Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Ostrzeżenie

    13 kwietnia, 2029
    Pozostało: 8.9 lata.
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Żołnierze wyklęci Józef Kuraś „Orzeł” „Ogień”

Posted by Dzieckonmp w dniu 22 lutego 2011


Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci

OD PUŁKOWNIKA UB  DO JACKA KURONIA, CZYLI  JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO IMIĘ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI.

Zacznijmy sztampowo, od krótkiej noty o oplutym. Tytułowy dzielny Góral to urodzony w podhalańskiej wsi Waksmund, leżącej kilka kilometrów od Nowego Targu, Józef Kuraś „Orzeł”, „Ogień” – partyzant antyniemieckiego, a od kwietnia 1945 r. antykomunistycznego podziemia. Jeden z najsławniejszych dowódców polowych z okresu walki zbrojnej naszych przodków z komunizmem. W lecie 1946 r. podlegało jego rozkazom kilkanaście oddziałów partyzanckich, w sumie ok. 600 partyzantów. Liczba czynnych współpracowników zgrupowania partyzanckiego „Błyskawica”, którym dowodził, przekraczała 2 tysiące. Tak pisał „Ogień” w liście do Bieruta z 14 listopada 1946 r.:

Oddział Partyzancki „Błyskawica” walczy o Wolną, Niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę […] Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony.

Mjr. Józef Kuraś ps. "Ogień"

Mjr. Józef Kuraś ps. "Ogień"

Oddziały podporządkowane „Ogniowi” niepodzielnie panowały na terenie Podhala i Powiatu Tatrzańskiego, skutecznie paraliżując rozwój struktur partii komunistycznej, zwalczając ubeków oraz gorliwych milicjantów, a także tępiąc bandytyzm. Kto wie czy nie najpełniej, a na pewno najkrócej, zasługi „Ognia” w walce z procesem skomunizowania Polski oddał mimowolnie pewien działacz komunistyczny z Zakopanego, który na odbytej dnia 12 października 1946 r. naradzie aktywu wojewódzkiego PPR, sytuację struktur partyjnych na swym terenie scharakteryzował krótko: Partia [komunistyczna] w konspiracji.

„Ogień” zginął 22 lutego 1947 r. Otoczony przez grupę operacyjną UB-KBW we wsi Ostrowsko, sąsiadującej z jego rodzinnym Waksmundem, nie chcąc żywym dostać się w ręce komunistów, wybrał śmierć z własnej ręki. Ciało „Ognia” zostało zabrane przez komunistów do Krakowa. Tam ślad się urywa. Do dziś nie wiadomo, gdzie je pogrzebano. Motywy takiego działania komunistów jasno przedstawił Kazimierz Jaworski, kierownik sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w nowotarskim PUBP:

Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.

Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. "Ognia" (zaznaczony "×") Gorce, lato 1946 r.

 

Żołnierze ze zgrupowania Józefa Kurasia "Ognia".

Na początek ta garść informacji o „Ogniu” niech wystarczy. Inne istotne elementy jego życiorysu przedstawię w dalszych partiach tekstu, w których poddam konfrontacji dwa nieprzystające do siebie światy: świat faktów oraz świat oszczerstw, kierowanych na przestrzeni dziesiątków lat przeciwko postaci „Ognia”, których skromny wybór jest osią tego artykułu.

Ponieważ dla wrogów komunizmu „Ogień” już za życia był, i pozostaje nadal, postacią wręcz legendarną, warto prześledzić, jakimi metodami zohydzano jego postać. Powinno się przy tym pamiętać, że dla procesu odczłowieczania „Ognia” nie było przez cały ponad czterdziestoletni okres PRL-u żadnej przeciwwagi. Nawet międzypokoleniowy przekaz rodzinny uległ co do zasady zerwaniu, z uwagi na uzasadnioną obawę starszych, że jeżeli dzieci w szkole powiedzą na temat „bandyty” „Ognia” coś kontra komunistycznej propagandzie, to zarówno one jak i ich rodzice będą z tego powodu w kłopotach. Taki mechanizm działał, niestety, w odniesieniu do całego zjawiska zbrojnej walki z komunistami z drugiej połowy lat 40-tych i początku 50- tych ubiegłego stulecia.

Ale do rzeczy. Zerknijmy na początek do prasy komunistycznej z 1946 r. „Dziennik Polski”, w numerze z 26 lutego 1946 r. („Ogień” ma się wtedy jeszcze dobrze, przed nim blisko rok intensywnej walki z komunistami), w tekście pod wielce wymownym tytułem Członkowie SS w bandach NSZ, poświęconym przede wszystkim właśnie „Ogniowi”, donosił:

Jest to pseudonim znanego przed wojną koniokrada, psychopaty Józefa Kurasia, który w czasie wojny prowadził partyzantkę na własny rachunek, odznaczając się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej […] Władze bezpieczeństwa posiadają w tej chwili niezbite dowody współdziałania band „Ognia” i NSZ z członkami SS.

Cóż, to ohydna, ale i toporna propaganda z pierwszego okresu socjalizmu wywłaszczeniowego (czytaj też: rządów partii komunistycznej). Podobnych tekstów na temat „Ognia” napisano wówczas wiele. Tak, w nieco tylko zmienionej tonacji, miało być jeszcze przez długi czas.

Rozkaz Józefa Kurasia „Ognia” z 8 VIII 1946 r., który nie pozostawia żadnych wątpliwości co do żelaznej dyscypliny jaka panowała w jego oddziałach oraz jakie konsekwencje groziły za niesubordynację lub pospolity bandytyzm.

Przenieśmy się teraz w koniec lat 70-tych, dokładnie do roku 1978. Oto szacowne, krakowskie Wydawnictwo Literackie wypuszcza na rynek wspomnienia Stanisława Wałacha „Był w Polsce czas…”. Autor to wysokiej rangi funkcjonariusz UB – w latach „utrwalania władzy ludowej” szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa kolejno w Chrzanowie, Limanowej i Nowym Sączu, następnie kierownik Wydziału III (przeznaczonego do walki z „bandytyzmem”, czyli podziemiem niepodległościowym) w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Krakowie. Swą służbę dla partii komunistycznej zakończył w stopniu pułkownika Służby Bezpieczeństwa. Uczestniczył w akcjach przeciwko partyzantce „Ognia”. To już trzecie wydanie wspomnień „Pana Pułkownika”, tym razem w nakładzie 20 tys. egzemplarzy. Czytamy w górnym rogu drugiej strony tej publikacji, że  jest to Książka zatwierdzona przez Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego […] do bibliotek szkół średnich. Warto zwrócić uwagę na krótki passus ze wstępu od autora:

Obok licznych uzupełnień, w drugim wydaniu książki znalazły się dwa nowe większe fragmenty: rozdział poświęcony postaci Józefa Kurasia „Ognia”, przywódcy znanej na Podhalu reakcyjnej bandy […] (podkr.  G.W.). Na przedstawienie w pełnym świetle działalności „Ognia” po wyzwoleniu zdecydowałem się z dwóch względów: tworzącej się legendy Kurasia – ofiary, zmuszonego do chwycenia za broń […].



Płk. UB/SB Stanisław Wałach.

W ten oto sposób pułkownik SB przyznał, że mimo trzydziestu z okładem lat szkalowania postaci „Ognia” z użyciem pełnej palety środków komunistycznej propagandy, przy której wczorajszo – dzisiejszy medialny „przemysł pogardy” wydaje się mieścić w ramach  wymaganego od dziennikarzy przez prawo standardu kwalifikowanej staranności i rzetelności, nadal jeszcze pewna część społeczeństwa, zachowuje o nim, wbrew woli partii komunistycznej i podejmowanym przez nią wysiłkom „edukacyjnym”, dobre zdanie (już widzę współczesny opis „socjologiczny” tej grupy ludzi sporządzony przez jakiegoś wybitnego przedstawiciela „wspólnoty ludzi przyzwoitych” – mógłby brzmieć on np. tak: na tę nieznośnie banalną, bogoojczyźnianą, zbudowaną na nacjonalizmie i ksenofobii legendę „Ognia” podatni byli wówczas przede wszystkim osobnicy przynależący do niewykształconej i sfrustrowanej niepowodzeniami życiowymi społeczności wiejskiej lub małomiasteczkowej z Małopolski, Podhala lub „ściany wschodniej”, pozostający pod wpływem obskuranckiego kleru).

Książka „Był w Polsce czas…”, w której autor – Stanisław Wałach – szkalował niepodległościowe podziemie, w tym również Józefa Kurasia „Ognia”.

„Pan Pułkownik”, zatroskany o świadomość tych, nadal pogrążonych w ciemnocie historycznej rodaków, włożył dużo swojego bezpieczniackiego serca w kolejny paszkwil poświęcony zohydzeniu postaci „Ognia”. W zamyśle autora jego opowieść miała chyba sprawiać wrażenie zbudowanej na faktach. Miała dawać czytelnikowi w realiach PRL-u 1978 poczucie, że obcuje on z przekazem w miarę wiarygodnym. Na chwilę, wybaczcie Państwo, przekażę narrację „Panu Pułkownikowi”:

Podniosła głowę, spojrzała wyżej. Dwadzieścia pięć metrów przed nią, obok drogi, na słupie telegraficznym wisiała kobieta. Pod „Wandą” ugięły się nogi […]. Utkwiła oczy w kołyszące się bezwładnie ciało kobiety, w jej opuszczone wzdłuż ciała ręce i przekrzywioną głowę, z której zdarto kolorową chustkę i rzucono na śnieg. Góralka. Nie znała jej, chociaż wiedziała, że jest tutejsza. Widywała ją przedtem. Podeszła jeszcze bliżej. POWIESZONA BYŁA W CIĄŻY (podkr. – G.W.). Do kaftana miała przypiętą kartkę. Wyrok. Za współpracę z władzami. „Ogień” zawsze tak robił, żeby mu nikt nie zarzucił, że zabija bez powodu. Przyjrzała się i zdrętwiała – kartka była przypięta jej agrafką. Widziała „Ognia” strzelającego do ludzi, zabijającego, ale to, co zrobił teraz, było straszne i okrutne.

Wystarczy tych kalumnii. Dla oddania mechaniki kłamstwa naprawdę wystarczy.

Zanim przedstawię faktografię, chcę zwrócić uwagę na zabieg zastosowany przez „Pana Pułkownika”. Podaje on, że ta nieszczęsna, ciężarna kobieta została powieszona za współpracę z władzami. To uprawdopodabnia całe zdarzenie. Jej śmierć nie jest bowiem tylko następstwem tego, że miała pecha i spotkała na swej drodze psychopatycznego mordercę – Józefa Kurasia – ale stanowi karę wymierzoną za współpracę z władzami komunistycznymi. Sądzę, że ten rodzaj opisu był przez „Pana Pułkownika” obliczony na wywołanie efektu odrzucenia wśród jeszcze nie do końca urobionych przez instytucje propagandy komunistycznej czytelników – tych podatnych na legendę „Ognia”. Wszak niezależnie od przewin powieszonej kobiety fakt, że była w ciąży powinien ją uchronić od śmierci z rąk „Ognia”. Kto morduje kobietę w ciąży nie broni bowiem żadnego porządku, żadnej reguły. Zasługuje na potępienie.

Spieszę wyjaśnić, że zbrodnia taka miała miejsce. W sąsiadującym z Waksmundem Ostrowsku rzeczywiście powieszono kobietę. W 1945 r. Na słupie telegraficznym. Powieszona była w zaawansowanej ciąży. Na czym polega zatem perfidia „Pana Pułkownika”?

Na tym, że mord ten miał tło obyczajowe i nie miał prawie nic wspólnego z działalnością „Ognia”. Piszę „prawie”, a nie „nic” z tego powodu, że to „Ogień”, a nie Milicja Obywatelska, wykrył sprawców tego odrażającego czynu (było ich dwóch), wydał na nich m.in. za to (obciążały ich również inne czyny o charakterze kryminalnym) wyrok śmierci, a następnie z jego rozkazu zostali oni zlikwidowani. I tak oto ten, który ustalił sprawców zbrodni i wymierzył im sprawiedliwość, został przedstawiony jako sprawca zbrodni. I proszę mi wierzyć, praca „Pana Pułkownika” nie poszła na marne. Słowo drukowane ma moc. A kiedyś miało większą niż ma teraz. Do dziś dla niektórych mieszkańców Podhala sprawcą tej zbrodni pozostaje „Ogień”. A inni mówią o tym: Panie, a wiadomo jak tam było?

Uważny czytelnik zapewne dostrzegł, że pośród przywołanych we wcześniejszych partiach tekstu fragmentów szkalujących „Ognia”, wyróżniłem przez podkreślenie te ich części, w których pod adresem „Ognia” i jego oddziału używany jest obraźliwy epitet „banda”. Uczyniłem tak nie dlatego, że jest on szczególnie wyszukany, wszak w zestawieniu z „koniokradem i psychopatą, współdziałającym z SS-manami” nie robi raczej większego wrażenia, ale po to, aby uprzytomnić szanownym czytelnikom ciągłość stosowania, przez cały czas PRL-u, tej inwektywy wobec człowieka, który niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej cenił nad życie. Zrobiłem tak również z tego powodu, że bardzo bym chciał napisać, że to wszystko skończyło się wraz z upadkiem rządów partii komunistycznej w Polsce. Że rok 1989 jest cezurą czasową dla tego typu obelg kierowanych pod adresem „Ognia”, że ten straszny dla prawdy, wolności i pamięci o obrońcach tych wartości czas został odkreślony „grubą kreską”, że tylko pogrobowcy partii komunistycznej mogą jeszcze poważyć się na coś takiego. Chciałbym tak napisać, ale nie mogę, bo rozminąłbym się  z prawdą.

Komuniści przez kilkadziesiąt lat kreowali opinie o „Ogniu”. Zafałszowana propaganda miała zastąpić fakty skrywane w archiwach. Tak było również w przypadku spektaklu telewizyjnego „Rano przeszedł huragan” (premiera: 17 V 1965 r.), wyreżyserowanym przez Jana Bratkowskiego, na podstawie obrzydliwie szkalującej „Ognia” powieści byłego sekretarza powiatowego PPR w Nowym Targu, Władysława Machejka [zobacz: tzw. machejkizm], pod tym samym tytułem, w której autor zawarł fragmenty rzekomego notatnika Józefa Kurasia „Ognia”, i który przez lata wielokrotnie cytowany był jako autentyk. Przygotowując swoje „dzieło” Bratkowski zwrócił się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (spadkobierców Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) o udostępnienie zdjęć zgrupowania „Ognia”, które miały być wykorzystane w spektaklu. Ówczesny Zastępca Komendanta Wojewódzkiego MO ds. Bezpieczeństwa w Krakowie, znany już czytelnikom, płk UB/SB Stanisław Wałach zadbał o dostarczenie reżyserowi wytypowanych przez niego zdjęć, co pokazuje powyższy dokument. Proszę jednak szczególnie uważnie przyjrzeć się ostatniemu zdaniu, które ukazuje całą perfidię metod szkalowania niepodległościowego podziemia, w którym to „Pan Pułkownik” sugeruje, by nie przekazywać  TVP zdjęcia zgrupowania „Ognia” w umundurowaniu WP, ponieważ mogłoby ono ukazać widzom skrzętnie ukrywaną prawdę, że jednak był to oddział  niepodległościowej partyzantki, a nie – w myśl założeń komunistycznej propagandy – banda terrorystyczna, czy rabunkowa.

Rzekomy „notatnik Ognia” z książki Władysława Machejka „Rano przeszedł huragan” do dziś cytowany jest jako autentyczny dokument, a niechlubnym przykładem niech będzie choćby „słynny” Jan Tomasz Gross i jego książka „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”.

Za chwilę zapoznam szanownych czytelników z wyjątkami z pisarskiej twórczości Jacka Kuronia. Zanim jednak to nastąpi, jestem winien młodszym z nich kilka zdań wprowadzenia do tego wątku.

Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, w pierwszych miesiącach i latach wolności Jacek Kuroń był u szczytu swej popularności. Jako jedna z ikon przedsierpniowej opozycji demokratycznej i czołowy działacz podziemia solidarnościowego lat 80., więzień polityczny PRL-u, cieszył się wówczas bardzo dużym zaufaniem społecznym. Jego obraz medialny można nakreślić następująco: serdeczny wobec zwykłych ludzi, bezpośredni, zatroskany o los pojedynczego człowieka, człowiek mądrego kompromisu – polityk, czy raczej działacz społeczny otwarty na racje innych (choć czasami na obrazie tym pojawiały się rysy, np. w 1992 r. – w sprawie lustracji, której był zdecydowanym wrogiem; w wywiadzie telewizyjnym poświęconym tej kwestii z wściekłością na twarzy mówił o zwolennikach lustracji jako o ludziach chorych z nienawiści.
Jego książka „Wiara i wina. Do i od komunizmu”, wydana po raz pierwszy w 1989 r., biła rekordy popularności. Zapotrzebowanie na nią było tak duże, że już rok później wyszło trzecie wydanie tej książki. Czytamy tam:

Właściwie wszystko, co tu opowiadam, jest zarazem historią PRL-u […].  

(Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, Wydanie III, poprawione, s. 247)

Czytelnik książki Kuronia nie powinien mieć zatem żadnych wątpliwości, że autor, człowiek wysokiego zaufania publicznego, przedstawia obraz prawdziwy. Zwłaszcza, gdy pisze o konkretnych ludziach. Po kilku kolejnych zdaniach książki, pełniących rolę wprowadzenia do interesującego nas wątku, czytelnik ma możliwość poznać dość specyficzną charakterystykę „Ognia”, przedstawioną przez Kuronia w formie opisu relacji współwięźnia, z którym autor „Wiary i winy. Do i od komunizmu” siedział przez pewien czas w jednej celi. Oto ona:

Ogień – Józef Kuraś – legendarny przywódca Podhala, najpierw należał do AK, potem założył własną bandę. Ponieważ był antyakowski, po wojnie został szefem bezpieczeństwa w Nowym Targu. Potem z całym Urzędem Bezpieczeństwa poszedł do lasu i niesłychanie długo terroryzował Podhale.
 

(J. Kuroń, op. cit., s. 247)

Stop. Kilka słów koniecznego, jak sądzę, wyjaśnienia. W okresie walki przeciwko okupantowi niemieckiemu, która w przypadku „Ognia” datuje się od 1940 r. (od 1942 r. na stałe z bronią w ręku), należał on kolejno do Związku Walki Zbrojnej, Konfederacji Tatrzańskiej, Armii Krajowej i Ludowej Straży Bezpieczeństwa (od wiosny 1944 r.), która była zbrojną formacją konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego „Roch” (rodzina „Ognia” była związana z ruchem ludowym, jego ojciec był aktywnym działaczem struktur powiatowych przedwojennego ruchu ludowego). Jesienią 1944 r. oddział dowodzony przez „Ognia” był oddziałem wykonawczym Powiatowej Delegatury Rządu na Kraj w Nowym Targu.
Siłą powyższych faktów owa „banda”, o której pisze Kuroń, to oddział polskiej partyzantki niepodległościowej, mocno osadzony w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego. Podkreślam, że w zdaniu pierwszym cytatu mowa jest o okresie okupacji niemieckiej.

Przejęta przez UB kartka z tekstem  przysięgi obowiązującej we wszystkich oddziałach „Ognia”: „Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że będę wiernie służył Ojczyźnie swojej. Dla Polski Ludowej poświęcę swoje życie. Rozkazy swoich dowódców będę sumiennie wykonywał, o prawa należne chłopu i wsi polskiej będę walczył. Tajemnicy dochowam choćby padło przypłacić własną krwią. Tak mi dopomóż Bóg.”

Nie jest prawdą, że „Ogień” został szefem UB w Nowym Targu dlatego, że był „antyakowski”. W rzeczywistości został nim, na całe trzy tygodnie, realizując ówczesną polityczną koncepcję Stronnictwa Ludowego „Roch”, polegającą na obsadzaniu własnymi ludźmi tworzących się terenowych struktur władzy. W uzyskaniu przez „Ognia” nominacji na to stanowisko pomocna była bez wątpienia współpraca z partyzantką radziecką, jaka była udziałem jego oddziału w końcowej fazie okupacji niemieckiej. Jak już wspomniałem, szefem UB w Nowym Targu „Ogień” był przez trzy tygodnie (do 11 kwietnia 1945 r.), po czym na czele większości obsady tegoż urzędu, wcześniejszych partyzantów z oddziału „Ognia”, „poszedł  w góry” walczyć o Polskę bez komunistów. Zdezerterowały wówczas także załogi kilku okolicznych posterunków MO, w większości składające się, podobnie jak UB w Nowym Targu, z podkomendnych „Ognia” z okresu partyzantki antyniemieckiej.

Dla czytelników książki Kuronia okres powojenny to kompletna degrengolada „Ognia”, jego całkowity upadek także w sferze obyczajowej. W kolejnych wersach czytamy:

Otóż Ogniowi co pewien czas podobała się jakaś dziewczyna, więc brał z nią ślub. Czy zawierał małżeństwa w kościele, pod bronią, zmuszając księży do udzielania kolejnych ślubów, czy obywał się bez kościoła, nieważne, fakt, że wesela robił najhuczniejsze na świecie. Przy okazji rozwalał czerwonych i Żydów. Właśnie w Rabce odbył się taki ślub. Ogień naprzód wylał wódę, potem kazał wypuścić ją w rynsztoki, podpalił gorzelnię i w świetle pożaru pędził w świetle kuligu z tą nowo poślubioną żoną.
 

(J. Kuroń, op. cit., s. 247)

Uprzedzałem, że czytelnik książki Kuronia dowie się, że po wojnie „Ogień” spadł na samo dno. Przy tym nie dziwi to, że „Ogień” stojąc na czele bandy terroryzował Podhale. Wszak bandy zwykle tak właśnie zachowują się na terenie, na którym grasują. Co bardziej wnikliwi powinni jednak zastanowić się dlaczego „Ogniowi” udawało się to tak długo, skoro wiadomo, że żadna partyzantka, a zwłaszcza ścigana przez władze z taką zaciekłością, jak partyzantka antykomunistyczna w Polsce, nie jest w stanie utrzymać się w terenie bez poparcia miejscowej ludności (gdyby choć promil sił użytych przez partię komunistyczną do zwalczania podziemia antykomunistycznego wykorzystany został do ochrony terenu Treblinki, książka Jana Tomasza Grossa „Złote żniwa” zostałaby odarta z jednego z najważniejszych wątków).

Natomiast, śluby z dziewoją, która akurat co wpadła w oko watażce i krwawy kulig w scenerii przesyconej wódą, żądzą i rynsztokiem, pełniącym rolę detalu uwiarygodniającego opis, a jednocześnie symbolizującym całkowitą degrengoladę nakreślonej w ten sposób postaci, robią jednak pewne wrażenie. To iście filmowy obraz, przy którym „Dzika banda” z okresu rewolucji meksykańskiej, odmalowana w filmie Sama Peckinpaha pod tym samym tytułem, wydaje się być przy „Ogniu” i jego „bandzie” oddziałem Armii Zbawienia. A z drugiego planu przebija się dyskretnie zarysowane przez narratora tchórzostwo kleru katolickiego z Podhala. Bali się watażki „Ognia” na tyle, że wprawdzie pod przymusem, ale jednak uczestniczyli w ohydnych spektaklach profanacji sakramentu małżeństwa – według Kościoła jednego z siedmiu sakramentów świętych.

„Najgroźniejsze było to, że banda «Ognia» miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie”.

(I sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Nowym Targu Jan Półchłopek)

Jak naprawdę było? Otóż „Ogień” wziął ślub dwukrotnie. Po raz pierwszy w lutym 1940 r. Za żonę pojął wówczas Elżbietę z domu Chorąży. Ich małżeństwo nie trwało długo. Zostało przerwane 29 czerwca 1943 r., kiedy to oddział żandarmerii niemieckiej, w odwecie za niepodległościową partyzantkę „Ognia”, zamordował jego żonę – Elżbietę, ich dwuletniego synka Zbyszka (ur. 17 grudnia 1940 r.), a także 73-letniego ojca „Ognia” – Józefa. Dom rodzinny „Ognia” został przez Niemców oblany benzyną i podpalony. Ciała pomordowanych najbliższych „Ognia” Niemcy pozostawili w płonących zabudowaniach. Mieszkańcom wsi Waksmund zabronili gaszenia pożaru. To właśnie po tych wydarzeniach Józef Kuraś, używający dotychczas pseudonimu „Orzeł”, przyjął pseudonim „Ogień”, pod którym walczył do swej śmierci i pod którym przeszedł do historii.

Po raz drugi „Ogień” wstąpił w związek małżeński w Święta Wielkanocne – 21 kwietnia 1946 r. (niedziela). Poślubił Czesławę z domu Polaczyk (zmarła w roku 2007). Uroczystość udzielenia sakramentu małżeństwa młodej parze miała miejsce w biały dzień (zaczęła się o godz. 14.00), w kościele katolickim w Ostrowsku. Sakramentu małżeństwa udzielił ks. Józef Dewera. Na czas ceremonii zaślubin Ostrowsko zostało obstawione przez „Ogniowców”. Uroczystość przebiegła godnie i spokojnie. Następnego dnia na Górze Waksmundzkiej, w masywie Turbacza, bawiono się i tańczono na weselu wyprawionym przez „Ognia”. Weselnikom przygrywała do tańca orkiestra cygańska. Była to normalna, choć w anormalnych warunkach wyprawiona, impreza weselna (oczywiście nikogo „przy tej okazji” nie „rozwalono”, ani czerwonego, ani Żyda). Do jesieni 1946 r. małżonka „Ognia” przebywała przy oddziale. W listopadzie 1946 r., będąc w stanie błogosławionym, została skierowana przez męża na kwaterę konspiracyjną w Bochni. 2 lutego 1947 r. w szpitalu w Krakowie urodziła syna, któremu zgodnie z życzeniem „Ognia” dała na imię Zbyszek. „Ogniowi” nie było dane ujrzeć swego potomka. Zginął śmiercią samobójczą w niespełna trzy tygodnie po przyjściu Zbyszka na świat. Mam zaszczyt znać Zbigniewa Kurasia, aktualnie mieszkańca Nowego Targu, a także większość rodziny Kurasiów mieszkającej w ich rodzinnym Waksmundzie. Dumni ludzie. Wiele  wycierpieli za samo nazwisko. Jak widać nie tylko w PRL-u.

Lato 1946, Kiczora. Józef Kuraś „Ogień” z żoną Czesławą z d. Polaczyk.
Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci
Nie chciałem przerywać wstrząsającego w wymowie, jak sądzę, zestawienia  prawdziwego  obrazu wątku rodzinnego „Ognia”, niezwykle przecież tragicznego, z  uprzednio przywołanym opisem z książki Kuronia, dlatego tylko nawiasowo zasygnalizowałem, że „Ogniowcy” „przy okazji wesela herszta bandy nikogo nie rozwalili” (żeby utrzymać się jeszcze przez chwilę w „estetyce” opisu z książki Kuronia). W istocie partyzanci „Ognia” nie „rozwalali” ludzi przy takiej, czy innej okazji; likwidacje były wykonywane jako kara za konkretne i ciężkie winy.
[…] cieszy się on [Kuraś] zaufaniem społeczeństwa […]  «Bandy Ognia» nie ma tylko my [Podhalanie] jesteśmy wszyscy «ognikami» – mówił Prezes PSL Edward Polak na sesji Powiatowej Rady Narodowej w lutym 1946 r.

Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany – mówił wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski „Herkules”, adiutant „Ognia”. Znana jest sprawa wydania przez „Ognia” i wykonania przez jego podkomendnych wyroku śmierci na człowieku związanym z partyzantką niepodległościową, który po zakończeniu latem 1945 r. działalności partyzanckiej dopuścił się zabójstwa dwóch kupców – Żydów. I za to właśnie otrzymał wyrok śmierci od „Ognia”. To raczej dziwne zachowanie – mam na myśli wydanie za taki czyn  wyroku śmierci i doprowadzenie do jego wykonania –  jak na człowieka  „rozwalającego Żydów”.

Pamiętajmy i o tym, że na terenie działalności oddziałów „Ognia”, w okresie ich aktywności bojowej, przebywały setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u stóp matecznika „Ognia”, czyli Gorców. Nowy Targ i inne okoliczne  miejscowości, w których przebywali Żydzi, wielokrotnie były miejscem zbrojnych wystąpień „Ogniowców”. Nigdy jednak, jak słusznie podkreślał „Herkules”, nie doszło tam do żadnej akcji podkomendnych „Ognia”, której celem byłby Żyd, za pochodzenie. Ginęli natomiast z rozkazu „Ognia”, zdecydowanie bez względu na pochodzenie, funkcjonariusze UB, konfidenci i lokalni aktywiści komunistyczni. Bez wątpienia z rąk „Ogniowców”, wskutek akcji wymierzonych przeciwko ww. kategoriom osób, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak z tego powodu, że „Ognia” cechował antypolonizm, czy też, że dążył on do wygubienia narodu polskiego.

Wyroki śmierci (m.in. dla zastrzelonego za znęcanie się nad więźniami Jana Racławskiego – naczelnika więzienia UB w Nowym Targu) wydawane przez Józefa Kurasia „Ognia”.

Wątek podziemia antykomunistycznego został przez Kuronia ponownie podjęty, choć już w oderwaniu od postaci „Ognia”, w kilka lat później, w napisanej wspólnie z Jackiem Żakowskim książce „PRL dla początkujących” (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, Pozycja wsparta dotacją Ministerstwa Kultury i Sztuki.). Tym razem Kuroń pokusił się o ocenę ogólną na temat kondycji oddziałów partyzantki antykomunistycznej:

W 1945 r. oddziały partyzanckie były zbyt rozdrobnione i za słabe, żeby atakować na przykład wojskowe magazyny. Bały się, że zostaną wykryte i rozbite przez Sowietów. Więc rabowano chłopów. Ruszył proces wyradzania się partyzantki w bandytyzm. Od chwili rozwiązania AK (styczeń 1945 r. – przyp. G.W.) coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej.  

(Jacek Kuroń, Jacek Żakowski, PRL dla początkujących, Wrocław 1996, s. 13)
Specyficzny to obraz podziemia, w którym jego potencjał, zresztą zdaniem Kuronia – jak widać – słabiutki, mierzy się wskazaniem obiektów, które miały być, z uwagi na możliwości atakujących, przedmiotem akcji aprowizacyjnych. Na płótnie takiego obrazu nie ma miejsca na idee odmalowanego w taki sposób podziemnego zrywu, o jakimkolwiek jego etosie nie wspominając. Przypomnijmy zatem, że chodzi bądź co bądź o polskie podziemie niepodległościowe, walczące w skrajnie trudnych warunkach z reżimem komunistycznym o niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej. O podziemie, przez które przewinęło się ponad 150 tys. naszych rodaków, z czego w różnych okresach ponad 20 tys. walczyło  w oddziałach partyzanckich z bronią w ręku. O podziemie, którego żołnierze w okresie od stycznia 1945 r. do czerwca 1948 r. przeprowadzili w sumie co najmniej 63 akcje odbicia więźniów z więzień, obozów, placówek oraz konwojów UBP i NKWD, w wyniku których uwolniono nie mniej niż 3750 więźniów !!! (zobacz: Kazimierz Krajewski, Akcje uwalniania więźniów z więzień, obozów oraz placówek UBP i NKWD 1944 – 1948. Wstępna próba bilansu).
O podziemie, którego resztki, pomimo okrutnego terroru komunistycznego wymierzonego w zaplecze partyzantki – czyli ludność wspierającą „leśnych” – przetrwały do początków lat 50. ubiegłego stulecia, co jest znakomitym dowodem, że cieszyło się ono trwałym poparciem niemałej części naszych przodków. O podziemie, które spłynęło krwią dziesiątków tysięcy jego żołnierzy poległych i pomordowanych w walce o prawo człowieka do wolnego życia na ziemi. O podziemie, którego polegli i pomordowani żołnierze spoczywają w znakomitej większości w nieznanych do dziś miejscach, pogrzebani tam przez komunistów, którzy w ten sposób odmówili im nawet prawa do ludzkiego, czyli godnego pochówku. Wreszcie o podziemie, o którym pamięć narodowa miała zostać, tak jak one, zabita.
Zwłoki dowódcy 3. kompanii zgrupowania „Ognia”, por. Henryka Głowińskiego „Groźnego” (z prawej) i Jana Osieckiego „Bratka”, poległych w walce z KBW w Bielance 9 listopada 1946 r. UB nigdy nie zdołało ustalić prawdziwej tożsamości „Groźnego” mimo poszukiwań prowadzonych jeszcze w latach 70.

Nie miał jakoś Kuroń serca do walczących z komunistami na śmierć, a nie na życie. Dlaczego? Od niektórych znajomych słyszałem taką oto opinię, że ponieważ Kuroń sam przez pewien czas budował komunizm, a potem przez kolejne lata, już w kontrze do partii komunistycznej, starał się system ten poprawić, ulepszyć – żeby ludziom lepiej się w nim żyło (to nie sarkazm) – to nie miał wielkiego zrozumienia ani sympatii dla tych, którzy ten system z całych sił i z bronią w ręku zwalczali. Czy jest w tej opinii jakaś racja? Trudno orzec.

W książce „Wiara i wina. Do i od komunizmu” jest fragment, w którym Kuroń wspomina, że gdy wraz z Karolem Modzelewskim w 1965 r., po wyroku skazującym za słynny, choć szerokiej opinii publicznej raczej nieznany w treści, niestety, List otwarty do Partii, byli wyprowadzani w kajdanach z budynku warszawskiego sądu, zgromadzeni tam ich koledzy (Kuroń pisze o tłumie) śpiewali im „Międzynarodówkę”. Mocna scena. Przemawia do wyobraźni. Dajmy zatem wyobraźni jeszcze trochę popracować. Załóżmy, że podczas procesów żołnierzy podziemia antykomunistycznego, czyli raptem jakieś 20–12 lat wcześniej niż proces Kuronia i Modzelewskiego, na salach sądowych mogli być obecni koledzy skazywanych, wszystko jedno czy z oddziałów, czy z dzieciństwa. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że choć jedna taka publiczność, z dziesiątek tysięcy publiczności sądowych na procesach, w których władza komunistyczna wymierzała karę „Żołnierzom Wyklętym”, zaśpiewałaby swym kolegom nie np. „Jeszcze Polska nie zginęła” lub „Boże coś Polskę” – z błagalną prośbą Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie, lecz Bój to jest nasz ostatni / Krwawy skończy się trud  / Gdy związek nasz bratni / Ogarnie ludzki ród…?

Toż to kompletny surrealizm. Taką wizję może przyjąć tylko wyobraźnia chora. Józef Mackiewicz, zwracając uwagę, że wybór akurat „Międzynarodówki” na pieśń wyśpiewaną Kuroniowi i Modzelewskiemu podczas wyprowadzania ich w kajdanach z sali sądowej mówi co nieco o horyzontach ideowych  śpiewającego wówczas chóru  towarzyszy skazanych, podsumował tę sytuację krótko:

To coś jakby bojówka Piłsudskiego zaintonowała przed X Pawilonem „Boże, Caria chrani”. 

(Józef Mackiewicz, Okupacja – czy coś gorszego? O Ninie Karsov kontrrewolucyjnym piórem, Wiadomości 1970, nr 12/13)
Czy wyzwanie, które rzuciłem wyobraźni szanownych czytelników coś tłumaczy? Może wskazuje na obcość porządków wartości tych dwóch tradycji postaw wobec systemu komunistycznego, skutkującą wzajemnym niezrozumieniem i potrafiącą zrodzić tak niesprawiedliwe oceny „Żołnierzy Wyklętych”, jakie były udziałem Kuronia?
Jacek Kuroń i Karol Modzelewski.
Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną, jak sądzę istotną okoliczność. Otóż konsultantem historycznym wspomnianej wyżej książki PRL dla początkujących był profesor Andrzej Friszke. Jeżeli dobrze rozumiem, na czym przy tego rodzaju publikacjach polega rola konsultanta historycznego, to mam podstawy twierdzić, że zaaprobował on, jako zgodny ze stanem rzeczy, przypomniany przeze mnie fragment książki dotyczący oddziałów podziemia antykomunistycznego. Na usprawiedliwienie Pana Profesora można zastrzec, że stan wiedzy na temat tegoż podziemia był w połowie lat 90. znacznie uboższy niż jest teraz. Przyrost tej wiedzy to oczywiście zasługa przede wszystkim Instytutu Pamięci Narodowej z okresu prezesury profesora Janusza Kurtyki. Ze smutkiem stwierdzam zatem, że odnotowałem co najmniej jedną publiczną wypowiedź profesora Friszke, dotyczącą pracy IPN pod kierownictwem profesora Kurtyki, w której dał on wyraz swej ocenie, że priorytety badawcze IPN są wytyczone źle, gdyż wątek zbrojnego oporu przeciwko systemowi komunistycznemu jest nadreprezentatywny, w stosunku do rzeczywistego jego znaczenia dla polskiej rzeczywistości po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zgodnie ze znowelizowaną siłami PO, PSL i SLD ustawą o IPN, Sejm RP wybierze wkrótce część członków Rady Instytutu Pamięci. Jedną z jej prerogatyw ustawowych jest formułowanie dla Prezesa Instytutu Pamięci, znacznie bardziej zależnego od Rady Instytutu oraz układu sił politycznych w Sejmie RP, niż miało to w okresie przed ww. nowelizacją, rekomendacji dotyczących podstawowych kierunków działalności Instytutu Pamięci w zakresie badań naukowych i edukacji. Jednym z kandydatów do Rady Instytutu wydaje się, że murowanym, jest profesor Andrzej Friszke. Czas pokaże, jakie będą priorytety badawcze i edukacyjne Instytutu Pamięci pod rządami nowych jego władz. Warto uważnie przyglądać się tej sprawie.
Prof. Andrzej Friszke.
Wracając na zakończenie do postaci „Ognia”, wspomnę, że 13 sierpnia 2006 r. ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński wraz ze Zbigniewem Kurasiem, synem „Ognia” uroczyście odsłonili w Zakopanem, w obecności kilku tysięcy ludzi, wzniesiony staraniem Fundacji „Pamiętamy”, przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pomnik upamiętniający „Ognia” i jego blisko stu podkomendnych, którzy padli w walce o wolność. Miejsce to, poza tym, że jest symboliczną mogiłą większości upamiętnionych tym pomnikiem braci naszych, którzy padli w walce z władzą nieludzką, pełni też rolę edukacyjną. Przypomina bowiem, jak inne tego rodzaju upamiętnienia, że komunizm był śmiertelnym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, oraz jaka jest cena za wolność. Byłoby dobrze, gdyby takie miejsca cieszyły się naszą troską i pamięcią.
[zobacz galerię zdjęć z uroczystości: 1>, 2>].
Pomnik „Ognia” i jego żołnierzy, poległych i pomordowanych przez komunistów, odsłonięty w Zakopanem 13 VIII 2006 r.

Ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński odsłania, wraz z synem mjr. „Ognia” – Zbigniewem Kurasiem, pomnik w Zakopanem.

„Sprawa złożenia broni: jako Polak i stary partyzant oświadczam: wytrwam do końca na swym stanowisku «Tak mi dopomóż Bóg». Zdrajcą nie byłem i nie będę. […] Daremne wasze trudy, mozoły i najrozmaitsze podstępy.” – z listu „Ognia” do UB.

Wzmiankowałem już w tym tekście, że w okresie PRL-u nacisk komunistyczny był tak powszechny i mocny, że zerwał nawet przekaz pokoleniowy na temat czynnej samoobrony naszych przodków przed komunistami. Przymusowe milczenie ludzi znających prawdę i trwająca dziesiątki lat, prowadzona z wykorzystaniem instytucji państwowych i oświatowych propaganda komunistyczna musiały doprowadzić do stanu, z którym zmagamy się po dziś dzień i przyjdzie nam się zmagać jeszcze długo. Do stanu powszechnej wręcz niewiedzy na temat historii zbrojnej walki o Polskę bez komunistów lub fałszywego historii tej postrzegania.

Broszura wydana przez Fundację „Pamiętamy” z okazji odsłonięcia pomnika w Zakopanem

Co gorsza, okres PRL-u wytworzył w myśleniu wielu ludzi skamielinę, która skutkuje brakiem zrozumienia, a w konsekwencji także brakiem szacunku dla ofiary i cierpienia w imię dobra wspólnego. Ta skamielina na naszych oczach niesiona jest, niestety, w młodsze pokolenia. W mojej ocenie jest ona wysoce niebezpieczna. Zagraża bowiem jednemu z fundamentów wspólnoty narodowej, za który uznaję właśnie szacunek dla ofiary złożonej przez naszych przodków na ołtarzu wolności. Pamiętajmy, że tradycja nieprzekazana następnym pokoleniom umiera. Dotyczy to także tradycji wolnościowej, bez której w przestrzeni publicznej nie ma miejsca na wartości będące treścią tej tradycji – takie jak odwaga, niezależność, honor, itd. To właśnie dlatego walka o pamięć jest tak ważna – jej istotą nie jest bowiem przeszłość, lecz przyszłość.

Grzegorz Wąsowski
Fundacja „Pamiętamy”

PS. Pomnik poległych i pomordowanych „Ogniowców” stoi w Zakopanem przy Równi Krupowej, nieopodal Dworca PKP, w bezpośredniej bliskości miejsca, z którego busy wycieczkowe ruszają w kierunku Morskiego Oka. Zachęcam do odwiedzania tego miejsca. Kto przed tym pomnikiem stanie, będzie mógł, pośród wyrytych na pomniku nazwisk, pseudonimów i dat śmierci „Ogniowców”, przeczytać następujący fragment z listu „Ognia” do „Groźnego” († 9 XI 1946 r.) z października 1946 r.: …i niech szlag trafi, ale w górę serca.
A może niektórzy czytelnicy tego tekstu uznają, że przy okazji bytności w Zakopanem, należy pod pomnikiem „Ogniowców” zapalić lampkę pamięci?

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji „Pamiętamy”, zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954.

Źródło: http://podziemiezbrojne.blox.pl

Komentarzy 21 to “Żołnierze wyklęci Józef Kuraś „Orzeł” „Ogień””

  1. Posiedzenie rządu w Jerozolimie. Polskiego rządu

    W czwartek 24 lutego, w Jerozolimie odbędzie się wspólne posiedzenie rządów Polski oraz Izraela. Mimo wcześniejszych zapowiedzi, nie dojdzie do podpisania umów gospodarczych między krajami. Polski rząd nie zdążył się do tego przygotować.

    Podpisanie umów gospodarczych opóźni się aż o pół roku. Powodem mają być przeciągające się prace nad umową po stronie polskiej (konsultacje międzyresortowe w tej sprawie trwały aż półtora roku) oraz przesłanie umowy do akceptacji przez Brukselę. – Litwini podobną umowę (z Izraelem) przygotowali trzy razy szybciej – mówi nieoficjalnie rozmówca Polskiej Agencji Prasowej.

    W związku z tym, że Polsce zabrakło czasu na zaakceptowanie umów, z listy tematów omawianych podczas spotkania w Jerozolimie zniknęły w ogóle sprawy gospodarcze. Nie odbędzie się również spotkanie premiera Donalda Tuska z przedstawicielami izraelskiego biznesu. Tematyka gospodarcza ma zatem zostać poruszona bezpośrednio w rozmowie obu premierów. – Omówią kwestie współpracy w dziedzinie lotnictwa, technologii wodnych, a to przecież są tematy gospodarcze – tłumaczy izraelski informator.

    – Premier Tusk zaprosi partnerów izraelskich do udziału w prywatyzacji naszych przedsiębiorstw – twierdzi z kolei ambasador RP w Izraelu Agnieszka Magdziak-Miszewska.

    Z informacji PAP wynika, że podczas spotkania w Jerozolimie ma zostać podpisana umowa o ochronie informacji niejawnych. Będą też przyjęte wspólne deklaracje o rozszerzeniu współpracy wojskowej, w sferze ochrony środowiska oraz o zwiększeniu wymiany młodzieżowej.

    W czasie rozmowy w cztery oczy szefowie obu rządów mają też rozmawiać o sytuacji politycznej w regionie – w związku z gwałtownymi zmianami w krajach arabskich. Netanjahu może również sondować stosunek Tuska do kwestii niepodległości państwa palestyńskiego, zwłaszcza że w drugiej połowie roku Polska przejmie rotacyjne przewodnictwo w Radzie UE, która będzie przecież musiała zająć stanowisko w tej sprawie.

    Polska i Izrael zapewniają, że wspólne posiedzenie rządów ma być manifestacją zacieśnienia i tak już bliskich stosunków między obu państwami. Podobną formę kontaktów Polska miała dotychczas wyłącznie z Niemcami i Francją – sojusznikami z Unii Europejskiej i NATO, zaś Izrael – z Niemcami i Włochami.

    – Polski rząd jest jednym z najbardziej nam przyjaznych rządów w Europie. To prawdziwa przyjaźń oparta na wspólnym, wielowiekowym historycznym doświadczeniu – podkreśla Mark Regew.

    Media izraelskie informując o wizycie polskiego rządu zauważają, że premier Netanjahu popada na arenie międzynarodowej, zwłaszcza europejskiej, w coraz większą izolację i spotkanie z polskim rządem ma służyć zatarciu tego negatywnego wrażenia. – To wyłącznie spekulacje nie mające nic wspólnego z faktami – ucina komentarze Regew.
    http://fronda.pl/news/czytaj/posiedzenie_rzadu_w_jerozolimie_polskiego_rzadu

    • 3pm said

      „Premier Tusk zaprosi partnerów izraelskich do udziału w prywatyzacji naszych przedsiębiorstw…”
      Mocodawca juz wszystko zaplanował, więc teraz jedynie wezwał wykonawcę, by go poinstruować, jak wykonwaca ma pracę wykonać, by nic nie popsuć…

      „- Polski rząd jest jednym z najbardziej nam przyjaznych rządów w Europie. To prawdziwa przyjaźń oparta na wspólnym, wielowiekowym historycznym doświadczeniu – podkreśla Mark Regew.”
      Swój ze swoim się zawsze dogada… to takie wielowiekowe i historyczne doświadczenie…

      • szach said

        Odżyły plany utworzenia Judeopolonii? Realizacja jak widać w toku. Polecam sięgnąć do naszej historii co nam ułatwi Feliks Koneczny.

        • Józef Piotr said

          Jeśli już o judeo polonię chodzi to ona jest faktem.
          Korekcie ulegają tylko szczegóły. Biorąc pod uwagę że wcześniej takie posiedzenia rządów było : Bundesrepublik + Israel , to teraz może być posiedzenie z RP nr III .
          Ciekawe o co im chodzi ??? Napewno o coś co zwali nas z nóg!!
          O tym spotkalem spekulacje internautów którzy podejrzewają rożne rzeczy.
          Różniste chciałoby się rzec ! Więc :
          Albo to będzie planowany rozwój wypadków na bliskim wschodzie.
          Albo realne proklamowanie NOWEGO PĄNSTWA NA TERYTORIUM GDZIE zbiegają się trzy granice : Czech , Niemiec i RP. Byłoby to dolny Śląsk , Saksonia , Czeskie sudety.
          Spekulacje te mają uzasadnienie w wydarzeniach które się działy po 1943 roku.

  2. Groźba rozpadu Polski na regiony?

    Ks. prof. Czesław S. Bartnik

    Myślę, że trzeba koniecznie dopowiedzieć pewne rzeczy do jednej z ważnych audycji „Warto rozmawiać”, prowadzonej przez Jana Pospieszalskiego, człowieka o doskonałym zmyśle społeczno-politycznym. Mam na myśli dyskusję na temat autonomii Śląska. Temat ten jest niesłusznie lekceważony na forum Polski. Jest on bowiem symptomem ogólnych tendencji ideologii unijnej do rozbijania państw UE na regiony, a dokładniej – na regionalne quasi-państewka, oczywiście z wyjątkiem trzech czy czterech państw wiodących.

    http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110222&typ=my&id=my01.txt

    • Józef Piotr said

      Ten artykuł Ks. Prof BARTNIKA trzeba w calości wrzucić na następny temat wiodący. Wszak o Polskę tu chodzi !

    • cox said

      To juz zaczyna się dziać! Przecież na Śląsku lokalna platforma weszła w koalicję z secesjonistani. Na to wg. mnie musiała byc zgoda samej platwormerskiej góry. To proste- Tusk dąży do rozbicia naszego kraju na regiony!!!

    • 3pm said

      Po raz kolejny DZIĘKUJĘ Królowej Pokoju za BRADZO TRAFNY i aktualny dobór tematów i artykułów!!!

      Jako Ślązak z urodzenia i z mocnymi rodzinnymi Korzeniami Śląskimi pragnę poinformować, że Rodowici Ślązacy zawsze byli i czuli się POLAKAMI! Oprócz Polaków byli oczywiście Niemcy, Czesi, Żydzi i pewnie i inne nacje… Podobnie było w Krakowie, Poznaniu, Łodzi czy Warszawie… Obecność mniejszości narodowych była w Polsce czymś normalnym, również na Śląsku….

      Śląskie rodziny (nie tylko inteligenckie) zawsze wychowywały swoje dzieci w MIŁOŚCI do Boga (Kościoła Katolickiego) i do Polski!. Wszystko co Polskie było na Śląsku ŚWIĘTE! A nazwanie kogoś volksdeutschem groziło poważnymi obrażeniami twarzoczaszki (chyba, że nim był)…

      O polskości Śląska dobitnie świadczą nieudane akcje germanizacyjne podczas zaborów, walka Ślązaków o POLSKI ŚLĄSK podczas TRZECH Powstań Śląskich, wyniki głosowania ŚLĄZAKÓW podczas Plebiscytu, i OBRONA POLSKIEGO ŚLĄSKA podczas Września 1939r.

      DLATEGO KAŻDY KTO TWIERDZI INACZEJ JEST ALBO ORDYNARNYM KŁAMCĄ ALBO CYNICZNYM SPRZEDAWCZYKIEM CZYLI VOLKSDEUTSCHEM!

      Niestety obecna niska świadomość młodych Ślązaków, swojej historii i tradycji… jest podobna do ich rówiesników z innych regionów Polski… 😦

      W tak ogłupionej masie pewnie znajdzie się paru idiotów, którzy za „kiełbasę i wódkę” bedą publicznie wyznawać, że wykluli się z jajka…

      • Józef Piotr said

        # 3pm
        Witaj Bracie Ślązaku !!
        Trzym tam jako!
        Liczę że Królowa Pokoju wrzuci to po przygotowaniach jako temat głowny.
        A tymczasem popatrz co , gdzie i kto ( co, kai i wto )
        Sprawa jest bardzo niebezpieczna.
        To niew są żarty.
        IV powstanie Śląskie może być Faktem.

        • 3pm said

          Dzięki!

          Sprawa jest mocno POlityczna… mocno agituje niejaki Kazimierz KUTZ – reżyser i polityk PełO…

          Co do IV Powstania… niestety chyba nic z tego… świadomość większości jest taka jak wskaują wyniki wyborów…

        • 3pm said

          Przepraszam Pana Kutza za nieścisłość: „W październiku 2010 opuścił klub parlamentarny PO, popierając Ruch Janusza Palikota. Nigdy nie był członkiem żadnej partii politycznej…”

          http://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Kutz

  3. EUROPEJSKIE SYMBOLE MASONERII (nowy plakat UE)

  4. Przygnębiające widoki po trzęsieniu ziemi w Nowej Zelandii tym bardziej ze zaczyna się od zniszczonego Kościoła

  5. Niedzwiadek said

    Chce wam podeslac link do bardzo ciekawej strony.Po zamnknieciu Judeopoloni bloga nie mozna juz nigdzie znalezc tych informacji.Natrafilem tu przypadkiem i prosze prowadzacego aby zapoznal sie z nim.Sa tu bardzo wazne informacje jak Zydzi prubowali stworzyc swoj kraj juz w 1918 i jak to dalej wygladalo i kto byl kim,az do czasow wspolczesnych.Wazny jest tez artykul Falszeze Pieniedzy,mowi o przekrecie tworzenia przez Synagoge Szatana kasy i o konsekwencjach zniewolenia dzieki temu .Jesli by odebrac im te wladze to ludzkosc szybko by stanela na nogi.Bog w niczym sie nie pomylil przy naszym stworzeniu niestety szatan przez swoje klamstwa nas doprowadza do calkowitego upadku.Polecam tu macie link http://www.koreywo.com/Biblioteka/Main.htm

  6. galon said

    „Ogień” to bohater i pamięć o nim powinna być przekazywana z pokolenia na pokolenie.
    Szkoda że teraz nie ma AK , sam chętnie by się do nich przyłączył , mieli by dziś dużo do roboty zwłaszcza z panami z PO bo to wybitnie antypolskie ugrupowanie.

  7. Drejo said

    Mój bliski krewny walczył w oddziale”Ognia”.Niestety już nie żyje ale był to wspaniały człowiek.Na podstawie jego przeżyć można by napisać scenariusz do świetnego filmu wojenno-przygodowego.

  8. antonio said

    mego dziadka ruskie aresztowali wywiezli na syberie tam dostał sie do ąrmii Andersa , walczył na MONTE CASINO i na Bliskim Wschodzie Po wojnie został w Anglii zył jeszcze długo i tam umarł

  9. Józef Piotr said

    Tak mało wypowiedzi w temacie ważnym bo dotyczącym okresu historii kiedy to Polskę KRZYŻOWANO po raz już kolejny.. Bochaterowie niezłomni o których jest ten artykuł , nie mogąć się pogodzić z tym Ukrzyżowaniem „świadomie kładli głowy na szafot” gdyż do końca nie mogli pogodzić się z falą oddziałów antychrysta zalewającą Ojczyznę. Mogli przecież przejść na drugą stronę za jakieś srebrniki , denuncjowac sąsiadów , winnych czy nie winnych i klaskać nowej władzy.
    Oni byli WIERNI BOGU I OJCZYŻNIE a i O HONORZE TEŻ PAMIĘTALI.
    Po nich została Pamięć , tak niewygodna po 1944 i teraz za czasów RP nr III .
    HAŃBA TYM CO O NICH ZAPOMNĄ !!
    Tym co pamiętają czcząc ich pamięć pozostaje wobec otaczającej nas rzeczywistości wspominać.
    POLSKO Wierna Panu BOGU ! gdzie są twoi BOCHATEROWIE ? Odpowiadamy : POLEGLI Z HONOREM NA POLU CHWAŁY! Czy wzbudzili swą śmiercią NOWYCH ? Zapewne tak ! Ale ich nie widać…. są uśpieni ? Kiedy zostaną wzbudzeni. Pan Bóg jeden Wie !!

  10. Olo19 said

    Ogień to był i pozostanie w pamięci jako bandyta który pod pozorem walki z komuną mordował niewinnych ludzi.To wstyd,że ktokolwiek ma o nim dobre zdanie! Gdyby te osoby znały odrobine historię i fakty np. ze słowackiego odpowiednika ipn to wiedziałyby,że zbrodniarz i morderca nie jest godny nawet wspominania.To tak jak być zachwycony,że Hitler wymordował kilka milionów ludzi bo chciał dobrze….wstydzcie sie oszołomy

  11. jjp51 said

    05.03.2012r.
    „Ogień” był bandytą
    Akowcy z Podhala, przysięgając na Biblię, poświadczyli, że „Ogień” mordował niewinnych ludzi.
    Górale z Nowego Targu cieszą się, że Instytut Pamięci Narodowej wreszcie ma konkurencję i dzięki temu ludzie dowiedzą się prawdy o działalności oddziału partyzanckiego Józefa Kurasia „Ognia” w latach 1945-1947 na Podhalu, Orawie i Spiszu. Gdy 10 lat temu krakowski oddział IPN zwrócił się do świadków tamtych wydarzeń, chętnie przekazywali swoje relacje i opisywali, jak byli przez „Ognia” nękani, zastraszani, grabieni, ilu niewinnych ludzi zamordowano. Efekt ich szczerych relacji był taki, że 13 sierpnia 2006 r. zostali zaproszeni do Zakopanego na uroczystość odsłonięcia przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego pomnika „Ognia” i jego poległych podkomendnych. Żaden z zabierających głos przedstawicieli IPN ani major WP, który w czasie apelu poległych odczytał ponad 90 nazwisk „ogniowców”, nie wspomnieli o kilkukrotnie większej liczbie ludzi, którzy przez „Ognia” stracili życie. Nawet w trakcie mszy z udziałem prezydenta, poprzedzającej uroczystość, nikt się za nich nie pomodlił.
    Postawienie Kurasiowi pomnika w Zakopanem i zrobienie z jego odsłonięcia patriotycznej uroczystości o randze państwowej tak bardzo zdenerwowało Słowaków mieszkających po obu stronach polskiej granicy, że odpowiednik polskiego IPN, Ústav Pamäti Národa w Bratysławie, postanowił zająć się sprawą nowego polskiego Janosika. Nie mogli pojąć, jakim sposobem człowiek, który był zwolennikiem czystek etnicznych, który chciał Polski bez Słowaków, Rusinów i Żydów, który terroryzował, zabijał i okradał ludność na terenie polsko-słowackiego pogranicza, został szlachetnym bohaterem, mordującym wyłącznie przedstawicieli władzy ludowej. Słowaccy historycy przyjechali do Polski, zapoznali się z dokumentami zgromadzonymi w archiwach IPN, spisali relacje wielu osób, w 2009 r. przysłali ekipę filmową, która zrealizowała 33-minutowy film dokumentalny „Zakątki zapomniane przez Pana Boga”. Został on pokazany tylko w telewizji słowackiej. Jego „polska” premiera odbyła się w sierpniu 2010 r. w Instytucie Polskim w Bratysławie. Słowacy pokazali w nim zupełnie innego Kurasia, nieprzypominającego tego opisywanego przez nasz IPN, i dlatego film do polskiej telewizji nie trafił.
    REKLAMA
    Słowacy nadal zbierają materiały dotyczące Kurasia. Po raz pierwszy postać tego samego człowieka oceniają historycy dwóch sąsiadujących ze sobą państw. W Polsce powojenne losy oddziału partyzanckiego Józefa Kurasia „Ognia” bada Maciej Korkuć z krakowskiego oddziału IPN, natomiast pracami słowackich badaczy kieruje Lubomir Durina z UPN w Bratysławie. Dla polskiego historyka Kuraś to zasłużony przywódca antykomunistycznego podziemia, odważnie walczący z władzą ludową. Natomiast słowacki historyk uważa, że oddział „Ognia” to banda, która wprawdzie miała na swoich sztandarach hasła walki o wolną Polskę, ale przy okazji terroryzowała góralskie wsie, grabiła i mordowała niewinnych ludzi, realizowała program czystek etnicznych, nienawidziła Słowaków, Rusinów i Żydów. Trudno jednak się spodziewać, że pracownicy dwóch narodowych instytutów pamięci, położonych po obu stronach granicy, zespolą wysiłki i wspólnie postanowią szukać prawdy. Za państwowe pieniądze zawsze będzie ona różna.
    Przysięgli na Biblię
    16 marca 1990 r., po wieczornej mszy, na plebanii kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Targu zjawiło się ośmiu mężczyzn, byłych żołnierzy Armii Krajowej z terenu Podhala, wszyscy w wieku ok. 70 lat. Zapowiedzieli wcześniej, że przyszli przekazać parafii bardzo ważny dokument i poświadczyć na Biblię, że wszystko, co napisali, jest prawdziwe. Chcą to potwierdzić przed Bogiem. Zostali przyjęci przez proboszcza Franciszka Juraszka i wikarego Henryka Paśkę.
    – Stół nakryłem białym obrusem, położyłem krzyż i Biblię, zapaliłem świece – wspomina jedyny żyjący świadek tego wydarzenia, ks. Henryk Paśko, obecnie proboszcz parafii św. Jadwigi Królowej przy ul. Ludźmierskiej w Nowym Targu. – Wszystkich tych mężczyzn znałem osobiście, bo byłem kapelanem nowotarskich akowców. To byli bardzo zacni ludzie, godni zaufania, ogromnie dla Polski zasłużeni, o wspaniałych życiorysach. Wszyscy już zmarli, nie żyje też ks. Juraszek. Tylko ja zostałem.
    Kpt. Jan Kacwin, pseudonim „Juhas”, prezes nowotarskiego koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, jeden z założycieli tutejszej Komisji Historii Wojskowości oraz oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego, położył w pobliżu Biblii dziewięciostronicowy dokument z podpisami wszystkich przybyłych na plebanię. Gdy zbliżyli się do stołu, Jan Kacwin powiedział, że te kartki to jest ich testament, do wiadomości Pana Boga. Cudem przeżyli zarówno hitlerowską okupację, jak i „Ognia”. Mają już swoje lata, nie wiedzą, jak długo pozostaną jeszcze na tym świecie. Są przekonani, że gdy odejdą ostatni świadkowie powojennych wydarzeń, w Polsce zacznie się tworzenie legendy wokół postaci Józefa Kurasia. Dokument składają w depozycie w nowotarskiej parafii, bo tu będzie bezpieczny. Mają nadzieję, że zostanie odczytany na Sądzie Ostatecznym. Podpisali się, położyli ręce na Biblii i przysięgli, że wszystko, co napisali, odpowiada prawdzie. Następnie ks. prałat Franciszek Juraszek na dole dziewiątej strony, pod podpisami ośmiu akowców, napisał, że 16 marca 1990 r. był świadkiem złożenia przysięgi przez osoby podpisane pod dokumentem i poświadcza to swoim podpisem.
    Ks. Franciszek Juraszek, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w latach 1976-2001, były duszpasterz nowotarskiej „Solidarności”, zmarł w 2009 r.
    Wraz z jego śmiercią w tajemniczy sposób zniknął z plebanii dokument byłych akowców. Nikt z obecnie pracujących tu księży nie jest w stanie powiedzieć, co się z nim stało. Komuś musiało na tym bardzo zależeć. Nowotarscy akowcy widocznie to przewidzieli i dlatego pozostawili kopie tego dokumentu swoim rodzinom. Jedną z tych kopii pokazałem ks. Henrykowi Paśce.
    – Mogę tylko stwierdzić, że jest to kserokopia oryginalnego dokumentu. Brakuje na niej jedynie podpisu ks. Franciszka Juraszka. Nie mam pojęcia, co się stało z oryginałem. Proszę wybaczyć, ale nie powiem panu nic o Kurasiu, bo jest to w naszym regionie dalej wielka, niezabliźniona rana. Całą sprawę powinniśmy powierzyć do rozstrzygnięcia Panu Bogu i bożemu miłosierdziu.
    Nawet IPN nie oczyści
    Kpt. Jan Kacwin, ostatni z ośmiu mężczyzn składających przysięgę, były żołnierz IV batalionu 1. Pułku Strzelców Podhalańskich AK, po wojnie aresztowany i więziony, długoletni prezes koła Światowego Związku Żołnierzy AK, został odprowadzony na cmentarz 2 grudnia 2011 r. Nie doczekał sesji Rady Powiatu Nowotarskiego, na której miała być omawiana sprawa postawienia w Waksmundzie koło Nowego Targu pomnika Józefa Kurasia „Ognia”. Wolał widocznie odejść wcześniej.
    O tym, co kpt. Kacwin mógł sądzić o planach postawienia pomnika Józefowi Kurasiowi, można tylko wnioskować z jego wcześniejszych wywiadów udzielonych miejscowej prasie, gdzie o „Ogniu” mówił: „bandyta”, „negatywna postać”, „dezerter AK działający na własną rękę”, „my walczyliśmy o Polskę wolną, demokratyczną, wielu z nas było na Sybirze, w więzieniach stalinowskich, jednak nie mordowaliśmy, nie grabiliśmy zwykłych ludzi”.
    Byli akowcy z Podhala od wielu lat protestowali przeciwko wszelkim formom gloryfikowania postaci „Ognia” po 1989 r., słali liczne pisma do gazet, do IPN, domagali się wyjaśnienia pospolitych zbrodni popełnionych przez oddział „Ognia”. Powołali Stowarzyszenie Pamięci im. 1. Pułku Strzelców Podhalańskich, które zajęło się zbieraniem relacji i dokumentów o zbrodniach ludzi „Ognia” na byłych żołnierzach AK. W Zakopanem zablokowali nazwanie imieniem Józefa Kurasia jednej z ulic na osiedlu Pardałówka. Ale zapobiec postawieniu Kurasiowi pomnika nie zdołali. Tyle że nie dopuścili do usytuowania go w centrum miasta. Pomnik najpierw miał stanąć w centrum, u zbiegu ul. Kościuszki z al. 3 Maja, potem zaproponowano park im. Józefa Piłsudskiego, koło pomnika Grunwaldzkiego. Dzięki protestom, że marszałek nie byłby zadowolony z takiego towarzystwa, stanął w mniej eksponowanym miejscu przy ul. Kościuszki, naprzeciwko dworca PKS.
    Kilka lat temu byli akowcy z Podhala nie dopuścili do przegłosowania uchwały o zgodzie Rady Miasta Nowego Targu na pomnik Kurasia w centrum miasta oraz na powstanie ulicy „Ognia”. W tych działaniach popierali ich szczególnie mieszkańcy Waksmundu i Ostrowska, wsi, które najbardziej ucierpiały w wyniku powojennej działalności partyzanckiego oddziału Kurasia. Gdy ich mieszkańcy dowiedzieli się, że 22 kwietnia 2001 r. w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu ma się odbyć uroczystość poświęcenia tablicy mjr. Józefa Kurasia, napisali do prymasa Józefa Glempa list z prośbą o opamiętanie się, nierobienie bohaterów z osób, które mają krew na rękach. Nic nie pomogło, kolejne tablice, mające tworzyć atmosferę świętości wokół „Ognia”, zostały umieszczone w kościołach w Licheniu, w Rabce i – aż trzy – w Juszczynie koło Makowa Podhalańskiego.
    Nowotarskim akowcom udało się zablokować nazwanie szkoły podstawowej w Waksmundzie imieniem Józefa Kurasia. Chodzili i zrywali z parkanów ulotki zwolenników nowego patrona, na których Kuraś był przedstawiany jako „porucznik Piłsudskiego”, jako ten, kto „zagonił sowietów pod Kijów”, choć w 1920 r. miał tylko pięć lat. A gdy SB chciała go aresztować, wrócił do lasu, aby walczyć „o wolną Polskę, nie komunistyczną, nie żydowską”.
    Kombatantom z Podhala nie udało się obronić tablicy wiszącej przez lata na górnej stacji kolejki na Gubałówkę, upamiętniającej funkcjonariuszy UB i KBW oraz Bogu ducha winnego maszynistę tej kolejki, Zachara Szumlańskiego, którzy w tym miejscu zginęli w wyniku zasadzki zorganizowanej przez oddział „Ognia”. Nie pomogły argumenty, że zginął kolejarz niemający nic wspólnego z żadną stroną politycznego konfliktu. Tablicę poddano lustracji i polecono ją zdemontować.
    Ofiary „Ognia” mają tylko jeden niewielki pomnik w Nowej Białej, tuż koło budynku ośrodka zdrowia, i aż dziw bierze, że IPN jeszcze nie interweniował. Zachował się na nim napis informujący, że jest to pomnik „Ofiar II Wojny Światowej i Zamordowanych Mieszkańców Nowej Białej przez bandę Ognia”.
    29 grudnia 2011 r., dokładnie miesiąc po śmierci kpt. Jana Kacwina, który przez wiele lat sprzeciwiał się robieniu z Kurasia bohatera narodowego, radni gminy Nowy Targ, przewagą tylko jednego głosu, wydali zgodę na ustawienie na koszt warszawskiej Fundacji „Pamiętamy „pomnika Józefa Kurasia i jego partyzantów na prywatnej działce należącej do rodziny Kurasiów w Waksmundzie, przy szlaku na Turbacz. W głosowaniu wzięło udział 21 radnych, siedem osób głosowało za przyjęciem tej uchwały, sześć było przeciwnych, a osiem wstrzymało się od głosu.
    Wójt gminy Nowy Targ Jan Smarduch odczytał wniosek Fundacji „Pamiętamy” i powiedział, że osobiście nie ma nic przeciwko budowie pomnika, gdyż jest to inicjatywa prywatna, gminy nic to nie kosztuje i ma on zostać ustawiony na prywatnym gruncie. Potem przedstawiciele fundacji – Grzegorz Wąsowski, kiedyś działacz Ligi Republikańskiej, oraz Kazimierz Krajewski, kierownik Referatu Badań Naukowych i Zbiorów Bibliotecznych Instytutu Pamięci Narodowej – tłumaczyli radnym, że czarną legendę „Ognia” stworzyła bezpieka, a prawda jest zupełnie inna: Kuraś nikogo nie mordował bez powodu, karał śmiercią tylko kolaborantów i donosicieli.
    – Nie tłumaczcie nam, że był bohaterem – ostro zareagował najstarszy wiekiem radny, Jan Leśnicki z Gronkowa. – Bohaterem był w czasie wojny, a po wojnie był zwykłym mordercą. Jestem zdziwiony tym, że nie zapytaliście mieszkańców Podhala ani tutejszych historyków, co myślą o „Ogniu”. Tutaj ludzie mają o nim zupełnie inne zdanie niż wy.
    Inny radny, Józef Pietraszek z Krempach, uznał, że decyzja o stawianiu pomnika Kurasiowi to byłoby na Podhalu rozdrapywanie ran, które po Kurasiowych mordach jeszcze się nie zagoiły.
    REKLAMA
    Przeciwnicy pomnika w Waksmundzie tłumaczyli, że „Ogień” zabił wielu niewinnych ludzi, może i w szczytnych celach, ale nawet IPN nie jest w stanie go oczyścić z pospolitych morderstw. A poza tym co to za moda stawiania pomników na prywatnych gruntach?
    Uchwała przeszła chyba tylko dzięki głosowi radnego Łukasza Gromady, który stwierdził, że decyzja radnych i tak nie ma tu większego znaczenia. Teren jest prywatny i bez względu na to, co zadecydują, pomnik i tak powstanie.
    Tuż przed głosowaniem odczytano negatywną opinię w sprawie pomnika, nadesłaną przez Towarzystwo Słowaków w Polsce, oraz dwie opinie pozytywne, które nadeszły z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Warszawie.
    Słowacki protest
    W piśmie skierowanym do wójta Nowego Targu Jana Smarducha mieszkający w Polsce Słowacy nalegają na odroczenie uchwały o postawieniu Józefowi Kurasiowi pomnika, bo jest to ich zdaniem działanie polityczne, dalekie od realiów historycznych. Zamiast stawiać monumenty, należy najpierw wyjaśnić dużo spraw związanych z powojenną działalnością Kurasia na terenie Podhala, Spisza i Orawy. Od wielu lat Słowacy domagają się wyjaśnienia m.in.:
    • uprowadzenia i obrabowania 16 kwietnia 1946 r., a następnie zamordowania w obozie „Ognia” pod Turbaczem czterech mieszkańców Nowej Białej: Jana Szczurka, Jana Kraka, Józefa Chałupki i Jana Łapszańskiego,
    • zastrzelenia 24 stycznia 1946 r. w Trybszu Pawła Bizuba, śmiertelnego postrzelenia jego syna Jakuba oraz obrabowania ich gospodarstwa,
    • zamordowania 12 listopada 1946 r. w Niedzicy Michała Kuźla, ojca sześciorga dzieci, oraz obrabowania go,
    • dokonania w latach 1945-1947 ok. 120 napadów rabunkowych na ludność cywilną Spisza, szczególnie w Krempachach, Nowej Białej, Dursztynie, nakładania nakazów zapłaty kontrybucji na spiskie miejscowości i dokonywania grabieży mienia.
    Członkowie Zarządu Głównego Towarzystwa Słowaków w Polsce uważają, że u nas wszystko jest postawione na głowie, najpierw historycy i prokuratorzy IPN powinni zbadać wszelkie zbrodnie Kurasia i dopiero potem zadecydować, czy zasłużył na pomnik.
    – IPN nie chce słyszeć o faktach, które nie wpisują się w tworzoną przez niego własną wersję historii najnowszej – uważa Ludomir Molitoris, sekretarz generalny Towarzystwa Słowaków. – Piszemy, podajemy fakty, nazwiska, daty, kogo i gdzie oddział „Ognia” zamordował, prosimy o wszczęcie śledztwa. Odpowiadają nam, że te czyny uległy przedawnieniu. Nie chcą nawet podjąć się wyjaśnienia, dlaczego ci ludzie zginęli.
    W dniach od 9 do 11 marca 2007 r. IPN zorganizował w Nowym Targu konferencję naukową „Wokół legendy »Ognia«”.
    – Pojechałem na tę konferencję i nagle widzę, że jest to akademia ku czci Józefa Kurasia, wielkiego bohatera, i nawet dyskusji nie przewidziano – wspomina Ludomir Molitoris. – Gdy chciałem dojść do mikrofonu, zaczęto mnie szarpać za marynarkę i omal nie pobito. Mimo wszystko wybiegłem na scenę i powiedziałem, co myślę o takich konferencjach, na których nie można niczego wyjaśniać, bo organizatorzy wszystko już wiedzą.
    Po raz drugi Molitoris nie został dopuszczony do głosu w listopadzie 2008 r. na konferencji w Nowym Targu, poświęconej relacjom między Polakami a Słowakami w latach 1938-1948, której organizatorem był też IPN we współpracy ze Słowacką Akademią Nauk i Słowackim Instytutem Historycznym. Gdy chciał zapytać o Józefa Kurasia i o jego zbrodnie popełnione na Słowakach, prowadzący obrady ks. dr hab. Józef Marecki, starszy specjalista Referatu Badań Naukowych IPN, zażądał, aby opuścił salę.
    – Powiedziałem, że jestem oficjalnym reprezentantem mniejszości narodowej słowackiej w Polsce, i powołałem się na art. 35 konstytucji. Te argumenty do ks. Mareckiego nie trafiły, musiałem opuścić salę.
    Krzyża nikt nie ruszy
    Gdyby prokuratorzy IPN chcieli się zająć zbrodniami Kurasia, pracy mieliby na wiele lat, bo ludzie z Waksmundu, Ostrowska, Łopusznej, Ochotnicy, Szaflar, Gronkowa czy z Nowego Targu dużo wiedzą. Niewielu chce o tym mówić. Jak już wspominają, to proszą, aby nie ujawniać ich nazwisk. Może nadal paraliżuje ich strach przed niewielką grupką jeszcze żyjących żołnierzy „Ognia”? Tak opisali mi, co się działo w Gronkowie 31 grudnia 1945 r.
    Tego dnia oddział „Ognia” wszedł do wsi wieczorem. Zapytali spotkanego przy domu 36-letniego Władysława Zagatę-Łatanka, ojca czworga dzieci, gdzie mieszkają Kudasikowie. Gdy ten odwrócił się, aby wskazać drogę, dostał śmiertelny strzał w głowę. Kudasików nie zastali, więc poszli do domu Wojciecha Leśnickiego-Barana, gdzie zastrzelono 32-letniego Stanisława Zagatę-Łatanka. U Szewczyków przy kolacji siedziała cała pięcioosobowa rodzina. Wyprowadzili do ogrodu Józefa Szewczyka i go zastrzelili. W domu Grońskiego-Pocwy też trwały ostatnie przygotowania do powitania Nowego Roku. Ludzie „Ognia” weszli do izby i strzelili w sufit, aby pokazać, kto tu rządzi. Zapytali, czy jest Leon Zagata-Łatanek. Gdy 18-letni chłopak potwierdził swoją obecność, wyprowadzili go na zewnątrz i zastrzelili. Jego 21-letni brat Bronisław Zagata-Łatanek rzucił się na „Ognia” z krzykiem: „Za co zamordowałeś mi brata?”. Natychmiast dostał serię z automatu. W drodze powrotnej ludzie „Ognia” zastrzelili jeszcze 28-letniego Władysława Krzystyniaka. Prawdopodobnie zabili go, bo powiedział im: „Dobrze się wam paść ludzką krzywdą”.
    Mieszkańcom Gronkowa do dzisiaj nikt nie wyjaśnił, dlaczego ci ludzie zginęli. Dla IPN to zabójstwa pospolite, uległy już przedawnieniu i sprawców nie można ścigać. Można karać tylko za zbrodnie komunistyczne, choć i tu byłoby dużo pracy. Jako komendant Milicji Obywatelskiej i szef Urzędu Bezpieczeństwa w Nowym Targu Józef Kuraś wyłapywał akowców, przesłuchiwał ich, skazywał na więzienie i wysyłał na Sybir – co pod przysięgą stwierdzają byli akowcy w po raz pierwszy ujawnionym przez nas dokumencie, który ktoś wykradł z plebanii w Nowym Targu. Czy to nie zbrodnie komunistyczne, które nie uległy przedawnieniu?
    Poza tym gronkowianie są oburzeni, że pomnik „Ognia” będzie w kształcie krzyża.
    – My to wiemy – tłumaczy mi jeden z górali – na Podhalu wszyscy szanują krzyż i gdyby go ktoś ruszył, to wielkie larum będzie. Dlaczego tylko nasadzili na krzyż czapkę, czemu Kościół na to pozwala? Krzyż to nie wieszak na garderobę. Ale uwidzicie za kilka lat, jak poumierają ostatni świadkowie, to go zrobią świętym. Poczekajcie jeszcze kilka lat.
    Autor: Leszek Konarski Źródła: Przegląd

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: