Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Propozycja chronologiczna

    • Rok 2019 – Kryzys Rumunia
    • Rok 2020 – fałszywe traktaty pokojowe
    • Rok 2021 – Papież jedzie do Moskwy
    • Rok 2021 – Wojna
    • Rok 2022 – zwycięstwo komunistyczne
    • Rok 2023 – 10 królów
    • Rok 2024 – Antychryst
    • Rok 2025 – Sojusz z wieloma
    • Rok 2025 – Synod
    • Rok 2026 – Henoch i Eliasz
    • Rok 2028 – Ohyda spustoszenia
    • Rok 2029 – Ostrzeżenie
    • Rok 2030 – Cud
    • Rok 2031 – Nawrócenie Izraela
    • Rok 2032 – Kara
    • Rok 2032 – Odnowienie świata
    • Rok 2033 – Exodus
    • Rok 2034 – Zgromadzenie w Jerozolimie
    • Rok 3032 – Gog i Magog
    • Rok 3213 – Koniec świata
    • Nowe niebiańskie Jeruzalem.
  • Ostrzeżenie

    13 kwietnia 2029
    7,5 lat pozostało.
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Posts Tagged ‘ks.Bartnik’

Jaka jest zgodność między Chrystusem a Beliarem?

Posted by Dzieckonmp w dniu 17 kwietnia 2011

Ks. prof. Czesław S. Bartnik



W życiu społecznym funkcjonuje powszechnie od tysiącleci hasło o potrzebie jedności i zgody. Jest ono bardzo słuszne i wspaniałe, jednakże musi być właściwie rozumiane. Może być bowiem również znieprawione i używane jako narzędzie do walki z innymi ludźmi w celu podporządkowania ich sobie, co np. miało u nas miejsce w czasie niedawnej kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi. Dla ludzi i społeczności nierefleksyjnych hasło jedności może kryć w sobie groźną zasadzkę pod pozorami piękna i wzniosłości.

Święty Paweł pisze: „Co łączy sprawiedliwość z bezprawiem? Cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Jaka jest zgodność między Chrystusem a Beliarem? Co łączy wierzącego z niewierzącym? (…) Co ma wspólnego świątynia Boga z posągami bożków? (2 Kor 6, 14-16). I oto wielu ludziom nierefleksyjnym może się wydawać dziś, że Sobór Watykański II w życiu społecznym odrzucił tę naukę św. Pawła i głosi w życiu społecznym jedność i zgodę sprawiedliwości z bezprawiem, prawdy z fałszem, dobra ze złem, świętości z grzechem, Chrystusa z Antychrystusem, wiary z ateizmem. Mówi się bowiem, że Sobór każe katolikom jednać się ze światem, dialogować ze wszystkimi, rozwijać ekumenizm i reinterpretować Biblię i wiarę dla osiągania zgodności ze współczesnymi prądami intelektualnymi. I faktycznie tak uczą całe grupy nawet teologów zachodnich, oszołomionych liberalizmem.

Czego uczą św. Paweł i Sobór?
Uczą jednakowo o konieczności jedności i zgody z innymi ludźmi, ale tylko w prawdzie, dobru, wierze w Boga, fundamentalnej moralności. Kiedy nie ma wspólnych tych podstaw, to jedność ma sens tylko na obszarach neutralnych aksjologicznie. W ogóle tych „innych” należy miłować jako ludzi, nie tylko ich tolerować, i należy zgodnie współpracować z nimi, wspólnie prowadzić całe życie społeczne, polityczne i kulturalne w tym, co prawdziwe, dobre, pożyteczne, ale bez relatywizacji systemów, bez przechodzenia na ich systemy wartości, bez mieszania naszych wartości z tamtymi wartościami i bez wyrzekania się swoich podstawowych wartości także na płaszczyźnie życia publicznego. Czyli poglądy osobiste inne nie mogą różnić się od publicznych. Jeśli wartości nasze i ich są fundamentalnie sprzeczne, to taka jedność byłaby fałszywa, bezsensowna i całkowicie rujnująca całe życie społeczne. W ten sposób katolicy niemieccy znieprawili życie społeczno-polityczne, godząc się na system hitlerowski, tak znieprawili Rosję prawosławni, utożsamiając się ze zbrodniczym stalinizmem, i tak, niestety, znieprawiają życie, nie tylko państwowe, ale i kościelne, współcześni katolicy, przyjmując wielki obszar zgodności z nihilistycznym liberalizmem. I jest bardzo niepokojące to, że katoliccy teoretycy życia społecznego często nie dostrzegają tych problemów.
Z kolei zasada jedności i zgody jest absolutnie konieczna wewnątrz danej społeczności, choć tylko w sprawach fundamentalnych, jak np. jedna i ta sama wiara wewnątrz Kościoła. Natomiast na całym obszarze spraw wtórnych zachodzą i powinny zachodzić różnice w ujęciach, sposobach życia i realizacji celów na drogach do dobra społecznego. Nasze bowiem ujmowanie prawdy czy wartości, nawet najwyższej, jest zawsze aspektowe. I tutaj powinno być wiele kierunków i partii. Wszakże pluralizm liberalistyczny, według którego wszystkie ujęcia są prawdziwe i dobre, np. że Bóg istnieje i zarazem, że Bóg nie istnieje, jest samozniszczeniem umysłu. Zresztą pluraliści są albo ciemniakami, albo oszustami, gdyż w praktyce chcą, żebyśmy pod hasłem jedności i zgody przechodzili tylko na ich pozycje.
Szczególnym przypadkiem jest ateizm społeczny i państwowy. Otóż ateizm teoretyczny i praktyczny w wymiarze jednostkowym jest sprawą sumienia danego człowieka i jest – możemy powiedzieć – uprawniony w życiu zbiorowym. Zresztą może on być pokusą każdego człowieka, bo całą problematykę Boga i wiary wprost trudno w głowie pomieścić. My, wierzący, takich ateistów szczególnie miłujemy, choć w zatroskaniu ducha, i współpracujemy z nimi jak z braćmi. Z chwilą jednak, gdy ateista, zwłaszcza społeczność lub organizacja ateistyczna, chce urządzać nasze życie na bazie ateizmu, chce człowieka wierzącego i wspólnotę wierzących ograbić z wiary i czyni to z nienawiścią do naszej wiary i do nas samych, to jest to już wielkie zło moralne i przestępstwo prawne. Taki ateizm wojujący jest wielkim złem społecznym i indywidualnym. Toteż nie możemy czuć się jednością w sprawach ateistycznych. Zresztą ateizm społeczny niszczy samą istotę życia społecznego, co można dostrzec w hitleryzmie, marksizmie, nihilizmie i dzisiejszym liberalizmie skrajnym. Ostatnio widzimy dobrze, jakie spustoszenie poczynił ateizm marksistowski w wyższych sferach rosyjskich. Trwa ono do dziś i widoczne jest choćby w sposobie prowadzenia śledztwa w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Toteż Kościół katolicki w Polsce nie może się chować po piwnicach, lecz powinien otwarcie i mężnie stawić czoła wojującemu ateizmowi złych partii, a współpracować z tymi partiami na neutralnych obszarach dopiero po zabezpieczeniu się przed bezwzględną agresją ateistyczną, którą teraz niestety uprawiają np. SLD i inne ugrupowania ateizujące. Katolicy nie mogą być w życiu społecznym tylko chłopcami do bicia przez wojujących ateistów. My, tzn. nie tylko duchowni, ale także wszyscy polscy obywatele katoliccy, którzy też są Kościołem. Musimy to zrobić, bo za kilkadziesiąt lat będą w Polsce rządzili sami ateiści publiczni, bo już i teraz oni wiodą prym. Na przykład PiS jest dlatego tak gwałtownie atakowane, że przychyliło się zdecydowanie do postawy katolickiej. Również pan prezydent najchętniej odznacza wysokimi orderami społecznych i politycznych ateistów. Widocznie uważa, że oni najlepiej Polsce służyli i służą.
Szaleństwo władzy
Jakkolwiek od tysiącleci trwa walka o władzę, nieraz bratobójcza, to jednak, jeśli ta władza jest zła, jeśli ma na celu tylko rozkosz władania ludźmi, a nie dobro wspólne, to jest to wielka tragedia społeczna. U nas budzi się lęk, co będzie się działo tuż przed wyborami jesiennymi, skoro już teraz partia źle rządząca organizuje wszystkie siły, nie tylko swoje, ale i państwowe, instytucjonalne i medialne, często niepewne co do legalności, żeby utrzymać się przy władzy, choćby po trupach w sensie metaforycznym. Całe życie społeczne zostało u nas zredukowane jedynie do wygrania wyborów i to zatruwa całą atmosferę. Władza jest uważana za wartość wyższą niż sam człowiek i Bóg. Postawę taką przypomina w pewnym sensie scena biblijna. Oto król żydowski Herod Wielki, władca bardzo okrutny, ale wynoszący swą władzę wyżej od Boga, wpadł we wściekłość, kiedy się dowiedział, że narodził się „nowy król Izraela” w sensie religijnym: „Gdy to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima (…) i kazał zabić w Betlejem i w całej okolicy wszystkich chłopców” (Mt 2, 3.16). Jeśli więc władza jest pojmowana i realizowana moralnie i po Bożemu, to należy o taką władzę walczyć, bo od niej zależy prawie całość życia państwowego, nie wolno jej zostawiać Beliarowi. Ale jeśli walczy się o władzę tylko dla niej samej, dla samej pychy władzy i odrywa się ją od najwyższych wartości i od Boga, co łączy się zwykle z deptaniem przeciwników i niszczeniem kraju, to dzieje się wtedy bardzo ciężkie zło społeczne i ogromne nieszczęście. Z taką postawą katolik nie może się jednoczyć, wręcz odwrotnie – musi społeczeństwo przed nią ratować.

Jeszcze o RAŚ
Nie można się godzić na perfidną walkę o głosy na Śląsku z wykorzystaniem szkodliwych idei Ruchu Autonomii Śląska. Oto Platforma Obywatelska z jednej strony po cichu wspiera dążenia RAŚ do uznania „narodowości śląskiej”, co wyszło na jaw w wyborach samorządowych, w zamieszczeniu w spisie powszechnym pytania o „narodowość śląską” i w ideowym wspieraniu daleko idącej regionalizacji państwa polskiego, a z drugiej strony podniosła histeryczny krzyk, gdy Jarosław Kaczyński mocno zanegował tendencje separatystyczne Śląska, i zarzuciła mu perfidnie, że to on już uznał cały Śląsk za niepolski. Takie zagrania PO, trwające już ponad trzy lata, bardzo zatruwają całą atmosferę życia publicznego w Polsce. Nie można się na nie godzić.
Nie mówimy tu o całym Śląsku ani nawet o całym Górnym Śląsku, lecz tylko o RAŚ, który niewątpliwie ma na celu ostatecznie całkowicie oderwać Śląsk od Polski. Zanalizujmy krótko, co mówi szef RAŚ. Powtarza on wyraźnie: „Nie jestem Polakiem, tylko Ślązakiem”. Co to konkretnie znaczy? W sensie etnicznym oznacza to narodowość nie polską, lecz śląską. W sensie obywatelsko-państwowym oznacza: nie jestem obywatelem państwa polskiego, tylko śląskiego, zaś w sensie historyczno-kulturowym – nie należę do kultury polskiej, tylko do śląskiej. Przy tym śląskość została oddzielona od polskości, a nie została oddzielona od niemieckości czy od śląskości niemieckiej, co już zahacza o problem granic. W ogóle ideologów RAŚ cechuje duży mętlik pojęciowy, chyba po to, żeby ogłupić resztę Ślązaków, których jest ok. 3-4 mln, a którzy byliby w autonomii tylko masą służącą 200 czy 300 tysiącom Górnoślązaków.

Bez zgody na złą gospodarkę
Nie można tworzyć jedności z samochwalcami, którzy faktycznie prowadzą kraj do ruiny gospodarczej, przyjmując – bardziej dosłownie niż Zachód – wszystkie błędne doktryny ekonomiczne liberalizmu, ponoszące totalną już klęskę w Grecji, Irlandii, Portugalii, Hiszpanii, we Włoszech i powoli w całej UE.
Rośnie u nas w niezwykłym tempie dług publiczny, który pod koniec roku 2011 może sięgnąć 800 mld zł, i jeśli tak dalej pójdzie, to w roku 2060 wyniesie 500 proc. PKB (prof. A. Kaźmierczak).
Następuje gwałtowny spadek rozwoju gospodarczego. Około 7 mln ludzi żyje na granicy ubóstwa, a ok. 2 mln w nędzy. Mamy ponad 13 proc. bezrobotnych i ok. 500 tys. bezdomnych. Prawie połowa dzieci w szkołach jest niedożywiona. Z powodu złej organizacji pracy miliony młodych Polaków wyjeżdżają za granicę za chlebem, teraz zapewne około dwóch milionów wyjedzie do Niemiec. Naród Polski traci siły. Źle się dzieje właściwie w każdej dziedzinie życia. Nie sposób tu wszystkiego opisać. Wspomnijmy tylko, że gospodarze liberalni zapomnieli u nas o rzemiośle. Brakuje rzemieślników. A rząd nie ma na to żadnego pomysłu. Ministerstwa są zupełnie niekompetentne. Oto np. tnie się płace stażowe dla uczniów przygotowujących się do rzemiosł, dając im 200 zł na miesiąc, podczas gdy Niemcy zapraszają ich do siebie i w pierwszym roku nauki oferują im 3 tys. zł, a na trzecim roku już 7 tys. złotych. A ministerstwo liberalistyczne ma wspaniałe samopoczucie. Albo weźmy przykład z cukrem. W ciągu ostatnich lat nasi rządcy zlikwidowali 20 cukrowni w kraju, niektóre – jak w Lublinie – najnowocześniejsze, a prawie całą resztę sprzedali Niemcom. Teraz Polacy muszą sprowadzać cukier z niemieckich cukrowni w Polsce, a ten już kilka razy podrożał. W źle prowadzonej gospodarce unijnej jest po prostu dużo idiotyzmów, a polskie władze to kupują, bo chcą być „postępowe”.
Zły budżet ratuje się przez podniesienie podatku VAT, przez przeniesienie części OFE na ZUS i przez liczne, ostrzejsze niż na Zachodzie, cięcia budżetowe, często przy przerzucaniu bardzo wielu dziedzin na samorządy. Tnie się wszystkie fundusze socjalne, likwiduje się niektóre szpitale, przychodnie, nawet oddziały dziecięce, szkoły (w tym roku ma być zlikwidowanych ok. 500 szkół), niektóre apteki, biblioteki, punkty oświatowe, mniejsze oddziały pocztowe, muzea, placówki kulturalne, placówki dyplomatyczne. Wstrzymuje się repatriację w szerszym zakresie. Okrawa się po części budżety na drogi, autostrady, uniwersytety, na naukę, na wojsko, na kulturę, na studentów ubogich, na cały szereg instytucji pozarządowych. Cofa się dotacje na czasopisma, zwłaszcza patriotyczne. Wszystkich tych posunięć nie sposób wyliczyć. Dzieje się tak po części dlatego, że władze są nieudolne i nie dokonują reformy podatków przed wyborami, a po części dlatego, że są zafascynowane doktrynami unijnymi, dla których ludzie niebogaci są „sami sobie winni” i nie powinni być specjalnym przedmiotem troski w nowoczesnym państwie. Są oni przydatni współczesnej arystokracji różnego autoramentu jedynie jako masa głosująca, która zresztą powinna być odpowiednio manipulowana przez media.
Nie podzielamy błędnej tezy liberalizmu, że jedynie i wyłącznie prywatne posiadanie przedsiębiorstw, firm, spółek i zakładów jest pożyteczne i sensowne oraz że posiadanie społeczne i państwowe jest zawsze szkodliwe dla gospodarki. Jest to dogmat sekciarzy. W tym duchu, niestety, prowadzi się u nas od roku 2009 prywatyzację ponad 170 tych jednostek, wśród nich nawet takich jak: Grupa Lotos, KGHM Polska Miedź, Polska Grupa Energetyczna itd. (zob. „Nasza Polska”, 6.10.2009, s. 4). Rząd myśli nawet o sprzedaniu wszystkich lasów. Kraj staje się wyprzedany, nie mamy nic swojego, produkcyjnie jesteśmy bankrutem, wszystko musimy kupować od obcych właścicieli. Tymczasem obcy nabywcy na początku długo nie płacą podatków, szybko, wbrew umowom, zwalniają pracowników, często ukrywają właściwe dochody, zarobki wywożą do swoich krajów i narzucają nam swoje prawa gospodarcze. Powstaje wręcz wrażenie, że taką pełną i powszechną prywatyzację powoduje od lat nieudolność rządzących, jednocześnie pozbawionych zmysłu polskiego (por. Maria Adamus, „Nasza Polska”, 21-28.12.2010).
Nie można również przechodzić na pozycje tych ministerstw, które rozwalają całą służbę zdrowia, oświatę polską, edukację i szkolnictwo wyższe. Przecież służba zdrowia jest tak „reformowana”, że spośród uboższych będą się mogli leczyć tylko nieliczni szczęśliwcy. Edukacja zaś niszczy ducha dzieci i młodzieży. A uniwersytety, poza „flagowymi”, będą musiały zejść do poziomu jakichś prywatnych kolegiów samowystarczalnych finansowo. Ostatnio wywołało sensację to, że pewna wysoka figura zrobiła trzy proste błędy ortograficzne w jednym krótkim zdaniu. Ale po takim „zreformowanym” nauczaniu liberalnym absolwent będzie mógł bić rekordy Guinnessa, robiąc w jednym słowie kilka błędów ortograficznych: zamiast „Łódź” pisząc po prostu „uć”.

Nie ma jedności między prawdą a fałszem
Zgadzać się możemy tylko z politykami i władcami, którzy nie traktują polityki jako jedynie sztuki oszukiwania, grabienia i zdobywania sobie głosów ciemnych lub złych obywateli, lecz traktują ją jako zaszczytne powołanie do pełnego służenia społeczeństwu na sposób materialny i duchowy. Nie możemy się godzić na politykę opartą na ideologii liberalnej, która ostatecznie zmierza do ateizacji, zniesienia ogólnoludzkiego kodeksu moralnego, niszczenia najwyższych wartości, a przez to w dużym stopniu sprzyja zakłamaniu, korupcji, złemu prawodawstwu, deprawacji dzieci i młodzieży, narkomanii, znieprawieniu sądownictwa i do ogólnej przestępczości (w 2011 r. w Polsce działa ok. 500 grup przestępczych). Nie możemy poczuwać się do jedności z premierem, który dąży uparcie do zniesienia, wywalczonej z trudem przez Lecha Kaczyńskiego, klauzuli chroniącej Polskę przed złą Kartą Praw Podstawowych i który nadal powtarza, że „polskość jest nienormalnością” i że „patriotyzm polski to romantyzm” („Gazeta Wyborcza”, 19-20.03.2011), czyli jest czymś pozbawionym realizmu i wartości. Dla katolików polskich nie może być wzorcem etycznym Elizabeth Taylor, która 8 razy wychodziła za mąż, w tym 2 razy za tego samego mężczyznę. Nie pochwalamy też dewaluacji polskości, według której jeśli ktoś tylko dłużej i mocniej atakuje polskość, to zaraz otrzymuje wysokie ordery. Nie służy to jednoczeniu Polaków, lecz relatywizacji patriotyzmu.
Nie możemy się godzić z PO, która redukuje życie państwa do samej partii. W rezultacie Polską nie rządzi rząd polski, lecz rząd propartyjny i stąd traktowanie wszelkiej opozycji jako wrogów całej Polski. Przy czym znowu życie wewnątrz partii sprowadza się do walk frakcyjnych (akurat to samo, co prof. Adam Gierek zarzuca PZPR w ostatniej fazie). Okazało się nawet, że Jerzy Buzek, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, nie reprezentuje tam Polski, tylko samą PO, popiera ją na wszystkie sposoby w wyborach, nie przyszedł na wysłuchanie publiczne w sprawie katastrofy smoleńskiej i nie przysłał żadnego ze swych 14 zastępców w PE. Może według Unii Europejskiej są w Europie tylko cztery państwa, a reszta to zwykłe regiony, a może według Parlamentu Europejskiego nie ma już państwa polskiego, jest tylko region nadwiślański?
Nie możemy godzić się na degradowanie kultury polskiej, materialnej i duchowej. Liberalizm niszczy wszystkie wyższe wartości, a także autorytety, szczególnie rodziców, bohaterów, profesorów, lekarzy, nauczycieli, doskonałych fachowców, księży i wielkich moralistów. W tym ujęciu jakże często literatura staje się plugawa, co zresztą jest kanonem dla postmodernistów. Kiedy ktoś np. napisał książkę komiksową dla Polaków i Niemców „Chopin. New Romantic” językiem wprost obrzydliwym, to nie miał sobie nic do zarzucenia, bo taki ma być dziś trend literacki, „by Chopin nie wyszedł nadęty, uczesany i prostolinijny”. Czyli człowiek wielki i godny to sama nuda i politura.
Nie możemy się swatać z monopolistami mediów w postaci układu PO, SLD, PSL i „Gazeta Wyborcza”. Nie możemy się zgadzać ani z wyrzucaniem z mediów programów rzetelnych, obiektywnych, patriotycznych i niecmokających władzy, ani z programami nierzadko czysto propagandowymi, antypolskimi i antyreligijnymi. W tej sytuacji zrozumiałe jest, że są tak gwałtownie zwalczane Radio Maryja i Telewizja Trwam, gdyż mają autentyczną wartość, choć są ubogie. W mediach często się mówi, że dla uzyskania jedności społecznej „trzeba nam zmienić język”. Otóż nie język, lecz treść, myślenie, po prosu trzeba przestać językiem oszukiwać. Nie możemy się zgadzać z niskim poziomem intelektualnym mediów na płaszczyźnie społeczno-politycznej i filozoficznej. Co bardziej inteligentni, zdolni i prawi dziennikarze są usuwani na bok. Można wybaczyć nieudolne wystąpienia niektórych polityków słabo wykształconych, przez to bardziej podatnych na otumaniającą propagandę, ale jak usprawiedliwić najwyższe autorytety naukowe i państwowe, które tak mówią, jakby przyleciały z Marsa i już niczego nie rozumiały.
Ciągle zarzuca się jeszcze, że pisowcy, patrioci i tradycjonaliści religijni podzielili Polskę na dwie części. Czyż nie widzą, że podział ten powstał już przy Okrągłym Stole, a nawet wcześniej, już w „Solidarności” w 1981 r., kiedy to liberałowie nie chcieli dopuścić, by powstała Polska II Rzeczypospolitej? Potem PiS i PO utworzyły dwie koncepcje Polski. A najostrzejszy konflikt wszczął Bronisław Komorowski, który po wyborze na prezydenta zażądał usunięcia Krzyża Pamięci, proklamując, zgodnie z UE i Unią Wolności, że Polska będzie państwem ateistycznym, a religia musi zejść do prywatności. Dlaczego komentatorzy, zarówno świeccy, jak i duchowni, nie mogą zrozumieć, że motywem usunięcia krzyża była ostatecznie ateizacja państwa? Normalni Polacy nie chcą państwa ateistycznego. Żeby więc ten wielki konflikt wygasić, musiałby prezydent zmienić koncepcję państwa polskiego i przeprosić katolików. Bez tego nie będzie jedności i zgody między katolikami a ateistami publicznymi.
Nie można wreszcie zgodzić się z tymi, którzy walczyli z patriotyczną koncepcją Polski, poniewierali jej prezydentem Lechem Kaczyńskim, chcieli mu odebrać wszystkie kompetencje polityczne, nie dopuszczali go do Katynia i obierali politykę uległości wobec Niemiec, a przede wszystkim Rosji. Większość mediów mówi obłudnie, że chodziło tylko o różnice osobowe między Tuskiem a Kaczyńskim. Nie! Chodziło o koncepcję Polski. Najgorzej, że ta prawie wasalska koncepcja Polski wobec Rosji nadal jest podtrzymywana, mimo że w trakcie badań nad katastrofą smoleńską Rosja okazuje się bardzo brutalna, butna i zakłamana. Dobrym obrazem tego jest też zdjęcie 9 kwietnia br. polskiej tablicy z kamienia upamiętniającego katastrofę w Smoleńsku – nocą, tajnie, bez powiadomienia na czas Polaków i tuż przed przyjazdem Anny Komorowskiej z częścią rodzin smoleńskich, a później prezydenta Bronisława Komorowskiego. Przy tym Rosjanie znowu brutalnie oszukują. Powiadają, że chodzi jedynie o to, by był również napis w języku rosyjskim na ziemi rosyjskiej, tymczasem chodzi nie tyle o język, ile o treść. Rosjanie nie mogli ścierpieć, że polski tekst mówił o Katyniu i o zbrodni ludobójstwa oraz nadawał wydarzeniu charakter polityczny. Według nich, byli to cwaniacy polscy, którzy wbrew Władimirowi Putinowi i Donaldowi Tuskowi lecieli sobie do Katynia, żeby ukazać światu rosyjskie ludobójstwo na Polakach. I przez to polskie cwaniactwo zginęli tak po prostu, z własnej winy. Mentalność rosyjską niełatwo zrozumieć, ona nie jest ani europejska, ani łacińska.
Żeby tworzyć jedność i zgodę przy różnych postawach zasadniczych, różnych koncepcjach człowieka, życia, wartości, polityki, państwa, narodu, Kościoła, trzeba dogłębnych analiz, dyskusji między stronami, a przede wszystkim moralnej i dobrej woli. Owszem, można się jednoczyć na płaszczyźnie praktycznej w sprawach drugorzędnych, ale nie w sprawach fundamentalnych i przy jawnym łamaniu podstaw etycznych. Trzeba, żeby u nas obie strony, PO i PiS, ujawniły społeczeństwu do końca swoje programy, ostateczne cele i założenia ideowe, i wtedy żeby były gotowe pójść mimo wszystko w pewnych kwestiach na kompromis. Nawoływanie z zewnątrz: „pogódźcie się, bo jesteście obie winne”, jest banałem. Nie można też mówić, że obie partie są niewinne. Kiedyś mój kolega godził rozrywające się małżeństwo: brał każdą stronę osobno, wysłuchiwał ją i obu stronom przyznawał całkowitą rację w ich żalach. Nie miało to sensu. Z czasem małżonkowie pogodzili się sami, kiedy wyłożyli sobie nawzajem wszystkie bolączki. Toteż i co do Polski trzeba w obliczu Boga i sumienia określić dokładnie żale obu stron, wytknąć błędy lub winy z żądaniem ich usunięcia. Jeśli któraś partia, PO czy PiS, tudzież SLD, trwa w wielkich błędach i winach, a nie chce ich usunąć, to świadomi wyborcy powinni okazać jej całkowitą dezaprobatę. Oczywiście, muszą tu odegrać swoją rolę media: rzetelne, mądre i etyczne. Nasze obecne – poza Radiem Maryja i Telewizją Trwam – takich cech w należytym stopniu nie wykazują. I tu jest ból (nie bul). W każdym razie nie może być jedności dobra ze złem, prawdy z fałszem i wartości z antywartościami.

Źródło: Nasz Dziennik

Posted in Ciekawe, Kościół, Patriotyzm, Polityka, Z prasy | Otagowane: , , | 28 Komentarzy »

Objawienia w Siekierkach w 1943 roku odnoszące się do Powstania Warszawskiego

Posted by Dzieckonmp w dniu 4 grudnia 2010

[Teraz, po prawie siedemdziesięciu latach od tamtych Objawień, gdy rozpusta , zboczenia i mordowanie dzieci są usankcjonowane, – gdy ludzie już do nich „przywykli”, – gdy zaraza „demokratycznych głosowań” nad Prawdą i zwycięstw niejawnych nacisków dotknęła nawet tych, którzy posiadają prawdziwą Sukcesję Apostolską – biskupów, i pozwalają sobie oni na „głosowania” i na głoszenie (np. ustami bpa Budzika) ewidentnych fałszów teologicznych i błędów logicznych, gdy ci „postępowcy” pozwolili wychować w seminariach nowe pokolenia jeszcze bardziej rozluźnionych, tolerancyjnych i „godnością człowieka” zainteresowanych kapłanów.
– o ileż trudniej nam wykrzesać w sobie Nadzieję
– o ileż słabsi jesteśmy niż kobieciny roznoszące wtedy „na gospody” warzywa w mieście.
A jednak – Pośredniczka Wszystkich Łask zwycięży… „W KOŃCU” md]

Objawienia na Siekierkach (1943) a Powstanie Warszawskie
Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej
[za: Samorządna Polska, nr. 8/2010 md]
Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.
Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!
Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.
3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.
W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.
W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.
Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki, W.A.B. 2009; Sławomir Koper, Życie prywatne elit drugiej Rzeczypospolitej, Bellona Warszawa 2009
Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.
W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]
Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.
Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.
Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!
Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.
Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]
Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.
Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!
Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!
Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.
Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.
Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.
Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.
Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].
Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.
Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…
Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.
Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.
Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.
Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!
Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje!
Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.
W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?
1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.
Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście.
Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku:
[….]
1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.
Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło,
Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?…
Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile,
Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…
Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko za­mordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!
Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).
Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.
Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszaw­skiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!
Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu.
Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !
Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!
Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.
W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.
4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku).
Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty.
I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”
12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.
Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek kró­lował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!
Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku:
. lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem;
. papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze;
ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku;
. w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian;
. Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców;
. rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto;
. warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę;
. nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118);
. zapomniano, że : bez Boga ani do proga!
Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.

Koniecznie wejdź do wpisu: Modlitwa w intencjach Królowej Pokoju

Posted in Kościół, Objawienia, Patriotyzm | Otagowane: , , , , , , , , | 23 Komentarze »