Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Archive for Październik 2012

Pamięci tych którzy odeszli

Posted by Dzieckonmp w dniu 31 października 2012


 

 

 

 

Święto zmarłych to czas zadumy i refleksji , to czas wspomnień o tych co odeszli , ale także okazja do przemyśleń nad własnym życiem , nad przeszłością , teraźniejszością

Pamiętajmy o swych bliskich co odeszli , bez nich nie byłoby nas świecie.

 

 

Biorąc założenie, że skoro dziennie umiera na świecie 152 tysiące ludzi, to w przeciągu roku umiera ich ok 55,5 mln, w ciągu tego dziesięciolecia umarło już 555 mln osób, w jednej godzinie umiera ok 6 333 osoby, a w ciągu jednej minuty ok 105 osób, a w ciągu jednej sekundy 1,75 osoby. Przyjmując, że większość trafia do czyśćca na okres od kilku do kilkaset lat to można wywnioskować, że wiele milionów dusz czeka na wybawienie i nasze modlitwy.

Podczas jednej z wizji Chrystus przekazał św. Gertrudzie słowa poniższej modlitwy, która jak oświadczył, gdy odmawiana jest z miłością i pobożnością, uwalnia za każdym razem z czyśćca tysiąc dusz.

Modlitwa Św. Gertrudy
“Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Najdroższą Krew Boskiego Syna Twego, Pana naszego, Jezusa Chrystusa, w połączeniu ze wszystkimi Mszami Świętymi dzisiaj na całym świecie odprawianymi, za dusze w Czyśćcu cierpiące, za umierających, za grzeszników na świecie, za grzeszników w Kościele powszechnym, za grzeszników w mojej rodzinie, a także moim domu. Amen

Reklamy

Posted in Kościół | Otagowane: , | 65 Komentarzy »

Święty Ojciec Pio-Zeszyt Miłości

Posted by Dzieckonmp w dniu 31 października 2012


Posted in Film, Kościół | Otagowane: , | 13 Komentarzy »

Parametry jakie maja być spełnione gdy wydarzy się cud według zeznań wizjonerów w Garabandal.

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 października 2012


1) – Cud ma się wydarzyć o 8:30 wieczorem w czwartek w gaiku sosnowym w miejscowości Garabandal, Hiszpania
2) – Ma się wydarzyć w marcu, kwietniu lub maju
3) – Ma się wydarzyć między 8  a 16 dniem któregoś z tych miesięcy
4) – Ma  się ta data pokryć z wielkim wydarzeniem w kościele
5) – Ma się wydarzyć w święto męczennika Eucharystii (młody człowiek wspomniano)
6) – Do tego czasu ma być tylko trzech papieży.
7) – Będzie to największy cud, jaki Jezus uczyni dla świata

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było znalezienie wszystkich czwartków, które mieszczą się w marcu, kwietniu i maju według zasady o której mówi tabelka powyżej na najbliższe cztery lata. Poniżej znajduje się tabela z możliwymi terminami, które mieszczą się w ramach parametrów określonych przez wizjonerki z Garabandal.

14.03.13 11.04.13 09.05.13 16.05.13 13.03.14 10.04.14 08.05.14
15.05.14 12.03.15 09.04.15 16.04.15 14.05.15 10.03.16 14.04.16
12.05.16

Następną rzeczą, którą zrobiłem była próba zmniejszenia możliwych ilości dat poprzez znalezienie święta męczennika Kościoła za Eucharystie. Patrząc na spis 241 Świętych, których święto przypada między 8 a 16 w miesiącach marcu, kwietniu i maju. Ale jest problem ze znalezieniem, więc przechodzimy do następnej pozycji.
Następną rzeczą, było znalezienie wydarzenia w Kościele, występujące w te daty. Dla katolików , wielkim wydarzeniem w Kościele, które przychodzą na myśl są narodziny Jezusa, Śmierć, Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie. W oparciu o porę roku (marzec do maja), sensowne jest, aby spróbować znaleźć coś, co odnosi się do wielkiego cudu śmierci Jezusa, Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia, a nie z okresu jego urodzenia (Boże Narodzenie). My jako chrześcijanie wiemy, że Biblia mówi, że Wniebowstąpienie Chrystusa do nieba miało miejsce 40 dni po Jego zmartwychwstaniu. My jako katolicy świętujemy ten dzień zawsze w czwartek. Dwie z tych dat są rzeczywiste wypadające w czwartek (zaznaczone poniżej w kolorze żółtym).

14.03.13 11.04.13 09.05.13 16.05.13 13.03.14 10.04.14 08.05.14
15.05.14 12.03.15 09.04.15 16.04.15 14.05.15 10.03.16 14.04.16
12.05.16

Tak, że pozostaje 09 maja 2013 i 14 maja 2015. Prawdę mówiąc, myślę, że możemy powiedzieć, że te daty spełniają ostatni wymóg też. Jaki święty był męczennikiem za Eucharystie? Ważniejsze, kto jest najważniejszą osobą, która kiedykolwiek umarła za  Eucharystię?

Czy to nie jest Chrystus?

Dziś na czacie:
godz.21;15 Koronka Pokoju  w intencji czytelników bloga o ochronę przed szatanem.

Rozmowy dokończone 🙂 Temat – Wielki cud-huragan w USA – Zamach w Smolensku.

Posted in Apokalipsa, Ciekawe, Cuda, Objawienia, Orędzia Ostrzeżenie, Proroctwa | Otagowane: , , | 70 Komentarzy »

Wierzcie we Mnie! Wzrastajcie w wierze

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 października 2012


„Synod zalecił «pomaganie wiernym we właściwym rozróżnianiu słowa Bożego i objawień prywatnych», których rolą „nie jest (…) „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomaganie w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej”. Wartość objawień prywatnych różni się zasadniczo od jedynego Objawienia publicznego: to ostatnie wymaga naszej wiary; w nim bowiem ludzkimi słowami i za pośrednictwem żywej wspólnoty Kościoła przemawia do nas sam Bóg. Kryterium prawdziwości objawienia prywatnego jest jego ukierunkowanie ku samemu Chrystusowi. Jeśli oddala nas ono od Niego, z pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego, który jest naszym przewodnikiem po Ewangelii, a nie poza nią. Objawienie prywatne wspomaga wiarę i jest wiarygodne właśnie przez to, że odsyła do jedynego Objawienia publicznego. Stąd kościelna aprobata objawienia prywatnego zasadniczo mówi, że dane przesłanie nie zawiera treści sprzecznych z wiarą i dobrymi obyczajami; wolno je ogłosić, a wierni mogą przyjąć je w roztropny sposób. Objawienie prywatne może wnieść nowe aspekty, przyczynić się do powstania nowych form pobożności lub do pogłębienia już istniejących. Może mieć ono pewien charakter prorocki (por. 1 Tes 5, 19-21) i skutecznie pomagać w lepszym rozumieniu i przeżywaniu Ewangelii w obecnej epoce; dlatego nie należy go lekceważyć. Jest to pomoc, którą otrzymujemy, ale nie mamy obowiązku z niej korzystać. W każdym razie musi ono być pokarmem dla wiary, nadziei i miłości, które są dla każdego niezmienną drogą zbawienia”.

Benedykt XVI, papież

Nie jest naszą intencją autorytatywne orzekanie o prawdziwości i autentyczności objawień Marii od Bożego Miłosierdzia, ekstaz, nadzwyczajnych wizji i łask, jakich doznawała. To bowiem należy do kompetencji władz kościelnych. Tę samą ostrożność, ale bez nieuzasadnionego uprzedzenia, pragniemy zachować również w odniesieniu do orędzi. Decyzja władz kościelnych jaka w przyszłości nastąpi będzie decyzją obowiązującą nas wszystkich której się podporządkujemy.

orędzie z Ontario 28 października

Dzieci Mojego Boskiego Serca, szukam was. Ja Jestem Alfa i Omega, Wielki, Ja Jestem. Ja Jestem. Wasz Ojciec na Niebiosach pragnie wasz dziś pouczać. Otwórzcie wasze serca w pełnym posłuszeństwie. Poddajcie się. Poddajcie się z miłością. Zezwólcie abym przemienił was w naczynia miłosierdzia i łaski. Potrzebuję wojowników modlitwy, którzy będą wykonywać Moje polecenia, wzywać Mojego błogosławieństwa, i prosić o nawrócenie grzeszników. Kochani, gdybyście tylko mogli ujrzeć stan dusz, to natychmiast zrozumielibyście pilność Mojej prośby. Wtedy zrozumielibyście ogrom spustoszenia jakie szatan poczynił w Moim Królestwie Miłości. Zobaczylibyście jak niewiele dusz prawdziwe Mnie adoruje i uwielbia. Miliony przechodzą przez swoje życie nawet o Mnie o myśląc. Miliony codziennie Mnie odrzucają, kpią z Moich Przykazań, i bezczeszczą Moje Ciało. Ci, którzy naprawdę wierzą w cud  przeistoczenia są w mniejszości.  Zostali oni uznani za głupców a nie za świętych. Nawet Moi konsekrowani synowie kwestionują Moją prawdziwą obecność na ołtarzach całego świata. Dzieci, wierzcie we Mnie! Wzrastajcie w miłości a będziecie świadkami Mojego chwalebnego objawienia na ziemi!. Wierzcie we Mnie i nie trwóżcie się więcej. Pozostawiam wam Mój pocałunek pokoju. Shalom

Tłumaczyła: Czytelniczka

Posted in Orędzie z Ontario | Otagowane: | 41 Komentarzy »

Poddajcie się z wiarą i oczekujcie cudów

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 października 2012


„Synod zalecił «pomaganie wiernym we właściwym rozróżnianiu słowa Bożego i objawień prywatnych», których rolą „nie jest (…) „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomaganie w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej”. Wartość objawień prywatnych różni się zasadniczo od jedynego Objawienia publicznego: to ostatnie wymaga naszej wiary; w nim bowiem ludzkimi słowami i za pośrednictwem żywej wspólnoty Kościoła przemawia do nas sam Bóg. Kryterium prawdziwości objawienia prywatnego jest jego ukierunkowanie ku samemu Chrystusowi. Jeśli oddala nas ono od Niego, z pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego, który jest naszym przewodnikiem po Ewangelii, a nie poza nią. Objawienie prywatne wspomaga wiarę i jest wiarygodne właśnie przez to, że odsyła do jedynego Objawienia publicznego. Stąd kościelna aprobata objawienia prywatnego zasadniczo mówi, że dane przesłanie nie zawiera treści sprzecznych z wiarą i dobrymi obyczajami; wolno je ogłosić, a wierni mogą przyjąć je w roztropny sposób. Objawienie prywatne może wnieść nowe aspekty, przyczynić się do powstania nowych form pobożności lub do pogłębienia już istniejących. Może mieć ono pewien charakter prorocki (por. 1 Tes 5, 19-21) i skutecznie pomagać w lepszym rozumieniu i przeżywaniu Ewangelii w obecnej epoce; dlatego nie należy go lekceważyć. Jest to pomoc, którą otrzymujemy, ale nie mamy obowiązku z niej korzystać. W każdym razie musi ono być pokarmem dla wiary, nadziei i miłości, które są dla każdego niezmienną drogą zbawienia”.

Benedykt XVI, papież

Nie jest naszą intencją autorytatywne orzekanie o prawdziwości i autentyczności objawień Marii od Bożego Miłosierdzia, ekstaz, nadzwyczajnych wizji i łask, jakich doznawała. To bowiem należy do kompetencji władz kościelnych. Tę samą ostrożność, ale bez nieuzasadnionego uprzedzenia, pragniemy zachować również w odniesieniu do orędzi. Decyzja władz kościelnych jaka w przyszłości nastąpi będzie decyzją obowiązującą nas wszystkich której się podporządkujemy.

orędzie z Ontario 27 października

Dzieci Mojego Boskiego Serca, Ja Jestem Stworzycielem waszych dni. Ja Jestem Alfa i Omega. Ja Jestem. Usłyszcie Mnie. Pragnę was pouczać. Otwórzcie wasze serca. Poddajcie się. Zezwólcie abym was przemieniał dla Mojej Chwały. Moje dzieci, ufajcie Mi. Nie trwóżcie waszych serc. Ja Jestem, Stworzyciel wszystkiego, ma dla was plany, plany dla całej ludzkości. Dziś, zapraszam do poddania się Mi całkowicie. Nie zatrzymujcie Mnie przed czynieniem tego, co uważam za najlepsze. Nie blokujcie Mojej łaski w waszym życiu. Pozostańcie otwarci na Mnie, otwarci na łaskę, na zmianę, na świętość. Liczę na was. Zaakceptujcie Moje interwencje w waszym życiu. Nie kwestionujcie Moich decyzji i nie myślcie, że wasze plany są lepsze niż Moje. Ja Jestem, ucieleśnienie doskonałości. Ufajcie Mi we wszystkim co jest wam drogie. Podążajcie w posłuszeństwie. Poddajcie się z wiarą i oczekujcie cudów. Dziękujcie za Moje Miłosierdzie i za Moją miłość do was. Kiedy jesteście przytłoczeni przeciwnościami, zamknijcie oczy i zbliżcie się do Mnie. Znajdźcie schronienie w Moich Ramionach Miłości. Nie popadajcie w zwątpienie i niepewność, gdyż są to pułapki szatana. Radujcie się we Mnie. Ofiarujcie dziękczynienie z każdą nową próbą. Uwielbiajcie Moje Święte Imię. Pamiętajcie, że namaściłem was olejkiem radości. Niech radość będzie znakiem waszego zaufania do Mnie. Pozostawiam wam Mój pocałunek pokoju. Shalom

Tłumaczyła: Czytelniczka

Posted in Orędzie z Ontario | Otagowane: | 5 Komentarzy »

Halloween – zabawa czy kult szatana ?

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 października 2012


Realizm świata duchowego
„Święto duchów”
czy zagrożenie duchowe ?

Halloween jako kontrinicjacja
Halloween (ang. hallow – uświęcić, uświęcać, poświęcić) to tradycja, „święto” czy też inicjacja (poświęcenie, wtajemniczenie), obecne coraz częściej w kulturze zachodniej (w tym także w Polsce). Praktyka ta wywodzi się z USA, gdzie przejęto tę tradycję z kultów magicznych i satanistycznych, m.in. z obrzędów druidów (celtyckich kapłanów), którzy uprawiali spirytyzm, a nawet składanie ofiar z ludzi ku czci boga śmierci.

Nie jest przypadkiem, że Anton Sz. LaVey, autor „Biblii szatana”, powiedział, że „Halloween jest najważniejszym dniem w roku dla kościoła szatana”. Nie dziwi więc, że Noc Halloween (z 31 października na 1 listopada) łączy się w kalendarzu rytuałów satanistycznych z praktyką tzw. czarnych mszy i orgii seksualnych związanych z jednoczeniem się z demonami. Łączy się to także ze składaniem ofiar z ludzi (w większości dzieci) w kulcie satanistycznym, o czym świadczą wypowiedzi byłych satanistów, naocznych świadków tych zdarzeń.

Oznacza to, że chodzi tu o rodzaj inicjacji, czyli pewnego otwarcia na określony duchowy świat. Dokonuje się to poprzez dobrowolną, duchową przynależność, wyrażoną w pewnych znakach, symbolach, gestach i czynach, gdzie tego typu obrzęd ofiarniczy pieczętuje więź z bóstwem, do którego się odnosi. W stosunku do tradycji chrześcijańskiej mamy tu do czynienia z inicjacją, jako zjawiskiem duchowym, symetrycznie przeciwnym (co w satanizmie zewnętrznie wyraża rytuał „czarnej mszy”, będącej parodią obrzędu rzymskiej Mszy św.). Stąd można tu mówić o kontrinicjacji, zwłaszcza że rzecz dotyczy szatana – przeciwnika Boga.

Satanizm jawny i ukryty

Dla wielu jednak te fakty czy argumenty nie mają żadnego znaczenia. Więcej, niektórzy ludzie, a często także i teologowie, całkowicie negują istnienie szatana, jako realnego bytu osobowego. Wśród nich są też tacy, którzy twierdzą, iż to właśnie teoria o istnieniu złych duchów spowodowała nadmierne zainteresowanie satanizmem, magią czy okultyzmem. Taka opinia jest jednak sprowadzaniem faktów obiektywnych do subiektywnych mniemań. Podobne przekonanie wynika bowiem z ignorancji (niepozbawionej arogancji) i to ono właśnie niesie niebezpieczne następstwa. Sprawia bowiem, że bagatelizuje się problem najwyższej wagi dotyczącej zbawienia ludzkiego.

Tymczasem zdrowa teologia, demonologia oraz praktyka egzorcystów potwierdzają coś zupełnie odwrotnego. To nie wiara w szatana kieruje do zainteresowania okultyzmem (a przynajmniej nie zawsze), ale zainteresowanie okultyzmem prowadzi do zupełnie nieoczekiwanego, niechcianego czy nawet unikanego kontaktu z szatanem.

Najniebezpieczniejszy zresztą okultyzm to ten, który nic nie mówi o szatanie; ten jednak prędzej czy później się ujawni, czy praktykujący okultyzm chce, czy też nie chce tego. Potwierdzają to fakty empiryczne, praktyka duszpasterska lub konkretne rozeznanie duchowe – oparte na prawdziwej teologii, niezredukowanej jeszcze do antropologii kulturowej – dokonujące się często w dramatycznym czy nawet niebezpiecznym kontakcie z tą rzeczywistością.

Nie dziwi więc, że Halloween jest faktem ważnym nie tylko dla satanistów, ale wszelkiej maści neopogan, okultystów i spirytystów. Wynika to m.in. z faktu, że „święto” Halloween ma swoje korzenie w kulturze

Celtów (modnej wśród okultystów), którzy witali Nowy Rok właśnie 1 listopada. W wigilię tego święta ci poganie czcili boga śmierci i ciemności Samhaina. Wierzyli, że owo bóstwo tej właśnie nocy pozwala duchom zmarłych powrócić tam, gdzie żyli wcześniej. Celtyccy kapłani (zwani druidami) nakazywali wówczas rozpalenie wielkich ognisk. Na ołtarzach poświęcano bogowi śmierci resztki plonów, zwierzęta, a czasem nawet ludzi. Wokół stosu, odurzeni w stanie transu Celtowie tańczyli taniec śmierci, zapraszając – i wypuszczając zarazem – duchy ciemności. Ofiary z ludzi mają bowiem charakter per excellence satanistyczny.

Nie można więc w żadnym przypadku założyć, że chodziło tu o coś dobrego, np. o przedchrześcijańską naturalną mistykę, ale właśnie o kontrinicjację: w pogańskiej czy przedchrześcijańskiej formie. Jest to więc tradycja „ciemnej duchowości” czy „mrocznej mistyki” (znamy ją już dobrze z książek o Harrym Potterze), kontynuowana w postchrześcijańskiej tradycji kontrinicjacyjnej; nie tylko w „czystym” satanizmie, ale też w zachodnim okultyzmie i spirytyzmie.
Nie chodzi więc tylko o jawne przyzywanie złych duchów ku pomocy, jak czynią to sataniści. Może się to dokonywać w sposób ukryty, o czym pisali wiele św. Augustyn i św. Tomasz z Akwinu. Chodzi tu o inicjację, a właściwie kontrinicjację wiążącą ludzi z mocami ciemności, co jest tym bardziej groźne, jeśli takie duchowe zagrożenie dotyczy dzieci.

To jest problem duchowy
W tradycji amerykańskiej to kalendarzowe już „święto” Halloween wygląda pozornie niewinnie i wydaje się powierzchownie jedynie zewnętrznym odreagowaniem frustracji czy zaspokojeniem potrzeby tajemniczości i innych potrzeb psychologicznych, którym sprzyja częściowo np. przebieranie się za czarownicę, wampira, ducha czy diabła. Problem polega jednak na tym, że wszystkie te postaci związane są z osobą szatana w tradycji duchowości chrześcijańskiej i mentalności europejskiej. Dlatego obcowanie z tymi tematami, choćby tylko na poziomie znaczeń i zabawy – może przygotować otwarcie się na tę niebezpieczną i realistycznie pojętą rzeczywistość duchową. Dokonuje się to właśnie poprzez sferę mentalno-wyobrażeniową, przywołującą pewne obrazy i pojęcia, mające odniesienie realistyczne lub ontologiczne do realnej postaci szatana.

Nie ma żadnego intelektualnego powodu (poza prywatnymi poglądami czy przesądami intelektualnymi w tej kwestii), by zanegować taką możliwość. Dlatego takie zachowania i gesty z istoty – czy ktoś tego chce czy nie – przekraczają poziom kultury i sytuują nas w obszarze religii (antyreligii), duchowości (pseudoduchowości) czy inicjacji (kontrinicjacji). „Ciemna duchowość” wciąga i przyciąga inne mroczne koncepcje czy duchowe światy. Problemem jest tu nie tylko realizm magii, ale też realizm kontrinicjacji, jak to jest również w „Harrym Poterze” (więcej o tym problemie w moim artykule „Harry Potter i kontrinicjacja” w: „Nasz Dziennik”, 28-29.02.2004, s. 20-21). Halloween jest dziś bowiem konstrukcją sztuczną, eklektyczną czy synkretyczną. Jest to jednak jeszcze bardziej niebezpieczne. Naprowadza bowiem i otwiera jednocześnie na wiele typów niebezpiecznych tradycji inicjacyjnych czy duchowych wierzeń.

Problem polega jednak na tym, że wielu psychologów, psychiatrów czy socjologów – wypowiadających się na temat Halloween – naiwnie ignoruje realizm świata duchowego. Sami, nierzadko zagubieni, szukają potem pomocy u duszpasterzy czy egzorcystów. Żałują często – po jakimś czasie – że byli tak ślepi i głusi na rzeczywistość duchową, co odbiło się na losie ich pacjentów czy studentów. Ich ignorancja często była niezawiniona, gdyż na studiach zamiast metodologii nauk uczono ich materializmu – pod pozorem nauki. Stąd u tak wielu z nich widać przejawy szczególnego zaburzenia: „materialistycznej paranoi” na punkcie duchowości i duchów oraz bezprawne intelektualnie wykluczanie ich wpływu w ocenie czy diagnozie problemów ludzkich. Na szczęście nie wszyscy tak błądzą bądź wracają do prawdy okrężnymi drogami. W jednym ze szpitali psychiatrycznych w Polsce ordynator napisał wreszcie w karcie pacjentki: zniewolona przez ducha.

Problemem dla teologów, duszpasterzy i egzorcystów jest jednak to, że współczesna psychiatria (a nie tylko psychiatrzy) neguje powyższe fakty duchowe, gdyż jest niebezpiecznie „zideologizowana” pozytywizmem i naiwnym materializmem (potwierdza to światowej sławy badacz sekt i okultyzmu, M. Introvigne). Przykład idzie z USA, „ojczyzny” Halloween, co może nie jest przypadkowe. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne w wydanym specjalnie podręczniku stwierdza, że dla człowieka pierwotnego i dla dziecka „myślenie magiczne” jest czymś „normalnym”, ale kiedy „człowiek dojrzały” wierzy w jasnowidztwo, w telepatię czy w percepcje pozazmysłową (ESP), to w takim przypadku narzuca się diagnoza schizofrenii. Literatura psychiatryczna jednostronnie – na zasadzie pseudoracjonalistycznego przesądu, który naiwnie „psychopatologizuje” zjawiska duchowe, bezprawnie pozbawiając realizmu niebezpieczne błędy intelektualne i grzechy duchowe – posunęła się aż do stwierdzenia, że wiara w reinkarnację, astrologię, UFO oraz czary usprawiedliwia diagnozę schizofrenii lub nerwicy. Jeszcze dalej posuwa się, kiedy uważa za pewnik już zupełnie błędną (i obłędną) tezę, że przekonanie w skuteczność modlitwy stanowi element „patologii magicznej” (por. American Psychiatric Association, Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders [DSM-III-R], American Psychiatric Press, Washington 1987, s. 401). To już nie jest nauka, ale ideologia. Czy można więc oczekiwać „rozeznania duchowego” w społeczeństwie przy tak silnym natężeniu „oświeconej ciemnoty”?

Interpretacje psychologiczne, psychiatryczne, antropologiczne czy kulturowe z pewnością mają swoje miejsce w zjawisku Halloween (psychologia „cienia”, „logika nocy”, celebracja „chaosu”, „dionizyjskie upojenie”). Nie można jednak pomijać czynnika duchowości czy realizmu ontologicznego, który może przebijać z ram zewnętrznych tej tradycji, będącej w istocie formą inicjacji w świat okultystyczny czy demoniczny. Tym bardziej nie należy w podobny sposób jak psychiatria – bezprawnie w sensie intelektualnym – wyrokować o rzeczywistościach duchowych i ontologicznych, przyczyniając się do pomieszania pojęć, np. mylenia modlitwy z magicznym zaklęciem, modlitwy za zmarłych z wywoływaniem duchów. Także praktyki astrologiczne czy w ogóle – okultystyczne – należy oceniać na zupełnie innym poziomie.

Modlitwa czy zaklęcia i spirytyzm?
Wynika z tego, że wspomniane nauki humanistyczne, z psychiatrią na czele, nie są w stanie ocenić duchowego znaczenia świata symbolicznego i jego roli w tradycjach duchowo-inicjacyjnych. Tymczasem już zwykłe symbole czy raczej znaki – związane z praktykowaniem Halloween – jak śmierć, krew czy duchy (np. przebieranie się w różne kostiumy ma na celu zmylenie duchów, które wedle tych wierzeń mają przychodzić do ludzi ostatniego dnia października), otwierają – z pomocą psychologicznych skojarzeń – na rzeczywistość duchową, która przekracza wymiar psychologiczny, odnosząc się do sfery światopoglądu czy religii.
Chodzi więc o wymiar duchowy, który przybiera postać stosunku do świata duchów. Fantazje Halloween dotyczą zmarłych, którzy powracają. Zamiast modlitwy za zmarłych, mamy ich przyzywanie, zaklinanie, a więc spirytyzm, co jest formalnie podobne, ale merytorycznie absolutnie różne i całkowicie przeciwstawne. Amerykańscy protestanci nie wierzą w kontakt z duchami i może próbują zaklinać własne lęki, przywołując fantomy, w których istnienie nie wierzą. Może być jednak gorzej. Niewiara połączona z przyzywaniem duchów, nie oznacza, że duch nie przyjdzie. Często i chętnie przychodzi, co potwierdza doświadczenie seansów spirytystycznych. Nie trzeba go specjalnie zapraszać. Warunki kontrinicjacji są bardzo proste. Wystarczy okazać minimum zainteresowania. Reszta przyjdzie sama. Potem czas na kolejne stopnie wtajemniczenia.
Święto chrześcijańskie kontynuuje inicjację chrzcielną i jej cele: pogłębić relację duchowo-modlitewną z Bogiem i ze Świętymi, pomodlić się za Zmarłych, w czyśćcu cierpiących. Oznacza to też: oddzielić się od Zła – po raz kolejny – co wyraża odwieczna tradycja inicjacji chrzcielnej. Halloween, agresywnie i hałaśliwie wypełniający Święte Dni, przywołuje dylemat: inicjacja czy kontrinicjacja? Wywoływanie duchów czy modlitwa za zmarłych?
Spirytyzm jest drogą duchowego zwodzenia, ulubioną maską demonów. Pobożni protestanci takich przywoływanych „zmarłych” traktowali jako manifestacje złych duchów, zakazując stanowczo spirytyzmu.
Najbardziej bolesne jest jednak wciąganie do okultyzmu i spirytyzmu dzieci – także poprzez szkoły – co bolało także (i boli) w przypadku absurdalnej propagandy – zwykle bez zgody rodziców – Harry’ego Pottera w szkołach (także poprzez zmuszanie dzieci do oglądania tandetnych, mrocznych i brutalnych filmów na ten temat). Brońmy dzieci przed mrokami pogańskich duchowości, oferując im radość i światło chrześcijańskiej nadziei. Nie jest bowiem przypadkiem, że w pogańskich i satanistycznych „świętach” ku czci Ciemności, dzieci naśladują umarłych lub składa się je w ofierze, w chrześcijańskich zaś – co zauważył już wybitny antropolog C. Levi-Strauss – są znakiem witalności, życia i nadziei.

W uroczystość Wszystkich Świętych (a nie jak błędnie jeszcze się tę uroczystość nazywa: Święto Zmarłych) „Kościół oddaje cześć wszystkim, którzy już weszli do chwały niebieskiej, a wiernym pielgrzymującym na ziemi wskazuje drogę, która ich starszych braci zaprowadziła do świętości”. Przypomina nam również prawdę o naszej wspólnocie ze Świętymi, którzy „otaczają nas opieką” (zob. Mszał Rzymski).

W Dniu Zadusznym zaś Kościół „uczciwszy triumf tych wiernych, którzy już weszli do nieba, wspomina wszystkich, którzy w czyśćcu pokutują za swoje grzechy” (tamże).

W aurze spirytyzmu Halloween dzieci stają się umarłymi (zewnętrznie, a może i wewnętrznie), zaś dzięki modlitwie w Dniu Zadusznym, umarli stają się w pełni dziećmi Bożymi.

Nie jest więc dobrze, jeśli zabawa, która jest raczej Profanacją, wypiera Powagę i Świętość chrześcijańskiej tradycji Święta Zbawionych. Nie jest w porządku, gdy magia wypiera religię, a zaklinanie – modlitwę, spirytyzm zaś eliminuje Obcowanie Świętych. To są symetryczne wręcz przeciwieństwa, mimo zewnętrznych podobieństw: inicjacja i kontrinicjacja.

Fałszywe „święto” Halloween przynosi podwójne zagrożenie duchowe: neopogaństwo, okultyzm, spirytyzm, tradycję kontrinicjacyjną oraz wyparcie naszej tradycji modlitewnej, opartej na inicjacji chrzcielnej, która zresztą była zawsze jedynie skuteczną obroną przed okultyzmem i spirytyzmem.

Trzeba się temu zagrożeniu duchowemu mądrze i z miłością przeciwstawiać.

Tym bardziej że wciągani są w to wszystko chrześcijanie i katolicy, którzy idąc świadomie lub bezwiednie za modą czy też za presją medialno-finansową, utrwalają mniej lub bardziej świadomie jakiś nowy porządek religijno-kulturowy, który stoi za tą pozornie niewinną tradycją. Katolickie święto Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny powinny więc być okazją – co potwierdza opinia wybitnych teologów, wielu znanych biskupów, a nie tylko zaniepokojonych duszpasterzy – nie do ulegania obcym tradycjom okultystycznym czy neopogańskim, ale szansą, by własną tradycję chrześcijańską, katolicką i polską podkreślić – pomimo silnych nacisków, różnej zresztą natury. Chodzi tu także o tak ważną – dla konkretnej pomocy zmarłym w formie modlitwy wstawienniczej – obronę teologii czyśćca, przeciwko teorii reinkarnacji (zwykle obecnej w doktrynach okultystycznych), uderzającej w eschatologię chrześcijańską. Trzeba nam więcej wrażliwości duchowej i świadomości teologicznej, by to wszystko właściwie ocenić.

ks. Aleksander Posacki SJ

Źródło: zwiastowanie.alleluja.pl

Posted in Szatan, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , , | 16 Komentarzy »

New World Order już jest i działa

Posted by Dzieckonmp w dniu 29 października 2012


KOPIUJCIE I ROZPOWSZECHNIAJCIE BO SĄ SYGNAŁY ŻE TEN ARTYKUŁ W „DZIWNY” SPOSÓB ZNIKA !

Jest to jeden z najlepszych artykułów na temat żydowskiego Nowego Porządku Świata jaki kiedykolwiek pojawił się na Stop Syjonizmowi. Artykuł szokujący, jak szokujący jest talmudyczny plan względem ludzkości. I tym cenniejszy, ponieważ pochodzi z patriotycznego, prawosławnego rosyjskiego portalu. Prosimy kopiować i powielać poniższy materiał. Dostępny jest także w formacie PDF pod linkiem. Artykuł, ze względu na swoją treść, jest podwieszony do niedzieli. Admin.

 

Konstantin GORDIEJEW

 

Bardzo często podczas dyskusji na temat współczesnych nam globalistycznych tendencji i planów rządu światowego mówimy o budowie New World Order jako o najbliższej przyszłości. Ale jest to błąd. New World Order jest już dzisiejszą rzeczywistością. Jest on już zbudowany a wstęga inauguracji jest także przecięta.

„Serdecznie witamy w ziemskim piekle, przedsionku piekła właściwego”- mówią nam pachołki Antychrysta a także i on sam.

Już wszyscy ludzie na planecie mają nadane imiona, cyfrowe imiona. Pozostało tylko umieścić je na czołach lub rękach (oznakować jak bydło) ludzkiego, niemego stada.

Elektroniczne obroże” są już ludziom zakładane. Dlatego trzeba rozumieć znaki czasu i nie przerażać się jak uczy nas Bóg. To jest dla nas, prawosławnych chrześcijan, nie do przyjęcia żeby dać się opanować strachowi i popaść w rozpacz i smutek. Bóg wszystkich zwyciężył!

A my jesteśmy Jego dziećmi. Dlatego naszym głównym celem jest uniknięcie zdrady Boga i przywarcie do Niego i do Jego opieki. Nie zdradzić Boga oznacza nie przyjęcie warunków Antychrysta i jego pachołków, nie wyrazić zgody na wiernopoddaństwo Szatanowi w jego globalnym królestwie. Naszym królem jest Bóg a my po przyjęciu, podczas chrztu, imion od Niego jesteśmy wiernymi poddanymi Boga Wszechmogącego- Trójcy Przenajświętszej.

 

Bracia i siostry!

Swoimi nie odpokutowanymi grzechami oddajemy władzę nad sobą diabłu. Zacznijmy stałą pokutę i modlitwę do Boga o zesłanie nam, niedołężnym, Jego pomocy w oporze przeciwko Antychrystowi i jego pachołkom. Bez pomocy Bożej nikt się nie uratuje!

Będziemy modlitwą wypraszać Go o obdarowanie narodu rosyjskiego carem i o wyzwolenie spod żydowskiego jarzma okrutnie smagającego Ruś już od ponad 100 lat.

Nie będziemy przyjmować dokumentów Antychrysta, w pierwszej kolejności UEK (Uniwersalna Karta Elektroniczna). Jest to dokument Antychrysta i, można powiedzieć, wiza do piekła.

Dopomóż nam Boże!

         Zadziwiające ale faktem jest to, że dwie rzeczy, leżące na samej powierzchni i dlatego oczywiste, są w świadomości społecznej nieobecne i niezauważone i dlatego, naturalnie, zupełnie nie rozważane.

Dwie oczywistości.

Ileż to już słów wypowiedziano, we wszystkich możliwych kontekstach!, o nadejściu „Nowego Porządku Świata”. I o tym przeciwko komu jest on skierowany i jakie siły są w niego zaangażowane i jak „wielobiegunowość” walczy z „jednobiegunowością”. I jeszcze jak na służbę „światowego żandarma” została zaprzęgnięta „technologia kontrolowanego chaosu”. Przy czym negatyw podobnych argumentów jest schizofrenicznie równoważony pozytywem o tym jak „międzynarodowa społeczność” przeciwdziała globalnemu kryzysowi (który sama organizuje), jak karmi głodnych (tak, trującymi produktami spożywczymi GMO) i jak leczy z chorób (szczepionki, które są groźniejsze od samych chorób), jak informuje i zwalcza międzynarodowy terroryzm (który sama stworzyła i sama nim kieruje), jak ustanawia „progresywne” normy konsumpcyjne, normy „opieki medycznej” i „oświaty” (zamieniając narody w chorych debili), jak obiecuje zapewnić ludzkości „zrównoważony i stały rozwój” (który w istocie oznacza ludobójstwo ogromnej większości mieszkańców Ziemi w imię postępu technologicznego i dobrobytu niewielkiej mniejszości).

 

Ażeby wspomniana schizofrenia nie raziła to wszystko podaje się w sosie pustej gadaniny i zgadywanek jakie mamy międzynarodowe instytucje zarządzające wszystkim, kto co powiedział, kto co zrobił i dlaczego, kiedy zbierał się „rząd światowy” złożony z różnych „klubów bilderberskich” i „komisji trójstronnych” i nad czym obradowali. Osobnym „płodnym” tematem z tej listy są bolesne rozważania o procesach globalizacyjnych, ich przejawach, pozytywnych i negatywnych i możliwych konsekwencjach dla rodzaju ludzkiego.

Tymczasem, o jako priorytetowej oczywistości, trzeba mówić o tym, że globalizacja jest już całkowicie zrealizowana i „nowy porządek świata” jest już zasadniczo zbudowany.

 

Kto dzisiaj rządzi na Ziemi?

 

ONZ? Prezydent? Instytucje międzynarodowe? Niektóre państwa, które politolodzy pospiesznie ogłaszają „hegemonami”? Nie!

Władzę sprawuje bardzo mała grupa ludzi kontrolująca wszystkie (lub prawie wszystkie) przepływy finansowe i dużą część mocy produkcyjnych planety.

A kto kontroluje ten i podejmuje decyzje przynależne realnej władzy, obowiązujące wszystkie marionetki i kukły na stanowiskach w tak zwanych „rządach” i „instytucjach”. Chociaż te marionetki i kukły pozornie wydają się być suwerenne to są jednakże całkowicie służebne w stosunku do swoich właścicieli-lalkarzy.

Tak więc „nowy porządek świata” w istocie nie „nadchodzi” a już jest i przedstawia sobą ucieleśnioną władzę globalnych grup finansowych (GGF) i trans-nacjonalnych korporacji (TNK), które otrzymały zadanie całkowitego wdrożenia właśnie rynku globalnego, zasadniczo istniejącego już od roku 2000. Jakaż tam „wielobiegunowość”. Rothschildzie kontra Rockefellerze, czy co? Oczywiście występują sprzeczności i pomiędzy nimi i wzajemne pretensje ale i jedni i drudzy należą do jednej, ponadnarodowej (i mówiąc ogólnie nawet etnicznie nie zupełnie jednorodnej) grupy starającej się zagrabić całe istniejące bogactwo na Ziemi, ruchome i nieruchome, żywe i nieożywione, ludzkie i zwierzęce.

Odwrotna strona „porządku światowego”, który już panuje, to druga oczywistość!, polega na tym, że kim by nie byli obecni władcy Ziemi to ze wszech miar są oni w istocie patologicznymi zwyrodnialcami lub inaczej nekrokratami, wrogimi wobec całej ludzkości i nieporównywalnymi w nikczemności i podłości z wszystkimi potworami minionych czasów.

Sieć i chaos.

 

Kiedy ponad dziesięć lat temu putinowski analityk A. Ignatow snuł rozważania o „rządzie światowym” jako o strukturze działającej w interesie „nielicznej elity” zjednoczonej pochodzeniem etnicznym i wtajemniczeniem w lożach o destrukcyjnych ideologiach to on prawdopodobnie niezbyt zdawał sobie sprawę na ile trafna jest jego ocena. Jednakże właśnie chaos, na początku skrycie a następnie całkowicie jawnie, z kalamburem na jego określenie, tak zwanym „kontrolowanym chaosem”, stał się główną siłą zapewniającą panowanie nowego hegemona.

Cały projekt przechwycenia władzy globalnej zorientowanej, jeszcze prawie pół wieku temu, na budowę społeczeństwa technotronicznego, uwzględniał ten fakt, że w miarę automatyzacji produkcji, pracujący w niej ludzie z powodzeniem są zastępowani „mądrzejszymi automatami” i „uduchowionymi robotami” i stają przed dylematem czy być zbędnymi czy uznać swoją funkcjonalną równość z robotami. Odpowiednio. Po pierwsze, będąc zrównana z bezdusznymi „mocami produkcyjnymi” zniewolona ludzkość musi pogodzić się z narzuconym jej podejściem do samej siebie jako do mechanizmu roboczego podlegającemu eksploatacji (według przydatności i znaczenia), amortyzacji, odpisowi i demontażowi na części.

 

Po drugie. Społeczeństwo poddało się transformacji w jedną strukturę sieciową, zbudowaną na obraz i podobieństwo linii automatycznych gdzie każdy węzeł posiada funkcjonalne znaczenie, wyrazistość i jest przystosowany do realizacji ściśle określonych zadań. Stosownie jeden z apologetów sieci tak pisze o niej jako o kolektywnym współdziałaniu, które poprzez włókno i powietrze wiąże w jedno szybko rosnącą liczbę obiektów przyrody ożywionej i nieożywionej. (Co ciekawe, w rosyjskich perspektywicznych programach państwowych tak się pisze: „Nanoelektronika będzie integrować się z bio-obiektami i będzie zapewniać nieprzerwaną kontrolę nad utrzymaniem ich funkcji życiowych”).

A główna właściwość takiej sieciowej struktury polega na tym, że jest ona idealnie dostosowana do konkretnego działania funkcjonalnego i łączy wewnątrz siebie absolutnie nie powiązane ze sobą elementy co w istocie jest formą „kontrolowanego chaosu”. I dlatego opuszczenie takiej struktury odpowiada w pełni trwałej utracie miejsca w układzie społecznym to znaczy wyzwoleniu do nikąd”. Jednocześnie sieć zbudowana jest jako hierarchia rang i stopni przypisanych do „węzłów” i „obiektów” (w tym bio-obiektów) w zależności od ich funkcjonalnych użyteczności. Podobne ustawianie i szeregowanie jest nie tylko organizacyjne ale optymalizuje strukturę układu i służy razem z tym skutecznym mechanizmom pozbywania się tych, których wkład w ogólnosystemowe działanie utracił dla niego swoje znaczenie i przestał być potrzebny (im bardziej użyteczny tym wyższy status, im mniej tym niższy status, całkowicie bezużyteczny oznacza „nie potrzebny” i sugeruje przy ostatecznym werdykcie o braku perspektyw i następujące „spisanie i demontaż na części zapasowe”).

Innymi słowy „nowy-sieciowy-porządek” w istocie nie tylko „konserwuje” chaos wewnątrz siebie ale jest również dla siebie sposobem autokreacji. Naturalnie, że stworzenie podobnej konstrukcji „agregacji milionów, indywidualnie podtrzymywanych, niezorganizowanych obywateli”, to znaczy sieciowego „umysłu” społecznego, wymagało bardzo dużo czasu przy czym na skutek nie tyle stworzenia odpowiednich warunków ekonomicznych i wystarczającego rozwoju odpowiednich możliwości technologicznych, co moralnej przebudowy powszechnego wychowania ludzi, pierwotnie adaptującego do życia w ludzkim a nie w jakimś „technotronicznym” społeczeństwie. Jeszcze na samym początku projektu podjętego przez nekrokratów w celu przechwycenia globalnej władzy, jedna z ich struktur instytucjonalnych całkowicie szczerze ogłosiła „żeby dojść do utworzenia jednego rządu światowego, żeby koniecznie wyzwolić ludzi od ich tożsamości, od przywiązania do rodziny, narodowego patriotyzmu i religii, którą wyznają”.

Jak by nie odnosić się do brzmienia i wiarygodności powyższego wezwania to jednak wszystkie jego elementy były, przez minione cztery dekady z kawałkiem, były realizowane ,praktycznie rzecz biorąc, w sposób doskonały.

Triumfujący mondializm zmiażdżył i podporządkował sobie wszystkie doktryny religijne, ogłosił relatywizm ich prawd, uczynił religijny synkretyzm dominującym nurtem religijno-politycznym.

Patriotyzm stracił swój fundament ze względu na starcie różnic kulturowych, internacjonalizację życia codziennego, zniszczenie państw narodowych i globalizację gospodarki. W tyglu zastępczej demografii języki i narody giną w tempie prawie jednego dziennie. Celowe zniszczenie kultury, zbydlęcenie za pośrednictwem środków masowego przekazu doprowadziły do skrajnego egocentryzmu uprzednio tradycyjne, wzmocnione religijnymi zasadami, moralne postawy ludzi. Konsekwencją tego ( w połączeniu z sukcesami w rozwoju gospodarki i technologii, które zapewniły możliwość wygodnej egzystencji w pojedynkę) był upadek rodziny.

Kult zwierzęcej konsumpcji pomnożony przez dyktaturę wszelkiego rodzaju mniejszości, pobudzony folgowaniem wszelkim możliwym zboczeńcom i perwersjom, obniżył rodzinne stosunki do żądzy i przypadkowych związków i w rzeczywistości zniósł tę metodę konstrukcji społecznej. A prawo dla nieletnich przekształcono w system terroru państwowego, nakierowanego na odbieranie rodzicom dzieci („państwo ogłosiło dzieci swoją własnością”), stało się jednym z najskuteczniejszych mechanizmów zniszczenia trwałych więzi pomiędzy ludźmi i ich atomizacji.

Wojownicy Syjonu. Tolerancja na wieki. Liberalizm, tolerancja, sodomia. ŚMIERĆ GOJOM!

Całokształt tego wszystkiego, co wymieniono powyżej, przygotował percepcję depersonalizacji, która jest nieuchronna przy włączeniu człowieka do sieci (aż do jego apatycznej zgody na przemianowanie go w bezosobowy numer inwentarzowy, całkowicie zrównującym jego nosiciela z majątkiem nieożywionym, środkiem produkcji, wytworzonym produktem) jako coś zupełnie naturalne i konieczne, jako reakcja obronna przed całkowicie niepewnym i niestabilnym otaczającym światem. Ludzkość została osaczona, zmuszona do zmiany, podmieniono sens jej istnienia, zmuszono ją do wciśnięcia się w odpowiednie formy i …zatrzaśnięto pułapkę.

Oazy śmierci.

To bardzo interesujące, że istota opisanej powyżej transformacji społecznej nigdy właściwie nie była skrywana przed szeroką opinią publiczną. Przecież jeszcze 20 lat temu w 1991 roku nie byle jaki paplający fantasta, ale Jaques Attali, filozof i wybitny bankier, szef Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, to znaczy człowiek o wysokim statusie w globalnej elicie nekrokratycznej i, jak czas pokazał, znający szczegóły przebudowy społeczeństwa, opublikował książkę „Na progu nowego tysiąclecia” (inny tytuł „Millenium”) w której wystarczająco szczegółowo i wiarygodnie opisał realia dnia dzisiejszego.

W odmalowanym przez niego obrazie cały świat należy się „zwycięzcom”, których on nazywa „nomadami” przedstawiających sobą „koczowniczą” to znaczy ponadnarodową elitę, nie związaną ze swoją ojczyzną i narodem. Jedyną rzeczą, która ich jednoczy są „globalne, elektroniczne sieci informacji i handlu” w których nowi władcy świata identyfikują siebie nazwą lub numerem. Przy tym są oni niejednorodni i różnią się statusem i odpowiadającą mu sytuacją majątkową. Udział „koni pociągowych”, albo jak nazywa ich sam Attali, „nomadów średniego poziomu” to hotelowe baraki w pobliżu węzłów transportowych. „Nomadzi” wyższego statusu, to znaczy uprzywilejowani i majętni, zdołają dysponować środkami żeby zostać właścicielami nieruchomości w dużych miastach -oazach. No a o możliwościach prawdziwych „panów życia” w książce się nie mówi. Zrozumiałe, że dysponują oni praktycznie bezgranicznymi możliwościami.

Paralele z apokaliptycznymi jak i z zachodzącymi dzisiaj w świecie procesami są oczywiste.

Jednakże jeszcze bardziej wywołuje wrażenie opis odwrotnej strony transformacji społeczeństwa w sieć. Jak już wspomniano, centrum koncentrującym władzę sieciowego świata są miasta-oazy, dobrze ufortyfikowane i bronione są sercem sieciowego społeczeństwa. Bronione przed kim? Przed zwyciężonymi „liczba których znacznie przewyższy liczbę zwycięzców. Zwyciężeni będą usiłowali dostać szansę na godne życie ale im, najprawdopodobniej, takiej szansy się nie stworzy. Zderzą się oni z rażącymi uprzedzeniami i strachem. Okaże się, że znaleźli się oni na szarym końcu, będą dusić się od zatrutego powietrza i nikt na nich nie będzie zwracał uwagi ze zwykłej obojętności. Wszystkie okropności XX wieku zbledną w porównaniu z takim obrazem”.

W odróżnieniu od nomadów-nekrokratów, wszystko co pozostawi się wyrzuconym poza nawias społeczny i przekształconym w społeczne łajno, chaos i rozkład , ograniczy się do włóczęgostwa, zdziczenia i wymierania bez jakiejkolwiek perspektywy zmiany swojej sytuacji. Innymi słowy na wspomniane, „ufortyfikowane oazy” nekrokraci nałożyli funkcję filtra-separatora dla tych, których sieć już nie potrzebuje i proponuje im tylko jedną , ostatnią dla nich możliwość czyli wybór rodzaju śmierci. Od narkotyków, w bezowocnych atakach terrorystycznych na niezwyciężoną obronę sieciowej cytadeli, sprzedając siebie na biologiczne części zapasowe albo po prostu z głodu i chorób. I to w naszych właśnie czasach jest już całkowicie urzeczywistnione.

Przykład- Brazylia z jej elitarnymi gettami w otoczeniu nędzarskich faweli, z wysokimi ogrodzeniami rozdzielającymi dwa światy, z ostrym reżimem kontroli i ochroną gotową strzelać bez ostrzeżenia. Kryzys przyspieszył rozprzestrzenianie się tego modelu w całym świecie, włącznie z USA, a w Rosji ten model jest już całkowicie stworzony jako struktura ustroju społecznego (tylko wszyscy starannie próbowali to ignorować).

I nawet kiedy w otoczeniu D. Miedwiediewa wyrażano ideę przekształcenia ustroju federacyjnego państwa w 20 aglomeracji o łącznej populacji 60 milionów ludzi, to wszyscy, chociaż tę ideę krytykowali i nie pozwolili uczynić z niej hasła wyborczego, to tym nie mniej, nie uważali za coś poważnego. A niepotrzebnie ponieważ wzmiankowany zamiar stał się wytyczną w planowym działaniu władz, które zdecydowały, że „zmuszenie ludzi do przenosin (do aglomeracji) jest niemożliwe, ich można nakłonić do tego tylko poprzez stymulację ekonomiczną”. I dlatego te „oazy nowego życia” aktywnie tworzą się tam właśnie gdzie określono to w planie Miedwiediewa, i wielokrotnie „po cichu”, upychano w realizowaną „mapę drogową” rozwoju Federacji Rosyjskiej zwanej „Stratiegija 2020”, gdzie niemalże w każdej części można znaleźć zdanie o przykładowo takiej treści; „stymulowanie terytorialnej mobilności ludności, rozwoju aglomeracji i optymalizacji systemu rozsiedlenia”.

A chyba najbardziej uderzającym i klasycznym przykładem „tworzenia oaz” jest aglomeracja Moskwy i okręgu moskiewskiego, które nie tylko się przenikają wzajemnie ale nawet potrafiły wykrystalizować w swoim łonie podział na rosyjskie „getto dla elit” (tak zwana „wielka Moskwa” i kilka jeszcze oligarcho-polisów) i „dzielnice slumsów dla przegranych”. Cóż, można „nomadów” zrozumieć. Mają przed kim się odgradzać i bronić się ponieważ prawdziwe znaczenie pogranicza oaz to gigantyczne „piece hutnicze” pełne zbędnego ludzkiego „biomateriału”, obozy śmierci dla planowej redukcji niepotrzebnej ludności. Rozpatrzmy to bliżej, zacznijmy od liczb. Skąd nagle Miedwiediewowi wzięło się, w zleceniu, danym specjalistom opracowującym strategię rozwoju, narzucanie im progu zaludnienia rosyjskich oaz-aglomeracji na poziomie nie większym niż 3 miliony ludzi co w sumie, dla 20 podobnych jednostek administracyjnych daje górną granicę zaludnienia Federacji Rosyjskiej na poziomie 60 milionów ludzi w czasie kiedy obecna liczba ludności, według oficjalnych statystyk, jest dwa razy większa?

Gdzie ma się podziać nadmiar obecnej rdzennej ludności? A jaki będzie ich los jej los wśród tych którzy dożyją do 2020 roku? Odpowiedź jest prosta. Przyjmuje się, że przytłaczającą większość będą w przyszłości stanowić imigranci, ci sami „nomadzi niższego i średniego poziomu”, którym będzie wolno znaleźć sobie pracę w oazach. Pozostałym, pozostawionym samym sobie, z braku chociażby podstawowych warunków życiowych, włącznie z otaczającym środowiskiem, wyżywieniem, ochroną zdrowia, edukacją, bezkarnością nasyłanych przez nomadów reketierów i łowców głów a także miejscowych bandytów, przygotuje się skrycie wymarcie i pozbycie się ich tym samym z zajmowanych przez nich terenów. Albo, jeśli wyrażać się z użyciem terminologii z poprzedniej części tego artykułu, wciągnięci w chaos, który ich wchłonie.

Dzisiaj ta „maszynka do mielenia mięsa” jeszcze nie pracuje pełną swoją mocą. Jednakże koło zamachowe globalnej polityki tworzenia „kontrolowanego chaosu” kręci się coraz szybciej, niszcząc jedne państwa i nasycając ich fragmentami inne państwa, przygotowując w ten sposób dogodną sytuację do wybuchów społecznych w nowych, póki co, dostatnich miejscach w świecie. Imigrant jest skandalicznie tanią siłą roboczą, imigrant podważa poziom życia rdzennej ludności, imigrant sam żyje poza nawiasem ludzkiej egzystencji i wysysa i tak ograniczone fundusze wsparcia społecznego. Ogólny spadek poziomu życia osłabia gospodarkę i uzupełnia liczbę przegranych o przedstawicieli małego i średniego biznesu, którzy do tej chwili jeszcze jakoś się utrzymywali na powierzchni i walczyli ze sztucznie stworzonym ekonomiczno-finansowym kryzysem. Wynikiem jest odgradzanie się nomadów-nekrokratów w ich bunkrach i twierdzach i proponowanie wszystkim tym, których wyrzucili za burtę, żeby unicestwiali się wzajemnie przy granicach oaz do takiej liczby, która może być odpowiednia do „nowego porządku zarządzania. A jeśli wziąć pod uwagę, że liczba takich skazanych nieprzerwanie maleje to „maszyna śmierci”, mieląca ludzi na kurz i pył, musi działać i pracować nieprzerwanie.

 

Nieludzka nieśmiertelność.

 

Jednakże nekrokracja wraz z przetwarzaniem społeczeństwa w chaos, ze wszystkimi jej „zewnętrznymi”, sieciowymi projektami, nie wyczerpuje na tym swojej działalności. Najbardziej cechujący ją, podstawowy, nihilistyczny światopogląd polega na tym, że widzi w ludzkim stworzeniu źródło chaosu, swojego rodzaju automat złożony z mnóstwa różnorodnych, odrębnych elementów odpowiednio dopasowanych i zmontowanych w skomplikowane systemy operacyjne to znaczy tak jakby z elementów konstruktorskich.

Jako takie te poszczególne elementy „konstrukcyjne” można „remontować”, zamieniać i usprawniać. I to się robi.

Żywe zrasta się z martwym, martwe symbolicznie przywyka do żywego. I dobrze żeby była mowa o protezach. Nie, zamach jest znacznie większy, chodzi o rozbiór człowieka na elementy pierwsze i ponownie złożyć w lepszej formie. W istocie chodzi o tenże „niewolniczy chaos” ale nie na poziomie społecznym ale na poziomie biologicznym.

I oto już pełną parą opracowuje się technologie klonowania, stworzenia całkowicie sztucznych organizmów, połączenia nieprzystających do siebie gatunków w monstrualne chimery z właściwościami nie wpisującymi się w ani jeden organizm pierwotny ale tworzącymi super wyższość w urzeczywistnieniu określonych funkcji. Prowadzi się aktywne przygotowania także do produkcji cyborgów, autonomicznych i nieautonomicznych z dominacją albo intelektu maszynowego albo biologicznego, zależnie od ostatecznej potrzeby, a według R.Kurzweila, całkowicie symbiotycznej kombinacji człowieka i maszyny, istoty absolutnie nieludzkiej natury, idealnie dostosowanej do życia w systemach sieciowych w roli wiecznego niewolnika ale także i wiecznego pana.

Nieśmiertelność to jest to na co złapali się nekrokraci. Finansując „demontaż” istoty ludzkiej na części zapasowe (to już się robi, co prawda na poziomie transplantów, zarówno żywych jak i elektronicznych), i wykorzystywanie ludzkiego ciała jako źródła surowcowego użytecznych substancji (a czy tak nie jest?, od kosmetyków dla wybranych do farmaceutyków dla wszystkich!) oni wyznaczyli już zadanie wydzielenia substancji, która, podobnie do sieci automatycznych, jest w stanie „rozmnażać” biologiczny i, związany z nim, elektroniczny chaos, nadać mu formę nadającą się do translokacji, naprawy, renowacji i modernizacji.

Właściwie, podjęty obecnie gwałtowny skok w głębiny materii, ze wszystkimi jego przeszkodami i nanotechnologiami, dąży do tylko jednego celu a mianowicie ażeby wyekstrahować tę „sieciową”, „matriksową”, zasadę, która kształtuje z bezkształtu wielokształtność form to znaczy duszę, samoświadomość, umysł, jeżeli zastosować to do osoby ludzkiej, i wykorzystywać poznaną wiedzę jako źródło mocy, panowania i wiecznego życia. I w tym co powiedziano nie ma żadnej przesady. Jeśli spojrzeć na materiały takich rosyjskich projektów przyszłościowych jak Forsajt Project „Dietstwo 2030” i OD „Rossija 2045” to najbliższy rozwój społeczeństwa, spójny ze strukturami władzy, będzie szedł właśnie w kierunku redukcji liczby żyjących ludzi i zmiany ich natury od „poprawienia” jej za pomocą technologii komputerowych do całkowitego wydobycia „matrycy” z biologicznej otoczki. Z pewnością jest całkowicie niepotrzebne wyjaśnianie, że zwycięski w dzisiejszym świecie „nowy porządek” jest wrogi społeczeństwu i człowiekowi, jego naturze, świadomości i duszy.

 

Pomimo to trzeba o tych czterech rzeczach wspomnieć.

Po pierwsze– wypuszczony na wolność chaos jest nieodwracalny. Jest on ostateczną kropką nad i w zmianach rzeczy. Dlatego, jeżeli założyć, że obecna strategia urzeczywistni się w pełni to ludzkość skazana jest na zagładę.

 

Po drugie– hipoteza o duszach jako materialnych meta-strukturach, wewnątrz których znajduje się chaos jest w konflikcie z metafizyczną naturą ich nieśmiertelności. Albo jedno albo drugie. I dlatego projekt budowy „New World Order” jest nie tyle polityczny czy ekonomiczny co religijny.

 

Po trzecie– przyjmujący to oszustwo jako podstawę dla swoich świadomych i celowych działań w dużej mierze już teraz są, w najlepszym wypadku, tylko zachowującymi niektóre cechy ludzkie potworami.

 

Po czwarte– ten proces zaszedł dzisiaj już tak daleko, że uniknięcie bezpośredniej konfrontacji ludzi z bezcielesnym niebytem już jest niemożliwy albowiem nie ma już pola manewru ani dla jednych ani dla drugich a ceną jest przeżycie rodzaju ludzkiego.

 

Konstantin GORDIEJEW

Źródło: http://3rm.info/27961-nekrokratiya-i-haos.html

Posted in Alert, Apokalipsa, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Szatan, Warto wiedzieć | Otagowane: , , | 73 Komentarze »

O. PIO – TRZY DNI CIEMNOŚCI

Posted by Dzieckonmp w dniu 29 października 2012


Tłumaczenie kopii prywatnego listu autorstwa Ojca Pio, adresowanego do Komisji w Heroldsbach wyznaczonej przez Watykan w celu przebadania prawdziwości objawień o ‘Trzech Dniach Ciemności’ danych przez Naszego Pana, Ojcu Pio, zakonnikowi zgromadzenia Kapucynów i stygmatyka.
28 STYCZEŃ 1950
Dobrze pozamykajcie i uszczelnijcie okna. Nie wyglądajcie na zewnątrz. Zapalcie święconą świece, która wystarczy na wiele dni. Módlcie się na różańcu. Czytajcie duchowe książki. Czyńcie akty przyjęcia Duchowej Komunii, a także uczynki miłości, które są nam tak potrzebne. Módlcie się z wyciągniętymi rękami lub padając na twarz, aby uratować wiele dusz. Niewolno wam wychodzić na zewnątrz. Zaopatrzcie się w wystarczającą ilość pożywienia. Moce natury zostaną wstrząśnięte i deszcz ognia napełni ludzi przerażeniem. Miejcie odwagę! Jestem pośród was.

7 LUTY 1950

Otoczcie opieką swoje zwierzęta, podczas tych dni. Ja Jestem Stworzycielem i Opiekunem dla wszystkiego stworzenia, tak samo jak dla człowieka. Dam wam wcześniej znaki, kiedy powinniście pozostawić większą ilość jedzenia dla swoich zwierząt. Ochronię dobytek wybranych, w tym także zwierzęta, które będą później w potrzebie pożywienia. Niech nikt nie próbuje wychodzić na zewnątrz, nawet, aby nakarmić swoje zwierzęta, – kto będzie nieposłuszny temu słowu, zginie! Dokładnie zakryjcie okna. Moi wybrani nie powinni widzieć Mojego gniewu. Miejcie Ufność we Mnie, a Ja będę waszą obroną. Wasza wiara, zobowiązuje Mnie, do przybycia wam z pomocą. 
Godzina Mego powrotu jest bliska! Jednak okażę Miłosierdzie. Najstraszliwsza karę będzie cierpieć świadek czasów. Moi aniołowie, którzy będą egzekutorami tej pracy, stoją już w gotowości z ostrymi mieczami! Szczególnie zadbają o zniszczenie tych, którzy Mnie przedrzeźniali i nie wierzyli w Moje objawienia.
 Nawałnica ognia wyleje się z chmur i rozciągnie na całą ziemię! Sztormy, grzmoty, straszliwa pogoda i trzęsienia ziemi pokryją świat na kilka dni. Nastanie nieprzerwany deszcz ognia! Wszystko rozpocznie się w bardzo zimną noc. Te wydarzenia mają udowodnić, że Bóg jest Panem wszelkiego Stworzenia. Ci, którzy pokładają we Mnie nadzieję i wierzą w Moje słowa, nie mają się, czego obawiać. Nie zaprę się tych, którzy rozpowszechniają Moje przesłanie. Żadna krzywda nie spotka dusz w łasce uświęcającej i tych, które szukają obrony u Mojej Matki.
     Dam wam następujące znaki i instrukcje, w ten sposób możecie być przygotowani na nadchodzące wydarzenia:
Noc będzie bardzo zimna, a wiatr zacznie przeraźliwie huczeć i wyć. Po krótkim czasie usłyszycie grzmoty. Zamknijcie wszystkie drzwi i okna i z nikim nie rozmawiajcie z zewnątrz. Padnijcie przed krzyżem, żałujcie za grzechy i błagajcie o opiekę Mojej Matki. Nie patrzcie przez okno podczas trzęsienia ziemi, ponieważ gniew Boży jest święty! (Jezus nie chce, abyśmy ujrzeli gniew Boga, gdyż musi być rozważany w strachu i trwodze. Ci, którzy nie potraktują poważnie tego polecenia, zginą na miejscu.)
Wiatr, przyniesie ze sobą trujące gazy, które rozniosą się po całej ziemi. Każdy, kto będzie cierpiał i umrze niewinnie, stanie się męczennikiem i będzie przebywał ze Mną, w Moim Królestwie.
Szatan zatryumfuje! Jednak po trzech nocach, ogień i trzęsienie ziemi ustaną. Następnego dnia słońce znów wzejdzie i oświeci ziemie. Aniołowie przybędą z Nieba i przykryją ziemie duchem pokoju. Uczucie niezmierzonej wdzięczności ogarnie tych, którzy przeżyją okropne doświadczenia – bliską karę -, którymi Bóg nawiedza ziemię od jej stworzenia.
Wybrałem dusze także w innych krajach jak: Belgia, Szwajcaria, czy Hiszpania i otrzymały to samo objawienie, aby te kraje również mogły się przygotować. Módlcie się dużo w czasie tego Świętego Roku 1950. Módlcie się na różańcu, ale tak, aby wasze modlitwy dosięgły Nieba. Wkrótce znacznie gorsza katastrofa nadejdzie na cały świat, jakiej nikt nie widział, straszliwa kara! Wojna 1950 roku jest wstępem do tych wydarzeń.
Jakże obojętny jest człowiek na te sprawy, które już wkrótce staną się rzeczywistością, wbrew wszelkim oczekiwaniom! Jakże dalecy są od roztropnego przygotowania się na te przepowiedziane, a niewysłuchane wydarzenia, przez które niebawem będą musieli przejść.  Wpływ Boskiej równowagi dosięgną ziemi! Gniew Mego Ojca zostanie wylany na cały świat! Kolejny raz ostrzegam świat, po przez wasze środki, jak dotąd zawsze to czyniłem.
Grzechy ludzkości przerosły miarę: Lekceważąca postawa w Kościele, grzeszna duma wywołana wstydem przed aktywnością religijną, brak prawdziwej, braterskiej miłości, nieprzyzwoitość w ubieraniu się, a zwłaszcza w okresach letnich… Świat jest pijany od grzechu.
Ta katastrofa przyjdzie na ludzkość jak przebłysk światła, w chwili, gdy wschód poranku zostanie zastąpiony ciemnościami! Od tego momentu, nikomu nie wolno opuścić domu lub wyjrzeć przez okno. Ja Sam, przybędę pośród grzmotów i piorunów. Słabsi powinni
2)   zawierzyć się Mojemu Najświętszemu Sercu. Nastanie wielki chaos z powodu całkowitych ciemności, które okryją ziemie i wielu, wielu zginie od przerażenia i rozpaczy.
Ci, którzy będą „walczyć” dla Mojej sprawy, otrzymają łaski z Mojego Najświętszego Serca, a pokorny płacz skruchy: „KTÓŻ JEST JAK BÓG” będzie ratunkiem dla wielu. Jednakże, niezliczona ilość spłonie na otwartych polach jak wyschnięta trawa! Bezbożni zostaną unicestwieni, aby później sprawiedliwość narodziła się na nowo.
W dniu, jak tylko nadejdą całkowite ciemności, nikt nie powinien opuszczać swojego domu lub wyglądać przez okno. Ciemności będą trwały dzień i noc, kontynuując kolejny dzień i kolejną noc i jeszcze jeden dzień, lecz następnej nocy gwiazdy znów wzejdą na niebie, a przy nadchodzącym dniu ponownie ujrzycie brzask słońca i będzie to CZAS WIOSNY!
W ciągu dni ciemności, Moi wybrani nie powinni spać, jak uczniowie w Ogrodzie Oliwnym. Muszą się modlić nieprzerwanie, a nie zawiodę ich. Zbiorę Moich wybranych! Piekło uwierzy, że włada całą ziemią, ale Ja ją odzyskam!
Czy być może myślicie, że pozwoliłbym Ojcu na zesłanie takiej kary na cały świat, jeśli ludzie odwróciliby się od swoich zbrodni dla sprawiedliwości? Ale to z powodu Mojej wielkiej miłości, te cierpienia za Moim dozwoleniem zostaną zesłane na was. Wielu Mnie przeklnie, a mimo to tysiące dusz ocali się przez nich. Żadne ludzkie rozumowanie nie jest w stanie pojąć głębin Mojej Miłości!
  Módlcie się! Módlcie się! Pragnę waszych modlitw. Moja Najdroższa Matka, Maryja, Św. Józef, Św. Elżbieta, Św. Konrad, Św. Michał, Św. Piotr, Mała Tereska, wasi Aniołowie Stróżowie niech będą waszymi rzecznikami. Błagajcie o ich pomoc! Bądźcie dzielnymi żołnierzami Chrystusa! Gdy powróci Światłość, niech wszyscy złożą dziękczynienie Świętej Trójcy za opiekę! Zniszczenia będą ogromne! Ale Ja, wasz Bóg oczyszczę ziemię. Jestem z wami. Miejcie ufność!

O. PIO OSTRZEGA: Powaga chwili skłania mnie do zwrócenia wszystkim uwagi, zwłaszcza tym, którzy nie wierzą, że to wielkie niebezpieczeństwo zagraża ludzkości – jeśli ludzkość się nie zmieni. Dnia, ani godziny wam nie powiem, gdyż jedynie Ojciec Niebieski wie, kiedy to nastąpi.
– Pamiętajcie o tym surowym upomnieniu, które wam daję. Nie lekceważcie go sobie, ponieważ niebezpieczeństwo grozi całej ludzkości! Wobec krótkiego czasu, należy go wykorzystać, nie poddawać się złu i nie grzeszyć ciężko.
 Waszym obowiązkiem jest wskazywać na zbliżające się niebezpieczeństwo. Nie będzie usprawiedliwienia, że nie wiedziałyście o tym, niebo bowiem ostrzegało was i ostrzega, chociaż ludzie się tym nie przejmują. lekceważąc sobie Kościół Chrystusowy, religię i Boga! Potem będzie za późno!
Trwajmy w stanie łaski, bez grzechu ciężkiego, bo jesteśmy w  rękach Boga, który pragnie dobra swoich dzieci i zabierze je do Siebie do Nieba w chwili najodpowiedniejszej.
Musimy się gorąco modlić o zbawienie dusz ludzkich i dawać im dobry przykład. Bo wszystko jest postanowione dlatego, że ludzie żyją w nienawiści ku sobie, że nawet brat bratu wyrządza krzywdy!!

Błagalna modlitwa z Krzyżem w ręku, małym lub dużym
Błagalne wezwanie z Krzyżem w ręku, małym lub dużym, odmawiaj tę modlitwę:
” Pozdrawiam Cię, uwielbiam i obejmuję Krzyż Mojego Zbawiciela. Jezu, zbaw nas.
Kocham Cię.”
(Koniec listu Ojca Pio)

   TRZECI SEKRET FATIMSKI

Najświętsza Maryja Panna ukazała się trojga dzieciom w 1917 roku w Fatimie w Portugalii. Objawienie się Matki Bożej w Fatimie zostało oficjalnie uznane przez Kościół Katolicki. Jedna z dziewczynek – Łucja, po śmierci Franciszka i Hiacynty wstąpiła do zakonu klauzurowego w Koimbrze – Portugalia. Łucja zmarła 11 lutego 2005 roku.
Siostra Łucja przesłała trzeci sekret Ojcu Świętemu Piusowi XII, aby objawił go światu. Papież przeczytał go z przerażeniem, ale go nie objawił. To samo uczynili następni Papieże, aby nie wzbudzać w świecie paniki i lęku. Po śmierci Łucji, trzeci sekret został ujawniony, oczywiście nie po to, aby straszyć ludzi, lecz po to, by ludzie byli przygotowani na to wydarzenie. Matka Boża powiedziała do Łucji:
3)                  Objawiam światu to, co ma się zdarzyć między 1959,  a 2012 rokiem. Ludzkość zaniedbuje przykazania Boże. Szatan zawładnął światem, siejąc nienawiść wśród ludzi i niezgodę.
Państwa produkują broń śmiercionośną, która jest zdolna zniszczyć ziemię w kilku minutach. Większa połowa ludzkości będzie w tragiczny sposób zniszczona przez wojnę atomową. Powstanie wielki konflikt religijny, Islam przepuści atak na Chrześcijaństwo. Powstaną wielkie zgorszenia w Kościele i w zakonach. Bóg dopuści na ludzkość grady, ostre zimy, upalne lata, powodzie, ogień, trzęsienia ziemi, czas nieprzychylny, katastrofy, które powoli będą wykańczać ziemię”.
Te wszystkie zdarzenia mają się dokonać przed rokiem 2-12-tym. Matka Boża powiedziała też: ,, Praktykujcie uczynki miłosierdzia wobec wszystkich potrzebujących. Wszyscy, którzy nie będą spełniali Tych uczynków, nie przeżyją katastrofy. Kara, jaką Bóg zamierza zesłać na grzeszną ludzkość jest niewyobrażalna. Bóg ukarze surowo wszystkich, którzy odrzucili Jego Przykazania. Wzywam wszystkich, aby zbliżyli się do Chrystusa, który jest Światłością świata.”
Ojciec Augustyn, który mieszka w Fatimie, otrzymał od Papieża Pawła VI pozwolenie na odwiedzenie siostry Łucji w Koimbrze i ona powiedziała mu: ,, Ojcze, Matka Boża jest bardzo smutna, ponieważ mało kto zainteresował się Jej przepowiedniami z 1917 roku. Wierz mi, ojcze, kara Boska przyjdzie.
Wkrótce wiele dusz się zatraci i wiele państw zniknie z powierzchni ziemi.
Jeżeli ludzie się nawrócą i zaczną pokutować, modlić się i praktykować uczynki miłosierdzia, świat może być ocalony. A gdy się nie nawróci, to zginie. Już czas, aby orędzie Matki Bożej dać poznać wszystkim, zwłaszcza rodzinom, krewnym, przyjaciołom, znajomym. Zacznijcie się modlić i czynić pokutę, bo tylko krok dzieli nas od katastrofy.
Kiedy będzie się mówić dużo o pokoju, katastrofa przyjdzie. Pewien człowiek, który zajmuje w świecie wysokie stanowisko, zostanie zabity i to wywoła wojnę atomową, która spowoduje straszne zniszczenia w świecie. Ciemność ogarnie ziemię przez trzy dni – 72 godziny. Przed katastrofą noc będzie bardzo zimna i będą wiać silne wiatry. Ludzie ogarnie niepokój i zacznie się trzęsienie ziemi, które będzie trwać kilka godzin. Wiatr przyniesie gaz i rozprzestrzeni po  świecie. Słońce nie będzie widoczne. Ci, którzy czczą Matkę Najświętszą i rozpowszechnili Jej orędzie, nie potrzebują się bać niczego, Ona ich uchroni od katastrofy.
   Co należy czynić, gdy to się stanie? W domu przygotować mały ołtarzyk, na nim postawić krzyż i figurę Matki Bożej, być w domu, uklęknąć i przepraszać Boga za grzechy, odmówić wierzę w Boga Ojca i różaniec i po każdej dziesiątce dodać: ,,O mój Jezu! Przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego i zaprowadź wszystkie dusze do Nieba i pomóż tym, które najbardziej potrzebują Twojego Miłosierdzia. Jezu, ufam Tobie!. Dom powinien być zamknięty i nikogo obcego nie wolno wpuścić do domu. Drzwi i okna mają być zamknięte, z nikim nie rozmawiać, tylko się modlić. Zapalić poświęconą świecę, która ma się palić przez trzy dni, bo innego światła nie będzie w tym czasie. Nie wychodzić z domu pod żadnym pretekstem, aż się wszystko unormuje. Mieć przynajmniej trzy świece w domu dodatkowe. Po odmówieniu Różańca, dodać słowa: ,,Dziewico Maryjo, strzeż nas, kochamy Cię, zbaw nas i świat.”
         Trzeba mieć w domu wodę święconą i nią pokropić Dom, zwłaszcza drzwi i okna. Ci, którzy uwierzą Moim słowom i rozpowszechnią je, nie potrzebują obawiać się niczego. Mów o tym innym, póki czas. Ci, którzy będą milczeć o tym, będą odpowiedzialni za tych, którzy nie zostali poinformowani i zginęli. Trzeba pamiętać, że Bóg jest nieskończenie miłosierny i Jego słowa upomnienia nie należy uważać za zagrożenie, lecz jako Ojcowskie upomnienie.

Oszczędzony dom w Hiroszimie, Japonia…

Jest powiązanie między wybuchem atomowym na Hiroszimie w Japonii, a wydarzeniami z Fatimy. Grupa Jezuitów przeżyła tą eksplozję bez jakiegokolwiek uszczerbku, a przebywali dokładnie w środku Hiroszimy, gdzie było centrum wybuchu. Nawet ich zwierzęta, pola i trawa zostały ocalone. Naukowcy nie byli w stanie znaleźć odpowiedzi na to zjawisko, ale teolodzy tak: „Jezuici żyli objawieniami z Fatimy”.

PRZECZYTAJ, PRZESLIJ, SKSERUJ – PRZEKAŻ DALEJ!

4)          ŚRODKI OCHRONNE PODCZAS TRZECH DNI CIEMNOŚCI

     1. Poświęcone obrazy.

Szczególnie zalecany jest obraz Miłosierdzia Bożego „Jezu, ufam Tobie” i krzyż saletyński (krucyfiks z narzędziami Męki Pańskiej, objawiony przez Maryję w La Salette). One będą rozpraszać ciemności. Dzięki ich promieniowaniu nawet sceptycy będą mogli się nawrócić.     Już teraz należy codziennie odmawiać następującą modlitwę:
„Najdroższa Krwi i Wodo Jezusa, wylana za nasze grzechy, oczyść to miejsce i jego mieszkańców,  obejmij ten dom Twoją Opieką”.

  2. Woda.

Należy przygotować około 30 litrów wody na osobę. Dolać do niej trochę wody święconej. W ten sposób cały zapas wody będzie poświęcony.

3. Święcony olej.

Olej będzie potrzebny na oparzenia. Do butelki oleju (najlepiej z oliwek) należy wlać kilka kropel święconego oleju. W ten sposób cała zawartość oleju będzie poświęcona. Przy oparzeniach należy nalać trochę oleju na czyste płótno i nałożyć na oparzelinę.

Zarówno olej jak i inne przedmioty każdy może sam poświęcić. Należy postawić na stole krzyż i dwie zapalone świece oraz nabożnie odmówić: „Wierzę w Boga”…, trzy razy, „Zdrowaś Maryjo”, poprosić Pana Jezusa, aby te rzeczy pobłogosławił w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego oraz zakreślić trzy krzyże nad tymi rzeczami.

5)                      4. Poświęcone świece i zapałki.

Już teraz należy zaopatrzyć mieszkanie w te niezbędne rzeczy. Podczas Trzech Dni Ciemności tylko poświecone świece będą się palić, dając ciepło i oczyszczając duszę od wszelkiego zła.

Jako środek ochronny przeciw różnym chorobom i dolegliwościom będzie przydatny głóg pospolity. Wszystkie gatunki głogu zostały przez Matkę Bożą pobłogosławione. Nawet gdy głóg będzie kilkakrotnie gotowany w wodzie, to zachowa swoje właściwości lecznicze.

Każdy kraj mówi o wojnie 11.VIII.1986 Mówi Pan Jezus do wszystkich ludzi:

Gniew Boży można powstrzymać tylko gorącą modlitwą i pokutą. To mówi Syn Boży Jezus Chrystus: Bez modlitwy i pokuty nie ma poprawy i nie ma zbawienia. Obecnie całe narody uległy zgorszeniu i toną w grzechu, który im proponuje zły duch.

Różne kraje są nawiedzane kataklizmami. A te kataklizmy są karą za grzechy, które ludzkość tak chętnie popełnia i pod działaniem złego ducha ściąga na siebie karę. Gdyby ludzkość trochę chciała się poprawić, wyrzec się grzechu, nawrócić się do modlitwy i pokuty, uszczęśliwiłaby siebie i cały świat. Niestety, ludzie nie myślą o sprawach Bożych, lecz o sprawach ziemskich. A człowiekowi najbardziej jest potrzebna miłość Boża i bliźniego. Gdy nadal cała ludzkość i świat w grzechu, i nienawiści trwać będzie, przyjdzie na nią zapowiedziana kara, o której mówi Święta Ewangelia.

Każdy kraj mówi o wojnie i uważa, że osiągnie z niej zyski, potrząsa szabelką. Lecz nikt nie może sobie wyobrazić, że plany ich może pokrzyżować Boży gniew, Siadając na ziemię. W jednej chwili może tę ziemię rozłupać jak łupinkę i kolebać nią na wszystkie strony. Wówczas to może być ten straszny koniec dla ludzkości, która sobie to, własnymi grzechami, na siebie ściągnie.

Proszę was, módlcie się, przepraszajcie Boga w Trójcy Jedynego, bo gdy gniew Boży nawiedzi was, wówczas na to czasu nie stanie. Ja, Jezus Chrystus błogosławię was i proszę was, abyście czuwali, modlili się i pokutowali, bowiem nie wiecie dnia ani godziny czasu nawiedzenia Pańskiego.

Oprac. Jerzy Poleszczuk

Źródło: https://docs.google.com/document/d/1aTVLl9pqrztHZAASjF0L56jOAaj4zoceVZLDXsMy_O4/edit?hl=pl&pli=1

 

Posted in Alert, Apokalipsa, Objawienia, Warto wiedzieć | Otagowane: , | 38 Komentarzy »

Wierz i módl się

Posted by Dzieckonmp w dniu 29 października 2012


Posted in Cuda, Film, Prześladowanie Chrześcijan | Otagowane: , , | 14 Komentarzy »

Modlimy się o uratowanie dziecka

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 października 2012


Jutro o godz 18 Tomek z Żoną postanowili zabić swoje nienarodzone dziecko. Proszę o wspólną modlitwę dziś na czacie o godz 21:15 Koronka Pokoju o uratowanie tego dziecka. Zapraszam wszystkich do modlitwy na czacie pod adresem  http://www.spikeria.pl  . Wchodzimy potem do pokoju Pokoj Wam  hasło do tego pokoju Jezus .

Ballada o nienarodzonym dziecku

 

Posted in Aborcja, Czat | Otagowane: , | 36 Komentarzy »

Przepowiednie w Orędziach Marii od Bożego Miłosierdzia.

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 października 2012


Chronologia wydarzeń


1. Oczyszczenie (Ucisk) 



według Orędzia z dnia 20.7.2011
„Jesteście w środku Ucisku, który został przepowiedziany w Piśmie Świętym. Wielki Ucisk rozpocznie się z końcem 2012 roku.”
Można zatem domniemywać, zakładając, iż 20.07.2011 to środek Ucisku, wówczas koniec około 20.12.2012, a początek musiałby być około 20.02.2010.

2.Wielki Ucisk (z końcem 2012 roku)

3. Kara

4. Ponowne Przyjście.

Pomiędzy Uciskiem a Karą, zaistnieć mają jeszcze 2 wielkie wydarzenia: Wielkie Ostrzeżenie oraz Wielki Cud. Prawdopodobnie Wielkie Ostrzeżenie będzie miało miejsce przed Wielkim Uciskiem. W trakcie Wielkiego Ucisku natomiast pojawi się Wielki Cud.
Jedno jest pewne. Tylko Bóg wie kiedy to nastąpi. My możemy jedynie czekać w ufności, pokorze i w modlitwie.

—————————

ad.1 Oczyszczenie (Ucisk) 
– zacznie się w 2011
– odbędzie się szybko
– powodzie, fale upałów, trzęsienia ziemi w Europie, wybuch wulkanu
– zacznie brakować żywności na świecie
– katastrofy ekologiczne w Azji Europie Rosji i USA.
– liczba katastrof będzie rosnąć
– katastrofy naturalne są po to, aby powstrzymać Antychrysta

ad.2 Wielki Ucisk
– zacznie się z końcem 2012
– będzie kontrola dóbr materialnych, banków, pożywienia
– przejmowanie własności za pożywienie
– przywódcy stracą kontrolę
– strzec się nowych dyktatorów
– będą usuwane znaki obecności Boga, ze szkół, uniwersytetów, szpitali, w konstytucjach
– Słowo Boże oraz nauczanie będzie zniesione i karalne
– będą zachodzić zmiany w Kościele
– usunięcie Papieża Benedykta.
– kościoły będą zamykane
– narzucanie modlitw
– zmiany w konsekracji Ciała i Krwi – mogą zaprzeczać istnieniu Ciała i Krwi w św. Eucharystii
– zmiany w posłudze (nie będą na początku problemem, potem kolejne będą wymuszane)
– powstanie w krajach arabskich wznieci pośrednio niepokoje na świecie
– świat arabski zjednoczy się przeciw Żydom
– będzie wojna na bliskim wschodzie i zaangażują się inne kraje, Narody Zachodnie sprowokują Rosję i Chiny
– będą morderstwa globalnych przywódców (liderów) – dwóch z bliskiego wschodu „jeden to był Kadafi” oraz jeden z zachodu
– wojna nuklearna – Czerwony Smok
– wojna ma zmniejszyć populację
– w wyniku wojny będzie brak żywności
– prześladowania Czerwonego Smoka nie potrwają długo
– spisek ekonomiczny
– jedna globalna waluta
– pieniądze będą bezwartościowe
– jedyny sposób komunikacji poprzez słowo
– uwaga na globalne szczepienia
– wystrzegać się globalnej władzy
– fałszywy prorok będzie starał się prowadzić Kościół
– fałszywy prorok okaże przyjaźń Antychrystowi
– aby podróżować, lub otrzymać pozwolenie na pożywienie trzeba będzie przyjąć znamię besti

Jak jest opisywane Wielkie Ostrzeżenie?
– będą znaki na niebie przed Ostrzeżeniem
– próbka Dnia Sądu

– powyżej 7 roku życia
– pojawi się znak Krzyża
– ziemia stanie w miejscu
– spektakularny, dramatyczny spektakl na niebie
– zderzenie komet na niebie, eksplozja
– rozbłyśnie czerwone światło

Wskazówki
– zrobić zapasy żywności (konserwy, suszone pożywienie)
– kupić nasiona
– okrycia, koce
– woda (tabletki do oczyszczania wody lub coś co oczyszcza wodę)
– poświęcone świece
– modlić się w grupach i znaleźć odważnych duchownych oraz miejsca gdzie będzie można się spotykać
– przechowywać Słowo Boże, Pismo Święte i ważne lektury

Zapraszamy dziś na czat gdzie tematem dyskusji będzie ten wpis

Analiza nadesłana na maila

Posted in Orędzia Ostrzeżenie, Proroctwa | Otagowane: , , , | 101 Komentarzy »

ŻYWOT ŚWIĘTEGO STANISŁAWA biskupa i męczennika

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 października 2012


 

 

Wioska Szczepanów blisko miasteczka Bochni a 7 mil od stołecznego miasta Krakowa leżąca, wyłoniła męża, co pierwszy po przyjęciu wiary chrześcijańskiej w Polsce, nie tylko stolicę biskupstwa krakowskiego uświęcił, ale też cały polski naród wieńcem męczeństwa zaszczycił. Wielisław, ojciec Stanisława, dziedzic włości Szczepanowa, zaszczycony Prus klejnotem, który w bojach był wysłużył, piersią swą zasłaniając ojczyznę; mąż ten znamienity, równie w swej rodzinie, jak między polski­mi pany sławą rycerską jaśniejący, bezstronnym spra­wiedliwości wymiarem i miłosierdziem jednał sobie powszechną poddanych swych miłość i przywiązanie. Bo­gna małżonka Wielisława, równie jak on zacnego rodu i rzadkiej cnoty i pobożności niewiasta, co pojęła z nau­ki wiecznego żywota, tego czynami prawej chrześcijanki dowodziła. Nie miała ona żadnego upodobania w stro­jach niewieścich, ale natomiast zdobiła umysł i duszę swoją cnotliwymi obyczajami i bogobojną rozmową, i nią drugim niewiastom do pobożności przodkowała. Tak więc oboje, Wielisław i Bogna pobożne swe życie ścisłym postem i ufną w Bogu modlitwą utwierdzając, byli czułymi opiekunami ubogich sierót i wdów uciśnionych, a dla przyjaciół i sąsiadów gościnnymi obywatelami. Jaśniejące miłosierdziem i dobrocią cnoty Wielisława i Bogny wysoko cenili i wysławiali wszyscy, nie tylko ludzie ubodzy, ale też rodu szlacheckiego tej okolicy mieszkańcy.

 

W pierwszej ćwierci jedenastego stulecia niewiele było w Polsce kościołów; Wielisław widząc, że się co­raz korzystniej krzewi wiara i pobożność ludu wiejskie­go w okolicy Krakowa, wystawił w Szczepanowie świą­tynię Pańską pod imieniem św. Marii Magdaleny; a dla utrzymania sługi ołtarza, stałym opatrzył ją funduszem; sprawił piękne apparaty, srebra i sprzęty do służby Bo­żej potrzebne.

 

Ten przez siebie, acz z drzewa wystawiony kościół, pobożni małżonkowie z wrzącej w sercach swych ku Bogu pobożności, nie tylko w święta i niedziele, ale też w dni powszednie często zwiedzali i gorące swe wyle­wali modły przed obliczem najwyższego Pana. A niezaspokojeni czcią Bogu przez siebie czynioną, do jej oddawania pobożnym swym przykładem zagrzewali swą rodzinę i włościany sioła swojego. Ale przy tak pięk­nych pobożności i cnoty wzorach, na jednej schodziło im do szczęścia doczesnego rzeczy: Wielisław i Bogna już dobiegali trzydziestego roku w związku małżeńskim, a jeszcze Wszechmocny nie dozwolił im cieszyć się po­tomkiem za życia. Wszakże nie stygła w ich sercach mocna nadzieja utwierdzona dobrymi czynami, przez które wspierali ubogich i żebraków. Uczynili zatem ślub uroczysty, jeśli Opatrzność uwieńczy ich małżeństwo upragnionym owocem, że go poświęcą Bogu na służbę ołtarza. A chociaż po tak długiej czasu przewłoce, sła­ba już była spodziewanego dziecięcia nadzieja, nie ustawali jednak w gorących modłach i rozdawaniu jał­mużny między ubogich żebraków. Bóg wysłuchał korne ich prośby i skutkiem je uwieńczył: Bogna uczuła, że jest przy nadziei. Atoli w okresie swej ciężarności nie zaniedbała ona żadnego postu, wspierania ubogich, pod­nosząc swe serce ku Maryi w ufnej modlitwie. Zdarzyło się, że letnią porą dnia 26 lipca 1030 roku, zwiedza­jąc stado swych krówek w bliskim paszących się gaju, gdy wracała do domu, przyszedłszy ku studni między dębami i krzewami będącej, tu niedaleko mieszkania powiła śliczne dziecię (2). DŁUGOSZ pisze, iż Bogna nie doznawała ani przed, ani też podczas porodzenia dzie­cięcia tych ucisków, jakie każda rodząca niewiasta po­nosi. Ona sama bez cudzej pomocy obmyła dziecię wo­dą z owego źródła wytryskującą, i z wielką radością przyniosła je do swego mieszkania. Tak szczęśliwie urodzonego syna zanieśli rodzice do świątyni Pańskiej i z głębi serc swoich czynili dzięki Bogu za nieoceniony dar Jego łaski; a kapłan przy chrzcie dał dziecięciu imię Stanisław. Urodzenie Stanisława obudziło wielką radość nie tylko w rodzinie Wielisława, ale też i w ser­cach sąsiednich przyjaciół. Z wielkim podziwem cieszyli się z tego wszyscy, że letnia Bogna w wieku już dla drugich niewiast gasnącym, urodziła syna, którego na­zwano zwiastunem szczęścia dla polskiej krainy. Kiedy już Wielisław i Bogna odebrali od Boga to rzadkie bło­gosławieństwo, uczynili ślub małżeńskiej powściągliwo­ści, którą ścisłym postem i gorącą modlitwą utwierdza­jąc, starannie aż do śmierci zachowali.

 

Nieraz potem pobożny ojciec z radosnym rozczule­niem patrzał na to niemowlę, z rozetlałym na licu ru­mieńcem w pieluszkach leżące; albowiem piękna przy­roda nie zataiła w nim swych darów. Zdaje się, że już w pacholęcym Stanisława wieku, szczególna łaska Boża owładnęła serce jego; często bowiem rodzice z wielkim podziwem widzieli maleńkiego syna z pokory na gołej ziemi, lub na trosze słomy spoczywającego, chociaż ich rodzicielska troskliwość nie szczędziła mu przyzwoitej pościeli. Rosło więc pacholę na pociechę rodziców swoich, rokując im piękne nadzieje mądrości i żywego pojęcia. A gdy się w Stanisławie władze umy­słowe rozwijać poczęły, widząc ojciec bystrą w nim pamięć i wielki pochop do nauk; a przy tym skromne oby­czaje, wystarał się dla niego o nauczyciela; udzielano mu zatem w domu rodzinnym nauki czytania, pisania i pierwszych zasad wiary chrześcijańskiej. Tu młodziutki Stanisław wyjawiał z umysłu swego rzadkiej zdolności znamiona, a taką roztropność i piękne obyczaje, że go nawet zacni ludzie z wielkim podziwem wysoko cenili; widząc, że Stanisław bardzo często litował się nad bie­dnym ludem, wypraszał od swych rodziców pieniądze i między ubogich je rozdawał.

 

Kiedy już Stanisław pod pilnym swych rodziców nadzorem dorósł do wieku młodocianego, ukończywszy w domu początkowe nauki, rodzice wysłali go do Gnie­zna na słuchanie filozofii, dokąd chciwa oświaty mło­dzież z całej Polski gromadnie się zjeżdżała. Tu z wielką korzyścią strawił cztery lata na nadobnych naukach. Ale czynny ten młodzieniec nie zaspokoiwszy swego umysłu samą tylko filozofią w Gnieźnie słuchaną, zawrzał gorącym pragnieniem zbogacenia się wyższymi umiejęt­nościami w słynnym wówczas paryskim uniwersytecie. Skoro objawił ojcu swe żądanie, wielce go ucieszył, niezwłocznie zatem zajął się przygotowaniem rzeczy i pieniędzy dla syna swego do tak dalekiej podróży. Przy­bywszy do Paryża, pochopny do nauk Stanisław, a do tego bystrym pojęciem od Boga obdarzony, uczył się ochoczo i przewyższał w naukach swych współuczniów. Podczas swego w Paryżu na naukach bawienia, unikał towarzystwa płochej i lekkomyślnej młodzieży, wypa­czającej dobre obyczaje; a kiedy ta za rozrywką i roz­pustą goniła, on nawykły w domu do modlitwy, po przy­sposobieniu się na lekcję, wolne od szkolnej pracy chwile skrycie poświęcał zwiedzaniu kościołów, i tu gorącymi modły ukrzepiał swą duszę i ku Bogu ją pod­nosił. Aby współuczniów swoich do życia moralnego zagrzał i pociągnął, przyświecał im budującym obyczajem, uprzejmą i poważną rozmową o rzeczach tyczących się religii i wiary chrześcijańskiej. A wiedząc o tym z Pisma świętego, że człowiekowi w młodzieńczym wieku na krótkiej wodzy trzymać należy namiętną w swym ciele żądzę i tlejącą rozkosz, aby ta z czasem nie zapaliła się i straszliwym nie wionęła pożarem, stłumiał ją wcześnie ścisłym postem, rozdawaniem jałmużny między ubogie, niewczasem i ufną Bogu modlitwą.

 

Tak więc Stanisław niezmordowany w swym zawo­dzie, wznosił się coraz wyżej po stopniach pobożności i nauki do najwyższego oświaty szczytu, umysł człowieka zdobiącej. Takimi czyny i pracą około nabywania nauk, Stanisław, jak pisze DŁUGOSZ, obudził w mistrzach szko­ły paryskiej wysoki dla siebie szacunek, że go na sto­pień doktora teologii i prawa kościelnego wywyższyć chciano (3). Ale on kornym umysłem odpowiedział, że się zaspokaja wykształceniem w naukach, ale nie stopniem doktorskim.

 

Już siódmy rok trawił Stanisław w Paryżu na nau­kach, kiedy się w myśli jego wzniecała chęć wstąpienia do klasztoru; widząc pobożny ten młodzieniec w owym stuleciu wielką gorliwość o chwałę Bożą w założycielach zakonów i ich naśladowców (każdy bowiem zakon w swym zawiązku jaśniał prawdziwą pobożnością, bez oso­bistych widoków), tą zachęcony uwagą Stanisław, za­wrzał gorącym pragnieniem kosztowania rozkoszy świę­tych sług Bożych, umyślił przeto uczynić rozbrat ze szum­nym światem i znikomym jego szczęściem, a z miłości ku Zbawicielowi iść drogą ubogiego i ostrego żywota. Ale najwyższa Opatrzność, która jakby za rękę wiedzie swego wybrańca do wiecznej chwały, przeznaczyła dla Stanisława wyższy stopień w hierarchii kościelnej i wie­niec męczeński.

 

Po ukończonych korzystnie w paryskiej wszechnicy naukach (4), przybył do Polski Stanisław. Lecz niestety! stanąwszy pod ojczystą strzechą, już nie zastał przy życiu lubych rodziców; albowiem Wielisław i Bogna sędziwym pochyleni wiekiem, jego powrót zgonem wy­przedzili. Ze ściśnionym sercem zniósł bolesny smutek po zmarłych rodzicach: i, aby kruche szczęście świata, i zawodne jego nadzieje ku sobie go nie znęcały, od razu całą spuściznę po rodzicach swych zostawioną rozdał między ubogie sieroty i wdowy, między nędzarzów i że­braków, pragnąc swobodnie służyć Zbawicielowi. Ale i na ojczystej ziemi przychodziło mu na myśl życie za­konne. Wszakże nad tym z uwagą zastanawiał się, że to nie będzie z wielką dla powiększenia chwały Bożej korzyścią i zasługą, zataić się w klasztornym ustroniu, i zakopać od Boga odebrany talent i naukę, jeśli około swego tylko zbawienia będzie pracował, a zaniedba bli­źnich swoich zbawienia.

 

Gdy się Stanisław bije z myślami, Lambert Zula (5) biskup krakowski, mąż pobożny i oświecony, który swoje nauki świętobliwym utwierdzał życiem, słysząc piękne młodego Stanisława Szczepanowskiego zalety, a szcze­gólniej nieskażone obyczaje, ujmującą serca szczerość i prostotę, wyższe wykształcenie w naukach teologii i w prawie kościelnym, zachęcił go w wyborze stanu wahającego się, do przyjęcia święceń kapłańskich. Niedługo potem rzeczony biskup uczynił go katedralnym kanoni­kiem. Skoro został kapłanem i na wyższym stanął stopniu w hierarchii kościelnej, szczerze zajął się obowiąz­kami swego powołania. Głęboką pokorę jego, uprzejmą rozmowę i dobroć serca, skromne a czyste obyczaje wszyscy w nim podziwiali; a biskup włożył na niego obowiązek kazywania w katedralnym kościele. Tu Sta­nisław płynną a treściwą wymową, cnotliwym swym utwierdzoną życiem, budził w słuchaczach zamorem nie­dbalstwa uśpioną pobożność, a skrzepłe ich serca do miłości Boga zagrzewał. A kiedy się wnurzył w tajnię sumienia ludzkiego, spostrzegłszy zastarzałe nałogi życia nieprawego, te on na oczy wyrzucał swemu słuchaczowi, do skruchy i pokuty go nakłaniał, pobożność i cnotę zaszczepiał; wywodząc z prawego życia nieocenione dla człowieka korzyści. Stał każdy jak wryty, z uwagą słu­chając słowa Bożego, które ten młody kapłan, uzbrojon prawdy potęgą, niezachwianie ogłaszał. A czego Stani­sław, ogrzany łaską Bożą w nim działającą, usty swymi nauczał, tego dobrymi czynami dowodził. Nawiedzał on ubogich i chorych, udzielając im wsparcie i pociechę. Biskup Zula i kanonicy wysoko cenili żarliwe Stanisława kazania i czyny miłosierne; ta jednak pochwała nie rozdymała go pychą, ale skromnie odpowiadał, że to jest obowiązkiem każdego kapłana. I nie tylko około bliźnich swoich, ale i duszy swej zbawienia skrzętnie pracował; albowiem na gruncie pokory św. osadził świętobliwe życie swoje, a ścisłym postem stłumiał burzliwą żądzę ciała swojego, i aby ta nie przechodziła granicy obyczajów, zdobiących kapłana powołanie, czas wolny od pracy po­święcał czuwaniu, czytaniu ksiąg świętych i pobożnemu rozmyślaniu tajemnic wiary świętej.

 

Kiedy Lambert biskup, złamany wiekiem i pracą około zbawienia owieczek pasterskiej pieczy jego powierzonych, chciał sobie odetchnąć; a widząc, że go nie zawiodła nadzieja w wyborze Stanisława, że młody ten kapłan w sprawach duchowieństwa, i według ówczesnego u Polaków obyczaju świeckich osób, które z rozległej diecezji krakowskiej, tłumnie do biskupa po objaśnie­nie przychodziły, mądrze radził; a powierzone sobie spo­ry między zwaśnionymi bezstronnym sprawiedliwości wy­miarem i miłosierdziem godził i załatwiał; a to przytrudne załatwianie spraw diecezjalnych na legalnych zasadach oparte czyniło mu u Lamberta wielką zaletę; włożył zatem na niego wszystkie sprawy i zarząd całej diecezji krakowskiej. Nie mógł się Stanisław od przy­jęcia tego ciężaru wymówić, bo cała kapituła na niego oczy zwróciła.

 

Kiedy w roku 1071 miesiącu listopadzie Lambert Zula biskup życia dokonał (6), a w następnym roku dnia 2 lutego licznie zgromadziło się diecezjalne duchowień­stwo ze swymi prałaty i kanoniki na obiór nowego biskupa; kiedy się tak namyślają i radzą, nie widząc między sobą godniejszego kapłana, któryby wyższym światłem i rozumem drugich celował, jednozgodnymi gło­sy padł wybór na Stanisława Szczepanowskiego. Ale on ze łzami udał się do domów wszystkich kanoników z usilną prośbą, by ciężar ten, którego on ani dźwigać, ani nosić nie jest godzien, na innego włożyli kapłana. Wszakże cały ten zjazd duchownych, szlachty i rycer­stwa, z miast i siół zgromadzony, na długie jego opie­ranie się odpowiedział: że nie inny, ale Stanisław na biskupiej usiędzie stolicy; że pod jego przywództwem diecezja krakowska szczęściem zajaśnieje. Tak więc znamienitych osób skłoniony uwagami, że taka jest wola Najwyższego, by on został biskupem, przyjął ich żąda­nie; a Grzegorz VII papież jego wybór zatwierdził.

 

Stanął zatem Stanisław z laską pasterską między swymi owieczkami w 46 r. życia swojego (7). W tym miej­scu DŁUGOSZ z uwagą zastanawia się nad wezwaniem Stanisława do biskupiego urzędu i powiada: „Tu wielka zachodzi różnica między wybraniem Stanisława Szczepanowskiego według Ducha łaski na urząd pasterski, a niektórymi w czasie obecnym kandydatami, co nawet przez podłe i nikczemne osoby ubiegali się o tę dostoj­ność. Ten mąż prawy i oświecony, który swoje nauki świątobliwym utwierdzał życiem, a bezstronnym sprawie­dliwości wymiarem i miłosierdziem, gorliwy o chwałę Bożą, jaśniał na biskupiej stolicy. Ci zaś nagannymi spo­soby przeciwko nauce Zbawiciela upominającego ich: «Za­prawdę, zaprawdę mówię wam: kto nie wchodzi przez drzwi do owczarni owiec, ale wchodzi inędy, ten jest zło­dziej i zbójca» (8), wchodzą do owczarni Chrystusowej nie dlatego, aby jako czynni pasterze zwiedzali te mrowiska ludu wiejskiego, i przynosili mu w pracach pociechę i słowo zbawienia; ale zmieniając sposób życia, aby szu­mnie żyli a biskupimi dochody swą rodzinę zbogacali”. Tak się DŁUGOSZ wyraża. „Ale ten mąż Boży, pisze on dalej, przyjąwszy na swe barki cały ciężar obowiązków dobrego pasterza w rozległej diecezji krakowskiej, nie zmienił głębokiej pokory; a urządziwszy według ustaw Kościoła Bożego wszystkie czyny swoje, oddalił od sie­bie wszelką znikomość świata”. Jakoż od razu zawrzało jego serce usilną miłością ku Zbawicielowi, i pracą około owieczek jego pasterskiej pieczy powierzonych; wiedział on, że się stał ojcem nie tylko duchowieństwa, ale też i ludu gminnego w swej diecezji. I aby przyjęty na sie­bie urząd biskupi uświęcił, wdział na swe ciało ostrą włosiennicę, postem i czuwaniem umartwiał je; a serce podnosił ku Bogu w ufnej i gorącej modlitwie. Powołał on do swej pomocy dla załatwiania spraw diecezjalnych nie pochlebców, ale sumiennych i pobożnych kapłanów, których prawica nie była darami i nieprawością zmaza­na (9). Dla rozwiązania zawiłych i trudnych wypadków, z którymi udawali się do niego możni i uciśnieni diecezjanie, wzywał do rady swe prałaty i kanoniki; on zaś jako sędzia zawsze był uprzejmym i słodkim zwaśnio­nych stron rozjemcą. Podzielił on swoje biskupie docho­dy na trzy części: z tych jedną obracał na ozdoby i na­prawę kościołów diecezjalnych; drugą zaspokajał skro­mne potrzeby swoje; a trzecią rozdawał między ubogich żebraków, kaleki i uciśnione wdowy i sieroty. Prawdzi­wy ten miłosiernik ludu ubogiego z radości wspierał jał­mużną każdego rodzaju nędzarzów, którzy codziennie podwoje jego mieszkania otaczali. A idąc śladem św. Syl­westra papieża, miał spisaną listę prawie wszystkich w diecezji ubogich i uciśnionych ludzi, których pociechą i wsparciem obdarzał; a nagich nowym okrywał odzieniem.

 

Ten czynny pasterz co rok zwiedzał swoją diecezję; a kiedy się między ludem ukazał, to dzieci z do­mów, właśnie jak pszczółki brzęczące z ula wysypane, otaczały go; a on po imieniu je przywoływał i jako czuły ojciec do łona przytulał; o pierwsze zasady wiary chrze­ścijańskiej pytał i nieocenione korzyści dla życia ludz­kiego z niej wywodził. Wypaczane diecezjan obyczaje prostował; a którzy się występkami kalali, tych on uprzejmie karcił i poprawiał, do pobożności i życia cno­tliwego zachęcał. Kapłanów gorliwie upominał, aby ża­dnym złym przykładem i niemoralnym życiem nie dawali swym parafianom do zgorszenia powodu. Podczas zwie­dzania diecezji, on sam do ludu kazywał; a ile mu od tych zatrudnień zostawało czasu, ten cały obracał na czy­tanie ze swoim duchowieństwem Pisma św. i śpiewanie psalmów Dawidowych.

 

Dom jego był skromnym, ale chędogim urządzony sprzętem, a suknie nie różniły się od właściwej kapła­nom odzieży. Równie i czeladź Stanisława nieliczna, ale do posługi domowej koniecznie potrzebna, składała się z ludzi bogobojnych i cnotliwych. Ten istny wykonawca pokory i nauki Zbawiciela, w żywej pamięci chował najcelniejszy Jego rozkaz miłości nie tylko bliźnich, ale też i nieprzyjaciół. Zdarzyło się raz, gdy przyjechał Stanisław do Brzeźnicy poświęcić kościół, niejaki Jan szlachcic a właściciel tej wioski, czy ze skąpstwa aby nie przyjąć biskupa, czy też srogim wiedziony umysłem, nie tylko nie przyjął Stanisława, ale barbarzyńskim obyczajem, ob­rzucił go obelżywymi słowy, nazwawszy go synem smolarza; a niektóre sługi jego batogiem osmagał i z wio­ski wypędził. Stanisław nie uniósł się gniewem, ale uprzejmie odpowiedział mu: Panie i przyjacielu, rzecze, skoro mi przeszkadzasz do poświęcenia domu Bożego, więc ty sam udziel temu kościołowi swe błogosławień­stwo. Wydalił się potem z Brzeźnicy na łąkę ku bliskiej wiosce Pustyni, i tu z duchowieństwem, i ze swą czeladką o głodzie noc całą na modlitwie strawił. Nazajutrz w niedzielę, Jan zastanowiwszy się nad nieludzkim swym czynem, przyszedł do Stanisława na ową łąkę i serdecz­nie przepraszał go za wyrządzoną mu obelgę; biskup odpowiedział szlachcicowi pełnymi miłości słowy: przy­jacielu, jam tę sromotę w niepamięć puścił. Wrócił do Brzeźnicy, kościół poświęcił; a po ukończonej religijnej czynności, podczas obiadu tak słodko i uprzejmie z Janem rozmawiał, jakby żadnego od Jana nie był doznał zhańbienia. Miejsce to, na którym nocował Stanisław, po męczeńskiej jego śmierci, zwiedzał lud pobożny; a za czasów Zbigniewa Oleśnickiego, krakowskiego bisku­pa, kościołem je pod imieniem Stanisława św. uświęcił.

 

Takimi uczynki i budującym obyczajem, siejąc na sercach swych owieczek zdrowe nasiona wiary, poboż­ności i prawych obyczajów, jaśniał Stanisław na bisku­pim urzędzie; takimi też przymioty przystoi jaśnieć każ­demu, którego Zbawiciel do pasterskiego powołał urzędu.

 

Ale tym pięknym wzorom cnoty, którymi Stanisław swym przodkował owieczkom; gorliwemu opowiadaniu słowa Bożego; roztropnemu karceniu ich: nieprzyjaciel zbawienia ludzkiego przeszkodzić usiłował. W drugiej połowie jedenastego stulecia panował polskiemu narodo­wi syn Kazimierza I, Bolesław II, którego Śmiałym zowią polskie dzieje; ten dzielny monarcha z początku swego panowania wsławił się nie tylko bohaterskimi czyny, ale też pięknymi serca przymioty. Wszystko co tylko przed­sięwziął, szło mu szczęśliwie po jego myśli. Giejzę i Władysława królewiczów węgierskich, których nieprawnie Salomon król Węgrzynów wygnał z ich ojczyzny, a Mie­czysław II przyjął do Polski, on zbrojną siłą na tron węgierski przywrócił; Zasława księcia Kijowa i Rusi, przez Wszesława połockiego księcia z własnego księs­twa wypartego, za wprowadzeniem polskich zastępów, na Ruś do posiadania Kijowa wprowadził; a nawet dla ojców Benedyktynów w Mogilnie, diecezji gnieźnień­skiej, klasztor wystawił i bogato go uposażył. W tru­dach i wojennych niewczasach był wytrwały, silny, od­ważny i wyrozumiały. Ale te walne zwycięstwa walecz­nego Bolesława, w narodzie polskim i za granicą szeroko rozgłoszone, pychą rozdęły jego serce; prócz tego, oto­czony był na swym dworze gronem pochlebców, którzy podżegali go do wielkich nadużyć w królestwie polskim. Jakoż nieczuły na skwirk ludu gminnego i szemrania obywateli, uciskał ich niesłyszanym dotąd podatków cię­żarem; a przytłumiwszy w sumieniu przykazania Boże, uniesion sromotną żądzą ciała swojego, dozwalał sobie gwałtów na niewinnych dziewicach; zapalony szałem gnie­wu, srogiej używał kary na poddanych; a tak zamglił te piękne wzory cnót i męstwa, którymi w początku swe­go zajaśniał panowania. Polscy biskupi, Piotr arcybi­skup gnieźnieński, i pierwsi panowie, a nawet i dwo­rzanie narzekali na to Bolesława cały naród gorszące życie, ale żaden z nich nie odważył się upomnieć go o te występki, bojąc się jego srogości. Wszakże Stanisław, jako biskup miejscowy, a przy tym jako jaśniejąca cno­tą i pobożnością pochodnia, co i Bolesław wysoko w nim cenił, przyjął na siebie obowiązek uczynienia królowi uwag zbawiennych w jego ciężkich, od zasad moralno­ści, zboczeniach. Jakoż poszedł do niego, i sam na sam ojcowską łagodnością odwodził go od niecnego żywota i usilnie prosił: „Królu! rzecze, oto ja niegodny sługa Boży, w Jego imieniu błagam cię, abyś nie ściągał na siebie tych przekleństw i ciężkich narzekań, którymi two­ją osobę naród polski obrzuca; nie wywołuj na siebie sprawiedliwej kaźni niebios; nie sromoć wielkich zasług, które ci w narodzie twoim i za granicą wielkie czynią zalety; nie wypuszczaj z pamięci pomocy Bożej, co cię w krwawych bojach ramieniem swej potęgi wspierała. A jeśli się nie upamiętasz, więc i swoją religię, której wiernym jesteś synem, i to królestwo i swoją osobę u sąsiednich narodów w pogardę podasz. Lubo ci się niezaprzeczenie należy od wszystkiego ludu polskiego naj­wyższa cześć, uszanowanie i posłuszeństwo, to jednak ty z prawa narodu, masz być pierwszym przykładem i wzorem dla wszystkich berłu twemu poddanych ludów”. Obiecał wprawdzie Bolesław poprawę swego życia, lecz nie szczerym sercem, i od razu zawiązał w nim nieubła­gany gniew na Stanisława.

 

Miał w owym czasie w sieradzkiej ziemi niejaki Mścisław z Bożenna piękną żonę, imieniem Krystynę, która prawie wszystkie dziewice i niewiasty polskie rzad­ką urodą i słodką mową przewyższała, a przy tym czy­ste i cnotliwe zdobiły ją obyczaje. Roziskrzona w oczach mężczyzn ciekawość widzenia urodnej Krystyny, znęca­ła wielu panów do Mścisława domu; a każdy miłośnik pięknych niewiast, na których nie schodzi polskiemu na­rodowi, widząc cnotliwą i wdzięczną Mścisława małżon­kę, jej urodą jakby lepem ujęty, z wielkim odchodził podziwem. Stugęba wieść o urodzie Krystyny, doszła do Bolesława uszu; ten zapałem żądzy uniesiony, wszelkimi sposoby upatrywał pogody, by osobiście widzieć zachwaloną Mścisława nadobną małżonkę; puszcza się za­tem w drogę do Bożenna pod pozorem ziemskiej spra­wy; tu za pierwszym widzeniem Krystyny, od razu zawrzał haniebnej lubości pragnieniem. Zrazu usiłował kosztownymi upominki, perłami i diamentami, co niektóre nie­wiasty wysoko cenią, ująć jej serce; a kiedy to nie uczyniło skutku, grozy używał; ale wierna swemu mężo­wi, i wyższa bojaźnią Bożą nad znikomość świata, Krystyna, wszystkie te dary i ofiary odmiotła od siebie i z pogardą zdeptała. Dowiedziawszy się Mścisław od wier­nej żony o nieprawym króla zamiarze, wszelkiego doło­żył starania, aby ocalić sławę swej małżonki, dzieci i ro­dziny. Ale ukłębiona w sercu Bolesława żądza nie za­spokoiła się statecznej niewiasty odporem; użył on prze­mocy: wysłał do Bożenna hufiec zbrojnych żołnierzy ze swymi powiernikami, a ci gwałtem porwali Krystynę z domu Mścisława, i do królewskiego przywieźli mieszka­nia. Ciężko bolał jej mąż nad wielką, sobie i swej mał­żonce uczynioną krzywdą i zniewagą, w nieutulonym pła­czu pomstę i przekleństwo na króla z nieba wywoływał. Zdaje się możnym, że wszystko mogą, ale na dnie pie­kła uwarzona zbrodnia, według ścisłej sprawiedliwości Wszechmocnego, musi być ukarana. Chociaż Bolesław miał ślubną żonę, która urodziła mu pięknego syna imie­niem Mieczysława, to przecież prywatnie połączył się z Krystyną i miał ją za nałożnicę. Wszakże z niej uro­dzone, a z Bolesława spłodzone potomstwo, w dziecin­nym wieku cierpiało drżenie członków, i miało niekształt­ne nosy; a w dorosłym wieku pomieszania umysłu do­stawało; i tę kaźń Bożą, nie tylko w pierwszym odro­dzeniu się, ale nawet w piętnastym stuleciu, jak pisze DŁUGOSZ, jeszcze na tej rodzinie widziano.

 

Ten rzadki a sromotny występek przez Bolesława dokonany i ciężka krzywda Mścisławowi wyrządzona, obudziły w narodzie a nawet i w pierwszych panach polskich wielkie na króla narzekanie; ale żaden z moż­nych obywateli, ani Piotr, arcybiskup gnieźnieński, nie odważyli się wymieść na oczy króla ciężkiego od ustaw przyrodzonych i religii jego zboczenia, znając gwałtowny i srogi umysł jego. Wszyscy zatem obrócili oczy na Stanisława, jako na męża jaśniejącego wyższą nau­ką i życiem świątobliwym; prosili go usilnie, aby on, jak to już raz uczynił, przedłożył monarsze niegodziwy ten jego występek, upewniając go, że mu się nic złego za to nie stanie. Cóż miał ten o chwałę Bożą i dobro narodu gorliwy pasterz, wśród takiego Babilonu i cięż­kiego zgorszenia czynić? miałże dla przypodobania się królowi, swego ducha Bogu poświęconego, w ziemski pył rozsypać, a razem w zamieci zgorszenia z wichrem świata kręcić się kurzawą? Czyli też powinien był za­ryć się w prawdzie Bożej, jako kotwica wśród wzbu­rzonej fali, a roztrącającą się o to jawne zgorszenie na­wę rodu polskiego, do bezpiecznej przykazań Bożych przytwierdzić skały? Przyjąwszy na siebie Stanisław, jako miejscowy pasterz, ten drażliwy obowiązek, udał się przede wszystkim do Boga o pomoc przez gorącą modlitwę, uzbrojon Eliasza i Jana Chrzciciela odwagą, wezwawszy z duchownego i szlacheckiego stanu kilka znamienitych osób, z nimi zatem poszedł do Bolesława i w oddzielnej komnacie uprzejmie przemówił do niego: „Kiedym cię najjaśniejszy panie i królu nasz dawniej sam na sam prosił i odwodził od ciężkich przekroczeń twoich i żądzy ciała, którymi sromocisz twój majestat, radząc ci, abyś tego zaniechał, a ograniczył się najdostojniejszą twoją małżonką; niezachwianą miałem na­dzieję z umiarkowanej odpowiedzi, którąś mi najja­śniejszy Panie dać raczył, że niecne uczynki swoje po­prawisz, i że zbudowaniem dla ludów, berłu twemu uległych, wybrniesz z odmętu błędów, którymi kalałeś najdostojniejszą osobę twoją. Atoli teraz widzimy wszys­cy, żeś nie tylko dawnych nie sprostował zboczeń, ale nowy dodałeś sromotny występek przez gwałtowne wzię­cie Mścisławowi z Bożenna prawej a cnotliwej jego mał­żonki na twoje cudzołóstwo, a tym gorszącym czynem zhańbiłeś tron polski, złamałeś przykazanie Boże i sze­roko rozlałeś wielkie zgorszenie, które nieprawi ludzie jak wodę pić będą. Zastanów się z uwagą nad tą, tak jasną jak słońce prawdą, że jeśli ty, najwyższego Króla wyobraziciel na ziemi, tak sprośnym kazisz się życiem, któż z poddanych będzie się wahał iść śladem twego przykładu? bo taka jest skłonność do złego wszystkich ludów, że jakie widzą postępki i czyny swych zwierzch­ników, w takie ślepo i płocho wpadają i nimi się każą. Odskoczyłeś, niestety! od żywego strumienia prawdy przykazań Bożych i grzęźniesz w błotnistym trzęsawi­sku cielesnej rozkoszy; wszedłeś na uboczną i mylną ścieżkę, na której nieprzyjaciel zbawienia ludzkiego nawiązał sideł i zastawił je dla nóg twoich, aby cię w nie wplątanego do wiecznej zguby potargnął. O kró­lu! westchnij z głębi serca nad sromotnym występkiem i przemaż go szczerą pokutą; oddaj gwałtem porwaną żonę jej mężowi; ściśnij prawdziwą skruchą serce two­je, a nie wywołuj na siebie sprawiedliwej kary Bożej i narzekania polskiego narodu, abyś nie został wspól­nikiem tych, co w przepaść wpadli, z której się już ni­gdy nie wyratują. Jeżeli zaś będziesz upornie trwał w występku, wiedz o tym, że z pasterskiego urzędu mo­jego ścisły na mnie spada obowiązek, za tak ciężki grzech twój, powściągnąć cię skutecznym środkiem od tego nadużycia”. Po ukończonych biskupa uwagach, Bo­lesław szałem gniewu uniesiony, powstał na Stanisława z całą srogością dzikiej złośliwości; obelżywymi słowy zbezcześcił jego osobę; powiedział mu, że jest z wło­ściańskiego urodzenia, a tak nie godzien być biskupem, ale wieprzów pastuchem, i nie wie, jaka uległość, usza­nowanie i cześć należy się królowi. Na to obruszenie się Bolesława, Stanisław osłoniony tarczą cierpliwości i głębokiej pokory, uprzejmie i pełnymi chrześcijańskiej miłości odpowiedział wyrazy: „Znam to z Pisma św., że królom należy się cześć i posłuszeństwo, i w niczym nie ubliżam twemu panowaniu, ale królu i panie nasz, nie wypuszczaj z pamięci, żeś ojcem prawowiernych Pola­ków, chroń się zatem, byś uporem twym na zgubę two­ją nie obrócił uwag moich, które ci z prawa Bożego i miłości ku twemu zbawieniu uczyniłem. Zgorszenie, któ­re popełniasz, nie tylko tobie, ale też i twym poddanym jest wielce szkodliwe, a któremu z mego powołania zapobiec jestem obowiązany. Wszakże władza Boska, którą Zbawiciel odział mój urząd apostolski, jest w wie­lu rzeczach wyższa od doczesnych książąt władzy, a tak i tobie, jako prawowiernemu synowi Kościoła Bo­żego, przykładnie poważać ją należy (10). A jeśli szczerze chcesz pojąć między władzą Boską a królewską stosunek, więc go przywiodę: Jak bowiem księżyc pożyczaną od jasnych słońca promieni błyszczy łuną, a postać ołowiu od blasku złota różni się, tak się różni godność królewska, jeśli ją bezstronnie porównamy, od władzy, którą Bóg dał apostolstwu. Albowiem władza doczesna każdego księcia na ziemi, jest tak krucha i niestała, jak życie każdego człowieka, którym każdy powiew niespodzianej przygody, jak ziemskim pyłem przed obliczem Bożym pomiata. Ale i ten uczyniony za­rzut jest niegodny ust monarchy, jakobym miał być wiejskiego urodzenia; wszakże z rozporządzenia naj­wyższego Władcy dzieje się, że nawet z niskiego uro­dzenia Zbawiciel powołuje ludzi do pasterskiego urzędu, który prawowierni królowie i książęta poważać i nauki jego słuchać mają”.

 

Wszyscy obecni tej biskupa z królem rozmowie, podziwiali wielką Stanisława roztropność, skromność, głęboką pokorę, szczególną umysłu przytomność i gor­liwość o związki małżeńskie. Ale Bolesław powstał z wielką złością na Stanisława, powiedział w przytomności przybranych osób, że się pomści na nim tej zniewagi. Jakoż od tego czasu szukał powodu spotwarzania go i wywarcia na niego zemsty; a nie mogąc nic upatrzyć w świątobliwym biskupa życiu, udał się do prześlado­wania Stanisława.

 

Kiedy Stanisław, jeszcze jako zastępca biskupa, rządził diecezją krakowską, kupił był w r. 1073 wieś Piotrowin, w lubelskiem województwie położoną, od Pio­tra szlachcica a polskich zastępów żołnierza, dla kra­kowskiego kościoła, za pewną sumę srebra, w przy­tomności, według ówczesnego obyczaju, wiarygodnych świadków, i przez urząd królewski został do jej posia­dania wprowadzony. Piotr, sprzedawca wioski w tymże roku zakończył swe życie. Trzeciego roku po jego śmier­ci, Bolesław, niedługo po owym upomnieniu, namówił wnuków zmarłego: Piotra, Jakuba i Sulisława, aby ci na Stanisława położyli u króla żałobę, że nie wszedł prawem wiecznymi czasy do posiadania wsi Piotrowina, ale tylko na czas określony, że wieś ta prawem spadku do nich należy; i przyrzekł im przychylny sprawy sku­tek. W tym samym roku nadchodził czas ogólnych są­dów, które przodkowie nasi rozprawami nazywali. Są­dom tym król osobiście przodkował, i całego narodu wytoczone załatwiał sprawy. Zjeżdżała się zatem z ca­łej Polski liczna szlachta ze sprawami do królewskiego sądu. Dla dogodnego szlachty, jej ludzi i koni pomiesz­czenia wyznaczono miejsce w otwartym polu, zwykle na łąkach. Wtedy obrano łąkę na wysepce dwiema oblanej rzekami, Wisłą i Krampą, blisko miasteczka Solca i wsi Piotrowina położonej. Tu przywołany Stanisław o nieprawe posiadanie wymienionej wioski; skoro wnuko­wie Piotra położyli u sądu królewskiego o wioskę Pio­trowin skargę, biskup odwołał się do świadków z imie­nia i nazwiska, w których obecności za wieś wyliczył pieniądze. Ale Bolesław wcześniej dowiedziawszy się od wnuków o świadkach, pogroził im surową karą, jeśli się będą ważyli dać świadectwo prawdzie. Ci, grozą króla zastraszeni, ani do sądu stawić się, ani też pra­wdy za biskupem zeznać nie chcieli. Ciężko zabolał Stanisław nad ludzką przewrotnością serca i sumienia; a spostrzegłszy na twarzy króla radosny uśmiech, wła­śnie w tej chwili duchem Bożym natchniony, rzekł: „Królu i radzący panowie, kiedy synowie ludzcy umi­łowali, zamiast prawdy bezbożność, a miasto sprawie­dliwości nieprawość i potwarz; ja odwołuję się do naj­wyższego Sędziego, u którego nie ma nieprawości, a tak co żywi świadkowie zeznać wahają się, to umarli zeznają; ramieniem Wszechmocnego wsparty, na dowód mej rzetelności i prawdy, obowięzuję się po trzech dni upływie, tu stawić, acz od trzech lat zmarłego Piotra, od którego wieś Piotrowin rzetelnie kupiłem; a jeśli go nie stawię, wsi Piotrowina odstąpię”. To przez Stanisła­wa uczynione przełożenie, jako niepodobne do wykona­nia, śmiech obudziło w umyśle króla i radnych panów. Bardzo się z tego przyrzeczenia ucieszył Bolesław, że potem będzie mógł surowiej prześladować Stanisława, jeśli swego przełożenia nie okaże w skutku. Wyszedłszy biskup z królewskiego sądu, wrócił do wsi Piotrowina; naznaczył z sobą będącemu duchowieństwu post trzechdniowy i modlitwę, przywodząc im na pamięć obietnicę Zbawiciela, że jeśli będą mieli tak żywą wiarę, jak ziarno gorczycy, wszystko od Wszechmocności Bożej otrzymają. Biskup wdział włosiennicę na swe ciało, z żywą wiarą i niezachwianą ufnością, rozrzewniony, błagał Zbawi­ciela, by obietnicę swą uiścić raczył. Trzeciego dnia Sta­nisław odprawił mszę św. w kościele pod imieniem To­masza św. w Piotrowinie. Po skończonej mszy ubrał się w apparat biskupi i udał się z duchowieństwem i ze zgromadzonym na to nabożeństwo ludem i z żołnierzami od króla wysłanymi, by jakiego biskup nie użył podstępu, a kogo innego zamiast Piotra, przed sądem nie stawił. Przyszedłszy na powszechnego grzebiska miejsce, które ukazali mu ci, co przed dobiegającym już wtedy trzecim rokiem Piotra byli pochowali, kazał odkopać ziemię aż do trumny; tę poznali przytomni pogrzebinom ludzie. Skoro otworzono wieko, ujrzeli, że uległo skażeniu Pio­tra ciało, i nikt go z postaci nie poznał, tylko trumnę jego tęż samą poznali ludzie miejscowi. W tej chwili Stanisław padł na kolana i z mocną wiarą i ufnością swą wzniósł ku Bogu łzawe swe oczy i modlił się go­rąco: „Najlitościwszy i potężny Stwórco nasz Boże; Panie Jezu Chryste, któryś za skinieniem wszechmocnej woli Twej całe przyrodzenie wywiódł z niczego; coś syna wdowy i Łazarza cztery dni w grobie leżącego wszechmocnym słowem Twym do życia przywrócił; i dałeś Twym posłannikom moc wskrzeszania umarłych; u podnóża tronu Twej chwały błagam Cię ukorzony i niegodny sługa Twego ołtarza, okaż nieogarnioną potęgę Twoją, aby Piotr żołnierz wstał z grobu i dał prawdzie i sprawie­dliwości świadectwo w sprawie kościoła mojego, której w imieniu Twoim przyjąłem obronę przeciw przewro­tności świata; aby niecofnione słowo Twoje wszystkie wysławiały narody”. Gdy kapłani odpowiedzieli amen, przybliżył się Stanisław ku zwłokom Piotra, dotknąwszy je pastorałem, rzekł: „W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego mocą błogosławionej a nierozdzielnej Trójcy, nakazuję ci Piotrze, wstań z prochu ziemi od umarłych, a daj świadectwo prawdzie, której zaprzeczają synowie ludzcy, aby sprawiedliwość i wiara utwierdzoną została”. Wy­słuchał Wszechmocny Pan korne biskupa modły, w tej samej chwili Bóg odział zwłoki Piotra ciałem i przywrócił mu ducha żywota; wstaje Piotr, jakby ze snu lekkiego przebudzony. Stanisław podaje mu swą rękę i wiedzie go przed wielki ołtarz i tu składa dzięki Bogu z wielkim ludu obecnego podziwem, wysławiającego cu­downą opatrzność Pańską. Potem idzie z nim do królewskiego sądu gromadą ludu otoczony. Na wieść do­niesioną, że Stanisław wiedzie wskrzeszonego Piotra, ra­dni panowie zostawiwszy króla w namiocie, wyszli wi­dzieć to rzadkie cudo. Stanisław otoczony radnymi pany i żołnierzami, stawiwszy przed królem do życia przywo­łanego Piotra: „Królu, rzecze, oto jest Piotr, niegdyś dziedzic wsi Piotrowin, którą on jako prawy przedtem jej dziedzic, sprzedał mi na własność wieczystą; tego więc z grobu wywołanego świadka, nie jako widmo, ale jako istnego człowieka, stawiam przed tobą na poniżenie rzuconej na mnie potwarzy, a wyświecenie prawdy i po­wagi biskupiego urzędu”. Kiedy i król i radni panowie przerażającym tym zatrwożeni widokiem, uciszyli się, a blada bojaźń osiadła ich lica, wtedy Piotr żołnierz (miles) (11), przerwał to głuche milczenie: „Królu, rzecze, ja z nakazu Bożego, na prośbę błogosławionego Stani­sława krakowskiego biskupa, z grobu wywołany, staną­łem przed tobą jako świadek i sporu rozjemca; rzetelnie zeznaję, żem wieś Piotrowin po moim ojcu na mnie spadłą, sprzedał Stanisławowi biskupowi dla jego ko­ścioła, a to na zawsze, prawem kupna za ugodzone mię­dzy nami pieniądze, które rzeczywiście odebrałem; a tak wnukom moim: Piotrowi, Jakubowi i Sulisławowi nie służy zgoła żadne prawo spadku, ani własności, ani im się godzi obwiniać zacnego Stanisława, biskupa, o nieprawne jej posiadanie”. Strofował on potem swe wnu­ki, że się stali powodem wywołania go z grobu i ciężkiej na męża Bożego rzucenia potwarzy; aby za ten wystę­pek czynili za życia serdeczną skruchę i pokutę. Bole­sław rzadkim tym cudem przekonany, rad nie rad, przy­sądził wieś Piotrowin Stanisławowi na własność krakowskiego kościoła. Poczym Stanisław prowadził Piotra do grobu, a za nimi szła cała powszechność na zjeździe będąca. Idąc z nim biskup, zapytał go, czy sobie życzy czas jaki zostać przy życiu doczesnym, albo też, by wy­prosił dla niego inną łaskę u Zbawiciela? Odpowiedział mu Piotr: nie o doczesne życie, ale o wieczne, którego mieszkańcy niebios widzeniem Boga zażywają, a które z Jego miłosierdzia, po niedługim czasie czyśćcowej po­kuty, spodziewam się osiągnąć, proszę cię ojcze święty, abym od razu do kary za grzechy wrócił, albo też za twymi modłami rychlej między niebiany został policzony. Tak więc Piotr wszedł do swego grobu i żyć przestał. Stanisław kazał grób ziemią zasypać, i według kościel­nego obrzędu, odprawił za Piotra ze swymi kapłany żałobne nabożeństwo. Położył też Stanisław na grobie Piotra kamień trzy łokcie długi z napisem: „Tu leży Piotr po dwakroć umarły; cud za chrześcijańskich cza­sów„. Kamień ten jeszcze do dnia dzisiejszego w kościele św. Tomasza w Piotrowinie jest przy ścianie zachowany ale głoski dawnym charakterem, tak zwanym carolinae litterae, tak są starte przez chodzenie po nim dawniej, że ich w czasie obecnym przeczytać nie można (12). Tego cudu okazem Bóg Wszechmocny dał poznać ludzkiemu rodzajowi, jak wielką udziela łaskę na utwierdzenie wiary, prawdy, sprawiedliwości i powagi biskupiego urzędu, który nieskażenie piastował Stanisław. Od tego czasu, w którym się ten cud ramieniem mocy Pańskiej wyda­rzył, pobożna powszechność to miejsce po dziś dzień zwiedza; a Zbigniew Oleśnicki kardynał i biskup kra­kowski, na grobie Piotra murowaną kaplicę wystawić kazał. Bolesław zatrwożony cudownym tym zdarzeniem, poprawił na czas niejaki swe obyczaje. Ale niestety! na­siąkły nierządem, niedługo potem wrócił do niego ha­niebnie, zwłaszcza w owej na Wszewłada wyprawie. Albowiem dobywszy Kijowa, obsypany pieniędzmi i kosztownymi dary, z wojskiem w nim zamieszkał. Te bogate upominki, a nade wszystko urodne Ukrainy dziewice i nie­wiasty, tak skaziły serca nie tylko żołnierzy i wodzów, ale też samego Bolesława, że tego rozprzężenia obycza­jów opisać niepodobna. Przyszła z Kijowa wieść żałosna do Polski, że dziewic oblubieńcy i żon mężowie, jedni w boju poginęli, a drudzy poumierali; polskie zatem dziewice i żony według rozgłoszonej wieści po mężach niby owdowiałe, ich powrotu długo do kraju oczekujące, innych pojęły mężów. Skoro się o przeniewierzeniu swych żon prawi dowiedzieli mężowie, bez pozwolenia króla gromadnie do domów powracali; na przybranych a cudzołożnych mężach, szałem zemsty uniesieni, dzikiej do­puszczali się srogości; a niektórzy żony swe śmiercią za to karali. Bolesław widząc, że większa połowa jego żołnierzy odeszła do Polski, wrócić musiał do kraju. Tu wywierać zaczął wściekły gniew na wiarołomne żony, że dały powód mężom swym opuszczenia go w Kijowie. Ale i zbiegom z obozu nie przebaczał; jednych śmiercią, drugich ciężkim więzieniem karał, innym dobra poodbierał. Którzy zaś darowali winę swym żonom, te roz­maitym kary rodzajem uciskał, mszcząc się za dopusz­czone z przybranymi mężami cudzołóstwo; bez uwagi na własny swój występek, że i on gwałtem wziął Mścisławowi cnotliwą Krystynę; a w Kijowie, i po swym do kraju powrocie dopuszczał się haniebnych nierządów, grubą umysłu ślepotą olśniony; że o co drugich karał, tym on się trzykroć sromotniej mazał.

 

Kiedy Bolesław coraz głębiej grzęznął w trzęsawi­skach sprośnej lubieżności, i wielkimi podatkami uci­skał wszystkich w całej Polsce mieszkańców, i kiedy się do nieludzkiej posunął złośliwości, że owym niewiastom po połogu, które się mężom swym sprzeniewierzyły, do ich piersi szczenięta przysądzać kazał: Piotr gnieź­nieński arcybiskup i przedniejsi polscy panowie, jak dawniej o wzięcie Krystyny, tak też i teraz uprosili Stanisława biskupa, życia świętobliwością i Piotra wskrzeszeniem wsławionego, aby o tak ciężkie występki imie­niem całego narodu polskiego upomniał Bolesława. Widząc biskup, że król jawnymi czyny łamie przykazania Boże, i ludzkie ustawy, a nikt nie ośmiela się odpro­wadzić go od tych grubych nadużyć, udał się on sam do niego, najuprzejmiej upominał go i usilnie prosił, aby zaniechał wszeteczeństw i pohamował dziką srogość nad poddanymi, zwłaszcza ów niesłychany dotąd nakaz karmienia szczeniąt niewiast piersiami; że to nad­użycie jest nawet prawu przyrodzenia przeciwne; aby obudził w sobie litość nad ludem i sfolgował mu w po­datkach, których płacić nie jest w stanie i oddał włości, które prawym zabrał dziedzicom. Ale Bolesław, uwagą biskupa obrażony, a w srogości swej nieubłagany, od­powiedział względem karmienia szczeniąt, że te niewia­sty na cięższą zasłużyły karę, a tą karą nie przekroczył granic ścisłej sprawiedliwości. Na tę odpowiedź nie wahał się Stanisław przestrzec go, jeśli nie zaprzestanie srogiego barbarzyństwa i ciężkiego uciskania swych poddanych, że za to sprawiedliwa kaźń Boża spadnie na jego osobę; a on będzie spowodowanym użyć skutecz­nych środków do powstrzymania go od tych występków. Bolesław, nie chcąc korzystać ze zbawiennych uwag i przestróg biskupa, rozsrożył się na niego niezmiernie i zbezcześcił Stanisława. Wszakże Stanisław w głębokiej pokorze zniósł cierpliwie to zhańbienie swego urzędu, w mniemaniu, że tym dobroci orężem pokona złość mo­narchy. Lecz niestety! Bolesław swych pochlebców pod­szepty ośmielony, dozwalał sobie coraz większych wy­kroczeń i uciskania narodu polskiego, dlatego pewnie, że sprawiedliwość Boża zaraz go za to nie karała. A lubo Stanisław przewidział, że za dopełnienie paster­skiego urzędu krew przeleje i życie położy, wszakże jako prawy posłannik Boży od swego nie odstąpił obo­wiązku w obronie wiary świętej. Jakoż wezwawszy z sobą przedniejszych panów polskich i wojskowych, udał się powtórnie do niego w duchu religijnej łagodności, i w ten sposób do niego przemówił: „Jużem ci, najja­śniejszy Panie, w szczerej miłości uczynił zbawienne przełożenie, które mimo uszu puściłeś, a mnieś obelgą obrzucił; atoli z pasterskiego urzędu mojego przychodzę powtórnie do ciebie, widząc, że coraz głębiej grzęźniesz namiętnie w występkach; wolę zatem znieść od ciebie sromotę i wzgardę, aniżeli zaniedbać sprawy ścisłej spra­wiedliwości i prawdy. Skoro według Pisma świętego każdy monarcha jest wyobrazicielem władzy Bożej na ziemi, i ojcem ludów berłu swemu poddanych, ty atoli stłumiłeś w sobie wszelkie uczucie prawdy, odmiotłeś od siebie i zdeptałeś przykazania Boże; nigdy niesłyszanym, bo barbarzyńskim sposobem nakazujesz, aby niewiasty nawet szlacheckiego rodu po swych połogach piersią swą szczenięta karmiły, a tak godność człowieka do stanu zwierząt poniżasz; a oprócz tego mażesz swe ręce nie­prawym zaborem cudzej własności, zagarniając na skarb mienie poddanych, prawem spadku ojczystego posiadane; niewzruszony ich uciskiem, ni rzewnym narzekaniem, płochą i zawodną poisz się nadzieją, że za te ciężkie występki, których się na polskim dopuszczasz narodzie, łatwo uzyskasz przebaczenie, i motasz się w sidła sza­tańskie; przeto, jeśli się szczerze nie poprawisz, i siebie i naród polski w przepaść nieszczęścia i zatracenia za sobą pociągniesz. A chociażeś monarchą zwycięstwy wsła­wionego narodu, to jednak wątła siła życia twojego nie różni się od najuboższego włościanina i równasz mu się w ludzkiej naturze. Zaprzestań ciężkich nadużyć, i nie mniemaj, że cię za to sprawiedliwa kaźń Boża nie do­tknie. Odśwież sobie w pamięci owe dobrodziejstwa Bo­że, przez które stałeś się groźnym dla postronnych na­rodów, a państwa twojego znacznie rozszerzyłeś granice; pomnij na tę niezaprzeczoną prawdę, że jest jeden Pan i Król najwyższy, któremu ty i każdy człowiek śmiertelny, z dobrych i złych czynów swoich ścisłą będzie musiał zdać rachubę. Przywiedź sobie na pamięć nieo­cenioną dobroć i prawość ojca twojego, który pobożno­ścią i chowaniem przepisów wiary chrześcijańskiej czcząc Boga, utracone to przywrócił królestwo; który pokonał uciskających najezdników, i był wielce miłym Bogu i swym poddanym (Kazimierz I)”. Na próżno gorliwy ten pasterz z pierwszymi pany polskimi czynił królowi zbawienne przełożenie; albowiem Bolesław sroższym gniewu unie­siony zapałem, haniebniejszą niż przedtem obrzucił bis­kupa świętego obelgą, i pogroził mu, że, jeśli nie zaprzestanie nachodzić go, niezawodnie go za to ukarze. Wszakże Stanisław już wtedy nie wahał się powiedzieć królowi: Skoro nie przyjmuje z miłości ku niemu pły­nących uwag i przełożeń, że na niego użyć będzie mu­siał kary kościelnej. Tak uczyniona przestroga jeszcze bardziej rozsrożyła Bolesława na niezachwianego w pa­sterskim urzędzie Stanisława; odpowiedział mu Bolesław, że go za to śmiercią ukarze. Ale już wtedy Stanisław gotów był znieść śmierć męczeńską. A gdy niektórzy z duchowieństwa katedralnego uczynili mu przełożenie, by się z taką nie narażał królowi gorliwością, on od­powiedział: życie moje jest na jawi, jak pochodnia na świeczniku wystawiona, jeśli zaniecham urzędowi mo­jemu właściwej przestrogi upomnień, jakimże będę pasterzem? wtedy bowiem zaniedbam mej owczarni, przy­kazań Bożych i kościelnych. Zaczął potem pobożny bis­kup, we włosiennicy poszcząc, zanosić gorące i rzewne modły do Boga litości za monarchę twardego serca; uni­kał nawet spotkania się z królem. Kiedy Stanisław użył wszelkich środków ku naprawieniu Bolesława, wypacza­jącego życie prawego monarchy, a te żadnego nie uczy­niły skutku, lecz przeciwnie Bolesław, lekceważąc nakazy religii chrześcijańskiej, oddalił od siebie i zdeptał zba­wienne biskupa upomnienia; wtedy Stanisław, walcząc za prawdę wiary świętej i dobro polskiego narodu, wy­stąpiwszy na plac boju, wyłączył Bolesława ze społe­czeństwa wiernych i zakazał z nim obcowania; a gdy i to było bezskuteczne, wyklął go i zabronił mu wnijścia do świątyni Pańskiej. Bolesław zawrzał wściekłym gnie­wem na Stanisława, upatrywał zatem wszelkiej sposob­ności, aby go życia pozbawić; a gardząc karą kościelną, i urągając się biskupowi, kazał odziać bydlę purpurą i na wzgardę wchodził z nim do katedralnego kościoła. Stanisław zakazał swemu duchowieństwu odprawiania wszelkiego nabożeństwa w obecności Bolesława. Bolesław postanowił koniecznie zabić Stanisława. A chociaż pierw­si panowie polscy odwodzili go od tej zbrodni świętokradzkiej, i czynili mu przełożenie, aby nie maczał rąk swych we krwi pomazańca Bożego, to przecież niektórzy z rycerskiego orszaku dworzanie, ubiegający się u króla o wyższe urzędy i dostojeństwa, tajnymi a pochlebnymi podszepty utwierdzali go w zbrodniczym jego zamiarze. By Stanisław nie podał królowi sposobności do łatwego spełnienia zabójstwa, chronił się jego widzenia. Blisko Krakowa był mały kościółek na pagórku, dzisiaj Skałką zwanym, okrągły, z białego kamienia wystawiony, w którym dawniej Polacy, przed przyjęciem wiary świętej, swym bałwanom czynili ofiary, a potem go imieniowi św. Michała Archanioła poświęcili. Tu z niektórymi kapła­nami przyszedł skrycie Stanisław we czwartek dnia ós­mego maja 1079 roku odprawić mszę świętą, by wy­żebrać u miłosierdzia Bożego dla króla potrzebną łaskę do poprawienia niecnego życia jego. Lecz Bolesław przez ludzi dworskich śledząc wszędzie biskupa, dowiedział się o tym; niezwłocznie porwał szablę, a wziąwszy z sobą większy niż zwykle poczet żołnierzy, pospieszył na Skał­kę ze zbrojnymi ludźmi, otoczył kościółek, aby Stanisław po odprawionej ofierze nie uszedł; a widząc, że mąż Boży w biskupim apparacie ubrany, odprawiał mszę świętą, zrazu zatrzymał się, aż ją ukończy. Ale dzikim zemsty szałem uniesiony, wysłał oddział żołnierzy do ko­ścioła z nakazem, aby mszę świętą odprawiającego bis­kupa u ołtarza zabili. Kapłani usługujący biskupowi przy św. ofierze, słysząc szczęk szabli wchodzących do kościoła żołnierzy, ostrzegli go o napadzie. Ale Stanisław wzniósł ku niebu swe oczy; a sprawując Bogu niekrwawą ta­jemnicę ołtarza, on bez zatrwożenia gotował się do krwa­wej z siebie ofiary, i modlił się gorąco: „Boże! całego rodzaju ludzkiego wszechmocny Stwórco i Zbawicielu, Ty niepojętą mocą Twoją wszystkie ożywiasz twory, a skinieniem swej woli wszystko urządzasz, i wszystkich dla Twego Imienia śmierć ponoszących, z nieogarnionej swej dobroci do lepszego przenosisz żywota; błogosławię świętemu Imieniowi Twojemu, żeś mnie do tej godziny i do tego męczeństwa doprowadzić raczył, i czynisz mnie uczestnikiem kielicha i męki Zbawiciela naszego. W głębokim ukorzeniu proszę Cię przez srogą mękę i śmierć Chrystusa Pana, abyś mnie, walczącego za prawdę wiary świętej i w obronie ludu polskiego, uczynił mężnym i wytrwałym w poniesieniu wszelkiej katuszy i samej na­wet śmierci. Udziel z Twej dobroci owieczkom moim prze­baczenie, i utwierdź je w wierze i pobożności; ale i kró­lowi i żołnierzom za grzech tego nie poczytaj” (13). Kiedy żołnierze chcieli wykonać nakaz króla, wtem jakaś nie­zwykła trwoga i odrętwienie przeraziło ich członki, i niepojęta jakaś siła z nóg ich waliła, że stali jak wryci; a odzyskawszy swe siły, wyszli z kościoła. Gdy za drugim i trzecim wnijściem silniejsze niż przedtem do­tknęło ich odrętwienie, tak, że na ziemię upadli, Bole­sław sam wpada do kościoła, nie zważając na miejsce święte, ani na najświętszą ofiarę, topi szablę w gło­wie biskupa świętego, już kończącego mszę świętą; a dla większej zniewagi i wzgardy, leżącemu Stanisławowi na posadzce kościelnej, nos, lica i wargi odcina (14). Nienasycony dzikim mordem i przelaniem krwi niewinnej męczennika, własnymi rękoma wlecze ciało jego za drzwi kościelne, i tu nakazuje stojącym żołnierzom porąbać je na drobne kawałki; a na domiar swej zemsty poleca rozrzucić je po polu, na karmę zwierzętom i ptactwu drapieżnemu, by tym sposobem męczennik był nawet religijnych pozbawion pogrzebin.

 

Kiedy żołnierze wypełniający rozkaz króla, w jego obecności poćwiertowane rozrzucali wszechstronnie świę­te męczennika ciało, członek jednego palca od prawej ręki wpadł do bliskiej sadzawki, a ten ryba połknęła. Bolesław w dzikim zemsty zapędzie dokonawszy świętobójczej zbrodni, z wielką radością powrócił do swego mieszkania, właśnie jakby po zwycięskim boju. Wszyscy jego pochlebcy, dworzanie i z rycerskiego orszaku, a nawet niektórzy polscy przewrotni panowie, przychodzili do niego z pochwałą zbrodni, i winszowali mu sprawie­dliwie, według ich mniemania, dokonanej na biskupie zemsty. Za tę zbrodni pochwałę Bolesław polecił żoł­nierzom i przybocznej straży złupić dom zabitego bis­kupa, by nawet śladu jego na ziemi istnienia nie zosta­wił. Poniósł Stanisław śmierć męczeńską dnia 8 maja 1079 roku, a w 49 roku swego żywota.

 

Kiedy tak poćwiertowane a po polu rozrzucone le­żały święte męczennika zwłoki, drugiego dnia z rozporządzenia Bożego ukazały się cztery rzadkiej wielkości or­ły, które krążąc nieustannie nad ciałem Stanisława, ochra­niały je od uszkodzenia od ptactwa i drapieżnego zwie­rza; a niektórzy ludzie pobożni nocną porą widzieli nad każdą ciała cząstką jasność, jakby kagańców zapalonych. To nieustanne latanie orłów, i objaw światła nadprzyro­dzonego nad ciałem męczennika, obudziło w kanonikach krakowskiej katedry odwagę, że trzeciego dnia, nie zwa­żając na srogość Bolesława i dworskich pochlebców, rozsiewających na męczennika potwarze i obelgi, zgroma­dzili się z duchowieństwem i z kilkunastą świeckich osób na miejsce męczeństwa, a zebrawszy święte szczęty, poskładali je na właściwe każdemu członkowi miejsce. Tu palec Boży okazał cud swej potęgi, każda bowiem cząstka tak się do drugiego przypoiła członka, że zaledwo na zwłokach blizny widziano; właśnie jakby ciało Stanisława nie było rozsiekane. Z radością zatem złożyli do przygotowanej trumny święte ciało, pochowali je na grzebisku, na Skałce u drzwi do kościoła Michała św. wiodących. Powróciwszy z pobożnego pogrzebu, opowia­dali wszystkie szczegóły cudowne, które Bóg wszech­mocny przy zwłokach Stanisława okazać raczył. Nad ry­bą, która jeden członek, z palca od prawej ręki do sa­dzawki uroniony, połknęła, ukazywała się światłość nadprzyrodzona wszędzie gdzie się tylko obróciła, łatwo zatem przez rybaków została schwytaną. Poczym z jej wnętrzności wydobyty członek do ciała świętego przy­łączono. Na zawstydzenie potwarców i okazanie fałszy­wych ich obelg, jakimi obrzucali Stanisława świętego, Bóg trzykroć święty i ściśle sprawiedliwy, objawem nie­zwykłego światła, prawie każdej nocy, nad pochowanym ciałem ukazał niewinność jego żywota i gorliwość pasterskiego urzędu. Zjawiały się bowiem nad grobem je­go światła, jakby błyszczące lampy, które widywali nie tylko ludzie pobożni, ale nawet i ci, co ręce swoje we krwi niewinnej zbroczyli. Rychło dowiedział się o śmier­ci męczeńskiej Stanisława, wówczas na Stolicy Piotra św. siedzący Grzegorz VII papież; ten rozważywszy cięż­ką świętobójstwa zbrodnię przez Bolesława dokonaną, wyklął go, oraz wszystkich, którzy w niej mieli udział; i polecił Piotrowi gnieźnieńskiemu arcybiskupowi, aby w całej Polsce zakazał odprawiania nabożeństwa, udzie­lania śś. Sakramentów, wyjąwszy tylko chrzest dla dzie­ci, i Sakrament pokuty dla konających. Odjął Bolesła­wowi i następcom jego tytuł królewskiej godności, a pa­nów polskich, wasalów i poddanych, od jego uwolnił po­słuszeństwa. Jakoż, Piotr arcybiskup i wszyscy biskupi w królestwie polskim z kazalnic ogłosili Bullę Stolicy Apostolskiej, uwalniającą wszystkich poddanych od posłuszeństwa Bolesławowi. Bolesław Śmiały, opierał się śmiało przez cały rok ogłoszonej przeciwko sobie Bulli Grzegorza VII papieża, i koniecznie chciał należeć do społeczeństwa katolickiego Kościoła, chociaż go w niczym nie słuchał, a z ewangelii dobrze wiedział o wyroku Zba­wiciela: „Kto nie słucha Kościoła będzie uważany jako poganin i jawnogrzesznik” (15).

 

Kiedy dworzanie przyłudnicy Bolesława widywali nocną porą nad grobem męczennika ukazującą się ja­sność niezwykłą, i powiedzieli mu o tym zjawisku; on nie chciał zrazu wierzyć ich mowie, ale ciekawością ujęty, chcąc się osobiście przekonać, skrycie zatem przy­patrywał się z baszty zamku krakowskiego na Skałkę, i rzeczywiście widział spuszczające się, jakby kagańce z obłoków, światło na grób Stanisława. Ten objaw świa­tła budził po trosze w jego sercu skruchę za dokonane na biskupie zabójstwo. Lecz niestety! już tam nie ma ża­dnego ratunku, gdzie gniew Boży pożarem wionie. Tak więc w drugim roku po zabiciu Stanisława, zawrzał spra­wiedliwą zemstą cały niemal stan rycerski i pierwsi pa­nowie polscy, oraz cała szlachta, za owe więzienia i cięż­kie krzywdy przez odebranie dziedzin; wszyscy naradzili się by uwięzić Bolesława (16).

 

Widząc się Bolesław prawie od wszystkich opusz­czonym, albowiem rycerstwo, szlachta i naród dotykał go nienawiścią i pogardą; z obawy zatem, by mu życia nie odebrano; a lubo aż do czasów naszych żaden Polak nie zbroczył rąk swoich we krwi swego monarchy, je­dnak Bolesław na to wcale nie zważał; wziąwszy z sobą znaczną sumę złota, Mieczysława dwunastoletniego syna swojego, Borzywoja syna Masty i kilku żołnierzy, co we krwi Stanisława swe zbroczyli ręce, wdział na siebie dla niepoznania pospolitą odzież i uszedł z Polski do Węgier, gdzie przyjął go uprzejmie świątobliwy król Władysław, wdzięczny Bolesławowi za swe ustalenie siłą polskich zastępów na węgierskim tronie. A chociaż i Bo­lesław i polscy żołnierze rozgłaszaniem potwarzy na męczennika świętego, uniewinniali zbrodnię zabójstwa; Węgrzyni jednak wiedząc o występkach jego urągali mu się jawnie. Oprócz tej pogardy, bodziec jego sumienia dręczył go tak srogo, że popadł w obłąkanie umysłu. Kiedy już drugi rok bawił u króla Władysława, nie ma­jąc żadnej nadziei swego do Polski powrotu, szałem uję­ty, wyszedł z dworu królewskiego i zupełnie zaginął. Bogu najlepiej wiadomo, dokąd się udał, albowiem wszel­kie o jego śmierci podanie nie jest pewne. MARCIN GALL nie opisał rodzaju śmierci Bolesława Śmiałego (17). DŁUGOSZ, a za nim inni dziejopisowie nasi, powiadają, że na polowaniu zginął, jak wieść niesie (18); że zdjął z sie­bie szatę królewską, w pospolitej odzieży udał się do Karyntii, i tam w klasztorze oo. Benedyktynów w Osjaku, albo też w Wetynie, blisko Insbruku, gdzie długi czas na posługach kuchennych strawiwszy, czynił poku­tę i żywota dokonał; a przy zgonie swym miał wyznać opatowi, że był królem polskim. W Wetynie czyli w Welaku jeszcze teraz ukazują grobowy kamień z napisem: „Tu leży Bolesław niegdyś król polski, zabójca św. Sta­nisława, krakowskiego biskupa” (19).

 

Kiedy po dziesięcioletnim upływie dokonanego na Stanisławie zabójstwa, Bóg wszechmocny, coraz liczniej­szymi cudy wyświecał świętobliwe życie i śmierć jego męczeńską; a Stanisław objawił się w Skałeckim koście­le, i upomniał pobożną a szlachetną niewiastę imieniem Swiamkowską, aby jego następca Lampert, biskup kra­kowski, ze swymi kanoniki zajął się przeniesieniem jego ciała ze Skałki do katedralnej świątyni, dla powiększe­nia czci Bożej, dla pociech i pomocy wiernego ludu w rozmaitych życia przygodach; biskup uzyskawszy pozwo­lenie od Hermana Władysława, księcia polskiego, a bra­ta Bolesława Śmiałego, wobec licznie zgromadzonego ludu z Krakowa i okolic, dnia 27 września 1089 roku kazał otworzyć grób męczennika u drzwi kościelnych na Skałce. Skoro wieko trumny odkryto, wszystkich obecnych najprzyjemniejsza woń z ciała męczennika wycho­dząca wskroś przejęła. Potem złożono święte Stanisła­wa zwłoki do przygotowanej trumny; biskup i kanonicy w uroczystym pochodzie przenieśli je do katedralnej świą­tyni Pańskiej, i tu złożone święte męczennika szczęty zwiedzali pobożni Polacy, czcząc je nabożnie; a za jego u Boga przyczyną odbierali od rozmaitych chorób udzie­lone uzdrowienie.

 

Te zatem cudowne łaski Boże, ludowi udzielane, obudziły w Bolesławie Wstydliwym, i w oblubienicy je­go Kunegundzie, jako też w Prandocie biskupie krakow­skim, pobożną gorliwość do wystarania się o kanonizację Stanisława. Jakoż w r. 1250 wyprawiono poselstwo do Innocentego IV papieża, z prośbą, na dowodach opartą, aby Stanisława męczennika policzył w poczet wybrań­ców Bożych. Dla sprawdzenia dowodów, Stolica Apostol­ska wyznaczyła w podróż do Polski swych komisarzów. Przez trzy lata odbywało się w Krakowie ścisłe docho­dzenie prawdziwości cudów i świętobliwego życia Sta­nisława. Ale kiedy papież na posiedzeniu kardynałów, mając sobie położone kanoniczne dowody, przychylał się do kanonizacji męczennika, wtedy jeden z kardynałów, imieniem Rajnald, mąż wysokiej godności, biskup ostieński, utrudzając ogłoszenie Stanisława za świętego, powiedział: „Dlaczego tak późno stara się Polska o kanonizację swego rodaka, kiedy ma jasne dowody świę­tobliwego życia jego i poniesionego za wiarę i naukę Kościoła św. męczeństwa, jeśli żadnej nie ulegają wąt­pliwości?” Dla tego zarzutu odłożono Stanisława kanoni­zację. Tymczasem Rajnald zapadł w niebezpieczną cho­robę, i już bliskim był zgonu. Kiedy chory samotnie le­żał w swej komnacie, tu ukazuje mu się na jawie mąż poważny, jasnością otoczony, w biskupim apparacie: „Czy­li mnie, rzecze, znasz?” Odpowiedział chory: nie znam cię ojcze święty! powiedział mu zatem: „ja jestem Stanisław biskup krakowski, którego kanonizacji sprzeciwiasz się; wstań a nie czyń trudności” itd. Wstał od razu Rajnald i niezwłocznie udał się do papieża, padł przed nim na ko­lana, opowiedział objaw męczennika Stanisława, i prosił o rychłe zakończenie sprawy kanonizacji. Nieskończenie ucieszyło Innocentego IV to objawienie się Stanisława Rajnaldowi i przekonanie go o prawdzie sprawy. Przy­bywszy papież z Perugio do Assyża w r. 1253 dnia 8 września, w uroczystość narodzenia Najświętszej Panny Maryi, podczas nabożeństwa, w kościele św. Franciszka, kano­nizował Stanisława krakowskiego biskupa i w poczet świętych męczenników imię jego zapisał; postanowił zarazem, aby go dnia 8 maja, w którym poniósł męczeństwo, uroczystym w Polsce święcono nabożeństwem. Skoro z Rzymu z wielką pociechą powrócili wyprawieni posłowie, Prandota biskup ogłosił ustanowiony przez pa­pieża dzień 8 maja dla odprawienia w roku następnym 1254 uroczystej Stanisława kanonizacji w Krakowie. Na ten walny obchód zgromadził się tak wielki tłum naro­du nie tylko z Polski, ale też i z państw postronnych, że się w Krakowie nie mógł pomieścić, ale pod namiotami na polu zamieszkać musiał. Dla okazalszego odpra­wienia tej uroczystości, zjechało się siedmiu biskupów z Polski, zgromadzili się książęta polscy, wszyscy opaci, liczne duchowieństwo świeckie i zakonne. W obecności biskupów, książąt, opatów i duchowieństwa podniesiono z grobu święte Stanisława szczęty; biskupi obmyli je wi­nem w katedralnym kościele i na jawią pobożnym wier­nym wystawili. Porozdawano znaczną ilość relikwij do rozmaitych kościołów. Pełce arcybiskupowi gnieźnieńskie­mu dostał się pierścień Stanisława z wizerunkiem twa­rzy męczennika świętego; resztę zwłok jego złożono w grobowcu w środku kościoła wystawionym i w nim święty nasz rodak i Patron spoczywa, dla powiększenia chwały Bożej na ziemi (20).

 

–––––~~~~~~–––––

 

 

Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski Ś. T. Dr. Kan. Stróż Ś. Grobu Chrystusowego. Z ośmią rycinami. Kraków 1862, ss. 181-222.

 

Przypisy:

(1) Niniejszy żywot Stanisława świętego skreśliliśmy według po­dania DŁUGOSZA, polskiego dziejopisa a kanonika krakowskiej katedry, i znajduje się w Acta Sanctorum, Tom 29 na dzień 7 maja, karta 205 itd.

 

(2) Stanisław urodził się w r. 1030 za panowania Mieczysława II, który wstąpił na tron po swym ojcu Bolesławie I w r. 1025 dnia 3 kwietnia, zaczem Stanisław przyszedł na świat w 5-tym roku po wstąpieniu Mieczysława na tron polski, nie w 3-cim. DŁUGOSZ i inni dziejopisarze polscy.

 

(3) PAGI uczony krytyk na BARONIUSZA historię kościelną powiada: iż naówczas jeszcze nie było zwyczaju doktoryzowania. PAGI pod rokiem 1079, NARUSZEWICZ hist. pol. tom 5, rok 1078, karta 78.

 

(4) Stanisław strawił siedem lat na naukach w Paryżu.

 

(5) Lambert Zula, nastąpiwszy po Aaronie arcybiskupie krakow­skim, głęboką wiedziony pokorą, zaniedbał starania u Apostol­skiej Stolicy o arcybiskupie insygnia; a tak arcybiskupią kate­drę krakowską na biskupią zamienił. Rzeczony Aaron powołany był w r. 1046 z tynieckiego opactwa na krakowskiego arcybiskupa; umarł w r. 1059 dnia 15 maja. Tu pogodzić należy po­danie DŁUGOSZA z podaniom THIETMARA mersburskiego biskupa; pisze on bowiem w ks. 4 swej kroniki, iż Otto III w r. 1000 ustano­wił w Gnieźnie arcybiskupa i pod niego podporządkował Popona krakowskiego biskupa. Wszakże według DŁUGOSZA Popo dopiero w r. 1014 nastąpił, a po nim w r. 1023 Pompon, po nim w r. 1031 Rachelin, w r. 1046 Aaron, i aż do tego roku arcybiskup krakowski za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej używał swych insygniów.

 

(6) DŁUGOSZ umieścił śmierć Lamberta Zuli pod r. 1071. KROMER kładzie ją pod r. 1075. Ale tu rozumieć należy DŁUGOSZA, że Stanisław w r. 1071 objął zarząd diecezji krakowskiej.

 

(7) Według ścisłego obliczenia lat życia Stanisława w Aktach Sanctorum l. l. urodził się Stanisław w r. 1030, wysłany był na nau­ki do Gniezna w r. 1050, do Paryża w r. 1054, wrócił z Francji do Polski w r. 1061, przyjął kapłańskie święcenia w r. 1066, objął zarząd diecezji w r. 1071, na biskupa został konsekro­wany w r. 1076, zabity w r. 1079, żył lat 49. Tak więc z ob­jęciem zarządu diecezji był biskupem według podania DŁUGOSZA lat 9.

 

(8) Ewang. Jana r. 10, w. 1.

 

(9) Psalm 25, w. 10.

 

(10) Że na Stanisława, z mocy pasterskiego urzędu jego, spadał obowiązek upomnienia Bolesława o niecne czyny jego, przyzna to każdy, kto zważy, że Bolesław był królem prawowiernych Polaków i synem Kościoła Bożego. Wszakże jeszcze w Starym Testamencie Natan prorok upomniał Dawida o podobny wystę­pek, ks. II królów, rozdz. 12, w. 9-10. Ale i św. Ambroży upomniał Teodozjusza cesarza o rzeź na mieszkańcach Tesaloniki dokonaną, i zabronił mu wnijścia do kościoła; a cesarz ten przyjął i wykonał jawną pokutę. Ambroz. o śmierci Teod. Sozim ks. 7, r. 25. Jak ten cesarz wysoko cenił biskupów i najświętszą ofiarę, tę cześć on własnymi usty na Soborze Efes­kim w r. 21 wyraża.

 

(11) W owych czasach nazwa żołnierz, miles, służyła samej tylko szlachcie, posiadającej sioła w polskiej ziemi; każdy bowiem szlachcic należał do rycerstwa polskiego, innych zaś wojaków zwano towarzyszami broni.

 

(12) Niektórzy dziejopisarze polscy, szczególniej w osiemnastym i dziewiętnastym stuleciu, zaprzeczają tego o przywołaniu Piotra do życia przez Stanisława świętego podania: TADEUSZ CZACKI w przypisku do historii NARUSZEWICZA karta 472, powiada: „Że o tym cudzie nie ma wspominki w Bulli kanonizacji Stanisława, którą on czytać miał w archiwum kapituły krakowskiej”. W r. 1826 napisaliśmy rozprawę o wskrzeszeniu Piotra żołnierza, przez św. Stanisława, którąśmy, dla osiągnienia stopnia doktora teologii, drukiem w języku łacińskim ogłosili; zbierając do jej napisania historyczne dowody, czytaliśmy tę Bullę, w niej Inno­centy IV papież w r. 1253 w ogóle wyraża się: „Cujus intercessione, etiam vita mortuis restituta est„. Za jego (Stanisława) przyczyną także i życie umarłym było przywrócone. I nie tylko o tym, ale też i o innych cudach w tej Bulli, tylko w ogóle namieniono, których wszystkie szczegóły w procesie kanoniza­cji są wyrażone. Wiadomo także, iż Stanisław św. jednego tylko Piotra do życia przywrócił. Inni zaś prawią, że wartość jednej wioski, nie była tej wagi, aby Bóg uczynić miał cud tak wielki, że w obecnych czasach idzie o daleko ważniejsze rzeczy, a taki cud nie wydarza się, a nawet stać się to nie mogło; że Bolesław widząc to rzadkie zdarzenie, byłby popra­wił życie swoje; że dopiero Władysław Łokietek dał wieś Piotrowin kapitule krakowskiej; że tę gminną wieść o wskrzesze­niu Piotrowina pierwszy DŁUGOSZ podał w swej historii. Nie trudno przychodzi odpowiedzieć na te zarzuty; wyjaśnimy je dowodami z przekonania wziętymi. Nie dla samej tylko war­tości wioski, ale dla ścisłej sprawiedliwości Bożej i prawdy nie­skażonego fałszem sumienia Stanisława, Bóg Wszechmocny ten cud uczynić raczył; że w czasie obecnym idzie o rzeczy większej wagi, to też zastanówmy się z bezstronną uwagą, iż w tym uznać mamy zasłużony wymiar ścisłej kaźni Bożej. Prócz tego zanurzmy się z pochodnią prawdy, w głębię sumienia ludzkiego, czy między nami ujrzymy podobnego z żywą wiarą i nieskażonym życiem Stanisława? Lekkie umysły na lekkiej szali ważą wielkiego Boga potęgę; jeżeli Stwórca, jednym wszechmocnej swej woli skinieniem wywiódł z niczego całe to przyrodzenie, i z garstki ziemi uczynił człowieka, miałoż go więcej koszto­wać od trzech lat w proch rozsypane Piotra ciało, w jednym momencie do pierwszego przywrócić stanu, i wlać w nie ducha żywota? Bolesław zrazu rzeczywiście poprawił swe życie; ale, jak to zwykle zdarza się, że nam z czasem najświętsze rzeczy powszednieją, tak równie i on z czasem wypaczać zaczął poprawione obyczaje; a nieprzyjaciel zbawienia naszego rozdmu­chując w nim tlejącą żądzę, owionął całego gwałtownym bez ratunku pożarem. Władysław Łokietek oddał w r. 1310 krakowskiemu kościołowi wieś Piotrowin, która wtedy była przy­łączona do zawichostkiej kasztelanii, a to, jak mniemamy, dla utrwalenia podania o rzadkim tym zdarzeniu. Jakim zaś spo­sobem po śmierci Stanisława i następnych biskupów, podczas rozmaitych zaburzeń i przemian w kraju, odłączono wieś tę od dóbr kapituły krakowskiej, nie wymienia powodu pisarz żywota św. Stanisława, dołączonego do kroniki MARCINA GALLA, w 1824 roku w Warszawie wydanej. Pisze on na karcie 342: „Qualiter autem modo a jurisdictione ecclesiae alienata, non est temporis instantis probata„. Że nie pierwszy DŁUGOSZ skreślił podanie o przywołaniu do życia Piotra, przekona nas pisarz przywiedzionego żywota Stanisława świętego; jak mniema WINCENTY BANDTKIE, wydawca GALLA kroniki, miał go napisać Bogusław, przeor dominikańskiego klasztoru w Krakowie, który popierał sprawę kanonizacji św. męczennika Stanisława u Apo­stolskiej Stolicy i napisał go zaraz po ukończonej kanonizacji, między rokiem 1254 a 1261. Albowiem autor wyraźnie powia­da: „kiedy się kardynałowie nad tą naradzali sprawą; kardynał Rajnald, który wtedy był biskupem ostieńskim, a teraz jest Aleksandrem IV papieżem, sprzeciwiał się kanonizacji Stani­sława, z powodu bardzo zadawnionej sprawy”. Rajnald, a potem Aleksander IV papież zasiadł na Stolicy Piotra św. po Inno­centym IV papieżu, zmarłym w r. 1254, a dokonał żywota w r. 1261. Zaczem żywot ten Stanisława w upływie lat sześciu mię­dzy r. 1254 a 1261 został napisany. Tak więc NARUSZEWICZ, pod r. 1074, Tom V, kar. 65, bezzasadnie pisze, iż dawniejsi przed DŁUGOSZEM dziejopisowie polscy, nic o tym cudzie nie nadmienili.

 

(13) Tak modlącego się Stanisława słyszeli obecni mszy jego kapłani.

 

(14) O tym odrętwieniu i trwodze żołnierzy piszą: KADŁUBEK, DŁUGOSZ, NARUSZEWICZ i inni dziejopisowie polscy. – Jeśli się z uwagą zastanowimy nad tym zagadnieniem: dlaczego Wszechmocność Boska nie dopuściła żołnierzom zabić Stanisława, którego potem Bolesław własnymi zabił rękoma, przyjdziemy do tego przekonania, że, gdy Bolesław zamierzył sam odebrać życie Stanisławowi, należało przeto, aby na jego wyłącznie osobę spadło całe sprawiedliwej kaźni Bożej brzemię.

 

(15) Mat. r. 18, w. 17.

 

(16) Pisze NARUSZEWICZ pod rokiem 1080, na karcie 84, Historii naro­du polskiego: „Lubo Bolesław ukarania godzien, jako człowiek, za osobiste przewinienia, nie czuł się jednak sprawiedliwie być win­nym oddalenia od tego, co mu Bóg zrządził i krew dziedziczna”. Na to NARUSZEWICZA zdanie odpowiadamy: To prawda, że mówi Pismo św. „przez mnie królowie panują”, przypowieść Salomo­na r. 8; skoro atoli ziemscy książęta mają od Boga władzę i nad ludami panowanie, służy zatem Bogu prawo, przez władzę którą dał swemu Kościołowi, odjąć im to nad ludami panowanie, je­żeli stali się winnymi ciężkich nadużyć powierzonej im władzy.

 

(17) MARCIN GALL ks. 1, rozdz. 28.

 

(18) DŁUGOSZ ks. 3, karta 298, rok 1081. MIECHOWITA, KROMER, NARUSZEWICZ karta 86.

 

(19) Acta Sanctorum Tom 29, karta 239, Nota. NARUSZEWICZ rok 1080, karta 86, Nota 3.

 

(20) Dla skrócenia opisu żywota Stanisława świętego, nie umieści­liśmy tu licznych łask cudownych, które Bóg wszechmocny udzie­lał ludowi w rozmaitych życia przygodach u grobu Stanisława po jego kanonizacji.

Źródło: ultramontes.pl

Posted in Ciekawe, Cuda, Kościół, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , , , , | 46 Komentarzy »

Prześladowania Współczesnych Chrześcijan – „Powrót Czasów Nerona”

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 października 2012


Posted in Alert, Apokalipsa, Film, Prześladowanie Chrześcijan, Religia, Szatan, Świat innymi oczami | Otagowane: , | 8 Komentarzy »

Apel o modlitwę za naszego przyjaciela

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 października 2012


Na pielgrzymce była z nami Arleta która jednocześnie przyczyniła się do tego że wielu mogło pojechać nie mając pieniędzy. Arleta od początku się bardzo interesowała jak przebiegają przygotowania do pielgrzymki czy starcza środków, czy w czymś jeszcze nie pomóc. Zależało jej bardzo aby pojechał pełny autobus do Medjugorje.

dziś otrzymałem smutna wiadomość od Arlety . Jej mąż jest w ciężkim stanie znalazł się w szpitalu, będą go usypiać przed godz. 22 by dokonać operacji na sercu. Arleta z Rafałem sa młodym jeszcze małżeństwem  (około 40 lat życia mają za sobą). Proszę wszystkich czytelników i pielgrzymów o modlitwę za całą ta sytuację w jakiej się znaleźli. Na czacie już od godz. 21:15 się modlimy w tej intencji.
 Módlcie się do Królowej Pokoju którą to małżeństwo tak pokochało aby była w tej trudnej chwili razem z nimi.

Koronka do Bożego Miłosierdzia

Posted in KOMUNIKATY, Prośba o modlitwę | Otagowane: | 18 Komentarzy »

TWÓJ WYROK TO PIEKŁO !

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 października 2012


Historia prawdziwa

SŁOWO WSTĘPNE

 

18 października 1985 r. jest dniem, który będę pamiętał do końca moich dni.

Byłem w tym czasie księdzem diecezjalnym w diecezji Wichita i mieszkałem w

małym miasteczku o nazwie Fredonia, w południowym Kansas. Byłem

proboszczem parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tego dnia zdecydowałem

się pojechać do Wichita, Kansas, około 86 mil, aby poradzić się, co do pewnego

problemu w parafii moich współbraci księży. Tego dnia ani wieczora nie byłem z

nikim umówiony, a wyjazd do Wichita miałby być pierwszym od chwili mojego

pobytu we Fredonii.

 

WYPADEK

 

Do Wichita miałem podróżować autostradą stanową, zwaną Highway’em 96.

Autostrada ta nie miała poboczy, była bardzo pagórkowata i przebiegała przez

Wzgórza Flint (Flint Hills). Mijało się tu wiele wielkich ciężarówek, tirów oraz

mniejszych samochodów ciężarowych.

 

Mówiąc oględnie autostrada była niebezpieczna. Pamiętam, jak wracałem późnym

popołudniem z Wichita i to było ostatnią rzeczą, którą pamiętam. Miałem

wypadek – zderzenie czołowe z wielką ciężarówką z Hutchinson, Kansas. Były w

niej trzy osoby. Dzięki Bogu nikt nie zginął w tym wypadku!

 

W rezultacie kolizji, wyrzuciło mnie z samochodu (wówczas nie miałem zapiętego

pasa), po czym wylądowałem na ziemi koło mojego samochodu. W tym momencie

doznałem wielkiego wstrząsu mózgu i skóra z prawej części głowy została zdarta z

czaszki. To tyle, co pamiętam i więcej już klarownie niczego nie pamiętam.

 

NIE MA NADZIEI NA PRZEŻYCIE

 

Za mną podróżowała tą samą autostradą pielęgniarka Mennonitów z Frontenac w

Kansas, która się zatrzymała i została przy mnie, dopóki nie przybył ambulans i nie

zabrał mnie. Dzięki jej rozeznaniu stwierdzono, że mam złamaną szyję. Ona

poinformowała kierowców ambulansu, żeby postępowali ze mną odpowiednio

według jej rozeznania. Gdyby moja szyja uległa przekręceniu w którąś stronę na

miejscu wypadku, umarłbym na skutek uduszenia.

 

Dowiedziałem się potem, że cierpiałem na złamanie kręgu szyjnego C2, co określa

się jako „złamanie powieszonego”, ponieważ dochodzi do niego przez powieszenie

na szyi. Ambulans zabrał mnie do pobliskiego miasteczka, zwanego Eureka, które

ma mały szpital. Dyżurny doktor przyszył mi oderwaną skórę i gdy się zorientował,

 

 

że nic więcej nie może już zrobić, zawezwał helikopter medyczny ze szpitala

Wesley w Wichita, żeby mnie zabrał. Po starcie helikoptera z Eureki doktor

powiedział do swojej siostry, która była pielęgniarką, że nie spodziewa się, żebym

przetrzymał podróż, między Eureką a Wichita, co nie było dużą odległością.

 

Po przybyciu do Wichita helikopter wylądował na dachu szpitala Weley i zabrano

mnie do Centrum operacyjnego. Udzielono mi tam pomocy i następnie

umieszczono w głównej części szpitala na Wydziale Intensywnej Terapii. Byłem

kilka przecznic od mojego domu w Wichita, więc moja mama, która jeszcze żyła w

tym czasie, przyszła do mnie do szpitala tego wieczora i została ze mną.

 

Zostałem skierowany do neurochirurga, pracującego w szpitalu, który miał swoją

praktykę prywatną w Wichita i on leczył mnie stosownie do urazów, których

doznałem. Nie było potrzeby operacji połączenia (fuzji). Zostałem położony na

wyciągu i umieszczono mnie w czymś, co określa się technicznym terminem „halo”

– w szyjno-piersiowym przyrządzie ortopedycznym.

 

To urządzenie ortopedyczne jest używane w wielu urazach szyjnych. „Halo”

obejmował moją głowę przy pomocy czterech śrub (dwie z przodu i dwie z tyłu),

wkręconych w moją czaszkę, tak, żebym nie mógł ruszyć moją szyją w żadną

stronę. To urządzenie było przymocowane do „kamizelki”, której także nie można

było ruszyć.

 

Te dwa urządzenia miałem na sobie przez okres prawie ośmiu miesięcy. Pamiętam

jednego razu, podczas wizyty lekarzy w szpitalu, jedna śruba wydostała się z

głowy. Nigdy przedtem ani potem nie czułem takiego bólu. Widocznie razem z tym

ortopedycznym urządzeniem znajdowałem się na wyciągu, żeby kości mogły się

połączyć i kontynuować proces zdrowienia. Nie pamiętam tej procedury.

 

Doktorzy powiedzieli, że skoro przeżyłem wypadek, spodziewali się, że będę leżał

na plecach patrząc w sufit, sparaliżowany od szyi w dół do końca mojego życia.

Widocznie Pan Bóg miał inne plany!

 

MODLITWA WIERNYCH

 

Wieczorem tego dnia, kiedy był wypadek, do szpitala zadzwonił ktoś z parafii

Najświętszego Serca we Fredonii z pytaniem do pielęgniarki na moim piętrze, o

mój stan. Osoba otrzymała odpowiedź od pielęgniarki dyżurnej, że lekarze dają 15

procent szans na przeżycie. Sprawa wyglądała poważnie.

 

Później się dowiedziałem, że tego wieczoru, po wypadku, drzwi kościoła

Najświętszego Serca otworzono, żeby ludzie mogli się za mnie modlić. Inny kościół

 

 

chrześcijański i kościół Metodystów we Fredonii także otworzyły swoje drzwi, żeby

ludzie mogli się za mnie modlić. Pastor z kościoła Zjednoczonych w Bogu

(Assembly of God) powiedział mi później, że modlił się za mnie całą noc.

 

Także Mennonici się za mnie modlili. Tak więc miałem duże modlitewne

wsparcie. Później usłyszałem, że moja parafia odmawiała Różaniec św. dwa razy

dziennie: rano i potem znowu wieczorem.

 

Pod koniec mojej kuracji w szpitalu mój neurochirurg skierował mnie do Kliniki

Psychologicznej na terapię zwaną Syndromem Wstrząsu Mózgu (Concussive Head

Syndrome). Byłem wdzięczny za tę niezbędną terapię. Nie mogłem znieść

większych emocjonalnych urazów, a nawet jakichkolwiek bardzo słabych

dźwięków. Dobrze było mówić o tym z osobą, która miało się wrażenie, że rozumie

przez co przechodziłem i czego potrzebowałem.

 

2 grudnia 1985 r. wypisano mnie ze szpitala i poszedłem do domu, gdzie

próbowałem odzyskać zdrowie, jak mogłem najlepiej, przy mojej mamie i

młodszym bracie, który mieszkał niedaleko w Wichita. Drugi mój brat był akurat na

przepustce z Marynarki Wojennej, więc był w domu dzień i noc – na moje

szczęście.

 

Mój doktor poinformował mnie, że zdrowieję w rekordowym tempie po moim

wypadku i że w swoim sprawozdaniu nie może użyć słowa „cud”, ale, że każdy, kto

je będzie czytał, wyciągnie sam taki wniosek.

 

Mój biskup diecezji Wichita pozostawił wolne miejsce proboszcza w parafii we

Fredonii, stałego proboszcza. Wysłano tam księdza na sprawowanie liturgii w

weekendy, tam i w Neodesha, dopóki w pełnie nie wyzdrowieję. W maju 1986 r.

zostałem z powrotem skierowany do parafii we Fredonii.

 

Pamiętam, że musiałem załatwić kupno innego samochodu i następnie udać się w

podróż powrotną do mojej parafii tą samą autostradą. Cieszę się, że musiałem to

wykonać, choć pamiętam, że było to bardzo trudne doświadczenie w tamtym

czasie. Jechałem już przedtem do parafii w kwietniu tego roku na Pierwszą

Komunię Św.

 

Wziął mnie ze sobą inny ksiądz z diecezji w ten weekend, na to szczególne

wydarzenie. Bardzo dobrze potraktowano mnie w parafii Najświętszego Serca

Pana Jezusa po moim powrocie, a także w miasteczku Fredonia. Parafianie z

pośpiechem opowiadali mi o tym, jak się o mnie martwili i modlili o moje zdrowie i

mój powrót.

 

 

Mieszkaocy Fredonii z Kansas, a szczególnie parafia Najświętszego Serca są

katolikami bojaźni Bożej, którzy bardzo poważnie traktują swoją religię. Kiedy

wróciłem, zauważyłem, że nie wymagają dużo ode mnie ze względu na mój

poprzedni stan. Bardzo to doceniałem i starałem się jak najlepiej służyć tej parafii,

a także parafii św. Ignacego w Neodesha.

 

Pewnego dnia, niedługo po powrocie do parafii, odprawiałem Mszę św.

poranną, do czego byłem przyzwyczajony, kiedy wydarzyło się nadzwyczajne

nadprzyrodzone zjawisko. Miałem zamiar przeczytać fragment Ewangelii na ten

dzień, fragment, który słyszymy wiele razy w ciągu lat. Jest on z Ewangelii św.

Łukasza.

 

Dokładnie Łukasz 13:6-9 i brzmi jak następuje: „I opowiedział im następującą

przypowieśd: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy;

przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto

już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie

znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział:

„Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda

owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”».”

 

Kiedy czytałem ten fragment Ewangelii, było to tak, jak gdybym przypomniał

sobie fragment rozmowy. Oprócz tego sama strona z Księgi Lekcji zaczęła

świecić, powiększyła się i wyszła z Księgi w moim kierunku. Musiałem skończyć

Mszę tak normalnie, jak to było możliwe i kiedy skończyłem, poszedłem na

plebanię, usiadłem w moim fotelu przy czterech filiżankach kawy i próbowałem

sobie przypomnieć, dlaczego właśnie ta nauka z Ewangelii poruszyła tyle

poprzednich wspomnień i wspomnień dotyczących czego?

 

OŚWIECENIE

 

Nie trwało to zbyt długo, gdy wszystko zaczęło z powrotem do mnie wracać. Zaraz

po wypadku – oto, co się wydarzyło. Znalazłem się przed Tronem Sądu! Jezus

Chrystus był Sędzią. Nie widziałem Go, tylko Go słyszałem. To, co miało miejsce –

było natychmiastowe w stosunku do tego, co się rozumie, jako „nasz czas”.

 

Przeszedł On *Pan Jezus+ przez całe moje życie i obwinił mnie o grzechy popełnione

i grzechy zaniechania, z których się nie wyspowiadałem i w związku z tym są nie

przebaczonymi i nie odżałowanymi grzechami. Przy każdej winie mówiłem: „Tak

Panie!” Planowałem, że kiedy to nastąpi, będę miał różne rodzaje tłumaczeń dla

Pana Boga.

 

 

Na przykład: „Otóż Panie, Ty wiesz, ona była bardzo napastliwą kobietą i można

było stracić przy niej łatwo cierpliwość za każdym razem. Otóż, gdy się rozmawia z

osobową prawdą nie ma żadnego tłumaczenia; wszystko, co się mówi, to: „Tak,

Panie!”

 

MATKO – JEST TWÓJ

 

Pan Jezus kończąc sąd powiedział do mnie: „Twój wyrok to piekło!” Znowu

przytaknąłem: „Tak Panie, wiem!” Był to jedyny logiczny wniosek, który mógł

wyciągnąć. To nie było dla mnie szokiem! To było tak, jak gdyby honorował mój

wybór, moją decyzję. Ja wybrałem mój wyrok, a On po prostu godził się z moim

wyborem.

 

Po tym, jak to powiedział, usłyszałem głos kobiecy: „Synu, czy uratowałbyś jego

życie i jego nieśmiertelną duszę?” Pan odpowiedział: Matko, on był kapłanem

przez 12 lat nie dla siebie, ani dla mnie; niech cierpi karę, na jaką zasłużył!” W

odpowiedzi Ona powiedziała:, „Ale Synu, gdybyśmy tak udzielili mu specjalnych

łask i siły i wtedy zobaczymy, czy zrodzi owoce. Jeżeli nie, niech Twoja wola się

spełni!”

 

Tu nastąpiła krótka przerwa i wtedy usłyszałem Jego mówiącego: „Matko, jest

Twój!” Należałem do niej podwójnie: naturalnie i nadprzyrodzenie teraz przez

poprzednie 12 lat. Nie wierzę, że mógłbym istnieć bez Niej przez ten okres czasu,

kiedy była nieobecna w moim życiu i moim życiu duchowym.

 

PAN JEZUS ZWRÓCIŁ MOJĄ UWAGĘ

 

Wiele osób powie: „Ależ Ojcze, ty musiałeś mieć specjalne nabożeństwo do

Najświętszej Marii Panny, zanim to się wydarzyło. Nic dziwnego, że się za tobą

wstawiła.” Na to muszę odpowiedzieć „nie”! To świadczy przeciwko mnie, jako

księdzu, ale muszę powiedzieć, że jeżeli chodzi o moją wiarę w anioły, świętych,

Najświętszą Marię Pannę wierzę – tak, ale moim rozumem – intelektem

umysłowym, ale nie moim sercem – wiedzą serca. Aniołowie i święci byli dla mnie

postaciami wyobraźni. Wierzyłem w nie, ale one nie były realne!

 

Poprzez ten wypadek, odkryłem jakże są one realne! Pan Bóg musiał złamać mi

szyję, żeby przyciągnąć moją uwagę! Trzeba pamiętać dzień śmierci Pana Jezusa

na Kalwarii. Maryja, Jego matka i Apostoł, którego miłował, Jan, byli pod krzyżem,

kiedy Jezus patrząc na nich z góry z miłością, powiedział: „Kobieto, oto syn Twój!

Synu, oto matka twoja!”

 

 

To wtedy Jezus dał swojej matce nas wszystkich, Jej córki i synów, jako Jej dzieci.

Ona bierze to bardzo poważnie! Ona przyjdzie z pomocą każdemu i będzie się

wstawiała za niego lub nią, jak wstawiła się za mną. Nie byłem nikim specjalnym!

 

Od czasu wypadku nauczyłem się bardzo ważnej prawdy odnośnie Najświętszej

Marii Panny, Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Cokolwiek Matka Najświętsza

chce, Bóg Ojciec, Syn i Duch Święty – nie mogą powiedzieć Jej „Nie”! Niemożliwe

jest to Jej odmówić!

 

Jeszcze o innej sprawie nauczyłem się od czasu wypadku, o dwóch powodach,

dla których moje życie fizyczne i duchowe zostało uratowane. Pierwszy powód to

ten, że piekło istnieje, a po drugie równie ważny jest fakt, że księża też mogą

bardzo szybko dostać się do piekła!

 

Wielu ludzi w dzisiejszych czasach odrzuca fakt, że Pan Bóg jest samą

sprawiedliwością. Źle sądzą, że Pan Bóg jest miłością i że nie ukarze nikogo na

wieczność. To jest kłamstwo! Wszyscy musimy przestrzegać przykazań Bożych i

korzystać z Sakramentu Pojednania, żeby nasze grzechy zostały nam przebaczone.

Jeżeli uważamy, że nie grzeszymy, to lepiej zróbmy bardziej szczegółową analizę

naszego sumienia.

 

Jedną z prawd, której się nauczyłem z tego mojego doświadczenia jest fakt, że Pan

Bóg nikogo nie wysyła do nieba lub piekła. My dokonujemy wyboru, my

podejmujemy tę decyzję; Pan po prostu honoruje i zatwierdza nasz wybór.

 

Musimy wrócić do rzeczywistości: to, że ksiądz ma białą koloratkę nie oznacza, że

ma zagwarantowane niebo. Jest dokładnie odwrotnie. Ksiądz będzie tak samo

rozliczony (nawet 1000 razy bardziej), jak osoby świeckie z przestrzegania

przykazań Bożych i musi być księdzem, który został wyświęcony po to, żeby był dla

ludzi i dla Jezusa Chrystusa.

 

Matka Boża mówiła wiele razy, żebyśmy się modlili za księży, a nie krytykowali.

Obecnie łatwiej niż kiedykolwiek, w czasach, w których żyjemy, krytykować księdza

lub biskupa, o których wiemy, że zeszli z ortodoksyjnego szlaku. Musimy

pamiętać, że Matka Boża nakazała nam modlić się za nich!

 

DOŚWIADCZENIE MNIE ODMIENIŁO

 

Pytano mnie wiele razy: „Jak to doświadczenie mnie odmieniło?” Nie jest możliwa

kompletna odpowiedź na to pytanie. Muszę powiedzieć, że jako ksiądz i proboszcz

przez te lata byłem pasterzem i proboszczem dla siebie. Ojciec Steve Scheier był na

 

 

pierwszym miejscu i jego dotyczyła największa troska. Nigdy nie „wpadłem w rolę”

księdza, jako taką! Nie byłem zbyt uduchowiony i moje życie modlitewne było

praktycznie żadne. Oczywiście wielu innych (parafian i braci księży) wierzyło, że

jest zupełnie odwrotnie. Nikomu nie ujawniałem tych aspektów problemu.

 

Byłem bardzo zdziwiony podczas mojego Sądu, że Jezus nie wziął pod uwagę ilości

głosów dotyczących mojej popularności. Był tylko On i ja, i On znał mnie lepiej, niż

tysiące innych ludzi.

 

Zdałem sobie wtedy sprawę, że trzeba było tylko Jemu sprawiać przyjemność, a

moja troska sprawiania przyjemności (lub próby zadowolenia), która dotyczyła

niezliczonej liczby innych, była kompletną stratą czasu i energii.

 

Teraz próbuję być lepszym księdzem, niż poprzednio. Dziękuję Panu Bogu i Jego

świętej Matce nieustannie za danie mi jeszcze jednej szansy. Próbuję skupić się na

tylko jednej rzeczy, która się liczy i którą prawie straciłem na wieczność – na

szansie dostania się do nieba i bycia z Panem Bogiem, Aniołami i Świętymi na

zawsze!

 

A teraz na wstępie moich dalszych uwag chciałbym zwrócić się do tych, których

one dotyczą. Kocham was jako moich braci i siostry w Chrystusie. To, co powiem,

nie znaczy, że też nie poniosłem winy za te czyny, intencje lub zaniechania, raczej

wskazuje to na błędy, które także obecnie są popełniane w Kościele Chrystusa

przez duszpasterzy i Jego naśladowców.

 

Widzę wiele spraw, o których trzeba dzisiaj mówić i mogę w prawdzie powiedzieć,

że zawdzięczam moją ekspertyzę faktowi, że byłem sądzony przez Boga

Wszechmogącego i zostałem uratowany przez Jego Boże Miłosierdzie. To, co

następuje, to część druga i najważniejsza część mojego doświadczenia, którą

adresuję do kościoła katolickiego całego świata.

 

WAGA SPOWIEDZI

 

Pierwsza sprawa, która wymaga uwagi na całym świecie, to sprawa spowiedzi.

Trzeba tylko zajść do Kościoła w weekend, żeby zobaczyć upadek i załamanie się

tego wspaniałego sakramentu, który został ustanowiony przez samego Chrystusa.

Jezus ustanowił ten sakrament po swoim Zmartwychwstaniu, kiedy po raz

pierwszy ukazał się Apostołom.

 

Pierwszymi słowami, które wypowiedział po wejściu przez zamknięte drzwi

Wieczernika były słowa: „Pokój wam!” Po czym dodał: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak

i Ja was posyłam.” I kiedy to powiedział ogarnął ich swoim oddechem i rzekł:

 

 

„Przyjmijcie Ducha Świętego. Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a

komu zatrzymacie, są im zatrzymane” (Jan 20:21-22).

 

To dlatego spowiedź (czyli Sakrament Pojednania) ma miejsce i dlatego księża

mają władzę odpuszczania i zatrzymywania grzechów.

 

Więc, gdzie tkwi problem? Problem jest w tym, że coraz mniej ludzi ma poczucie

winy i w konsekwencji czują, że nie grzeszą. Jeżeli nie czuje się żadnej winy – nie

ma potrzeby iśd do spowiedzi. Odczuwa się (w jego lub jej umyśle), że się nie

grzeszyło.

 

Więc skąd się bierze w społeczeństwie to wyobrażenie? Winię za to w ogromnej

części psychologów i psychiatrów, którzy mówią ludziom (czasem nawet

publicznie), że nie muszą czuć się winni, co do tego, czy tamtego, powinni obwiniać

swoich rodziców za wychowanie w taki, a nie inny sposób, albo złożyć winę na

okoliczności, które wpłynęły na problem, z którym pacjent się boryka – zadanie lub

rozwiązanie, to kompletne wykorzenienie poczucia winy osoby. To jeden z

największych fenomenów, który wpłynął na upadek spowiedzi w dzisiejszych

czasach.

 

Innym powodem tego upadku jest to, że „niektórzy” księża, może nawet w

dobrej intencji mówią penitentowi, że on czy ona nie musi uczęszczać do

spowiedzi „często”, a następnie, kiedy penitent wymienia grzechy, spowiednik jest

szybki w stwierdzeniu, że to czy tamto nie jest grzeszne, ale jest rezultatem

napięcia, niepokoju lub przemęczenia.

 

W konsekwencji penitent czuje lub myśli, że większość jego lub jej grzechów nie

jest w ogóle grzechami, ale po prostu ludzką słabością, wynikającą z jakiejś

fizycznej nienormalności lub fenomenu.

 

Większość katolików pozbawionych jest wyboru, co do spowiedników. Niektórzy

idą do innej parafii, gdzie ksiądz jest bardziej tradycyjny w podejściu do

penitentów.

 

Ale niektórzy czują, że nie powinni opuszczać granicy parafii, żeby uzyskać pokój

umysłu i sumienia, którego z taką determinacją poszukują. Rezultatem tych

kontaktów jest utrata u ludzi poczucia, że powinni iść do spowiedzi. Czują w

dodatku, że spowiednik nie jest tak wyrozumiały i współczujący, jak zwykli być

księża dawnej.

 

Dzisiaj jedną z wielkich niegodziwości kapłaństwa jest niekontrolowane

rozpasanie we wszystkich częściach Stanów Zjednoczonych i głoszenie przez księży

swoich opinii dotyczących spraw Doktryny Katolickiej. Księża czasami zapominają,

 

 

że są wyświęcani, jako reprezentanci Kościoła i w związku z tym powinni głosić to,

czego Kościół naucza.

 

Jeżeli ksiądz chce wygłosić swoją własną opinię na temat, który jest ściśle

zdefiniowany przez Magisterium Kościoła, wówczas powinien zdjąć swoją

koloratkę i powiedzieć tym, do których się zwraca, że to, co powie to jest jego

opinia dotycząca danej sprawy. Dotyczy to zarówno praktyki spowiedzi jak i

ambony. Księża są wyświęcani na duchownych Kościoła!

 

Jednym z wielkich zaniedbań w życiu parafii przez ostatnie 25 lat jest fakt, że

księża nie wspominają, nie wskazują w swoich naukach i homiliach na istnienie

„piekła” i „wiecznego potępienia”. Więc, jeżeli jest to faktem, a jest, wówczas nie

ma u parafianina poczucia, że musi iść do spowiedzi.

 

Nie chcemy niepokoić parafian! A w szczególności nie chcemy niepokoić bogatych

parafian, którzy wypisują pokaźne czeki dla parafii i są „dobrymi dawcami”. W

konsekwencji to, co podkreśla się w kazaniach, to pokój, miłość i radość – te

oczywiście nikogo nie zaniepokoją i w konsekwencji ksiądz miał „dobre” kazanie

tego weekendu!

 

I tutaj znowu, jeżeli nie ma poczucia winy, to nie ma grzechu, więc dlaczego

parafianin miałby iść do spowiedzi? W rzeczywistości chodzi o to, że Ojciec chce

być „popularny”. Chce, żeby ludzie opuszczający jego parafię dobrze się czuli i chce

przede wszystkim od ludzi opuszczających Kościół usłyszeć: „Ojcze, wygłosiłeś

fantastyczne kazanie!”

 

Następną sprawą, dotyczącą nieszczęść dzisiejszego Kościoła, którą trzeba się zająć

w naszej dyskusji, jest sprawa modlenia się i nie modlenia się! Obowiązkowo „ta”

parafia jest tą, która posiada biuletyn parafialny, informujący nas o wszystkich

organizacjach, które mogą nas uzdrawiać i generalnie zaspokajać wszystkie

zainteresowania i problemy, z którymi ktoś ma do czynienia.

 

Są to organizacje dla ostatnio rozwiedzionych lub owdowiałych, dla samotnych,

rodziców itp., i jest faktem, że większość tych organizacji, to nic innego jak

organizacje „społeczne”, gdzie człowiek (on czy ona) może poczuć, że otrzyma tu

pomoc, bo inni też borykają się z podobnymi sytuacjami.

 

CO SIĘ STAŁO Z MODLITWĄ

 

Co się stało z modlitwą? Od czasu Soboru Watykańskiego II, który źle

interpretowano i rozumiano, wiele nabożeństw paraliturgicznych przesadnie i

niemądrze usunięto z parafii na całym świecie – według dowolności księdza!

 

 

Wigilie modlitewne takie jak nowenny, Godziny święte, błogosławieństwa i nawet

Nieustająca Adoracja Najświętszego Sakramentu, usunięto już jakiś czas temu z

działalności parafii.

 

Wygląda na to, że głosimy, iż „Modlitwa jest bezużyteczna, więc jako lekarstwo na

rozwiązanie problematycznych sytuacji wprowadzimy organizacje!” Modlitwa była

„potrzebna” w przeszłości, dlaczego nie obecnie? Możliwe, że jest inny powód

zaniedbania sytuacji modlitewnej.

 

Nabożeństwa wymagają „CZASU”, a ksiądz nie chce, żeby parafianin myślał, że on,

ksiądz, ma go zbyt wiele. Nabożeństwo modlitewne może zabrać księdzu czas na

oglądanie TV albo wyjście na zewnątrz dla relaksu z przyjaciółmi, z parafianami lub

z innymi księżmi.

 

„Oznaką”, w którą jest ubranych wielu księży, jest „szyld”, który mówi parafianom:

„JESTEM ZMĘCZONY I PROSZĘ, WIĘC NIE PROSID MNIE O ZROBIENIE NICZEGO

WIĘCEJ!” W konsekwencji ksiądz w parafii ma coraz więcej i więcej czasu na

nierobienie niczego.

 

OGAŁACANIE KOŚCIOŁA

 

Innym wymiarem, gdzie zauważamy kompletny upadek tradycyjnej duchowości

jest to, co się dzieje i to, co się stało we wnętrzu wielu kościołów. W imię

„EKUMENIZMU, KTÓRY JEST DZIEŁEM SZATANA” zrobiono wiele dla ogołocenia

nas z naszej wiary katolickiej i pomniejszenia nas w stosunku do tego, kim

mieliśmy być poprzez chrzest.

 

Wiele kościołów nie ma obecnie klęczników – odpowiednie są siedzenia teatralne!

Nie ma Drogi Krzyżowej, figur, nie ma świateł lub świec do czuwania, nie ma

Krucyfiksu (może jest krzyż, ale nie krucyfiks).

 

W centrum sanktuarium „prezydencki fotel” zastąpił Tabernakulum. Ksiądz jest

teraz w centrum uwagi, a nie jakieś nieokreślone miejsce, które zawiera „opłatki

chleba”. Tabernakulum jest usunięte z widoku „na bok”, albo nieszczęśliwie w

innym pomieszczeniu kościoła, ale definitywnie z widoku!

 

Zachowania więc „wierzących” są odpowiednie do atmosfery lub jej braku,

wewnątrz kościoła. Zamiast przyklęknięcia przed Najświętszym Sakramentem,

ksiądz lub parafianie lekko się kłaniają. Parafian zachęca się lub zmusza, żeby stali

podczas konsekracji. Klękanie jest takie niemodne, czyż nie wiecie?

 

Obserwuje się też jak parafianie ubierają się na Mszę obecnie: niedbale, a nawet

niechlujnie!

 

 

Trzeba także wspomnieć, że bardziej wybredne parafie mają także świeckich

„duchownych”, których wyznacza się do robienia prawie wszystkiego w parafii,

oprócz odprawiania Mszy św., słuchania spowiedzi, udzielania sakramentu

małżeństwa lub pochówku.

 

Wiem o pewnej parafii w stanie Washington, gdzie proboszcz zatrudnia świecką

kobietę do wygłaszania kazań w czasie Mszy niedzielnych przez trzy weekendy na

cztery.

 

A w niektórych parafiach ksiądz siedzi na fotelu w czasie Komunii, podczas gdy

specjalny „duchowny” świecki rozdaje Komunię św. pod obydwoma postaciami.

To jest zabronione! Wydaje się, że im mniej ksiądz ma do zrobienia, tym lepiej!

 

W latach 50-tych słyszało się stwierdzenie, że nie ma większego braterstwa niż

braterstwo księży. W owym czasie to stwierdzenie było prawdopodobnie

prawdziwe i ukazywało, jakie było miejsce księży i co znaczyli jeden dla drugiego.

Ale wszystko się zmieniło i mamy całkiem inną rzeczywistość. Księża obecnie, już

tak nie wspierają swoich współbraci księży.

 

W pewnej diecezji w Stanach Zjednoczonych i podejrzewam, że to samo dotyczy w

pewnym stopniu każdej diecezji na świecie, istnieją generalnie dwa sposoby

patrzenia na współbrata księdza.

 

. Jeden taki, że Ojciec wykonuje wspaniałą pracę i naprawdę się stara i jego

współbracia księża mówią:, „Co on chce udowodnić?”

. Drugi: Ojciec mógł popełnić mały lub wielki błąd, a jego współbracia księża

mówią: „Popatrz, mówiłem ci, czego można się spodziewać po kimś takim?”

To bardzo smutne – mówiąc delikatnie! I wówczas, dokąd ksiądz ma się

zwrócić po pomoc?

 

 

Gdy ksiądz udaje się do księdza, czy to po pomoc duchową, czy inną, zaproszenie

będzie następujące: „poczęstuj się drinkiem” lub zejdzie na dyskusję o „drużynie

piłki nożnej, czy ręcznej” i ich wynikach. Przede wszystkim, jeżeli dwóch księży

spotka się razem nie powinni rozmawiać o sprawach kościelnych, powinni cieszyć

się grą w golfa lub obiadem na zewnątrz i nie czynić sytuacji jakąś sesją

konsultacyjną.

 

Ale jak na ironię, mamy w naszej diecezji dalej księży, o których się mówi „ksiądz

księży”. Inni księża postrzegają tych ludzi, jako świętych i utalentowanych i takich,

do których księża mający trudności mogą się we wszystkim zwrócić.

 

Ostatnią bolesną sprawą są lekcje religii. Przynajmniej od początku lat 70-tych

nasze książki do religii pozbawione są Doktryny i Dogmatów Katolickich.

 

 

Widziałem książki do religii do nauczania dla początkujących, gdzie na jednej

stronie była postać uśmiechniętego Jezusa, a na drugiej napis tłustym drukiem,

który mówił: „JEZUS CIEBIE KOCHA!”

 

OTO, CZEGO SĄ UCZONE NASZE DZIECI PRZEZ WSZYSTKIE TE POPRZEDNIE LATA.

 

1. Pozbawiono je nauczania przykazań, praw Kościoła, grzechów

śmiertelnych i powszednich i różnic między nimi. Pozbawiono je nauczania

tego, jak się dobrze spowiadać poprzez dobre przeegzaminowanie

swojego sumienia.

2. Pozbawiono je nauczania o tym, czym jest Prawdziwa Obecność Jezusa w

Najświętszym Sakramencie, co prawdopodobnie jest przyczyną

zmniejszenia się wiary.

3. Widzą u starszych skrajnie niedbałe przyjmowanie Komunii świętej na

stojąco, i o zgrozo na rękę, co pogłębia dylemat w ich rozwoju duchowym.

 

 

Wielu rodziców nie chodzi do spowiedzi, więc ich dzieci też nie chodzą. I wielu

rodziców nawet nie zachęca już dzieci, żeby poszły czy to do spowiedzi, czy na

lekcje religii. Rodzice przede wszystkim chcą, żeby ich dzieci ich kochały. W

konsekwencji nie zmuszają swoich dzieci do robienia niczego, czego one nie chcą

robić!

 

Listę tych potworności można by mnożyć, ale już to wszystko daje księdzu, czy

osobie świeckiej pojęcie, w jakim kierunku Kościół zmierza. Dokąd nas to

wszystko zaprowadzi?

 

Nie jestem prorokiem, ale wiem, że z całą pewnością nie jest to; to, co Nasz Pan

chciałby, żeby Kościół robił, albo czym był! Czy za późno na zmianę? Powtarzam

ponownie to, co Jezus zawsze mówi i mówił nam, że nigdy nie jest za późno na

zmianę.

 

Jezus zawsze podkreśla, że powinniśmy wykorzystać Jego Miłosierdzie, dopóki

możemy, ponieważ kiedy przyjdzie, jako Sędzia Sprawiedliwy, wtedy będzie już

dla nas za późno na Jego Miłosierdzie! On jest cierpliwy, On jest miłosierny i On

jest kochający!

 

Ks. Stephen Scheier

 

Proboszcz parafii rzymsko-katolickiej pod wezwaniem Najświętszego Imienia w Bushton, Kansas, USA

 

MODLITWA ZA KAPŁANÓW PRZEKAZANA PRZEZ JEZUSA GABRIELI BOSSIE

 

Żyj całkowicie w królestwie twego wnętrza. Mów zawsze: ‚O MÓJ JEZU UMIŁOWANY,

NAJWYŻSZY KAPŁANIE, ZMIŁUJ SIĘ NAD TWYMI BRAĆMI KAPŁANAMI'”.

Posted in Cuda, Szatan | Otagowane: , , , | 28 Komentarzy »

Pozostańcie na tej wąskiej ścieżce

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 października 2012


orędzie z Ontario 26 października 2012

Dzieci Mojego Boskiego Serca, Ja Jestem Alfa i Omega. Ja Jestem Wielki, Ja Jestem. Ja Jestem, Król wszystkich narodów mówi. Usłyszcie Mnie. Pragnę w was trwać. Pokładam w was nadzieję i czekam na wasze wyrazy uwielbienia. Moje maleństwa, otwórzcie teraz wasze serca.  Poddajcie się z pełną ufnością. Zezwólcie abym was przemieniał. Pragnę jedynie tego co dla was najlepsze. Ufajcie Mi. Nie obawiajcie się przepowiedzianych wydarzeń.  Nie gromadźcie bogactw. Nie gromadźcie rzeczy po to aby żyć w komforcie. Moje maleństwa, jedyna rzecz, która tak naprawdę się liczy to stan waszej duszy. Pozostańcie bez skazy przede Mną. Jeśli chcecie Mi sprawić przyjemność pozostańcie bez plamy.  Sprawianie Mi przyjemności powinno być waszym głównym celem w życiu. Wykonujcie wszystko mając Mnie w pamięci. Nie przestawajcie czuwać.  Módlcie się. Módlcie się bez ustanku i ufajcie Mi. Przemienię i odnowię was. Odnowię oblicze ziemi i ustanowię Moje Panowanie. Pokładajcie we Mnie nadzieję. Dopóki ten czas nie nastąpi pozostańcie czujni. Wytrwajcie i prowadźcie innych do Mnie. Nie zbaczajcie z drogi. Pozostańcie na tej wąskiej ścieżce. Pozostawiam wam Moje błogosławieństwo i umieszczam Mój pocałunek na waszych duszach. Shalom

Tłumaczyła: Czytelniczka

Posted in Orędzie z Ontario | Otagowane: | 15 Komentarzy »

Módlcie się za tych, którzy błądzą – orędzie z Ontario 13 października

Posted by radoslawcz w dniu 26 października 2012


Dzieci Mojego Boskiego serca, radujcie się. Szukam was. Ja Jestem Wielki, Ja Jestem. Ja Jestem Alfa i Omega. Ja Jestem Król królów, Pan panów i Stworzyciel wszystkiego. Patrzę z góry z Mojego Tronu Chwały i widzę was niespokojnych. Wielu z was czyta wiadomości każdego dnia. Żywicie się sensacją, która rozlewa się na kartkach gazet, w Internecie i poprzez telewizję. Wkraczacie w życie prywatne innych ludzi i nazywacie to „byciem na bieżąco”. Za każdym razem gdy kupujecie magazyny z głośnymi nagłówkami, skandalami i które wyśmiewają Moich pasterzy, niszczycie życie. Zostaliście więźniami przemysłu informacyjnego. Uwolnijcie się od natłoku wiadomości. Cieszcie się z prostych rzeczy. Pozbądźcie się tego pragnienia skandalu. Kochani, módlcie się za tych, którzy błądzą. Dziś, wzywam was, abyście kochali bardziej niż kiedykolwiek.  Nie kupujcie gazet i magazynów jeśli nie jesteście w stanie dostrzec Prawdy. Czytajcie między wierszami. Skandale nie są tym, czym się wydają. Szukajcie motywów[pobudek], którymi kierowali się dziennikarze. Nie oceniajcie innych. Nie przekazujcie waszych ocen tym, którzy znajdują się wokół was. Zamiast tego módlcie się. Módlcie się o ich nawrócenie i aby ich serca powróciły do Mnie najszybciej jak to możliwe. Nie potępiajcie czynów innych ludzi nie wiedząc co tak naprawdę noszą oni w sercu.  Osądzę ich według ich czynów. Osądzę ich a Moje Miłosierdzie otrzymają ci, którzy na to zasłużyli. Kochani, spędzajcie więcej czasu na modlitwie. Minuty, które spędzacie na czytaniu wiadomości na nic się zdadzą. Spędzajcie więcej czasu ze Mną. Wasze modlitwy będą mieć większy wpływ na wasze życie. Zapomnijcie o wiadomościach. Módlcie się. Nie zaśmiecajcie swoich umysłów nic niewartymi wiadomościami. W konsekwencji, zanieczyszczacie swój umysł, demoralizujecie duszę i stajecie się obojętni na grzech. Informacje takiego pokroju nie są błogosławieństwem jak wielu z was sądzi. Wypełnijcie swoje umysłu i serca większym pragnieniem Boga [Mnie]. To jedyne co się liczy. Na końcu zjednoczenie ze Mną będzie jedynym istotnym czynnikiem. Dobrze zrobicie rozważając te słowa i czyniąc je swoimi. Spędzajcie ze Mną czas. Zbliżcie się do Mnie. Jeśli tak uczynicie, obiecuję błogosławić waszym inicjatywom i ukoronować was przy waszym odejściu [śmierci].  Bądźcie Mi wierni. Nie marnujcie czasu na czytanie wiadomości jeśli one was przygnębiają. Unikajcie wszelkich form negatywizmu, które powodują, ze szatan ma nad wami władzę. Pozostawiam wam Mój pocałunek pokoju. Shalom

Tłumaczyła: Czytelniczka

Posted in Orędzie z Ontario | Otagowane: , | 3 Komentarze »

Grzech sprawia, że wasze modlitwy stają się niewarte wysłuchania

Posted by Dzieckonmp w dniu 26 października 2012


orędzie z Ontario z 25 października 2012

Dzieci Mojego Boskiego Serca, kocham was nieustającą miłością. Znajdźcie schronienie w Moich Ramionach i ufajcie Mi. Otwórzcie teraz wasze serca. Oddajcie Mi swoją wolną wolę. Zezwólcie abym wam służył. Potrzebujecie Mnie.  Zaakceptujcie wasze wady i wróćcie do Mnie pełni pokory. Nie pozwólcie aby emocje kontrolowały wasze życie.  Kontrolujcie wasze pobudki. Kontrolujcie wasze pragnienie wielkości. Od dnia dzisiejszego oddajcie Mi całą chwałę, uznanie i uwielbienie. Nie bądźcie niewdzięczni. Bądźcie Mi wdzięczni za wszystko. Wiedźcie, że wszystko co posiadacie jest darem ode Mnie.  Wiedźcie, że mogę zabrać wam Moje dary jeśli nie będziecie ich używać mądrze. Grzech trzyma was z daleka od Mojej łaski. Grzech odcina was ode Mnie. Grzech sprawia, że wasze modlitwy stają się niewarte wysłuchania. Dlatego pozostańcie bez skazy przed Moim wzrokiem. Czystość jest konieczna we wzroście duchowym. Pozostańcie czyści. Nie bądźcie obojętni na stan waszej duszy. Jeśli macie grzechy do wyznania szukajcie Moich konsekrowanych synów i bądźcie ze Mną w zgodzie. Wiedźcie, że oczyszczę was jeśli będziecie potrzebować lekcji aby podążać w posłuszeństwie, pokorze i w wierze. Ja Jestem, wasz Ojciec na wysokościach będzie działał. Jeśli zdecydujecie się Mnie wypróbować będziecie zaskoczeni Moją reakcją, złapani w ognie Mojego oczyszczającego ognia i poprawieni w miłości. Ja jestem wszechwładny. Ja będę rządził. Będę rządził nad wszystkim stworzeniem. Moje Królestwo nadchodzi. Dobrze zrobicie jeśli będziecie o tym pamiętać. Żyjcie pełni oczekującej wiary. Ufajcie Mi bardziej niż wcześniej. Nasze przymierze jest święte. Nie złamcie go. Wynagrodzę waszą wierność i przemienię was dla Mojej chwały. Zaakceptujcie służenie jako Moi ambasadorzy a ja uczynię resztę. Pozostawiam wam Mój pocałunek pokoju. Shalom

Tłumaczyła: Czytelniczka

Posted in Orędzie z Ontario | Otagowane: | 25 Komentarzy »

W górę serca, pogrążeni w smutku!

Posted by Dzieckonmp w dniu 26 października 2012


autor: ks. Andrzej Trojanowski TChr
Chociaż bohaterka tej historii – Luiza od Nicości – żyła dawno, w XVII w., to jednak wiadomo wiele o jej życiu dzięki zachowanym świadectwom. Po śmierci uważana za świętą, za życia była brana za „wariatkę” i wytykana palcem jako przykład nieszczęścia, które może się przytrafić nawet pannom z najlepszych domów.

 

Urodziła się w rodzinie należącej do sławnego rodu Andegawenów. Opływając we wszystko, cierpiała na brak tego, co jest najważniejsze dla dziecka: akceptacji i ciepła ze strony rodziców, którzy od początku byli do niej dziwnie uprzedzeni. Obchodzili się z nią szorstko i uważali za głupią. Pomimo tego, Luiza wyrosła na dziewczynę o nieprzeciętnym wdzięku, żywym umyśle i pięknym głosie. Wbrew usilnym staraniom wielu o jej rękę, w wieku 37 lat wstąpiła do klasztoru. Działo się to w okresie dynamicznego rozwoju jansenizmu we Francji. Ten ruch religijny zmierzał do reformy życia duchowego według najbardziej surowych i rygorystycznych zasad. Głosił skrajny perfekcjonizm postępowania i wpajał przede wszystkim lęk wobec Boga, jako drobiazgowego i ciągle niezadowolonego sędzi. Do środowiska zdominowanego tego rodzaju duchem wiary trafiła Luiza, którą rodzinne wychowanie pozbawiło elementarnej pewności siebie, wpoiło poczucie winy i braku osobistej wartości. Jansenistyczna wizja Boga, rodząca w jej wrażliwej i okaleczonej psychice raczej przerażenie aniżeli świętą bojaźń, doprowadzała ją niebawem do psychozy lękowej. Wkrót
ce stała się ofiarą obłędu, który zmuszał ją do krzyków, rzucania się i wybiegania na ulicę. Uznano ją za czarownicę, zakuto w łańcuchy i usadowiono w paryskim zakładzie dla szaleńców, którego sama nazwa – Salpetriere – wywoływała dreszcze. Znalazła się obok starej, pokrytej wrzodami i robactwem kobiety. Oto, co pisze pewien psychiatra na temat warunków, panujących wówczas w tym zakładzie: Kobiety, przykute do ściany za pomocą żelaznej obręczy, obejmującej je w pasie, jęczały w dzień i noc, trzęsły się z zimna i wilgoci. W okresie zimy, gdy Sekwana wzbierała, te ponure pomieszczenia, znajdujące się na poziomie ścieków, stawały się kryjówką dla niezliczonych szczurów. Nocą rzucały się na nieszczęsne kobiety, gryząc je tam, gdzie się dało.
W miarę upływających tygodni gwałtowność zachowywania się Luizy malała: coraz mniej się rzucała, ciszej i rzadziej krzyczała. Uwolniono ją z łańcuchów i pozwolono jej chodzić na teranie zakładu. Odwiedzała jedną ze swych towarzyszek niedoli, z którą modliła się i rozmawiała. Męczarnia skrupułów i lęków ustępowała na korzyść duchowego pokoju. Do jej uzdrowienia przyczyni
ła się posługa pewnego kapłana, mającego szczególny dar rozeznawania i pocieszania w strapieniu. Spowiadał ją i udzielał Komunii św. Po kilku miesiącach Luizę przeniesiono do innej sali, przeznaczonej dla „obłąkańców, którym powrócił rozum”. Zlecono jej opiekę nad kobietami chorymi na trąd, gruźlicę, szkorbut i inne straszliwe choroby miejskiej biedoty. Obowiązki te wykonywała ofiarnie i radośnie. W miarę swych sił, dźwigała obłożnie chore, sprzątała po nich, myła je, wynosiła baseny… Po porannej Mszy św. wracała do nich, karmiła je i ubierała, szepcząc przeróżne modlitwy i słowa pociechy. Zdrowsze kobiety zachęcała do większej wiary i uczyła katechizmu. Pomimo wyraźnych znaków powrotu do zdrowia, ludzie wciąż uważali ją za pomyloną, a ona w swej pokorze nie wyprowadzała ich z błędu. Wciąż chodząc w łachmanach, niestrudzenie troszczyła się o tych, którzy obłąkani byli naprawdę. Uchodząc za szaloną – rzeczywiście nią była, lecz w sensie Chrystusowego szaleństwa miłości. Często modliła się nad chorymi, a kiedy oni powracali do zdrowia, protestowała przeciwko gestom wdzięczności i zakłopotana tłumaczyła, że nie ma żadnej mocy nad chorobami. Otrzymywała niezwykłe łaski, lecz prosiła Boga, aby przez to nie ściągać na siebie uwagi. Ustały więc jej widoczne dla wszystkich ekstazy. Coraz bardziej natomiast jaśniała jej prostota i radość. Niegdyś przerażona aż do obłędu wizją potępienia przez Boga, teraz zachowywała totalną ufność wobec Jego zamiarów. Dzięki miłosierdziu Bożemu – jak sama mówiła – czuję się tak bardzo gotowa przyjąć wszystko, co On zechce mi zesłać, że nawet gdybym miała ponownie wpaść w obłęd, to i tak nie przestałabym Go wielbić. Umarła w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, zaraziwszy się gruźlicą od chorych, którym bez wytchnienia usługiwała. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyły tłumy bezimiennych biedaków i obłąkańców, a jej grób przez wiele lat był czczony jako grób świętej.
Czy Luiza rzeczywiście wpadła w chorobę psychiczną? Nie – odpowiada
ją współcześni psychiatrzy. Jej zachowanie, noszące cechy rzeczywistego obłędu, spowodowane było przejściowym kryzysem wiary: pewnością, że nie jest kochana przez Boga, że została przez Niego nieodwołalnie potępiona. Okazuje się, że w tym mrocznym doświadczeniu duchowym nie była odosobniona. Wielu świętych przeżyło podobny typ rozpaczy, z której zostali definitywnie uwolnieni. Przeszli oni drogę duchowego oczyszczenia, doskonale znaną chrześcijańskim mistykom, o których nieraz mylnie sądzimy, że nie stąpali twardo po ziemi. Coś w tym rodzaju przeżył także św. Albert (przed zakonem nosił imię Adam) Chmielowski na początku swej drogi, która ostatecznie doprowadziła go do całkowitego poświęcenia się najuboższym. Niedługo po wstąpieniu do zakonu opanowała go straszliwa niewiara w możliwość własnego zbawienia. Radość z bliskości Boga ustała, a jej miejsce zajęło poczucie opuszczenia, rozpaczy i bezsensu. Prawie przestał jeść i całkowicie zamilkł. Wpadł w rodzaj kompletnego osłupienia i melancholii. Uznano go za niezdolnego do podjęcia życia zakonnego, co więcej – za chorego, wymagającego specjalistycznego leczenia. Został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym w Kulparkowie pod Lwowem. Na szczęście, po kilku miesiącach pobytu w szpitalu, zabrał go do domu jego brat Stanisław i troskliwie się nim zaopiekował. Jego stan nie polepszał się jednak. Siedział i milczał, nie spał i nie jadł. Podczas Powstania Styczniowego, w którym stracił nogę, tyle razy zaglądał śmierci w oczy. A teraz sama myśl o niej paraliżowała jego władze. Nie rozumiejąc, co się
z nim naprawdę dzieje, Stanisław zaprosił do domu proboszcza. Pozostając w pomieszczeniu obok i wiedząc, że Adam wszystko słyszy, Stanisław wszczął rozmowę z kapłanem o Ojcu przebaczającym marnotrawnemu synowi, o kobiecie cudzołożnej, o żalu Piotra i innych przykładach Boskiego miłosierdzia w Biblii. Słowa te trafiły do serca udręczonego Adama. Przyszedł czas postania z rozpaczy. W kilka godzin potem zażądał, aby osiodłano mu konia. Służący mało nie upadł ze zdumienia: Pan Adam przemówił!. Pogalopował do proboszcza, w czasie kilkugodzinnej spowiedzi zrzucił z siebie cały swój ból i wrócił do domu zupełnie odmieniony. Nastała niewypowiedziana radość. W domu i w okolicy mówiono: znowu jest sobą – jak dawniej, radosny, serdeczny, towarzyski…. W rzeczy samej, nie był już tym samym człowiekiem. Słyszano go, jak w czasie spaceru z rozpromienioną twarzą powtarzał: „jak dobry jest Bóg, jakże miłosierny i łaskawy…”. Wstąpił do trzeciego zakonu franciszkanów i, już jako brat Albert, trafił do dzielnic Krakowa, gdzie panowała największa nędza, prostytucja i przemoc. Przygarniał biedaków, starał się dla nich o środki do życia, otaczał duchową opieką. Wkrótce powierzono mu schronisko dla mężczyzn, a potem także dla kobiet. Gromadziło się wokół niego coraz więcej osób, pragnących również poświęcić się najuboższym. Tak oto powstawał zalążek dwóch zgromadzeń zakonnych – gałęzi męskiej i żeńskiej. Wyczerpany życiem, zmarł w Boże Narodzenie 1916 r. Kanonizował go Jan Paweł II w 1989 r.
Co łączy obydwie z powyżej przedstawionych postaci? – Ciemność wewnętrzna, noc zmysłów, spowodowana poczuciem nieobecności Boga, który dotąd udzielał się pośród radości i pokoju ducha. Nagle prosta i naturalna wiara staje się niemożliwa i gaśnie wszelki entuzjazm w miłości, „nie ma Boga, życie jest absurdem, drogą do nikąd!” – rozlega się wewnętrzny krzyk. Pustka w umyśle, grunt usuwa się pod nogami, królują niechęć do życia, pragnienie śmierci i zarazem straszliwy lęk przed nią. Wszystko wydaje się być skończone. Oto dno rozpaczy, którego Bóg pozwala dotknąć tylko największym swym przyjaciołom. Im się wydaje, że Bóg jest daleki, tymczasem jest z nimi szczególnie blisko. Przeżywają śmierć dla swej wiary – zbyt pewnej siebie i łatwej, łaknącej ciągle Boskiej pocie
chy, jak dziecko łaknie słodyczy; umierają dla swej miłości – zbyt ludzkiej, emocjonalnej, kapryśnej, wybiórczej, szukającej zadowolenia i satysfakcji. Wszystko, w czym dotychczas pokładali swą ufność i z powodu czego mogli się szczycić i wynosić ponad innych – zostaje nagle im odebrane. Pozostają biedni, ślepi i nadzy.
Lecz ich konanie jest momentem ich narodzenia: pustą i wyjałowioną duszę Bóg zaczyna wypełniać i ozdabiać najcenniejszymi darami. Rodzi się wiara – która wierzy tylko ze względu na Boga i nie wygląda już Jego pociech; rodzi się miłość – która kocha ze wzglądu na Niego, a nie mocą swych własnych porywów i upodobań. Gdy ludzie ci w końcu zostają posłani do świata, działają mocą Jego miłości. Dlatego misja ich przynosi wspaniałe owoce. Luiza została posłana do obłąkanych: kto potrafiłby znieść, nie mając w sercu Boskiej światłości, straszliwe ciemności cudzego obłędu? Czy można pogrążyć się w przepaść cudzej rozpaczy i samemu nie upaść? Komu brakuje wewnętrznego światła, nie może bez uszczerbku dla siebie podzielać cudzych ciemności. Jeśli Luiza je podzielała, to dlatego, że sama przeżyła piekło rozpaczy i doświadczyła, że nic nie zdoła odłączyć nas od miłości Boga, która jest w Chrystusie, Panu naszym… Ani śmierć, ani życie, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe… Do tych słów św. Pawła z Listu do Rzymian Luiza mogłaby dodać: …ani lęki, ani depresja, ani szaleństwo czy obłęd, ponieważ we wszystkim tym odniosłam zwycięstwo dzięki Temu, który mnie umiłował. Nic mnie trwoży, nic nie przeraża, bo zstąpiłam do otchłani choroby i obłędu – a i tam Bóg mnie nawiedził i mnie uwolnił! Oto dlaczego pytam każdą duszą pogrążoną w najgłębszej nocy: Któż cię odłączy od miłości Chrystusowej?
Jeśli któryś z wielkich przyjaciół Boga przeżywa noc ducha, to nie tylko ze wzglądu na własne uświęcenie. W rzeczywistości, obarczeni zostają ciemnością świata – jego straszliwymi lękami i zgryzotami – aby została ona rozjaśniona ich heroiczną miłością i wiarą. Doświadczenie Jezusa na Krzyżu staje się udziałem Jego ukrzyżowanych przyjaciół, wśród których zapewne są pacjenci z psychiatrycznych zakładów. Zbawienie na Krzyżu dokonało się poza murami Jerozolimy – dziś nadal się dokonuje poza murami
ruchliwych miast i poza oczyma ich zagonionych mieszkańców. Poprzez swych zaufanych, którzy żyją na tym świecie, choć nie są z tego świata – Jezus wstępuje w obszary naszego człowieczeństwa, które najbardziej nas przerażają i wzbudzają trwogę; w obszary, które dla wielu są powodem zgorszenia, buntu przeciwko Bogu i własnemu losowi. Są to obszary smutków egzystencjalnych, lęków, depresji, wyczerpań, utraty rozumu, chorób psychicznych… Przyćmione środkami farmakologicznymi lub ucieczką w nadmierną pracę, użycie, gromadzenie dóbr materialnych – lęki i niepokoje nie giną, lecz nadal zbłąkane się odzywają.
Tymczasem droga do życia prowadzi właśnie przez lęki, a nie wbrew nim lub bez nich. Że naprawdę jest to możliwe, Bóg zapewnia nas o tym właśnie przez swoich przyjaciół. Czy św. Tereska od Dzieciątka Jezus żyła w błogim pokoju, z dala od prawdziwych problemów świata? Otóż, dźwigała ona ateizm XX wieku wraz z całym rozdarciem duchowym, jakie ono spowodowało. Wszelkie kłamliwe argumenty przeciwko Bogu, jakie wytoczyli filozofowie egzystencjaliści i materialiści ubiegłego stulecia, odebrała ona – w sposób intuicyjny – jako cios prosto w serce. Jad wszelkich wątpliwości i negacji Boga rozlegał się w jej wnętrzu, wywołując bolesną skargę: Nigdy nie uwierzyłabym, że można tak cierpieć… W czasie dni wielkanocnych, dni tak radosnych, Jezus dał mi odczuć, że rzeczywiście są ludzie, którzy nie mają wiary.
Pozwolił, by duszę mą osaczyły nieprzeniknione ciemności, i by myśl o Niebie, tak dla mnie radosna, zamieniła się w źródło zmagań i udręk…. Mam wrażenie, że ciemności, zapożyczając głosu grzeszników, mówią do mnie drwiąco: „Marzysz o światłości, o ojczyźnie nasyconej upojnymi zapachami, marzysz o wiecznym posiadaniu Stworzyciela wszystkich tych cudowności – myślisz, że opuścisz kiedyś mgły, w których żyjesz? No to pójdź, pójdź, raduj się ze śmierci, która da ci nie to, czego w nadziei oczekujesz, lecz noc jeszcze ciemniejszą, noc nicości”. Czyż to doświadczenie nie zanurzało ją w beznadziejność świata, wyrzekającego się Boga? Czy jej heroiczna wiara i nadzieja nie były pokonywaniem owej beznadziejności?
Oto inny przykład: Marta Robin. Ona również przeżyła noc wiary i pokus, mającą wartość nie tylko dla niej samej, ale dla całej ludzkości. Została oczyszczona duchowo w wieku trzydziestu lat, była już niejako „gotowa” do spotkania z Bogiem w wieczności, a jednak przeżyła na ziemi jeszcze pięćdziesiąt lat. Nikt się nie dowie, co naprawdę przeszła w ciągu tych wszystkich bezsennych nocy (nie spała bowiem, nie jadła i nie piła – żywiła się Eucharystią). Jedno wiadomo: dzięki tym nocom powstały „Ogniska miłości” – wspólnoty chrześcijańskiego życia, rozwijające się obecnie na wszystkich kontynentach. Pan zapewnił ją, że „ogniska” te przyczynią się do odnowy nie tylko Kościoła, ale także całego świata. I faktem jest, że mnożą się świadectwa nawróceń tysięcy, dziesiątek tysięcy osób… Święci przekraczają granice normalnej wytrzymałości ludzkiej, aby pokazać, że nie ma takiego obszaru człowieczeństwa, którego nie mógłby nawiedzić Bóg.
Nie wszyscy jednak prowadzeni jesteśmy drogą tak gęstych ciemności. Lecz niepodobna, aby w części nie nawiedziły nas one na pewnym etapie wiary. Po okresie radosnego kroczenia wraz z Panem, przychodzi poczucie Jego oddalenia i nieobecności. Nagle czujemy się zdezorientowani i opuszczeni, a najmniejsze przeciwności życiowe sprawiają, że budzą się dawne lęki, obsesje, zahamowania, chęć ucieczki i zamknięcia się w sobie. Wychodzą na wierzch stare urazy i zranienia w sferze emo
cji i uczuć. Człowiek spanikowany, którego nagle ogarnia niepokój, sięga po leki, których spożycie w świecie osiąga imponujące rozmiary i z każdym rokiem wciąż wzrasta. Nieraz leki są potrzebne i wskazane, oby tylko nie przekreśliły tej niezwykłej okazji wzrostu, jaki stan wewnętrznego cierpienia ze sobą niesie. To trudne do zniesienia doświadczenie zachęca bowiem do wypłynięcia na głębię, do pójścia o jeden krok dalej w ufności wobec Wszechmogącego. Jeśli prawdą jest, że nawet jeden włos z głowy nie spada nam bez Jego wiedzy, to z całą pewnością wszystko to, co nam się przydarza, nie jest Mu obce. W swej pedagogii, z myślą o Niebie, Bóg oczyszcza w nas miłość, jaką kochamy i pozawalamy się kochać przez Niego i przez ludzi. Trudności zewnętrzne, prześladowania, upadki, upokorzenia, lęki – oto okazje, by kochać i trwać w nadziei – mówi pewna wierząca lekarka, psychiatra. W górę serca – wszyscy pogrążeni w depresjach, lękach i smutkach egzystencjalnych! Nie ma takiej trwogi, której nie doświadczyłby Jezus, wyznający w Ogrójcu: smutna jest moja dusza, aż do śmierci. Nie ma takiej rozpaczy, której nie przeżyłby On na Krzyżu, i której nie zdołałby rozświetlić blask Wielkiej Nocy.

ks. Andrzej Trojanowski TChr

Źródło: milujciesie.org.pl

Posted in Kościół, Nawrócenia, Z prasy | Otagowane: , | 39 Komentarzy »

Orędzie, 25 października 2012 r.

Posted by Dzieckonmp w dniu 25 października 2012


 

„Drogie dzieci! Dziś wzywam was, abyście się modlili w moich intencjach. Odnówcie post i modlitwę, bowiem szatan jest mądry i wiele serc przyciąga do grzechu i upadku. Dziatki, wzywam was do świętości i byście żyli w łasce. Adorujcie mego Syna, aby On was wypełnił swoim pokojem i miłością, których pragniecie. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

Posted in Orędzia | Otagowane: | 74 Komentarze »