Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Archive for the ‘Świadectwa’ Category

Z głodu jedli mięso ze świeżych zwłok. Wstrząsające świadectwo człowieka,który przeżył Katyń!

Posted by Dzieckonmp w dniu 26 września 2019

23 marca 1992 r. w lubelskiej prokuraturze przeprowadziłem jedno z najważniejszych przesłuchań w moim życiu – Stefana B., polskiego żołnierza, który uciekł sowieckim siepaczom z Katynia. Czując zbliżającą się śmierć, chciał on zostawić po sobie relację dotyczącą tej zbrodni. Udało mu się niemal w ostatnim momencie. Pozostałe cztery przesłuchania (ostatnie miało miejsce 13 kwietnia 1992 r.) odbyły się w mieszkaniu Stefana B. w Kraśniku. Był wówczas bardzo ciężko chory i nie mógł już nawet chodzić o własnych siłach.

Sprawą zajmowałem się jako prokurator w Ministerstwie Sprawiedliwości delegowany do Prokuratury Wojewódzkiej w Lublinie. Przed rozpoczęciem czynności Stefan B. ze smutkiem poinformował mnie, że jestem pierwszą osobą, która zechciała go wysłuchać. Wcześniejsze pisma do prezydenta Lecha Wałęsy, premiera Tadeusza Mazowieckiego i do Prokuratora Generalnego pozostały bez odpowiedzi.

To nie będzie miła opowieść, ale posłuchajcie tej historii.

Zamęczeni w drodze

Stefan B. do wojska poszedł w 1938 r. Służył w VII Pułku Piechoty w Chełmie, którego dowódcą był płk Władysław Muzyka. W czerwcu 1939 r. po ukończeniu szkoły podoficerskiej dostał awans na stopień kaprala. 18 sierpnia 1939 r. pułk otrzymał rozkaz wyjazdu do miejscowości Sarny, na granicy wschodniej. Stefan B. dostał przydział do miejscowości Małyńsk na samej granicy. W dniu agresji sowieckiej, 17 września 1939 r., przyszedł rozkaz wycofania się na zachód do Antoniówki, skąd pułk wymaszerował w kierunku miejscowości Szack. Sowieci postawili ultimatum, że żołnierze polscy mają poddać się do wyznaczonego przez nich terminu, a jeżeli nie złożą broni, to oni rozpoczynają z nimi wojnę. Polscy dowódcy zdecydowali, że wojsko polskie poddawać się nie będzie. W ślad za tym w pierwszym rzucie poszło natarcie sowieckich czołgów, które zostało odparte, podobnie jak późniejszy atak bolszewickiej kawalerii. Kontrofensywa Polaków zakończyła się sukcesem. Szack został zdobyty. Uzupełniono zaopatrzenie w żywność, broń i konie pozostawione przez uciekających w popłochu Sowietów. Wojska polskie wyszły z Szacka, kierując się do rzeki Bug. Stefan B. z kilkunastoma innymi żołnierzami otrzymał rozkaz ubezpieczania odwrotu sił polskich od wschodu. Kiedy byli w wąwozie, zostali zaskoczeni przez liczny oddział Sowietów. Ci najpierw zastrzelili polskiego dowódcę, a potem wzięli do niewoli jego żołnierzy, w tym Stefana B. Polaków przetransportowano do Antonówki, gdzie zostali połączeni z inną grupą polskich jeńców i załadowani do wagonów towarowych.

Po pięciodniowej podróży pociąg zatrzymał się w jakiejś miejscowości w Rosji. Ludzi przeładowano z wagonów do dużych pomieszczeń magazynowych, które i tak nie mogły wszystkich pomieścić. Upychano ich więc na siłę kolbami karabinów. Był taki tłok, że jeden chodził po drugim. Nie dawano im jeść ani pić, przetrzymując w tych warunkach przez tydzień. Słabsi zaczęli umierać. Ludzie zaczęli puchnąć. Trupów w ogóle nie wynoszono. Żywi byli skazani na przebywanie z trupami. W portkach miało się wszystko, nie było gdzie oddawać kału ani moczu. Ósmego dnia Sowieci otworzyli barak i nakarmili ich kartoflami, nawet obranymi. Ludzie po ich zjedzeniu dostawali skrętu kiszek na skutek przegłodzenia. Umarła na skutek tego około jedna trzecia obecnych w baraku. Umierający strasznie wrzeszczeli z bólu. Sowieci zrobili zbiórkę osób, które pozostały przy życiu po zjedzeniu kartofli. Kto był żywy, lecz nie miał siły podnieść się, był zabijany.

Z tych, którzy przeżyli i byli w stanie ustać na nogach, utworzono kolumny i pognano w kierunku jakiegoś dworca kolejowego. Zajęło to około doby. Marsz był bez przerwy. Kto nie wytrzymywał, był zabijany strzałem z pistoletu w tył głowy. Stefan B. widział, jak zastrzelono wówczas kilkunastu polskich jeńców. W czasie marszu ludzie sami też umierali z wyczerpania i głodu. Kiedy dotarli do dworca, ogłoszono postój, który trwał więcej jak dobę. Rozdawano suchary, czarną kawę i herbatę z pokrzyw. Jeńcy spali, kładąc się na ziemi, gdzie kto mógł. Postój trwał dłużej niż dobę, potem znów zaczęli ich gnać. Cały czas ludzie umierali lub byli zabijani, słabnących bito. Marsz ten trwał ponad dwa tygodnie. Bywało, że ludność miejscowości, które mijali, dawała im placki, gotowaną wodę. Strażnicy rosyjscy przymykali na to oczy. W trakcie marszu do ich kolumny dołączały inne grupy jeńców. Cała kolumna marszowa po uformowaniu liczyła kilka tysięcy osób, ani w jedną, ani w drugą stronę nie było widać jej końca. Pomimo że wśród maszerujących byli lekarze, nie pozwolono im udzielać pomocy potrzebującym. Strategia Sowietów była obliczona na wykończenie Polaków.

Przesłuchania i selekcja

W ten sposób i w tych warunkach zostali dognani do Kozielska. Tu rozlokowano ich w wojskowych koszarach i w pomieszczeniach pobliskiego kołchozu. Dostali do zjedzenia obrane kartofle, jakiś sos, czarny chleb i kawę zbożową. Nie mieli łóżek, spali gdzie kto mógł. Na ziemi i słomie. Jeszcze w czasie marszu Stefan B. nawiązał bliższą znajomość z porucznikami B. i O. oraz z kapralem D. Ich imion świadek nie zapamiętał. I tu, w Kozielsku, trzymali się razem. Ulokowali się w koszarach w jakimś korytarzu, długim i szerokim. Spali głowa przy głowie.

Po kilkunastu godzinach odpoczynku Sowieci zaczęli ciągać jeńców polskich na przesłuchania, każdy musiał przez nie przejść. Prowadzono je jednocześnie w dużej sali, nie było wydzielonych na ten cel odrębnych pomieszczeń. Pierwsze przesłuchanie trwało do godziny i miało charakter wstępny; wypytywano o wszelkie dane osobowe, dotyczące również całej rodziny, w tym zawód, wykonywane zajęcie, miejsce pracy, majątek. W trakcie drugiego przesłuchania, które trwało również do godziny, prowadzonego przez innego oficera, pytano o to samo i konfrontowano składane zeznania z tymi złożonymi za pierwszym razem, czy się zgadzają. Trzecie przesłuchanie i trzeci z kolei oficer. Wypytywał tym razem bardzo szczegółowo o wszystko, począwszy od kołyski. Trwało to przez kilka ładnych godzin. I tu Stefan B. podpadł. Powiedział, że jego ojciec służył w armii carskiej, a potem na wezwanie Józefa Piłsudskiego zaciągnął się do polskiej armii. To się wyraźnie nie spodobało przesłuchującemu. Stefan B. widział, jak oficer przemieścił jego papiery do dokumentacji jeńców najgorszej kategorii. Tak samo zakwalifikowani zostali porucznicy O. i B. oraz kapral D.

W Kozielsku jeńcom podawano posiłki nieregularnie, jak dostali jeść raz dziennie, to było dobrze. Wciąż to samo: kartofle, czarny chleb, kawa zbożowa. Nie trzymano ich bezpośrednio pod strażą, mogli poruszać się po terenie koszar otoczonym przez sowieckie wojsko. Okoliczna ludność rosyjska przynosiła im za przyzwoleniem strażników produkty żywnościowe, w tym owoce i placki „prażniki”.

Pobyt w koszarach w Kozielsku trwał około dwóch tygodni. Zakończył się w listopadzie 1939 r., po przesłuchaniach, apelem wszystkich pozostałych przy życiu Polaków z grupy, w której przygnany został Stefan B. Oficer sowiecki wyczytywał na placu nazwiska jeńców, którzy ustawiali się w miejscach przydzielonych dla danej kategorii osób. Część z nich skierowano do obozów w Starobielsku i Ostaszkowie. Utworzono też grupę jeńców wytypowanych do wydania Niemcom.

Przeznaczeni na śmierć

Stefana B. i trzech jego kolegów zakwalifikowano do czwartej, najgorszej kategorii z przeznaczeniem do obozu śmierci. Łącznie, jak podaje świadek, znalazło się w niej około 2 tys. osób. Jeńców tych zagnano na stację kolejową w Kozielsku i w nocy załadowano do wagonów kolejowych, nie informując, do jakiej miejscowości są wywożeni. Wagony były kryte, miały pozalepiane papierami od zewnątrz szpary między deskami. Wypełniono je ludźmi do granic możliwości. Pociąg raz stawał, raz jechał. Jazda trwała do następnego dnia rano. Na stacji docelowej do wagonów podjeżdżały kryte plandeką samochody ciężarowe, stając tak blisko, że bezpośrednio z wagonu jeńcy wchodzili na skrzynię pojazdu. Sowieci zadbali o to, aby jeńcy nie widzieli, co znajduje się na zewnątrz. Do miejsca przeznaczenia wieziono ich powoli około 20 minut.

Po wyładowaniu świadek zobaczył, że znajduje się na terenie płaskim porośniętym lasem, który jest ogrodzony drutami. Stał tam jeden duży barak. Ogrodzenie składało się z trzech rzędów drutu z dwoma bramami. Środkowy rząd na metalowych słupkach znajdował się pod napięciem. Świadek widział na drutach martwe zwierzęta leśne porażone prądem. Na zewnątrz ogrodzenia chodzili sowieccy strażnicy. Na ogromnych drzewach znajdowały się specjalne stanowiska wartownicze wyposażone w broń maszynową. Na terenie tym były wykopane między drzewami długie ciągi dołów głębokich na jakieś 2 m. Doły były przykryte legarami, na których położono gałęzie przysypane ziemią. W części dołów poumieszczani byli polscy jeńcy. Świadka „zakwaterowano” w dole nr 11, skąd – tak jak pozostałym – zabroniono mu wychodzić na zewnątrz. Nie dano im nawet słomy, spali na gołej ziemi. Posiłek w postaci paru kartofli z przemarzniętą kapustą wymieszanych w ciepłej wodzie dostali dopiero drugiego dnia po umieszczeniu w obozie śmierci. Wszyscy byli tak głodni, że w zapamiętaniu jeden drugiego gryzł. Człowiek człowieka chciał zjadać. Ludzie obgryzali korę z brzeziny i to tak wysoko, dokąd można było sięgnąć zębami. Potrzeby fizjologiczne załatwiali gdzie się dało. Ci, którzy nie mieli siły wywlec się z dołu, robili w spodnie lub obok siebie. Chodzili pobrudzeni kałem, wciąż cierpiąc na rozwolnienie na skutek głodu i tego, co byli zmuszeni jeść.

W obozie śmierci jeńcy byli zatrudniani przy różnych robotach. Jedno sprzątali teren z ludzkich odchodów i innych zanieczyszczeń, inni przygotowywali posiłki z przemarzniętych kartofli i kapusty. Świadka zatrudniono przy łamaniu gałęzi na posłania dla ludzi w dołach. Ci, którzy w związku z pracami wychodzili poza teren obozu, mówili, że dalej za drutami też stoją baraki.

Po tygodniu od umieszczenia w obozie jeńców wywoływano na tzw. badania w grupkach po czterech. Stefana B. i trzech jego towarzyszy umieszczono każdego w osobnym pomieszczeniu. Dwóch Sowietów spisywało w sposób dogłębny wszelkie dane osobowe dotyczące Stefana B. Trzeci oficer kazał mu rozbierać się do naga i o nic nie pytając, zaprowadził do czwartego pomieszczenia. Oficer w tym pomieszczeniu od razu zaczął krzyczeć na Stefana B., że on kłamie. Został zakuty w kajdanki i zaprowadzony do kolejnego pomieszczenia, do którego była doprowadzona woda ze strumienia, wypełniająca znajdujący się tam głęboki dół. Krzyczano na niego: „Ty burżuju, kłamiesz!”, po czym zawieszono go na rękach za nałożone na nie kajdanki, na haku wbitym w ścianę baraku, w taki sposób, że nie dostawał stopami do podłoża. Zaczęto krzyczeć na niego, żeby się przyznał, lecz on nie wiedział, do czego, o czym im mówił. Wtedy dwóch strażników zaczęło go bić na przemian jak cepami grubymi, długimi pałami obleczonymi w gumę po plecach, pośladkach i nogach. Z bólu siusiał i oddawał kał. Bito go do utraty przytomności, po czym zanurzono w dole z wodą. Po oprzytomnieniu wyrzucili go nago za drzwi, a za nim ubranie, które wcześniej dokładnie przejrzeli, zabierając wszystko, co miało jakąś wartość. Ludzie mieli w ubraniach wszytą biżuterię, pieniądze, odznaki, jakieś pamiątki.

Świadka brano dwa razy na takie „badania”, niektórych i po trzy razy. Bili ludzi na terenie obozu pięściami, kolbami karabinów, kopali. Do świąt Bożego Narodzenia 1939 r. jeszcze nie strzelali, prowadząc tylko te „badania” i grabież. W ich trakcie były częste przypadki zgonów. Trupy wyrzucano za drzwi baraku, skąd były wynoszone przez jeńców do dołów. Zdaniem świadka straciło w ten sposób życie ok. 5 proc. (co 20. osoba) stanu osobowego obozu. Poza tym ludzie umierali z wycieńczenia, z powodu różnych chorób.

Świąteczna masakra

W wigilię Bożego Narodzenia 1939 r. polscy oficerowie na polecenie Sowietów zrobili ogólną zbiórkę całego obozu. Wszyscy wyleźli z dołów, kto mógł i kto nie mógł. Sowieci wydali Polakom rozkaz kopania dołów. Wysoki rangą polski oficer w imieniu pozostałych odmówił jego wykonania. Powiedział, że są wielkie święta i w tych dniach on ani jego ludzie kopać dołów nie będą. Zaznaczył, że mogą do tych robót przystąpić po świętach. Sowieci odpowiedzieli, że jak tak, to oni nas wystrzelają, „nie budiesz kopat, to pomrosz”. Nikt z Polaków ich rozkazu nie wykonał.

Były to jeszcze godziny przedpołudniowe. Sowieci rozkazali zdjąć legary z dołów, z których odsłonięto cztery. Kazali następnie stawać jeńcom na skraju dołów. Oficerowie polscy wydali rozkaz śpiewania nabożnych pieśni. Śpiewano Boże coś Polskę, Serdeczna Matko, hymn Polski. Sowieci najpierw zaczęli zabijać oficerów, strzelając im w tył głowy prawie z przystawienia. Niektórzy z Polaków nie wytrzymywali i rzucali się z gołymi rękami na ruskich albo uciekali na druty ogrodzenia. Byli wtedy wybijani jak kaczki. Zabici wpadali do dołów albo byli doń wpychani. Ze strachu, nerwów, żalu nawet żywi skakali do dołów. Było straszną rzeczą czekać spokojnie, aż się dostanie strzał w tył głowy.

Niedługo pod doły podjechały spychacze, które Sowieci ściągnęli na teren obozu. „Spychy”, a było ich kilka, obsługiwane przez Sowietów, brały wszystko, co napotkały, a więc i trupy, i ziemię. Zasypywały doły nierówno. Spod zepchniętej ziemi dochodziły jęki. Jednemu wystawała spod ziemi głowa, innemu noga, tyłek. Po takim zasypaniu ziemia się ruszała. Ci, co wskoczyli do dołów, byli na żywca zasypywani. Polskich jeńców mordowano w ten sposób do późnej nocy. Przerwy robiono tylko po to, żeby zebrać trupy sprzed ogrodzenia i na czas pracy „spychów”. Stefan B. oczekiwał na śmierć, stojąc nad przydzielonym mu dołem nr 11.

Sowieci przestali zabijać Polaków dopiero nad ranem w Boże Narodzenie, kiedy na dworze zaczynała się robić szarówka. Zapełnili trupami i zasypali trzy pierwsze doły od nr 1 do 3. Czwartego nie zdążyli wypełnić. Z powodu zamętu i bałaganu, który wkradł się w ich szeregi, nie zabrano z placu dużej liczby zwłok polskich żołnierzy. Ekipy morderców, które przybyły z zewnątrz, odjechały z terenu obozu. Sowieci odpuścili. Dali jeńcom spokój na cztery – pięć dni. Mogli sobie gotować kartofle i kapustę. Dostali też „kawę” z pokrzyw i pęczak, czyli jęczmienną kaszę. Zwłoki polskich żołnierzy wciąż zalegały na terenie obozu.

Na dzień lub dwa dni przed Nowym Rokiem przyszedł rosyjski oficer i ogłosił przez tubę, aby ci, którzy są kierowcami, zgłosili się do niego do baraku. Na to wezwanie zgłosiło się kilkunastu jeńców, w tym Stefan B., kapral D. oraz porucznicy B. i O., pomimo że spośród nich tylko D. był kierowcą. Sowiet zadawał pytania na temat budowy samochodu, najwyraźniej szukał mechaników. Najwyższą ocenę uzyskał kapral D., któremu Rosjanin ten kazał dobrać sobie spośród obecnych trzech do pomocy, bo będzie trzeba z trzech zdezelowanych samochodów zmontować jeden sprawny. Oczywiście kapral D. wskazał na Stefana B. oraz poruczników B. i O. Sowiet wyjawił im, że samochodem tym trzeba będzie wywieźć poza teren obozu zalegające zwłoki polskich jeńców, które nie zostały zasypane, jak i te, których części wystawały z dołów. Policzono, że do wywiezienia było około 100 zwłok. Dodatkowo trzeba było dodać zwłoki jeńców, którzy w ciągu ostatnich kilku poumierali z zimna i z wycieńczenia, co miało miejsce każdego dnia. Pomimo że był duży mróz, w obozie okropnie cuchnęło. Zamarzała w ustach ślina, zamarzało w nosie, było zimno nie do wytrzymania. Kto się jakoś nie ratował, ten umierał. Jeńcy w dołach spali w kucki, po dwóch, trzech na kupie.

Stefan B. z kolegami, składając samochód, mogli cały ten czas trzymać włączony silnik, dzień i noc. D. wytłumaczył Rosjanom, że jak się go wyłączy, to potem nie odpali, bo poszły wszystkie uszczelki. Benzyny mieli pod dostatkiem. Dzięki temu mogli grzać się przy pracującym silniku. Pod kierownictwem D. samochód składali przez tydzień. Przez ten okres nie spali w dołach, tylko w szoferce. Do dołu nr 11 chodzili tylko na posiłek. Kotły z pożywieniem były koło baraku, gotowali wyznaczeni Polacy. Brali kartofle i kapustę rękami i tak się jadło. Menażka była jedna na stu.

Stefan B., kapral D. oraz porucznicy B. i O., po zmontowaniu samochodu, zwłoki jeńców wywozili ok. 5 km poza teren obozu na miejsce zwane Białym Polem, początkowo dwa, trzy razy dziennie. Pilnowali ich czterej strażnicy. Białe Pole to była duża polana w lesie. Po przewiezieniu tam zwłok kopali doły, w których następnie układali zwłoki, kładąc je warstwami, nawet do sześciu zwłok w jednej warstwie. Potem przysypywali je ziemią. Bywało, że zakopane zwłoki były ruszane przez dzikie zwierzęta. Stopniowo liczba zwłok na terenie obozu malała i wywożono je już tylko raz dziennie. Na skrzynię ciężarówki ładowali również kał i ziemię przesiąkniętą krwią, gdyż od tego też był straszny smród. Trupy jeńców wywozili z terenu obozu przez blisko trzy miesiące. Z głodu, na Białym Polu, około trzech razy w tygodniu wyżynali mięso ze świeżych zwłok z pośladków i łydek. Rozpalali ognisko, piekli na ogniu i zjadali. Razem z nimi mięso to jedli Rosjanie z konwoju, też byli tak wygłodniali. Świadek wzmiankuje, że mięso ludzkie jest w smaku bardzo delikatne. Smakuje mnie więcej tak, jak cielęcina lub sarnina. Mięso wyżynali ze zwłok nożami. Ruscy przymykali oczy i nie zabierali jeńcom noży, bo bez nich trudno sobie wyobrazić przeżycie w tych warunkach. Nożami obdzierało się korę z drzew i lizało się soki jako pożywienie. Nożami ryło się też doły.

Na terenie obozu jeńcy w dołach byli codziennie bici, torturowani i zabijani za najmniejsze nawet przewinienia. Z dołów dochodziły jęki i płacz. Przez trzy miesiące nie było dnia, żeby nie wywozili zwłok z obozu na Białe Pole. Członkowie ruskiej załogi obozu, oficerowie i żołnierze mieszkali gdzieś niedaleko obozu. Do swoich siedzib docierali na piechotę.

Wielka ucieczka

Zwłoki wywozili we czterech do 3 marca 1940 r. Zaczynały się już roztopy. Świadek nigdy nie zapomni tej daty. Tamtego dnia na drodze z obozu na Białe Pole, mniej więcej po przejechaniu dwóch trzecich tej trasy, załadowany zwłokami samochód wpadł w jakieś zagłębienie. W tym czasie w szoferce był kierowca, kapral D. i dwóch Sowietów. Na skrzyni razem ze zwłokami znajdowali się Stefan B., porucznicy B. i O. oraz kolejnych dwóch pilnujących ich Sowietów. Kapral D. próbował wyjechać na przemian w przód i w tył, ale to się nie udawało. W pewnym momencie urwał się wał korbowy i zarył się w ziemię. Samochód został unieruchomiony na dobre. Dwaj Sowieci poszli po pomoc do obozu, a dwóch zostało z nimi czterema. Kiedy tamci się oddalili, wtedy się „rozluźniło”. Jeden z Rosjan, który został, stanął przy drzewie, drugi z nich oparł się o maskę samochodu. Stefan B. i dwaj porucznicy również zeskoczyli ze skrzyni, kiedy trzeba było pchać samochód. Każdy ze strażników był uzbrojony w karabin i pistolet. Polacy porozumieli się na migi. Rosjanina, który stał przy drzewie, nagle chwycił za gardło por. O., a kapral D. za nogi. Jednocześnie tym, który stał przy masce, zajęli się Stefan B. i por. B. Błyskawicznie rozbroili i udusili obu zaskoczonych Sowietów. Zabrali im też plecaki. W sumie mieli cztery plecaki, bo ci Sowieci, którzy poszli do obozu po pomoc, nie zabrali swoich z szoferki. W plecakach były koce, brezentowe pałatki, zapalniczki, kawałki czerstwego chleba. Porucznicy przebrali się w mundury Sowietów.

Następnie wszyscy czterej zaczęli uciekać. Na podstawie położenia słońca wybrali kierunek na zachód, przemieszczając się przez trzy doby bez jedzenia i picia. Świadek nie wie, czy ruszył za nimi pościg. Zatrzymali się i ukryli w stercie zboża. Po zebraniu z pola zboża tego nie sprzątano, tylko rzucono na stertę. Ono, zalegając tak od czasu żniw, zarastało i zasklepiało się. W stercie znajdowały się ubytki, takie wyrwy. Schronili się w tych wyrwach i pozostawali tak przez dwa dni. Po paru dniach po opuszczeniu sterty dokonali rabunku sklepu w jakimś kołchozie. Świadek podaje, że w Rosji, na terenach, przez które uciekali, zwierząt gospodarskich nie zganiano z pól do obór. Chodziły luzem po polach, chowały się po krzakach. Wyłapywali je, piekli na rożnie i w ten sposób żywili się w czasie ucieczki. Uciekali wzdłuż szlaków kolejowych. O kierunku, w którym poruszali się, wnioskowali po ruchu pociągów. Pierwszym miastem, jakie rozpoznali na trasie ucieczki, był Kowel, jednak doń nie wchodzili. Szli więcej nocami. Mieli przygotowany drut na wszelki wypadek. W razie niebezpieczeństwa porucznicy B. i O., przebrani w sowieckie mundury, mieli odrutować ręce Stefanowi B. i kapralowi D., prowadząc ich jako niewolników. Takiej sytuacji na szczęście dla nich nie było. W miarę upływu czasu zazieleniło się, na polach zaczęły rosnąć chwasty i ucieczka stawała się łatwiejsza. Przedostali się na terytorium obecnej Polski. Byli u kresu sił fizycznych. Udało się im uniknąć spotkania z Niemcami. Rozstając się w okolicach Bychawy poprzysięgli sobie nawzajem, że nikomu nie powiedzą, gdzie byli, nawet rodzicom. Ich ucieczka trwała trzy miesiące i siedem dni. Stefan B. wrócił do domu 10 czerwca 1940 r. Ważył 42 kg przy wzroście 170 cm.

W okresie okupacji niemieckiej Stefan B. walczył w szeregach AK. Dopiero po upływie pewnego czasu, analizując napływające informacje, nabrał przekonania, że obóz śmierci, z którego uciekł wraz z trzema kolegami, mieścił się w Katyniu. Do roku 1989 nie powiedział o tym nikomu.

Na koniec przesłuchania świadek zastrzegł, że żadnych opracowań ani publikacji na temat mordu katyńskiego nie czytał i czytać nie chce. Bardzo chciał przekazać rodakom swą niezwykłą wojenną historię. Bał się, że nie zdąży. Pobyt w niewoli ciężko odchorował. Wycięto mu dwie trzecie żołądka, przeszedł trzy zawały serca. Po tym ostatnim nie był w stanie chodzić. Kiedy żegnaliśmy się po ostatnim przesłuchaniu, słabym głosem wyznał mi, że teraz, jak już wszystko powiedział, to będzie mógł spokojnie umrzeć. Wkrótce potem zmarł.

Protokoły z jego zeznaniami przesłałem do ówczesnego Departamentu Prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości w kwietniu 1992 r. Moje zadanie zlecone przez departament sprowadzało się wyłącznie do samego przesłuchania świadka. Do wykonania innych czynności w tej sprawie nie byłem uprawniony. Nie poinformowano mnie, czy przeprowadził je właściwy prokurator i z jakim skutkiem. Nie wiem też, czy relacja Stefana B. została wykorzystana przez historyków. Wiem za to, że dopiero teraz ze swej strony wypełniam jego ostatnią wolę. Bo on to wszystko powiedział nie do mnie, lecz do wszystkich Polaków.

Dwa dni po udanej ucieczce Stefana B. i jego kolegów z obozu śmierci, 5 marca 1940 r., Biuro Polityczne WKP(b) podjęło tajną uchwałę o rozstrzelaniu polskich jeńców wojennych przebywających w sowieckich obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz polskich więźniów przetrzymywanych przez NKWD na obszarze wschodnich województw Rzeczypospolitej. Rozstrzelano co najmniej ok. 22 tys. obywateli polskich, w tym ponad 10 tys. oficerów wojska i policji.

Posted in Dziwny jest ten świat, Szatan, Warto wiedzieć, Wielki Ucisk, Świadectwa | Otagowane: , , | 58 Komentarzy »

Wzruszony wiceprezydent USA o swoim nawróceniu do Jezusa

Posted by Dzieckonmp w dniu 4 września 2019

Mike Pence był katolikiem. Chodził do kościoła, ale nie traktował tego zbyt poważnie. Jednak gdy poszedł na studia, na kampusie poznał prawdziwych chrześcijan i zobaczył, że mają oni coś, czego jemu brakuje: radość i pokój niezależne od okoliczności. Postanowił stać się jednym z nich. Ale nie było to tak proste, jak mu się wydawało.
Poznaj wzruszającą historię nawrócenia do Jezusa obecnego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, którym podzielił się 11 maja br. z absolwentami Liberty University, największego chrześcijańskiego uniwersytetu świata!

Posted in Świadectwa | Otagowane: , , | 4 Komentarze »

BARDZO WAŻNE!!! Ostatnie objawienie Conchity z Garabandal

Posted by Dzieckonmp w dniu 7 Maj 2019

Bardzo ważne słowa wypowiedziane przez Conchitę z Garabandal zaledwie tydzień temu. Dlatego nie odważę się ich sam przetłumaczyć bo chciałbym aby były precyzyjnie przetłumaczone. Z tego powodu wstawiam treść po francusku. Proszę czytelników znających ten język aby przetłumaczyli i podesłali do mnie a ja wtedy powyżej francuskiego wstawię tłumaczenie polskie.

Dernière révélation de Conchita

Voici ce que m’a demandé Conchita, après m’avoir révélé par courrier sa maladie contractée il y a cinq ans .

Hier, après avoir échangé au téléphone comme nous le faisons de temps en temps , elle m’a écrit et déclaré qu’elle avait eu un cancer de la peau .

Sa lettre, qu’elle me demande de proposer aux personnes malades, et le fruit de sa méditation suite à sa guérison miraculeuse .

Voici donc pour toutes les personnes, sa réflexion comme aide et compréhension que Tout est Grâce .

Le contenu écrit de son épreuve, bien que décrivant avec précision ce qui lui est arrivé, peut se lire, et s’appliquer à beaucoup de situations de la vie courante, car, par son humilité, ses craintes l’on constate que les personnes choisies comme Conchita, par le ciel, ne sont pas à l’abri d’épreuves de toutes sortes, ce qui nous fait voir leur fragilité et renforce la nôtre.

Comme disait Sainte Thérèse d’Avilà : Dieu seul suffit , ayons confiance en l’Amour  de Notre Seigneur, malgré les croix.

A diffuser largement autour de vous pour la Gloire de Dieu

Je t’ envoie cette lettre que j’ai écrite il y a quelques jours, au cas où cela pourrait aider une personne malade 

TOUT CE QUI VIENT DE DIEU EST BON POUR NOUS.

Même la maladie est un don de Dieu dans notre vie.

J’ai eu et j’ai fait l’expérience que la maladie et la guérison sont la même chose, un don mystérieux de Dieu.

Il y a plus de cinq ans, alors que je jouais à la mer avec l’une de mes petites-filles, le soleil m’a brûlée au visage.

Lorsque ma peau a été brûlée, une tache de rousseur sombre est apparue. J’ai senti qu’il s’agissait d’un mélanome, d’un cancer. Pendant toutes ses années, je  le dissimulais pour que personne ne fasse de commentaire. Jour après jour et année après année, en voyant comment la tache de rousseur continuait de croître augmentait en moi  la certitude et la peur du cancer. Mais j’ai eu le sentiment que mon âme était en train d’être nettoyée, de tout ce qui me gênait. pour être heureuse avec le véritable bonheur, qui est de vivre concentrée sur un seul but, aller au paradis. Jusqu’à il y a trois semaines, la tache de rousseur continuait de croître et une tumeur se formait sous la tache de rousseur, difficile à cacher. J’ai alors décidé de mettre un pansement pour que personne ne me dise rien .. Pendant ce temps, je priais Dieu pour ma santé, pour qu’il m’enlève cette tâche de rousseur, mais à l’intérieur de moi, je sentais que c’était ce dont j’avais besoin, pour mon bien.

Ma fille, infirmière voyant comment elle avait grandi, alla consulter le médecin. le même après midi, j’ai changé le pansement par un plus petit parce que j’allais à un match de basket de mes neveux .

En enlevant le pansement, la tache de rousseur avec la tumeur s’est ouverte comme si quelqu’un l’avait parfaitement découpée tout autour, un peu de sang est sorti. Je l’ai montré à ma fille et lui ai dit:

Annule la consultation avec le médecin, à ce moment là j’ai su que j’étais guérie, j’ai mis le pansement et je suis allé au match . Le lendemain, quand je me suis réveillé, le pansement était tombé et mon visage ne présentait aucune trace de la tumeur. J’ai remercié Dieu, j’ai senti dans mon âme qu’il disait: Rends-moi grâce aussi pour la croix. J’ai compris que les années avec la peur de la souffrance du cancer étaient aussi bonnes et miraculeuses que la guérison. Je tenais à écrire cette expérience au cas où quelqu’un la lirait et serait malade, afin qu’il croit que c’est le mieux pour lui. Malgré qu’il ne veuille pas l’accepter,  un jour il ressentira le besoin de donner un Baiser à Dieu, en remerciement.

Conchita

Źródło: lavoieduciel-garabandal.fr

Posted in Garabandal, Świadectwa | Otagowane: , , | 227 Komentarzy »

Niesamowite świadectwo wiary

Posted by Dzieckonmp w dniu 17 lutego 2019

Poruszające serce świadectwo nawrócenia w ostatnim momencie. Wszystko to wydarzyło się tak nie dawno.

Posted in Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: , | 200 Komentarzy »

Dzieciątko Jezus, przyjdź!

Posted by Dzieckonmp w dniu 19 grudnia 2018

Wspaniały cud, o którym zamierzamy wam opowiedzieć, zdarzył się prawie pół wieku temu na komunistycznych Węgrzech, w oktawie Bożego Narodzenia 1956 roku. Dowiedzieliśmy się o nim dzięki ojcu Norbertowi, który pełnił swą posługę pasterską w jednej z parafii w Budapeszcie, a wskutek prześladowania katolików przez komunistów ów kapłan musiał uciekać na Zachód. Opowiedział on tę niesamowitą historię.

 

Pani Gertruda, wojująca ateistka, była nauczycielką w szkole, w parafii, w której pracował ojciec Norbert. We wszystkim, czego nauczała, podkreślała, że Boga nie ma, a pobożność jest pozbawiona sensu. Jej cel był oczywisty: zamierzała za wszelką cenę wykorzenić wiarę z dziecięcych dusz. Podczas swoich zajęć starała się na każdym kroku poniżać i wyśmiewać Kościół katolicki. Dzieci, pomimo iż się jej bały, wcale nie były przekonane, co do tego, że to ona właśnie ma rację. Nie dawały się zwieść szyderstwom.

 

W dodatku do jej okropnych metod należało to, iż kiedy odkryła, że któreś dziecko przyjmuje Komunię świętą, a o dziwo przychodziło jej to z łatwością, to zaraz taki uczeń lub uczennica stawali się szczególnym celem złego traktowania. Pewnego razu dziesięcioletnia Andżelika szukała ojca Norberta, którego zamierzała poprosić o pozwolenie na przyjmowanie każdego dnia Komunii świętej. Była to bardzo inteligentna i zdolna dziewczynka. Najlepsza uczennica w całej szkole.

 

Ksiądz ostrzegł ją przed atakami ze strony nauczycieli. Jednak Andżelika nalegała, mówiąc: „Czcigodny Ojcze, zapewniam cię, że nikt nie będzie mógł wytknąć mi złego przygotowania do lekcji, gdyż będę jeszcze więcej pracować. Nie odmawiaj mi tego, o co cię proszę. Czuję się silniejsza wtedy, kiedy przyjmuję Komunię. Kiedyś mi powiedziałeś, czcigodny Ojcze, że powinnam dawać dobry przykład. Aby tak się mogło stać, muszę czuć się silna”. No cóż, księdzu nie pozostało nic innego, jak tylko przystać na prośbę dziewczynki.

 

Od tego dnia sala lekcyjna okazała się dla Andżeliki prawdziwą „salą tortur”. Pomimo że dziewczynka zawsze była dobrze przygotowana, nauczycielka ciągle ją niepokoiła. Choć dziecko się wahało, to jednak było widać, że czuje siłę. Lekcje przemieniły się w pojedynki pomiędzy nauczycielką-ateistką a małą naśladowczynią Chrystusa. A ponieważ do nauczycielki należało ostatnie zdanie, wydawało się, że to właśnie pani Gertruda odnosiła zwycięstwa. Mimo to jej irytacja narastała wywoływana spokojem Andżeliki.

 

Pewnego razu przerażone dziewczynki z tej samej klasy udały się do ojca Norberta po pomoc. Jednak on niczego nie mógł uczynić. Kiedy dziewczynki ponownie go odwiedziły, odpowiedział im, że: „jedyne co mogą zrobić, to wytrwale modlić się, całkowicie zawierzając Bożemu Miłosierdziu. Dzięki Niemu Andżelika nie ustanie w swojej wierze”.

 

Okrutna taktyka

 

Siedemnastego grudnia, tuż przed Bożym Narodzeniem, nauczycielka wymyśliła perfidną sztuczkę. Zamierzała przypuścić zdecydowany atak. Zadać ostateczny cios, jak sama się wyraziła „starodawnym przesądom szerzącym się w szkole”. Przygotowała scenę z diabolicznym entuzjazmem. I oczywiście celem tego uderzenia miał być nie kto inny, jak Andżelika.

 

Pani Gertruda zamierzała jej i reszcie klasy dowieść, że ludzie żyjący, z krwi i kości, przychodzą, kiedy ich się woła, a umarli (bądź też wyobrażone postaci, które istnieją tylko w bajkach) nie przychodzą, kiedy się ich wzywa. Tak więc słodkim głosem nauczycielka zaczęła zadawać pytania dzieciom. A następnie nakazała Andżelice wyjść z klasy i zaczekać na korytarzu tuż za drzwiami. Z kolei dziewczynkom, które zostały w klasie, nakazała donośnym głosem zawołać: „Andżelika wejdź!” Andżelika weszła, bardzo zaintrygowana, przeczuwając pułapkę.

 

Nauczycielka oświadczyła: „Wszyscy się zgadzamy z tym, że kiedy wzywamy kogoś spośród żywych, kogoś kto istnieje, to ten ktoś przychodzi. Ale kiedy wezwiemy kogoś, kto nie istnieje, to okaże się, że on nie przyjdzie. Andżelika, która jest żywa, z krwi i kości, usłyszała, kiedy ją wezwaliśmy, i przyszła do nas. Ale przypuśćmy, że chcielibyśmy wezwać Dzieciątko Jezus. Wydaje się, że wśród was są ci, którzy wierzą w Jego istnienie…”. Na sali zapanowała głęboka cisza – być może cisza wywołana strachem – ale po chwili dały się słyszeć nieśmiałe głosy, które odpowiadały: „Tak, wierzymy w Niego”. Pani Gertruda kontynuowała i zwróciła się do Andżelki z zapytaniem: „A ty Andżeliko, czy wierzysz w to, że kiedy wzywasz Dzieciątko Jezus, to Ono cię słyszy?”

 

Dziewczynka już wiedziała, co za podstęp uknuła nauczycielka. Spodziewała się, że będzie to coś okropnego, ale nie myślała, że aż tak perfidnego. Zdecydowanie i z głęboką wiarą odpowiedziała: „Tak, wierzę, że Ono mnie słyszy!”

 

„Bardzo dobrze” odpowiedziała nauczycielka. „Zróbmy eksperyment. Wy dzieci zauważyłyście, że Andżelika weszła do klasy natychmiast po tym, jak ją zawołaliśmy. Jeśli Dzieciątko Jezus istnieje naprawdę, to usłyszy cię, kiedy je zawołasz. W tym samym czasie wszyscy tu obecni głośno krzykniecie: Dzieciątko Jezus, przyjdź! Uwaga, wszyscy razem jeden, dwa, trzy! Wołajcie!”

 

Przerażone dziewczynki nie wydały głosu. Argumenty nauczycielki podziałały na nie. Pani Gertruda śmiała się głośno, długo i diabolicznie.

 

Cud

 

Nagle Andżelika zbliżyła się do tablicy z oczami pełnymi zaufania i nadziei. Spojrzała na dzieci i krzyknęła: „Słuchajcie, wezwiemy Je! Zawołajmy wszyscy razem: Dzieciątko Jezus, przyjdź!” Wszystkie dzieci natychmiast wspięły się na palcach i wykrzyknęły zgodnie: „Dzieciątko Jezus, przyjdź!” Pani Gertruda przeraziła się, gdyż nie spodziewała się takiej spontanicznej reakcji.

 

Nadprzyrodzona aureola pojawiła się wokół Andżeliki, która zawierzyła Jezusowi i była pewna, że wydarzy się cud. Impuls, który poruszył dziewczynkę, był odczuwany przez całą klasę. Po chwili drzwi otworzyły się bezszelestnie i ukazała się im jasność, ciągle i coraz bardziej promieniująca, jak by to był ogień ogromny, a zarazem delikatny. W środku tej cudowności znalazła się kula wypełniona jeszcze jaśniejszym światłem. Kula otwarła się odsłaniając Dzieciątko otoczone jeszcze większym światłem. Dzieciątko nic nie mówiło. Ono po prostu uśmiechało się, podobnie jak wszystkie małe dziewczynki. Spokojnie i radośnie. Następnie kula zamknęła się delikatnie i powoli zaczęła znikać. Podobnie samoistnie zamknęły się drzwi.

 

Jeszcze przez jakiś czas zdumione dzieci wpatrywały się w miejsce, w którym przed chwilą był Jezus. Następnie odwróciły się i ujrzały przerażoną nauczycielkę z wytrzeszczonymi oczami, z wyciągniętymi do przodu ramionami i robiącą dziwne ruchy, właściwe szaleńcom. „On przyszedł! Pojawił się!”, krzyczała wybiegając z klasy. Ojciec Norbert opowiedział, że dokładnie przesłuchał każdą dziewczynkę z osobna i każda z nich potwierdziła pod przysięgą, to, co zobaczyła. Nie stwierdził on żadnej sprzeczności w ich zeznaniach.

 

 

Agnieszka Stelmach

 

Artykuł ukazał się w 19. numerze „Przymierza z Maryją„.

Posted in Ciekawe, Opowiadania, Świadectwa | Otagowane: , | 181 Komentarzy »

MEDJUGORIE – Może się zmienić każdy człowiek

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 października 2018

Posted in Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , | 31 Komentarzy »

Ks. Janusz Chyła: Moje spotkania z Janem Pawłem II

Posted by Dzieckonmp w dniu 16 października 2018

Od pamięci, jak powtarzał św. Jan Paweł II, zależy odkrywanie i zachowanie tożsamości. Pamięć to nie tylko cofnięcie się wstecz, ale pójście w głąb. Tym lepiej jesteśmy przygotowani do pójścia w przyszłość im głębiej rozumiemy przeszłość. Zarówno w wymiarze indywidualnym jak i wspólnotowym. Jan Paweł II wielokrotnie przypominał naszą 1000 letnią historię i ta pamięć pomogła wielu Polakom odkryć tożsamość. A teraz pamięć o Nim, można to powiedzieć bez cienia patosu, należy do naszego dziedzictwa.

Znamiennymi datami, które z pewnością będą określały naszą tożsamość przez wiele pokoleń są: 16 października 1978 roku – wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, 2 czerwca 1979 roku – pierwsza pielgrzymka do Ojczyzny ze słowami wypowiedzianymi na Placu Zwycięstwa z mocą sprawczą: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi. Kolejna data, którą nie sposób zapomnieć, to 13 maja 1981 roku – zamach na życie Papieża. Były kolejne pielgrzymki do Polski podtrzymujące ogień Ducha Świętego, podróże apostolskie, Światowe Dni Młodzieży, Wielki Jubileusz Wcielenia Syna Bożego obchodzony na wiele sposobów, i 2 kwietnia 2005 z pamiętną godzinę 21.37. Tym wydarzeniom towarzyszyły wielkie emocje. Są one potrzebne, ale jak to z emocjami bywa są ulotne i bez oparcia na trwalszej podstawie – na rozumie i woli, niewiele w człowieku pozostawiają. Dla utrwalenia pamięci o Papieżu Polaku potrzebne są nazwy nadawane szkołom i ulicom, potrzebne są tablice, pomniki i sztandary. Ale te choć wykonane z trwałych materiałów, bez człowieka i jego serca jako żywego pomnika pamięci są martwe. A zatem pamięć bez działania, sentymenty bez pogłębionej refleksji i powoływanie się na nauczanie papieskie bez uwzględnienia jego integralnej całości na niewiele się zdadzą. Misja bowiem Papieża to nie koncentrowanie uwagi ludzi na sobie samym, ale na Jezusie Chrystusie i Jego Ewangelii. 

Świadectwo chociaż odnosi się do rzeczywistości obiektywnej ma zawsze charakter subiektywny. Jako osobisty zapis pamięci, refleksji i odczuć z konieczności jest pewną introspekcją. Pragnę przywołać różne spotkania z Janem Pawłem II, które wpłynęły na moje myślenie, powołanie, a przez to na całe życie. Jan Paweł II miał tę umiejętność wydobywana ze swoich słuchaczy entuzjazmu i woli bycia lepszym. Spotkanie z nim pozwalało głębiej rozumieć siebie. Pamiętam zdumienie jakie towarzyszyło wielu (ja nie do końca byłem świadomy doniosłości chwili) gdy dotarła do Polski wiadomość o wyborze Karola Wojtyły na Papieża. Następnie inauguracja pontyfikatu ze słowami Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!To pierwszy przypadek transmisji Mszy św. w telewizji – jak wszystko wówczas – socjalistycznej. 
Moje pierwsze spotkanie „osobiste” z Janem Pawłem II miało miejsce na Jasnej Górze w 1983 roku. Było to podczas Apelu Jasnogórskiego, w przeddzień obchodów 600-lecia Jasnej Góry. Wspaniały nastrój, dialog Papieża z setkami tysięcy młodych ludzi, którzy odkrywali siłę wiary i wspólnoty. Podczas tej pielgrzymki naocznie przekonałem się o cenzurze obrazu w telewizyjnym przekazie. Był to czas kiedy starano się pokazać jak najmniej, a jeśli już pokazać, to tak, by zniechęcić do osobistego udziału w spotkaniu. Tam na Jasnej Górze, gdy wokół panował marazm i nadzieja wielu została zgaszona przez stan wojenny, byliśmy – jak mówił Papież – zawsze wolni. Towarzyszyło mi wówczas przekonanie, które po uświadomieniu wydawała się niedorzeczne. Znam się z Papieżem osobiście. To przeświadczenie, jak teraz oceniam wynikało z faktu, że Papież spotykał się z każdym człowiekiem. Owszem spotkanie dokonywało się we wspólnocie, ale nie było to nigdy spotkanie z anonimowym tłumem.

Potem były kolejne spotkania. Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie w 1991 roku, wyjazd z Seminarium na spotkanie do Gniezna w 1997 roku. Papieska pielgrzymka do Pelplina w 1999 roku gdzie miałem okazję komentować wizytę dla Diecezjalnego Radia Głos. 
Po trzech latach pracy duszpasterskiej w Łebie, i roku studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, jesienią 2002 roku rozpocząłem studia w Rzymie. To wyjątkowy dla mojego życia okres. Życie okazało się bogatsze w wydarzenia niż oczekiwałem. Możliwość trzech lat nie tylko studiów ale oddychania powszechnością Kościoła. Spotkania z ludźmi z różnych części świata, posługa we włoskich parafiach, uczenie się patriotyzmu z pewnej oddalenia od kraju. A wszystko to w czasie gdy przedstawienie swojej narodowości od razu było odnoszone do Papieża. 
Wyjeżdżając do Rzymu miałem nadzieję na spotkanie z Janem Pawłem II. Tych okazji jak się później okazało było sporo. Mieszkając blisko Watykanu, często uczestniczyłem w audiencjach środowych, niedzielnej modlitwie Anioł Pański, w celebracjach i spotkaniach z rożnych okazji, jak np. obchody 25-lecia pontyfikatu, koncerty w Auli Pawła VI, spotkania ze studentami uczelni rzymskich, beatyfikacje, między innymi Matki Teresy, kanonizacje jak choćby bp. Józefa Pelczara, s. Urszuli Leduchowskiej. Było też w 2004 roku czuwanie w Wigilię Zesłania Ducha Świętego w łączności z młodzieżą zgromadzoną na Lednicy. Trzy razy uczestniczyłem w audiencji prywatnej i koncelebrowałem Mszę św. razem z Papieżem w watykańskiej kaplicy. Gdy odwiedzaliśmy Papieża jako księża studenci, w okresie Bożego Narodzenia, śpiewaliśmy kolędy, słuchaliśmy słów pokrzepienia i przyjmowaliśmy błogosławieństwo. Ostatnie z tych spotkań, kilka miesięcy przed śmiercią, było dłuższe niż zwykle. To było pożegnanie choć to ostatnie nadeszło kilka miesięcy później.

Gdy pod koniec marca 2005 roku, docierały do Instytutu przy via Pietro Cavallini informacje o pogarszającym się stanie zdrowia Papieża, staraliśmy się intensywniej za niego modlić. W ostatnich dniach życia Jana Pawła II uczestniczyliśmy w czuwaniach modlitewnych na Placu św. Piotra. Wszyscy mieliśmy świadomość, że te dni musiały kiedyś nadejść. Ale pewnie nikt nie spodziewał się, że będą tak owocne w dobro. Myślę, że słowa Pana Jezusa Pożyteczne jest dla was moje odejście(J 16,7) mają zastosowanie także do ostatnich dni życia Jana Pawła II. To co mówił, to co robił przez wiele lat miało ogromne znaczenie, ale być może jeszcze ważniejsze było to co wydarzyło się pod koniec jego życia, gdy niewiele już mówił. W świecie dominacji siły, młodości umierający Papież pokazał, że życie człowieka w każdym etapie rozwoju i gaśnięcia ma sens. Uczył żyć i uczył umierać. To wyjątkowy dar zwłaszcza dla ludzi starszych, chorych, cierpiących. Fotograf Grzegorz Gałązka ten czas z życia Papieża uwiecznił w swoim albumie pt. „Najpiękniejsza Encyklika Jana Pawła II”.

Przy bliskiej osobie, gdy umiera jest się do końca. Postanowiłem zatem po wieczornych modlitwach 1 kwietnia pozostać na Placu św. Piotra przez całą noc. Istniała wieź modlitewna między czuwającymi na Placu i przy łóżku umierającego Papieża. Znakiem dla nas były zapalone światła w bibliotece w miejscu z którego tyle razy przyjmowaliśmy błogosławieństwo, a naszym znakiem dla Papieża były tysiące płonących świec. Noc minęła na modlitwie, śpiewach i rozmowach w rożnych językach. Przy umierającym Papieżu była młodzież z Pokolenia JP II, starsi, rodzice z małymi dziećmi śpiącymi w wózkach, siostry zakonne, księża, studenci, liczni Polacy pracujący we Włoszech i Rzymianie przypominający zaskoczenie rezultatem konklawe z października 1978 roku, a teraz mówiący o Janie Pawle II nasz kochany Papież.
Życie Jana Pawła II okazało się do końca wpisane w liturgie. Wpisane w Triduum Paschalne w którym już nie uczestniczył bezpośrednio, w mękę Chrystusa podczas drogi krzyżowej w Koloseum przeżywaną przez Papieża w kaplicy. A potem Oktawa Świąt Zmartwychwstania. To jakieś przedziwne zrządzenie Opatrzności, że Papież umierał w okresie świętowania przez Kościół Zmartwychwstania. Ból przeplatany był nadzieją życia. Karol Wojtyła w 1975 roku w „Rozważaniach o śmierci” pisał: Misterium paschalne – tajemnica Przejścia,/w której /jest odwrócony porządek mijania, /gdyż przemija się od życia ku śmierci /takie jest doświadczenie i oczywistość taka/ Przechodzenie poprzez śmierć ku życiu /jest tajemnicą/ Tajemnica – to zapis głęboki / dotychczas nie odczytany do końca / poczuwany, niesprzeczny z istnieniem / (czyż nie bardziej sprzeczna jest śmierć?) / Jeśli ktoś odsłoni ten zapis / i odczyta, i sprawdzi na sobie, / i PRZEJDZIE -wówczas dotykamy śladów /i przyjmiemy sakrament, / w którym pozostał Ten co / odszedł… / i przemijając nadal ku śmierci/ trwamy w przestrzeni tajemnicy.To trwanie w przestrzeni tajemnicy przypadło na Pierwszą Sobotę miesiąca, wigilię Święta Miłosierdzia, godzinę Apelu Jasnogórskiego. Czyli bardzo istotne momenty dla duchowości i nauczanie Jana Pawła II.

Reakcją na ogłoszenie śmierci Papieża była na Placu św. Piotra cisza przeniknięta płaczem. Bicie dzwonów i śpiew pieśni Zmartwychwstał Pan pozwalały z wiarą spojrzeć na to wydarzenie. Po powrocie do Instytutu odprawiliśmy Mszę św. W homilii padły słowa Habemus papam– mamy papieża i dopowiedzenie, że słowa te nie przestały być aktualne. Nie przestaliśmy go mieć… A potem noc spędzona przy komputerze i setki maili do osób które również tej nocy czuwały na modlitwie. Zachowałem z tego czasu miedzy innymi taki zapis: Papież ostatnio gdy milczał, mówił z serca do serca. Robił to, być może intensywniej niż dotąd głosem słyszalnym dla ucha. Wydarzenia ostatnich godzin potwierdzają fundamentalną prawdę chrześcijaństwa, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Bóg, ludzki dramat, może przemienić w błogosławione owoce.

Później było przygotowanie do pogrzebu, przeniesienie ciała Jana Pawła II do Bazyliki św. Piotra, modlitwa, pomoc pielgrzymom przybywającym do Rzymu, pogrzeb i wciąż powracające słowa z listu do Hebrajczyków 

Pamiętajcie o swych przełożonych, którzy głosili wam słowo Boże, i rozpamiętując koniec ich życia, naśladujcie ich wiarę!(Hbr 13,7).

ks. Janusz Chyła 

tysol.pl

 

Posted in Jan Paweł II, Świadectwa | Otagowane: , | 54 Komentarze »

Dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego – świadectwo

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 września 2018

Posted in Festiwal Młodzieży w Medjugorje, Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , , | 34 Komentarze »

Niezwykłe świadectwo Krystiana

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 września 2018

Posted in Cenacolo, Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , , | 60 Komentarzy »

Serce goreje w czasie pobytu w Medjugorje

Posted by Dzieckonmp w dniu 20 sierpnia 2018

Posted in Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , | 47 Komentarzy »

Chorwaccy piłkarze: wszystko zawdzięczamy Bogu!

Posted by Dzieckonmp w dniu 8 lipca 2018

Wczoraj Chorwacja pokonała Rosję na Mistrzostwach Świata. Okazuje się że nie potrzeba popularnych żeli we włosach jak to robiła nasza drużyna tylko ciężkiej walki, samozaparcia i kondycji. Już tu wiele miesięcy temu wstawiałem wpisy o tym jak drużyna przyjeżdża do Medjugorje. Dziś kolejna porcja wiedzy na ich temat.

Reprezentacja Chorwacji jest piłkarskim objawieniem Mundialu 2018. Czy wiesz, że trener i pomocnik zespołu, który w rozgrywkach wyeliminował Argentynę i Danię, są osobami głęboko wierzącymi, podkreślającymi rolę modlitwy i sakramentów w codziennym życiu? Poznaj Zlatko Dalicia i Mateo Kovačicia.

Sportowcy publicznie przyznający się do wiary nie są w dzisiejszym świecie zjawiskiem odosobnionym. Znajdziemy ich również w środowisku piłkarskim, w którym, przynajmniej w ostatnich latach, wykonywanie znaku krzyża przed wejściem na boisko stało się wręcz bardzo popularne. Rzadko jednak możemy spotkać się z tak dojrzałym świadectwem przyjaźni z Bogiem i więzi z Kościołem, jak w przypadku dwóch członków ekipy Chorwacji.

 

Zlatko Dalić: W pionie trzyma mnie Eucharystia!

Urodzony 52 lata temu obecny selekcjoner „Vatrenich” („Ognistych” – jak nazywają drużynę kibice), prowadzi zespół od stosunkowo niedawna, bo od jesieni ubiegłego roku. W czasach byłej Jugosławii kilkanaście lat grał w zespołach tamtejszej ligi, a następnie trenował kluby chorwackie, albańskie oraz z krajów arabskich. Do rozpoczęcia Mundialu nie był jednak zaliczany do elity najbardziej znanych selekcjonerów piłkarskich świata.

Chorwaci polubili trenera, który w kontaktach z mediami i zespołem prezentuje życzliwość, optymizm i dobry humor. Nie unika również tematów związanych z życiem osobistym i wiarą, choć najwyraźniej nie robi tego na pokaz – o duchowości i rodzinie, opowiada dopiero wtedy, gdy zostanie o to poproszony. Wówczas jednak jego refleksje zamieniają się w piękne świadectwo przyjaźni z Chrystusem.

„Wszystko, co osiągnąłem do tej pory w życiu zawodowym i osobistym, zawdzięczam nie sobie, lecz Bogu” – odpowiada prosto Zlatko Dalić na tradycyjne pytania o receptę na sukces. Trener podkreśla, że jako chrześcijanin wyznaje zasadę współpracy człowieka z Bogiem i wie, że bez solidnych treningów i pracy nie można zdawać się tylko na pomoc z góry.

Niemniej, uważa, że warto mieć świadomość, iż to, że możemy każdego dnia wyjść na boisko i grać w piłkę zawdzięczamy przede wszystkim łasce Bożej. Dalić zwraca również uwagę, że życie sportowców i chrześcijan jest dość podobne – polega na przezwyciężaniu własnych słabości, lenistwa i wygodnictwa – dotyczy to zarówno codziennych treningów i utrzymywania zdrowego trybu życia, jak też codziennej modlitwy i regularnego uczestnictwa w Eucharystii. Świadomość konieczności regularnego korzystania z sakramentów została zasiana w świadomości Zlatka już w młodości, gdy był ministrantem w rodzimej parafii w miejscowości Livno w Bośni. 

Noszę w kieszeni różaniec, ale nie traktuję go jako amuletu. Mecz lub trening staram się rozpocząć odmówieniem choćby jednej tajemnicy” – przyznaje trener. Przypomina również, że nie wyobraża sobie niedzieli bez Eucharystii, na którą idzie z żoną i dziećmi. „To niedzielna msza święta trzyma mnie w pionie, bez niej całe nasze życie nie miałoby większego sensu. To właśnie wtedy szczególnie czuję, jak Chrystus jest obecny w życiu naszej rodziny” – powiedział w rozmowie z Chorwackim Radiem Katolickim.

Mateo Kovačić: Wszystko z Bogiem!

24-letni środkowy pomocnik drużyny narodowej, mimo młodego wieku jest już cenionym zawodnikiem, mającym za sobą występy w renomowanych klubach europejskich: niegdyś Interze Mediolan, a obecnie w Realu Madryt. Kovačić jest przedstawicielem pokolenia, które dziennikarze sportowi nazywają „dziećmi wojny” – osób urodzonych w czasie krwawych konfliktów towarzyszących rozpadowi Jugosławii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku.

Jego rodzice byli uchodźcami wojennymi z Bośni, którzy znaleźli schronienie w Austrii, gdzie przyszły piłkarz przyszedł na świat. Tam też uczęszczał do katolickiej szkoły podstawowej i średniej. Przed długi czas był ministrantem – służby przy ołtarzu nie porzucił nawet wówczas, gdy grał już w pierwszych zawodowych drużynach futbolowych. W swojej parafii poznał też narzeczoną, z którą wkrótce planuje ślub – śpiewa ona w młodzieżowej scholi.

Podobnie jak trener reprezentacji, Mateo podkreśla w wywiadach, że wszelka kariera nie jest możliwa bez głębokiego zaufania Bożemu miłosierdziu. Cechuje go niezwykła skromność, gdy często powtarza, że nie ma nawet 10 proc. umiejętności, którymi dysponuje Leo Messi.

„Bez Bożej pomocy nie jestem w stanie wiele zrobić, przed meczami modlę się, abym nie popadł w samouwielbienie” – powtarza piłkarz. Znajomi zwracają uwagę, że piłkarz regularnie uczęszcza nie tylko na niedzielną Eucharystię, ale również widywany jest w madryckich kościołach w dni powszednie. Gdy wraca na urlop do Chorwacji, często odwiedza najbardziej znane w tym kraju sanktuarium maryjne w Marija Bistrica oraz Medjugorje.  

„Jestem normalnym człowiekiem, mam swoje słabości i grzechy, ale modlitwa i sakramenty to ciągła szansa na ich przezwyciężenie”– powiedział kiedyś w rozmowie z hiszpańskimi mediami.

pl.aleteia.org

Posted in Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , , , , , | 64 Komentarze »

MEDJUGORIE – Wzywam cię do nawrócenia po raz ostatni – świadectwo Patryka i Nancy

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 czerwca 2018

Posted in Małżeństwo, Medziugorje, Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: , , | 9 Komentarzy »

Były oficer CBŚ opowiada o cudzie św. Jana Pawła II

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 grudnia 2017

Jacek Wrona, były oficer CBŚ, dziś biegły sądowy, który poza sprawami przyziemnymi opowiada o … cudzie, jakiego był świadkiem za wstawiennictwem św. Jana Pawła II. Wraz z żoną i szóstką dzieci, Jacek Wrona w rozmowie z Dominiką Figurską opowiada bardzo niesamowitą historię. ZOBACZ! Wraz z żoną Joanną i szóstką dzieci tworzą dużą rodzinę, w której zdarzył się prawdziwy cud! Jaki? W rozmowie z Dominiką Figurską opowiadają na poniższym nagraniu!

Posted in Cuda, Jan Paweł II, Świadectwa | Otagowane: , | 82 Komentarze »

Polski cud różańcowy w czasie II wojny światowej

Posted by Dzieckonmp w dniu 5 października 2017

Działo się to w Polsce. Podczas II Wojny Światowej zginęło w Polsce miliony mieszkańców (35 mln Polaków było w 1939r., a w  1945 r. już tylko 23 mln). Ludzie umierali na frontach wojny, podczas bombardowań miast i wsi, ginęli w obozach koncentracyjnych, więzieniach, byli rozstrzeliwani, wieszani na ulicach, ginęli od mrozu, głodu w obozach śmierci. Pojawienie się żołnierzy niemieckich w jakiejś miejscowości oznaczało śmierć nawet wielu mieszkańców.  Są w Polsce miejscowości, parafie, które straciły nawet do 60 – 80% mieszkańców.

JEST TYLKO JEDNA PARAFIA W POLSCE, KTÓREJ MIESZKAŃCY NIE ZAZNALI W/W NIESZCZĘŚĆ I TRAGEDII
-Nikt z tej parafii nie zginął w czasie wojny!
-Wszyscy żołnierze powrócili z wojny do swoich rodzin!
-Przez cały czas wojny, żaden Niemiec nie przekroczył granicy tej parafii!
TO JEST CUD! Jak to się stało, że ta parafia doznała tego cudu?

Parafia ta nazywa się Garnek. Leży w centrum Polski, około 70 km od Warszawy. W 1939r. liczyła 7 tys. mieszkańców. W dniu wybuchu II Wojny Światowej w tamtejszym kościele zgromadziło się niewiele ludzi na Mszy świętej, a był to pierwszy piątek miesiąca.

Proboszcz do zgromadzonych w kościele ludzi powiedział wtedy takie słowa:

Dziś Niemcy pod wodzą Hitlera zaatakowały Polskę. Hitler wyrządzi straszliwe zło Polsce i całej Europie. Zginą miliony ludzi, Europa ulegnie wielkiemu zniszczeniu. Czy jest jakiś ratunek? Czy możemy uniknąć śmierci, uratować nasze domy, gospodarstwa, zakłady pracy? Tak, jest ratunek! Tym ratunkiem jest różaniec przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem! Od dzisiaj, aż do końca wojny, (nie wiemy ile będzie trwać ta wojna), każdego dnia w naszym kościele będzie odmawiany Różaniec przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zapraszam wszystkich każdego dnia na to nabożeństwo.

Wojna trwała 6 lat, Różaniec w kościele trwał 6 lat. Proboszcz podał ludziom godzinę nabożeństwa. Odmawiali cząstkę Różańca (5 tajemnic), a po nim proboszcz udzielał błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Początkowo ludzi było niewiele, ale w miarę upływu wojny przychodziło coraz więcej. Kościół codziennie był zapełniony ludźmi. Gdy spostrzeżono, jaka jest potęga tego nabożeństwa, tzn. że nikt z tej parafii nie zginął (w innych zginęło już wielu), na Różaniec codziennie gromadziło się tyle ludzi, że kościół nie mógł wszystkich pomieścić!

Nie było w Polsce miejscowości, do której nie dotarli żołnierze niemieccy w czasie wojny. Nawet do najdalej położonych wiosek, 300-400 km od Warszawy. Docierali nawet do tych wiosek, które nie miały szosy (dojeżdżali końmi), a ta parafia jest w centrum Polski, tak blisko Warszawy. A więc: JAK WIELKA JEST POTĘGA MODLITWY RÓŻAŃCOWEJ W KOŚCIELE PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM!

Z tej parafii przed IX 1939r. wielu młodych mężczyzn zostało zmobilizowanych do wojska. Jedni walczyli (we wrześniu 1939r). z Niemcami, inni z Rosjanami. Nikt z nich nie zginął na froncie! Część z nich wróciła do domów po ustaniu walk, część dostała się do niewoli. Jedni byli w obozach niemieckich, inni w rosyjskich, również na dalekiej Syberii. Wszyscy powrócili do swoich rodzin! A więc cudowną opieką modlitwy różańcowej zostali otoczeni żołnierze z tej parafii, którzy byli nawet kilkanaście tys. km od niej (Syberia).

Jak to wszystko zrozumieć? Jak to wszystko wytłumaczyć? Można stwierdzić z całą pewnością, że Różaniec w kościele przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem jest wielką potęgą. Okazał się silniejszy, niż wszystkie bomby, czołgi, armaty, karabiny maszynowe itp. Silniejszy niż cała potęga hitlerowskich Niemiec.

Źródło: santeos.pl

Ludzie ruszcie się z kanapy i w sobotę na granicę do modlitwy różańcowej. W obliczu coraz większego napięcia, zagrożeń wojennych i terroryzmu, wszyscy masowo jedziemy na granicę Polski modlić się o pokój dla świata. Ale pokój rozumiany jest nie tylko jako brak wojny, ale jako pokój Boży, pokój serca. Wielu ludzi, którzy się nawrócili, twierdzi, że jest to największy dar, jaki otrzymali od Stwórcy – pokój serca. Cokolwiek się wydarzy, ufasz w Bogu, a ty jesteś spokojny. Modlimy się o pokój dla ludzi, wśród ludzi i wśród narodów. Bierzcie przykład z Diecezji rzeszowskiej gdzie pojawił się taki komunikat:

Ze względu na bardzo dużą liczbę grup zapisanych (bezpośrednio u proboszczów kościołów stacyjnych lub w diecezji) zamykamy zapisy do wszystkich kościołów tej diecezji. Czynimy to na prośbę organizatorów odpowiedzialnych z ramienia diecezji. Bardzo prosimy osoby mieszkające poza Diecezją Przemyską i planujące przyjazd na Różaniec Do Granic o kierowanie się do kościołów stacyjnych w innych diecezjach. Osoby już zapisane gorąco zapraszamy!

http://rozaniecdogranic.pl/mapa

Posted in Fatima, Modlitwa, Prośba o modlitwę, Świadectwa | Otagowane: , , | 111 Komentarzy »

Medjugorje Festiwal Młodych – Świadectwo Goran Ćurković

Posted by Dzieckonmp w dniu 13 sierpnia 2017

Posted in Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , | 235 Komentarzy »

Świadectwo Toma

Posted by Dzieckonmp w dniu 19 kwietnia 2017

Z okazji okresu Wielkanocnego chciałbym się z Wami podzielić swoim świadectwem. Jestem 20 kilku letnim chłopakiem, wierzącym aczkolwiek zmagającym się z wieloma słabościami i grzechami. Często przeglądam ten portal, czytam artykuły oraz komentarze, nie wiem dlaczego, coś po prostu trzyma mnie tutaj, a niektóre posty i komentarze podnoszą mnie na duchu czy zmuszają mnie do refleksji duchowych. To tutaj poznałem tak mocną modlitwę jaką jest nowenna pompejańska, a w której moc wcześniej sam wątpiłem. Zmagając się od kilku lat z nałogiem zatracałem się w grzechach oraz depresji spowodowanej wyrzutami sumienia. Jest mi żal tego ile lat życia zmarnowałem, ile czasu zamiast poświęcać na rozwój duchowy, ale także też i po prostu na zwykłe życie, edukację, karierę to poświęcałem go na grzech. I choć byłem wierzący, regularnie chodziłem do spowiedzi, próbowałem się nawrócić, nie potrafiłem. Dowiedziawszy się tutaj o nowennie pompejańskiej próbowałem się nią modlić już jakieś 2 lata temu, jednak nie było w tym wielkiego zawierzenia ani zaufania do Boga, że on może mnie uzdrowić. Brakło mi sił po kilku dniach. Na początku tego roku gdy byłem w samym dołku postanowiłem spróbować jeszcze raz. Wewnątrz mnie było uczucie pełne wątpliwości, że nie dam rady, że nie będę miał wystarczającej ilości czasu by odmawiać codziennie pełny różaniec ( 3 części), ale byłem tak zdeterminowany, że zawierzyłem to wszystko Bogu, nie zastanawiałem się jak to będzie wyglądać, nie myślałem o tym, czy w danym dniu braknie mi czasu i czy ta modlitwa rzeczywiście mi pomoże, po prostu wziąłem różaniec i zacząłem się modlić. Wytrwałem wszystkie 54 dni. Było to także 54 dni bez nałogu, dzisiaj było już dużo więcej, ponad 60 dni. Nigdy dotąd tyle nie wytrwałem w czystości myśli i fizycznej. To nie ja się uzdrowiłem, ale uważam, że moja wiara w to, że Bóg przez ręce Maryi potrafi i chce to uczynić. Chciałem napisać to ze względu na wdzięczność do Maryi za to, że mi pomogła. Może ktoś teraz też zmaga się z jakimiś problemami, zachęcam go do spróbowania. Przez wiele lat próbowałem wyrwać się z nałogu grzechu i nie potrafiłem, modliłem się, ale moja modlitwa była samolubna i tak naprawdę pozbawiona zaufania, natomiast Bóg wymaga zaufania. Pierwszym krokiem jaki trzeba uczynić to CAŁKOWITE ZAUFANIE BOGU i odrzucenie z siebie wszelkich wątpliwości. Pamiętajcie, że Bóg jest WSZECHMOGĄCY i nawet jeśli wydaje wam się, że nie ma dla was wyjścia, On je ma, bo dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Uwierzmy wreszcie prawdziwie i całkowicie w to, że przecież On prawdziwie zmartwychwstał. Przy takim wydarzeniu inne cuda to zaledwie małe wydarzenia. Proszę was bardzo o modlitwę ponieważ jest mi bardzo trudno i nie mogę sobie poradzić jeszcze ze swoją depresją oraz wyrzutami sumienia, jest mi strasznie ciężko, aczkolwiek nie jest to już to co dawniej. Pozdrawiam 🙂

Tom

Posted in Świadectwa | Otagowane: | 191 Komentarzy »

Polska jak ukrzyżowany Chrystus

Posted by Dzieckonmp w dniu 9 kwietnia 2017

W oczach Jima Caviezela zobaczyłem absolutną fascynację Polską.

Warto raz na jakiś czas porozmawiać z kimś, kto przyjeżdża do Polski słabo znając wcześniej naszą historię. Poznać kogoś, kto próbuje zajrzeć w duszę naszego narodu, by go realnie poznać. Bez uprzedzeń i stereotypów. Dopiero wtedy można zrozumieć niezwykłość i wielkość Polski i Polaków.

Wczoraj przeprowadziłem wywiad z Jimem Caviezelem. Pojawi się w następnym numerze tygodnika wSieci. Caviezel przyjechał do Polski na zaproszenie Rycerzy Kolumba. Promuje świetny dokument (dwie nagrody Emmy) „Wyzwolenie kontynentu. Jan Paweł II i upadek komunizmu”, który 2 kwietnia pokaże TVP. Caviezel jest jego narratorem.

Hollywoodzki aktor przeszedł do historii kina jako Jezus z „Pasji” Mela Gibsona. Wcześniej zagrał jedną z głównych ról w arcydziele Terrence’a Malicka „Cienka czerwona linia”. Ma na koncie pracę z najlepszymi reżyserami z Hollywood jak Tony Scott, Gus Van Sant czy Ang Lee. W ostatnich latach odnosi sukces w serialu „Impersonalni”. Jednocześnie jest to jedyny pracujący obecnie w Hollywood zdeklarowany katolik, który tak mocno i głęboko manifestuje swój katolicyzm.

Wierzący na poważnie. Przeżywający swoją wiarę z największą głębią. Dający świadectwo ( silne stanowisko pro-life, adopcja chorych na raka dzieci) wiary. Oddany Maryi, bez której nie widzi istoty Zbawienia. Pięknie o niej opowiada w wywiadzie, który niebawem ukaże się w naszych mediach. Momentami ten, podkreślam to celowo, wciąż pracujący z sukcesami w Hollywood aktor miał w oczach łzy. Gdy mówił o rodzinie, cywilizacji śmierci, wojującym ateizmie i sekularyzacji.

Głębia jego szczerej wiary poraża. Jest nieodłączna od jego roli Jezusa, która jeszcze mocniej utwierdziła go w przekonaniu, co jest w życiu najważniejsze. Jestem magistrem teologii. Piszę o kościele od lat. Walczę piórem z cywilizacją śmierci. Rozmawiałem z wieloma uduchowionymi osobami. Nigdy z kimś takim jak Jim. On jest naprawdę (nie lubię takich górnolotnych określeń, ale w tym wypadku muszę to zrobić) świadkiem Bożego Miłosierdzia. Mam nadzieję, że wybrzmi to w naszej uduchowionej rozmowie.

W rozmowie uderzyło mnie jeszcze coś innego. Caviezel pierwszy raz odwiedził nasz kraj. Był na Wawelu. Modlił się w Łagiewnikach. Odwiedził Muzeum Powstania Warszawskiego. Chłonął naszą historię. Szedł śladami Jana Pawła II, którego poznał po premierze „Pasji”. W wywiadzie kilkakrotnie powtarza „Totus Tuus”. Dewiza papieża stała się jego dewizą. Jednocześnie amerykański aktor nie jest w stanie oderwać losów Polski od życia papieża. „Zgniotły was dwa totalitarne reżimy. Tak jak jego. I przetrwaliście. Dzięki wierze”- mówi mi. „Ja spokojnie żyłem sobie jako Amerykanin w wolnym kraju, bojąc się jedynie Zimnej Wojny. Nie musiałem doświadczyć totalitarnej władzy. A Jan Paweł II zderzył się z obiema. Tak jak wasz kraj. On go symbolizuje.”- dodał. Przypomniał też w tym kontekście męczeńską śmierć o. Maksymiliana Kolbe.

Jim dobitnie podkreślił: „Polska jak Chrystus została ukrzyżowana. Matką Polski została Maryja” . Czyż nie jest to niezwykle precyzyjne podkreślenie istoty historycznej roli Polski? Nie zapominajmy, że jest to przemyślenie amerykańskiego aktora pracującego w samym jądrze hollywoodzkiego blichtru. Nie powiedziała to osoba przepojona polskim mesjanizmem. Nie powiedziała tego osoba studiująca polską historię. Nie powiedziała tego osoba mieszkająca w Polsce ani nawet Europie.

Jim Caviezel zobaczył w naszym kraju coś o czym my zapominamy. Coś, co wrogowie wiary, tradycji i szeroko pojętej chrześcijańskiej cywilizacji chcą jak najmocniej zakopać. Nie da się. W rozmowie z Caviezelem widać wyraźnie, że Polska nie może być zrozumiana bez jej chrześcijańskich korzeni. Nie może być w pełni sobą bez Chrystusa.

Cały wywiad z Jimem Caviezelem pojawi się we wSieci 10 kwietnia

Źródło: wpoltyce.pl

Posted in Ciekawe, Z prasy, Świadectwa | Otagowane: | 196 Komentarzy »

Umberto Tozzi moje życie zmieniło się po podróży do Medjugorje

Posted by Dzieckonmp w dniu 6 marca 2017

umberto-tozzi

Umberto Tozzi jest jednym z największych włoskich śpiewaków ubiegłego wieku,  jego największym sukcesem jest sprzedaż 80 milionów płyt na których są takie piosenki jak  „Gloria”, która od lat cieszy się niezwykłą popularnością zarówno we Włoszech jak i za granicą.

Z muzycznego punktu widzenia kariera Tozzi wydaje się, że utknęła, tego samego nie można powiedzieć o jego życiu prywatnym, które od kilku lat notuje radykalne zmiany. Powodem tej zmiany artysta oznajmił  w wywiadzie dla serwisu „Ray of Light”, w którym stwierdził, że wszystko się zmieniło dzięki pielgrzymce do Medziugorja.

Gdy dziennikarz pyta go, jak się czuje po pobycie w bośniackim mieście Tozzi odpowiada:  „Poczucie ciszy i spokoju, jakiego nigdy nie doświadczyłem wcześniej i to dało mi dużo wiary”. W skrócie wizyta w Medziugorju był również okazją do jego nawrócenia, ale dziennikarz pyta, co się w tobie zmieniło, co teraz czujesz w swoim sercu.

Na to pytanie wokalista mówi: „Czuję się lepiej, jestem bardziej szczery, bardziej wolny.” Teraz, kiedy znalazłem  wewnętrzny pokój połączony z Bogiem, teraz rozumiem swój talent muzyczny, wcześniej nie mogłem tego pojąć, jak mogłem komponować melodie nie mając podstaw, gdyż nigdy nie studiowałem. Teraz zrozumiałem, że to był dar od Boga, to wydaje mi się absolutną prawdą.

Obraz, który wyłania się z tego wywiadu,to  że Medjugorje jest miejscem szczególnym, gdzie wierni wątpiący mogą odnaleźć pewność wiary. Umberto Tozzi doradza również wszystkim udać się tam i jest pewien, że powrócą z  poczuciem spokoju, że pokochają Boga.

.

Posted in Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , , , | 97 Komentarzy »

Spotkanie z Patrykiem i Nancy z Kanady w Medjugorje

Posted by Dzieckonmp w dniu 29 września 2016

Patryk i Nancy z Kanady milionerzy którzy w Medjugorje się nawrócili i postanowili zamieszkać blisko Królowej Pokoju. Spotkanie z Polakamiw sierpniu tego roku. Warto wysłuchać zwłaszcza przez tych którzy nie byli w Medjugorje. Pielgrzymi którzy byli ze mną brali udział w takim spotkaniu. Piękne świadectwo działania Królowej Pokoju opowiedziane w radosny sposób.

Posted in Medziugorje, Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: , , , | 159 Komentarzy »

Piękne! Polityk SLD wzruszająco opowiada o swoim nawróceniu

Posted by Dzieckonmp w dniu 9 września 2016

kalita

Tomasz Kalita, polityk SLD, opowiedział w rozmowie z tygodnikiem „Plus Minus”  o swoim nawróceniu. Jakiś czas temu pisaliśmy o ciężkiej chorobie polityka oraz o tym, jak wielki miała wpływ na jego nawrócenie. Teraz Tomasz Kalita otworzył się jeszcze bardziej i w rozmowie z tygodnkiem już wprost mówi o tym, że stał się chrześcijaninem, choć jak podkreśla – z Kościołem ma jeszcze pewne sprawy niepoukładane, więc nie czuje się w pełni katolikiem.

W wywiadzie z tygodnikiem „Plus Minus” były rzecznik SLD opowiada o swojej pierwszej operacji i o tym, jak wpłynęła na jego dalsze decyzje:

„Zjeżdżałem na pierwszą operację w swoim życiu. To było absolutnie przerażające, pierwszy raz w życiu byłem w szpitalu, a strasznie się ich bałem. No i operacja, potworny lęk. Jedyne, co mogłem zrobić, to się modlić bardzo gorliwie: ‚Ojcze nasz…’. I nagle poczułem rękę. To był dotyk ciepłej dłoni na piersi i głos: ‚Nie martw się’. To było coś niesamowitego, to mnie napełniło jakąś siłą i tak wjechałem na operację”.

Ulga nie okazała się być tylko chwilową zmianą zdania. Tomasz Kalita mówi odwaznie o swojej wierze. Zapytany o to, czy jest katolikiem, odpowiada:

„Chrześcijaninem w stu procentach i jestem z tego dumny. Z Kościołem mam pewne niepoukładane sprawy, nie mogę więc powiedzieć, że jestem w pełni katolikiem. Natomiast jestem owcą z owczarni, którą opisuje św. Jan Ewangelista: „Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz”. Modlę się własnymi słowami, bo nie jestem zbyt biegły w formułkach, nie mam książeczki do nabożeństwa. Proszę o miłosierdzie i o wybaczenie, modlę się o dar, o cud.”

Polityk docenia także rolę Radia Maryja, medium, które pozwala katolikom w różnych częściach Polski czuć się po prostu Kościołem:

„Rano w szpitalu słuchałem Radia Maryja. Mama kupiła mi radio, żebym mógł słuchać papieża Franciszka, kiedy był na Światowych Dniach Młodzieży, więc byłem na bieżąco. Zrozumiałem fenomen tego radia i naprawdę je doceniłem. Zwłaszcza o tej porze dzięki Radiu Maryja ludzie mogą kogoś posłuchać, mogą się wspólnie pomodlić, nie są sami, opuszczeni. To wielka rola ewangelizacyjna ”

Najbardziej wzruszające są jednak słowa, jakie Tomasz Kalita mówi o zbawieniu, które jest możliwie dzięki Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi oraz jego ofierze krzyża:

„Przecież cały sens wiary polega na tym, że jest nadzieja na życie wieczne. Jest we mnie wiara, że Jezus umarł na krzyżu, byśmy mieli życie wieczne”

To piękne świadectwo niech dla nas wszystkich będzie przykładem. Panie Tomaszu – życzymy zdrowia i niech Bóg Panu błogosławi!

Źródło: fronda.pl

Posted in Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: , , | 406 Komentarzy »