrolu” (takie Owsiakjugend, które parę lat temu zajmowało się biciem uczestników zlotu i utrudnianiem pracy dziennikarzom pragnącym opisać prawdzie oblicze imprezy) przegrała z zawodnikami Przystanku Jezus w stosunku 0:5. Agencje milczą na temat przyczyn niedyspozycji przegranych. Pomeczowego dmuchania w balonik nie przeprowadzono.
Prawy Prosty,  Galba

Orkiestra bez dyrygenta

Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy nie darzę żadnym namiętnym uczuciem. Nie mam w domu telewizora, radia zazwyczaj nie słucham, gazety codziennej albo kolorowego tygodnika nie czytałem od kilkunastu miesięcy (poza działem prawnym „Rzeczpospolitej” i Internetem).

Cały świat w którym istnieje Orkiestra jest równoległym Wszechświatem w stosunku do tego w którym ja żyję i w związku z tym nie żywię wobec niego silniejszych emocji niż wobec np. sytuacji politycznej w Nuristanie. A nawet odnoszę wrażenie, że sytuacja w Nuristanie bardziej rozpala moje emocje niż świat polskiej kultury masowej.

Nie zaliczam się więc ani do żarliwych zwolenników, ani przeciwników tej imprezy. Co wyjaśniam ponieważ zazwyczaj osobom piszącym o Owsiaku z dystansem wkłada się w usta jakąś tam „zawiść”, „nienawiść” i Bóg wie co jeszcze.

Mimo to z pewnym niepokojem zauważam, że tym podobna „działalność charytatywna” staje się świeckim substratem moralności. Wszyscy znani mi osobiście „WOŚP-owcy” to ludzie niezbyt dobrzy, którzy w wyniku uczestnictwa w Orkiestrze nie stają się ani o jotę lepsi, ale za to bardzo dumnie z siebie. I to raczej nie wychodzi im na zdrowie.

Obawiam się więc, że podobne imprezy to taki chloroform dla sumienia, które łatwiej zniesie pomiatanie starszymi rodzicami, chamskie odzywki do nauczycieli, lenistwo w szkole – jeśli od czasu do czasu, w świetle jupiterów i wśród błysków fleszy, dam na biednych troszkę z tego, co mam w nadmiarze.

Ponieważ za pomysłem na Orkiestrę nie idzie jakaś całościowa wizja życia uczciwego i moralnego, może się ona stać sposobem na leczenie moralnego kaca jaki zostawia własna biografia i życie przez resztę roku wedle zasady „róbta co chceta”. Ot, taka sobie metoda (jedna z wielu) by sobie wmówić, że jestem porządnym i dobrym człowiekiem.

Ponadto katolickie miłosierdzie istotnie odróżnia się „działalności charytatywnej”. W chrześcijaństwie sam fakt wzbogacenia biednego nie ma roli kluczowej – ponieważ ani bieda, ani bogactwo nie są w chrześcijaństwie złe same w sobie (z zastrzeżeniem, że nędza może już być czymś złym). Dlatego kluczowy nie jest fakt dokonania darowizny, ale czysta intencja, która objawia się w tym, że poświęcamy nie to czego mamy w nadmiarze (np. firma dająca miliony na cele charytatywne w celu zrobienia sobie promocji), ale to co nam samym wydaje się cenne – czas, zdrowie, pieniądze. Po drugie intencja jest czysta, kiedy działamy w celu uczynienia dla kogoś czegoś dobrego, a nie w celu poprawienia swojego statusu społecznego przez pokazanie innym, że czynimy coś dobrego. Obawiam się, że – w statystycznie typowej sytuacji – Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy nie spełnia żadnego z tych warunków.

Oczywiście dla ubogiego (zazwyczaj) jest wszystko jedno z jaką intencją ktoś dał mu pieniądze i stąd każda dobroczynność zawiera w sobie cząstkę dobra. Intencja ma jednak kluczowe znaczenie dla oceny moralnej działań dobroczyńcy.

Przypuszczam, że dobrzy ludzie, którzy uczestniczą w Orkiestrze odniosą z niej pożytek, ponieważ kiedy zbierają lub dają pieniądze, to działają z czystą intencją. Natomiast ludzie źli albo letni zapewne bardziej sobie udziałem w WOŚP-ie zaszkodzą niż pomogą, ponieważ zyskają sto pierwszy powód by wmawiać samym sobie, że są uczciwymi i porządnymi ludźmi. A nie są.

Całe szczęście, że przynajmniej dzieciaki odniosą z tego bezsprzeczną korzyść.
Rick Agon

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – co i dla kogo?

Od kilku już lat w styczniu „grywa” Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy ( WOŚP). Prawie wszystkie media zachwycają się Jurkiem Owsiakiem i jego akcją. Bilboardy i kolorowe plakaty zachęcają nas, abyśmy szczodrą ręką ofiarowali nasze pieniądze na szlachetny cel, jakim jest zakup aparatury medycznej dla chorych dzieci. Propagandowe zabiegi wokół osoby pana Owsiaka są tak sugestywne, że nie przychodzi nam nawet do głowy, aby rozważyć całą sprawę bardziej wnikliwie. Uczestniczenie w WOŚP stało się już prawie obowiązkiem każdego Polaka. Tymczasem znajomość pewnych faktów związanych z działaniem twórcy tej organizacji, daje możliwość spojrzenia na drugą stronę medalu, która wygląda raczej przygnębiająco. Tłumaczy to zresztą fakt pomijania jej w mediach.

Aby mieć jasny pogląd na tę sprawę, należałoby się najpierw przyjrzeć, kim tak naprawdę jest Jurek Owsiak. Wbrew oczekiwaniom wielu nie jest to tak świetlana postać. Podczas rozmowy przez Internet powiedział min sam o sobie, że jest niepraktykującym katolikiem „podbudowanym filozofią buddyjską i szanującym wszystkie inne religie” (patrz: przegląd prasy, „Nasz Dziennik” z….). Przyznaje, się również, że już nie raz był pijany, a na pytanie, czy mógłby się określić jednym słowem, odpowiada, że „Byłoby to słowo niecenzuralne” – takich słów używał już zresztą w niejednym wywiadzie. Posługuje się również wulgaryzmami oraz nie godnie wyraża się o osobach konsekrowanych: (…),a temu księdzu robaki chodzą po głowie”. Wątpliwym jest, czy człowieka, wystawiającego o sobie takie świadectwo, można zaliczyć do ludzi kulturalnych, a co dopiero kreować jako idola, który ma przecież pełnić rolę wzoru do naśladowania.

W myśl przysłowia,”Jaki pan, taki kram” okazuje się, że nie tylko sam Jurek Owsiak, ale i jego fundacja pozostawia wiele do życzenia. Na przykład nie wszyscy wiedzą, że nie cała zebrana kwota zostanie przeznaczona na zakup sprzętu – 10% wartości sumy fundacja może przeznaczyć na „cele strategiczne”: plakaty, reklamy, czy imprezę muzyczną – „Przystanek Woodstock”. Mylą się również ci, którzy myślą, że zebrane pieniądze są od razu przekazywane na zbożne cele. Po rozliczeniach trwających do końca lutego są one wkładane na bankowe konta, a dopiero w listopadzie ogłaszane są przetargi mające na celu wyłonienie najlepszej oferty na sprzęt medyczny, który do szpitali trafia dopiero w następnym roku…

Kontrowersyjnym wydaje się być również wyżej wymieniony „Przystanek Woodstock”. Wbrew panującym opiniom nie jest to zwykły młodzieżowy koncert. Okazuje się, że podczas imprezy leje się dużo alkoholu, są obecne narkotyki. Oprócz tego mieszkańcy Żar skarżą się na zwiększoną liczbę włamań. Natomiast wolontariusze ze znajdującego się nieopodal „Przystanku Jezus” mają pełne ręce roboty, znosząc bezustannie do punktów sanitarnych młodych ludzi – pijanych lub odurzonych narkotykami – często będących w tragicznym stanie. Oprócz opieki medycznej niezbędni okazali się również kapłani, którzy swą posługą ratować muszą ludzi wciągniętych do Hare – Kriszna. Organizacja ta jest bowiem obecna na Woodstock’u. Teoretycznie ma ona spełniać funkcję „kuchni”, rozdając jedzenie uczestnikom koncertu. W praktyce jednak – oprócz jedzenia – oferuje ludziom np. medytację, czy po prostu propozycję wstąpienia do sekty, wykorzystując przy tym nietrzeźwość młodych ludzi.

Warto również zapytać, kto zapłaci telewizji za cały czas antenowy, jaki poświęciła na reklamy i pokazy związane z WOŚP oraz dlaczego prawie w ogóle nie mówi się o innych akcjach, które mają o wiele większe zyski, a które nie zwlekają z przeznaczeniem ich na dobre cele, i które „grają”, na co dzień, a nie tylko „od święta”…

Podkreślenia wymaga również światopogląd, jaki głosi Owsiak – „Róbta co chceta” – który jest, co najmniej obcy stanowisku Kościoła i chrześcijańskiej wizji świata.

Dodatkowo Biblia mówi: „Niech nie wie lewica, co czyni prawica”. Z imprezą Jurka jest odwrotnie. Bardzo głośno o tym, że prowadzi się akcję charytatywną – cicho o tym, że przy okazji jest wiele nadużyć finansowych, a także o tym, że straty moralne (lansowanie zgubnych – antychrześcijańskich – wzorów zachowań) są niepoliczalne. Czy ktoś, kto wzrusza się, że chorym dzieciom dawany jest sprzęt medyczny, zastanawia się, ile niewinnych istot straci życie jeszcze przed narodzeniem lub urodzi się chorymi w związku z tym, że ich młode mamy nadużywały alkoholu czy narkotyków w trakcie trwania imprezy Woodstock?

Pomyślmy o tym wszystkim w styczniu przyszłego roku i nasze pieniądze ofiarujmy tym instytucjom, co do których mamy pewność, że w uczciwy sposób przekażą je prawdziwie potrzebującym.
Wiktor Bernat

WIELKA  PACYFA  OWSIAKA

Bogdan Nowakowski

Znakiem rozpoznawczym pana Jurka jest PACYFA wymalowana na koszulce i ozdabiająca scenerię imprez – rozumiana przez młodzież prawie wyłącznie jako znak pokoju, rozpowszechniona m.in. przez młodzieżowe subkultury i zespoły muzyczne. To ma dodatkowo przyciągać młodych. Pacyfa to młodzieżowe, żargonalne określenie znaku anarchii.
Jerzy Owsiak ze swoją Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy został zrodzony jako dziecko bogatych i wpływowych rodziców jakimi są środki przekazu – głównie telewizja. Media niejednego kandydata na senatora czy prezydenta podniosły nawet z bruku i posadziły na wygodnych fotelach. Udaje się to dzięki nachalnej propagandzie, dużym pieniądzom i magicznej wręcz podatności ludzkich umysłów na codzienne „szuflowanie” zamierzonych celów.

Nasze demo-liberalne imperium medialne wyczarowało Jurka nie jako dziecko szczęścia, zauroczone jego wyjątkowa charyzmą, charakterem czy szczególnym talentem dla czynienia dobra dzieciom. Nic przecież za darmo… Media to bóg reklamy, w których nawet legendarny bandzior Al Capone był przedstawiany jako dobry Samarytanin łożący na domy dziecka, sierocińce I szpitale.
Popatrzmy na nasze ostatnie afery finansowo – gospodarcze. Przecież publiczne obnoszenie się ze swoimi „złotymi sercami”, to szczególna możliwość reklamy dla wszelkiej maści „aferałów”, którzy w ten sposób jako dobroczyńcy ludzkości wybielają się kolekcją laurek „złotych serduszek”. Ile ukrytych łez skrzywdzonych dzieci i ich rodziców tkwi w niejednym kupionym „złotym sercu”?
Kandydatów na darmowe promowanie instytucji dobroczynnych mogłoby być wielu, jak np. Caritas, która pomaga nie tylko dzieciom ale też: bezdomnym, ofiarom przemocy, głodnym, bezrobotnym a także ofiarom różnych kataklizmów światowych. Jej pułap pomocy finansowej jest też o wiele wyższy mimo braku hucznej reklamy, a nikt nie chełpi się tutaj publicznie swoją hojnością darczyńcy.
Gdyby Caritas „zrodzona” w niezbyt lubianym przez liberałów Kościele Katolickim była taką pupilką mediów jak Owsiak i korzystała z wielotygodniowej darmowej reklamy, to pewnie polska służba zdrowia dzięki niej ozdrowiałaby natychmiast!
Media wytworzyły też aurę „poprawnej dobroci”, której ulegają oficjalne władze samorządowe, artyści-wykonawcy, tysiące dzieciaków wolontariuszy – przecież nikt nie chce być zaszufladkowany do tych, którzy nie chcą ratować dzieci.
Miliony Polaków o Wielkich Sercach, zawsze czułych na krzywdę dzieci, ukierunkowane nachalną i hałaśliwą reklamą WOŚP nawet nie zauważają, że są u nas jeszcze inne skarbonki dla potrzebujących.
Najśmieszniejsze, że za kosztownymi „narodzinami” WOŚP Jurka Owsiaka stoi też częściowo opłacana przez nas (!) telewizja publiczna. Niestety, nikt nas nie zapytał, jak ma wyglądać nasze wspólne dziecko. Zadecydowali o tym określeni fachowcy od poprawnych „genów”. Oni wiedzieli, co należało sklonować.
Owsiak aż nadto czytelnie afiszuje swą wrogość do religii katolickiej. Jeśli naprawdę szczerze chce pomóc dzieciom to zdaje sobie sprawę, że katolicy też mają swoje o wiele starsze instytucje charytatywne, a przecież razem z nimi mógłby więcej. Czy p. Jurkowi chodzi więc o dobro dzieciaków, czy miał tylko stanowić przeciwwagę dla katolickiego ruchu charytatywnego?
Owsiak – propagator ruchu Hare Kryszna nie myśli łączyć i powiększać swojej pomocy, a woli dzielić pomoc dzieciom – na tę spod namiotów Hare Kryszna i tamtą katolicką, z którą nie chce mieć nic wspólnego. Ma też swoisty pogląd na życie: luz, zloty nieletnich dzieciaków na „przystankach Woodstock”, gdzie narkotyki i alkohol nie są rzadkością.
Znakiem rozpoznawczym pana Jurka jest PACYFA wymalowana na koszulce i ozdabiająca scenerię imprez – rozumiana przez młodzież prawie wyłącznie jako znak pokoju, rozpowszechniona m.in. przez młodzieżowe subkultury i zespoły muzyczne. To ma dodatkowo przyciągać młodych. Pacyfa to młodzieżowe, żargonalne określenie znaku anarchii.
Owsiak nieprzypadkowo posługuje się hasłem „róbta co chceta”, mającym swe korzenie właśnie w poglądach anarchistycznych, negujących władzę. Liberałom krzyż przeszkadza nawet jako wielowiekowy symbol instytucji charytatywnych – ale pacyfa jako symbol anarchii – już nie. Może wreszcie ktoś ze zdroworozsądkowych decydentów w nowym rządzie wysiadłby na owsiakowym „przystanku” i zadumał się – do czego to prowadzi?

„Caritas” nie waha się część swoich wydatków przeznaczać na walkę z alkoholizmem i narkomanią wśród młodzieży, ale Owsiak ten problem widzi inaczej.
Czy tylko drogą aparaturą medyczną można uratować młode pokolenie?
Od chorób i wad fizycznych może tak, ale od patologii na pewno nie!

bez mózgu ...ale na wesoło róbta co chceta...

z pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw autorskich, w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną powinność i obowiązek rozpowszechniania informacji, celem edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi przemilczeniami i fałszami.

wersje internetową przygotowala  Polonica.net

Polski Niezależny Związek Patriotyczny      Katolicko-Narodowy Ruch Oporu kontrreformacji i kontrjudaizacji

O

Posted in Polityka, Szatan, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | Otagowane: , , , , | 27 komentarzy »

Po filmie „Mgła” ludzie pytają: Kto nami rządzi?

Posted by Dzieckonmp w dniu 8 stycznia 2011


Minęły już trzy dni od premiery filmu „Mgła” o smoleńskiej katastrofie, a dyskusje nie milkną. Przyznam się, że się ociągałem z obejrzeniem tego filmu. Kiedy jednak już zacząłem, nie mogłem przestać, jak pijak. Jeszcze raz! I jeszcze raz! I jeszcze zdjęcia resztek samolotu, tej niewiarygodnej miazgi, jakby przeszedł przez jakiś kosmiczny mikser!

Tytułowa mgła jest intrygująca: pojawia się nagle, tylko w słowach, jest niesamowicie gęsta i niespodziewanie znika, tak że zdążamy już tylko na widok czystego błękitu nieba.

To nieprawda, że bohaterami są urzędnicy Kancelarii Prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego. Oni są narratorami. Prawdziwymi bohaterami tej historii jest kto inny. Przypomnijmy ich w kilku scenach:

  1. to „podwójny” as dyplomacji, Turowski, zostaje oddelegowany już w lutym na placówkę w Moskwie, by zajmować się przygotowaniami wizyt w Katyniu; w filmie pojawia się on obok Jarosława Kaczyńskiego, wieczorem, na miejscu katastrofy (zastanawiam się, ilu jeszcze agentów jest w jego otoczeniu?);
  2. to rosyjskie służby ignorują Prezydenta RP: ambasador Grinin publicznie kłamie, że nie otrzymał żadnej informacji o planowanej wizycie w Katyniu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego; bezpośrednio po wyjściu z rozmowy z Prezydentem, wyjaśniającej stan faktyczny, dalej kłamie; podobno niedawno otrzymał on wysokie odznaczenie państwowe z usłużnych rąk Komorowskiego;
  3. to Putin dzwoni do Tuska i „powiadamia” go o terminie planowanych wspólnych uroczystości w Katyniu, a Tusk przekazuje tylko te decyzje Kremla mediom (plany te pomijają Prezydenta Lecha Kaczyńskiego); logika wskazuje na to, że wszystko było już wcześniej „na roboczo” ustalone, zapewne podczas tajemniczej wizyty ministra Arabskiego w Moskwie, o której wiemy skądinąd;
  4. w filmie można by dodać, że w okresie bezpośrednio poprzedzającym katyńskie uroczystości kremlowskie media publikują seriami nienawistne artykuły o braciach Kaczyńskich, szczególnie atakując śp. Lecha za Ukrainę i Gruzję;powstaje obraz Prezydenta RP jako persona non grata; nota bene taką samą metodę propagandowego przygotowania służby stosują przed zamachem na życie naszego papieża Jana Pawła II i przy innych zamachach;
  5. to FSB jest od razu, natychmiast, na miejscu katastrofy, dyskretnie filmuje miejsce zdarzenia, powstrzymuje – czego w tym filmie akurat nie widać  – świadków, pracowników lotniska od udzielania wywiadów zagranicznym dziennikarzom; wyprowadza i aresztuje natychmiast kontrolerów lotu z wieży;
  6. to FSB wprowadza dezinformację na lotnisku Siewiernyj, podając, że TU 154 podejmował cztery próby lądowania albo że były trzy karetki z rannymi (wiadomość tę nagłośnił niemiecki Reuters);
  7. to Miedwiediew rozmawia z Komorowskim bezpośrednio po katastrofie i przysyła natychmiast zaświadczenie o śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (wg słów p.Czapli z Kancelarii Sejmu), gdy urzędnik Kancelarii Prezydenta domaga się takiego oficjalnego dokumentu i odmawia podjęcia jakichkolwiek czynności związanych z przejęciem władzy przez marszałka na podstawie doniesień medialnych; Miedwiediew podpisał ów dokument w momencie gdy ciała Prezydenta jeszcze nie odnaleziono i formalne potwierdzenie zgonu było niemożliwe;
  8. to służby bez żadnych jasnych powodów najpierw przytrzymują dwie godziny, a potem nagle odpuszczają i pozwalają na odlot człowieka Prezydenta – Sasina do Warszawy;
  9. to Putin organizuje spotkanie z Tuskiem, pokazówkę w niebieskim namiocie, gdzie korzystając ze specjalnych „gorących” linii wydaje rozkazy wszystkim podległym służbom, kierując operacją „katastrofa w Smoleńsku” – to też mogłoby się w filmie znaleźć;
  10. to służby „spowalniają” przyjazd Jarosława Kaczyńskiego na lotnisko, kiedy jedzie rozpoznać brata, a potem przez niemal godzinę trzymają pod bramą, nie pozwalając wjechać na teren lotniska, gdzie odbywa się ściskanie premierów Tuska i Putina – wyreżyserowana, klasyczna „ustawka” przed kamerami; Tusk jest wcześniej instruowany, gdzie ma być handshake, gdzie uściski itd.
  11. to służby „powiadamiają”  pułkownika Klicha, że podstawą prawną dochodzenia ma być konwencja chicagowska, a on przekazuje to już jedynie Tuskowi, Tusk zaś przyjmuje to do realizacji; to też nasza wiedza spoza filmu;
  12. to FSB pilnuje i klasycznie zastrasza urzędników Kancelarii, którzy zostają na noc 10/11 kwietnia w hotelu, by asystować następnego dnia rano w uroczystościach pożegnania ciała Prezydenta RP  i odlotu do Warszawy.

Moim zdaniem dla wyjaśnienia „arcyboleśnie prostych przyczyn katastrofy”  powinniśmy żądać w pierwszej kolejności nagrań i stenogramów nie z kabiny pilotów, ale z rozmów Tuska, Komorowskiego i Arabskiego z Rosjanami. FSB przy tych nagraniach na pewno taśma się nie zacięła, nie ma na co liczyć!

W tych dniach wiele razy powtarza się pytanie, kto nami rządzi? Już wiecie chyba…

Źródło: http://lubczasopismo.salon24.pl

Film „Mgła”

cz.1

cz.2

cz.3

cz.4

Właścicielem filmu jest Niezależna.pl

Posted in Patriotyzm, Polityka, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , , | 14 komentarzy »

Orędzie Matki Bożej z 2.01.2011 przekazane Mirjanie

Posted by Dzieckonmp w dniu 3 stycznia 2011


„Drogie dzieci. Dziś wzywam was do jedności w moim Synu Jezusie. Moje macierzyńskie serce prosi, abyście pojęli, że jesteście Bożą rodziną. Ojciec Niebieski obdarzył was  duchową wolnością, jesteście więc wezwani,  aby samodzielnie rozpoznawać  prawdę, dobro i zło. Niech modlitwa i post otworzą wasze serca i pomogą wam odkryć Ojca Niebieskiego przez mojego Syna. Kiedy odkryjecie Ojca, wasze życie będzie podporządkowane pełnieniu woli Bożej i tworzeniu Bożej rodziny, bo tego Syn mój pragnie. Będę z wami na tej drodze. Dziękuję wam.

Posted in Medziugorje, Orędzia | Otagowane: , | 3 komentarze »

Opowiadanie wigilijne

Posted by Dzieckonmp w dniu 2 stycznia 2011


Zdarzyło się to na Węgrzech, w małym miasteczku liczącym około 1500 mieszkańców.

Nauczycielka szkoły powszechnej była zagorzałą ateistką. Całe jej nauczanie zmierzało do tego, aby odebrać dzieciom wiarę w Boga. Dzieci nie śmiały się bronić. A jednak ich rodziny były wierzące i głęboko przywiązane do praktyk religijnych. Ojciec Norbert, proboszcz parafii, zbierał dziatwę w kościele, na lekcje katechizmu. Nauczanie religii napotykało na wielkie trudności, a jednak dzieci wynosiły z tej nauki wiele i uczęszczały do sakramentów św.

Panna Gertruda, miała jakiś tajemniczy sposób wykrywania dzieci, które przyjmowały Komunię św. i po prostu szalała. A chyba nikt nie mógł donosić, bo cała parafia i dzieci były zżyte.

W klasie IV a była dziewczynka 10-letnia imieniem Anielka, bardzo inteligentna, sumienna. Miała złote serduszko i każdemu spieszyła z pomocą. Była lubiana przez wszystkich.

– Pewnego dnia – opowiada o. Norbert – prosiła mnie o pozwolenie, aby mogła codziennie komunikować.

– Czy wiesz na co się narażasz? zapytałem.

– Księże proboszczu, ona mnie nie pochwyci na żadnym zaniedbaniu się. Gdy przyjmuję Komunię św. jestem silniejsza – powiedziała uśmiechnięta. Pozwoliłem. Od tej chwili IV a stała się jakby przedpiekłem. Nauczycielka uwzięła się na nią i obsypała wyzwiskami. Dziecko znosiło je po bohatersku, lecz mizerniało i bladło.

– Anielko, czy to nie za ciężko? – pytam.

– O nie. Jezus więcej wycierpiał.

Byłem zachwycony postawą dziecka. Nie mogąc przyłapać jej na zaniedbaniu, nauczycielka postanowiła osłabić wiarę dziecka. Wobec masy argumentów, które przeciw Bogu wytaczała, Anielka często nie umiała znaleźć odpowiedzi i stała milcząca tłumiąc łkanie. Wiara jej była niewzruszona.

Pozornie nauczycielka triumfowała. Milczenie Anielki wyprowadzało ją z równowagi. Pozostawała więc tylko modlitwa. Rzecz stała się głośna w całym miasteczku i okolicy. Dla wszystkich było jasne, że w tej wątłej dziewczynce nauczycielka atakowała wspólne dobro – skarb wiary. Nawet rodzice dodawali jej otuchy. Wszyscy ją podziwiali.

Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, 17 grudnia p. Gertruda wymyśliła okropną zabawę, która w jej mniemaniu miała złamać dziecko.

– Co robisz, gdy rodzice cię wołają?

– Przychodzę.

– Doskonale.

– A co się dzieje, gdy rodzice wołają kominiarza?

– Kominiarz przychodzi.

Serduszko jej biło mocno wyczuwając podstęp.

P. Gertruda pyta dalej:

– Dobrze, kominiarz przychodzi, ponieważ jest, ponieważ istnieje. Ty również przychodzisz na wezwanie, ponieważ istniejesz. Ale wyobraź sobie, że rodzice wołają babunię, która umarła, Czy przyjdzie?

– Myślę, że nie.

– Brawo. A jeżeli zawołają Czerwonego Kapturka czy wróżkę leśną – co się wtedy stanie?

– Nikt nie przyjdzie, bo to bajki.

– Doskonale – triumfowała nauczycielka. Bardzo mądrze odpowiadasz. Widzicie, że osoby istniejące, przychodzą na wezwanie, nieżyjące – nie przychodzą.

– Tak – odpowiedziały dzieci chórem.

– Małe doświadczenie. Anielko wyjdź z klasy. Dziewczynka usłuchała. A teraz dzieci zawołamy ją.

– Anielko, krzyknęło zgodnie 30 dzieciaków, myśląc, że to jakaś zabawa. Anielka weszła.

– A więc gdy wołacie kogoś kto istnieje – przychodzi. Nie przychodzi ten, kto nie istnieje. Wyobraźcie sobie teraz, że wołacie Dzieciątko Jezus. Czy są między wami takie, które wierzą w Dzieciątko Jezus?

Cisza, a potem kilka nieśmiałych głosów: Tak, tak.

Nauczycielka teraz zwraca się do Anielki:

– A ty czy wierzysz, że Dzieciątko Jezus usłyszy gdy je zawołasz?

Anielka wykryła teraz podstęp i odczuła ulgę.

– Tak wierzę, że usłyszy – odpowiada z nagłą mocą.

– Doskonale. Ale spróbujmy. Zawołajcie więc wszystkie razem głośno: Przyjdź Dziecię Jezus. Raz, dwa, trzy – wołajcie.

Dziewczynki spuściły oczy.

W głębokiej ciszy rozległ się szatański śmiech.

– Oto, o czym chciałam was przekonać. Nie odważycie się wołać, bo wiecie dobrze, że nie przyjdzie to wasze Dzieciątko Jezus. A ponieważ was nie usłyszy – nie istnieje, jak Czerwony Kapturek i inne postacie z bajek. Jest tylko bajką, którą nianie opowiadają dzieciom przy kominku, ale nikt nie bierze tych opowiadań poważnie, bo nie są prawdą.

Speszone dzieci milczały przytłoczone pozornie oczywistością wypowiedzianych przez nauczycielkę słów. Może nawet w małych dziecięcych serduszkach obudziła się wątpliwość …

– Rzeczywiście, jeżeli istnieje dlaczego Go nie widzimy?

Anielka stała w ławce śmiertelnie blada.

Nauczycielka rozkoszowała się mieszaniem dzieci. Nareszcie zwyciężyła tę niegodziwą dziewczynkę.

Nagle, stało się coś nieoczekiwanego.

Anielka wyskoczyła na środek klasy, i z oczyma pełnymi blasku krzyknęła: Dobrze, zawołajmy! Słyszycie mnie?

Wszystkie wołały razem: Przyjdź Dziecię Jezus.

W mgnieniu oka, cała klasa znalazła się na nogach. Ręce złożone, wzrok palący, serca ściśnięte ogromnym pragnieniem i krzyk: Przyjdź Dziecię Jezus.

Nauczycielka nie spodziewała się czegoś podobnego. Bezwiednie cofnęła się i utkwiła oczy w Anielkę. Chwila głębokiej ciszy i znów wdzięczny dziecięcy głos: Jeszcze raz …

Był krzyk, który skały kruszył – powiedziała potem jedna z dziewczynek.

I wówczas stało się …

Dzieci nie patrzyły na drzwi, ale na przeciwległą ścianę, na której bieliła się twarzyczka Anielki. Ale oto, bezszelestnie otworzyły się drzwi i dzieciom wydawało się, że całe światło w nich się skupiło … światło to roslo, potężniało … aż przybrało postać ognistekj kuli. Wtedy ogarnęło je przerażenie, ale tylko przez chwilke tak, że nawet nie zdążyły krzyknąć.

Sala się rozwarła i we wnętrzu jej ukazało się Dzieciątko tak zachwycające, że dzieci oniemiały z wrażenia. Dzieciątko uśmiechało się do nich i choć nie mówiło ani słowa, sama obecność zdawała się czymś przesłodkim. Lęk i zdumienie zniknęły i dzieci odczuwały tylko jakieś przeogromne szczęście.

Trwało to chwilkę! Kwadrans? Godzinę? Tu świadectwa dzieci są różne, ale wszystkie jednogłośnie potwierdziły fakt. Opowiadają nawet zgodnie takie szczegóły jak: że Dziecię było biało ubrane i robiło wrażenie słońca. Bił od Niego taki blask, że światło dnia w porównaniu z nim wydawało się ciemnością.

Kilka dziewczynek doznało jakby porażenia oczu, inne patrzyły swobodnie z najwyższym zachwytem. Dzieciątko nie powiedziało nic, uśmiechało się tylko słodko, aż zniknęło w świetlistej kuli, która również zaczęła powoli wtapiać się w mrok. Drzwi się same cichutko zamknęły, a zachwycone dziewczynki, z serduszkami przepełnionymi radością, nie mogły przez chwilę powiedzieć ani słowa.

Nagle okropny krzyk rozdarł powietrze. Jak oszalała, z oczyma, które wyszły z orbit, nauczycielka wołała dzikim głosem: Przyszedł, przyszedł … gwałtonie rzuciła się do drzwi zamykając je z trzaskiem.

Anielka, jakby się obudziła ze snu. Widzicie, więc On jest. A teraz podziękujmy, że nas wysłuchał.

I wszyscy uklękli, mówiąc żarliwie: Ojcze nasz … Zdrowaś Maryjo … i Chwała Ojcu.

Rozległ się dzwonek na koniec lekcji i dziewczynki wybiegły na pauzę.

Rzecz oczywiście stała się głośna. Pytane jedne po drugich, dziewczęta dawały zgodne, identyczne odpowiedzi. W ich zeznaniach nie było najmniejszej rozbieżności. Dziwił również fakt, że zdarzenie całe nie wydawało się im czymś nadzwyczajnym.

– Ponieważ byłyśmy zaskoczone, Dzieciątko Jezus musiało przyjść, aby nas ratować – tłumaczyła jedna z dziewczynek.

A nauczycielka? Co się z nią stało? Musiano umieścić ją w sanatorium, gdzie przez czas pewien powtarzała bez przerwy: Przyszedł, przyszedł …

Źródło:wigilia.pl

Posted in Opowiadania | 13 komentarzy »