Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

Oddajmy Chwałę Bogu

Posted by Dzieckonmp w dniu 26 listopada 2011

EGZORCYZM – ŚWIADECTWO UWOLNIENIA JOANNY

Część 1.

Część 2.

Advertisements

komentarzy 14 to “Oddajmy Chwałę Bogu”

  1. mer said

    http://gloria.tv/?media=220022
    -prześladowanie chrześcijan w Indiach.

  2. Michal said

    Dużo daje do myślenia świadectwo tej dziewczyny.Ale zastanawiam się nad jednym..Jak tu ksiądz mówił o przypadkach opętań ekspiacyjnych, czyli opętanie takie którego nie da się przezwyciężyć egzorcyzmem.To jest normalnie apokalipsa.Co człowiek musi robić, jakie zło wyrządzać, żeby do takiego stanu się doprowadzić.Według mnie to jest zależne od samego człowieka czy zostanie uwolniony.Bo w takich przypadkach, takie osoby zapewne nie chcą za wszelką cenę dopuścić do siebie Boga.Są przesiąknięci złem na wylot.Mordercy, znęcający się nad innymi i na każdym kroku robią najgorsze rzeczy.W swoich myślach nie chcą dopuszczać do siebie dobra, w takiej sytuacji człowieka chyba nie da się uratować.

    • lenka said

      „Według mnie to jest zależne od samego człowieka czy zostanie uwolniony”
      To tylko zależy od Boga. Są osoby opętane omadlane wiele lat i egzorcyści czasem nie są w stanie powiedzieć czy już zostały uwolnione.

      • Yolanda Elisabeth Pawlak said

        Szczęść Boże

        Witam wszystkich bardzo serdecznie.

        Pragnę wyjaśnić nieporozumienie tyczące „rzekomej śmierci Pani Mieczysławy Kordas” Otóż: taką informację ustną otrzymałam w autokarze dnia 20111.2011.r.,od jednej osoby, która to powiedziała,że: Pani Mieczysława Kordas zmarła w Chicago, nie podając bliższych szczegółów na ten temat. Okazało się to WIERUTNĄ BZDURĄ, KTÓRĄ KTOŚ CELOWO ROZPOWSZECHNIA WŚRÓD PIELGRZYMÓW.Pani Mieczysława Kordas,żyje na szczęście.Przez to nieporozumienie ciężar niesłusznych win ponosi teraz Piotr-Żywy Płomień,którego Pani Mieczysława Kordas pomówiła i oczerniła wobec wszystkich ludzi na forum publicznym swojej strony internetowej echopanajezusa.com.Jakoby Piotr-Żywy Płomień „czyhał na życie Pani Mieczysławy Kordas”co jest nie prawdą. Bo jak może ktoś kto tak bardzo kocha Boga, jak Piotr-Żywy Płomień, życzyć drugiej osobie zile!? Czy jest to możliwe?Odpowiem , nie! Bo wie dobrze,że wypełniać Wolę Bożą, to kochać bliźniego,a w wypadku Piotra-Żywego Płomienia, jest to pewne.Brata Piotra miałam okazję, poznać parę miesięcy temu na całonocnych modlitwach w wieczerniku.Brat Piotr, okazał się osobą ciepłą,serdeczną,nader skromną. Nigdy nie życzyłby nikomu nic złego, wręcz przeciwnie,stara się zawsze wybaczać i dobrze życzyć nawet, gdy jest niesłusznie pomawiany i oskarżany o coś czego nie zrobił. Dla tego serdecznie proszę wszystkich Internautów o zamieszczeniem tego komentarza na innych forach katolickich, celem oczyszczenia ze wszelkich niesłusznych zarzutów Brata Piotra-Żywego Płomienia.
        Dziękuję
        A Pani Mieczysławie Kordas
        Życzę Wszelkiego Bożego Błogosławieństwa i wielu lat życia w zdrowiu.
        Yolanda

    • cox said

      Poczytaj sobie, zapoznaj się z historią Amelise Michel. Jest to typowy przykład tzw. opętnia ekspiacyjnego. Ona sama w niczym nie zawiniła. Przyjeła to opętanie na siebie, by cierpieć za grzech innych ludzi.

    • szach said

      Ekspiacyjne to chyba znaczy,że cierpienie dobrowolnie przyjęte jako ekspiacja czyli wynagrodzenie. Nie ma tu grzechu tej osoby ,który powodował by opętanie .

  3. lenka said

    Dla chętnych, którzy chcą zaczerpnąć troszkę ze Źródła przekazuję link do internetowych rekolekcji adwentowych. Szczegóły na stronce:

    http://MocneSlowo.pl

    Sama dostałam zaproszenie, więc przekazuję dalej:-)

  4. cox said

    Bardzo piękne świadectwo! I mocne zarazem!

  5. Dzieckonmp said

    Krążył rozsyłany przez maila mocny apel o pomoc rodzinie. Brzmiał tak

    Dramatyczny apel o pomoc – nie bądź obojętny – chociaż podaj dalej!
    http://vrota.pl/2011/11/dramatyczny-apel-o-pomoc-nie-badz-obojetny-chociaz-podaj-dalej/

    Ja sam otrzymałem takich maili może z pięć między innymi od Was czytelnicy. Od razu miałem podejrzenie że coś w tym apelu nie tak dlatego nie wpisałem go ani jako wpis ani jako komentarz. Może wielu miało mi to za złe.Wszystko w opisie wydawało mi się podejrzane i sztuczne. Po tygodniu znalazłem osoby które zdemaskowały tą całą akcję.

    Dziś zawiadamiam, że „dramatyczny apel o pomoc” – to oszustwo !!! Ostrzeżenie otrzymałem od mojej znajomej z fb p. Anny Schuster, która kontaktowała się z księdzem z miejscowości, gdzie mieszka rodzina Cisowskich. Wiadomości dot. ciężkiej sytuacji materialnej tej rodziny są nieprawdziwe !
    Proszę o ostrożność przed rozpowszechnianiem podobnych apeli !
    szkoda, że takie rzeczy się dzieja, bo jak faktycznie ktos bedzie w potrzebie to się mu nie pomoże

    • cox said

      Kto wie? Może właśnie o to w tym wszystkim chodziło, by internauci nabrali nieufności w stosunku do kolejnych tego typu apeli?

  6. Marzena said

    DZIEKUJE ZA TO OSTRZEZENIE…CHOC RAZ JUZ JE PRZESLALAM,ALE COZ WODA PO KISIELU..POZDRAWIAM…NATOMIAST NIEDAWNO NATRAFILAM NA PEWIEN ARTYKOL OTO ON Dzień dobry, nazywam się Katarzyna Wolińska..potrzebuję Państwa pomocy, ciężko jest pisać samemu o sobie…więc przedstawie Państwu artykuł o mnie i mojej dziwnej sytuacji..może ktoś zechce wtedy mi pomóc… [wiadomosci.wp.pl]

    Kiedy Kasia była dzieckiem, jej kości pękały przy każdym, nawet najmniejszym uderzeniu. W liceum zaczęła poruszać się na wózku inwalidzkim. Na co dzień musi nosić specjalny gorset – kręgosłup nie jest w stanie udźwignąć jej ciała, choć w wieku 21 lat waży tylko 32 kg. W kwietniu dowiedziała się, że ma raka.
    Kasia jest jedną z kilkunastu osób w całej Polsce, które cierpią na zespół Jadassona. U niej ta choroba ma jednak najcięższy przebieg. 21-letnia kobieta ma kości jak siedemdziesięciolatka, niedowład lewej strony ciała, zniekształconą szczękę, czerwone plamy na skórze. Jedna z nich zajmuje prawie połowę twarzy. Kasia jest całkowicie uzależniona od innych: potrzebuje pomocy, kiedy chce wyjść do toalety czy przygotować posiłek. Choć, jak podkreśla, jedną ręką potrafi zrobić sobie kanapkę i zawiązać buta. Na tym jednak jej samodzielność się kończy.
    – Już po urodzeniu widać było, że coś jest „nie tak” – opowiada mama Kasi, Elżbieta Wolińska. – Córka miała znamiona na twarzy, łzy leciały jej tylko z prawego oka, poruszała tylko prawą ręką i nogą. Jeździłyśmy od szpitala do szpitala, w końcu w Zamościu skierowano nas do Centrum Zdrowia Dziecka – mówi pani Wolińska.
    – Nawet osoba, która w ogóle nie zna się na medycynie, po obejrzeniu jej zdjęć rentgenowskich spostrzegłaby, że to nie jest „zdrowy” obraz – mówi dr Elżbieta Jelonek z Warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka, która opiekowała się Kasią od 3 roku życia. – Ona ma złamanie na złamaniu, dziesiątki tysięcy złamań i deformacji. Trudno powiedzieć, że jej szkielet tworzą kości. To raczej jakiś twór kostnopodobny – mówi lekarka.
    Oprócz tego, że kości Kasi tak łatwo się łamały, promieniował z nich jeszcze ogromny ból. To dlatego mała nie chciała uczyć się chodzić. Kiedy miała pięć lat, padła ostateczna diagnoza. – „Jadasson” nie brzmiało to wtedy dla mnie tak strasznie – mówi Kasia. – Miałam zniekształconą szczękę i krótszą lewą nogę. Pękały mi kości, ale mimo to cieszyłam się, że mimo bólu mogę się samodzielnie poruszać – wyjaśnia. Jeździła na turnusy rehabilitacyjne do Centrum Zdrowia Dziecka, starała się w miarę „normalnie” żyć.
    – Kiedy Kasia miała siedem lat, wykryliśmy u niej raka żuchwy – mówi dr Elżbieta Jelonek. Udało się go usunąć. Wiązaliśmy to z jej chorobą zasadniczą – osoby z Zespołem Jadassona mają zwiększone ryzyko zachorowania na nowotwór – mówi dr Jelonek.
    W wieku 12 lat Kasia dostała pierwszą kulę, bo lewa noga była za krótka, żeby utrzymać cały ciężar ciała. Trzy lata później – drugą. Bo kręgosłup jeszcze bardziej się skrzywił i bez dodatkowych podpór Kasia nie mogłaby się samodzielnie poruszać. Dziewczyna nadal często się „łamała”. – Ciągle tylko gips, ściąganie gipsu, potem znowu gips. I tak w kółko – wspomina. – Pamiętam, jak lekko „klapnęłam” na krześle. Nawet nie upadłam! Złamałam wtedy kość udową w lewej nodze – mówi ze zdziwieniem. Kiedy Kasia miała 17 lat, wózek stał się już koniecznością – kości tak krzywo się zrastały, że nie mogły już utrzymać ciężaru jej ciała.
    Między kolejnymi pobytami w szpitalach Kasia kontynuowała naukę, uczyła się do matury. Zdała. – Przygotowywałam nawet do niej koleżanki – mówi z dumą. Ani słowa o tym, jak było trudno. Zupełnie inaczej ten okres wspomina jej lekarka. – Kasia wykonała wtedy nadludzki wysiłek – mówi dr Jelonek. – Wtedy sądziłam, że nawet jeśli skończy szkołę średnią, nie zda tej matury, to i tak będzie to ogromny sukces. Ale ona tak się zawzięła, że zdała. Mimo towarzyszącego jej ciągle potwornego bólu i konieczności regularnych przyjazdów na rehabilitację
    Dr Elżbieta Jelonek-Wtedy sądziłam, że nawet jeśli skończy szkołę średnią, nie zda tej matury, to i tak będzie to ogromny sukces. Ale ona tak się zawzięła, że zdała. Mimo towarzyszącego jej ciągle potwornego bólu i konieczności regularnych przyjazdów na rehabilitację. Kasia przygotowywała się do egzaminu, a my szukaliśmy dla niej ośrodka, która zajmie się jej usprawnianiem. Po ukończeniu 18 roku życia formalnie nie może już korzystać z usług Centrum Zdrowia Dziecka. Na szczęście udało mi się uzyskać zgodę Narodowego Funduszu Zdrowia na kontynuowanie rehabilitacji w naszym szpitalu – opowiada lekarka.
    Po maturze Kasia wyznaczyła sobie kolejny cel: studia. Mimo tego, że marzyła o ekonomii, rozpoczęła dwuletni kurs w studium informatycznym. Stwierdziła, że z dyplomem technika informatyka szybciej znajdzie pracę, którą będzie mogła wykonywać „na wózku”. Tę decyzję podjęła ze świadomością, że choroba wciąż niszczy jej organizm – kręgosłup był już w tak złym stanie, że musiała zacząć nosić specjalny gorset, a w pozycji siedzącej wytrzymuje jednorazowo maksymalnie cztery godziny. Lekarze mówią, że to cud, że w żadnym miejscu nie doszło do przerwania rdzenia kręgowego.
    Mama Kasi opowiada, jak podczas wizyty w szpitalu jedna z lekarek chciała opisać swoim studentom przypadek jej córki. Pani Doktor zaczęła: „Ona nie może samodzielnie siedzieć, bo jej kręgosłup jest tak powyginany, że przypomina paragraf…” – i bezradnie zaczęła kreślić w powietrzu dziwne szlaczki. „Nie, ja nie potrafię wam tego wytłumaczyć. Musicie sami to zobaczyć” – stwierdziła. Gorset pomaga utrzymać te „szlaczki” w jednej linii. – To taka skorupa, z ciepłą otulinką – opowiada Kasia. – Problem jest tylko w lecie, bo wtedy strasznie się pocę. Za to na zimę jest „w sam raz” – śmieje się. Tylko dzięki tej „skorupie” kobieta może siedzieć na wózku wyprostowana. Jednak po kilku godzinach zaczyna się dusić; wtedy mama zdejmuje Kasi gorset i kładzie ją na łóżku. – Mogę się obejść bez niego tylko „na leżąco”. Przyzwyczaiłam się już – mówi Kasia. Przyzwyczaiła się też do tego, że jeśli gorset jest krzywo zapięty, zaczyna uciskać na nerwy i wtedy bardzo drętwieją jej różne części ciała. Od dwóch lat (bo tyle Kasia żyje już ze swoją „skorupą” kobieta mniej je. Bo gorset ściska nie tylko kręgosłup, ale też narządy wewnętrzne, w tym żołądek. – Po zjedzeniu jednej kanapki czuję się, jakbym pochłonęła pięć obiadów naraz – śmieje się Kasia.
    Kobieta wychowała się w Szczebrzeszynie. Przyjechała do Warszawy na studia dlatego, że tylko tutaj pracują lekarze, którzy wiedzą, jak ją leczyć. To właśnie w Warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka Kasia przechodzi rehabilitację. Na początku mieszkała w stolicy sama. Jej mama, która pracowała w Szczebrzeszynie jako przedszkolanka, z pensji w wysokości 1400 zł musiała utrzymać siebie, chorego męża, Kasię (jej szkoła jest finansowana przez NFZ, ale kobieta potrzebuje też pieniędzy na lekarstwa) i opłacić mieszkanie w Szczebrzeszynie. Nie wystarczyło już na opiekunkę dla Kasi.
    Z pomocą przyszła Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, która opłaciła jej pomoc pielęgniarską. Opiekunka mogła przychodzić na trzy godziny dziennie. Oznaczało to, że tylko trzy razy dziennie: rano, w południe i wieczorem Kasia mogła oddać mocz. Bo sama nie jest w stanie przemieścić się na toaletę czy się umyć. – To było upokarzające – opowiada pani Wolińska. – Godzina 16.00. Dzwoni Kasia, i mówi, że bardzo chciałaby się wypróżnić, a opiekunka przyjdzie dopiero za cztery godziny… I co ja miałam zrobić, będąc prawie 300 km od Warszawy? Ze świadomością, że moje dziecko żyje w takich warunkach, a ja nie jestem w stanie jej pomóc?
    Elżbieta Wolińska-Godzina 16.00. Dzwoni Kasia, i mówi, że bardzo chciałaby się wypróżnić, a opiekunka przyjdzie dopiero za cztery godziny… I co ja miałam zrobić, będąc prawie 300 km od Warszawy? Ze świadomością, że moje dziecko żyje w takich warunkach, a ja nie jestem w stanie jej pomóc? – pyta ze łzami w oczach. Zrezygnowała z pracy, przyjechała do Konstancina. Wynajęła pokój w pobliżu ośrodka, w którym przebywa Kasia. Przychodzi do niej o 7.30, wychodzi o 22.00. Obecnie jest na zwolnieniu lekarskim, ale od nowego roku przechodzi na emeryturę.
    Po tym okresie Kasi została „pamiątka” – kamica nerkowa. Wywołana zbyt rzadkim oddawaniem moczu.
    W lutym tego roku pojawiły się nowe dolegliwości – nadmierne pocenie się w nocy. Kasia dosłownie „pływała” w łóżku, do tego dochodziły jeszcze ataki duszności. Okazało się, że to rak. Dokładnie rak rdzeniasty tarczycy, jeden z najbardziej złośliwych nowotworów. – Kiedy usłyszałam diagnozę, przed oczami stanęły mi wszystkie znane osoby, aktorzy i aktorki, którzy umarli na raka. Pomyślałam, że ja też umrę – mówi Kasia. Przez miesiąc płakała. Później zaczęła walczyć. Operacyjnie usunięto jej całą tarczycę i siedem węzłów chłonnych. Nie oznacza to jednak, że może zapomnieć o chorobie. W jej szyi pojawił się nowy guzekOperacyjnie usunięto jej całą tarczycę i siedem węzłów chłonnych. Nie oznacza to jednak, że może zapomnieć o chorobie. W jej szyi pojawił się nowy guzek. Na razie nie został zdiagnozowany jako nowotwór, jednak ani Kasia, ani lekarze nie mogą być spokojni – poprzednia narośl, z powodu której trzeba było usunąć kobiecie tarczycę, też na początku nie wykazywała cech nowotworu. Pojawianiu się kolejnych przerzutów nie można też zapobiec za pomocą chemioterapii, bo ten rodzaj raka jest na nią odporny, ani radioterapii, bo mogłaby ona wywołać odwrotny skutek; przy skłonności do nowotworzenia, związanej z Zespołem Jadassona, mogłoby to zwiększać ryzyko powstania przerzutów.
    „Kasia nie może mieszkać w Szczebrzeszynie. Zagrożenie przerzutami nowotworowymi ciągle jest realne, musi pozostawać pod stałą kontrolą w warszawskich szpitalach. Tylko tu znajdują się specjaliści, którzy mogą udzielić jej niezbędnej pomocy, i to nie tylko w przypadku problemów onkologicznych”-Dr Elżbieta Jelonek
    O krok od śmierci
    Kasia już raz była bliska śmierci. W worku osierdziowym, który otacza serce, nagromadziło się zbyt dużo płynu. W „normalnych” ilościach wspomaga on pracę serca. U Kasi zebrało się go tyle, że zaczął on je „podduszać”. Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Operację ratującą życie przeprowadzono jeszcze w tej samej dobie. Udało się, ale podczas usuwania płynu z osierdzia, została przebita opłucna. I teraz tam zaczyna gromadzić się płyn, który także może – jak mówią lekarze – „znowotworzyć się”. Płynu nie można odessać, nie działają też nań leki, które zażywa Kasia. Jeśli sytuacja się nie zmieni, być może trzeba będzie usunąć jedno płuco.
    – Kasia cały czas żyje w poczuciu zagrożenia własnego życia. To mądra kobieta, ma świadomość tego, co dzieje się z jej ciałem. Jednak nadal potrafi cieszyć się każdą chwilą darowaną jej przez ten świat. To godne podziwu tym bardziej, że sytuacja finansowa tej rodziny jest katastrofalna – mówi dr Elżbieta Jelonek.
    Dlatego Kasia zbiera pieniądze na mieszkanie w Warszawie. I to nie z powodu chęci wyrwania się do „dużego miasta”, czy, jak mówią niektórzy, chęci wykorzystania swojego kalectwa, „ustawienia się” na przyszłość. Bez tego mieszkania przyszłość Kasi trudno sobie w ogóle wyobrazić. W czerwcu 2012 roku kończy szkołę i będzie musiała wyprowadzić się z internatu, w którym teraz mieszka. Jak mówi jej lekarka, „Kasia nie może mieszkać w Szczebrzeszynie. Zagrożenie przerzutami nowotworowymi ciągle jest realne, musi pozostawać pod stałą kontrolą w warszawskich szpitalach. Tylko tu znajdują się specjaliści, którzy mogą udzielić jej niezbędnej pomocy, i to nie tylko w przypadku problemów onkologicznych. Ze względu na zespół Jadassona i mnogość problemów terapeutycznych jakakolwiek pomoc lekarska – czy to chirurgiczna, czy nawet leczenie zachowawcze które pomogłoby ustabilizować pracę jej nerek, musi być prowadzone wieloprofilowo, z zakresu różnych specjalności medycznych, przez lekarzy o ogromnym doświadczeniu, znających specyfikę jej choroby. Jakikolwiek błąd może okazać się tragiczny, a specjaliści z jej rodzinnego miasta nie mają doświadczenia z tego typu przypadkami” – tłumaczy doktor Jelonek.
    Chodzi też o dostęp do usług medycznych – Kasia nie może korzystać na długich dystansach z publicznego autobusu czy pociągu. Jak mówi dr Jelonek, „Przy braku własnego środka lokomocji w dobie obecnego kryzysu finansowego w służbie zdrowia nikt nie zapewni Kasi stałego transportu sanitarnego na trasie Szczebrzeszyn-Warszawa.” I zaznacza, że na dłuższych dystansach Kasia może podróżować jedynie w pozycji leżącej: „Wielopłaszczyznowa skrajna deformacja kręgosłupa, co prawda stabilizowana gorsetem, daje niewyobrażalne dolegliwości bólowe , grozi powikłaniami płucnymi i sercowymi, nie można więc ryzykować takich ‚wypraw'” – tłumaczy doktor Jelonek.
    Zbiórka pieniędzy na mieszkanie
    Fundusze, którymi dysponuje Kasia, to 520 zł renty i pensja mamy – na razie 1400 zł, od nowego roku 920 zł emerytury. Ojciec ze swojej renty kupuje leki dla siebie. – Jest bardzo chory. Wiele lat temu zapadł w śpiączkę cukrzycową, czego skutkiem jest ciężka charakteropatia. To jest już inny człowiek. Pamiętam, że kiedy Kasia była malutka, przyjeżdżał z nią do Centrum Zdrowia Dziecka na rehabilitację. Dziś on sam potrzebuje pomocy – mówi dr Jelonek.
    Wyjściem z tej sytuacji mogłaby być sprzedaż dwupokojowego mieszkania w Szczebrzeszynie – za te pieniądze można byłoby kupić mniejsze mieszkanie w Warszawie lub na obrzeżach miasta. Takie rozwiązanie jest jednak niemożliwe – ojciec nie przeprowadzi się do Warszawy. Matki i córki nie stać nawet na wynajem mieszkania. Nie mają też możliwości dodatkowego zarobku – mama opiekuje się Kasią dwadzieścia cztery godziny na dobę, córka przy obecnym stanie zdrowia też nie może na siebie zarobić. Z tych samych powodów nie mogą też wziąć kredytu ma mieszkanie – wtedy nie musiałyby zbierać od razu aż tak dużej sumy.
    Kasia próbowała pracować. Opisywała już ulotki dla supermarketów, pomagała w sklepie, pracowała przez internet. Jednak przez częste wizyty w szpitalu musiała z tego zrezygnować. – Nikt nie chce takiego pracownika. Ja sama nie wiem, kiedy znowu wyląduję w szpitalu – mówi Kasia. W zbieraniu pieniędzy pomogła jej Fundacja Anny Dymnej. Na zorganizowanym dla Kasi koncercie udało się zgromadzić 70 tys. zł. Jeśli dodać do tego wpłaty od pojedynczych darczyńców, na koncie jest ok. 100 tys. zł. Dla Kasi to ogromna kwota, jednak wciąż za mało, żeby kupić mieszkanie. Jeszcze rok temu była szansa, że kobieta po wpłaceniu 60 tys. zł dostanie mieszkanie socjalne. Nie udało się. Pieniądze, które wpływają na konto Kasi, „nadzoruje” Fundacja Normalna Przyszłość. Podpisała ona z Kasią umowę, zgodnie z którą pieniądze zgromadzone na tym koncie będą mogły zostać przeznaczone tylko i wyłącznie na zakup mieszkania – nie na leki, wynajem lokalu czy jakikolwiek inny cel.
    Kasia wierzy, że się uda. I stara się żyć pełnią życia. Pilnie się uczy: jest najlepszą uczennicą na swoim roku, przewodniczącą szkoły. Jest bardzo lubiana w klasie. Utrzymuje też kontakt ze swoimi koleżankami ze Szczebrzeszyna. Kocha psy, kiedy była bardziej sprawna, czynnie działała w Stowarzyszeniu Zwierzęta Ludziom, które zajmuje się między innymi prowadzeniem zajęć z dogoterapii. Teraz pomaga Stowarzyszeniu tylko przez internet. I ciągle szuka osób, które mogłyby jej pomóc. Wysyła maile do mediów, prowadzi własną stronę internetową. Pisała nawet do deweloperów z pytaniem, czy nie zgodziliby się dla niej obniżyć ceny mieszkania. Nie dostała żadnej odpowiedzi.
    „Moje ciało pęka jak szkło, ale ja się nie poddaję” – napisała o sobie kiedyś.
    Anna Korzec, Wirtualna Polska
    Chcesz pomóc Kasi? Możesz wpłacić pieniądze na konto:
    Fundacja Normalna Przyszłość, Al. Stanów Zjednoczonych 53, 04-028 Warszawa. Numer konta: 42 1440 1299 0000 0000 1064 6812 W TYTULE „DLA KASI WOLIŃSKIEJ”
    Strona internetowa Katarzyny Wolińskiej: http://www.mojdommojaprzyszlosc.pl

  7. gosia said

    troche nie zwiazane z tematem ale szukam kazania ks natanka z 2011-10-08

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: