Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Ostrzeżenie

    13 kwietnia, 2029
    Pozostało: 8.9 lata.
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Posts Tagged ‘Katyń’

Polscy patrioci w USA przed pomnikiem katyńskim

Posted by Dzieckonmp w dniu 12 Maj 2018

Posted in Patriotyzm | Otagowane: , | Możliwość komentowania Polscy patrioci w USA przed pomnikiem katyńskim została wyłączona

Bez Strachu – przybiliśmy was tak samo jak waszego Chrystusa

Posted by Dzieckonmp w dniu 19 czerwca 2011

Dalsza nauka dla tych co nie wiedzą a jakim świecie żyjemy.

fragmenty książki ”Bez strachu” – Albina Siwaka

Publikuję jedyny raz fragment celem zapoznania się co zawiera ta książka. Nie mogę łamać praw autorskich Albina Siwaka. Poza tym książka ta musi być uratowana fizycznie w egz. papierowym. W tym celu właśnie podaję kontakt mailowy do autora, gdzie tę pozycję można zamówić.

W Polsce w latach 50-60 wydano wiele podobnych prac – głównie w wydawnictwach wojewódzkich, gdzie wpływy żydowskie nie były tak duże jak w Warszawie i dzięki temu terror żydowski ich nie dotknął. Jednakże pozycje te i tak poznikały bez śladu, bo nie stały się książkami ogólnopolskimi.

Bez strachu” jest książką o dużych brakach edytorskich, ale stanowi zbiór faktów o unikalnej wartości dla naszej wiedzy i świadomości narodowej i religijnej. Te 40-50 Zł to nie jest wielki majątek, a autor musi mieć środki ekonomiczne, bo wydaje własnym nakładem.

Książkę można zamawiać:

danuta.siwak@poczta.onet.pl

Str 108 Tom1

Czerwona zajmuje nasze tereny. Zaraz na drugi dzień Żydzi poszli do milicji i do NKWD. Zaczęły się aresztowania i wywózki na Wschód. Ci nasi koledzy Żydzi, którzy chodzili z nami do polskiej szkoły, teraz nas Polaków nie znaj ą, nie można już im mówić po imieniu, teraz oni są tu władzą. Każdej nocy podjeżdżali pod domy i zabierali ludzi, i to całymi rodzinami, z dziećmi i starcami.

Ja spałem na plebanii, więc na razie omijali proboszcza, ale zakazali odprawia­nia mszy w kościele. „Musicie mieć pozwolenie na piśmie, żeby zbierać tych ludzi w kościele” – mówili. Mimo to ksiądz w niedzielę mówi do mnie, że idziemy i msza się odbędzie normalnie. Tak też było, ale na wieczór przyjechali i pobili księdza dotkli­wie, a mnie zabrali z sobą na wieś.

W czasie wiezienia mnie furmanką widzę, że wszyscy milicjanci to moi kole­dzy Żydzi ze szkoły. Zaczynam więc prosić jednego i mówić: „Czego wy chcecie ode mnie? Żadna polityka mnie nie interesuje. Nie należę też do żadnej grupy czy partyzantki”. „Tak, to prawda – odpowiada mi jeden – ale grasz w kościele i to twoja wina. Więcej grać już nie będziesz”. No, to wiozą mnie, żeby zabić – pomyślałem. Ale stało się inaczej.

Wjechali na podwórko do znajomego rolnika i pytają się: „Masz siekierę?” Chłop, przerażony, oczywiście daje im siekierę, a ja już jestem przekonany, że zabiją mnie właśnie tą siekierą. Tym bardziej, że po wioskach było tak zamordowanych dużo Polaków. „A gdzie masz pień do rąbania drewna?” – pytał chłopa milicjant. „O, stoi na środku drewutni” – pokazywał przestraszony chłop. Zwalili mnie z wozu i kazali iść do tej drewutni. No to już moje ostatnie chwile – myślałem i modlę się po cichu.

Przy pieńku kazali mi położyć prawą rękę na pniu. „Co, do cholery, chcecie mnie po kawałku rąbać” – spytałem Jakuba, tego co chodził ze mną do szkoły. „Kładź” -krzyknął, bo przybiję gwoździami jak nie położysz. Dwóch złapało za moją rękę w okolicy łokcia i położyli na pieńku. Jakub rąbnął siekierą i poczułem straszliwy ból. Puścili moją rękę, z której przez parę sekund krew nawet nie leciała. Patrzę, a na pieńku leżą moje trzy palce.

Ale pozostali Żydzi zaczęli krzyczeć na Jakuba: „Miałeś urąbać mu wszystkie palce, a nie tylko trzy”. „Miałem, miałem” – powtarzał Jakub. „Weź i utnij ty, skoro ja nic nie umiem” – bronił się Jakub. Zaczęła obficie płynąć krew, więc zacząłem ści­skać tę rękę. „Teraz to pobrudzimy się tą krwią – zaczęli mówić. – Niech tak zostanie. Już nie będzie mógł grać więcej”.

Zostawili mnie u tego chłopa i sami odjechali. „Panie, u nas jest niedaleko we­terynarz, to może pomoże panu” – krzyknął chłop i nie pytając się, czy chcę, pobiegł po niego. Zdyszany weterynarz zadecydował, że na razie zatamuje mi krew, ale do  szpitala muszę jechać, bo trzeba to zaszyć. „Najszybciej będzie do Zbrzeżan. Tam nie ma szpitala, ale jest taki ośrodek i jest tam chirurg, który zszywa takie rany” – po­wiedział. Założono więc konia i wozem – jak szybko tylko to zwierzę mogło – chłop zawiózł mnie do tego lekarza i uciekł. Przeleżałem noc na korytarzu i rano lekarz mówi: „Idź pan do domu. Na szczęście równo ucięli panu i nie musiałem nic robić poza szyciem”.

Wróciłem więc do rodziców i matka zaczęła przykładać mi na tą ranę lniane szmatki. Wygoiło się szybko, za dwa miesiące chodziłem już bez tych szmatek, ale grać rzeczywiście już nie mogłem. Organistą już nie będę i wyjeżdżać nie ma już po co – pomyślałem. Zacząłem unikać Krysi, która przysyłała mi kartki przez koleżan­ki, żebym przyszedł i się z nią spotkał.

Rozpoczęły się straszne represje. Cała władza to prawie nieomal Żydzi, Polacy nie mieli nic do powiedzenia. W dzień oficjalnie konfiskowali Polakom mienie, w nocy ci sami dokonywali grabieży z użyciem broni, opornych zabijali i nie było na­wet gdzie iść na skargę, bo w większych miastach cale komendy milicji to Żydzi.

Sąsiad poszedł do Tarnopola, bo zabrali mu wszystko co posiadał, a przy tym zgwałcili córkę i pobili żonę; poszedł i nie wrócił więcej. Wiedzieliśmy, że Polska jest cala zajęta przez Niemców. Czasem zdarzało się, że udało się z Polski uciec daw­nym komunistom. Wierzyli oni, że towarzysze radzieccy ich przygarną i zaopiekują się nimi, tymczasem takich właśnie zabijano, bo jak głosiła plotka zdradzili komu­nistów w Moskwie.

Wielu moich kolegów ukrywało się po lasach, żeby ocalić życie. Zbrodnie były teraz na początku dziennym. Co parę dni dowiadywaliśmy się, że w lesie leży dużo trupów. Ludzie chodzili rozpoznawać, bo przecież prawie z każdego domu kogoś zabrali i nie wrócił. Najgorzej było zimą. Trudno było ukryć się w lesie, gdyż zosta­wiało się ślady, poza tym w milicji i w NKWD byli miejscowi Żydzi. Oni doskonale wiedzieli, ile w każdym domu powinno być ludzi, jeśli więc brakowało kogoś kogo oni szukali, to brali zakładników i trzymali dotąd, aż poszukiwany sam przyszedł, żeby tylko matkę i ojca wypuścić. Już nie odprawiano mszy prawie we wszystkich kościołach, bo zakaz zgromadzeń rozszerzono na Kościół.

Jednego dnia zabrali mnie na komendę milicji. „Gdzie jest twój brat Stanisław Śląski?” – pytali. Mówię, że nie wiem. Jak zaczęła się wojna to był pilotem i walczył z Niemcami, potem nie było od niego żadnej wiadomości, może zginął. Zamknęli mnie w piwnicy, w której siedziało już dwóch naszych księży i ojciec mojej Krysi. Cała trójka pobita i pokrwawiona. Mnie do tej pory nie bili. Przesiedzieliśmy cały dzień i noc. Nawet wody do picia nam nie dali, nie mówiąc o jedzeniu. Następnego dnia wyprowadzili nas na podwórko i za parę minut wjechał ciężarowy samochód, a na nim jeszcze dwóch księży i dwóch rolników spod Złoczowa, których znalem.
Teraz było czterech księży, ojciec Krysi i tych dwóch chłopów oraz ja. Władowali na ten samochód nas i trzy rowery, w tym mój, który mi zabrali.

Jakub kierował tą akcją i wydawał rozkazy. Zauważyłem, że jeszcze czekają na kogoś, bo Jakub parę razy spojrzał na zegarek. Wreszcie krzyknął na jednego i ka­zał mu wziąć rower i pojechać zobaczyć, dlaczego tak długo kogoś nie ma. Młody Żydek mieszkał z rodzicami obok mojego ojca. Znałem go dobrze, grywaliśmy ra­zem w piłkę na podwórku. Wziął mój rower i pojechał kogoś tam pośpieszyć.

Za chwilę widzę, że wraca, ale nie sam. Drugi Żydek milicjant prowadzi zapła­kaną Krysię i jeszcze jedną dziewczynę. Wsadzili je do nas na samochód. Krysia zaraz przytuliła się do mnie i mówi, że wiozą nas zabić gdzieś za wieś, bo słyszała jak między sobą mówili ci milicjanci. Ruszyliśmy znaną mi drogą na Tarnopol, a ja myślę, czy uda mi się uciec. Ale z nami na samochodzie jest czterech z pepeszami, a w szoferce kierowca i Jakub.

Moje rozważania jak uciekać przerwał Jakub. Samochód się zatrzymał i on wychylając się, spytał jednego ze swoich, gdzie ta droga do olejarni. Ten, którego wysłał rowerem, odpowiedział mu, że jeszcze kilometr i trzeba skręcić w prawo. Znałem to miejsce i wiedziałem, że tam już nie ma nikogo, gdyż dwa miesiące temu właśnie Jakub ze swoimi ludźmi zabił całą rodzinę olejarza, który nie chciał mu od­dać pieniędzy.

Rzeczywiście, zajechaliśmy na podwórko tej olejarni w lesie. Okna wybi­te, drzwi wyrwane, ale kot, miaucząc, wyszedł z pustego domu. Jakub wycelował i strzelił. Zwierzę skoczyło do góry i opadło, poruszając nogami. „No to, panowie Polaczki – powiedział Jakub – jeśli się nie dogadamy, to też będziecie tak wierzgać nogami”.

Ustawili nas pod domem i Jakub mówi: „Pan młynarz ma pieniądze, ale scho­wał i nie chce nam oddać. Panowie rolnicy też mają kosztowności pochowane, bo przecież wiemy kto i ile kupował złota. A panowie księża również zaoszczędzili i pochowali. Ale wszyscy się uparli i mówią, że nie dadzą nam. No to zaraz zobaczy­my, czy nie dacie”.

„Daniel – krzyknął Jakub – dawaj gwoździe i młotek”. Daniel to również do tej pory znajomy i kolega, ale nie teraz. Wywołany przyniósł w torbie gwoździe i młotek, a dwóch milicjantów złapało pierwszego księdza i przycisnęło do ściany. Uderzenie – gwóźdź przebił dłoń i został wbity w drewnianą ścianę domu. Za chwilę z drugą ręką dzieje się tak samo.

Całej czwórce księży przybito ręce do ściany, a nogami stali na ziemi. Przybici księża jęczeli z bólu, a krew płynęła po ścianie aż do ziemi. Jakub podszedł do nich  i powiedział:

„No i czego jęczycie, przybiliśmy was tak samo jak waszego Chrystusa. Powinniście być nam wdzięczni za to, bo zaraz do nieba pójdziecie”.

Zwracając się do młynarza, powiedział: „Teraz, panie młynarz, pana kolej. Albo pan da to co pochował, albo pan Polak zaraz będzie przybity do ściany, a córeczkę też tak przybijemy, ale najpierw na nią ma chęć kierowca i jeszcze jeden”. Wiedziałem, że to zrobią, bo już w okolicy to robili nie raz. Więc mówię do młynarza: „Oddaj im pan co masz, bo widzisz, że nie żartują”. Jakby na potwierdzenie mych słów Jakub kazał tych dwóch rolników wyprowadzić w las i zastrzelić, mówiąc: „Oni zapłacą za swoje pyski. Źle mówili o Żydach i więcej gadać już nie będą”. Dwóch milicjantów wyprowadziło, popychając lufami, obu chłopów za budynki i rozległy się strzały.

Wrócili i powiedzieli, że zrobili co trzeba. Młynarz, widząc, że za chwilę może być przybity jak księża, zdecydował, że odda to co ma schowane. „Puśćcie córkę to ona pokaże, gdzie schowałem to złoto co chcecie” – mówi. Ale Jakub zdecydował, że inaczej to trzeba zrobić. „Po to właśnie wzięliśmy Śląskiego. On pojedzie z dwo­ma milicjantami i przywiozą to złoto. Dopiero ciebie i córkę puścimy wolno. Mów, gdzie ono jest” – rozkazał Jakub. Ale młynarz teraz nabrał odwagi i zaparł się, że nie powie na głos, ale tylko na ucho mnie, a nie milicjantom. Byłem tym zaskoczony i dopiero jak mi powiedział o co chodzi to zrozumiałem, jaki ma plan. Jakub długo nie chciał się zgodzić na propozycję młynarza, ale widząc, że ten się zawziął i jakby nie bał się przybicia do ściany, zgodził się.

„Macie Śląskiego nie spuścić z oka. Nie odstąpić na krok od niego. W razie gdy­by coś kombinował – zabić” – zakończyłjakub. „Niech ci mówi, gdzie ukrył to złoto” – rozkazał.

Podszedłem więc do młynarza i podstawiłem ucho. Wyjaśnił mi gdzie jest skrytka i powiedział: „Leży tam nabity rewolwer. Strzelaj do nich, jeśli ci się uda przyjedź i zabij ich. Oni i tak, by się nas pozbyli, bo świadków nie zostawiają”. Sprytnie to sobie Jakub wymyślił. Pewnie myśli, że ja i strzelać nie mogę z powo­du braku tych palców. Więc po to brał te rowery na samochód, bo z góry zakładał, jaki będzie przebieg sprawy. Zostawiłem zapłakaną Krysię i jej ojca, który dopiero teraz popatrzył mi głęboko w oczy. „On cały czas ma jechać pierwszy, a wy za nim. Rozumiecie?” – przykazał Jakub.

Trzeba było wejść do piwnicy we młynie, znaleźć to miejsce i usunąć kamień. Następnie sięgnąć ręką głęboko i dopiero namaca się złoto. Ale w piwnicy było ciemno. Gdy dochodziłem do tego miejsca to zauważyłem, że od strony drzwi w ogóle go nie widać bez oświetlenia. Odwracając się w kierunku drzwi, widać nato­miast na tle otworu drzwiowego postacie obu Żydów. Gdy powiedziałem, żeby je­d en z nich poszukał czegoś do oświetlenia, to obaj głośno zaprotestowali: „Jeden z tobą nie zostanie. Szukaj, trochę widać”. Zauważyłem, że na końcu korytarza jest wnęka. To dobrze, będzie się gdzie schować – pomyślałem. Kamień rzeczywiście dał się usunąć, położyłem go w tej wnęce.

Wsadziłem rękę i wyczułem rękojeść rewolweru. Ostrożnie obmacałem go i sprawdziłem. Młynarz, mówiąc mi, że jest nabity, miał na myśli, że jest w nim magazynek z nabojami, ale trzeba przecież wprowadzić nabój i odbezpieczyć. Nie mogę tego robić jak wyjmę rewolwer, muszę strzelać od razu, bo oni mogą strzelić pierwsi. Ostrożnie oparłem rękojeść o coś stałego i naciągnąłem, wprowadzając do komory pierwszy nabój. Teraz jeszcze bezpiecznik. „No, co ty tam tak długo nie wyjmujesz?” – spytał mnie jeden.

„Właśnie wyjmuję” – odpowiedziałem i strzeliłem kilka razy do postaci na tle otwartych drzwi. Obaj padli bez życia. Zabrałem obie pepesze, sprawdziłem, czy mają pełne magazynki i zatkałem kamieniem otwór, gdzie była broń. Nawet nie sprawdzałem, czy jest tam jakieś złoto czynie. Obu zabitych zaniosłem i wrzuciłem pod turbinę wodną. Rowery utopiłem w wodzie obok turbiny i z dwoma pepeszami i rewolwerem wracałem do olejarni. Pół kilometra przed olejarnią po cichutku, czoł­gając się w krzakach, zbliżyłem się do olejarni.

Księża już nie żyli, ale nie zmarli z powodu przybicia do ściany, widać znęcali się nad nimi, bo ich twarze były zmasakrowane. Ale młynarza i dziewczyn nie widzę, czterech milicjantów też nie. Co się stało, przecież mieli czekać i uwolnić młynarza i dziewczyny. Taka była umowa. Ale czy z Żydem można robić umowę? Usłyszałem jakieś głosy w stodole, więc cichutko podczolguję się i patrzę.

Młynarz wisi na lince bez spodni, krew mu cieknie z miejsca jego genitaliów, widać, że mu je ucięli. Przyglądam się lepiej i spostrzegam obie dziewczyny – ro­zebrane do naga, z rozszerzonymi nogami i butelkami wepchniętymi w pochwy. Widać też, że i one nie żyją. Czyli byli pewni swego, nie czekali na swoich towa­rzyszy, tylko zrobili to co zaplanowali. Moja Krysia leży martwa, i zgwałcona, spo­niewierana przez ludzi, z którymi przed wojną chodziłem do szkoły i przyjaźniłem się. Przez jakiś czas z tych nerw nic nie widziałem. Migały mi przed oczami tylko czerwone latarnie.

Oprawcy stali nad dziewczyną i sikali na jej martwe ciało. Nie mieli w ręku żad­nej broni, po prostu niczego się nie obawiali. Broń stała oparta o sąsiednią ścianę. Wstałem i dopiero teraz mnie zauważyli, ale do pepesz mieli kilka metrów, a ja go­tową do strzelania. Jakub miał przy pasie nagan i chciał po niego sięgnąć, ale za późno. Płacę ci za moje palce, pobicia i za wszystkich tych co zamordowałeś – myślę. Już wyciągał z kabury nagan, gdy skosiła go moja seria z paru metrów. Pozostałych trzech też zabiłem.

Wróciłem rowerem do miasteczka i powiedziałem ludziom, że trzeba pocho­wać tych co leżą w lesie w olejarni. Ale przecież niektórzy widzieli, że i ja tam by­łem wieziony, a wśród zabitych mnie nie ma. Prosiłem rodziców, żeby uciekali do Rohatynia, Żydzi dojdą do tego, że to ja ich pozabijałem i zemszczą się. Tylko że każde przemieszczanie się z miasteczka do miasteczka wymagało zgody milicji, z wioski do wioski można było chodzić, ale też jak złapali to pobili. Jak więc uciec? Ojciec miał pod Równem w miasteczku Zdołbunow brata, który też był kowalem. Nie było na co czekać, więc uciekając dotarłem do stryja, który od razu powiedział: „Jeśli brat z żoną nie uciekną to zginą. Za mniejsze winy oni zabijają, cóż dopiero za swoich sześciu ludzi”.

Ukrył mnie dobrze w ziemiance, na którą wyrzucił obornik od krowy hodo­wanej dla własnych potrzeb, przez wsuniętą rurę dochodziło powietrze i mogliśmy przez nią rozmawiać. Dwa tygodnie było spokojnie, ale jednego dnia usłyszałem krzyki i strzały. Siedziałem jeszcze dwa dni w tej ziemiance, a nikt mi nie dawał jeść ani pić… Pewnie ich zabili – myślałem i w nocy wygrzebałem się z tego gnoju. Stryjek z żoną od dwóch dni leżeli zabici na podwórku. W ogródku wykopałem dół i zakopałem oba ciała. Zadawałem sobie pytanie, co teraz robić.

Widać Żydzi doszli do tego, że to brat ojca i przypuszczali, że ja mogę się u niego ukrywać. Tuż pod Równem, na wsi miałem kolegę z wojska. Przeczekałem dzień schowany, a wieczorem lasami poszedłem do tego kolegi. Zapukałem nad ranem do okna, ale nikt się nie odzywał. Czyżby ich nie było w domu? Zacząłem mocniej walić w okno i ktoś, nie zapalając światła, zbliżył się do okna. „Kto tam?” – spytał i zrozumiałem, że to chyba ojciec mego kolegi Stacha. „Panie jestem kolega pana syna z wojska, Heniek Śląski, a pan to chyba Krynio, ojciec Stacha” – mówię. Teraz dopiero człowiek zbliżył się do okna i powiedział: „Stacha nie ma w domu, ale pan chodź to pogadamy”. Otworzył drzwi i podał mi rękę na przywitanie, mówiąc: „Nie będę zapalał światła, bo zaraz zauważą, że ktoś obcy i przyjdą”.

Mówię mu, że musiałem uciekać od rodziców z Rohatynia, ale i od stryja z Dolbunowa, bo przyszli i zabili oboje, stryja i jego żonę. Okazuje się, że tu jest też bardzo niebezpiecznie.

„Wyciągają w nocy tak Polaków, jak i Ukraińców. Całe posterunki milicji i służ­by NKWD to prawie sami Żydzi. Rzadko się zdarza, żeby wśród nich był Rosjanin.

Jak pędzili przez Równe polskich jeńców, to Żydzi wyciągali polskich żołnierzy z kolumny i bili. A co przy tym krzyczeli, żebyś słyszał” – opowiadał.

„Panie Krynio! – mówię. – U nas wszystkich bogatszych ludzi obrabowali i po­zabijali. Tak samo robią to i Ukraińcom”. „Posiedź trochę sam, to ja zrobię coś do zjedzenia, bo pewnie jesteś głodny” – rzekł i za chwilę wrócił z bochenkiem chleba i kiełbasą. Byłem bardzo głodny i pochłonąłem wszystko co on przyniósł. Gdy za­uważył, że tyle zjadłem, spytał: „Od kiedy nie jadłeś?” „Dwa dni tylko wodę piłem, bo od stryja wszystko zabrali co było do zjedzenia, a po drodze bałem się wejść do ludzi”. „Słusznie, bo jedni na drugich donoszą. Wystarczy, żebyś powiedział im, że ktoś obcy u ciebie był, to zaraz przyjdą i zabiorą takiego gospodarza. Boże, co za czasy” – westchnął człowiek.

„A pana syn, Stacho gdzie jest?” – pytam. „Tego to ci nie powiem. On mnie nie mówi co robi i gdzie jest. Powiedział mi tylko, że lepiej żebym nie wiedział”. „A jak ja mogę się z nim spotkać?” – dociekam. „Tego też ci nie powiem. Najlepiej będzie jak będziesz czekał na niego u nas. Jest tu dobra kryjówka Stacha. Mądrze zrobio­na, tak że trudno ją znaleźć i w niej cię umieszczę, tam czekaj na niego” – mówi. Zaprowadził mnie do piwnicy i szuflą odrzucał kartofle na inną kupę. Odsunął właz i powiedział: „Wchodź, nie bój się. Tam jest powietrze i woda do picia. Będę ci raz dziennie podawał jedzenie, a ty mi wiadro z odchodami” – zarządził.

Kryjówka była dobrze urządzona: niskie łóżko, ale z siennikiem pełnym sło­my, latarka naftowa i szkopek z wodą, był też mały niski stolik, a na nim trochę papierów. Zacząłem je czytać przy latarce i widzę, że to spisy milicji i funkcjona­riuszy NKWD. Spisy dotyczą okolicznych miejscowości, na liście zaznaczono kto Rosjanin, a kto Żyd. Domyśliłem się, że Stacho chyba jest w jakiejś partyzantce lub grupie obrony ludności, słyszałem, że takie istnieją na tym terenie.

Przesiedziałem w kryjówce cały tydzień i jednej nocy słyszę, że ktoś odwala kartofle szuflą. Otwiera się klapa i słyszę głos Stacha, który mówi: „Wyłaź, stary koniu. Ty tu siedzisz, a roboty mamy pełne ręce i brakuje ludzi zaufanych i doświad­czonych”. Ale jak wyszedłem i się przywitał, to krzyknął: „O Boże, co zrobiłeś z ręką?” Opowiedziałem Stachowi całą historię z milicją Jakuba i mord w olejarni. „No to nie muszę cię przekonywać, jakie to są kanalie” – odparł. Przegadaliśmy cały dzień. Ojciec i matka Stacha czuwali, czy nikt nie idzie albo nie jedzie.

Wieczorem Stacho wręczył mi porządny rewolwer. „Ja żywy nie dam się wziąć. Radzę i tobie, w razie czego lepiej samemu sobie strzelić w leb niż wpaść w ich ręce. Może mało widziałeś, co oni robią tym co złapią. Myśmy widzieli takich poprzybi-janych do ścian i drzew gwoździami, z obciętymi genitaliami i językami, z wydłu­banymi oczami. To nie ludzie, to dzikie bestie. Będziesz mial okazję to zobaczyć” – podkreślał Stacho.

Szliśmy całą noc. Minęliśmy z daleka miasto Kostopol i nad ranem w lesie nie­daleko miasteczka Sarny zatrzymał nas pierwszy patrol. Szybko poznali Stacha i tyl­ko się spytali kim ja jestem, po czym puścili nas dalej. Za pół godziny byliśmy w ziemiance u dowódcy tej grupy. Stacho za mnie poręczył i znalazłem się w oddziale który bronił ludność przed milicją, ale i przed NKWD, a także ludźmi, którzy zdo­byli broń i teraz chodzą, rabują i zabijają. W oddziale byli sami Polacy, ale bronili­śmy przed rabunkami i śmiercią też Ukraińców.

Jednej nocy zrobiono alarm i cały oddział biegiem ruszył w stronę Łucka Podobno z paru wiosek prowadzą Polaków na stację kolejową do Łucka, żeby wy­wieść na Wschód. Poganiano nas, bo zachodziła obawa, że jeżeli dojdą do Łucka to nie odbijemy ich, bo tam stacjonuje Armia Czerwona, a milicja zawsze może we­zwać ją na pomoc. Dobiegliśmy do bitej drogi, tak nazywano szosę z kamieni, czyli kocich łbów. Wywiadowcy powiedzieli, że jeszcze nie przeszli tędy, a więc należy się dobrze ukryć i zamaskować.

Wybraliśmy miejsce, gdzie szosa szła wykopem, z obu stron drogi były wyso­kie burty ziemi i las. Gdyby chcieli nas zaatakować, musieliby wspinać się po zbo­czach do góry, ale wtedy każdy z nas miałby doskonały cel na tego, który by chciał tu wejść. Czekaliśmy ponad godzinę zanim na szosie pojawiła się długa kolumna ludzi i idący z boku konwojenci. Za kolumną jechało kilka furmanek, na których konwojenci zabawiali się z pannami wyciąganymi z kolumny.

Często na wozie jechała staruszka lub chory człowiek i furman, ale ich obec­ność nie przeszkadzała konwojentom gwałcić kobiet. Gdy kolumna weszła w wą­wóz, dostaliśmy rozkaz strzelania do konwojentów. Dla nich było to całkowite zaskoczenie. Ponad połowa konwojentów padła od pierwszych strzałów, ale pozo­stali, gdy się zorientowali co się dzieje, zaczęli wchodzić w kolumnę i strzelać do nas spośród ludzi. Z wozu, bez spodni wyskoczył chyba ich dowódca i zaczął krzyczeć do swoich:

„Zasłaniać się Polakami!” po czym sam złapał dziewczynę i szedł koło konia. Zwierzę zasłaniało go z jednej strony, a dziewczynę trzymał tak, żeby kule z drugiej trafiły w nią. Leżałem obok Stacha, a on wstał i stanął za drzewem obok mnie.

„Ej, ty, Rochacki! Ja ciebie znam, cholerny Żydzie! – zaczął krzyczeć. – Puść tą dziewczynę, tchórzu, bo nie masz szansy na ucieczkę”. Ale on zamiast puścić ją, za­czął odkrzykiwać do Stacha: „To ty za drzewem, a ja mam się odkryć? Jak jesteś taki bohater to wyjdź zza tego drzewa i zobaczymy kto jest lepszy”. Stacho zwrócił się do mnie:

„Powinieneś, Heniu, znać tego łotra. Służył w wojsku z nami i zdezerterował. To Żyd Rochacki, przypomnij sobie, Heniu”.

Rzeczywiście był taki, który zaraz jak tylko wojna wybuchła uciekł z wojska. Stacho krzyknął ponownie do Rochackiego: „Ja wyjdę zza drzewa, ale ty puść dziewczynę i też wyjdź”. Stacho wyszedł zza drzewa, a Rochacki zaczął strzelać zza  dziewczyny. Z pnia, za którym wcześniej stał Stacho, odskakiwała kora. Nagle ten padł na ziemię, a ja za nogi wciągnąłem go za nasyp. „Dostałeś Stachu?” – spytałem. „Nie, nawet mnie nie zranił. Ja go zaraz urządzę. Powiedzcie – krzyknął do ludzi -żeby Wypych przyszedł do mnie. Podajcie to po linii” – komenderował.

Za chwilę obok nas położył się młody chłopak z karabinem, na którym była lunetka. „Mam go sprzątnąć, panie Stachu?” – spytał. „Nie, masz mi dać na chwilę swój karabin” – odrzekł Stach. Ułożył się lepiej i zaczął celować. Padł strzał i za dziewczyną upadł ten Rochacki. Strzelaliśmy jeszcze parę minut i kolumna była już bez konwojentów. Nagle padł strzał. Jeden z wozów miał plandekę na pałąkach i z niego właśnie strzelono. W pobliżu jęknął chłopak i wypuścił z rąk karabin. Stacho, wskazując wóz chłopakowi z lunetką, zapytał: „Widzisz, gdzie on lufę wysadził z plandeki?” „Widzę panie Stachu” – odpowiada. „To przyłóż mu dobrze!” – rozka­zuje Stacho. Chłopak przez chwilę celował i strzelił. Ktoś upadł na plandekę, która w tym miejscu się wybrzuszyła. „Dostał, panie Stachu” – powiedział chłopak. Zatrzymaliśmy wszystkie wozy, a ludzi puściliśmy, by uciekali. Wszystkich zabi­tych konwojentów władowaliśmy na wozy, a właścicielom koni powiedzieliśmy, że wozy z końmi będą na nich czekać jutro w lesie przy szosie Łuckiej. Musieliśmy bowiem sprzątnąć zabitych, tak żeby nie posądzili o to ludności z pobliskich wio­sek i nie zemścili się. Później jednak, gdy pędzili ludzi do pociągu, wystawiono silną grupę konwojentów. Nie było sensu już napadać i odbijać, bo przeciwnik dysponował dużą siłą. Ale za to bali się bardzo rabować i zabijać na wioskach lub pędzić do Łucka. Już niejedna grupa zginęła im bez wieści, więc robili to rzadziej, ale większą siłą.

W1941 roku, 22 czerwca radio podało, że Niemcy napadli na Związek Radziecki. Okazało się, że ta wielka Armia Czerwona w ogóle nie była przygotowana do wojny z Niemcami. Ich cofanie się można określić ucieczką w panice. Tysiące żołnierzy co­dziennie się poddawało. Żal było teraz patrzeć jak Niemcy pędzą na zachód bosych i oberwanych żołnierzy. Dowódca nam kazał rozejść się do domów, dobrze schować broń i czekać.

Gdy po paru dniach dotarłem do rodzinnego Rohatynia, ujrzałem obraz rozpa­czy: nasz dom po mojej ucieczce był spalony, a rodziców Żydzi powiesili na rynku, dla przykładu jak mówili. Nawet nie odnalazłem miejsca, gdzie ich pochowano. Może ocalały budynki mego stryja w Zdołbunowie – pomyślałem. Poszedłem tam i o dziwo budynki były całe. Miałem więc dach nad głową. Dostałem na kolei pracę przy sczepianiu pociągów i papiery, że pracuję dla Niemców, co ułatwiło mi życie i zabezpieczało przed wywózką do Niemiec na roboty. Ale teraz zaczęło się nowe ludobójstwo! Nie ze strony Niemców, Ukraińcy dostali od nich przyzwolenie na mordowanie Polaków i Rosjan. Żydzi byli bezwzględni i stosowali okrutne metody zabijania, ale Ukraińcy pokazali, że też potrafią bestialsko mordować. Całe dobrze uzbrojone oddziały paliły polskie gospodarstwa i wybijały polskie rodziny. Powstała UPA i nacjonaliści ukraińscy oficjalnie urządzali rzezie na ludności polskiej, a także ruskiej, jaka znaj dowala się na tych terenach (chociaż o wiele mniej było Rosjan jak Polaków)

Po głośnej rzezi Wołyńskiej, gdzie Ukraińcy wymordowali 60 000 ludności polskiej zaczęły powstawać oddziały samoobrony przed bandami UPA. Miały one wyjątkowo ciężką sytuację, gdyż zwalczały je dobrze uzbrojone przez Niemców i działające oficjalnie oddziały ukraińskie. No i Niemcy ścigali zawzięcie – jak mó­wili – polskich bandytów.

W 1943 roku Stacho, z którym służyłem w kawalerii, a później byłem w oddzia­le, żeby bronić ludność przed żydowską milicją, odnalazł mnie teraz w Zdołbunowie i powiedział: „Organizujemy oddziały samoobrony, bo jak nie będziemy się bronić to wybiją Polaków”. Odkopaliśmy więc broń, zdobyliśmy też trochę na Ukraińcach i zaczęliśmy przeszkadzać im mordować. Powierzono mi oddział liczący czterdzie­stu ludzi. Byli zdeterminowani i odważni, prawie każdy z nich stracił kogoś bli­skiego. Byłem najstarszy i chyba najbardziej doświadczony. Podhajce, Trembowla, Kopyczyńce, Czortków, Horodeńka i Zaleszczyki – to teren, na którym zaczęliśmy działać. Często zastawaliśmy tam zgliszcza całych wiosek, gdzie wszystkich bez litości wymordowano. Ukraińcy lubili posługiwać się toporami i nimi mordować ludność. Złapaliśmy raz dwóch młodych Ukraińców, którzy brali udział w takim mordzie. Pytam się ich:

„Dlaczego mordujecie toporami?” „Bo baciuszka pop poświęcił je nam i powie­dział, na chwalę Bożą zabijajcie Polaków. Tak więc nawet nie ma grzechu” – tłuma­czyli obaj bandyci. „A który to pop tak mówił?” – pytam ich. „No, pop z Pohajec święcił nasze topory i błogosławił” – odpowiedzieli.

Kazałem dobrze pilnować obu zbójów, żeby nie uciekli, bo miałem pewien plan. W nocy, dzięki tym dwóm Ukraińcom, weszliśmy do domu popa. Oni prosili, by otworzył, a że ich znał to zrobił to. Nie spodziewał się, że za nimi są Polacy. Gdy się zorientował, chciał wyskoczyć oknem, ale tam czekał na niego jeden z naszych z kolbą karabinu. Cofnął się więc z powrotem do domu.

„To ten pop święcił wam topory i błogosławił?” – pytam. „Tak, panoczku, to ten” – potwierdzili obaj Ukraińcy. „Ty każesz zabijać Polaków i mówisz, że to nie grzech?” – zwracam się do popa. „Jak ktoś zabiera ci dom to należy go zabić” – powie­dział pop. „A dziesięć przykazań ty znasz czy nie?” „Znam, ale one w tej sytuacji me zobowiązują” – powiedział pop. „To Pan Bóg, według ciebie, tak napisał na tablicz­kach, które dal Mojżeszowi?” – drążę. „No, tak nie napisał, ale to się rozumie, że tak  należy postąpić z wrogiem. My chcemy być samoistni i niezależni, a wy Polacy nie dajecie nam mieć swojej ojczyzny wolnej”. „A Niemcy wam dadzą?” – pytam. „Tak, Niemcy przyrzekli nam wolną Ukrainę” – mówi pop.

„To ten topór, który poświęciłeś im?” „Może i ten, bo było dużo i nie sposób zapamiętać czy ten”. „To teraz tym poświęconym toporem zostanie obcięta twoja głupia głowa. Kładź ją na lawie” – rozkazuję. Ale nie chciał, więc przywiązaliśmy go do ławy i mówię do Ukraińców: „To który obetnie mu łeb? Tego, co to zrobi, puszczę wolno. Ten, który odmówi, zostanie zaraz rozstrzelany”. Obaj mówią, że to zrobią. „No, obaj to nie, ale losujcie”. Podałem dwie zapałki i mówię: „Ten, który wyciągnie z łebkiem, ścina popa. Bez łebka idzie pod ścianę”. Pop zaczął przeklinać obu Ukraińców, ale ten, któremu przypadło zabicie go, już się zamachnął i widać miał doświadczenie, bo nie poprawiał drugi raz.

„Panoczku, nie zabijaj mnie – prosił ten, co wylosował zapałkę bez łebka. – Ja to­bie powiem, gdzie przebywa nasz cały oddział i co jeszcze mają zrobić”. Zaciekawiło mnie to, więc kazałem obu związać i pilnować. Później ich przesłuchałem, rzeczy­wiście dużo wiedzieli. Pomogło to zastawić pułapkę na Ukraińców w najmniej spo­dziewanym przez nich miejscu.

Jednego razu staliśmy w lesie pod Horodeńko, kiedy usłyszeliśmy strzelaninę w wiosce i za chwilę ujrzeliśmy jak Ukraińcy gonią na koniach uciekających po polach ludzi. Doganiali ich szybko i zabijali szablą. Tak się zacietrzewili tą gonitwą i ścinaniem ludzi, że zapędzili się pod sam las. My wtedy otoczyliśmy ośmiu kon­nych i zmusiliśmy do zejścia z koni, zabraliśmy im wszystką broń i powinniśmy teraz ukarać. Ci, którzy buszowali po wsi, kiedy się zorientowali, że stracili kompanów, szybko pogonili konie batem i uciekli. Okazało się, że mało kto ocalał we wsi.

Na każdym podwórku leżeli zabici całymi rodzinami. Moi ludzie naliczyli po­nad pięćdziesiąt osób zabitych we wsi i dziewiętnaście na polach zadźganych szablą.

Moja dusza i serce kawalerzysty podpowiadały, że jest szansa sprawdzić, czy lewa ręka jest tak samo sprawna jak prawa. Bez palców w prawej dłoni nie mogłem bowiem przerzucać w czasie boju szabli z ręki do ręki, zdany byłem tylko na jed­ną. „Chłopcy dajcie tu tych chojraków, co pozabijali ludzi szablą” – mówię. Ośmiu młodych chłopaków ubranych było pól po niemiecku i częściowo po cywilnemu. Ustawili ich pod lasem, trzymając na muszce, a ja wygłosiłem im mowę: „Daję wam szansę na życie. Będziecie po kolei walczyć ze mną konno na szable. Jeśli mnie któ­ryś zabije, to moi puszczą was wolno. Jeśli odmówicie walki, każę was rozstrzelać”. Zauważyli moją rękę bez palców i szybko zgodzili się.

Przyniesiono ich szable i przyprowadzono konie. My, Polacy mieliśmy inne szable, ale co zrobić, wybrałem jedną i mówię, że czekam na pierwszego. Wcześniej wysłałem paru chłopaków do pobliskich krzaków, mówiąc im, że jeśli któryś z Ukraińców nie zakręci koniem do mnie i zacznie uciekać, mają do niego strzelać Jeden dosiadł konia i wziął szablę do ręki. „Ja będę jechał od tego lasu, a ty od tych tam krzaków” – pokazałem mu ręką. Jak już ruszył, wiedziałem, że będzie uciekał. W pełnym galopie dojechał do krzaków i chciał przez nie przeskoczyć. Kule dosięgły go, gdy koń był już w powietrzu nad krzakami.

Przyprowadzono znów konia i dosiadł go kolejny jeździec. W stronę krzaków jechał stępa. Nawrócił konia i pełnym galopem ruszył na mnie. Brałem go po swojej lewej stronie, co dla praworęcznego było utrudnione. Dojeżdżał do mnie, wyma­chując szablą i krzycząc. Zrobiłem szablą młynka i za chwilę jeździec leżał na ziemi. Konia dosiadł kolejny jeździec. Zakręcił przy krzakach i co koń wyskoczy jechał na mnie i krzyczał. Gdy się zrównaliśmy, wybiłem mu szablę z ręki i został bez oręża. Kazałem zabrać jego szablę i konia. Zdziwiony zaczął krzyczeć, że to nie honorowo. „A ci ludzie, coś ich pozabijał, mieli szable i konie?” – mówię. Rozkazałem go odpro­wadzić w pole, rozpędziłem konia, a on obiema rękami zakrył głowę. Ciąłem tak, że spadła ręka i głowa, po czym zszedłem z konia i mówię: „To podobne do waszej mściwości, co ja robię”. Oświadczam, że nie będę dalej walczył. To był czas, że wszy­scy żyliśmy zemstą – opowiada Henryk. – Nienawiść rodzi nienawiść, jedna śmierć inną śmierć. Wtedy trudno było myśleć racjonalnie i w kategoriach na przykład re­ligii, że to zbrodnia i grzech. Zabraliśmy z sobą sześciu Ukraińców i tych dwóch co ścinali popa, trzymaliśmy ich na wymianę. Często wcześniej tak robiliśmy, żeby uwolnić Polaków z ich niewoli. Ale popełniliśmy błąd, wsadziliśmy całą ósemkę do jednej ziemianki na noc, nie podejrzewając, że wszyscy się znają. Rano oświadczyli nam, że ci dwaj – mowa o tych od popa – mieli chyba atak serca, bo nie żyją.

Walczyliśmy aż do przyjścia ponownie Armii Czerwonej. Rosjanie, którzy oca­leli na tych terenach, i my Polacy zwróciliśmy się do władz radzieckich, żeby po­zwolili nam utworzyć oddziały w celu obrony ludzi na wsiach, gdyż Ukraińcy dalej mordowali ludzi.

Armia Czerwona parła na zachód i nie zajmowała się bandami, a Rosjanie pałali wielką złością do Ukraińców, bo część z nich zdradziła Rosję i poszła z Niemcami bić Rosjan. Dlatego Rosjanie chętnie pozwolili na zorganizowanie legalnej formacji zbrojnej w celu obrony ludności, ale postawili jeden warunek – do formacji mogą na­leżeć tylko młodzi do siedemnastego roku życia i starzy po sześćdziesiątce, wszyst­kich innych powołano do Armii Czerwonej albo do pierwszej dywizji Wojska Polskiego, jeśli to byli Polacy. – Mnie – mówił Henryk – armia odrzuciła ze względu na brak tych trzech palców. Zaczęły się jednak inne nieszczęścia na naszym terenie. Teraz już nie było rabunków i gwałtów, ale były polityczne aresztowania i wywózki Polaków głąb Rosji. Albin, nie wyobrażasz sobie, ile krwi i łez spłynęło na tę ziemię, jakimi metodami Żydzi mordowali ludność, której jedyną winą było to, że byli Polakami – mówił. – Bezpowrotnie wyginęły całe rody, bo mordowano tak niemowlęta, jak i starców.

A co pamiętają ci, którzy przeżyli? Jak Żydzi witali Armię Czerwoną w 1939 roku, jakie bramy triumfalne budowali na ich wejście, jak później witali znów hit­lerowców z kwiatami i pozdrowieniami „Hail Hitler!” I znów, gdy wracała Armia Czerwona, ci co ocaleli i nie uciekł wyłazili z ukrycia i zaraz wstępowali do milicji i formacji sil bezpieczeństwa A mieli w Moskwie swoich ważnych ludzi, to Beria i Kaganowicz zalecali przyjmowanie Żydów do milicji NKWD.

Brali więc Żydzi władzę w swoje ręce a Rosjan uważali za głupich gojów, tak jak nas Polaków. Kiedy nadarzyła się okazja, przyłączyłem się do repatriantów i przyje­chałem do Polski. Odnalazłem brata, ale muszę żyć z pamięcią, kogo i jak utraciłem na Wschodzie. I z pamięcią ludobójstwa i zdrady Polski przez Żydów.

Z początku myślałem, że to Związek Radziecki zgotował nam ten los. Szybko zrozumiałem, że i oni są ofiarami tych samych ludzi i tej samej polityki. Najgorsze, że prawie wszyscy podoficerowie i oficerowie różnych stopni to byli Żydzi. Często zdarzało się, że Rosjanin ulitował się i nie bił, że puścił i kazał uciekać. Ale byli też tacy, którzy chcieli zasłużyć na awans lub medal. Ci, mimo że byli Rosjanami, wy­konywał polecenia przełożonych z nawiązką.

Po kilku latach kończyliśmy Starówkę. Paru kolegów z brygady otrzymało przy Brzozowej ładne nowe mieszkania, z pięknym widokiem na Wisłę i Pragę z okien. Kierownik budowy, brat Henia, też otrzymał mieszkanie i to na pięknej Kanonii. Mam z nią związanych wiele wspomnień, ale najważniejsze dotyczy Henia. Najpierw jeden z członków brygady, który okradł kolegów z drobniaków w pakamerze i kana­pek, został złapany za wyciąganie magnesem bilom z puszek, gdzie ludzie składają ofiary. Później ten łobuz uwziął się na dozorcę i parę razy dziennie przezywał go „cieć”, aż któregoś dnia zdenerwowany dozorca rzucił w tego złodziejaszka połów­ką cegły i zabił. Bronił tego biedaka dozorcę słynny w tych latach sam Maślanka i paroma słowami doprowadził do tego, że sąd zawiesił krótką karę. Nawet jednej złotówki nie wziął za tą obronę.

Dzwon, który stoi na placu Kanonii, tablicę upamiętniającą bitwę pod Grunwaldem i gołębicę, która była nad chrzcielnicą wydobyliśmy z gruzów w tym miejscu. Miałem wtedy dobre stosunki z księżmi na Kanonii, którzy cały czas coś remontowali u siebie, a my dawaliśmy im po cichu cement i wapno. Kanonia to również powołanie do kapłaństwa jednego z członków brygady, który w czasie przerwy na posiłek spędzał czas w środku katedry. Starówka i barbakan to wystawa i sprzedaż wszelkiej sztuki, w tym obrazów. W brygadzie był taki młody chło­pak z gór, co godzinami mógł przyglądać się pracy malarzy I szczęśliwy zbieg oko­liczności, że profesor Rudzki, który mieszkał na Kanonii zwrócił na chłopaka  uwagę i pomógł mu dostać się do akademii sztuk pięknych. Dlaczego piszę, że to naj­ważniejsze wspomnienie dotyczy Henia? Wszystkie te wydarzenia, opisane szcze­gółowo w książce „Trwałe ślady”, są ważne. Uważam, że to z Heniem ma szczegól­ne znaczenie.

Po pierwsze, Henio stał mi się bliski nie tylko przez pracę, ale przez te wszyst­kie przeżycia, jakie mi opowiedział, i przez pomoc, jakiej mi bezinteresownie udzie­lił. Ja byłem już wtedy żonaty, a Henio – mimo że był starszy ode mnie – nawet nie chciał rozmawiać na temat dziewcząt.

Jednego dnia, w czasie gdy jedliśmy posiłek, przyszedł do pakamery ksiądz i mówi: „Panowie, tyle pomagacie nam, że wstydzę się prosić o jeszcze, ale jest taki mały problem. Ułożone rok temu płyty granitowe obluzowały się i jak się na nie wchodzi to klawiszują pod nogami. A tu jutro Boże Ciało i procesja, w której będzie brał udział ksiądz biskup i nieładnie, żeby szedł po ruszających się płytach. Dajcie tylko trochę cementu to my księża sami to zalejemy”. „A robił już ksiądz coś takie­go?” – pytamy. „Nie robiłem, ale widziałem jak to się robi i myślę, że potrafię to zro­bić”. Mówię księdzu, że zaraz po posiłku przyjdzie jeden i obejrzy co trzeba i zrobi jeszcze dziś.

Henio zgodził się pierwszy, więc poszedł z księdzem i gdy wrócił tłumaczył, że ksiądz ma rację. „To nie wypada, żeby pod nogami coś się ruszało. Wezmę po pracy worek cementu i zrobię to jak należy” – powiedział. Na trzeci dzień pytam się Henia, czy zrobił. „Zrobiłem i byłem wczoraj na uroczystościach i w procesji na mieście” -opowiada. Za parę dni mówi, że znów był w katedrze na mszy świętej. „A coś ty się zrobił taki religijny raptem?” – dociekam. „Przecież jestem  wierzący i praktykujący, więc co cię tak dziwi?” – spytał mnie. „No, bo do tej pory tu do katedry nigdy nie przyjeżdżałeś w niedzielę” – odpowiadam. Henio nie chciał więcej mówić na ten temat. Ale parę dni jak usłyszał śpiew dzieci to kręcił się i znikał. Myślę sobie, muszę zobaczyć gdzie i po co on chodzi.

W katedrze, jeśli nie palą się światła, panuje półmrok, więc gdy Henio wszedł do katedry to długo nie mogłem go znaleźć. A nie będę chodził i zaglądał po kątach, bo to nie wypada. Przy ołtarzu wysoka kobieta dyrygowała dziećmi i uczyła je śpie­wać. Stała tyłem do mnie,  więc nie widziałem, czy to osoba młoda czy starsza. Już miałem wyjść, w tym półmroku zauważyłem Henia jak stał za filarem i obserwował tę panią. Wyszedłem nie zauważony i nie zdradzałem się przed Heniem, że go tam widziałem. Ale to jego znikanie dalej miało miejsce, ilekroć rozlegał się śpiew dzieci .

Str 308  Tom1

Druskienniki

Pozwalano im uciekać na wszelkie sposoby, nawet pomagając im w tzw. po­wietrznym moście do Izraela. Wy, Polacy, przyjęliście ponad 300 tysięcy naszych Żydów. Niemałe znaczenie przy podejmowaniu tej decyzji miał fakt, że nasze nowe władze nie chciały zaogniać sytuacji na Zachodzie, gdzie, jak wiemy, Żydzi odgry­wają bardzo ważną rolę w polityce.

Wszystko odbyło się więc bezboleśnie dla Żydów. Teraz natomiast musimy im uważnie patrzeć na ręce, żeby nie sięgnęli po naszą ropę i gaz.

Sam widzisz, jak urabiają opinię o Białorusi, gdzie Łukaszenka nie pozwolił ni­czego Żydom sprzedać. U was, w Polsce, telewizja i prasa robią oczywiście z tego Łukaszenki łotra, a ludzie na Białorusi oceniają to całkiem inaczej. Protestujących zawsze się znajdzie, tym bardziej, że są na Zachodzie i w Polsce instytucje, np. żony Balcerowicza, które finansują tych, co protestują. Zawsze znajdą się ludzie, którzy zamiast pracy wybiorą dobrze opłaconą opozycję. Zachodowi na rękę jest dawać pieniądze na opozycję, żeby móc krzyczeć na cały świat, że łamie się prawo. Ale jak faktycznie oni sami je łamią, ludzie mogą od czasu do czasu zobaczyć na filmach” -wyjaśniał Alosza.

Pamiętam, w jakich służbach pracował Alosza. Maszerow nie raz mi mówił: „Masz okazję, więc ją wykorzystaj. Pytaj go, a on – jeśli może – to odpowie”. Teraz tu nad Niemnem po dwudziestu siedmiu latach od tych dni u Maszerowa zadałem mu pytanie:

„Co możesz teraz powiedzieć mi o wymordowaniu polskich oficerów w Katy­niu?” „Mogę, i to dużo, ale ty i twoi rodacy możecie w to nie uwierzyć.”

„Mimo że tak myślisz, to jednak powiedz mi” – poprosiłem.

„Katyń miał odegrać i na pewno by odegrał swoją rolę, gdyby nie atak Żukowa na NKWD. To był mistrzowski plan Berii i jego ludzi.

Po pierwsze. W Katyniu nie zginął ani jeden Żyd z polskiego wojska.

Za kadencji Chruszczowa kontrwywiad otrzymał pilne zadanie przesłuchania wszystkich funkcjonariuszy NKWD, którzy wykonywali egzekucje polskich ofice­rów. Oni pod groźbą prawnych i karnych sankcji zeznawali nam prawdę. Ja przecież nadzorowałem te przesłuchania i wszystkie protokoły czytałem.

Gdy wzięliśmy do niewoli wasze wojsko, to wśród Polaków byli też Żydzi. Ale w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku zgodnie z dyrektywą Berii, przeprowadzono selekcje i każdy Żyd natychmiast był zabrany. Umundurowany i uzbrojony wciela­ny był do NKWD.

Teraz posłuchaj uważnie – poprosił mnie Alosza – przecież były w pobliżu inne obozy z polskimi oficerami. Podlegali pod to samo dowództwo NKWD, które w po­bliżu w domach wypoczynkowych miało swój sztab.

Ten sam komendant NKWD, który miał nadzór nad oficerami i miał ich ewi­dencje, dostał polecenie, żeby wypuścić i dać prowiant na drogę dla 9000 oficerów, którzy zasilili armię generała Sikorskiego tworzoną w 1942 roku. Wśród wypusz­czonych i ocalałych był gen. Władysław Anders. Dlaczego te 9000 oficerów ocalało?

Uzbrojono ich i dano możliwość wyjścia z ZSRR? Bo do planów Berii potrzeb­na była konkretna ilość osób do konkretnego celu. Obecnie masowe ekshumacje potwierdzają, że wszyscy oficerowie mieli na sobie pełne kompletne umundurowa­nie, dystynkcje oficerskie i medale. Pozostawiono wszystkim pomordowanym ich zdjęcia rodzinne, listy, a nawet pamiętniki.

W okresie, gdy Armia Czerwona chodziła prawie boso, nie zdjęto ani jednej pary butów. Bo Beria i jego ludzie zakładali, że może być taka sytuacja, że pań­stwa zachodnie odnajdą pomordowanych, że zidentyfikowani będą stanowić do­wód zbrodni Stalina i w tej sytuacji musiałby odejść od władzy. Usiądź.” – poprosił Alosza. „Jestem roztrzęsiony tym, co mówię.”

„Powiedz mi – zwróciłem się do Aloszy – mówisz, że w Katyniu nie zginął ani jeden Żyd. A obecnie wśród krzyży są też gwiazdy Dawida.”

„W tej sprawie była bardzo konkretna dyrektywa z Moskwy do komendan­tów obozów. W czasie egzekucji polskich oficerów enkawudziści Żydzi wkłada­li do ubrań zabitych swoje dokumenty, a zabierali polskie i komisyjnie niszczyli. Otrzymywali zaraz inne papiery na inne niż ich nazwiska. Takie operacje zostały potwierdzone w czasie przesłuchań w Moskwie i są udokumentowane w naszych archiwach.”

„Powiedz mi Alosza, czy ci, co przeprowadzali egzekucje to byli wyłącznie Żydzi?”

„Nie, byli też Rosjanie. A więc wasi oficerowie byli elementem walki o władzę na Kremlu, tylko że Żuków w 1953 roku zastrzelił Berię na posiedzeniu biura.”

Milczeliśmy obaj długo patrząc jak Niemen wije się w lesie i płynie. „Co? Nie wierzysz mi?” – spytał Alosza? Wszystko, co powiedziałeś mi dwadzieścia siedem lat temu u Maszerowa sprawdziło się. Myślę, że musi nadejść taki czas, że uczciwi i obiektywni historycy napiszą prawdę bez strachu o życie.

Obecnie ta prawda jest dobrze ukrywana i jeśli byś z nią wyszedł do ludzi, to zrobią z ciebie wariata. Ironią losu był fakt, że pierwsza bitwa pierwszej polskiej dy­wizji pod Lenino miała miejsce w prostej linii przez las 20-30 km od miejsca, gdzie spoczywają pomordowani Polacy.

Nasi żołnierze nawet nie wiedzieli, że idąc do ataku na Niemców, idąc bojem do Polski przeszli po zbiorowych mogiłach swoich kolegów. Spotykaliśmy się z Alosza jeszcze kilka razy. Wiedział, co Brzeziński napisał w swoich książkach, o tym jak rozczłonkowywać Rosję na małe rejony, znał wypowiedzi amerykańskiej sekretarz stanu Madeleine Albraight.

„To się nie uda, bo oni nie znają narodu rosyjskiego, tego, do jakich ofiar jest zdolny, gdy coś mu zagraża. A i z nowymi typami broni jest u nas dobrze. Jest teraz podobnie jak za czasów Związku Radzieckiego, to znaczy: może brakować pienię­dzy na wiele rzeczy, ale nie na nowoczesną broń.

U nas Żydzi – mówił Alosza – oczywiście mogą żyć, będą jednak obserwowani i już nigdy nie osiągną tego, co zamierzali. Natomiast wy, w Polsce macie ich u siebie sporo i to w każdej partii politycznej. Ktokolwiek nie wygrałby w Polsce, Żydzi i tak będą mieli ogromny wpływ na waszą politykę” – powiedział wtedy.

Dowiedziałem się od Aloszy wielu bardzo ciekawych historii. Kilka miesięcy później obejrzałem w telewizji film dokumentalny, w którym radzieccy Żydzi mó­wili o tym samym, co Alosza, tyle że oni robili to ze swojego punktu widzenia – opo­wiadali, że to Stalin dokonywał zbrodni na Żydach, a nie oni na Rosjanach.

Posted in Patriotyzm, Polityka, Prześladowanie Chrześcijan, Szatan, Warto wiedzieć, Z prasy, Świadectwa, Świat innymi oczami | Otagowane: , , , | 13 Komentarzy »

Fundusz Obrony Narodowej – świadectwo

Posted by Dzieckonmp w dniu 9 czerwca 2010

Ze strony  fon.com.pl  Fundusz Obrony Narodowej – świadectwo o Katyniu.

Posted in Patriotyzm, Prześladowanie Chrześcijan, Warto wiedzieć, Świadectwa | Otagowane: , | Możliwość komentowania Fundusz Obrony Narodowej – świadectwo została wyłączona