Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Propozycja chronologiczna

    • Rok 2019 – Kryzys Rumunia
    • Rok 2020 – fałszywe traktaty pokojowe
    • Rok 2021 – Papież jedzie do Moskwy
    • Rok 2021 – Wojna
    • Rok 2022 – zwycięstwo komunistyczne
    • Rok 2023 – 10 królów
    • Rok 2024 – Antychryst
    • Rok 2025 – Sojusz z wieloma
    • Rok 2025 – Synod
    • Rok 2026 – Henoch i Eliasz
    • Rok 2028 – Ohyda spustoszenia
    • Rok 2029 – Ostrzeżenie
    • Rok 2030 – Cud
    • Rok 2031 – Nawrócenie Izraela
    • Rok 2032 – Kara
    • Rok 2032 – Odnowienie świata
    • Rok 2033 – Exodus
    • Rok 2034 – Zgromadzenie w Jerozolimie
    • Rok 3032 – Gog i Magog
    • Rok 3213 – Koniec świata
    • Nowe niebiańskie Jeruzalem.
  • Ostrzeżenie

    13 kwietnia 2029
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Posts Tagged ‘Nawrócenia’

Abp Hoser: Medjugorie to dziś duchowe płuca Europy

Posted by Dzieckonmp w dniu 13 września 2018

Medjugorie to dziś duchowe płuca Europy, gdzie miliony ludzi odkrywają Boga i piękno Kościoła – powiedział abp Henryk Hoser w rozmowie z KAI, zachęcając kapłanów do przybywania z posługą sakramentalną do tego miejsca. Od 22 lipca br. emerytowany biskup warszawsko-praski pełni funkcję wizytatora apostolskiego o charakterze specjalnym dla parafii w Medjugorie, na czas nieokreślony i ad nutum Sanctae Sedis (do dyspozycji Stolicy Apostolskiej). Jego zadaniem jest usprawnienie miejscowego duszpasterstwa.

Rokrocznie do Medjugorie przybywa ok. 2,5 mln osób z całego świata i liczba ta powoli się zwiększa. Choć mozaika wiekowa jest duża, to jednak największy odsetek stanowią ludzi młodzi. Zdecydowana większość pątników przyjeżdża z Polski i z Włoch. Wiele grup przybywa także z krajów Europy Zachodnie, w tym z Hiszpanii, Niemiec, Holandii, a nawet z Francji. – To są w większości ludzie, którzy pochodzą z „Kościoła zanikowego” w którym praktyka spowiedzi jest już rzadkością i nagle doświadczają działania Bożej łaski. Największym fenomenem są masowe nawrócenia i spowiedzi – powiedział abp Hoser. Dodał, że 50 konfesjonałów obleganych jest długimi kolejkami, do tego stopnia, że kapłani nie nadążają nawet spowiadać.

– Co ciekawe, ludzie wracając do swoich środowisk mają w sobie głęboką potrzebę przekazywania swojego doświadczenia dalej, a wiec radości ze spotkania z Bogiem, z odnalezienia sensu życia – podkreślił hierarcha. – To, co również zdumiewa, to fakt, że w wielu krajach istnieje już sieć pielgrzymów, którzy nawiedzili Medjugorie. Organizują się, spotykają, wspólnie się modlą, a nawet podejmują konkretne działania na rzecz społeczności lokalnej, czy miejscowego Kościoła – zwrócił uwagę abp Hoser.

Podkreślił, że kult maryjny w Medjugorie ma charakter chrystocentryczny – Większość liturgii skoncentrowana jest na misterium Jezusa Chrystusa, a więc na Eucharystii i tych elementach, które do niej prowadzą. – Szczególne miejsce odgrywa sam sakrament pokuty i pojednania, który prowadzi do komunii z Bogiem i z ludźmi – zaznaczył hierarcha.

– Obok działań liturgicznych i para-liturgicznych, które mają charakter pobożnościowy, przybywający do Medjugorie pielgrzymi uczestniczą codziennie w katechezach, które głoszą ich duszpasterze, stali kapelani lub miejscowi franciszkanie. Jest to szansa na pogłębienie świadomości wiary. Nie możemy bowiem zapominać, że autentyczna wiara ma charakter rozumny, co pokazuje nam przykład Najświętszej Maryi Panny – zwrócił uwagę abp Hoser.

Wspomniał też, że wielu młodych ludzi decyduje się na odprawienie w Medjugorie tygodniowych rekolekcji zamkniętych połączonych z postem o chlebie i wodzie. Odbywają się one przez cały rok w tzw. „Domu Pokoju”. W Medjugorie odbywają się również kongresy dla poszczególnych grób zawodowych, np. dla pielęgniarek, lekarzy, spowiedników, czy rekolekcjonistów.

Mówiąc o działalności charytatywnej, którą w Medjugorie prowadzi wiele grup i stowarzyszeń abp Hoser zwrócił uwagę na Wspólnoty Cenacolo. – Zajmują się one leczeniem młodych osób uzależnionych od alkoholu i narkotyków. Jest Cenacolo dla kobiet i Cenacolo dla mężczyzn. – Niesamowitym doświadczeniem jest spotkanie ludzi, którzy z osób uzależnionych na nowo stają się ludźmi wolnymi, pełnymi życia i perspektyw. Co ciekawe jedną z metod stosowanych w tych ośrodkach jest benedyktyńska zasada modlitwy i pracy, a więc ora et labora. To stawia uzależnionych na nogi – dzielił się abp Hoser.

Wśród wyzwań i planowanych zmian wymienił potrzebę rozbudowy infrastruktury. Zaznaczył, że w pierwszej kolejności potrzebne jest zabezpieczenie przestrzeni liturgicznej. – Wobec wysokich temperatur w miesiącach letnich, które sięgają nawet 40 stopni Celsjusza i niskich w czasie zimy, konieczne staje się stworzenie zadaszenie dla wielkiej esplanady. Trzeba również poszerzyć przestrzeń dla rekolekcji i stworzyć nowe miejsca, w których można będzie odprawiać msze św. zwłaszcza, że pielgrzymi pochodzą z różnych państw i grup językowych, tak by mogli w swoich grupach przeżywać Eucharystię – powiedział abp Hoser.

gosc.pl

Posted in Medziugorje | Otagowane: , , | 52 Komentarze »

Co roku 6 mln wyznawców islamu prosi o chrzest

Posted by Dzieckonmp w dniu 19 grudnia 2012

Co roku 6 mln wyznawców islamu prosi o chrzest. „Drogi Ojcze Święty, przyjmij w Watykanie nawróconych do Jezusa muzułmanów” – napisał w liście do Benedykta XVI jeden z nich – Magdi Cristiano Allam.

chrzest islamSłowami: „Ojcze Święty, nie bacząc ani na obawy przed zemstą islamistów, ani na opór wewnątrz Kościoła, miałeś odwagę udzielić mi chrztu św. Teraz proszę Cię, byś przyjął mnie z delegacją muzułmanów nawróconych na chrześcijaństwo w Europie i na świecie – zwrócił się do papieża Allam, były dziennikarz, parlamentarzysta, założyciel prawicowej partii »Io amo Italia«. – Chcemy, by Kościół katolicki przestał się bać przekonywać muzułmanów do prawdy o Chrystusie”.
Apel do Benedykta XVI przedrukował jeden z największych włoskich dzienników „Il Giornale”. Dokładnie w czasie, gdy w Rzymie trwał Synod Biskupów poświęcony nowej ewangelizacji. Przypadkowa zbieżność? Wydaje się, że nie. Kwestia ewangelizacji muzułmanów, czy wyznawców innych religii, budzi wciąż dyskusje i kontrowersje szczególnie w kontekście dialogu międzyreligijnego. Ale podjęli ją biskupi. 
„Głoszenie Dobrej Nowiny i Jezusa jest obowiązkiem każdego chrześcijanina, wypływającym z Ewangelii”, a „każdy człowiek ma niezbywalne i pełne prawo, niezależnie od wyznawanej religii czy jej braku, móc poznać Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelię” – przypomnieli. 
List Allama i publikacja w „Il Giornale” miały być dodatkowym impulsem w debacie o nowej ewangelizacji. Czy ma ona ograniczać się tylko do Kościoła, obudzić uśpionych katolików? Czy z Chrystusem mamy wyjść tylko do ateistów? A co z muzułmanami, buddystami, maoistami, hinduistami? Czy oni nie mają prawa spotkać Chrystusa? Kto ma im w tym pomóc jak nie chrześcijanie? Zarówno świadectwo Allama oraz jego apel do papieża, jak i szokujące dane o konwersjach z islamu na katolicyzm zmuszają do postawienia tych kilku pytań. „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15) – to zdanie Jezusa przypominają na ulotkach rozprowadzanych w Europie byli wyznawcy Mahometa ze stowarzyszenia Notre Dame de Kabylie. Organizacja pomaga muzułmanom przygotowującym się do chrztu. Promuje ewangelizację wyznawców islamu

Tabu


Jeśli wierzyć ujawnionym przez „Il Giornale” danym, liczba muzułmanów nawracających się na katolicyzm przekracza wszelkie wyobrażenia. „Co godzinę 667 muzułmanów nawraca się na chrześcijaństwo. Każdego dnia nawet do 16 tys. jest gotowych przyjąć chrzest. Każdego roku liczba muzułmanów przyjmujących Chrystusa sięga 6 mln”! 
Gazeta powołuje się na raporty, których nie może ze względów bezpieczeństwa ujawnić. Budzić to może pewne wątpliwości. Jednak, jak zapewniła w rozmowie z GN Magdi Allam, liczby te nie są wyssane z palca. Po raz pierwszy ujawnił je w 2006 r. szejk Ahmad al-Qataani w wywiadzie dla arabskiej telewizji Al Dżazira. Także dane z 2008 r., które zgromadziło stowarzyszenie Notre Dame de Kabylie założone przez Mohammeda Christophe’a Bileka, nawróconego na chrześcijaństwo Algierczyka, mówią o masowych nawróceniach: 5 mln w Sudanie, 250  tys. w Malezji, 50 tys. w Egipcie, od 25 do 40 tys. w Maroku, 50 tys. w Iranie, 5 tys. w Iraku, Indiach i Afganistanie po 10 tys., 15 tys. w Kazachstanie i 30 tys. w Uzbekistanie. Statystyki te zaprezentował niedawno Xavier Da Silvier, francuski prawnik prześladowany i zastraszany przez islamistów. Adwokat wystąpił 13 października 2012 r. na międzynarodowej konferencji w Paryżu na temat „Europa i jej korzenie wobec rosnącej chrystianofobii”, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Tradizioni Famiglia Proprieta. Da Silvier, przewodniczący francuskiego odłamu TFP, zaprosił na nią nawróconych muzułmanów. „Mówimy o prześladowaniach i chrystofobii jedynie w kontekście Iraku, Egiptu czy północnej Afryki. Ale jesteśmy prześladowani i w Europie, na przedmieściach Paryża. Tu za przyjęcie Chrystusa przez muzułmanina płaci się śmiercią” – mówili ochrzczeni małżonkowie, od kilku lat obywatele Francji (nie ujawnili swoich danych osobowych). Kiedy przyjęli chrzest, ich dzieci próbowano porwać. Żyją w ciągłym strachu. Takich jak oni na Starym Kontynencie są tysiące. 
Allam, poruszony ich świadectwem, zorganizował konferencję prasową z udziałem 40 dziennikarzy w jednej z paryskich restauracji. Francuskie media przemilczały wszystko. Do prasy przedostały się tylko strzępy danych o nawróceniach, czy apele polityka, by pomóc prześladowanym za konwersję muzułmanom. Nie informowano też o wielkiej manifestacji w obronie wolności wyboru religii nad Sekwaną. Głośno zrobiło się dopiero wtedy, gdy Allam napisał list do Benedykta XVI, opublikowany przez włoski „Il Giornale”.

Ewangelizujcie muzułmanów!


„Kościół blokuje nawrócenie muzułmanów na chrześcijaństwo” – pisze w liście do papieża Allam. To poważne oskarżenie nie jest bezzasadne. Ta sama włoska gazeta – a teksty o podobnym wydźwięku czytałam też we francuskim „La Croix” – przytacza przykłady parafii i księży, którzy we Włoszech i Francji odmawiają chrztu muzułmanom. Ze strachu przed odwetem ze strony islamistów. „Wielu muzułmanów zgłasza się do mnie z prośbą o pomoc, chce przyjąć chrzest. Ale spotykają się z odmową ze strony katolickich księży, którzy nie chcą łamać prawa w krajach islamskich, które sankcjonują takie akty. Nie chcą narażać się na śmierć lub na więzienie. To paradoks, że kiedy pustoszeją kościoły, a niektóre z nich niebawem mogą być sprzedane i przekształcone w meczety, w Kościele jest taka blokada na nowych członków. Dlatego apeluję: Ojcze Święty, przyjmij nas w Watykanie, nas, nawróconych na chrześcijaństwo, byśmy razem mogli zaapelować, jasno i zdecydowanie, do księży, by wspierali ewangelizację muzułmanów! By rzucili wyzwanie dyktaturze religijnego relatywizmu, który zmusza nas do legitymizowania islamu”.
Magdi Cristiano Allam od 4 lat jest chrześcijaninem. Pochodzi z Kairu. Od 40 lat mieszka i pracuje we Włoszech (więcej w rozmowie obok). Przyjechał tu jako gorliwy wyznawca Mahometa. Kiedy historia jego nawrócenia obiegła lotem błyskawicy nie tylko Półwysep Apeniński, rozpętała się burza. A kiedy wieść o muzułmaninie, który wyparł się Mahometa i oddał Chrystusowi, dotarła do krajów arabskich, a Allam zaczął odsłaniać przed Europą prawdziwą twarz islamu, zadzwonił jego telefon: „Albo milczysz i wyprzesz się Jezusa, albo obedrzemy cię ze skóry”. Pogróżki nasiliły się, kiedy Allam wydał książkę pt. „Dziękuję Ci, Jezu. Moja historia nawrócenia z islamu na katolicyzm”. Ale nie boi się mówić prawdy. Mimo gróźb utraty życia. Niestety, nie zawsze jest dobrze przyjmowany w Kościele. Niektórzy, w samym Watykanie, mówią o Allamie „zbyt gorliwy neofita”. Ale czy właśnie ta gorliwość nie stanie się impulsem do przerwania milczenia o nawróceniach mahometan na chrześcijaństwo? „Jedynie ktoś, kto na własnej skórze doświadczył tyranii islamu, może przekonać Zachód do prawdy o tej religii” – pisze Allam. Może jego przykład doda odwagi w Kościele do  głoszenie Chrystusa także muzułmanom? 
Nie znaczy to, że mamy zrezygnować z dialogu z islamem. Aktualne pozostanie wezwanie Soboru Watykańskiego II do szacunku wobec innych religii. Dialog i szacunek nie przekreślają jednak Jezusowego nakazu: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15). Na cały świat!

Nie boję się, należę do Jezusa

Chcę powiedzieć papieżowi o muzułmanach, którzy czekają na spotkanie z Chrystusem – wyznaje Magdi Cristiano Allam.


Joanna Bątkiewicz-Brożek: Napisał Pan apel do Benedykta XVI, by przyjął nawróconych na katolicyzm muzułmanów. Papież odpowiedział?


Magdi Cristiano Allam: – Jeszcze nie. Ale mam nadzieję, że niedługo przyjmie nas w Watykanie.

Czy to nie jest zbyt ryzykowny pomysł?


– Mohammed Christophe Bilek, Algierczyk francuskiego pochodzenia, zapytał mnie niedawno, czy moglibyśmy spotkać się w Watykanie. Mohammed dawno już założył Stowarzyszenie Notre Dame de Kabylie, które promuje misję nawracania muzułmanów na chrześcijaństwo. Żyje (śmiech). Ale faktycznie, jego pomysł wydawał się szalony. Islamscy fundamentaliści z niesłychaną agresją polują na chrześcijan, nienawidzą ich, a tym, którzy odwrócili się od Mahometa i przyjęli Chrystusa, grożą śmiercią. Czy z tego powodu mogłoby coś wydarzyć się w Watykanie? Z drugiej strony, czy możemy pozwalać się zastraszać? Potrzebujemy wsparcia papieża i my, i księża katoliccy, którzy boją się chrzcić muzułmanów. Chcemy, by Ojciec Święty usłyszał od nas, że są muzułmanie, którzy czekają na spotkanie z Chrystusem i chcą zacząć Nim żyć.

Tak jak Pan, były muzułmanin?


– Nie lubię tego określenia. Ciągle ktoś mówi do mnie „eksmuzułmanin”. Czuję się chrześcijaninem i chcę być postrzegany wyłącznie jako chrześcijanin, jako Włoch. Nawet jeśli moje korzenie są w Egipcie.

Tam Pan spotkał Chrystusa?


– To długa historia. Przez 14 lat uczyłem się w szkołach, gdzie wykładali włoscy katolicy. A to dzięki mojej mamie. W 1962 r. przeprowadziła się z Kairu do Arabii Saudyjskiej. Opiekowała się tam sparaliżowaną księżną Madawi bint Abdul Aziz, wnuczką króla Abdallaha. Dzięki temu w moje ręce trafiła Biblia. Czytałem z zapartym tchem. Fascynowała mnie ludzka i boska osobowość Jezusa. Pewnego dnia wstąpiłem do kaplicy u salezjanów. Chodziłem tam potem regularnie. Aż raz coś tak mocno mnie pchnęło do ołtarza w czasie komunikowania. Podszedłem, by przyjąć Jezusa. Miałem takie silne pragnienie, mimo że nie wolno mi było… Kiedy trafiłem do Włoch, obracałem się w towarzystwie chrześcijan. Widziałem, że Jezus był ich towarzyszem, nie tylko kimś, kto sformułował nakazy i zakazy. Że był kimś mocno obecnym w ich życiu. Że je zmieniał. Świadectwo przyjaciół mnie pociągnęło.

Co konkretnie ujęło Pana u chrześcijan?


– To, że żyli przykazaniem miłości. Kochać drugą osobę ze wszystkich sił – to mnie przyciągnęło do chrześcijaństwa. To daje siły, by iść, nawet gdy wokół piętrzą się trudności. Chrześcijaństwo to permanentne zakochiwanie się w ludziach, w Chrystusie. A miłość niesie człowieka.

W islamie nie ma wezwania do miłości?


– Nie. Bóg w islamie to ktoś, kto rozkazuje, wyznacza misję wobec świata i ludzi. Ale tylko po to, by go podbić, zdobyć.

Nie boi się Pan tak mówić?


– Ja tylko mówię, co jest w Koranie. Poza tym należę do Jezusa. Czego mam się bać?

Dane, które przytacza Pan w liście do Benedykta XVI, dotyczące nawróceń z islamu, są szokujące.

– Kiedy podała je po raz pierwszy Al Dżazira, niemal doszło do wojny. Trzy tygodnie temu na konferencji w Paryżu dostałem raport sporządzony przez mojego przyjaciela Bileka. W samej Arabii Saudyjskiej, kolebce islamu i kraju dwóch najważniejszych miejsc kultu Mahometa, chrzest przyjęło w ciągu ostatnich lat 120 tys. muzułmanów.

Dlaczego nikt nie mówi o tym głośno?


– To dobre pytanie. Ja krzyczę. Dajemy się zastraszać fundamentalistom.

Ale oni mordują bez skrupułów.


– Właśnie dlatego trzeba przerwać milczenie.

Co więc Pan proponuje?


– Trzeba powołać instytucje, które będą zachęcać do przyjmowania chrztu przez muzułmanów. Wielu by chciało, ale się boi. Jedynie ktoś, kto na własnej skórze doświadczył tyranii islamu, może przekonać Zachód do prawdy o tej religii. Napisałem tak papieżowi. Poza tym chciałbym, by wielu jeszcze ludzi, którzy nie znają miłości Jezusa, usłyszało o niej. By tak jak ja doświadczyli piękna chrztu. Ten moment, kiedy Benedykt XVI polewał moją głowę święconą wodą, na zawsze we mnie zostanie. Chrzest był jak snop światła w moim życiu.

Źródło: wiara.pl

Posted in Kościół, Nawrócenia | Otagowane: , , | 21 Komentarzy »

Ex-żona Rolling Stone, doświadczyła nawrócenia dzięki Medjugorie

Posted by Dzieckonmp w dniu 22 marca 2012

Miała wszystko: stroje, biżuterię, samochody, urodę modelki i męża gwiazdę rocka. Ale problemem było to, że Mandy Smith miała zaledwie  trzynaście lat, gdy poznała i zaczęła spotykać się Billy Wyman, basistą z Rolling Stones.

Dorastał on w Tottenham (Londyn) z jej starszą siostrą Nicola a jej matka była rozwiedziona, a pochodziła z irlandzkiej katolickiej rodziny. Jej uroda i piękno sprawiały wrażenie dziewczyny dużo starszej, niż była w rzeczywistości, Mandy chodziła razem z siostrą Nicola która była w wieku 18 lat. Jednego razu otrzymały zaproszenie na jeden wieczór na imprezę, na której był obecny Bill Wyman. Mandy Smith nie słuchała się rodziny tylko szła z prądem: Lecz często czuła się zażenowana tym że ich związek był ograniczony wyłącznie do dziedziny seksu i wiedziała, że robi coś złego.

W końcu, po fakcie jak okładki wielu czasopism, opisały ją jako „nowa kochanka” wzięli ślub Mandy ukończyła 18 lat. Lecz kilka tygodni po ślubie nastąpił rozwód.

Po tym ciosie kiedy Mandy poczuła że  poniosła niepowodzenie , zaczęła cierpieć na tajemniczą chorobę, która sprawiała że zaczęła chudnąć w zastraszającym tempie. W domu wciąż uważana była za indywidualistkę, która romansowała z Rolling Stone. Kolejny związek w jaki weszła  z holenderskim piłkarzem rozpadł się w 1993 roku. W 2001 roku miała krótki związek  Ian Mosby, z którym miała syna.

Rozczarowana życiem w Londynie, przeniosła się do Manchesteru, gdzie otworzyła sklep odzieżowy z siostrą Nicola. W ciągu tych lat  Billy Wyman napisał swoją autobiografię To All Over Now, która była bestsellerem. Ciągle jej czegoś brakowało nie mogła zapomnieć o przeszłości kiedy była szaloną nastolatką. I nagle Medjugorje stanęło jej na drodze.

W 2005 roku zdecydowała się dołączyć do grupy przyjaciół, którzy udali się na pielgrzymkę do sanktuarium w Medjugorje. Mandy powiedziała że wydarzenia jakie tam się rozegrały nie potrafi wyjaśnić. Jedliśmy obiad, gdy wizerunek Maryi w białym płaszczu pojawił się  w odległości dziesięć metrów od nas. Wszyscy w pokoju, Jąwidzieliśmy „.

Wydarzenie to zdeterminowało ją, aby powrócić do wiary swoich przodków. Mandy decyduje się natychmiast nawrócić. Byłam zmęczona swoim życiem i chciałam odejść na bok ze świata celebrytów. Zaczęłam ciężko pracować, aby być w zgodzie z samym sobą”. Od tego momentu, zaczęłam chodzić na Mszę świętą dwa razy w tygodniu, również zabierałam swojego syna do kościoła w każdą niedzielę i modliłam  się w każdy dzień. Moja wiara pomogła mi. Teraz mam Boga jako Tego, u którego mogę szukać porady. Rozmawiam z nim codziennie i mogę powiedzieć, że jest cudowny mężczyzna w moim życiu. Nie  boję się niczego.

Mandy mówi, że nigdy wcześniej nie była tak szczęśliwa. Dzięki swojej wierze, widzi swoją przeszłość w sposób radosny która należy do samego Boga.

streszczenie strony religionenlibertad.com

Posted in Nawrócenia, Śpiew | Otagowane: , , | 22 Komentarze »

Tony Blair nawrócony na drodze do Medziugorja

Posted by Dzieckonmp w dniu 9 kwietnia 2010

Były angielski premier pod wielkim wrażeniem kultu Matki Bożej z tej bośniackiej

miejscowości. Przed nim ulegli mu Gorbaczow, Reagan i Kennedy.

Wyda się wam to dziwne, ale najciekawsze wydarzenie tej kampanii wyborczej

miało moim zdaniem miejsce w niedzielę 6 kwietnia, w mediolańskim Palasharp.

Choć obecnych było 25 tysięcy osób, nie było o nim żadnej wzmianki w mediach. Pozornie nie ma to związku z wyborami, jednak, jak się wkrótce przekonamy, jest inaczej. Ów liczny tłum przybył tam bez żadnej wcześniejszej kampanii reklamowej, na spotkanie

z ojcem Jozo Zovko. Od 8.30 rano do 21.00 modlili się, medytowali, uczestniczyli

w adoracji, słuchali świadectw.

Spotkanie w Palasharp

Na spotkaniu – zorganizowanym przez „Mir i Dobro”, (stowarzyszenie wolontariatu

powstałe w Varese) – było obecnych także dwoje z szóstki widzących: Ivan Dragicević i Jakov Ćolo. Ten pierwszy do dzisiaj ma codzienne objawienia i dokładnie o 18.40, wśród przejmującej ciszy  i ogólnego wzruszenia przybyła Matka Boża. Pozostała przez około 10 minut, modląc się z obecnymi, zwłaszcza w intencji chorych i kapłanów. Później, za pośrednictwem Ivana, przekazała orędzie:

„Matka modli się za swe dzieci i Ja modliłam się za was do mojego Syna”.

Szczególnie poruszające było świadectwo Sylwii, 19-letniej dziewczyny, poważnie chorej (paraplegia nóg). Kiedy była na pielgrzymce w Medziugorju, w pewnej chwili, na wzgórzu objawień, zemdlała, a odzyskawszy świadomość, z płaczem i z drżeniem stwierdziła, że została uleczona: „Wyzdrowiałam! Mogę chodzić!”.

To niezwykłe wypadki, ale bynajmniej nieodosobnione. Ojciec Jozo podczas medytacji

zachęcał, aby podejmować nauki Ojca Świętego także w kwestii ochrony rodziny

(w perspektywie bliskich wyborów ułożył specjalną „modlitwę dla Włoch”). Zacytował

też Tony’ego Blaira, byłego brytyjskiego premiera, który niedawno nawrócił się na katolicyzm. Tak się złożyło, że Medziugorje ma też związek z tym nawróceniem.Nie tylko dlatego, że jego żona, katoliczka od urodzenia, od dawna interesuje się objawieniami. Ojciec Jozo spotkał się z nim kilka lat temu. W Anglii działa bardzo czynny ruch na rzecz Medziugorja, jednym z jego inicjatorów, bardzo wpływowy Robert Hutley, nawrócił się wraz z żoną właśnie w Medziugorju. Na takiej glebie rozkwitło nawrócenie Blaira.

Dokładnie 4 kwietnia „La Repubblica” zamieściła na pierwszej stronie odczyt byłego

premiera, pod hasłem „Wiara a globalizacja”, jaki wygłosił on 3 kwietnia w katedrze

westminsterskiej przed około 1.600 słuchaczami. Blair podkreślił w nim znaczenie religii dla przyszłych losów ludzkości. Ostrzegł też przed laicyzmem. Na koniec powiadomił, że powołał do życia „Fundację Tony’ego Blaira na rzecz Wiary” (Tony Blair Faith Foundation).

Czy można sobie wyobrazić, że któryś z włoskich przywódców czyni coś podobnego?

Niedawno dzienniki pisały również o innym, kontrowersyjnym nawróceniu, ostatniego sowieckiego przywódcy, Michaiła Gorbaczowa, którego zastano modlącego

się w bazylice w Asyżu.

On także zetknął się z Medziugorjem. Już raz opowiadałem na tych łamach, jak

w październiku 1987 r. prezydent Reagan skontaktował się z widzącą Marią Pavlović

na dwa miesiące przed podpisaniem Traktatu Waszyngtońskiego z ZSRR, pierwszego

zmierzającego do likwidacji arsenałów broni nuklearnej, który położył kres nieporozumieniom

w sprawie euro pocisków i stał się zapowiedzią bezkrwawego upadku ZSRR. Przytaczałem entuzjazm i wzruszenie Reagana, który czuł, że musi podążać dalej drogą ku rozbrojeniu. Razem z żoną Nancy postanowił nawet odprawić modlitwy i post nakazane przez Matkę Bożą. „Reagan zdecydował, że wśród dokumentów, jakie zabierze ze sobą na rozmowy

z Gorbaczowem, będzie też mój list”, opowiada Maria. „Wiem, że rozmawiali o nim

z Gorbaczowem, a potem wszystko podpisali. Później otrzymałam kopertę ze zdjęciem

prezydenta i napisanym własnoręcznie przez niego podziękowaniem. Gorbaczow

chciał też tamten mój list”.

Matka Boża z Medziugorja musiała go oświecić, skoro ten sam Gorbaczow

podczas historycznej wizyty w Watykanie 1 grudnia 1989 r., w prywatnym gabinecie

Jana Pawła II ukląkł przed nim prosząc o przebaczenie za zbrodnie komunizmu,

Papież go uściskał. Sensacyjną wiadomość ujawniła po raz pierwszy siostra Łucja, widząca

z Fatimy, potwierdzając ją raz jeszcze po zdementowaniu przez rzecznika prasowego

Watykanu 2 marca 1998 r. Kilka miesięcy temu wiadomość potwierdził w swej książce sam watykański Sekretarz Stanu, kardynał Bertone. W świecie chrześcijańskim szerzy się przekonanie – wyrażone cztery miesiące temu w Lourdes przez kardynała Ivana Diasa – że obecnie, Matka Boża otacza szczególną opieką Kościół i świat. Dowodem są właśnie Jej objawienia i wielki maryjny pontyfikat Jana Pawła II.

W najbliższych dniach Benedykt XVI pojedzie do Stanów Zjednoczonych. Jego

słowa skierowane do narodu amerykańskiego będą historycznym wydarzeniem,

tak jak wówczas, gdy św. Piotr przybył do Rzymu, stolicy Imperium. Jednak i tutaj droga papieża Ratzingera została przygotowana. Nie tylko przez poprzednika. Zadziwiająca obecność Maryi wyprzedziła go w progach Białego Domu, gdzie papież spotka się z prezydentem Bushem. Maria Pavlović opowiada, wracając jeszcze do wydarzeń z 1987 r.: „Dowiedziałam się, że prezydent Reagan kazał kupić figurkę Matki Bożej i przywieźć ją do Białego Domu”. Był to wizerunek Matki Bożej z Fatimy. I znów nic nie wydaje się przypadkowe. Świadczy o tym nie tylko związek między Medziugorjem a Fatimą, ale także wiadomość, która dopiero niedawno ujrzała światło dzienne. Dotyczy ona właśnie Białego Domu i Fatimy.

Trzecia tajemnica fatimska Jest rok 1959 r. Papież Jan XXIII odczytuje tekst „trzeciej tajemnicy fatimskiej”, który z woli Matki Bożej ma zostać ujawniony opinii publicznej w 1960 r. Tekst, o czym dowiemy się w 2000 r., zawiera zapowiedź katastrofy na skalę całej planety i wielkiej próby dla Kościoła. Papież Roncalli postanawia go utajnić. 11.10.62 r.

otwiera Sobór Watykański II, wyśmiewając „proroków nieszczęścia” i stwierdzając:

„Koniec świata jeszcze nie nastąpił”. Przeciwnie, wychwala „nowy rodzaj stosunków

na świecie, które „wbrew oczekiwaniom zmierzają” ku lepszemu.

Dokładnie cztery dni później świat znajduje się na krawędzi niewidzianej dotąd wojny nuklearnej. 14 października amerykański samolot robi na Kubie zdjęcia 162 sowieckich głowic nuklearnych wycelowanych w Stany Zjednoczone. 15 października zdjęcia trafiają na biurko prezydenta Kennedy’ego, który podejmuje decyzję. Postanawia – także na pełne troski wezwanie papieża – nie atakować i ostatecznie podjąć negocjacje. Ktoś z Watykanu musiał przekazać do Białego Domu opis apokaliptycznego scenariusza przedstawionego przez Matkę Bożą w Fatimie (teraz wiadomo, dlaczego miał zostać ujawniony w 1960 r.).

W udzielonym niedawno wywiadzie Robert McNamara, sekretarz obrony Kennedy’ego, z przerażeniem opowiadał, że w 1992 r. „po raz pierwszy dowiedzieliśmy się od byłych sowieckich oficerów, iż byli oni gotowi do wojny nuklearnej w razie amerykańskiej inwazji na Kubę”. Świat ocaliła zatem decyzja Kennedy’ego o nie podejmowaniu inwazji. Może to

przypadek, ale Kennedy był pierwszym (i jedynym) amerykańskim prezydentem katolickiego wyznania. Bardziej niż ktokolwiek inny był więc otwarty na orędzie płynące ze Stolicy Apostolskiej i od Matki Bożej z Fatimy. Było zrządzeniem Opatrzności, że właśnie wtedy Stany Zjednoczone miały katolickiego prezydenta. Kennedy urodził się w maju 1917 r.

(wtedy, gdy zaczęły się objawienia w Fatimie) i został nominowany na prezydenta

w 1960 r.: 13 lipca. Tego samego dnia, w którym – całe lata wcześniej – Matka

Boża powierzyła tajemnice trojgu pastuszkom. Kolejny przypadek?

Antonio Socci (12.04.08 r.)

Źródło: Echo Medzjygorje

Posted in Cuda, Medziugorje, Nawrócenia, Objawienia, Warto wiedzieć | Otagowane: , , | 15 Komentarzy »

Trafiona przez piorun

Posted by Dzieckonmp w dniu 10 lutego 2010

Stałam u bram nieba i piekła

Osobiste świadectwo pani dr Glorii Polo

DRODZY BRACIA I SIOSTRY W CHRYSTUSIE PANU

Zanim ktokolwiek powie coś złego o Kościele Katolickim, powinien dokładnie poznać naszą Matkę KOŚCIÓŁ i wiedzieć, czym jest!

„Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki … Kto spożywa Moje Ciało i pije moją Krew, ma Życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.” (J 6,51 i 54)

To już trzynaście lat tego pięknego doświadczenia wiary. Był to wielki dar łaski Boga, gdy w Swoim wielkim Miłosierdziu pozwolił mi, bym jako katoliczka kroczyła drogą życia.
Jakże wielki ból mnie ogarnia, gdy myślę o minionych latach mojego życia, w których byłam katoliczką jedynie z nazwy. Dziękuję Panu Bogu za to, że dał mi Kościół Katolicki za Matkę.

Całym sercem i całą duszą wdzięczna jestem w imieniu Jezusa Chrystusa Papieżowi, Jego zastępcy na ziemi, kapłanom i osobom konsekrowanym Kościoła Rzymsko-katolickiego.

Ślepo słucham ich wszystkich, gdyż takie było właśnie polecenie naszego Pana Jezusa Chrystusa, gdy pozwolił mi powrócić do ziemskiego życia.

Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu – ja, niegodna i nędzna służebnica Pańska – mogłam odczuć szczęście i rozkoszować się prawdziwym pokojem oraz prawdziwą miłością będącymi przedsmakiem nieba.

Zapraszam serdecznie wszystkich wierzących w Jezusa Chrystusa, aby zanim będą się źle i nienawistnie wyrażać oraz pisać o Kościele Katolickim, dokładniej i lepiej Go poznali, aby zrozumieli, że jest on ustanowionym przez Pana strażnikiem prawdziwej wiary. Zapraszam wszystkich, aby byli czcicielami naszego Pana i Boga!

Ten, kto codziennie nawiedza naszego Pana Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie i tym samym Go czci, nigdy nie zwątpi ani nie odejdzie od prawdziwej wiary, sam Pan Bóg bowiem wszczepia każdemu stworzeniu miłość i wdzięczność wobec Świętej Matki Kościoła, to jest Kościoła Katolickiego.
Wszystkich Was kocham i pozdrawiam w Miłości naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Gloria Polo

Świadectwo Glorii Polo

Wprowadzenie

Jeśli ktoś z Was wątpi albo sądzi, jakoby Bóg nie istniał i że życie po śmierci to dobry materiał dla twórców filmów, lub jeśli ktoś uważa, jakoby wraz ze śmiercią wszystko się kończyło, niech raczy przeczytać to świadectwo. Tylko przeczytajcie je dokładnie od początku do końca. Wasze zdanie, jakkolwiek sceptyczne w tej kwestii, z pewnością się zmieni.

świadectwo traktuje o pewnym fakcie, zdarzeniu, które zostało dobrze udokumentowane a miało miejsce w 1995 r. Pani dr Gloria Polo jest Kolumbijką, dentystką, która wskutek wypadku „umarła”, to znaczy była tak poważnie ranna, że przez kilka dni znajdowała się w śpiączce i przy życiu podtrzymywały ją tylko szpitalne urządzenia medyczne. Gdyby je wyłączono, natychmiast umarłaby. Opiekujący się nią lekarze spisali ją już całkowicie na straty i chcieli odłączyć aparaturę. Jedynie jej siostra, która również jest lekarzem, obstawała za tym, by urządzenia nadal pracowały.

Podczas śpiączki Gloria Polo znajdowała się po drugiej stronie rzeczywistości, w zaświatach i mogła następnie powrócić do życia, by dać świadectwo tym, którzy nie potrafią uwierzyć. Przyniosła nam stamtąd ważne orędzie. Zresztą najlepiej przeczytajcie je sami na następnych stronach, bezpośrednio z jej ust.

Pani Gloria mogła, podczas tego mistycznego przeżycia, które bardzo dokładnie opisuje, zajrzeć do swojej „Księgi Życia”. To doświadczenie tak nią wstrząsnęło, że na polecenie Pana stała się głosem wołającym na „pustyni wiary” naszych współczesnych czasów. Ponadto istotą jej orędzia jest nic innego jak niezmierzona Miłość Boga do nas ludzi i Jego wielkie Miłosierdzie. Tym samym pani Gloria wypowiada się na ten sam temat co nasz obecny papież Benedykt XVI w swojej encyklice „DEUS CARITAS EST” („Bóg jest miłością”).

Bóg ciągle daje nam dowody, my jednak mimo tego zaprzeczamy Jego istnieniu.

Świadectwo Glorii Polo

Dzień dobry, szczęść Boże, drodzy Bracia i Siostry!

To dla mnie wielka radość, że mogę być tutaj, by podzielić się z Wami tym wielkim darem, jakiego udzielił mi Bóg. To, co wam opowiem, wydarzyło się 5 maja 1995r. na Uniwersytecie Narodowym w Bogocie, stolicy Kolumbii, koło godziny 16.30.

Jestem dentystką. Ja i mój 23-letni siostrzeniec, z zawodu również dentysta, zajmowaliśmy się właśnie dysertacją. W tym dniu – był to deszczowy piątek – szliśmy razem z moim mężem w stronę wydziału stomatologii, by wypożyczyć parę potrzebnych nam książek. Ja i mój siostrzeniec szliśmy razem pod małym parasolem. Mój mąż miał płaszcz nieprzemakalny i szedł wzdłuż muru głównej biblioteki, by uchronić się przed deszczem. Podczas gdy omijaliśmy kałuże, nie zauważyliśmy, jak zbliżyliśmy się do alei drzew i gdy przeskakiwaliśmy większą kałużę, trafił w nas piorun, który był tak silny, że się zwęgliliśmy. Mój siostrzeniec zginął na miejscu.

Piorun trafił go od tyłu i spalił jego całe wnętrzności. Na zewnątrz pozostał nienaruszony. Mimo swego tak młodego wieku całkowicie oddany był Bogu. Czcił w sposób szczególny Dzieciątko Jezus. Nosił na szyi medalik z Jego wizerunkiem w kwarcowym krysztale. Biegli medycyny sądowej powiedzieli, że to kwarc ściągnął piorun, który wniknął bezpośrednio w jego serce. Natychmiast ustała jego praca. Spaliły się wszystkie organy, po czym prąd pioruna opuścił ciało przez nogi. Próby reanimacji były nadaremne. Na zewnątrz jednakże nie miał żadnych oparzeń.

Co do mnie, piorun przeszedł przez ramię i w straszliwy sposób spalił całe moje ciało, wewnątrz i na zewnątrz.  To moje odnowione ciało, które widzicie teraz przed sobą, zawdzięczam Bożemu Miłosierdziu – to wyraz Miłosierdzia naszego dobrego i kochającego nas ponad wszystko Boga. Całe moje ciało było wskutek tego silnego uderzenia pioruna zwęglone, moje piersi zniknęły, przede wszystkim po lewej stronie, gdzie wcześniej znajdowała się pierś, była teraz wielka dziura. Nie miałam już ciała; zarówno żebra, brzuch, podbrzusze, nogi i wątroba były całkowicie zwęglone.

Piorun opuścił moje ciało przez lewą nogę. Moje nerki doznały poważnych oparzeń, podobnie jak płuca i jeden z moich jajników. Używałam spirali jako środka antykoncepcyjnego. Ta była z miedzi a miedź jest przecież dobrym przewodnikiem prądu. Dlatego też moje jajniki zostały tak mocno spalone. Były tak małe jak dwa winogrona. Moje serce przestało bić i byłam praktycznie bez życia. Moje ciało drgało i wibrowało wskutek elektrycznych wstrząsów, które wytworzył piorun. Sama mokra ziemia była pod napięciem elektrycznym, toteż początkowo nikt nie mógł mi pomóc, gdyż przez dłuższy czas niemożliwością było dotknięcie mnie.

Cuda, jakie Bóg mi uczynił

Właśnie te poważne obrażenia i oparzenia, jak i zatrzymanie pracy serca, którego doświadczyłam i które z powodu swego długiego trwania – w pierwszych momentach nikt nie mógł mnie dotknąć wskutek elektrycznego naładowania mojego ciała – zagrażało memu życiu, w nadzwyczajny sposób udowadniają wielką dobroć, nieskończone miłosierdzie naszego Pana i Boga, który zamknął nas wszystkich          w Swoim Sercu i nieustannie zaprasza każdego z nas do powrotu do Niego.

Poprzez trzy pojedyncze fakty, o których zaświadcza moje ciało, chciałabym Wam ukazać owe cuda zdziałane przez Pana. Po pierwsze: ustanie pracy serca, wskutek czego tlen nie dociera do mózgu i tym samym powstają trwałe jego uszkodzenia.

(Komentarz lekarzy odnośnie ustania pracy serca: „Tylko natychmiast podjęte czynności reanimacyjne mogą uratować życie, gdyż już po 3 minutach od ustania pracy serca brak tlenu w mózgu powoduje nieodwracalne szkody…” lub „ Dotychczasowi pacjenci, którzy doświadczyli poważnego zatrzymania pracy serca, mają znikome szanse na przeżycie i nie odniesienie większego upośledzenia…”)

Mimo tego, że dopiero po zbyt długo trwającym zatrzymaniu pracy serca mogłam być podłączona do respiratora, po wybudzeniu ze śpiączki nie odniosłam żadnych szkód  w mózgu, co sami możecie stwierdzić widząc mnie tutaj. Wielu lekarzy ze szpitala     w Bogocie uzmysławiało mojej siostrze, która sama była tam lekarzem, beznadziejność i bezsensowność dalszego podłączenia mojego organizmu do aparatury sztucznego oddychania i chcieli ją namówić do tego, aby ukrócić te czynności. Na przekór tym udzielonym w dobrej wierze radom, moja siostra z całym swym uporem   i wpływami w szpitalu postawiła na swoim, aby moje ciało nadal pozostało podłączone do aparatury.  Zatem, jaki to wspaniały cud, którego nie da się medycznie wyjaśnić!

Podobnie rzecz się ma z kolejnym cudem: moje zwęglone nerki i płuca zaczęły ponownie funkcjonować. Lekarze nie przeprowadzili u mnie żadnej dializy, gdyż sądzili, że moje nerki nie będą mogły już więcej funkcjonować. Byli bowiem zdania, że sztuczne zastąpienie pracy nerek nie jest u mnie zabiegiem koniecznym, ponieważ  i tak nie miałam szans na przeżycie. Na przekór ich medycznemu osądowi moje zwęglone nerki  zaczęły od nowa pracować.

Za równie wielki cud należy uznać regenerację mojej skóry. Moje całe ciało stanowiło jedną wielką żywą ranę po tym, jak usunięto i zeskrobano moją zwęgloną skórę. Widać było żywą tkankę. Bolało nieopisanie. Paliło, jak gdybym znajdowała się w ogniu. Paliło mnie wewnątrz i na zewnątrz, za każdym oddechem. Wszystko mnie bolało, tylko od kostek w dół nie miałam czucia. Kiedy oczyszczali moje otwarte rany, w nogach nie czułam zupełnie niczego, podczas gdy oczyszczanie moich pozostałych miejsc na ciele sprawiało mi niesamowite bóle. Moje stopy przypominały dwa zwęglone kije. Były zupełnie czarne.

Po miesiącu lekarze przyszli do mnie i powiedzieli: „Zobacz, droga Glorio, jak wielki i niewiarygodny cud uczynił Bóg tobie. To po prostu wspaniałe, że prawie cała skóra zregenerowała się. Wprawdzie to cienki naskórek, który tu i ówdzie się wytworzył i jest jeszcze wiele odkrytych miejsc, ale te miejsca z utworzoną delikatną skórą dają nam powody do nadziei, że całe ciało pokryje się niebawem ochronną skórą. Martwią nas jednak twoje nogi. Nie jesteśmy w stanie tu już nic zrobić. Musimy niestety je amputować.”

Byłam wcześniej wysportowana, byłam fanem aerobiku. I gdy mi powiedzieli, że muszą mi obciąć stopy, pomyślałam tylko: Muszę jak najszybciej uciec z tego szpitala. Muszę się stąd zabrać, aby uratować moje stopy. Lekarze wyszli z sali, a ja podniosłam się ze szpitalnego łóżka, by podjąć ucieczkę. Ale już przy pierwszym kroku moje nogi nie ustały i upadłam na brzuch niczym żółw lub żaba, która skacze po raz pierwszy i ląduje brzuchem na ziemi. Musieli więc mnie podnieść z podłogi i zanieśli mnie z piątego piętra na siódme. I wiecie, kogo tam spotkałam? Kobietę, której amputowano nogi od kolan w dół. A teraz czekała na to, aż jej zamputują nogi powyżej, od bioder w dół. I gdy patrzyłam  na tę kobietę, myślałam o tym, ile pieniędzy potrzeba by było na zakup nowych nóg.

Za  żadne skarby świata nie możesz sobie sprawić nowych nóg. Jakim cudem są stopy. Gdy chcieli mi obciąć nogi, ogarnął mnie nieopisany smutek i po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, że nigdy nie podziękowałam Panu za cud, jakim są moje nogi. Wręcz przeciwnie; maltretowałam moje całe ciało, aby przeciwdziałać moim tendencjom do tycia i przybierania na wadze. Głodowałam jak wariatka, wydawałam masę pieniędzy na diety i inne kuracje, by tylko widzieć siebie szczupłą i mieć szczupłe nogi. Nie kosztowało mnie to tylko jeden majątek; wydałam na to niewyobrażalnie dużo pieniędzy. I teraz widzę moje stopy bez mięśni, chude jak szczapy, zupełnie czarne, pełne dziur ze wszystkich stron. I teraz dziękuję Bogu za te zniekształcone nogi. Nagle stały się dla mnie tak cenne. Nie był dla mnie ważny ich wygląd, ale funkcja. Ważne było dla mnie to, że je po prostu miałam. I za to podziękowałam Panu. Powiedziałam do kochanego Boga: „Dziękuję Ci Panie za tę drugą szansę, którą mi dałeś! Dziękuję Ci ogromnie za tę szansę, na którą sobie nie zasłużyłam. Ale, kochany Boże, proszę Cię z całego serca o jedną przysługę, o bardzo małą przysługę. Pozwól mi zachować przynajmniej te zniekształcone nogi! Pozostaw mi je, aby mogła się poruszać jako tako, abym mogła się choć częściowo podnieść. Pozostaw mi je, proszę, pozostaw mi je przynajmniej takimi, jakimi są. Będę Ci za to na zawsze wdzięczna.”

I naraz zaczynam czuć swoje stopy. To było w piątek. Od piątku do poniedziałku te moje czarne kikuty, które były obumarłe i wyglądały jak szklanka ciemnej lemoniady z bąbelkami powietrza, zaczerwieniły się i rozjaśniły. Czułam jednocześnie, jak krew poczęła krążyć w tych zwęglonych nogach. Coraz bardziej czułam je, moje własne nogi. I kiedy w poniedziałek lekarze podeszli do mojego łóżka, by przeprowadzić ostatnie oględziny przed amputacją, zdziwili się, gdy wstałam i stanęłam na własnych stopach i do tego jeszcze nie przewracałam się. Badali mnie, dotykali moich stóp i nie mogli po prostu uwierzyć, nie wierzyli własnym oczom. Pokazałam im ruchy, które mogłam wykonać moimi nogami. Wprawdzie zadawały mi ogromny ból, ale myślę, że jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa z powodu tego bólu, jaki w tamtej chwili odczuwałam w nogach. Moje nogi powróciły do ciała. I to wszystko stało się w sposób, którego medycyna nie jest w stanie wyjaśnić i który był przyczyną zdumienia lekarzy.

Ordynator oddziału na 7. piętrze szpitala zaraz powiedział mi: „Wie pani, w ciągu 38 lat mojej lekarskiej praktyki, nigdy nie widziałem i nie przeżyłem tak wielkiego cudu, jak ten z pani nogami.”

Popatrzcie tutaj, moje drogie rodzeństwo w Panu, oto moje zregenerowane stopy. Kroczę przed Wami i pokazuję moje nogi nie z arogancji i próżności, lecz by oddać chwałę Bogu, by udowodnić Wam wielkość dzieł Pana, naszego Boga żywego, Jego nieskończonej MIŁOŚCI ku nam i Jego wszechmocy.   (Komentarz: Gloria kroczy na podium tu i tam, a słuchacze klaszczą widząc ów cud Boga.)

Inny wielki cud uczyniony przez Pana jest taki: nie miałam piersi. Wyobraźcie sobie, byłam bardzo dumną, próżną kobietą. Moim motto było: „Kobieta musi ukazywać i korzystać ze swych uroków, jakie dostała w prezencie od natury.”

I tak sobie mówiłam, bo najlepsze co mam – moje piersi, nogi i w ogóle moja sylwetka – są moim kobiecym ciałem i będę je eksponować. Ukazywałam moje kobiece wdzięki bardzo ostentacyjnie. Podkreślałam okrągłości mojej figury i ekstrawagancko poruszałam biodrami. W ten sposób zawsze zwracałam na siebie uwagę. Nosiłam zawsze ubrania z dużym rozcięciem, by wyeksponować mój duży biust. Wmawiałam sobie piękno moich nóg. I popatrzcie, drodzy Bracia i Siostry w Panu, właśnie ci wszyscy „faworyci i faworytki” mojej próżności były najbardziej spalone. Właśnie to wszystko zwęgliło się i było całkowicie brzydkie.

Powracając do kolejnych cudów, zdziałanych przez Pana. Udałam się do lekarza, który opiekował się mną, gdy byłam aktywna sportowo. Wyobraźcie sobie: lekarz, który zwykł oglądać pewną siebie i zarozumiałą kobietę, która dla swej figury odchudzała się jak wariatka, połykała i pochłaniała niczym odkurzacz leki i używki, ten mój lekarz nagle ujrzał moje ciało na wpół spalone i zniekształcone. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Przeprowadził bowiem wszystkie możliwe badania za pomocą CRT, przy pomocy najnowocześniejszych, nuklearnych medycznych urządzeń.

Potem powiedział do mnie: „Wie pani, z tym małym kawałkiem wątroby, który  pozostał, przeżyje pani. Ale pani jajniki, moja droga pani, po prostu całkowicie się skurczyły, zwęgliły, uschły i przypominają garść wysuszonych winogron. I dlatego nigdy już nie będzie pani mogła mieć dzieci.”

Pomyślałam sobie w duchu: „Dziękuję Ci Boże, że w ten sposób zabrałeś mi troskę związaną z planowaniem rodziny. W naturalny sposób stałam się bezpłodna. Dzięki Ci Boże za to, chwała Ci za to.” Byłam nawet szczęśliwa z tego powodu, gdyż tak było jednej troski mniej. Ale półtora roku później odczuwałam swędzenie tam, gdzie były moje piersi i trochę więcej skóry pokrywało teraz moje żebra. Skóra naciągała się i wyciągała. Bolało mnie. Nagle mój biust uwidocznił się i urosły mi piersi. Było to dla mnie niezwykle dziwną rzeczą, nie dającą się wytłumaczyć, że nagle z powrotem miałam swoje piersi. I wiecie, jaka była tego przyczyna? Stwierdziłam, że byłam w ciąży pomimo spalonych jajników. I tak oto Bóg na nowo podarował mi piersi. I tymi piersiami byłam w stanie wykarmić moim matczynym mlekiem cudowną, zdrową córeczkę, którą urodziłam. Ta moja najmłodsza córka ma na imię Maria José. Wskutek tego wszystkiego znormalizowała się również moja menstruacja i wszystkie moje kobiece hormony powróciły do równowagi. Także moje jajniki na powrót zaczęły wytwarzać komórki jajowe.

To są ogólnie rzecz biorąc cuda Pana, które uczynił mojemu ciału i o których zaświadczam.

Drugi aspekt zdarzenia

Teraz posłuchajcie mnie dobrze! To był cielesny, materialny, fizyczny aspekt mojego wypadku. Ale drugi aspekt tego zdarzenia był znacznie piękniejszy – to było niewyobrażalne, cudowne przeżycie. Musicie bowiem wiedzieć, że najpiękniejsze, najcudowniejsze w tym moim wypadku było to, co spróbuję teraz opowiedzieć ludzkimi słowami, mimo że nie da się tego przedstawić za pomocą ziemskich sformułowań.

Bo gdy moje zwęglone ciało leżało, znajdowałam się (moja dusza) w cudownie białym tunelu. Wokół mnie było białe światło, które dawało mi taką rozkosz, pokój i szczęście – uczucia, których nie można opisać ludzkimi słowami. Nie ma po prostu takich wyrażeń, by oddać wielkość tej chwili. To była szalenie wielka ekstaza, nie dająca się opisać rozkosz. Nie rozumiem, dlaczego się nam przedstawia śmierć jako swego rodzaju karę. Uwolniona zostałam od czasu i przestrzeni.

W świetle tym poruszałam się naprzód, niesamowicie szczęśliwa i przepełniona radością. Nic mnie nie trapiło. Gdy spojrzałam do góry, ujrzałam na końcu tunelu coś jakby słońce, białe światło, mówię „białe” by podać kolor, ponieważ koloru światła i jego jasności nie da się opisać; koloru tego nie dało się porównać z kolorami, jakie istnieją na tym świecie. Światło było po prostu wspaniałe. Było dla mnie źródłem tej całkiem wielkiej miłości, tego pokoju we mnie i dookoła mnie; to była nieopisana miłość i pokój, jakiego nie znałam na ziemi..

Gdy tak poruszałam się do przodu w tym tunelu, powiedziałam do siebie samej: „O rany! Umarłam…” I w tej chwili pomyślałam o moich dzieciach i lamentowałam: „O mój Boże, moje dzieci! Co na to moje dzieci?”

Byłam zawsze zajętą i zestresowaną matką, która nigdy nie miała dla nich czasu. Wychodziłam z domu wczesnym rankiem, aby podbić świat i wracałam dopiero późnym wieczorem. Z tej przyczyny nie byłam w stanie właściwie zatroszczyć się o moją rodzinę i dzieci. Wówczas ujrzałam nędzę mojego własnego życia w całej prawdzie, bez żadnych retuszy i ogarnął mnie wielki smutek.

W tym momencie wewnętrznej pustki z powodu nieobecności moich dzieci straciłam poczucie czasu i przestrzeni. Znowu spojrzałam ku górze i zobaczyłam coś bardzo pięknego. W jednej chwili ujrzałam wszystkie osoby mojego życia, naprawdę w jednej chwili, żyjące i zmarłe. Objęłam moich pradziadków, moich dziadków, moich rodziców, którzy już nie żyli, po prostu wszystkich! To była taka doniosła chwila; było cudownie.

Pojęłam, że oszukano mnie odnośnie reinkarnacji. Tym samym praktycznie strzeliłam sobie gola do własnej bramki, ponieważ zawsze fanatycznie broniłam reinkarnacji. Powiedziano mi kiedyś, że pewna osoba jest inkarnacją mojej prababci, ale nie powiedziano mi kto, i ponieważ wróżenie kosztowało zbyt dużo, dałam sobie z tym spokój i nie dociekałam, kim jest ta osoba. Ja sama spotykałam ciągle ludzi, o których sądziłam, że są inkarnacją mojego pradziadka i dziadka. A teraz obejmowałam dziadka i pradziadka. Uściskaliśmy się gorąco i spotkałam wszystkich w jednej chwili; było tak ze wszystkimi osobami, które znałam i które pochodziły ze wszystkich stron, gdzie niegdyś byłam, ze zmarłymi i żyjącymi – a to wszystko w jednym momencie.

Tylko moja córka przestraszyła się, gdy ją przytuliłam. Wtedy miała 9 lat i poczuła mój uścisk w swoim obecnym życiu na ziemi, w tym samym momencie. Czuła zatem mój uścisk w tych godzinach, w czasie których ona i cała rodzina bali się o moje życie, gdyż moje ciało znajdowało się jeszcze w śpiączce. Zwykle nie czujemy takiego uścisku z zaświatów. W tym cudownym stanie czas się zatrzymał, nie odczuwałam ciężaru ciała.

Nie postrzegałam już ludzi, tak jak wcześniej. Podczas mojego życia zwracałam uwagę na to, czy ktoś jest gruby, szczupły, brzydki, ciemnoskóry czy był dobrze ubrany czy nie. Według tych kryteriów dzieliłam osoby i byłam z tego powodu pełna uprzedzeń i cynicznej krytyki. Zawsze, gdy mówiłam o innych, krytykowałam ich. Teraz, tutaj, było inaczej. Teraz widziałam również wnętrze ludzi i jak pięknie było widzieć to ich wnętrze, ich myśli, uczucia, gdy ich obejmowałam. I gdy tak przytulałam wszystkich, równocześnie poruszałam się coraz to wyżej. W ten sposób czułam się coraz to pełniejsza pokoju i szczęścia. I im wyżej się unosiłam, tym bardziej byłam świadoma, że przypadła mi w udziale cudowna wizja. Na końcu tej drogi zobaczyłam jezioro, cudowne jezioro, otoczone tak wspaniałymi drzewami, tak pięknymi, że nie da się tego opisać. Podobnie kwiaty; były tutaj we wszystkich kolorach, o zapachu, który dawał rozkosz – wszystko było inne, wszystko było tak piękne w tym cudownym ogrodzie, w tym wspaniałym miejscu. Nie ma słów, by to opisać. Wszystko było miłością. Były tam dwa drzewa, które tworzyły coś na kształt bramy. Wszystko to różni się od tego co znamy. Nawet kolory nie są podobne do tych naszych. Tam wszystko jest niewypowiedzianie piękne. W owej chwili ujrzałam mojego siostrzeńca, który wraz ze mną uległ wypadkowi, jak wszedł do tego cudownego ogrodu. I wiedziałam, czułam, że nie mogłam jeszcze tam wejść.

Pierwszy powrót

W tym momencie usłyszałam głos mojego męża. Krzyczał, płakał ze złamanym sercem i wołał z całej duszy: „Gloria! Gloria! Proszę nie zostawiaj mnie samego. Popatrz, twoje dzieci potrzebują cię. Gloria, wróć! Nie bądź tchórzem i nie zostawiaj nas samych!”

W tamtej chwili widziałam wszystko – jednym spojrzeniem.  Miałam wgląd na wszystko i widziałam nie tylko jego, jak tak boleśnie płakał. Był cały we krwi, gdyż on także odniósł obrażenia. Wprawdzie nie został trafiony przez piorun, ale energia pioruna porwała go i rzucała nim na prawo i lewo. Nasze ciała podskakiwały jak gumowe piłeczki, jak na jakiejś trampolinie. Z tego powodu mój mąż został zraniony i krwawił. W owym momencie Pan pozwolił mi wrócić. Ja jednak tego nie chciałam. Ten pokój, ta radość, ta rozkosz, jakimi byłam otulona, zachwycały mnie. Ale stopniowo i coraz bardziej zaczęłam się poruszać wstecz w kierunku mojego ciała, które leżało martwe na ziemi. Wszyscy za wyjątkiem tych, którzy sami odbierają sobie życie, doświadczają uścisku Boga Ojca. Dlatego też widzą owe światło i czują ową ogromną miłość, która tam wszystko wypełnia. Bóg Ojciec obejmuje nas wszystkich, gdyż kocha nas wszystkich w doskonały sposób. Tak oto ukazuje nam, jak bardzo nas kocha. Ale ponieważ Bóg nikogo nie zmusza, dlatego często bywa tak, że dobrowolnie decydujemy się żyć bez Boga. W ten sposób to my wybieramy sobie ojca w naszym życiu. Bierzmy Boga za ojca i dostosowujmy nasze życie do Niego i Jego przykazań miłości, albo decydujmy się na szatana, „ojca kłamstwa” i przyczyny grzechu oraz zepsucia, który zna tylko nienawiść, pogardę i szerzy je na tej ziemi.

Po tym uścisku Boga Ojca dusza pozostaje przy Nim, albo przekazywana jest szatanowi, którego z własnej woli wybrała sobie na ojca w swoim życiu.  Ponieważ jeśli na ziemi zdecydowaliśmy się żyć bez Boga Ojca, to nie zmusza nas On do spędzenia z Nim wieczności.

Widziałam, jak moje nieruchome ciało leżało na noszach na oddziale uniwersytetu medycznego w Bogocie. Widziałam lekarzy, jak się o mnie starali i aplikowali mi elektrowstrząsy, by wznowić pracę serca. Przedtem ja i mój siostrzeniec leżeliśmy ponad dwie godziny na ziemi, ponieważ nie można nas było dotknąć z powodu wyładowań, jakie wychodziły z naszych naładowanych prądem ciał. Dopiero teraz mogli się nami zająć i dopiero teraz  podjęto moją reanimację.

I patrzcie: podchodzę (moja dusza) do mojego ciała i poruszam stopami mojej duszy owe miejsce na mojej głowie (pani Gloria wskazuje na miejsce na swojej głowie). Dusza jest obrazem naszego ludzkiego ciała w swojej właściwej formie. W tym momencie przeskoczyła na mnie z wielką siłą iskra. I tak oto wciskam się w swoje ciało. Zdawało mi się, że wciąga mnie ono w siebie. To wejście strasznie bolało, gdyż ze wszystkich stron ciało wysyłało iskry. Czułam, jak gdybym wciskała się w coś małego, ciasnego. To było jednak moje ciało. Miałam wrażenie, jak gdybym będąc normalnej wielkości wciskała się w dziecięce ciuszki, które zdawały się być zrobione z drutu. To był potworny ból.  Od tej chwili zaczęłam odczuwać bóle mojego całkiem spalonego ciała; to spalone podbrzusze tak bardzo bolało, tak niewymownie, paliło strasznie, wszystko dymiło i parowało.

Słyszałam, jak lekarze zawołali: „Doszła do siebie! Doszła do siebie!”

Radowali się niezmiernie, ale mój ból był nie do opisania. Nogi były zupełnie czarne i zwęglone, moje całe ciało było jedną żywą raną, jeśli w ogóle było to jeszcze ciało.

Próżność

Największy i najbardziej nieznośny ból stanowiła moja próżność. To był inny rodzaj cierpienia we mnie, to była próżność światowej kobiety, zemancypowanej, samodzielnej, pewnej siebie specjalistki, profesjonalistki, wykształciuszki, intelektualistki, naukowca, bizneswoman, kogoś, kto chciał znaczyć coś w społeczeństwie. Jednocześnie byłam niewolnicą mojego ciała, niewolnicą urody, mody. Codziennie spędzałam cztery godziny na aerobiku, masażach, dietach i zastrzykach, i na wszystkim, co tylko możecie sobie wyobrazić.

Najważniejszą rzeczą, moim bożkiem było piękno mojego ciała. Dlatego ponosiłam wiele wyrzeczeń. To było moim życiem:  bałwochwalstwo dla mojej zewnętrznej urody. Zwykłam mawiać, że piękny biust jest po to, by go pokazywać. Dlaczego miałabym go ukrywać? To samo mówiłam o moich nogach, gdyż wiedziałam, że były atrakcyjne i że w ogóle miałam bardzo dobrą figurę.

W pewnym momencie z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że przez całe życie pielęgnowałam tylko moje ciało. To było centrum mojego życia i jedyne, co mnie interesowało: miłość do niego. A teraz już go nie miałam. Tam, gdzie były piersi, były okropne dziury, zwłaszcza po lewej stronie nie było niczego. Moje nogi wyglądały strasznie, bardziej były to kikuty, zwęglone, zupełnie czarne jak spalony kotlet z grilla. Tak, wszystkie miejsca mojego ciała, które najbardziej pielęgnowałam, były zwęglone i obumarłe.

W szpitalu

Następnie zabrano mnie do szpitala. Tam zaczęto mnie szybko operować i zeskrobywać miejsca ze spaloną tkanką. W czasie narkozy po raz drugi opuściłam ciało i przyglądałam się, co robili ze mną lekarze, jak byli zatroskani o moje życie i usilnie starali się mnie reanimować wszelkimi sposobami.  Także i byłam zatroskana o moje życie, przede wszystkim bałam się z powodu nóg. Nadal miałam w sobie tę dumę, że jestem właścicielką moich nóg, mojego ciała i w mojej mocy było tak trenować je przez sport i ćwiczenia, aby były przez wszystkich podziwiane. Gdy nagle wydarzyło się coś przerażającego..

Muszę wam, kochani Bracia i Siostry wyznać, że także w sprawach religii byłam „na diecie”. W relacjach z Bogiem byłam „stosującą dietę katoliczką”. Ważne jest, abyście wiedzieli, że byłam złą katoliczką. Moja cała relacja z Bogiem polegała na tym, że uczęszczałam na niedzielną Mszę św., która trwała zaledwie 25 minut. Wyszukiwałam sobie zawsze takie Msze święte, gdzie ksiądz najmniej mówił, ponieważ nudziło mnie jego gadanie. Jaką męką byli dla mnie księża, którzy wygłaszali długie kazania. To była moja relacja z Bogiem! Była słaba i dlatego też wszystkie światowe prądy i nowe trendy w modzie miały nade mną taką władzę. Byłam prawdziwą chorągiewką na wietrze. Co właśnie uchodziło za najnowsze, najnowocześniejsze z racjonalizmu czy wolnej myśli, tam garnęłam się z zapałem.

Brakowało mi ochrony modlitwy, brakowało mi wiary. Brakowało mi także wiary w siłę łaski, w moc Ofiary Mszy Świętej. I właśnie gdy kształciłam się i specjalizowałam w zawodzie, ta moja chwiejność wydała najgorsze owoce. W tamtym czasie na uniwersytecie usłyszałam pewnego dnia, jak jeden katolicki ksiądz powiedział, że  nie ma diabła i tak samo nie ma piekła. To było właśnie to, co chciałam usłyszeć! Natychmiast pomyślałam sobie w duchu: jeśli więc nie ma diabła i piekła, to wszyscy dostaniemy się do nieba. Kto w takim razie musi się obawiać? Mogę zatem robić to, co mi się podoba.

To, co mnie zasmuca, a co muszę Wam z wielkim wstydem wyznać, to fakt, że wiara w istnienie piekła była tym ostatnim sznurem, który trzymał mnie przy Kościele. To był po prostu egzystencjalny strach przed diabłem, który trzymał mnie w łączności ze wspólnotą Kościoła. Więc gdy powiedziano mi, że nie ma szatana i w ogóle piekła, powiedziałam sobie od razu: „Dlaczego mam się jeszcze starać i walczyć o życie wedle reguł „starego Kościoła”? Przecież wszyscy pójdziemy do nieba, dlatego całkowicie obojętne jest to, kim jesteśmy i co czynimy.”

To było właśnie ostatecznym powodem, dla którego całkowicie oddaliłam się od Pana. Oddaliłam się od Kościoła i zaczęłam kląć na niego i nazywałam go głupim oraz zacofanym itp. Nie obawiałam się już grzechu i zaczęłam niszczyć moją relację z Bogiem. Grzech nie pozostawał tylko we mnie, lecz zaczął rozprzestrzeniać się ze mnie na zewnątrz i zarażać innych. Stałam się aktywna; w złym znaczeniu tego słowa. O tak, nawet sama zaczęłam opowiadać wszystkim, że diabeł nie istnieje, że jest wymysłem duchowieństwa – także kolegom na uniwersytecie zaczęłam mówić, że Boga też nie ma i że jesteśmy produktem ewolucji itp.

I tak oto udało mi się wpłynąć na wiele ludzi.

Diabeł istnieje naprawdę

A teraz słuchajcie, co się zdarzyło, gdy znajdowałam się w tej straszliwej sytuacji: co za potworny strach! Nagle zobaczyłam, że demony istnieją; przybyły teraz, by mnie zabrać. Widziałam przede mną te diabły w całej ich potworności. Żaden z wizerunków, jakie dotychczas widziałam na ziemi, nie może nawet w najmniejszym stopniu przedstawić tego, jak straszliwie wyglądają.

I tak oto widzę, jak na raz wychodzi  ze ścian sali operacyjnej wiele ciemnych postaci. Wydają się być normalnymi i zwyczajnymi ludźmi, ale wszystkie mają to przeraźliwe, okropne spojrzenie. Nienawiść emanuje z ich oczu. I natychmiast pojmuję, że jestem im coś winna. Przybyły, by mnie „zainkasować”, ponieważ przyjmowałam ich propozycje do grzechu, i teraz musiałam za to zapłacić, a ceną byłam ja sama. Zaprzedałam diabłu moją duszę. Dobiłam z nim interesu. Moje grzechy miały bowiem swoje konsekwencje. Grzechy należą do szatana, nie są czymś za darmo od niego, trzeba za nie zapłacić. Ceną jesteśmy my sami. Kiedy więc robimy zakupy w jego sklepie – że się tak wyrażę – będziemy musieli zapłacić za towar. Bądźmy tego świadomi. Ujrzałam naraz wszystkie me grzechy, które popełniłam od mojej ostatniej spowiedzi, to znaczy od ostatniej spowiedzi u katolickiego księdza i jego rozgrzeszenia, jak stawały się żywe.

Musimy zapłacić za każdy grzech; płacimy naszym spokojem sumienia, naszym wewnętrznym pokojem, naszym zdrowiem… A gdy jesteśmy wiernymi, stałymi klientami w supermarkecie szatana i kupujemy tylko w jego sklepie, to w końcu on sam nas „zainkasuje”. Stajemy się jego własnością. Sprzedaliśmy mu swoją duszę.

Największym kłamstwem, największą sztuczką diabla jest to, że szerzy bajki, jakoby go w ogóle nie było.

Te straszne, ciemne postaci okrążają mnie i oczywistą rzeczą jest, że przybyły tylko w jednym celu: zabrać mnie ze sobą. Prawdopodobnie nie macie wyobrażenia, jaka to była trwoga, okropny strach, do tego stopnia, że w tej sytuacji na nic mi się zdał mój intelekt, wiedza, moje akademickie tytuły i ukończone kształcenie zawodowe. Były całkowicie bez wartości. Te grzechy wciągają więc nas w głąb, w dół, do „ojca kłamstwa”. Ale gdy my nieudacznicy przynosimy Bogu nasze grzechy w sakramencie pokuty i pojednania, wtedy to On płaci cenę. On zapłacił ją na krzyżu Swoją własną Krwią i życiem. I On ponownie płaci za każdym razem, gdy grzeszymy. Zniósł dla nas potworne męki, które sobie sami zgotowaliśmy i które były zobowiązaniem wobec właściciela grzechów (szatana).

Zostaliśmy odkupieni przez Jezusa Chrystusa. Mamy więc prawo do Jego Królestwa, Jego życia, gdyż uczynił nas „Dziećmi Bożymi”.

I oto przybyły te ciemne istoty, by zainkasować swoją własność – mnie. Widziałam, jak wychodzą ze ścian i wkraczają do sali. Mnóstwo istot, które nagle stanęły wokół mnie. Na zewnątrz wyglądały początkowo normalnie, ale spojrzenie każdej było pełne nienawiści, pełne diabelskiej nienawiści. I były takie bezduszne, wewnętrznie wypalone. Moja dusza wzdrygała się i drżała, i natychmiast zrozumiałam, że były demonami. Zrozumiałam, że były tu z mojego powodu, bo byłam im coś winna, grzech bowiem nie jest czymś gratis. To jest największa podłość i kłamstwo diabła, że wmawia ludziom, że w ogóle nie istnieje. To jego strategia; później ten kłamca może robić z nami wszystko, co chce. I oto z przerażeniem zrozumiałam: Oh, istnieją! I zaczęły mnie okrążać, chciały mnie dostać. Możecie sobie wyobrazić mój strach, moje przerażenie? To był istny terror!

Na nic mi się zdała moja wiedza, rozum i pozycja społeczna. Zaczęłam tarzać się po ziemi, rzucać się na moje ciało, ponieważ chciałam uciec do niego ale ono już mnie nie wpuszczało;  to napawało mnie przerażającym strachem. Zaczęłam biec i uciekać. Nie wiem jak, ale przedarłam się przez ścianę sali operacyjnej. Nie chciałam nic innego jak tylko uciec, ale gdy przeszłam przez ścianę, trafiłam w próżnię. Zostałam zaciągnięta w jeden z tych tuneli, które nagle się pojawiły i prowadziły w dół.

Na początku było jeszcze trochę światła, przypominało wosk pszczeli. I roiło się tu jak w ulu, tak wielu ludzi tu było. Dorośli, starcy, mężczyźni, kobiety krzyczący głośno, przenikliwie zgrzytający zębami. Byłam wciągana coraz głębiej i zmierzałam nieprzerwanie w dół, mimo że ciągle starałam się stamtąd wydostać. Światło stawało się coraz bardziej skąpe, a ja leciałam tym tunelem, aż stało się niezwykle ciemno. Góra była spowita w świetle, na dole natomiast robiło się coraz ciemniej. Możecie sobie wyobrazić, jak się rozradowałam, gdy zobaczyłam swą matkę w tym świetle? Była cała jasna. Umarła wiele lat temu. Naraz zrozumiałam, że tymi białymi szatami, w które moja matka niczym słońce była ubrana, były wszystkie te Msze święte, w których uczestniczyła w swoim życiu. Nie miałam możliwości dostać się do niej i pozostać przy niej. Bezbronna zapadłam w tę ciemność, której nie da się z niczym porównać. Najciemniejsza ciemność tej ziemi jest przy tym jasnym południem. Ale tamtejsza ciemność zadaje straszne cierpienia, horror i wstyd. I strasznie cuchnie. Widziałam coraz więcej strasznych postaci i istot, zniekształconych w taki sposób, którego nie możemy sobie wyobrazić.

Grzech, moi Bracia i Siostry w Panu, pozostawia w naszych duszach ślady. Te ślady naznaczają nasze dusze jak blizny, pęcherze powstałe wskutek oparzenia, nieforemne dziury. I najgorszym doświadczeniem przy tym było dla mnie to, gdy zorientowałam się, że ten okropny odór pochodził ode mnie. Ile pieniędzy wydawałam w całym swoim życiu na perfumy i odświeżacze powietrza, gdyż niczego tak bardziej nie nienawidziłam, jak smrodu. I tak oto spostrzegłam, że moje grzechy nie były gdzieś poza moją duszą, ale były we mnie, wewnątrz mojej duszy, i stamtąd rozprzestrzeniał się ów nieznośny smród.

Przypominałam demona, straszną bestię, zniekształconą przez wszystkie moje własne okropieństwa. Tak jak moja matka była ubrana w świetliste szaty Pana, tak ja byłam ubrana w worek na śmieci przez bestię, samego diabła.

W tym stanie dotarłam do swego rodzaju grzęzawiska, gdzie wiele osób tkwiło po szyję w bagnie i jęczało. Pojęłam, że to bagno złożone było z nasienia, które wytrysnęło w grzesznych związkach i podczas seksualnych zboczeń, za które my ludzie na ziemi jesteśmy odpowiedzialni. Podczas każdego wytrysku uwalniają się miliony sperm. I jedynie stosunek płciowy, który dokonuje się w związku sakramentalnym, jest pobłogosławiony przez Boga, gdyż On Sam obecny jest przy tym akcie i jest trzecią osobą w tym związku małżeńskim. On jest miłością, która uświęca i uszlachetnia każdy akt małżeński.

Seksualność pozbawiona sakramentalnych fundamentów jest tylko czystą żądzą, zaspokojeniem, egoizmem. Właśnie z tego powodu ci ludzie cierpią w tym bagnie, które sami zgotowali sobie na ziemi swymi niepohamowanymi namiętnościami. Każdy, kto uczestniczył w takich grzesznych i pozamałżeńskich stosunkach płciowych, tkwi  w owym bezkresnym i cuchnącym bagnie i cierpi niewypowiedzianie z tego powodu. Wstydzi się swoich złych uczynków.

Nagle odkryłam w tym bagnie również mojego tatę. Ujrzałam go zanurzonego po szyję w tej cuchnącej breji. Przeszył mnie ból i głośno krzyknęłam: „Tato, co tu robisz?” Odpowiedział płaczącym głosem: „Moja córko, ach moja córko, cudzołóstwo, niewierność!” Wy sami przeżyjecie to pewnego dnia i wspomnicie na moje słowa. Mogę Wam tylko powiedzieć, że najbardziej bolesną rzeczą tam jest to, że widzi się zakochanego w człowieku Boga, który przez całe nasze życie jest tuż za nami i nieustannie nas szuka. Jak bardzo kochający Bóg cierpi z powodu naszych grzechów!

Ukazano mi tam, jak wiele osób modliło się za mnie, jak wielu księży i zakonnic starało się sprowadzić mnie na dobrą drogę. A ja odczuwałam jedynie pogardę wobec nich wszystkich. Byłam ordynarna w określaniu tych świątobliwych osób. Zakonnice nazywałam tak: „pingwiny”, „niezaspokojone stare wiedźmy”, „pozornie święte baby w trwającej wiecznie menopauzie, które liżą Panu Bogu palce u nóg i nie mają pojęcia o problemach ludzi na świecie”. To tylko niektóre z mniej dosadnych określeń, jakich używałam w nazywaniu ich.

Wiecie, tam, po tamtej stronie, widzi się całe swoje życie, jak jest zapisane w „Księdze życia”, każdy szczegół. Przy tym nie tylko słowa się pojawiają, które się wypowiada, lecz towarzyszą im również myśli, jakie się wówczas ma. Wszystko jest odkryte i jasne dla każdego. Często wzdrygnąć się można widząc różnicę miedzy słowem i myślą. Grzechy, które popełniamy, nie pociągają konsekwencji tylko dla nas, lecz również dla naszego otoczenia. Są one niczym zgniłe owoce, które zarażają każdy znajdujący się w pobliżu zdrowy owoc i doprowadzają go do gnicia. Stanowi to wielkie cierpienie w tym drugim świecie, gdy widzisz, jak bardzo grzech nie szkodzi jedynie tobie, ale rozprzestrzenia się wokół ciebie i wszystko niszczy. Kiedy więc oddaję się grzechowi, kim są ci, którzy są najbliżej mnie? Moje dzieci. I tak szkodzę swoimi grzechami najpierw moim dzieciom i rodzinie.

A teraz posłuchajcie mnie dobrze i nie zatykajcie swoich uszu. Gdy człowiek popełnia ciężki grzech, diabeł ma go w swym ręku i zmusza go niczym windykator do podpisania mu weksla, który natychmiast czyni go jego własnością. Najsmutniejsze jest to, co jest pierwszym poleceniem szatana skierowanym do nas: „Idź zatem teraz i przyprowadź mi wszystkich, którzy cię otaczają, i z którymi utrzymujesz stosunki!”

Matka, która kogoś nienawidzi albo która nieustannie szerzy plotki o swoich bliźnich, albo ojciec, brutalny lub uzależniony od alkoholu, który wraca zawsze pijany do domu i nie wzdryga się przed kradzieżą cudzej własności, mają zazwyczaj w swoim otoczeniu swoje własne dzieci. Jest to nadużyciem rodzicielskiego zadania, którym powinna być troska o przyszłość dzieci. Rodzicie tym swoim złym postępowaniem dają zły przykład swoim dzieciom. Tylko życie z sakramentami Kościoła może przełamać takie „błędne koło” w łańcuchu, jaki łączy różne pokolenia. Tylko łaska sakramentów i moc modlitwy mogą odsunąć grzech i unicestwić go.

To była żywa ciemność. Tam nic nie jest martwe lub nieruchome. Po tym jak bezradna i bezbronna przemierzałam te tunele, dotarłam niespodziewanie na równe podłoże. Byłam w tym momencie całkowicie zrozpaczona, ale i ogarnięta silną wolą ucieczki. Była to ta sama silna wola co wcześniej, by osiągnąć coś w życiu, co teraz było dla mnie bez znaczenia, gdyż teraz byłam tutaj i nie mogłam się uwolnić. Nic mi nie pozostało z wielkich wyobrażeń i marzeń, które wcześniej miałam. Nagle stałam się całkiem mała, maleńka.

Wtedy nagle ujrzałam, że podłoże otwarło się. Wyglądało jak wielka gęba, jak przeraźliwie wielki pysk, otchłań.  To podłoże żyło, trzęsło się!!!  Czułam się strasznie pusta, a pode mną była ta napawająca strachem, przerażająca otchłań, której po prostu nie jestem w stanie opisać ludzkimi słowami. Najgorsze było to, że nie czuło się tutaj nic z obecności i miłości Boga; tutaj nie było niczego, ani promyka nadziei. Ta dziura miała coś w sobie, co mnie nieodparcie wsysało w dół. Krzyczałam jak szalona. Śmiertelnie przestraszyłam się, gdy zauważyłam, że nie mogłam zapobiec upadkowi, że nieprzerwanie wciągana byłam w dół. Wiedziałam, że jeśli spadnę, to nigdy stamtąd nie wrócę i że bez końca będę spadać coraz to głębiej i głębiej. To była śmierć mojej duszy, duchowa śmierć mojej duszy, bezpowrotnie  zatraciłabym się.

W czasie tego przerażającego horroru, na skraju przepaści, poczułam nagle jak św. Michał Archanioł chwycił mnie za stopy. Moje ciało wpadło do tej dziury, ale ja przytrzymywana byłam za stopy. To była chwila strasznego bólu i potwornego  strachu. Gdy tak wisiałam nad przepaścią, skąpe światło, które miałam jeszcze w swojej duszy, zirytowało  demony i wszystkie te stwory rzuciły się na mnie.

Te okropne kreatury przypominały larwy, pijawki, chcące ostatecznie ugasić we mnie owe światło. Wyobraźcie sobie moje obrzydzenie i przerażenie, gdy ujrzałam siebie pokrytą tymi odrażającymi kreaturami. Krzyczałam, wrzeszczałam jak szalona. Te istoty paliły. O moi bracia i siostry, chodzi o żywą ciemność, to nienawiść pali, połyka nas, ograbia i wysysa. Nie ma takich słów, które oddałyby ten horror.

Sakrament małżeństwa

Chciałabym tutaj poruszyć kwestię małżeństwa. Chciałabym Wam również opowiedzieć o wielkiej łasce płynącej z sakramentu małżeństwa. Gdy ktoś przyjmuje w kościele sakrament małżeństwa i mówi swoje „tak” i tym samym zobowiązuje się dochować wierności, być wiernym w dobrych i złych chwilach, wtedy obiecuje to samemu Bogu Ojcu. On jest tym jedynym świadkiem, gdy składamy sobie obietnice. Kiedy umrzemy, ujrzymy ten moment zapisany w księdze naszego życia. Widziałam, jak para małżeńska w owym momencie spowita była w niewymownie pięknej, złocistej poświacie. Bóg Ojciec zapisuje te słowa złotymi literami w naszej księdze życia. Kiedy później przyjmujemy Ciało i Krew naszego Pana, zawieramy przymierze z Bogiem i osobą, którą sobie wybraliśmy na małżonka/małżonkę, z którą chcemy dzielić całe swoje życie. Kiedy oznajmiamy naszą wolę, te słowa są zobowiązaniem nie tylko wobec partnera, ale i wobec Trójcy Przenajświętszej.

Pan pozwolił mi zobaczyć, jak w dniu mojego ślubu, gdy mój mąż i ja przyjęliśmy Komunię świętą, nie byliśmy tylko my dwoje, lecz troje: my i Jezus. Bowiem w chwili, gdy przyjęliśmy Komunię św., Pan tak nas jednoczy, że jesteśmy jedno. Bierze nas do Serca i w Jego Sercu stajemy się jedno. Razem z Jezusem tworzymy świętą trójcę. Człowiek zatem niech nie rozdziela tego, co Bóg złączył. I teraz pytam się: kto jest w stanie rozdzielić coś takiego? Nikt! Nikt, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, nikt nie może rozbić tego przymierza. Naprawdę nikt, po tym jak Bóg go pobłogosławił. I kiedy te dwie dziewicze osoby zawierają związek małżeński, o jakie błogosławieństwo spoczywa na takiej parze!

Ujrzałam również ślub moich rodziców: gdy mój ojciec wkładał mojej matce pierścionek na palec, a ksiądz ogłaszał ich mężem i żoną, Pan przekazał ojcu laskę pasterską, która wyglądała jak zgięta na górze świetlista laska; to jest łaska, którą Pan daje mężowi. To prezent autorytetu Boga Ojca, aby ten mąż mógł opiekować się małą trzódką swojej rodziny, którą są jego dzieci, dane mu w darze w małżeństwie, i aby bronił swego małżeństwa, aby strzegł swoich dzieci przez wieloma szkodami i niebezpieczeństwami, na jakie narażona jest rodzina.

Mojej matce Bóg Ojciec dał coś na kształt ognistej kuli i umieścił ją w jej sercu. Oznacza ona miłość Ducha Świętego; zobaczyłam, że moja matka była bardzo czystą kobietą. Bóg był pełen radości.

Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak wiele nieczystych duchów próbowało zaatakować mojego ojca w tamtym momencie. Te duchy wyglądały jak larwy, pijawki.

Musicie wiedzieć, że gdy ktoś ma pozamałżeńskie stosunki płciowe, to wówczas te nieczyste duchy uczepiają się natychmiast tej osoby, oblepiają ją wszędzie, zaczynają od genitaliów, biorą w posiadanie ciało, hormony, osadzają się w mózgu, zajmują przysadkę mózgową, grasicę (glandula) i wszystkie neurologiczne miejsca organizmu ludzkiego oraz rozpoczynają produkcję mnóstwa hormonów, które pobudzają niskie instynkty. Przekształcają dziecko Boże w niewolnika swej żądzy, instynktów, pożądania seksualnego. Czynią z niego człowieka, o którym mawia się, że używa życia.

A my mówimy tak lekkomyślnie: raz się żyje – i to „raz” pociąga za sobą gorzkie konsekwencje…

Gdy para małżeńska jest dziewicza, Bóg jest szczególnie uwielbiony. Bóg zawiera z nimi święte przymierze i błogosławi ich seksualność. (To błogosławieństwo otrzymuje również para, która nie zawarła związku małżeństwa będąc czystą). Seksualność bowiem nie jest grzechem. Bóg dał ją jako błogosławieństwo. Tam gdzie małżeństwo zawierane jest przed Bogiem, tam jest On obecny, także w łożu małżeńskim. W sakramentalnie zawartym małżeństwie osoby udzielają sobie łask Bożych w intymnym obcowaniu, w związku niepobłogosławionym brudzą się wzajemnie swoim grzechem.

Bóg raduje się, gdy może im towarzyszyć w ich nowym życiu. Bóg i taka para tworzą jedność. Szkoda, że wiele małżeństw tego nie wie i nie myśli o tym. Gdy bierze się ślub w kościele jedynie z tradycji, nie wierząc w ten sakrament, błogosławieństwa nie ma.

Wielu myśli podczas ceremonii o tym aby jak najszybciej się skończyła, aby mogli wreszcie świętować, jeść, pić, bawić się. Zapominają o Panu. Tak jak ja wtedy uczyniłam i zostawiłam Go samego. Do głowy mi nie przyszło, aby zaprosić Pana do mojego nowego domu, do mojego nowego życia. On tak bardzo lubi być zapraszanym do bycia z nami, we wszystkich sytuacjach życiowych. Chce, abyśmy odczuli Jego obecność. Wprawdzie jest obecny z racji sakramentu małżeństwa, ale lubi, kiedy z własnej woli Go o to prosimy i zapraszamy.

Także i ja nie zaprosiłam Go, aby po moim weselu przybył do mojego domu. Zostawiłam Go w kościele, potem spędziłam moje tygodnie miodowe, w ogóle nie myślałam już o Nim, powróciłam do domu, a On smutny pozostał na zewnątrz i w ogóle nie zwracałam na Niego uwagi, nie zapraszałam do siebie.

Ale jak dobrze byłoby dla małżonków, gdyby byli świadomi Jego obecności i nie popełniali tego samego bledu, jak ja wtedy. Przy ślubie moich rodziców najpiękniejsze było to, że Bóg przywrócił memu ojcu wszystkie łaski, które stracił z powodu swego rozpustnego życia. Bóg uczynił to z miłości do mojej matki, jego żony, która jako dziewica zawarła związek małżeństwa. Bóg uleczył przez to zbrukaną seksualność mojego ojca i cały związany z nią nieporządek hormonalny. Ale ponieważ ojciec był bardzo „męski” – istny, tak zwany macho – i jego przyjaciele zaczęli go znowu zatruwać i zwodzić, mówiąc mu, aby nie dał się wodzić za nos swojej żonie, szybko go przekonali do powrotu do swego wcześniejszego trybu życia. Okazał się niewiernym swojej powierzonej żonie, mojej matce, już w 14 dni po swoim weselu i dał się zaciągnąć do domu publicznego, by udowodnić swoim przyjaciołom, że jest panem, że nie będzie pantoflarzem.

I wiecie, co się stało z laską pasterską, którą otrzymał od Pana? Demon mu ją zabrał. I wszystkie te brudne złe duchy powróciły i przykleiły się do niego. Mój ojciec przeobraził się z pasterza swojej rodziny w wilka, który nie chronił już swej rodziny, a otworzył demonom drzwi na oścież i stał się postrachem całego domu.

Mój ojciec powiedział we łzach po tamtej stronie: „Dzięki mojej cudownej żonie, twojej matce, która modliła się przez 38 lat za mnie o moje nawrócenie i prowadziła przykładne życie jako ofiarna matka, zostałem uratowany przed piekłem.”

Moja matka modliła się przez 38 lat swego życia za mojego ojca, który prowadził zepsute i pełne cudzołóstwa życie, także z winy mojego dziadka, który zabrał go, 12-latka ze sobą do domu uciech, by zrobić z niego mężczyznę. I wiecie, jak modliła się zawsze moja matka przed Najświętszym Sakramentem? Mówiła: „Panie, wiem Boże mój i ufam, ze nie pozwolisz umrzeć Swojej służebnicy, zanim nie ujrzę nawrócenia mojego małżonka. Proszę Cię nie tylko za moim mężem, a błagam Cię również, abyś wspierał wszystkie te biedne kobiety, które znajdują się w tej samej nieszczęśliwej sytuacji, co ja. Szczególnie proszę Cię za tymi kobietami, które oddają się mocy wróżbitów, czarnoksiężników i innym narzędziom magii oraz siłom demonicznym. Proszę Cię za wszystkimi tymi, które w ten sposób sprzedają demonom swoje dusze i dusze swoich dzieci, zamiast być przed Najświętszym Sakramentem – przed Tobą – modlić się tutaj i Cię uwielbiać. Proszę Cię także za nimi. Wspieraj je wszystkie i uwolnij je z więzów złego!”

Tak modliła się moja matka. I wiecie, dlaczego zawsze kochałam swego ojca i na niego spoglądałam? Ponieważ moja matka była właśnie dobrą kobietą, która nas nigdy, ani na trochę, nie skłaniała do tego, by kogoś nienawidzić i nawet nie naszego ojca, mimo że dawał jej ku temu powody.

Czasami moja matka mawiała do mnie, jakoby miała widzenie i widziała, że po każdym ciężkim grzechu ziemia się otwiera i połyka daną duszę. Często naigrywałam się z tych jej opowiadań i nazywałam ją głupią oraz naiwną. Mówiłam często do niej: „Wiesz co, Bóg mi właśnie pokazał, jak otwarła się ziemia i połknęła tatę.” Mówiłam to nawiązując do jej wypowiedzi odnośnie ciężkich grzechów.

Ale w tym drugim świecie stało mi się jasne, że moja matka naprawdę miała mistyczną wizję. Odpowiedziała mi tak: „Tak, moja córko, widziałam twego ojca. Był spętany przez diabła, który chciał go zaciągnąć do otchłani. Ale musisz wiedzieć, że owiłam go natychmiast moim różańcem i zaciągnęłam do kościoła przed Najświętszy Sakrament. To była ustawiczna walka. Szatan chciał go zaciągnąć w dół swymi pętami, a ja swoim różańcem ciągnęłam go z powrotem w górę. I kiedy wreszcie przyprowadziłam go do kościoła, rzekłam do Pana: ‘Oto przyprowadzam Ci go i ufam Tobie, że go uratujesz.’”

Mój ojciec nawrócił się osiem lat przed swoją śmiercią. Z głęboką skruchą prosił Boga o przebaczenie, a miłosierny Bóg odpuścił mu.  Mój ojciec jednakże nie odpokutował swoich czasowych kar za grzechy. Wprawdzie żałował, wyspowiadał się i otrzymał rozgrzeszenie, ale nie miał okazji odbyć pokuty. Dlatego znajdował się w Czyśćcu aż po szyję w tym cuchnącym bagnie, który już wcześniej opisałam.

Pokutowanie za popełnione grzechy i zadośćuczynienie to jedna z tych rzeczy, o których tak łatwo zapominamy. Właściwie to bardzo mało o tym myślimy. I jest też tak, że my sami z siebie bardzo mało możemy zadośćuczynić. Ale Jezus w Najświętszym Sakramencie może nam udzielić łaski, abyśmy mogli pokutować. Gdy Go odwiedzamy w Najświętszym Sakramencie i uwielbiamy Go, otrzymujemy często ten dar pokuty, zadośćuczynienia za skutki naszych grzechów. Właśnie w tym drugim świecie Bóg ukazuje nam, czym nasze grzechy skutkują dla innych. Cierpi On bardziej z powodu skutków naszych grzechów dotykających inne osoby, aniżeli z powodu samego grzechu, ponieważ te skutki są zazwyczaj bezpośrednim atakiem przeciwko Jego miłości. Bóg sam w Sobie jest miłością.

Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu to jedyna droga, która nas bezpośrednio prowadzi do Nieba. Zapamiętajcie to sobie! To bardzo ważne dla nas wszystkich.

Gdy ktoś zdradza swojego małżonka/małżonkę, zdradza Pana Boga. Łamie obietnicę, którą złożył Bogu i swojemu partnerowi w dniu swego ślubu. Jeśli ktoś zamierza nie dotrzymać obietnicy małżeńskiej, niech lepiej nie zawiera związku małżeńskiego. Pan mówi do nas: „Jeśli jesteś niewierny, sam siebie potępiasz. Jeśli nie jesteś wierny, to się nie żeń.”

Pan mówi: „Moje dzieci, proście Mnie, abyście mogły być wierne swojej małżonce/małżonkowi, abyście mogli być wierne waszemu Bogu.”

Ile szkód i cierpień doświadcza małżeństwo z powodu niewierności! Gdy np. mężczyzna idzie do domu publicznego albo rozpoczyna romans ze swoją sekretarką, to pomimo prezerwatywy zaraża się wirusem. Wtedy nie pomoże żadna kąpiel. Ten wirus nie ginie i później, gdy przychodzi do swej żony, przenosi tego wirusa na nią i ten zagnieżdża się w pochwie lub w macicy, a później rozwija się z tego rak. Tak, rak!

Kto więc odważy się twierdzić, że cudzołóstwo nie zabija?! I jakże wiele kobiet, które dopuściły się cudzołóstwa, boi się potem, że zostanie odkryty ich cudzołożny związek, i wtedy chcą usunąć dziecko? Zabijają niewinnego człowieka, który nie może jeszcze ani mówić, ani się bronić. To kilka przykładów nieprzewidzianych konsekwencji grzechów, krótkiej chwili przyjemności.

Cudzołóstwo zabija w wieloraki sposób. Potem mamy jeszcze czelność skarżyć się na Boga, atakować Jego własną bronią i zrzucać na Niego winę, gdy rzeczy nie mają się tak, jak tego byśmy chcieli, gdy mamy problemy, nawiedzają nas choroby. To my fundujemy sobie nieszczęście i ściągamy je na siebie naszymi grzechami. Za grzechem stoi zawsze przeciwnik, szatan. Otwieramy mu drzwi, gdy ciężko grzeszymy. I gdy spotyka nas jakieś nieszczęście, wtedy Boga obarczamy odpowiedzialnością za to. Biada temu, który próbuje zniszczyć małżeństwo. Gdy ktoś rujnuje małżeństwo, uderza w skałę,  którą jest Jezus. Bóg chroni małżeństwo, nigdy w to nie wątpcie!

Chciałabym Wam też jeszcze powiedzieć, że musicie dobrze uważać na wszelkiego rodzaju teściów, którzy mieszają się do małżeństwa dzieci, aby zniszczyć ich związek, zaszkodzić relacji małżonków, siejąc nieufność, uważając się za kogoś mądrzejszego. Nawet jeśli nie lubicie swojej synowej lub zięcia, czy sprawiedliwie czy nie, nie mieszajcie się w ich związek. Lepiej pomódlcie się za to małżeństwo. Oboje są już w małżeństwie i nic już nie można zrobić. Jedyną rzeczą, którą możecie zrobić, to modlitwa za nich. Módlcie się za to małżeństwo i milczcie. I ofiarujcie Panu to swoje milczenie, które być może nie przychodzi Wam łatwo. Wiele kobiet samo się potępiło, ponieważ mieszały się do małżeństwa swoich dzieci. To bardzo ciężki grzech. Gdy zauważacie, że coś nie jest w porządku, że jedno z nich grzeszy przeciwko małżeńskiej obietnicy, bądźcie cicho i módlcie się.

Proście Boga za nimi, proście Boga o pomoc. Możecie również porozmawiać z obojgiem i prosić ich, aby ratowali swe małżeństwo, aby brali pod uwagę swoje dzieci, gdyż małżeństwo jest po to, aby kochać, obdarzać się i wzajemnie sobie przebaczać. Trzeba walczyć o małżeństwo, ale nie poprzez mieszanie się i ustawianie po jednej stronie barykady.

Przebiegłość diabła

Kto oglądał film „Pasja Chrystusa” Mela Gibsona, ten przypomni sobie, że szatan był ukazany podczas biczowania Pana jako dziecko, które patrzyło na Jezusa i uśmiechało się do Niego. Wiecie, dziś szatan nie jest już dzieckiem, jest potworem, przyczyną i sprawcą wszelkiego zła, perwersyjnym, wstrętnym typem, który zniewolił wielu ludzi żądzą ciała, czarami i fałszywymi naukami, np. jak ta, gdzie diabeł twierdzi, jakoby w ogóle nie istniał. Wyobraźcie sobie, jaki jest sprytny, że daje się zanegować. Wmawia nam, że go nie ma, aby mógł spokojnie czynić z nami wszystko, co chce. Samych wierzących okłamuje na wszelki możliwy sposób. Sieje zamęt wśród ludzi na tysiąc sposobów i u każdej pojedynczej osoby wykorzystuje jej słabe punkty. Tak więc wielu jest praktykujących katolików, którzy chodzą na Mszę św. i jednocześnie do wróżbitów. Zły bowiem wmawia im, że to nic złego i że i tak pójdziemy do Nieba, gdyż nie czynimy nikomu niczego złego. Demon zwodzi, wykorzystuje i dyryguje wszystkim za pomocą świetnie przemyślanego planu: podstępem.

Mówię Wam jednakże, że jeśli wybieracie się do wróżki, nieważne co tam robicie, lub czego nie robicie; bestia tak czy inaczej odciśnie na Was swoją pieczęć, jeśli zwracacie się ku okultyzmowi, chodzicie do tarocistów, wywołujecie duchy, paracie się okultyzmem i astrologią, bierzecie udział w seansach z wirującymi stolikami – przy tych wszystkich „hobby”, które w dzisiejszym świecie są w modzie, Zły wyciska na Was swoją pieczęć.

Po raz pierwszy w takim miejscu byłam z moją koleżanką, która zabrała mnie do czarownicy, by ta przepowiedziała mi moją przyszłość. I tam zostałam opieczętowana przez bestię. Tak, Zły wycisnął wtedy na mnie swoją pieczęć. Od tamtego czasu pojawiło się w moim życiu zło, wewnętrzne niepokoje, zamęt, nocne koszmary, lęki, udręczenia, obawa, przerażenie. Ogarnęła mnie chęć samobójstwa. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć przyczyny tej chęci. Płakałam, czułam się nieszczęśliwa i nigdy więcej nie miałam w sobie pokoju. Wprawdzie modliłam się, ale czułam, że Pan jest tak daleko ode mnie, nigdy już nie odczuwałam bliskości Boga, jakiej doświadczałam będąc dzieckiem. Coraz trudniej było mi się modlić. To takie jasne: otwarłam Złemu drzwi i wkroczył w moje życie z całą swoją mocą.

Dusze Czyśćcowe

Powracam teraz do tego strasznego miejsca, w którym się znajdowałam, na skraju tej okropnej przepaści. Musicie wiedzieć, że byłam bezbożniczką, w praktyce ateistką. Nie wierzyłam już w istnienie diabła, a tym samym w istnienie Boga. Tutaj jednakże – w tych okolicznościach – zaczęłam krzyczeć: „O wy Biedne Dusze Czyśćcowe, proszę was, wyciągnijcie mnie stąd, wydostańcie mnie. Proszę, pomóżcie mi!”

Gdy tak krzyczałam, przepełnił mnie dotkliwy ból. Wówczas zauważyłam, jak miliony, wiele milionów ludzi płakało i szlochało. Ujrzałam nagle, że były tu niezliczone rzesze ludzi, młodych, przede wszystkim młodych osób, wszyscy pośród niewymownych cierpień. Pojęłam, że w tym strasznym miejscu, w tym bagnie pełnym nienawiści i cierpienia zgrzytali zębami, i wydawali z siebie takie ryki i wrzaski z bólu, że przyprawiało mnie to o dreszcze, czego nigdy nie zapomnę.

Macie pojęcie? To jest nieobecność Boga, to są grzechy, to ich konsekwencje. Czy rozumiecie czym jest grzech? To całkowite przeciwstawienie się Bogu, który jest nieskończoną miłością. Grzech jest czymś tak przerażającym, że ma takie straszne skutki. A my żartujemy sobie z tego. Żartujemy z grzechu, piekła i demonów. Jednocześnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Od tamtego przeżycia upłynęły lata, ale zawsze gdy o tym myślę, płaczę z powodu cierpień tych wielu ludzi (Pani Polo wybucha płaczem). To byli samobójcy, którzy w momencie rozpaczy odebrali sobie życie a teraz byli pośród tych mąk i katuszy; otoczeni przez te okropne stwory, okrążeni przez demony, które ich męczyły. Najgorsze w tej całej torturze była nieobecność Boga, jego kompletna nieobecność, bo tam nie czuje się Boga. Zrozumiałam, że ci, którzy odbierają sobie życie, muszą tam tak długo pozostać, tyle lat, ile musieliby żyć na ziemi. Samobójstwem naruszyli porządek Boga, dlatego demony miały do nich dostęp.

Dusze Czyśćcowe zazwyczaj są chronione od wszelkiego wpływu zła, są już świętymi Boga i nie mają już nic wspólnego z demonami. Mój Boże, tak wielu biednych ludzi, szczególnie młodych, tak wielu, wielu, płaczących, cierpiących niewymownie. Gdyby wiedzieli, co ich czeka po samobójstwie, z pewnością pogodziliby się z karą więzienia, niż z czymś takim. Wiecie jakie dodatkowe cierpienia muszą znosić? Muszą przyglądać się, jak ich rodzice czy najbliżsi, którzy jeszcze żyją, cierpią z ich powodu, znoszą hańbę, wpędzają się w kompleksy winy:

Gdybym go wychował surowiej, gdybym go ukarał, albo: gdybym mu powiedział, gdybym zrobił to czy tamto i na odwrót. Te wyrzuty sumienia są przytłaczające i bolesne, stanowią piekło na ziemi.

Konieczność przyglądania się temu cierpieniu ich najbliższych sprawia im największy ból. Jest to dla nich największa męka, z której cieszą się demony i pokazują im wszystkie te sceny: Popatrz, jak twoja matka płacze. Popatrz jak twój ojciec płacze, jak są zrozpaczeni, przepełnieni strachem, jak się obwiniają, jak dyskutują i nawzajem się oskarżają. Popatrz na cierpienia, jakie im zadałeś. Spójrz, jak teraz buntują się przeciw Bogu. Spójrz na swoją rodzinę – wszystko to twoja wina!

Te biedne dusze potrzebują przede wszystkim tego, aby ci, którzy pozostali na ziemi, zaczęli lepsze życie, zmienili swoje życie, spełniali dzieła miłości, odwiedzali chorych, aby zamawiali Msze święte za zmarłych oraz sami w nich uczestniczyli.

Dusze te miałyby z tego wiele dobrego i czerpałyby pociechę. Dusze, które są w Czyśćcu nic nie mogą już dla siebie zrobić. Nic, zupełnie nic. Ale Bóg może uczynić coś poprzez niezmierzone łaski Ofiary Mszy Świętej. Powinniśmy im tym sposobem pomóc i zamawiać za nie Msze św., sami w nich uczestniczyć i ofiarowywać nasz udział jako dar Ojcu w Niebie przez Najświętszą Maryję Pannę.

Przepełniona strachem, zrozumiałam teraz, że dusze te nie mogły mi pomóc. W obliczu tego strachu i paniki ponownie zaczęłam wołać: Kto się pomylił? To musi być jakiś błąd! Spójrzcie, jestem święta, wszyscy nazywali mnie w moim życiu świętą. Nigdy nie kradłam i nigdy nie zabiłam. Nikomu nie zadałam cierpień. Zanim zbankrutowałam, za darmo leczyłam zęby i często nie żądałam pieniędzy, gdy nie mogli mi zapłacić. Robiłam paczki dla biednych… Co ja tu robię?”

Domagałam się moich ‘praw’! Ja, która przecież byłam taka dobra, która powinnam trafić prościutko do nieba. „Co tu robię? Chodziłam w każdą niedzielę na Mszę świętą, mimo że podawałam się za ateistkę i nie zważałam na to, co mówił ksiądz. Nigdy nie opuściłam Mszy świętej. Jeśli w całym moim życiu nie było mnie na niej pięć razy, to wszystko, nie więcej. Co ja tutaj zatem robię? Uwolnijcie mnie stąd! Wyciągnijcie mnie stąd!”

Krzyczałam i wrzeszczałam, pokryta tymi ohydnymi stworzeniami, które się mnie uczepiły:„Jestem wyznania rzymsko-katolickiego, jestem praktykującą katoliczką, proszę, uwolnijcie mnie stąd!”

Ujrzałam moich rodziców

Podczas gdy moje ciało na ziemi znajdowało się w śpiączce, gdy tak krzyczałam, że jestem katoliczką, ujrzałam małe światło – i wiedzcie, że tylko jedno malutkie światełko w tej nieprzeniknionej ciemności jest czymś wspaniałym, gdy znajdujecie się w takiej absolutnej, nie dającej się opisać ciemności. To najlepsze, co może się Wam w tej sytuacji przytrafić. To największy prezent, o którym można pomarzyć i na którego otrzymanie nie ośmielacie się mieć nadziei. Nad tą niesamowitą i mroczną dziurą widzę kilka stopni, spoglądam w górę i zauważam tam mojego ojca. Umarł 5 lat przed tym wydarzeniem. Stał prawie na skraju tej przepaści. Miał trochę więcej światła niż ja tam na dole. Cztery stopnie wyżej zobaczyłam moją matkę, która miała więcej światła. Była zatopiona jakby w modlitwie, w takiej postawie adoracji. Gdy ujrzałam ich oboje, wypełniła mnie taka radość, tak wielka, że nie mogąc się opanować zaczęłam wołać: „Tato! Mamo! Jakże się cieszę, że was widzę. Proszę, wyciągnijcie mnie stąd! Proszę was z całego serca, wyciągnijcie mnie stąd! Wydostańcie mnie stąd!”

Gdy skierowali swój wzrok na mnie i mój tata zobaczył mnie w tej beznadziejnej sytuacji, powinniście byli widzieć ten wielki ból, który mogłam wyczytać z ich twarzy. Po tamtej stronie natychmiast widzi się takie rzeczy, ponieważ każdego rozpoznaje się do głębi. Tak więc spojrzałam się na nich i natychmiast odczułam ogromny smutek i cierpienie, jakie czuli moi rodzice widząc mnie w takim stanie.

Mój tata zaczął gorzko płakać, zasłonił twarz rękami i lamentował: „Moja córko! Moja córeczko!”A moja matka dalej modliła się, i tak oto zdałam sobie sprawę, że moi rodzice nie mogli mnie stąd wydostać. Przy tym wszystkim wielkim cierpieniem było to, że moją sytuacją przyczyniłam się do tego, że również tam, gdzie byli, musieli dodatkowo znosić mój ból. Moje cierpienie potęgowało się, gdy widziałam, jak dzielą je ze mną i nic nie mogą dla mnie zrobić. Pojęłam również, że byli tu dlatego, ponieważ musieli zdać Panu sprawę z wychowania, które było ich udziałem.

Byli ustanowionymi strażnikami moich talentów, które Bóg mi dał. Powinni byli ustrzec mnie przed atakami szatana swoim życiem i przykładem. Powinni byli podtrzymywać łaski, dane mi przez Pana. Wszyscy rodzice są strażnikami talentów, które Bóg daje ich dzieciom. Gdy ujrzałam cierpienie moich rodziców, przede wszystkim mojego ojca, krzyczałam zrozpaczona: „Wyciągnijcie mnie stąd, zabierzcie mnie stąd!”

Eutanazja

Ponownie z całej siły zaczęłam krzyczeć: „Wydostańcie mnie stąd! To musi być jakaś pomyłka. Kto jest za nią odpowiedzialny? Wyciągnijcie mnie stąd!”

Wtedy, gdy tak krzyczałam, moje ciało znajdowało się na ziemi w śpiączce. Byłam podłączona do wielu aparatów. Byłam w agonii. Umierałam. Moje płuca nie pracowały, nerki już nie funkcjonowały, „żyłam” jeszcze, gdyż byłam podłączona do urządzeń, i ponieważ moja siostra, która także jest lekarzem, nalegała, aby nie odłączano mnie od nich. Powiedziała do opiekujących się mną lekarzy i pielęgniarek, którzy chcieli ją namówić do zakończenia intensywnej terapii i wyłączenia aparatury: „Nie jesteście Bogiem!” Lekarze bowiem uważali, że nie opłaca się kontynuować intensywnej terapii. Rozmawiali już z moimi bliskimi i przygotowywali ich na to, że umrę. Mówili, że powinni pozwolić mi umrzeć w spokoju, ponieważ leżałam w agonii. Moja siostra jednakże nie ustępowała. Widzicie tu ten kontrast? W moim życiu zawsze broniłam eutanazji, tak zwane prawo do „godnej śmierci”. Moja siostra tylko dlatego mogła przy mnie być, ponieważ sama była lekarzem. Przez cały czas trwała przy mnie. I wyobraźcie sobie: w momencie, gdy moja dusza była po drugiej stronie i widziałam rodziców, i krzyczałam z całych sił do nich, moja siostra usłyszała całkiem wyraźnie, jak wołałam do moich, naszych, rodziców, ciesząc się z tego, że przybyli, aby mnie wydostać…

Moja siostra jednakże źle zinterpretowała to wołanie. Prawie umarła ze strachu, kiedy usłyszała moje krzyki – naprawdę usłyszała je wyraźnie przy moim łóżku. Dla niej oznaczały one, że ostatecznie odejdę z tego świata. Krzyknęła: „Moja siostra umarła! Przegrała walkę. Mój ojciec i moja matka zabrali ją. Odejdźcie stąd, tato, mamo, idźcie sobie! Nie bierzcie jej ze sobą. Ma przecież jeszcze dzieci, które są małe. Nie zabierajcie jej nam. Nie zabierajcie mojej siostry Glorii. Zostawcie ją!”

Lekarze musieli ją stamtąd zabrać, gdyż sądzili, że jest w szoku. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ przeżyła wiele: śmierć mojego siostrzeńca, którego potem musiała zabrać z krematorium, śmierć swojej siostry, lub jej krytyczną sytuację; nie umarła, ale nie przeżyje dzisiejszego dnia, jak mniemali lekarze. Obciążona była tymi troskami i obawami już od 3 dni i do tego wszystkiego nie mogła jeszcze spać. Nic dziwnego, że jej koledzy sądzili, że postradała zmysły.

Egzamin

I na nowo zaczęłam krzyczeć: „Czy nie rozumiecie? Wyciągnijcie mnie stąd, jestem przecież katoliczką! To wszystko musi być jakimś nieporozumieniem, pomyłką! Któż się tam pomylił? Proszę, wyciągnijcie mnie stąd!”

I gdy tak rozpaczliwie krzyczę, nagle słyszę głos, tak słodki i miły, niebiański głos. Słysząc go moja cała dusza drży z radosnego podniecenia. Wypełnia się głębokim pokojem i niewyobrażanym uczuciem miłości, a wszystkie te ciemne postaci przerażone błyskawicznie odstępują, nie mogą bowiem przeciwstawić się owej miłości. Tego pokoju też nie mogą znieść. Upadły na ziemię, leżały tak, jak gdyby też adorowały Pana. To zdarzenie wywarło na mnie wielkie wrażenie. Ów niesamowity pokój powraca do mnie i słyszę, jak czarujący głos mówi: „No dobrze, jeśli naprawdę jesteś katoliczką, z pewnością możesz Mi powiedzieć, jak brzmi Dziesięć Przykazań Bożych!”

Co za nieoczekiwane wyzwanie dla mnie. Mam się teraz ośmieszyć. Sama sobie zastawiłam tę pułapkę moim krzykiem i deklaracją. Cały świat ma teraz dowiedzieć się o mojej niesłowności i moim kłamliwym wyznaniu. Jaka straszna perspektywa dla mnie. Możecie to sobie wyobrazić? Wiedziałam, że było Dziesięć Przykazań. Nic więcej. Nic, zupełna ciemnota. Rany, jak ja się z tego wyplączę? Co mam teraz zrobić? Tylko się nie poddawaj, jakoś to będzie!

Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca swego,

z całej duszy swojej…

Moja matka zawsze mówiła o pierwszym przykazaniu miłości. Nareszcie jej słowa mają jakąś wartość dla mnie. Jej ciągłe napomnienia i pouczenia nie były więc nadaremne. Wybiła zatem godzina, by udowodnić, jaką to jestem grzeczną i posłuszną córeczką. Moja mama ucieszy się z tego. Przekonajmy się, czy z tą szczątkową wiedzą dam sobie radę, nie ujawniając mojej pozostałej ignorancji.

Myślałam, że ze wszystkim sobie poradzę, tak jak to było w moim życiu. Miałam zawsze najlepsze wymówki i zawsze mogłam się ze wszystkiego wykaraskać. Zawsze tak się usprawiedliwiałam i broniłam, że po prostu nikt nie zauważał tego, czego nie wiedziałam i czego nie potrafiłam. Tak oto wyobrażam to sobie teraz i zaczynam po prostu mówić: „Pierwsze przykazanie brzmi: Kochaj Boga ponad wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego!” I słyszę odpowiedź: „Doskonale!” Zaraz po tym ten sam miły głos mówi: „A ty, kochałaś swoich bliźnich?” Odpowiadam prędko: „Tak, tak, kochałam ich; tak, naprawdę ich kochałam. Tak, kochałam ich!”

Z drugiej strony dochodzi do mnie: „Nie!” Krótkie, krystalicznie czyste ‘nie!’ Słuchajcie teraz, proszę, uważnie! Gdy usłyszałam to ‘nie’, trafił mnie jakby piorun, wtedy dopiero tak naprawdę poczułam uderzenie pioruna. To było jak szok, byłam jak sparaliżowana. A głos mówił dalej: „Nie, nie kochałaś swego Boga ponad wszystko! A jeszcze mniej kochałaś swego bliźniego jak siebie samą! Ulepiłaś sobie własnego Boga. Utworzyłaś go sobie tak, jak ci akurat pasowało. Tylko momentami dawałaś swemu Bogu miejsce w życiu, gdy byłaś w największej potrzebie. Był twoim przyciskiem alarmowym! Rzucałaś się na ziemię przed Nim, gdy byłaś jeszcze biedna, gdy twoja rodzina żyła w prostych warunkach, a ty koniecznie chciałaś mieć wykształcenie zawodowe i pozycję społeczną. Tak, wówczas modliłaś się każdego dnia i spędzałaś na tym wiele czasu. Wiele godzin błagałaś Pana, prosiłaś Go na kolanach. Bezustannie prosiłaś o to, by uwolnił cię z nędzy, by umożliwił ci wykształcenie zawodowe i aby pozwolił ci być kimś poważanym w społeczeństwie. Kiedy byłaś w potrzebie, chciałaś po prostu pieniędzy. ‘Odmówię zaraz różaniec, Panie, ale nie zapomnij dać mi pieniędzy!’ – tak wyglądało wiele twoich modlitw! I to była twoja relacja z Bogiem! Tak obchodziłaś się ze swym Bogiem, i według własnych wyobrażeń przyznawałaś Mu miejsce w swoim życiu!”

To prawda, w taki sposób traktowałam Pana Boga w moim życiu. To smutna prawda, której nie mogę upiększyć ani jej zaprzeczyć. Mogę dodać jeszcze, że Bóg był dla mnie swego rodzaju bankomatem. Wrzucałam „różaniec” i musiała wtedy wysypać się pewna suma pieniędzy. Taka była moja relacja z Bogiem.

Pokazano mi to i zdałam sobie z tego sprawę. Gdy tylko Pan pozwolił mi otrzymać dobre wykształcenie zawodowe, gdy tylko sprawił, że znaczyłam coś w społeczeństwie, że byłam „kimś”, gdy tylko pozwolił na wzbogacenie się, tak że mogłam sobie na wiele pozwolić, nagle Bóg stał się nieważny dla mnie – stał się poboczną rzeczą w moim życiu.  Zaczęłam być zarozumiała – zarozumiałość to bardzo niebezpieczny odcinek na drodze życia! Moje ego stało się gigantyczne! Nie byłam zdolna nawet do najmniejszego odruchu miłości, ani do wdzięczności wobec Pana! Być wdzięczną? Nigdy, przenigdy! Niby czemu! Przecież sama wszystko osiągnęłam! Stałam się ‘kimś’. Ja sama osiągnęłam wszystko to, o czym marzyłam. Byłam całkowicie ślepa, nie mogłam już przypomnieć sobie swoich próśb i błagań! Niemożliwością było dla mnie powiedzieć: „Panie, dziękuję za kolejny dzień, który mi darujesz! Dziękuję za moje zdrowie! Dziękuję Ci za życie i zdrowie moich dzieci. Dziękuję Ci za to, że mamy dach nad głową; pomóż również biednym ludziom, którzy są bezdomni i nie wiedzą, czym się dziś pożywią! Daj im przynajmniej coś do jedzenia; nie pozostawiaj ich samych; wspomóż ich!”

Niczego z tego wszystkiego nie mogłam powiedzieć. Nie byłam do tego zdolna. Nie myślałam też o tym. Byłam wyłącznie skupiona na sobie. Moje ‘ja’ wystarczało mi.

I tak oto byłam najbardziej niewdzięczną istotą, jaką tylko można sobie wyobrazić.  Co więcej, ponieważ nie byłam zdolna do okazania wdzięczności, nawet gardziłam Bogiem i wystawiałam Go na pośmiewisko.

Ezoteryka – Reinkarnacja

Bardziej niż w Niego wierzyłam w Merkurego, Wenus i inne ciała niebieskie. Amulety były dla mnie ważniejsze niż Bóg. Byłam zaślepiona astrologią oraz czytaniem z gwiazd i rozpowiadałam wokół, jak to gwiazdy wpływają na moje życie i pozytywnie je kształtują. Astrologia to jedna z rys w naszym duchowym życiu, na które nie zwracamy uwagi. I gdy później zauważamy, jak jesteśmy zaplątani w te sztuczki, będące również demonicznego pochodzenia, wówczas jest już zwykle za późno, by się z tego wyrwać. Zaczęłam wtedy ulegać modnym trendom ducha czasów. Wszystkie nauki – nawet jeśli były wytworem chorych umysłów – były dla mnie bardziej interesujące niż Radosna Nowina Pana. To wszystko było o wiele bardziej na czasie niż Pismo Święte i dwutysiącletnia nauka Kościoła Katolickiego. Toteż zaczęłam wierzyć, że się po prostu umiera i potem zaczyna się żyć na nowo. Reinkarnacja była dla mnie wygodną nauką, wypełniającą moje pozbawione wiary życie. Wdzięczność dla mojego Stworzyciela była czymś obcym. Po prostu nigdy o tym nie myślałam.

Łaska była słowem, które wykreśliłam z mojego słownika – była dla mnie obcym pojęciem, którego znaczenia kompletnie zapomniałam i już nie potrzebowałam dla mojego stylu życia. A już zupełnie nie byłam świadoma tego, że Pan zapłacił za mnie wysoką cenę, że i ja zostałam odkupiona ceną Jego Przenajdroższej Krwi. Wszystko to stało mi się jasne podczas egzaminu z Dziesięciu Przykazań – dzięki słowom i pytaniom tego niebiańskiego głosu. Teraz ujrzałam to wszystko całkiem wyraźnie. Ślepota została jakby zmyta.

Sprawdza mnie i chce wiedzieć, co wiem o Dziesięciu Przykazaniach. I pokazuje mi, że udawałam, że wmawiałam sobie, że czczę Boga; że kocham Pana. Uderza we mnie moimi własnymi słowami. Co to ma znaczyć? Mam być po prostu odesłana do diabła, do piekła?

Gdy pewnego razu przyszła do mego gabinetu miła kobieta, by okadzić moje pomieszczenia swoją mieszanką z ziół, spryskać esencjami na szczęście i odprawić rytuał odpędzania nieszczęść, powiedziałam do niej: „Nie wierzę w takie bzdury. Ale niech pani to zrobi, nigdy nie wiadomo. Jeśli nie zaszkodzi, to tylko wyjdzie na dobre!” I tak oto wypowiedziała magiczne zaklęcia i rozpyliła swoje eliksiry, by w ten sposób wypełnić pomieszczenia szczęściem i dobrym samopoczuciem. Pozwoliłam, aby ta prymitywna magia i te przeciwstawiające się mojej nauce zabobony więcej miały wpływu na moje życie, niż Pan i Jego Radosna Nowina.

W moim gabinecie ukryłam – w kącie, aby nikt nie widział, aby nie zauważyli moi pacjenci – mięsisty liść rośliny ‘aloe vera’, o której mi opowiedziano, że wypędza złą energię z pomieszczeń. Pomyślcie, na jakie manowce zeszłam! Dowiedzieliście się, jaka pustka zamiast prawdziwej nauki wypełniła moje życie. Jest to hańbą i wstydzę się dziś tego. W rzeczywistości takie było moje ówczesne życie! A teraz kontynuuje analizę mojego życia na podstawie Dziesięciu przykazań Bożych. Przy tym wskazuje całkiem dokładnie na to, jak się zachowywałam wobec mojego bliźniego. Jakże często wołałam do Pana, że Go kocham, zanim się odwróciłam od Niego, mojego Boga. Zanim zaczęłam błądzić po drogach ateizmu i przyjmować fałszywe nauki, często mówiłam Panu: „Mój Panie i mój Boże, kocham Cię!”

Ja i mój bliźni

Tym językiem, którym tak chwaliłam i wychwalałam Pana, tym językiem i tymi samymi ustami krzywdziłam ludzi i przeklinałam ich. Krytykowałam wszystko i wszystkich. Nic mi nie odpowiadało. Wskazywałam palcem na cały świat i obwiniałam. Tylko na siebie nie wskazywałam, siebie nie obwiniałam! Byłam przecież „świętą Glorią”, tą „dobrą”, „kochaną” i „piękną”. I jakże się pyszniłam, gdy mówiłam, że kocham Boga; jednocześnie byłam zazdrosna, nieznośna i ani trochę wdzięczna! Nigdy nie okazywałam moim rodzicom i rodzinie wdzięczności za wszystkie trudy, miłość, wyrzeczenia, które brali na siebie, by umożliwić mi dobre wykształcenie zawodowe, by widzieć, jak awansuję społecznie, by mnie wspierać.

Do tego dochodzi jeszcze to, że skoro tylko ukończyłam studia, skoro tylko wspięłam się po drabinie kariery, wówczas moi rodzice i rodzina nie byli już dla mnie ważni. Nawet ci, którzy wspierali mnie wszystkimi możliwymi środkami, stali się dla mnie kimś mało znaczącym. Tak, doszło nawet do tego, że wstydziłam się swojej matki. Wstydziłam się jej, ponieważ pochodziła z prostej rodziny i żyła w nędznych warunkach.

Ja i moja rodzina

Po tych wynikach mojego egoistycznego stylu życia ukazano mi jeszcze podczas tego egzaminu z Dziesięciu Przykazań Bożych to, że nie spisałam się również jako żona. Całkowicie nie tak, jak Bóg spodziewa się po chrześcijańskiej małżonce. Jaką byłam żoną? Jaka byłam? Cały dzień tylko narzekałam – już od momentu wstania z łóżka. Mój mąż witał mnie serdecznymi słowami: „Dzień dobry!” A ja na to: „To ma być dobry dzień? Wyjrzyj przez okno! Znowu pada!” Umiałam zawsze odparować i skrytykować; byłam w złym humorze. Nikt nie mógł mi dogodzić. Szukałam wszędzie dziury w całym i od razu zaczynałam się z tego powodu denerwować. Nie tylko wobec męża, ale także wobec dzieci zachowywałam się w ten sam nieznośny i niesprawiedliwy sposób.

Podczas tego egzaminu ukazano mi również, że nigdy nie okazywałam szczerego uczucia miłości czy prawdziwego współczucia dla moich bliźnich, moich braci i sióstr poza rodziną. Pan powiedział mi: „Po prostu nigdy o nich nie myślałaś!” Ujrzałam mnóstwo chorych i samotnych i zaczęłam lamentować: „O Panie, jakże są biedni, opuszczeni, ci chorzy ludzie. Nikt nie troszczy się o nich! Udziel mi tej łaski, bym poszła do nich i odwiedziła ich, pocieszyła i dotrzymała towarzystwa. Także te liczne dzieci, które nie mają już matki, te małe sieroty, o Panie, jakie cierpienia muszą znosić w swoim młodym wieku.”

Im więcej widziałam i im dalej postępował egzamin, tym wyraźniej widziałam przed sobą moje skamieniałe serce. Musiałam stwierdzić, iż było dla mnie niczym potwór w moim wcześniejszym stylu bycia. Wszystko było tak jasne i jednoznaczne, że w żaden sposób nie mogłam wybrnąć z opresji, do czego zazwyczaj byłam przyzwyczajona. Mówiąc wprost, krótko i treściwie: Na tym egzaminie z Dziesięciu Przykazań Bożych całkowicie poległam.  Nie miałam szansy na zdanie go z tym moim minionym życiem.

To było niewyobrażalnie straszne! W moim minionym życiu żyłam w ogromnym chaosie. Nie było już żadnego porządku, jaki jest nadany stworzeniom. Co z tego, że nikogo nie zamordowałam? Podam Wam jeszcze jeden przykład: Bardzo często dawałam w darze wielu potrzebującym ludziom towary, artykuły spożywcze, ubrania i wiele innych rzeczy. Ale nigdy nie dawałam im tego z bezinteresownej miłości, lecz by mieć poważanie, by pokazać, jaka to ja jestem dobra, by wywrzeć na nich wrażenie, i by wśród ludzi stworzyć sobie dobry wizerunek. A ponieważ byłam bardzo bogata, chciałam pokazać ludziom, jaka to ja jestem dobra i wspaniałomyślna. Powinni strzępić sobie języki z powodu tej mojej wspaniałomyślności, zazdrościć mi i podziwiać. I ponieważ byłam taka bogata, moimi podarunkami i wspaniałomyślnością chciałam sterować ich potrzebami oraz nędzą i czerpać jeszcze z tego korzyści. I tak oto mówiłam: „Spójrz, daję ci to i tamto (w zależności od tego, co mi się akurat nawinęło pod rękę albo co mi zbywało), ale za to proszę cię, bądź tak dobra i pójdź zamiast mnie na wywiadówkę do szkoły moich dzieci i zastąp mnie tam, ponieważ ja nie mam niestety czasu, by iść na to zebranie, gdzie zawsze sprawdzana jest obecność.”

W ten sposób wprawdzie rozdawałam wokół mnóstwo rzeczy, ale każdy dar związany był z pewnymi warunkami albo żądaniami.

Owinęłam sobie ludzi wokół palca. Manipulowałam nimi i byli ode mnie zależni. Ponadto podobało mi się niezmiernie, gdy widziałam, jak rzesza ludzi podążała za mną i opowiadała za moimi plecami, jaka to ja jestem wspaniałomyślna, dobra i święta. Tak oto stworzyłam sobie w moim otoczeniu imponujący wizerunek. Nikt nie wiedział, że był kłamliwy i że nie odpowiadał rzeczywistości.

Podczas tego mojego egzaminu wszystko wyszło na jaw. Powiedziano mi: „Jedynym Bogiem, którego czciłaś, były pieniądze. Tym swoim bożkiem sama się potępiłaś! Z powodu twojego boga pieniędzy i samych pieniędzy stoczyłaś do otchłani. I tak oto sama oddalałaś się coraz bardziej od Boga.”

Tak było, przez pewien czas mieliśmy dużo pieniędzy, później jednak zbankrutowaliśmy. Utonęliśmy w długach – mieliśmy niewiarygodnie wiele długów. Pieniądze całkowicie się nam skończyły, nie mieliśmy już nic. I gdy wypomniano mi te pieniądze, po prostu krzyknęłam: „O jakich pieniądzach mówisz? Na ziemi zostawiłam przecież masę problemów i długów”… Więcej nie mogłam już powiedzieć…

Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno

Gdy robił mi wymówki z powodu drugiego przykazania, ujrzałam w pełnym świetle, jak będąc dzieckiem nauczyłam się, że kłamstwa są doskonałym środkiem uniknięcia kar mojej matki, które czasami mogły być bardzo surowe i dotkliwe. W ten oto sposób zaczęłam iść przez moje życie mając przy sobie ojca wszelkiego kłamstwa, szatana. Stał się moim towarzyszem, a ja wielką kłamczynią. Zaprawiałam się w tej sztuce kłamania; byłam coraz to doskonalsza. Wraz z tym, jak wielkie i perfidne stawały się moje grzechy, powiększały się moje kłamstwa; stawały się coraz większe oraz bezwstydne. Widocznie chciałam udowodnić samej sobie, do jakiego mistrzostwa w tej dyscyplinie kłamania mogłam dojść. Kłamstwa stawały się coraz bardziej wymyślne i pogrążałam się w nich – podobnie jak w długach.

Grzech kłamstwa osiągnął swój punkt kulminacyjny w przypadku sacrum i samego Boga. Zauważyłam, że moja mama miała głęboki szacunek dla Pana. Dla niej Imię Pańskie było czymś godnym czci, czymś świętym. Przemyślałam sobie to dobrze i pomyślałam, że to najlepsza broń dla mnie. Tak oto miałam kontrolę nad moją matką. Zaczęłam więc przysięgać na Boga w każdej drobnostce, by zatuszować moje kłamstwa. Wymawiałam Imię Boże lekkomyślnie i bezpodstawnie. Mówiłam na przykład do mamy: „Mamo, na Rany Chrystusa przysięgam ci, że…” lub „Mamo, przysięgam na Boga, zapewniam cię itd. itp.”. I tak dzięki tym wiarygodnie spreparowanym kłamstwom wymigiwałam się od dobrze zasłużonych kar mojej matki.

Czy możecie sobie wyobrazić, że dla moich kłamstewek, małych świństewek, tego błota, w którym czułam się tak dobrze, nadużywałam Najświętszego Imienia Boga i przez to także Jego wciągałam w to błoto, ponieważ ja sama tkwiłam po szyję w owym szambie grzechów. Moi drodzy bracia i siostry, dzięki temu doświadczeniu, o którym teraz właśnie mówię, nauczyłam się i doświadczyłam na własnej skórze, że słowa i zdania, które wychodzą z naszych ust, i które często tak lekkomyślnie i bez zastanowienia wypowiadamy, nie idą na wiatr i nie przepadają. Nie, pozostają często rzeczywistością, która nas później dogoni i kłamstwa niczym bumerang powrócą do nas, a mówiąc dobitniej, spadną na nas.

Może zjeżą Wam się włosy na głowie, gdy opowiem wam następującą rzecz; nie raz, ale bardzo często, kiedy moja matka była naprawdę nieugięta i po prostu nie chciała mi wierzyć, mówiłam do niej: „Mamo, niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię. Mówię ci całą prawdę!” Te moje częste zapewnienia popadały w zapomnienie i nikt nie myślał już o nich. Ale teraz popatrzcie, jedynie dzięki Miłosierdziu Boga stoję przed Wami, bo w rzeczywistości uderzył we mnie piorun, przeszedł przez całe moje ciało, przedzielił mnie praktycznie na dwie części i całkowicie spalił. Ukazano mi w zaświatach, jak to ja, która tak pięknie podawałam się za katoliczkę, nie dotrzymywałam słowa, byłam gołosłowna i dla moich niecności nadużywałam zawsze Najświętszego Imienia naszego Pana i Boga.

Byłam pod wrażeniem, jak Pan znosił wszystkie te straszne i okropne czyny, i jak jednocześnie wszystkie stworzenia padały przed Nim na ziemię w geście imponującej adoracji i czci. Widziałam Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Bożą u stóp Pana, adorującą Go. Modliła się za mnie i błagała Go. A ja, wielka i podła grzesznica, przebywając w moim bagnie byłam z Panem na ‘ty’. Ja, która rzekomo byłam taka dobra i miałam tak dobrą reputację, którą sobie przecież kupiłam moimi manipulacjami. Ujrzałam siebie, jak to często buntowałam się przeciw Panu, jak to byłam wściekła na Niego, zwymyślałam Go i także przeklinałam. Świadomość mojej przeszłości i jasne jej widzenie było dla mnie nie tylko wstydem, ale i nieznośnym oraz bolesnym doświadczeniem.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił

Była to dla mnie straszna chwila, gdy podczas egzaminu z Dziesięciu Przykazań Bożych, przyszła kolej na przykazanie święcenia dnia Pańskiego i świąt. Ogarnął mnie nieznośny ból. Głos powiedział mi jasno i wyraźnie, że codziennie do 4-5 godzin zajęta byłam swoim ciałem, moim wyglądem, moją rzekomą urodą, i przy tym nie poświęciłam nawet 10 minut na to, by okazać Panu swą miłość i wdzięczność, by pomodlić się do Niego. Często było nawet tak, że gdy obiecałam Mu różaniec, odmawiałam go zazwyczaj w pośpiechu i stresie. Bywało przy tym, że mówiłam: „Jak dobrze się składa. W czasie reklamy podczas mojej ulubionej telenoweli mogę odmówić różaniec.” I ukazane mi zostało na tamtym świecie, jak zawsze niewdzięczna byłam wobec mojego Pana, nigdy nie przyszło mi na myśl, by Mu podziękować, mojemu Stworzycielowi i Zbawicielowi. Stało mi się jasne, jakie miałam wymówki, gdy z lenistwa nie chciałam iść na Mszę świętą. „Mamo, skoro Bóg jest wszędzie i jest wszechobecny, dlaczego więc koniecznie muszę iść do kościoła, by tam Go spotkać?”

Łatwo i wygodnie było mi tak mówić. A głos ponownie wypomniał mi, że kazałam czekać Bogu każdego dnia 24 godziny, i że przez cały ten czas nie pomyślałam o Nim. Nie modliłam się do Niego i ani razu nie poszłam do Niego w niedzielę, by Mu podziękować, wyrazić wdzięczność, okazać mą miłość, przynajmniej w dniu Pańskim. Po prostu było to dla mnie zbyt wiele. Byłam zbyt dumna i do tego pyszna.

Najgorsze w moim przypadku było to, że wizyta w kościele była dla mojej duszy jak wizyta w restauracji. Moja dusza marniała – mówiąc dobitniej – głodowała, gdy nie chodziłam do kościoła, gdyż nie otrzymywała pożywienia. Poświęcałam się jedynie mojemu ciału. Dla pielęgnacji tej przemijającej powłoki zawsze miałam czas. Stałam się niewolnicą ciała. Przy tym wszystkim nie widziałam malutkiego ale istotnego szczegółu. Miałam również duszę, o którą po prostu się nie troszczyłam. ‘Osierociłam’ ją. Nigdy nie karmiłam jej Słowem Bożym. Byłam bowiem zdania, że ten, kto regularnie czyta biblię, wcześniej czy później straci rozum.

Z sakramentami nie miałam nic do czynienia. Jakże mogłam wyznać grzechy jakiemuś z tych „starych, zwapniałych facetów”, którzy sami byli gorsi i bardziej grzeszni niż ja. Było na rękę mi i moim świństewkom, by nie iść do spowiedzi. Ten wielki kłamca i wichrzyciel, diabeł właśnie, trzymał mnie z dala od spowiedzi i sakramentów. I w taki sposób szatanowi udało się zapobiegać uświęcaniu i oczyszczaniu mojej duszy. Jest bowiem tak, że demon za każdym razem, gdy popełniałam grzech, wyciskał na białej szacie mojej duszy stempel – czarny znak swojego królestwa ciemności.

Moje grzechy nie były zatem pozbawione skutków. Nie były czymś bezpłatnym i gratisowym, lecz miały poważne konsekwencje dla zdrowia mojej duszy. Nigdy – oprócz mojej pierwszej Komunii świętej – nie wyspowiadałam się należycie. Od tamtej pory nie chodziłam już do spowiedzi. Nie rzadko natrafiałam na księdza, który przyznawał mi rację odnośnie mojego nastawienia do spowiedzi usznej, określał ten sakrament jako coś nie pasującego do naszych współczesnych czasów i nowoczesnego człowieka. I tak dochodziło do tego, że za każdym razem, gdy przystępowałam do Komunii świętej, niegodnie przyjmowałam Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Sakramencie Ołtarza. Bluźniłam do tego stopnia, że dumna i wszystko wiedząca mówiłam naokoło: „To ma być Najświętszy Sakrament? Jak to możliwe, że sam Wszechpotężny Bóg obecny jest w kawałku chleba, Hostii. Ci księża powinni raczej dodać do Hostii trochę sosu karmelowego, aby przynajmniej dobrze smakowała, a nie tak mdło.”

Moje życie tak bardzo wymknęło się spod kontroli i do tego stopnia naruszyłam porządek stworzenia, że zdolna byłam do takich bluźnierstw. I w taki sposób osiągnęłam najniższy punkt, dno i zniszczyłam moją relację z Bogiem, moim Stworzycielem. Nigdy nie dawałam mojej duszy czegoś naprawdę budującego, jakiejś pożywki. Dziś każda matka i każdy ojciec ponoszą tę samą odpowiedzialność, gdy nie chrzczą swojego dziecka. Sakrament chrztu to „matczyne mleko dla duszy”. Często słyszy się dziś: „Tak, dziecko samo powinno zdecydować, gdy dorośnie, czy chce być ochrzczone czy też nie.”

Nie ochrzcić dziecka, to tak jakby nie karmić go, argumentując: „Tak, niech samo później zdecyduje, co chce jeść i pić!”

Odpowiedzialnością naszą przed Bogiem jest dawanie dziecku właściwej pożywki dla jego duszy. Bez sakramentów sami jesteśmy pozbawieni pokarmu dla naszej duszy, i ona głoduje.

Sakrament kapłaństwa

Na domiar złego nie robiłam nic innego tylko krytykowałam księży i ukazywałam ich w złym świetle. Powinniście byli to widzieć, jak załamała mnie ta sprawa podczas egzaminu w zaświatach. Pan poczytał mi to postępowanie za bardzo ciężki grzech. W mojej rodzinie zwykło się plotkować o księżach. Odkąd pamiętam, w naszym domu od małego mówiło się źle o księżach. Począwszy od mojego ojca wszyscy mawiali, że typy te są kobieciarzami, uganiają się za każdym fartuchem i wszyscy razem byli bardziej pobłogosławieni pieniędzmi i bogactwem niż my, biedni ludzie. Wszystkie te oszczerstwa, my dzieci, powtarzaliśmy od małego. Pan powiedział do mnie smutnym, ale surowym głosem: Co ty sobie myślałaś, że kim ty jesteś, aby tak czynić, jak gdybyś była Bogiem, i wydajesz osąd o moich konsekrowanych, i przy tym oczerniasz ich, i im wymyślasz? Kontynuował: „Są ludźmi z krwi i ciała. A jeśli chodzi o świętość księdza, to  ta wspomagana jest przede wszystkim przez wspólnotę wiernych, przez parafian. Wspólnota wspiera konsekrowanego swoimi modlitwami, szacunkiem. A kiedy ksiądz dopuszcza się grzechu, wtedy nie powinniście tak bardzo wypytywać go o powód i obwiniać, lecz o wiele bardziej szukać winy we wspólnocie, która nie okazała mu szacunku, nie dała wsparcia, nie modliła się za niego, lub robiła to w niewystarczającym stopniu.”

I Pan pokazał mi wówczas, jak to za każdym razem, gdy krytykowałam księdza i stawiałam go w złym świetle, demony rzucały się i przylegały do mnie. Ponadto widziałam, jak wielkie zło czyniłam, gdy przedstawiałam konsekrowanego jako homoseksualistę, i nowina ta szła lotem błyskawicy przez całą wspólnotę. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jakie wielkie i ogromne szkody tym wyrządziłam.

Wiecie, moi bracia i siostry w Chrystusie Panu, gdy ksiądz upada, wtedy wspólnota odpowiedzialna jest za niego przed Bogiem. Wspólnota odpowiedzialna jest za świętość swoich kapłanów. Diabeł nienawidzi katolików, ale księży jeszcze bardziej. Nienawidzi naszego Kościoła, gdyż dopóki są księża, dopóty wymawiane są słowa Konsekracji. I my wszyscy musimy wiedzieć, że ręce kapłana dotykają Boga, nawet jeśli jest tylko człowiekiem, ma pełnomocnictwo, by wezwać Boga z Nieba, przez jego słowo dokonuje się w kawałku zwyczajnego chleba transsubstancjacja – przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana. Kapłan jest konsekrowanym Pana, uznanym przez Boga Ojca.

Wiecie, gdy kapłan unosi Hostię, czuje się obecność Pana i wszyscy padają na kolana, nawet demony! A ja, gdy chodziłam na Mszę św., nie okazywałam ani trochę szacunku i nie poświęcałam temu żadnej uwagi, żułam gumę, czasami zasypiałam, oglądałam się dookoła, myślałam o wszystkim – o banalnych rzeczach, tylko nie o tym wspaniałym eucharystycznym wydarzeniu, gdzie za każdym razem Niebo dotyka ziemi. Potem miałam jeszcze czelność uskarżać się, pełna pychy, że Bóg mnie nie wysłuchiwał, gdy prosiłam Go o coś. Czymś imponującym było widzieć, jak całe stworzenie padało na ziemię w postawie adoracyjnej, gdy Pan przechodził. Widzę też Najświętszą Dziewicę pokorną i adorującą Pana, z czołem pochylonym do samych stóp Pana, modlącą się za mnie. Zanosiła do Niego wszystkie modlitwy, jakie były wznoszone ku Niebu w mojej intencji. A ja grzesznica, w mojej niewrażliwości i z lodowatym, skamieniałym sercem, nieczuła na wszystko, co dobre, traktowałam Pana tak o: Ty tam, ja tutaj. Twierdziłam jeszcze potem, że jestem dobra, prawie święta. Tak, byłam istną ruiną, niczym innym – religijnym zamkiem na lodzie, postawionym na piasku i bagnie! Gardząc Panem i obrażając Go – Jego, który z miłością zawsze był tuż za mną, zatroskany o mnie! Wyobraźcie sobie taką grzesznicę! Przecież nawet demony z pokorą musiały rzucić się na ziemię przez Panem, gdy przechodził.

Godzina śmierci – nasza „ostatnia godzina”

Te konsekrowane ręce kapłana, och, jak bardzo demon ich nienawidzi! Strasznie nienawidzi tych rąk, upoważnionych przez Niebo. Diabeł tak bardzo odczuwa wstręt do nas katolików, ponieważ mamy Eucharystię, ponieważ jest ona otwartą bramą do Nieba i jest tą jedyną bramą. „Kto pożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne!”. Nie przyjąwszy  Eucharystii, to znaczy Ciała i Krwi Przenajdroższej Pana, nikt nie może wkroczyć do wiecznej szczęśliwości. Pan przychodzi do każdego umierającego człowieka, obojętnie jaką wiarę wyznawał czy nie wyznawał, do każdego z osobna przychodzi Pan w jego ostatniej godzinie i objawia mu się, mówi mu pełen miłości i miłosierdzia:

„To Ja, twój Pan!”

Gdy ten człowiek przyjmuje swego Pana i prosi o przebaczenie swoich grzechów, dzieje się coś niesłychanego, co trudno wyjaśnić: Pan błyskawicznie zabiera tę duszę do miejsca, gdzie sprawowana jest Msza święta i ów człowiek przyjmuje wiatyk. To mistyczna komunia. Bowiem tylko ten, kto otrzymuje Ciało i Krew Pana, może wejść do Nieba. To tajemnicza łaska, którą dał Bóg naszemu Kościołowi. Tak wielu jest ludzi, którzy klną na Kościół. Jednakże tylko w Kościele Katolickim możemy znaleźć zbawienie. Ci umierający mogą wówczas dostąpić zbawienia, idą do Czyśćca, ale są uratowani. Tam nadal czerpią łaskę z Eucharystii. Dlatego też diabeł tak bardzo nienawidzi kapłanów. Dopóki są księża, dopóty chleb i wino są przemieniane. Z tego względu naszym obowiązkiem jest modlić się wiele za księży, gdyż demon atakuje ich nieprzerwanie. Pan pokazał mi to wszystko. Jedynie przez kapłana możemy na przykład otrzymać sakrament pokuty i pojednania. Jedynie przez kapłana otrzymujemy przebaczenie naszych win.

Wiecie, czym jest konfesjonał? To wanna, kąpiel dla duszy. Nie kąpiel z mydłem i wodą, a z Krwią Chrystusa: Gdy dusza jakiegoś człowieka stała się wskutek grzechu brudna i czarna, może on ją obmyć Krwią Chrystusa podczas spowiedzi. Ponadto zrywane są pęta, którymi szatan związał nas ze sobą.

Stąd logiczną rzeczą jest, że diabeł najbardziej nienawidzi kapłanów i chce ich doprowadzić do upadku. Nawet ci kapłani, którzy sami są wielkimi grzesznikami, mają moc odpuszczania grzechów, jak i ważnego szafowania każdym sakramentem.  Pan ukazał mi, jak to się dzieje. A dzieje się to w Ranie Jego Serca. Są rzeczy, które przekraczają ludzkie pojęcie, ale to duchowa rzeczywistość. Przez tę Ranę Pana dusza wznosi się do Boskiego wymiaru, wznosi się do Miłosierdzia Bożego, do bram Bożego Miłosierdzia; dusza wznosi się i oczyszczana jest w Sercu Wiecznego Arcykapłana Najświętszą Krwią Krzyża.

Widziałam, jak moja dusza została oczyszczona poprzez wyznanie grzechów. Przy każdym grzechu, którego szczerze żałowałam i wyznałam go, Pan rozwiązywał pęta, które mnie mocno trzymały przy szatanie. Jaka szkoda, że oddaliłam się od sakramentu pokuty i pojednania. Ale to wszystko jest dla nas możliwe tylko dzięki kapłanowi. Tak samo w przypadku wszystkich pozostałych sakramentów: przyjmujemy je dzięki kapłanowi. Dlatego mamy obowiązek modlić się za księży, aby Bóg strzegł ich, oświecał i prowadził.

Teraz można zrozumieć, dlaczego diabeł nienawidzi Kościoła i kapłanów – ponieważ święty kapłan ma moc wyrwania szatanowi wielu dusz.

Czcij ojca swego i matkę swoją

Doszliśmy do czwartego przykazania: Czcij ojca swego i matkę swoją! Także tutaj Pan ukazał mi, jak niewdzięczna byłam podczas mego życia względem moich rodziców. Jak często i jak strasznie klęłam na nich oraz zwymyślałam ich. Wyrzucałam im, że nie mogli mi zaoferować tego wszystkiego, co otrzymały już moje koleżanki. Stało się dla mnie jasne, jak bardzo byłam nieumiejącą niczego cenić córką, dla której wszystko, co z trudem i wyrzeczeniami dawali mi moi rodzice, nie miało żadnej wartości. Tak, nawet do tego stopnia żywiłam urazę do moich rodziców, że twierdziłam, że ta kobieta nie może być moją matką, gdyż po prostu jest dla mnie zbyt prymitywna i wydawała mi się nikim, aby mogła być moją matką.

Przerażającą rzeczą było dla mnie widzieć ten wynik o mnie samej: widzieć siebie, jako kobietę bezbożną, i jak ta bezbożna kobieta wszystko niszczyła oraz negatywnie wpływała na wszystko, co stanęło na jej drodze. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wmawiałam sobie, że jestem kimś wyjątkowym, przede wszystkim dobrym              i świętym. Pan wyjaśnił mi również, dlaczego wmawiałam sobie, że przy tym czwartym przykazaniu nie muszę się niczego obawiać. Byłam bowiem pewna, że        z łatwością sobie tutaj poradzę, ponieważ w ostatnich latach życia rodziców finansowałam lekarzy i leki, które potrzebowali, gdy chorowali. Tylko z powodu tego prostego przykładu wmawiałam sobie, że wypełniłam czwarte przykazanie bardziej niż było to nakazane. Pasowało to bowiem do mojej filozofii życia, w której wszystkie moje czyny oceniałam i segregowałam według zasady pieniędzy. Podobnie było          i z moimi rodzicami. Środkami pieniężnymi manipulowałam nimi i wykorzystywałam do swoich celów. Dzięki bogactwu urosłam dla nich, żyjących w prostych warunkach, do rangi bóstwa, które sami czcili, zaślepieni moimi pieniędzmi.

Tą  mamoną uwarunkowana sytuacja pozwoliła mi także na bezczelne obchodzenie się z moimi rodzicami. Nie możecie sobie wyobrazić, jak bardzo bolało mnie to jasne poznanie – miałam je z łaski Boga – mojego wcześniejszego życia, jak głęboki ból sprawiało. Musiałam przypatrywać się, jak mój tata z wielkim smutkiem płakał            i szlochał nade mną i moim zachowaniem, gdyż mimo wszystkich swoich słabości był dobrym ojcem. Uczył mnie, by być pracowitą i prowadzić przykładne życie. Ponieważ tylko ten, kto dobrze pracuje i dobrze wykonuje swój zawód, będzie postępował naprzód i coś osiągnie. Niestety, mimo, że tak starał się mnie dobrze wychować, uszedł mu mały szczegół, całkiem istotny, a mianowicie to, że miałam także duszę, która umierała z głodu, i że on jako wzór dla swej córki miał do spełnienia misję: żyć Radosną Nowiną i wiarą. Pod tym względem całkowicie zawiódł i nie widział po prostu, jak to moje życie tonęło w bagnie wskutek braku tego małego szczegółu.

Bolało mnie, gdy widziałam, jakim kobieciarzem był mój ojciec. Czuł się szczęśliwy   i dobrze z tym, gdy mógł opowiadać mojej matce i wszystkim ludziom oraz chełpić się przy tej okazji, jakim to on jest macho, ponieważ miał równocześnie wiele kobiet i był w stanie trzymać je na wodzy oraz zadowalać. Poza tym wiele pił i palił. Z tych wszystkich wad i złych przyzwyczajeń mój ojciec był nawet dumny. Z tego powodu był bardzo zarozumiały; błędnie uważał, że nie były to wady, a wręcz przeciwnie, cnoty, które czyniły go kimś wyjątkowym.

Tak oto już w młodym wieku widziałam, jak mama siedziała w domu zalana we łzach, gdy tata zaczynał chełpić się swoimi innymi kobietami i przygodami, jakie z nimi miał. Im częściej to przeżywałam, tym większy był mój gniew, wściekłość i awersja, która mnie ogarniała. A teraz widzę przebieg mojego wcześniejszego życia i pojmuję natychmiast, że te niepohamowane uczucia powoli doprowadzały mnie do „duchowej śmierci”, do obumierania mojej duszy. Ogarniał mnie ogromny gniew, gdy musiałam przypatrywać się, jak tata perfidnie upokarzał mamę na oczach całego świata.

Zaczynałam się przeciwko temu bronić i przeciwstawiać, zagadywałam do mamy i próbowałam na nią wpłynąć. Mówiłam do niej na przykład tak: „Nigdy nie będę taka jak ty, nie pozwolę sobie na takie rzeczy ze strony mężczyzny. My kobiety nie mamy żadnej wartości w społeczeństwie i jesteśmy dlatego tak poniżane, ponieważ są takie kobiety, jak ty, pozwalające sobie na wszystko. Kobiety, które ulegle poddają się samowoli tym macho, które nie mają już godności i dumy, a są bardziej podłamane psychicznie. Właśnie takie kobiety, które pozwalają zarozumiałym mężczyznom na znęcanie się nad sobą i traktowanie siebie jak ostatnią szmatę.” A do mojego ojca powiedziałam, gdy byłam nieco starsza: „Nigdy, uwierz mi i wbij to sobie do głowy, tato, nigdy nie dopuszczę do tego, żeby jakiś mężczyzna tak mnie traktował i upokarzał, jak ty to ciągle czynisz z mamą. Jeśli dojdzie do tego, że mężczyzna będzie mi niewierny i będzie mnie oszukiwał, zemszczę się na nim i będę się nad nim znęcać w rynsztoku. Ze mną tak nie będzie, kochany tato!” W odpowiedzi na to ojciec zbił mnie na kwaśne jabłko i krzyczał na mnie: „Co ty sobie myślisz? Na co sobie pozwalasz” Za kogo ty się masz, by tak mówić do mnie?”

Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jakim strasznym macho był mój ojciec. Nie mogłam trzymać języka za zębami i odpowiedziałam: „Nawet jeśli mnie bijesz i prawie mnie zabijasz, przysięgam ci, że nie pozwolę sobie na coś takiego. W razie gdyby doszło do tego, że będąc zamężną dowiem się o niewierności męża, wtedy zemszczę się na nim w straszliwy sposób, abyście wy mężczyźni zrozumieli, co przeżywa kobieta, gdy mężczyzna traktuje ją jak ostatnią szmatę, upokarza ją, i znęca się nad nią jak nad mokrą ścierką.”

W ten sposób pochłaniałam wszystkie te awersje, gniew i wściekłość, jakie były we mnie przez cały czas i wypełniałam nimi moje myśli i umysł. Ja sama zatruwałam swój umysł i charakter. Kiedy dorosłam i byłam już samodzielna – i oczywiście miałam już wystarczająco dużo pieniędzy – zaczęłam ciągle wywierać presję na moją matkę, mówiąc do niej: „Mamo, wiesz co? Rozejdź się z tatą, weź z nim rozwód!”

Zachowywałam się tak, chociaż szanowałam tatę i lubiłam go. Mimo to od nowa zagadywałam mamę: „Nie może być tak, abyś tak po prostu znosiła takiego typa jak mój ojciec! Jako kobieta bądź świadoma swej godności! Odzyskaj swój honor i pokaż mu, że jesteś kimś cennym, wyjątkowym a nie kawałkiem szmaty, którą może się wytrzeć!”

Te i podobne frazesy powtarzałam nieustannie mojej matce. Możecie to sobie wyobrazić? Robię wszystko, by rozdzielić moich rodziców, by skłonić ich do rozwodu. Mama zwykle mawiała wtedy do mnie: „Nie, moja droga córko, nie rozwiodę się. Nie myśl sobie, jakoby zachowanie twojego ojca nie było dla mnie bolesne i upokarzające. Cierpię bardzo z tego powodu, co z pewnością możesz sobie wyobrazić. Ale ponoszę tę ofiarę i wytrzymuję, gdyż mam was – moje siedmioro dzieci. Jest was siedmioro a ja jestem sama. Tak więc lepiej jest, aby tylko jedna osoba musiała cierpieć, a nie siedem osób musiało znosić ten ból. W końcu twój ojciec jest dobrym tatą i nie mam serca, by tak po prostu uciec i pozostawić was, abyście sami dorastali. Pytam się jeszcze ciebie: Jeśli rozejdę się z twoim ojcem, kto wtedy będzie się modlił o jego nawrócenie, aby jego dusza została zbawiona? Cierpienie i poniżenie, jakie wyrządza mi twój tata, jednoczę z niewymownymi cierpieniami naszego Pana Jezusa Chrystusa na Krzyżu. Każdego dnia mówię naszemu Panu:

‘To, co muszę cierpieć i znosić, jest przecież niczym w porównaniu z cierpieniami, jakie znosiłeś dla nas na Krzyżu. Aby moje cierpienie miało wartość, proszę Cię o to, bym mogła połączyć i zjednoczyć je z Twoim cierpieniem, tak aby to moje cierpienie otrzymało moc wyproszenia łaski nawrócenia dla męża i dzieci, by mogli zostać uchronieni od wiecznego potępienia!”

Nie rozumiałam tego wszystkiego i tylko potrząsałam głową z powodu głupoty mamy. Po prostu nie byłam w stanie tego pojąć. To były myśli, które były mi obce i diametralnie sprzeciwiały się mojemu sposobowi życia i myślenia. Wiedzcie jeszcze, że nie tylko nie rozumiałam tego; wypowiedzi mojej matki drażniły mnie i powiększały mój gniew. Doszło do tego, że zmieniło się całe moje życie, gdyż stałam się prawdziwą rebeliantką. Ta rebelia objawiała się najpierw w tym, że angażowałam się dla praw kobiet i emancypacji – i to nie tylko jako bierna uczestniczka – nie,  o prawa kobiet walczyłam na czele frontu.

Zaczęłam bronić aborcji, prawa kobiety do decydowania o swoim brzuchu; niezależności i prawa do bycia singlem czy życia w wolnym związku – do organizowania sobie życia z tak zwanymi przygodnymi partnerami. Propagowałam rozwód jako dobre rozwiązanie problemów małżeńskich. W szczególności broniłam „prawa talionu” (prawo karne oparte na zasadzie odpłaty, „oko za oko, ząb za ząb”). To znaczy: doradzałam zawsze kobietom, by odpłacały tym samym, by one również mściły się na każdym niewiernym mężczyźnie skokiem w bok – jeśli to możliwe, to z jego najlepszym przyjacielem. Mimo, że ja osobiście nigdy nie byłam niewierna mojemu mężowi, to moimi złośliwymi radami wyrządzałam wielkie szkody bardzo wielu osobom. Niestety!

Nie zabijaj – Aborcja

Kiedy w mojej „Księdze Życia” doszliśmy do piątego przykazania Bożego – „Nie zabijaj” – pomyślałam sobie: wreszcie, nie mam sobie nic do zarzucenia, ponieważ nikogo nie zabiłam. Ku mojemu ogromnemu przerażeniu Pan pouczył mnie o czymś zupełnie innym. Pokazał mi z całą wyrazistością, że byłam niesamowicie okrutną morderczynią. Mordy, w jakie byłam uwikłana, należały do zabójstw, które w oczach Pana zaliczają się do tych najpotworniejszych: aborcja dzieci nienarodzonych.

Pewnego dnia moja przyjaciółka Estela rzekła do mnie: „Posłuchaj mnie! Masz teraz 13 lat i nie straciłaś jeszcze cnoty?” Spoglądałam na nią zupełnie oniemiała. Co chciała przez to powiedzieć? Moja matka opowiadała mi zawsze o ważności dziewictwa. Mówiła, że to dar, jaki panna młoda może ofiarować Bogu. Moja przyjaciółka jednakże odpowiedziała mi wyrażając wyższość i zarozumiałość: „Moja matka zaprowadziła mnie do ginekologa, jak tylko dostałam moją pierwszą menstruację. Od tamtego czasu biorę pigułki antykoncepcyjne.”

Wtedy nie wiedziałam nawet, co to takiego. Wyjaśniła mi, że te pigułki są od tego, by nie zajść w ciążę. I opowiedziała mi, z jakimi mężczyznami już spała. To była duża ilość chłopaków i młodych mężczyzn. Powiedziała, że to takie przyjemne. Rzekła do mnie: „Widzę, że nie masz pojęcia o tym wszystkim.” Potwierdziłam i wtedy powiedziała, że zaprowadzi mnie do miejsca, gdzie będę mogła się czegoś nauczyć. Byłam przestraszona, bo nie wiedziałam, gdzie chce mnie zaprowadzić. Przede mną otworzył się nowy świat, całkiem nieznany świat. Wzięli mnie ze sobą do kina w centrum miasta, by razem obejrzeć film porno. Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie? Dziewczynka, która wówczas miała 13 lat! Nie posiadaliśmy wtedy nawet telewizora. Możecie sobie wyobrazić taki film? Prawie że umarłam ze strachu i wstrętu. Wydawało mi się, że jestem w piekle. Chciałam uciec, ale tylko wstyd przed moimi przyjaciółkami powstrzymywał mnie od tego. Jednak niczego innego nie pragnęłam, jak uciec stamtąd; byłam do głębi wstrząśnięta.

W tym dniu poszłam z mamą na Mszę świętą. I ponieważ czułam się tak źle, poszłam do spowiedzi. Mama uklękła przed ołtarzem i modliła się. Na spowiedzi powiedziałam zwyczajne rzeczy, że nie odrobiłam pracy domowej, że ściągałam na klasówkach, że byłam nieposłuszna – to były mniej więcej moje grzechy. Spowiadałam się zawsze u tego samego księdza i ten znał moje grzechy mniej lub bardziej na pamięć. Ale dziś wyznałam również, że uciekłam od mamy, by pójść do kina. Ksiądz był zupełnie zaskoczony i nieomal krzyknął: „Kto komu uciekł? Kto gdzie poszedł?” Przestraszyłam się ogromnie tej reakcji i spoglądałam bojaźliwie na moją matkę, czy coś usłyszała, ale ona klęczała spokojnie na swoim miejscu i modliła się. Bogu niech będą dzięki, pomyślałam, niczego nie usłyszała. Samo wyobrażenie sobie, że mogła coś usłyszeć, było dla mnie czymś nieznośnym. Wstałam od konfesjonału i byłam wściekła na księdza. Oczywiście nie powiedziałam mu, na jakim filmie byłam. Skoro takie cyrki wyprawiał z tego powodu, że byłam w kinie, jakie sceny by robił, gdyby wiedział o wszystkim. Być może nawet by mnie zbił.

Od tamtego momentu szatan zaczął we mnie działać. Od tamtego czasu bowiem już nie wyspowiadałam się szczerze. Od tamtego czasu wybierałam, co powiem, a co przemilczę. Tu zaczęły się moje świętokradzkie spowiedzi i przyjmowałam Komunię św., mimo że wiedziałam, że nie wyspowiadałam się szczerze. Przyjmowałam Pana świętokradzko. A On pokazał mi teraz, jak straszna była degradacja mojego życia, jak ten proces duchowej śmierci coraz to bardziej postępował. Przyczyną tej degradacji było to, że przy końcu swego życia nie wierzyłam już w istnienie diabła ani w nic innego. A swoje grzechy nawet uważałam za dobre czyny. Pan ukazał mi, jak kroczyłam jako dziecko trzymając się ręki Boga, jaką głęboką relację miałam do Niego i jak moje grzechy oddzielały mnie coraz to bardziej od Boga i Jego prowadzącej ręki. Pan powiedział mi, że każdy kto niegodnie przyjmuje Jego Ciało i Krew, ściąga na siebie potępienie. Spożywałam i piłam moją zgubę. Zobaczyłam w „Księdze Życia”, jak diabeł był zrozpaczony, ponieważ w wieku 12 lat wierzyłam jeszcze w Boga i chodziłam z matką na adorację. Diabeł był wściekły z tego powodu.

Gdy rozpoczęło się moje grzeszne życie, Pan dał mi odczuć, jak pokój opuścił moje serce. Wzięły początek wyrzuty sumienia, ale co powiedziały na to moje przyjaciółki? „Co? Iść do spowiedzi? Ty chyba zwariowałaś, to  zupełnie nie jest na czasie. I to do tych księży, którzy mają większe grzechy, niż my!” Żadna z nich nie poszła już do spowiedzi, ja byłam tą jedyną. Rozpoczęła się wewnętrzna walka miedzy tym, co mówiły moje koleżanki a tym, co mawiała moja matka i co podpowiadało mi moje sumienie. Szala stopniowo przechylała się i moje koleżanki zwyciężyły. Nie chciałam bowiem spowiadać się u tych starych i nastawionych negatywnie do ciała księży i to na pewno nie u tych, którzy wzburzali się tylko dlatego, że się szło do kina.

Widzicie tutaj przebiegłość szatana. Odsunął mnie od spowiedzi, gdy miałam zaledwie 13 lat. Okazał się bardzo podstępny. Wiecie, on podsuwa nam złe pomysły. W wieku 13 lat Gloria Polo była już żywym trupem, jeśli chodzi o jej duszę. Dla mnie jednak było to czymś ważnym i dumna byłam, że mogłam należeć do tej małej grupki moich koleżanek, do tych fajnych, mądrych dziewczyn, który wmawiały sobie, że wiedzą więcej niż wszyscy ich rodzice razem wzięci. Mając 13 lat myślałyśmy, że wszystko wiemy i byłyśmy zdania, że każdy, kto mówił o Bogu, był nienowoczesny lub szalony. To co nowoczesne, to korzyści i przyjemności. Konsumpcja, przyjemności – to było w modzie.

Wiecie, nie powiedziałam Wam jeszcze, że wtedy, gdy stałam nad przepaścią do piekła i nagle rozległ się głos Pana, wszystkie demony uciekły. Uciekły gdzie pieprz rośnie, jeden tylko został. Bóg pozwolił mu zostać. Ten ogromny demon krzyczał przeraźliwym głosem: „Ona należy do mnie! Ona jest moja! Należy do mnie! Jest moja na zawsze!” Ten demon mógł tylko dlatego pozostać, ponieważ był przywódcą hordy, która zagnieździła się u mnie i manipulowała wszystkim w moim życiu, abym grzeszyła. Podstępnie wykorzystywali moje słabe strony. Ten demon był tym, który trzymał mnie z dala od spowiedzi. Dlatego Pan zarządził, aby był obecny. Ten diabeł krzyczał strasznie, gdyż obawiał się, że jego łup może się mu wymknąć w ostatnim momencie. Wrzeszczał przeraźliwie i oskarżał mnie. Mógł pozostać, gdyż umarłam w stanie grzechu śmiertelnego. Od 13. roku życia bowiem nie spowiadałam się należycie, a wcześniej raz, dwa razy moja spowiedź nie była ważna. Należałam zatem do tego demona i z tego względu mógł być obecnym na egzaminie. Możecie sobie wyobrazić, jak się czułam, gdy moje wszystkie grzechy zostały mi przedstawione? Było ich tak wiele. I do tego wszystkiego te złośliwe, szydercze oskarżenia. Prawie nie mogłam tego wytrzymać, gdy tak wrzeszczał, że należę do niego. To było coś niewyobrażalnie strasznego. Zły trzymał mnie z dala od sakramentu pokuty i pozbawiał mnie przez to uzdrowienia i oczyszczenia mojej duszy, dokonywanych przez Jezusa. Za każdym razem bowiem, gdy grzeszyłam, grzech nie był czymś za darmo. Grzech jest własnością szatana i musimy za niego zapłacić. Mój grzech był tak wielki, że diabeł wypalił pieczęć na mojej duszy. Ta pierwotnie tak cudowna, przeniknięta światłem dusza, jaką widziałam podczas mojego poczęcia, stawała się coraz ciemniejsza, czarna, była jedną straszną czernią.

Tak więc ciągle świętokradzko przyjmowałam Komunię świętą, nie odbyłam prawie w ogóle dobrej spowiedzi, wtedy jak jeszcze chodziłam się spowiadać.

Zawsze, zanim skorzystamy z sakramentu pokuty, musimy prosić Ducha Świętego i naszego Anioła Stróża, aby nas oświecili, aby ciemność naszego umysłu rozjaśniła się. Bowiem jedną z rzeczy, którą diabeł czyni z lubością jest to, że zaciemnia nasz umysł, tak że sądzimy, że wszystko to nie jest grzechem i wszystko jest w porządku, że nie trzeba spowiadać się u księży, bo ci więcej mają grzechów, niż my sami oraz że spowiedź wyszła z mody. To oczywiste; dla mnie było wygodniej już się w ogóle nie spowiadać.

Aborcja mojej przyjaciółki Esteli

Gdy miałam 13 lat, moja przyjaciółka Estela zaszła w ciążę. Gdy mi opowiedziała o swojej ciąży, zapytałam się jej: „Ale chyba wzięłaś pigułki? Odparła: „Tak, ale na nic się to zdało.” Powiedziałam: „I co teraz? Co zrobisz? Kto jest ojcem? Odpowiedziała: „Nie wiem.” Nie wiedziała, czy było to podczas tego spaceru, czy tamtego, lub na tym festynie, czy też czy ojcem dziecka jest jej narzeczony. Powiedziała mi: „Powiem po prostu, że to jego (jej narzeczonego).”

W czerwcu ona i jej rodzina pojechali na wakacje. Była już w piątym miesiącu ciąży. Kiedy powróciła, byłam zaskoczona. Nie było już oznak ciąży. Nie było widać dużego brzucha, ale wyglądała jak trup. Była tak blada i nic nie pozostało z tej ekstrawertycznej, żywej dziewczyny, która tak chętnie się bawiła. Mówiąc w skrócie: Nie była tą samą dziewczyną.

Wiecie, żadna z nas dziewczyn nie szła chętnie na Mszę świętą. Ale w szkole przy klasztorze, do której uczęszczałyśmy, było to obowiązkiem. Musiałyśmy iść na Mszę z zakonnicami. Ksiądz był już w podeszłym wieku i trwało zawsze trochę dłużej, aż skończył. Nam te Msze święte wydawały się trwać całą wieczność. Bawiłyśmy się zawsze, gadałyśmy, śmiałyśmy się nie poświęcając minimum uwagi temu, co się działo przy ołtarzu. Pewnego dnia jednakże przybył młody ksiądz, który był bardzo przystojny. Uważałyśmy, że szkoda było takiego ładnego, młodego mężczyzny. I tak zastanawiałyśmy się, która z nas mogłaby uwieść tego młodego, przystojnego księdza. Macie wyobrażenie? Co za nienormalne rzeczy diabeł zaszczepia młodej, niezepsutej osobie. W tej szkole zakonnice jako pierwsze szły do Komunii świętej. Dopiero potem była nasza kolej, mimo że nie byłyśmy u spowiedzi. Zakładałyśmy się, której z nas uda się uwieść księdza. Postanowiłyśmy rozpinać nasze bluzki idąc do Komunii świętej i ta, przy której jego ręka zaczynała drżeć, gdy podawał Ciało Pana, ta miała najlepszy biust i zwróciła na siebie jego uwagę. Co za diabelskie myśli i jaki zamęt siał w nas zły duch. Ale my w swej naiwności wierzyłyśmy, że to tylko niewinna zabawa. Jak nisko upadłyśmy…

Gdy Estela powróciła z wakacji, nie była już tym radosnym podlotkiem co niegdyś, skłonnym do zabaw. Miała zamglone spojrzenie. Nie chciała mi w ogóle opowiedzieć, co się stało. Ale pewnego razu byłam u niej w domu i wtedy pokazała mi bliznę po operacji, z aborcji. Powiedziała: „Gdy moja matka dowiedziała się, że jestem w ciąży, tak się wściekła, że natychmiast wzięła mnie za rękę, wcisnęła do samochodu i zawiozła do ginekologa. Gdy tam dotarłyśmy, rzekła mu: ‘Jest w ciąży. Proszę, niech Pan żąda, czego chce, ale natychmiast trzeba operować moją córkę i usunąć ten problem (jak rzeczowo: problem).’”

Po tym jak mi to powiedziała, otworzyła szafę i pokazała mi słoik, w którym w roztworze spirytusowym znajdował się płód. To było jej dziecko. Było już całkowicie rozwinięte, zakonserwowane w tym słoiku. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Jej matka obstawała, aby Estela miała przed swymi oczyma konsekwencje swego błędnego postępowania. A na wieczku tego słoika stało pudełko z pigułkami antykoncepcyjnymi, aby nigdy nie zapomniała ich brać. Wyobrażacie sobie coś takiego???

Zobaczcie, jak grzech czyni człowieka chorym. I jak matka, ślepa duchowo, bierze własne dziecko do lekarza, aby usunąć niechciany owoc łona. I do tego ten absurdalny pomysł z zakonserwowanym płodem, aby stawiać jej go przed oczami każdego dnia, by nie zapominała brać pigułek. By za każdym razem, gdy otwierała szafę, widziała swoje dziecko i pamiętała o tych pigułkach. To naprawdę chore, to jest po prostu demoniczne. Takie rzeczy robi diabeł, gdy przez grzech otwieramy mu drzwi i nie chcemy go zmazać w sakramencie pokuty i pojednania, którym może szafować rzymsko-katolicki kapłan. Kiedy zapytałam moja przyjaciółkę, czy nie bolało, odpowiedziała mi ironicznie: „Ach, dlaczego mam być smutna? To najmniejsze zło, znieść tych parę bólów, niż żebym miała się użerać z tym dzieckiem przez całe życie! Ten problem został tak łatwo rozwiązany!”

To było kłamstwo, gdyż nie była już nigdy taka, jak wcześniej. Nie minęło dużo czasu i wpadła w straszną depresję. Zaczęła brać LSD. I ponieważ byłam jej najlepszą przyjaciółką, zaproponowała mi spróbować. Ja jednak przestraszyłam się tego. Z jednej strony chętnie bym spróbowała, ponieważ mówiła, że ten narkotyk daje takie przyjemne uczucie, człowiek ma wrażenie, jakby się unosił, jakby był na chmurach – takimi i innymi podobnymi rzeczami zachwycała się przede mną. Tak, chętnie bym skosztowała, ale nie mogłam. Bałam się i powiedziałam jej, że nie chcę, gdyż potem przesiąknę tym zapachem i gdy moja matka to odkryje, wtedy mnie zabije. Ma wyostrzony zmysł powonienia, zabiłaby mnie, gdyby się dowiedziała. Faktem jest, że nie spróbowałam tej używki chroniona przez mojego Anioła Stróża i dzięki modlitwom mojej matki. Pan ukazał mi teraz w mojej „Księdze życia”, że nie spróbowałam nie tyle ze strachu przed moją matką, lecz ponieważ udzielił mi łaski, abym tego nie uczyniła i ponieważ miałam matkę, która się za mnie modliła. Jej modlitwa różańcowa uchroniła mnie od wpadnięcia do tej otchłani. Moje koleżanki jednakże nie były ze mnie z tego powodu zadowolone i dyskutowały, krzyczały, mówiły że jestem nudziarą, bo nie wzięłam w tym udziału. Ale ja nie mogłam, po prostu nie mogłam. To była jedna z wielu łask, które otrzymałam, ponieważ miałam taką matkę, która była tak związana z Bogiem i modliła się za mnie. Modlitwa jest tak bardzo ważna.

W wieku 16 lat utraciłam swą niewinność

Na nieszczęście, mając 16 lat, poznałam mojego pierwszego narzeczonego. Moje przyjaciółki ponownie zaczęły na mnie wywierać presję. Byłam czarną owcą wśród nich, ponieważ byłam jeszcze dziewicą. Teraz, gdy miałam już narzeczonego, znów mnie prześladowały. Obiecałam im, że to zrobię, gdy będę miała narzeczonego, ale nie wcześniej. A teraz nie mogłam się im już wymigać. Powiedziałam do mojej koleżanki Esteli: „A jeśli zajdę w ciążę, jak ty?” Odpowiedziała: „Nie, to ci się nie przytrafi, bo teraz są inne metody, mianowicie prezerwatywy.”

Za jej czasów były jedynie pigułki, ale teraz nie będzie żadnych problemów. Powiedziała mi, że mi da 5 pigułek, aby je połknąć wszystkie na raz, dla większej pewności. Poza tym powiedziała, że powinniśmy użyć prezerwatywy i że przekonam się, że nic mi się nie przydarzy. Tak mi było z tym źle, że musiałam dotrzymać tej głupiej obietnicy. Bałam się bardzo, że te moje przyjaciółki zepsują wszystko. Gdy było po, dotarło do mnie, że moja matka miała rację mówiąc, że dziewczyna, która traci niewinność, gaśnie. Czułam, że coś we mnie zgasło, jak gdybym straciła coś, co już nigdy nie powróci, nigdy nie zostanie mi zwrócone. I tak z wyczarowanego przed moimi oczami przez moje przyjaciółki sensacyjnego przeżycia pozostały jedynie wewnętrzne rozczarowanie, gorycz i smutek.

Nie wiem, dlaczego wszyscy mówią, że seks jest dobry. Nie wiem, dlaczego młodzież mówi, że tak bardzo to kocha. Myślę, że wcale nie jest taki wspaniały. W moim kraju, w Kolumbii, ogląda się w telewizji, jak w reklamach chwalą niezawodność prezerwatywy, jak ludzie wykorzystują seksualność dla zaspokojenia żądz, swego egoizmu, dla sprawowania władzy i spędzania czasu. Smutno mi, gdy widzę coś takiego. Gdyby ci wszyscy ludzie wiedzieli, jak te powierzchowne uczucia w rzeczywistości oszołamiają duszę, człowieka, aby nie pamiętał już o przykazaniach! Zastanawiające jest to, że niektóre osoby, które w swej młodości były wielkimi zwolennikami pokolenia 68, w dojrzałym wieku sami zdały sobie sprawę, jaką złą drogę wówczas obrały i ile szkód wyrządzili innym ludziom, także swoim potomkom.

Co do mnie, to po stracie mojego dziewictwa byłam bardzo smutna i bałam się potwornie iść do domu, ponieważ myślałam, że moja matka z pewnością coś po mnie zauważy. Po tym przeżyciu nie mogłam już więcej spojrzeć matce w oczy, z czystego strachu, że może z moich oczu wyczytać, co uczyniłam. Byłam oburzona i wściekła na moje przyjaciółki, także na siebie samą, że byłam taka głupia i im uległam, że zrobiłam coś, czego nie chciałam i że to wszystko uczyniłam z tchórzostwa przed nimi. Ale mimo wszystkich rad mojej przyjaciółki Esteli, pomimo wszystkich środków ostrożności, po moim pierwszym razie zaszłam w ciążę.

Możecie sobie wyobrazić ten strach 16-letniej dziewczyny? Ciąża! (po tym zdaniu głos pani Polo załamuje się i płacze – potem kontynuuje: )

Zauważyłam wiele zmian w moim ciele. Oprócz mojej obawy czułam również, jak czułość do tego dziecka, które nosiłam w sobie, kiełkowała i stawała się coraz silniejsza. Rozmawiałam z moim narzeczonym i opowiedziałam mu o wszystkim. Był zaskoczony i przestraszony. Oczekiwałam, że powie: „No to się pobierzmy”. Miałam 16 lat a on 17. Powiedział mi jednak, że nie zrujnujemy sobie życia z tego powodu i że powinnam usunąć dziecko. I tak odeszłam, strasznie przygnębiona, zmartwiona, niezmiernie smutna. Byłam również wściekła na Estelę, która mi obiecała, że nic mi się nie stanie.

Odnośnie aborcji powiedziała mi: „ Nie martw się, nie ma o co. Nie zapominaj, że ja  coś takiego już kilka razy przeżyłam. Za pierwszym razem byłam trochę smutna, za drugim było ciut lżej, a za trzecim w ogóle niczego się nie czuje.” Rzekłam do niej: „Nie wyobrażasz sobie, co się stanie, gdy wrócę do domu, a moja matka zauważy bliznę. Zmartwienie, jakie jej przysporzę, zabije ją.” Estela uspokoiła mnie i powiedziała: „Nie robią teraz tak dużych nacięć. To cięcie, jakie u mnie widziałaś, było tak wielkie, ponieważ dziecko było już tak duże. Ja sama byłam wtedy w piątym miesiącu. Jeśli o ciebie chodzi, nie zamartwiaj się, twoje jest przecież dopiero takie malutkie. Twoja matka kompletnie niczego nie zauważy.”

Ach, moi bracia i siostry w Chrystusie Panu, co za smutna sprawa! Jakże wielki ból. To szatan tak sprawia, że źle rozumiemy rzeczy, bagatelizujemy je, jak gdyby wszystko to nie było niczym ważnym, jak gdyby było bez znaczenia. Jak gdyby aborcja była najnormalniejszą rzeczą w tym bezbożnym świecie. Skoro nawet taka głupia osoba jaką ja byłam, czuje się potem źle, jak strasznie musi się czuć ktoś młody i niezepsuty! Zły omamia młodzież, że seks jest po to tylko, by czerpać z niego przyjemność, że nie trzeba mieć żadnych wyrzutów sumienia, że nie trzeba się czuć winnym. Ale wiecie, dlaczego szatan to czyni? Dlaczego zwodzi ludzi, aby robili coś takiego? Oprócz wielu innych powodów potrzebuje tych ofiar, ponieważ każda umyślnie dokonana aborcja zwiększa jego władzę w świecie.

Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak się bałam i jakie miałam poczucie winy, gdy udałam się do tego szpitala, daleko od mojego domu, by dokonać aborcji. Lekarz poddał mnie narkozie. Gdy się ocknęłam, nie byłam już tą samą osobą, co wcześniej. Zabili dziecko, a ja umarłam wraz z nim. (Pani Polo przerywa swoje świadectwo i zaczyna od nowa płakać!)

Wiecie, Pan pokazał mi wszystkie te rzeczy, których nie jesteśmy w stanie ujrzeć naszymi ziemskimi oczyma, w „Księdze Życia”. Ukazał mi, co się wydarzyło, gdy lekarz przeprowadzał aborcję. Zobaczyłam tego lekarza, jak trzymał coś na kształt obcęg, którymi chwycił dziecko i rozdrobnił je na kawałki. Dziecko krzyczy z całej siły. O mój Boże, tak bardzo krzyczy. Każde dziecko mianowicie otrzymuje zaraz po poczęciu duszę, całkowicie dorosłą i dojrzałą, gdyż nie rośnie ona tak jak ciało. Bóg stwarza ją już całkowicie ukształtowaną.

Natychmiast po tym, jak doszło do połączenia plemnika z komórką jajową, tworzy się nieskończenie piękny, świetlisty promień. Światło owe wygląda jak słońce, które wychodzi z świetlistego blasku Boga Ojca i Jego nieskończonej Miłości. W tym samym momencie ta stworzona przez Niego dusza jest już dojrzała i dorosła. Jest doskonała, jest obrazem Boga. To młode życie jest zatopione w Duchu Świętym, który pochodzi z Bożego Serca. Łono kobiety, które poczęło, pełne jest tego światła, blasku zjednoczenia Pana z tą nowo stworzoną duszą. I gdy mordercy i personel klinik aborcyjnych chwytają dziecko obcęgami i rozczłonkowują je, jak bardzo walczy o życie ta maleńka istota. Zobaczyłam, jak Pan drżał i wzdrygał się, gdy wyrywali z Jego rąk tę duszę. Gdy zabija się takie dziecko, to ono tak głośno krzyczy, że całe Niebo drży i trzęsie się. W moim przypadku, gdy pozwoliłam uśmiercić dziecko, słyszałam jego głośny i rozdzierający serce krzyk. Słyszałam także, jak Jezus jęczał i cierpiał na krzyżu z powodu tej duszy i każdej innej duszy, która jest abortowana, i której odmawia się prawa do życia. Spojrzenie Pana na krzyżu było tak pełne bólu, nie da się opisać, jakie cierpienia musiał znosić z tego powodu! Gdybyście mogli to zobaczyć, nikt nie odważyłby się dokonać aborcji. (Pani Polo ponownie przerywa przemówienie i zaczyna płakać)

A teraz pytam Was: ile aborcji przeprowadzanych jest na tym świecie? W jednym dniu? W ciągu jednego miesiąca? Możecie zmierzyć straszliwy rozmiar naszych grzechów? Rozmiar masowego mordu, cierpienia, jakie sprawiamy Bogu, Jemu, który jest pełen miłosierdzia dla nas, który nas kocha, mimo że jesteśmy niczym potwory i po prostu grzeszymy ot tak sobie?  I krzywdy, jaką sami sobie wyrządzamy oraz jak zło opanowuje nas i nasze życie?

Aborcja jest najcięższym grzechem, najstraszliwszym grzechem ze wszystkich grzechów.

Za każdym razem, gdy przelewana jest krew dziecka – niewinnego dziecka – składamy szatanowi ofiarę całopalną, a jego moc w świecie powiększa się. Dusza krzyczy zrozpaczona o pomoc – i nikt nie może jej usłyszeć, względnie nikt nie chce jej usłyszeć! Powtarzam Wam jeszcze raz: Ta dusza jest dojrzała i dorosła, nawet jeśli nie ma jeszcze wykształconego i uformowanego ciała, to jest ona już w pełni ukształtowana. Tak jak w pestce jabłka zawarte jest już wszystko o dużym rozłożystym drzewie. Ciało musi się wpierw uformować i urosnąć, ale dusza jest gotowa. A ów krzyk, jaki wydaje młode życie, gdy się je zabija, sprawia że Niebo drży. Ale i w piekle rozdziera się krzyk, ale tryumfu, porównywalny z okrzykiem na stadionie piłki nożnej, gdy ktoś strzelił gola. Piekło jest takim stadionem, ogromnym, niedającym się ogarnąć wzrokiem boiskiem pełnym demonów, diabłów, którzy odniósłszy tryumf krzyczą jak szaleni.

Demony wylały na mnie krew mojego dziecka, które miałam na sumieniu i również krew dzieci tych osób, które zachęcałam i podżegałam do dokonania aborcji. Moja początkowo jasna dusza przekształciła się w nieprzeniknioną ciemność. Po aborcji utraciłam wszelkie poczucie grzechu. Naprawdę uważałam, że nie miałam grzechów. Pan jednak ukazał mi jeszcze więcej, a mianowicie to, jak przez tak zwane „planowanie rodziny” przyczyniałam się do kolejnych aborcji. Założono mi miedzianą spiralę jako środek antykoncepcyjny. Od 16. roku życia używałam tego środka. Nosiłam ją do dnia, gdy trafił we mnie piorun. Usuwałam ją jedynie wtedy, gdy chciałam zajść w ciążę.

Chciałabym powiedzieć wszystkim kobietom, że skutkiem stosowania spirali jest aborcja. Zapłodnione jajo nie może się zagnieździć i ginie. Jest spędzane. Wiem, że wiele kobiet w czasie okresu zauważa we krwi coś na kształt skrzepu i odczuwa wielkie bóle, większe niż podczas zwyczajnej menstruacji. Idą do lekarza, a ten nie poświęca temu wszystkiemu szczególnej uwagi, przepisuje im jakiś środek przeciwbólowy, a gdy ból staje się nieznośny, daje zastrzyk.

Wiecie, czym tak naprawdę jest spirala? Mikro-aborcją. Tak, spirala powoduje mikro-aborcję, gdyż zapłodniona komórka jajowa chce się zagnieździć w macicy i nie może z powodu spirali, jak Wam już to wcześniej powiedziałam. Te zapłodnione komórki jajowe to są już ludzie. Mają już duszę, w pełni wykształconą duszę i nie pozwala się im żyć. Straszną rzeczą było przyglądać się, jak wiele takich zapłodnionych komórek  – a więc w pełni zdolnych do życia ludzi – zostało w ten sposób spędzonych. Te słońca, „boskie iskry” są zgaszane, mordowane, a krzyki dzieci wstrząsają fundamentami Nieba.

Najgorsze dla mnie było to, że nie mogłam powiedzieć, że tego nie wiedziałam. Pewien ksiądz bowiem powiedział o tym w swoim kazaniu, ale ja nie chciałam tego słuchać. Zwykle, gdy chodziłam na Mszę św., nigdy nie zważałam na to, co ksiądz mówił. Nigdy nie słuchałam, a gdy ktoś pytał mnie, jaka była ewangelia, nie wiedziałam tego. Wiecie, demony są obecne również w kościele i nie dopuszczają do tego, abyśmy coś usłyszeli, rozpraszają nas i usypiają. Na takiej Mszy św., podczas której byłam zupełnie nieobecna myślami, mój Anioł Stróż dał mi kuksańca i otworzył moje uszy, abym słyszała, co w tamtej chwili ksiądz mówił. Wtedy usłyszałam, jak akurat mówił, że spirala przyczynia się do aborcji i że każda kobieta używająca czegoś takiego nie może przystępować do Komunii świętej. Słuchałam tego i wściekałam się na księdza. Co ci księża sobie myślą? Co się tak wtrącają, jakim prawem? No jasne, to dlatego Kościół nie idzie do przodu i świeci pustkami: nie idzie z duchem czasu, ma gdzieś postęp i naukę. Właściwie to za kogo się ci księża uważają? Czy to oni może dają jeść wszystkim tym dzieciom, które przychodzą na świat? Wściekła i pomstując wyszłam z kościoła. Nie mogłam zatem na swoim sądzie przed Bogiem powiedzieć, że nie wiedziałam. Jednakże nie zważałam na te usłyszane słowa i nadal nosiłam spiralę.

Ileż dzieci zabiłam w ten sposób… Z tego powodu byłam w takiej depresji, gdyż moje łono, zamiast być źródłem życia, stało się cmentarzyskiem, miejscem straceń moich nienarodzonych dzieci. Wyobraźcie sobie, że własna matka zabija swoje dziecko. Matka, której Bóg udzielił tak wielkiego daru, że może przekazywać życie, która powinna strzec dziecka i zachować je od każdego zła; i ta matka morduje swoje własne dziecko. Demon działając według swej diabelskiej strategii doprowadził do tego, że ludzkość zabija swoje dzieci, a tym samym rujnuje swoją przyszłość. Zaczęłam teraz rozumieć, dlaczego przez cały czas byłam taka zgorzkniała, przygnębiona, w złym humorze, nieprzyjemna, wiecznie rozdrażniona, sfrustrowana z powodu wszystkiego i wszystkich. To jasne – przekształciłam się w maszynę do zabijania dzieci nienarodzonych. To coraz bardziej ściągało mnie w dół, aż na krawędź piekła. Dobrowolna aborcja jest najgorszym grzechem, gdyż zabijanie w łonie matki niewinnego dziecka, niewinnej istoty, oznacza przekazanie szatanowi kierownictwa życia, zaprzedanie mu duszy. Demon prowadzi nas prosto do otchłani, gdyż przelewamy niewinną krew.

Dziecko jest niczym baranek, „niewinnym barankiem”, podobnym do Jezusa, „Baranka Bożego, który został za nas zabity”. Taki grzech oznacza głęboki związek z ciemnością, ponieważ własna matka jest tą, która zabija swe dziecko. To właśnie jest przyczyną tego, dlaczego więcej demonów opuszcza otchłań i zamieszkuje ziemię, by zniszczyć całą ludzkość. Każdy z nas zdaje sobie dziś sprawę, jak satanizm rośnie w siłę. Otwierają się dotychczas zapieczętowane bramy, odpadają pieczęcie, które Bóg tam umieścił, by zło nas nie zalało. Te pieczęcie kruszeją coraz bardziej po każdym dzieciobójstwie. Z piekielnych bram wychodzą demony, które wyglądają jak straszne larwy, a ziemia i ludzkość coraz bardziej zalewana jest tym szatańskim pomiotem. Przyczepiają się do nas, prześladują, a na końcu czynią z nas wszystkich niewolników naszego ciała, pożądania, grzechu, podatnymi na zło. Sami widzimy, jak zło przybiera wszędzie na sile. Jest tak, jak gdybyśmy sami dawali demonom do ręki klucze, aby mogli wyjść. I wychodzą, coraz liczniej, demony prostytucji, chorej seksualności, satanizmu, ateizmu, samobójstwa, znieczulicy i wszelkiego zła, jakie codziennie widzimy. Z każdym dniem świat staje się coraz gorszy. Tryumfem piekła jest codzienny mord wielu dzieci. Z powodu tej niewinnej krwi demony są wypuszczane, by potem nas zwodzić.

Zauważcie, grzeszymy bezwiednie, ponieważ zagłuszyliśmy nasze sumienie. A nasze życie zmienia się coraz bardziej w piekło, pełne problemów każdego rodzaju, z chorobami i innym złem, które nas nawiedza. To wszystko to działanie demonów wśród nas, w kulturze śmierci. Jednak to my sami ponosimy winę i tylko my, którzy naszymi grzechami otworzyliśmy diabłu na oścież bramę, za które nie żałowaliśmy i z których się nie wyspowiadaliśmy. W ten sposób dajemy mu swobodę i pozwolenie na to, aby postępował z nami, jak chce. Nie jest bowiem tak, że grzeszymy jedynie z powodu aborcji, chociaż jest najcięższym grzechem, lecz w wielu dziedzinach nie jesteśmy świadomi grzechu i jesteśmy zupełnie obojętni. I wtedy mamy jeszcze czelność obwiniać Boga za nasze zło, gdy spotyka nas choroba, cierpienie i krzywda.

Nasz kochający Bóg daje nam jednak w Swoim nieskończonym miłosierdziu sakrament pokuty i mamy możliwość żalu, zmycia naszych grzechów dzięki spowiedzi i w ten sposób zerwania pęt szatana, położenia kresu raz na zawsze temu jego wpływowi na nasze życie.  Tak oto możemy obmyć naszą duszę. Ja jednakże tego nie czyniłam.

Nie zabijamy tylko wtedy, gdy odbieramy komuś życie. Można popełnić ten grzech również „okrężnie”. Uważajcie teraz dobrze! Władza i wpływ, jakie sobie zyskałam dzięki moim pieniądzom, zwiodły mnie i doprowadziły do tego, że sfinansowałam nie tylko jedną, lecz wiele – by nie powiedzieć mnóstwo – aborcji. Dopiero moje pieniądze umożliwiły ich realizację. Zawsze bowiem mawiałam: „Kobieta ma prawo do decydowania do tego, kiedy chce zajść w ciążę a kiedy nie. Jej brzuch należy tylko do niej!”

I patrzcie! W mojej „Księdze Życia” stało czarno na białym, i wielkim bólem było dla mnie, gdy zobaczyłam i zrozumiałam w końcu, w jakie potworne przestępstwa uwikłałam się moimi pieniędzmi. W mojej „Księdze Życia” było to napisane. Pewną dziewczynę, która miała zaledwie 14 lat, skłoniłam do aborcji. Byłam jej mistrzynią, od której pobierała nauki. Gdy ktoś ma w sobie truciznę, wtedy nic nie pozostaje zdrowe w jego otoczeniu. Taki człowiek wywiera negatywny wpływ na wszystkich, którzy się do niego zbliżają. Stykają się z tą trucizną i sami się zatruwają; stają się trujący. Inne całkiem młode dziewczyny, trzy z moich siostrzenic i narzeczona  jednego z moich bratanków dokonały aborcji.  Ich rodzice kazali im iść do mnie, gdyż byłam przecież tą „nadzianą”, która mogła wszystko załatwić i miała takie „dobre serce”. Byłam tą dobrą ciocią, która zawsze wszystkich zapraszała; tą dobrą ciocią, która opowiadała im o nowinkach ze świata mody, przedstawiała najnowsze kolekcje i często też je kupowała. Byłam tą, która uczyła te młode osóbki, jak mogą stać się atrakcyjnymi, jak mogą wkroczyć do glamourowego społeczeństwa i jak mogą pokazywać innym, że ich młode ciało jest sexy i pociągające.

Wyobraźcie sobie! Moja siostra z całkowitym zaufaniem posyłała do mnie swoje dzieci i pozostawiała ich mnie. Jakże je zepsułam i zgorszyłam. Tak, zgorszyłam te młode umysły. To było kolejne wykroczenie wołające o pomstę do nieba, straszny grzech, który na liście najpotworniejszych czynów w oczach Pana plasuje się tuż za aborcją. Te młodziutkie dziewczynki uczyłam następujących rzeczy:

„Moje drogie dziewczynki, nie bądźcie głupie! Nawet jeśli wasze matki tyle opowiadają o wartości dziewictwa, skromności i czystości, to da się to tylko tym wytłumaczyć, że wasi rodzice są zacofani, ich świat nie jest już tym obecnym światem, żyją tym, co było wczoraj, przegapili szansę na prowadzenie wolnego i nowoczesnego życia. Musicie być dla nich wyrozumiałe. Ale wy same powinniście dołączyć do nowoczesnego życia, cieszyć się wywalczoną przez nas kobiety wolnością i realizować się jako kobieta – więc przysłuchujcie się im, bądźcie dla nich wyrozumiałe, gdyż nie mogą inaczej; nie rujnujcie sobie jednakże przez to waszego młodego życia. Wasze matki rozmawiają z wami o Biblii, która ma już 2000 lat. Rodzice nie są po prostu na bieżąco. Także księża odrzucili to, co nowoczesne i nie chcą iść z duchem czasu. Głoszą tylko to, co nakazuje im papież. Papież nie pasuje już do dzisiejszych czasów, ten papież wyszedł z mody. I każdy nowoczesny człowiek, który go jeszcze słucha, jest głupi i sam winien temu, że nie może właściwie używać życia.”

Popatrzcie na truciznę, którą wlałam w te młode, dziewczęce serca. To po prostu niewyobrażalna potworność! Uczyłam też te młode dziewczyny, jak najlepiej mogą używać ciała i czerpać przyjemność z seksu. Przy tym zwracałam im uwagę na to, jak ważną rzeczą są środki antykoncepcyjne. Nauczyłam je wszystkich znanych mi metod. O ryzykach i  zapobieganiu skutkom stosunku płciowego poinformowałam je podczas rozmowy na temat „Perfekcyjna i samodzielna kobieta”. Pewnego dnia przychodzi jedna z tych dziewcząt, a dokładnie narzeczona mojego bratanka – miała wtedy 14 lat – do mojego gabinetu  (to, co wam teraz opowiadam, osobiście widziałam zapisane w mojej „Księdze Życia”), i opowiada mi płacząc rzewnie: „Glorio, jestem przecież jeszcze taka młoda, właściwie to sama jestem jeszcze dzieckiem, a mimo to jestem już w ciąży.” Odparłam: „Ale z ciebie głupia gęś! Nie uczyłam was, jak się zabezpieczać?!” Odpowiedziała mi nadal płacząc: „Owszem, ale po prostu nie zadziałało jak powinno.” Dzięki wglądowi do mojej „Księgi Życia” zrozumiałam, że Pan przysłał do mnie tę młodą osóbkę, by uchronić ją od popełnienia głupstwa. Chciał, abym uchroniła ją od skończenia w tej otchłani, abym odwiodła ją od zabicia jej maleństwa.

Aborcja bowiem zakłada na naszą szyję tak ciężki łańcuch, który ciąży nam i którego potem nie możemy ciągnąć za sobą. Sprawia taki ból, który nigdy nie przeminie w naszym życiu: ta straszna świadomość, że się popełniło morderstwo, że jest się mordercą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie zabiło się kogoś tam, ale własne dziecko, własne ciało i krew. W przypadku tej dziewczyny najgorsze było to, że ja zamiast ją odciągnąć od tego zamiaru, opowiedzieć jej o naszym Panu Bogu, dałam jej do ręki plik banknotów, by było ją stać na tę aborcję. By uspokoić moje sumienie (nie wiem, czy można nazwać to jeszcze sumieniem, co wówczas miałam) dałam jej tak dużo pieniędzy, aby mogła udać się do najbardziej renomowanej kliniki aborcyjnej, by potem zapobiec wszelkim komplikacjom. Podobnie jak przy tej okazji sfinansowałam jeszcze parę innych aborcji, by nie powiedzieć wiele.

To takie straszne, gdy dziś o tym myślę. Za każdym razem, gdy przelewana jest krew dziecka, jest to jak jedno wielkie całopalenie dla szatana, jak uczta dla diabła. Zaciera ręce i tańczy z radości. A nasz Pan Jezus Chrystus cierpi jak podczas Swojej śmierci na Krzyżu i wśród tych cierpień drży i cierpi bardzo za każdym razem, gdy nienarodzone niewinne dziecko zamęczane jest na śmierć.

W „Księdze Życia” mogłam mianowicie zobaczyć, jak powstaje życie. Ujrzałam, jak nasza dusza kształtuje się w momencie, w którym plemnik łączy się z komórką jajową. Wówczas pojawia się cudowna iskra emanująca światło, które pochodzi ze światła Boga Ojca. A brzuch przyszłej matki rozświetla się promieniami tej nowej duszy w momencie, gdy jej komórka jajowa jest zapładniana. I gdy potem dochodzi do aborcji, wtedy dusza krzyczy i jęczy z wielkiego bólu, nawet jeśli nie zostały jeszcze ukształtowane oczy i członki. Cała wspólnota Świętych, całe zaświaty  słyszą te krzyki i jęki, gdy mordowana jest nowa, stworzona przez Boga dusza. Całe sklepienie niebieskie wzdryga się od tego krzyku i słychać je od jednego końca do drugiego, głośno i wyraźnie jak echo w górach. W piekle też słyszy się głośne krzyki, ale tam są one wiwatami, jakie wszystkie demony wznoszą dla świętowania dnia i do tego tańczą z radości.

Bezpośrednio po tym otwierają się w piekle niektóre pieczęcie i wychodzą straszne duchy, które są wypuszczane na ziemię, by od nowa kusiły całą ludzkość i sprowadzały ją na manowce. Skutek tego jest taki, że ludzie coraz bardziej zniewalani są przez szatana, coraz bardziej oddają się żądzom i przyjemnościom, coraz to nowe powstają nałogi, i mają miejsce te wszystkie straszne, okrutne przestępstwa oraz niegodziwości, o których codziennie słyszymy, widzimy w wiadomościach, i o których za każdym razem sądzimy, że nie może być gorzej, by następnego dnia natknąć się na nowe i dojść do wniosku, że jednak mogło być gorzej.

Czy mamy w ogóle pojęcie o tym, jak wiele dzieci zabijanych jest codziennie na całym świecie? Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozmiaru tej przerażającej zbrodni. Brodzimy we krwi tych niewinnych dzieci i nawet tego nie zauważamy. Jest to dla nas normalną rzeczą; jest po prostu na porządku dziennym. Gdy ktoś angażuje się w walkę przeciwko aborcji, przedstawiany jest jako fanatyk, konserwatysta, ktoś staromodny i trochę szalony. To jest jeden z największych tryumfów księcia piekła, szatana. Jak ma być dobrze na tym świecie, jeśli to cena niewinnej krwi każdego nienarodzonego sprawia, że nowe demony wypuszczane są na ziemię? Wkrótce stanie się od nich na świecie ciemno.

Potem ujrzałam, jak zanurzałam i kąpałam się we krwi niewinnych dzieci. Całkiem inaczej jak wygląda proces prania na naszym świecie: przez to pranie we krwi moja dusza stawała się coraz ciemniejsza i nędzniejsza, aż stała się zupełnie czarna. Po tych epizodach z aborcją nie miałam już wyczucia, co jest grzechem. Dla mnie grzech po prostu nie istniał. Wszystko było dozwolone i moje zachowanie odpowiadało mi. Pomagałam przecież ludziom. Nie byłam jednakże świadoma, że tym ludziom pomogłam w drodze do piekła.

Pokazano mi jeszcze coś innego, co w żaden sposób nie przyszło mi na myśl, ani nie rzuciło mi się w oczy; sama bowiem figurowałam na liście płac diabła. Ukazano mi wszystkie dzieci, które sama zabiłam przez aborcję. I tak samo, jak Wy teraz, nie wiedziałam w pierwszej chwili, jak, kiedy i gdzie! Teraz mi to pokazano i wtedy zrozumiałam. Już na początku opowiadałam Wam, że sama stosowałam spiralę jako środek antykoncepcyjny w planowaniu rodziny. Ku mojemu bolesnemu zdziwieniu zmuszona byłam teraz widzieć w mojej „Księdze Życia”, jak wiele moich komórek jajowych zostało zapłodnionych i jak zaczęły stawać się małymi dziećmi. Widziałam wiele świetlistych iskier, które jaśniały podczas stwarzania ich dusz. Słyszałam również krzyki tych dusz, gdy wyrywane były z ręki Boga Ojca.

Zrozumiałam natychmiast powód, dlaczego byłam zawsze w takim złym nastroju, zgorzkniała i markotna. Byłam w złym humorze, często nieprzystępna, niepohamowana i kapryśna wobec moich bliźnich, mojej rodziny. Przez cały dzień byłam poirytowana, nic nie mogło mnie zadowolić. Często ogarniały mnie straszne depresje. Teraz spadły mi łuski z oczu: „Jakie to proste i oczywiste – przeobraziłam się w maszynę do zabijania moich dzieci!”

Wszystko to sprawiło, że coraz głębiej tonęłam w bagnie grzechu. Jak mogłam sobie wmawiać na początku tego przeglądu mojego życia, że nikogo nie zabiłam? Jak mogłam każdym, kto według mnie był za gruby albo niesympatyczny, gardzić, traktować z nienawiścią i po prostu odrzucić? Jak mogłam się tak wywyższać, skoro byłam taką podłą morderczynią?

Ukazano mi też, że człowieka można zabić nie tylko strzałem z pistoletu. Nie, często wystarcza, że się go strasznie nienawidzi, że życzy mu się najgorszego albo krzywdzi, wystarcza że jest ofiarą zazdrości. Tym sposobem można właśnie zabić drugą osobę. Istnieje coś takiego jak mordowanie dobrego imienia.

Morderstwo w rodzinie lub gdzie indziej zaczyna się często od takich postaw, które określamy jako nieszkodliwe.

Nie cudzołóż

Teraz, przy szóstym przykazaniu – „Nie cudzołóż” – powiedziałam sobie: „No wreszcie – przynajmniej przy tym przykazaniu nie mogą mi zarzucić jego naruszenia. Nie będą mogli wypomnieć mi jakiegoś kochanka, ponieważ przez całe życie wierna byłam jednemu mężczyźnie, to jest mojemu mężowi.” Na raz ukazano mi, że za każdym razem, gdy odkrywałam brzuch i pokazywałam ciało w seksownym bikini, sprawiałam, że obcy mężczyźni gapili się na mnie, mieli sprośnie fantazje i przez to nakłaniałam ich do grzechu. W ten prosty sposób dopuściłam się cudzołóstwa. Także moją postawą, gdy ciągle doradzałam kobietom, by nie były wierne swoim mężom: „Nie bądźcie głupie, odpłaćcie się im, nie wybaczajcie im tylko, lecz rozstańcie się i lepiej szybko rozwiedźcie!” Samym tym gadaniem i tymi złymi radami uczestniczyłam w tym wstrętnym cudzołóstwie, tudzież byłam mu współwinna. W czasie tego przeglądu mojego życia zdałam sobie sprawę, że tak zwane grzechy „pożądliwości” są ohydne. Prowadzą bezpośrednio do potępienia, ale da się je całkowicie odrzucić, nawet jeśli wielu ludzi uważa je dziś za normalne i mówi, że wspaniale jest samemu doświadczyć tego czy tamtego; że trzeba spróbować, by dowiedzieć się, czy czerpie się z tego przyjemność albo dochodzi do szczytu. Niektórzy nie boją się użycia porównania do zwierząt argumentując swe czyny i mówią: „Róbmy to tak dziko jak dzikie zwierzęta!” Także dla homoseksualizmu stosuje się argument, jakoby był całkiem naturalny i dozwolony przez Boga, ponieważ udowodniono już, że w królestwie zwierząt mają miejsce homoseksualne kopulacje. Tak, nie zauważamy bowiem, że tym samym bierzemy zwierzęta za wzór. Jest to równoznaczne z odrzuceniem duszy. To, co nas wyróżnia jako istoty stworzone na podobieństwo Boże, to stworzona przez Niego nieśmiertelna dusza, a my ją depczemy.

W swoim życiu wyrwałam się niestety z ręki Boga. Musiałam stwierdzić ze smutkiem, że grzech to nie tylko akt dokonany, lecz najbardziej tajemna myśl w mojej duszy. Bolesną rzeczą było dla mnie, gdy musiałam  zdać sobie sprawę z tego, jakie skutki miały wszystkie te grzechy i jak przez długi czas działały. Grzech cudzołóstwa mojego ojca wyrządził wiele szkód również jego dzieciom i udusił ich duszę. Z tego powodu gardziłam wszystkimi mężczyznami, a moi bracia stali się prawdziwymi kalkami, kopiami mojego taty, którzy wszędzie obnosili się z tym, że są prawdziwymi macho, kobieciarzami i wielkimi pijakami. Wmawiali sobie jeszcze inne rzeczy. Trąbili o tym na około. Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielkie szkody wyrządzali tym swoim dzieciom.

Dlatego też widziałam, jak mój ojciec gorzko płakał na tamtym świecie. Dopiero tam pojął, jaki grzech zapisał w testamencie swoim synom i córkom. Dowiedział się, jakich szkód narobił Boskiemu porządkowi i stworzeniu Boga Ojca.

Nie kradnij

Przy siódmym przykazaniu – „Nie kradnij” znowu byłam pewna swego, uważałam siebie za kogoś godnego czci i nie miałam sobie nic do zarzucenia! Pan jednakże ukazał mi w drastyczny sposób, że wiele artykułów spożywczych w moim domu zaczęło się psuć i pleśnieć, ponieważ kupowaliśmy je bez zastanowienia i nie mogliśmy wszystkiego zjeść. Więc gdy ja marnowałam żywność, tyle głodu było na całym świecie i kiedy Pan mi to ukazał, powiedział jedynie: „Byłem głodny i popatrz, co zrobiłaś z tym, co ci dałem. Nie ceniłaś tego i zmarnowałaś. Było Mi zimno i popatrz jak stałaś się niewolnicą trendów w modzie i wyglądu zewnętrznego. Ile majątku wydałaś na zastrzyki, by być szczuplejszą. Stałaś się także niewolnicą swojego własnego ciała. Krótko mówiąc, ciało swoje wyniosłaś do rangi bóstwa, bożka.”

Pan dał mi do zrozumienia, że tym samym byłam winna nędzy w naszym kraju i że również w przypadku tego przykazania Boga ponosiłam winę. Potem zwrócił mą uwagę na to, ze za każdym razem, gdy źle mówiłam o kimś, kradłam mu honor. Prawie niemożliwością jest naprawienie tego, zwrócenie go. Łatwiejszą rzeczą byłaby kradzież banknotu, gdyż wówczas mogłabym po prostu zwrócić tę sumę. Toteż kradzież dobrej reputacji człowieka jest czymś poważniejszym niż zwykła kradzież rzeczy czy pieniędzy.

Okradałam również swoje dzieci, gdy odmawiałam im bycia dobrą gospodynią domową i matką, czułą matką. Nie mieli matki, która by się o nie troszczyła, zawsze przy nich była i stanowiła prawdziwy wzór bezinteresownej i ofiarnej miłości. Byłam matką, która szlajała się po ulicach i zostawiała dzieci pod opieką telewizora jako substytutu ojca, komputera jako substytutu matki i w kręgu wielu gier wideo jako substytutu rodzeństwa.

By uspokoić moje sumienie, kupowałam im zawsze markowe ciuchy, aby przynajmniej w szkole i wśród kolegów robiły dobre wrażenie i prowokowały do zazdrości. Jeszcze bardziej przeraziłam się, gdy zobaczyłam, jakie wyrzuty robiła sobie moja matka i pytała siebie, czy była dobrą matką, mimo że była bardzo pobożną i dobrą kobietą, gospodynią i matką, która nieustannie upominała nas, kochała nas i pokazywała, jak bardzo jest zatroskana o nas i nasze dobro. Podobnie mój ojciec. Na swój sposób ukazywał nam, jak bardzo nas kocha, że jesteśmy najważniejsi w jego życiu. I gdy tak pogrążona byłam w tych myślach, rzekłam do siebie samej: „Co się ze mną stanie, ze mną, która nigdy nie dałam czegoś moim dzieciom; może w ogóle nie zauważą, że mnie nie będzie; prawdopodobnie nic ich nie obchodzę!”

Przy tych słowach wzdrygnęłam się cała i przeszył mnie ból, jak miecz prosto w serce.

Wstydziłam się tego, że zawiodłam na całej linii. Musicie wiedzieć, że w „Księdze Życia” widzi się wszystko jak na filmie. I tak oto zobaczyłam, jak moje dzieci rozmawiały ze sobą: „Miejmy nadzieję, że mamie zajmie jeszcze trochę czasu, nim wróci do domu; miejmy nadzieję, że stoi w korku, nasza mama jest bowiem bardzo nudna i przez cały czas potrafi tylko narzekać i krytykować..”

Jakim szokiem było dla mnie słyszeć to z ust trzyletniego dziecka i trochę starszej córeczki, jak tak rozmawiali o swojej matce-złodziejce. Ponownie zdałam sobie sprawę, że okradałam ich z prawdziwej matki. Nigdy nie dałam im przytulnego ogniska domowego. Swoją postawą uniemożliwiłam im poznanie Boga w dzieciństwie. Nie nauczyłam ich miłości bliźniego. Jest bowiem tak: jeśli nie kocham bliźniego, nie będę miała nic do czynienia z naszym Panem Bogiem; i jeśli sama nie okazuję współczucia i miłosierdzia i nie wcielam w czyn, wówczas nie mogę być po stronie Boga; tym samym nie mogę nikomu przybliżyć Boga i przekazywać wiary. Bóg jest bowiem miłością…

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu

No dobrze, teraz opowiem Wam coś na temat przykazania: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.” W tej dziedzinie byłam profesjonalistą. Czy wszyscy słyszeli? Diabeł bowiem stał się moim ojcem. Każdy z nas ma bowiem swego ojca, czy to Boga Ojca, czy szatana, który spiera się z Nim o ojcostwo.

Jeśli Bóg jest miłością, a ja jestem pełna nienawiści, to kto jest moim ojcem? Nie trudno odpowiedzieć na to pytanie;  łatwo jest też to zrozumieć. Gdy Bóg mówi mi ciągle o pojednaniu i przebaczeniu, gdy wzywa mnie do tego, abym kochała również moich nieprzyjaciół i tych, którzy wyrządzają mi szkody, a ja myślę jedynie o zemście i kieruję się mottem: „Ząb za ząb” (taki wtedy był mój świat i moje wyobrażenia), to kto tak naprawdę był moim ojcem? Mało tego: On, nasz Pan jest samą Prawdą a szatan księciem kłamstwa. Kto zatem był wtedy moim ojcem? Rozumiecie teraz. Choćbym nie wiem co robiła, wynik jest zawsze taki sam: sama wybrałam diabła na ojca w moim życiu. I powiadam Wam, nie ma podziału na grzechy. Nie ma podziału na niewinne, nieszkodliwe i niepozorne kłamstewka. Każde kłamstwo to po prostu kłamstwo. Podobnie jak tych niepozornych kłamstewek nie ma także kłamstw z konieczności, albo z grzeczności, miłosierdzia czy litości i wielu innych ich rodzajów, jakie przebiegłe osoby wymyśliły za natchnieniem złych duchów. Każde kłamstwo jest po prostu kłamstwem. A diabeł jest ojcem kłamstwa, kłamcą od samego początku.

Kłamstwa, jakie rozsiewałam, były tak straszne, po prostu potworne. Mogłam zobaczyć, że tu zdobyłam największą ilość punktów. Kłamstwo to kłamstwo i zawsze nim pozostanie. Najgorsze jest to, gdy sami wikłamy się w kłamstwa tak dalece, że na koniec przyjmujemy je za prawdę. Największym kłamstwem jest, gdy człowiek uważa się za świętego mówiąc: „Nie kradłem, nikogo nie zabiłem. Nie ma też żadnego Boga. A jeśli już Bóg naprawdę istnieje, to pójdę bezpośrednio do Nieba, ponieważ jestem taki pobożny i święty. Gdzie indziej miałbym się w mojej pozornej świętości dostać?” Są to wówczas tak zwane życiowe kłamstwa.

Przy każdej okazji, jak na przykład podczas plotek, które szerzyłam na cały świat, kiedy naśmiewałam się z kogoś, albo kiedy lekkomyślnie wymyślałam innym ludziom złośliwe przezwiska, oraz mówiłam o nich dookoła i za każdym razem naigrywałam się w straszliwy sposób. Jak bardzo i jak wiele osób przez to zraniłam, obraziłam, wystawiłam na pośmiewisko i oczerniłam. To wszystko wyrządziłam moim bliźnim. Nie macie pojęcia, jak jedno przezwisko może zranić osobę. Może ona z tego powodu nabrać kompleksów niższości, które mogą towarzyszyć jej przez całe życie i stać się przyczyną cierpień. Na przykład pewną koleżankę, która była nieco pulchna nazywałam ‘grubaską’ albo ‘tłuścioszką’. Nigdy nie pozbyła się tego określenia i pozostała na zawsze ‘tłuścioszką’. Bardzo ją to bolało. Frustracja uczyniła z niej bulimiczkę, co wpływało na jej sylwetkę. Z tego powodu inni często nie zabierali jej ze sobą, ani nie zapraszali.

I zobaczcie, jak słowa mogą pociągać za sobą pewne czyny. Na końcu powstaje mnóstwo złośliwości. Wszystko to jest trującym owocem jednego lekkomyślnie wypowiedzianego słowa.

Ani żadnej rzeczy, która jego jest

Gdy już sprawdził moje życie na podstawie Dziesięciu przykazań Bożych, okazało się, że całe moje zło, grzechy i złośliwości miały swój początek w chciwości. To szalona chęć, ta żądza posiadania wszystkiego i decydowania o wszystkim. „Mieć” aniżeli „być”. Sądziłam zawsze, że będę szczęśliwa, jeśli posiądę wszystkie pieniądze świata i będę bogata, i to życzenie, by mieć pieniądze, stało się dla mnie obsesją. Pieniądze były moim bogiem. Zawsze moim pragnieniem było mieć ich możliwie jak najwięcej. A ponieważ sama w młodości nigdy ich nie miałam, chciałam, aby moje dzieci miały je w nadmiarze. Wychodziłam z błędnego założenia myśląc, iż szczęście człowieka polega na posiadaniu cennych rzeczy tego świata.

Było to dla mnie wielką tragedią. Gdy posiadałam naprawdę dużo pieniędzy i stać mnie było na wiele, przeżywałam najgorszy i najnieszczęśliwszy okres w moim życiu.

Moja dusza zeszła tak nisko, że nawet chciałam odebrać sobie życie. Miałam tak wiele pieniędzy i bogactwa, a mimo to byłam sama i pusta wewnętrznie, samotna i opuszczona. Na własnej skórze doświadczyłam, że pieniędzmi nie można kupić miłości, przyjaźni i sympatii. Nawet jeśli za pieniądze całego świata próbuje się kupić miłość, otrzymuje się zazwyczaj jedynie obłudę, fałsz, pochlebstwa i udawaną służalczość. Byłam dogłębnie rozczarowana, zgorzkniała w tej ślepej uliczce mojego życia, którą sama wybrałam. Osiągnęłam szczyt frustracji, a tam wiał lodowato zimny wiatr, który nasuwał mi pytanie, po co tutaj w ogóle się wspięłam. Chciwość, jak każda inna żądza zresztą – ta żądza pieniędzy i bogactwa; zazdrość tego, co ktoś inny już ma; to „też-to-muszę-mieć” – uczepiło się mnie, brało mnie za rękę i sprowadzało na manowce. Chciwość ta prowadziła mnie bezpośrednio do piekła, daleko od Boga, mojego Stworzyciela, z Którego ręki tą chęcią posiadania wyrwałam się. Żądza, chciwość oddala zawsze od Boga. Idzie się w przeciwnym kierunku i podąża się za diabłem. Im bardziej jest się oddalonym od Boga, tym mniej zauważa się Jego obecność i tym mniejsza jest Jego ochrona.

By Wam ukazać, jak Bóg w cudowny sposób przybliżał się do mnie, chcę Wam opowiedzieć następującą rzecz. Po moim wypadku sanitariusze zawieźli mnie do publicznego szpitala, zanim dotarłam do socjalnej kliniki.

Wiecie, co mi się przytrafiło w tym szpitalu publicznym? Było tam tak wiele chorych i ofiar wypadków, że po prostu nie było już miejsca. Nawet korytarze szpitalne przepełnione były łóżkami i noszami. Nie było więc nawet jednych wolnych noszy, by mnie tam położyć. Bóg dopuścił, abym doznała w ten sposób zupełnego opuszczenia przez ludzi. Dla tych biednych lekarzy było to wszystko ponad ich siły. Byli całkowicie zdezorientowani. Ratownicy niosący mnie na noszach bezustannie pytali: „Gdzie mamy ją położyć?“ Jedyną odpowiedzią, jaką za każdym razem otrzymywali, było: „Połóżcie ją tam w kącie!” albo „Połóżcie ją tam na podłodze!” Oni jednak nie chcieli mnie tak po prostu położyć na podłodze w korytarzu, gdyż wiedzieli, że z moimi oparzeniami łatwo dostałabym śmiertelnego zakażenia albo sepsy. W owych godzinach, kiedy tak tam leżałam i nikt z lekarzy nie mógł się o mnie zatroszczyć, ponieważ mieli poważniejsze przypadki, gdzie było więcej nadziei na powodzenie ich zabiegów, doświadczyłam tego całkowitego opuszczenia ze strony wszystkich dokoła mnie, mimo że roiło się od ludzi, chorych pacjentów i zdrowych pomocników.

Gdy spoglądali na mnie, jak tak leżałam podobna do zwęglonego kawałka mięsa z grilla, wszyscy lekarze myśleli sobie, że na wszelką pomoc i tak jest za późno i że nie da się już uratować mojego życia. Złościłam się będąc w tej beznadziejnej sytuacji, że nikt się mną nie zajął. Gdy byłam tak opuszczona i rozzłoszczona ujrzałam nagle naszego Pana, Jezusa Chrystusa, jak pochylił się nade mną i z całą swoją czułością położył rękę na mojej głowie, by mnie pocieszyć. Zamknęłam oczy, ponieważ sądziłam, że mam halucynacje, ale gdy je znowu otworzyłam, widziałam Go pochylonego nade mną i usłyszałam Jego głos mówiący do mnie: „Zobacz, Moja mała, teraz umrzesz. Zapragnij teraz Mojego miłosierdzia!” Wyobraźcie sobie; gdy to usłyszałam, pomyślałam sobie: „Co to ma znaczyć? Miłosierdzie, pragnienie miłosierdzia? Cóż złego uczyniłam? Dlaczego mam potrzebować miłosierdzia?” W żaden sposób nie mogłam zrozumieć powodu i sensu tej oferty. Nie miałam już w ogóle sumienia. Zupełnie je straciłam. Byłam całkowicie pozbawiona skrupułów! To, co jednak pojęłam to to, że teraz umrę. Nadeszła moja ostatnia godzina. Jedyna myśl, jaka mi przeszła przez głowę, była: „Co stanie się teraz z moimi diamentowymi pierścionkami, które mam na palcach?” Wcięły się w zupełnie spalone i napuchnięte palce. Martwiłam się, że się uszkodzą, gdy się je odetnie lub zdejmie. Myśląc o tym próbowałam rozpaczliwie ściągnąć je ze swoich palców. Czy wiecie, jak strasznie boli spalona skóra i członki? Nie możecie sobie wyobrazić, jakie cierpienie sama sobie zadawałam przy próbie zdjęcia pierścionków z palców. Przy tym odrywało się ciało od moich palców. Mimo tego wmawiałam fanatycznie sobie, że na pewno sobie je zsunę. W moim życiu nie spotkałam się jeszcze ze zbyt trudnym zadaniem, lub wygórowanym celem. Zawsze mogłam wszystko osiągnąć, co sobie wmawiałam. Także i w tym przypadku miałam to nastawienie, a właściwie tę egoistyczną obsesję. Powiedziałam sama sobie: „To byłby już szczyt wszystkiego, gdybym przed śmiercią nie mogła zdjąć pierścionków z palców!” Zaledwie udało mi się to zrobić, ogarnęła mnie kolejna rozpacz. Naszły mnie czarne myśli: „Boże mój, zaraz umrę. Potem pielęgniarki z pewnością od razu skradną moje cenne pierścionki!”

I wtedy nagle podszedł do mnie mój szwagier i moją pierwszą myślą ulgi było: „Bogu niech będą dzięki, teraz przynajmniej moje pierścionki są bezpieczne!” Przekazałam je jemu i powiedziałam: „Daj je mojemu mężowi Ferdynandowi! I powiedz moim siostrom, aby troszczyły się o moje dzieci, ponieważ będą musiały sobie teraz poradzić beze mnie. Muszę ci powiedzieć, że tym razem nie ujdę z życiem. Umrę.” Teraz mogłam już spokojnie umrzeć. Tak zamglony był mój umysł w tej ostatniej godzinie, że nawet nie mogłam ujrzeć światła, które Jezus mi ofiarowywał. I wiecie, co było moją ostatnią myślą? „Boże mój, skąd wezmą pieniądze na pogrzeb z tym ogromnym debetem na koncie?”

Popatrzcie, to historia osoby, która utraciła swoje sumienie, która swoje ostatnie myśli i chwile poświęcała marnościom tego świata i przekonana o swej świętości nie myślała w ogóle o wieczności, o przyszłości duszy i ofercie Pana. Gdy człowiek uważa się za „świętego”, właśnie wtedy bardzo łatwo ześlizguje się w kierunku piekła albo przyczynia się tą błędną oceną do własnego potępienia.

„Księga Życia”

Po tej analizie mojego życia według Dziesięciu Przykazań Bożych pozwolono mi na wgląd do mojej „Księgi Życia”. Brakuje mi po prostu słów, by właściwie opisać tę „Księgę Życia”. Zaczęła się od mojego poczęcia. Skoro tylko komórki moich rodziców połączyły się, pojawiła się iskra. Mała, cudowna eksplozja światła, i z tego powstała dusza, moja własna dusza, całkowicie chroniona rękami Boga Ojca, i w Bogu Ojcu ujrzałam kochającego i czułego tatę. 24 godziny na dobę był ze mną, prowadził mnie za rękę, ochraniał mnie, zawsze był o mnie zatroskany i był blisko mnie. Nie spuścił mnie z oka i nie zostawił samą. I wszystko, co w pierwszym momencie wydawało mi się karą lub niepowodzeniem, było niczym innym jak tylko wyrazem Jego miłości i troski o mnie. Nie patrzył bowiem na mój wygląd i moje ładnie uformowane ciało. Nie, patrzył na moje wnętrze, badał moją duszę i widział, jak powoli ale pewnie schodziłam z Jego drogi i jak odrzucałam Jego ratunek oraz zbawienie. I tak oto przeżyłam wiele sytuacji mojego minionego życia zaglądając do mojej „Księgi Życia” i widziałam poszczególne skutki mojego postępowania oraz decyzji mojej wolnej woli. Dla lepszego zrozumienia podam Wam pewien przykład, który ukazuje piękno „Księgi Życia”. W moim życiu byłam fałszywa i obłudna. Często schlebiałam moim znajomym czy przyjaciółkom: „Hej, jak pięknie dziś wyglądasz. Ta twoja sukienka jest po prostu cudowna i tak dobrze na tobie leży! Jak tobie w niej do twarzy.” W „Księdze Życia” jednakże widzi się to, o czym się przy tym myśli, i co kryje się we wnętrzu. Wtedy ujrzałam,  co mówiłam sobie w myśli w tamtej chwili: „Ale beznadziejnie wygląda, i do tego myśli, że jest królową piękności!”

Widzicie, takie były moje myśli w moim wnętrzu. W tej „Księdze Życia” widzi się i słyszy wydarzenia jak na filmie. Tak oto widziałam i słyszałam wszystko tak samo, jak wówczas w moim życiu mówiłam, z tą jedyną różnicą, że mogłam słyszeć moje myśli. To było jak film w różnych językach z dwiema ścieżkami dźwiękowymi albo jak film z napisami. Jedna ścieżka pozwalała usłyszeć to, co obłudnie mówiłam, a druga moje myśli, które w tym samym momencie miałam, i mogłam też przy tym widzieć stan mojej duszy, moje wnętrze. Sami pomyślelibyście o tym jak o cudzie techniki, gdybyście w ten sposób przeżyli słowa czy sytuacje w Waszym własnym życiu. Po prostu coś niesamowitego!

Tak oto widziałam wewnętrzną rzeczywistość mojego życia. Wszystkie moje kłamstwa były na wierzchu, kipiały jak w garnku bez pokrywy, były nagie i bez retuszy, każdy mógł je zobaczyć, usłyszeć. Cały świat mógł je widzieć. Były żywe i ujawniały swoje haniebne czyny. Moja matka… Jak często ją oszukiwałam i podle z nią postępowałam. Często bowiem nie pozwalała mi na wyjście, abym spotkała się z moimi „złymi” przyjaciółmi. Ale gdy zaznaczałam – „Mamo, mam teraz pracować w grupie w szkolnej bibliotece!” – już mnie nie było. Moja matka połknęła haczyk i dała wiarę memu szybkiemu kłamstwu. Jakże często kradłam sobie czas takimi kłamstwami, włóczyłam się po domach, oglądałam sobie pornograficzne filmy, albo chodziłam do baru, by żłopać piwo z moimi „przyjaciółkami”.  A teraz moja matka zobaczyła to wszystko w mojej otwartej dla wszystkich „Księdze Życia”. Nic nie umknęło jej uwadze.

Jeszcze jeden przykład tego, co zobaczyłam w tej „Księdze życia”. Moi rodzice dawali mi zawsze banany do jedzenia w czasie przerwy w szkole. W owym czasie żyliśmy w nędznych warunkach, tak że posiłek składał się zwykle jedynie z bananów, od czasu do czasu z bułki i mleka. Już w drodze do szkoły jadłam swoje banany i rzucałam skórki po prostu wszędzie, gdzie byłam, nie myśląc o tym. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, nie łamałam sobie tym głowy, co może się zdarzyć z powodu takiej śliskiej, nieuważnie wyrzuconej skórki, jaką krzywdę coś takiego może wyrządzić innym ludziom. A wyrzucone przeze mnie skórki  tak po prostu leżały sobie wokół.

Zaskakującą rzeczą było, gdy Pan pokazał mi, co niektóre – naturalnie nie wszystkie – z leżących wokół skórek spowodowały. Ujrzałam osoby, które poślizgnęły się na tych skórkach i w niektórych przypadkach upadki te z powodu dużego ruchu mogły nawet zakończyć się śmiercią, a ja byłabym temu winna, odebrałabym życie. Wszystko z bezmyślności, braku odpowiedzialności i miłosierdzia dla moich bliźnich.

Podobnie było w innym przypadku, kiedy to kasjerka supermarketu przez pomyłkę wydała mi o 4.500 peso więcej. Przy tej okazji poszłam do spowiedzi, gdzie czułam naprawdę szczerą, głęboką skruchę i głęboki ból z powodu mojego grzesznego zachowania. Mój ojciec zawsze upominał nas dzieci, abyśmy w życiu były uczciwe, i mimo nędzy uważały honor za wielkie dobro; przede wszystkim własny. Nie powinniśmy nigdy przywłaszczać sobie cudzych pieniędzy, nawet wtedy, gdy chodzi o kilka groszy. Kiedy więc miało miejsce to zajście z resztą – o pomyłce zorientowałam się dopiero w samochodzie, gdy byłam w drodze powrotnej do pracy – powiedziałam sobie samej: „Ta głupia krowa wydała mi o 4.500 peso więcej i muszę teraz zawrócić, by oddać jej pieniądze!” Byłam już w drodze do supermarketu, gdy utknęłam w olbrzymim korku. Usłyszałam przez radio, że wszystko dookoła stało. I znowu głośno pomyślałam i powiedziałam do siebie samej: „Dość tego! Teraz mam jeszcze tracić godziny mojego cennego czasu, tylko dlatego, że ta głupia krowa była zbyt głupia, by dobrze policzyć. Nikt jej przecież nie kazał być tak głupią i pomylić się w liczeniu! Teraz pojadę po prostu do domu i w tych okolicznościach nigdy nie zwrócę jej tych pieniędzy! O nie, w żadnym wypadku, sama jest temu winna.”

Mimo moich wymówek miałam wyrzuty sumienia w związku z tym zajściem. I ponieważ mój tata tak często i wyraźnie  podkreślał wartość honoru i przez to umocnił mój charakter, poszłam w następną niedzielę do spowiedzi i powiedziałam do księdza siedzącego w konfesjonale: „Proszę księdza, zgrzeszyłam, ponieważ przywłaszczyłam sobie 4.500 peso, gdyż nie oddałam tej sumy kobiecie, do której należała.” Nie zważałam wówczas zupełnie na to, co mi powiedział spowiednik i o czym mnie pouczył. I gdy zobaczyłam tę scenę w „Księdze Życia”, musicie wiedzieć, że Zły, diabeł, nie mógł mi zapisać tego grzechu i uważać za złodziejkę, ponieważ wyznałam go w spowiedzi. Opowiem Wam jednak teraz o tym, co Pan powiedział do mnie na ten temat: „Ten brak miłości bliźniego, jaki okazałaś w owym dniu, gdy nie zadośćuczyniłaś za swoje grzechy, nie jest w porządku. 4.500 peso były dla ciebie drobnostką, gdyż takie kwoty codziennie wydawałaś na zbytki, które koniecznie chciałaś mieć, ale dla tej biednej kobiety z minimalną płacą, która pół dnia musiała pracować i zmuszona była zostawić swoje dzieci, by związać koniec z końcem, dla niej te 4.500 peso były utrzymaniem na całe trzy dni, środkami m na jedzenie i napoje dla całej rodziny przez trzy dni.”

I wiecie, co było najgorsze i najbardziej niesamowite w tej sytuacji? Pan ukazał mi tę scenę: na własne oczy mogłam zobaczyć, jak ta kobieta musiała wraz z dziećmi cierpieć z tego powodu i jak musiała ta rodzina znosić głód przez kilka dni. Wszystko z mojej winy. Skutki moich grzechów. Kobieta ta znosiła to wszystko ze swoimi małymi dziećmi i musiała obawiać się utraty pracy. Nasz Pan bowiem zwraca uwagę w „Księdze Życia” na nasze zachowanie. Ukazuje nam, kiedy coś uczyniliśmy, kto musiał cierpieć z powodu naszych czynów, kto ponosił skutki, do jakich czynów zmuszony był skrzywdzony bliźni.

Końcowe pytanie

Na końcu Pan zapytał się mnie: Jakie duchowe skarby Mi przynosisz?” Pomyślałam sobie: „Jakie duchowe skarby ma na myśli?” Stałam przecież przed Nim z pustymi rękami, nie miałam nic, zwisały mi po prostu, nic w nich nie trzymałam ani nie robiłam niczego. I w tej chwili słyszę, jak mówi do mnie: „Co z tego, że miałaś dwa mieszkania własnościowe, że niektóre mieszkania były twoją własnością, że niektóre gabinety mogłaś nazwać swoimi? Na co ci się zdało, że uważałaś się za wysoce wyspecjalizowanego stomatologa, który odniósł wiele sukcesów? Mogłaś przynieść pyłek kurzu z cegły jednego z twoich budynków. Masz może przy sobie swój wypchany portfel albo swoją grubą książeczkę czekową?”

A kiedy potem spytał mnie: „Co uczyniłaś z talentami, które ci dałem?” Pomyślałam sobie: „Jakie talenty ma na myśli? Co chce przez to powiedzieć?” I nagle zrozumiałam. Uświadomiłam to sobie. Tak, otrzymałam zadanie, zadanie, by bronić i szerzyć „Królestwo miłości”, „Królestwo Boże”. Po prostu całkowicie zapomniałam, że posiadałam duszę, a jeszcze mniej pamiętałam o tym, że otrzymałam również talenty. I zupełnie nie byłam świadoma, że jednym z tych talentów była zdolność do bycia narzędziem Miłosierdzia Bożego, Jego miłosiernej ręki. Tak oto nie zdawałam sobie ponadto sprawy, że całe dobro, którego zaniechałam i nie uczyniłam, sprawiało Bogu wielki ból i przysporzyło Mu wiele trosk.

Konfrontował mnie z tyloma różnicami w moim życiu: Ile dobra mogłaś uczynić dzięki tej dużej ilości pieniędzy, które wyrzucałaś na kosmetyki. Na co zdały ci się twoje diety, które cię opanowały, którymi zamęczałaś swe ciało i spowodowałaś bulimię oraz anoreksję? Uczyniłaś z siebie samej i ze swego ciała bożka – „złotego cielca”. I co ci teraz po tym? Robiłaś wiele prezentów, to prawda, ale czyniłaś to tylko po to, aby ci dziękowano, mówiono o tobie, jak jesteś dobra. Swoją dużą ilością pieniędzy manipulowałaś wszystkimi, aby ci wyświadczali przysługi. Powiedz Mi, co teraz przynosisz dla wieczności? Gdy cię ostatnio nawiedziłem bankructwem, nie była to kara, jak sobie myślałaś, a błogosławieństwo. Owe bankructwo miało cię uwolnić od twojego własnego bożka – twojego „złotego cielca”, któremu służyłaś. To bankructwo miało cię do Mnie przyprowadzić. Ty jednak buntowałaś się, broniłaś i nie chciałaś opuścić swojej wysokiej pozycji w społeczeństwie, zniżyć się. Klęłaś, pomstowałaś i szalałaś, ty, niewolnica pieniędzy, niewolnica mamony. Sądziłaś, że wszystko potrafisz, że sama możesz uczynić coś swoim wysiłkiem, pilnością i zaangażowaniem. Myślałaś, że potrafisz wszystko lepiej od innych. Nie! Spójrz, ile jest wykształconych osób, absolwentów, którzy tak samo starali się jak ty, nawet lepiej i pilniej, mimo to nie osiągnęli tego samego co ty. Tobie więcej dano i dlatego więcej się od ciebie zażąda.”

Wiedzcie, że musiałam zdać Bogu sprawę z każdego ziarenka ryżu, które zmarnowałam. Z całej żywności, którą wyrzucałam do kosza. W „Księdze życia” ujrzałam też, jak razu pewnego jako dziecko potajemnie wyrzuciłam fasolę, którą dostałam na obiad, ponieważ nie lubiłam jej. Byliśmy wtedy bardzo biedni. Gdy moja matka zobaczyła pusty talerz, myślała, że dlatego tak szybko zjadłam, ponieważ byłam głodna. Rezygnowała z własnej porcji, sama nie jadła i dawała mi swoją część, ponieważ sądziła, że byłam tak głodna. Często nie jadła, ponieważ dawała każdemu biednemu, który zapukał do drzwi. Nikt nigdy tego po niej nie zauważył, nigdy nie miała na pokaz zgorzkniałej miny, wręcz przeciwnie, zawsze się uśmiechała.

Pan pokazał mi, jak ja później, gdy miałam już wiele pieniędzy, wydawałam przyjęcia, zapraszałam gości i było wiele jedzenia – i jak potem więcej niż połowa wyrzucana była do kosza na śmieci. A dookoła mnie było tak wiele biednych i głodnych ludzi; w ogóle nie miałam wyrzutów sumienia. Pan dodał i prawie to wykrzyczał: „Byłem głodny!” Dał mi odczuć Jego ból z powodu potrzeby swoich dzieci i obojętności tych, którzy mogliby pomóc, a nie czynią tego. Ukazywał mi dalej, ile rzeczy miałam w swoim domu; fajne rzeczy, drogie markowe rzeczy, najlepsze ubrania, elegancka bielizna, wszystko najlepszej jakości. I powiedział mi: „Byłem nagi w twoim bliźnim, a ty miałaś pełne szafy i żyłaś w zbytku, miałaś tak wiele rzeczy i niektórych wcale nie używałaś.”

Widząc zawsze, że znajomi mieli to i tamto, czego ja jeszcze nie posiadałam albo co było lepsze od tego, co sama miałam, byłam zazdrosna i kupowałam sobie coś jeszcze lepszego. Chciałam mieć zawsze najlepsze rzeczy, gdyż byłam zazdrosna. Przykład: spoglądanie przez płot do ogrodu sąsiada powoduje w nas zazdrość. Jest także grzechem, gdy człowiek świadomie wzbudza zazdrość u innych, albo szczególnie się cieszy, gdy ktoś staje się zazdrosnym z powodu naszego postępowania.

Pan powiedział mi: „Byłaś dumna, porównywałaś się zawsze z innymi, którzy byli w lepszej sytuacji niż ty. Bogacze! Nie troszczyłaś się o tych, którzy żyli w niższej warstwie społecznej. Będąc ubogą szłaś dobrą drogą, gdyż wtedy dawałaś z serca, nawet te rzeczy, które były tobie potrzebne”. Pan ukazał mi, że to się Mu spodobało. Jak wtedy, gdy moje nowo zakupione tenisówki podarowałam chłopcu z ulicy, ponieważ ten nie miał żadnych butów. Mój ojciec z trudem zdobył pieniądze na zakup tych butów i zrobił wielką awanturę. Był strasznie wściekły. Mieliśmy tak mało rzeczy do przeżycia, a ja poszłam i podarowałam moje buty. To można zrozumieć… Ale z punktu widzenia Pana było to w porządku. Mimo że byliśmy w trudnej sytuacji, Bóg wylewał na nas wiele błogosławieństw. Ukazał mi, ile łask miał dla mnie przygotowanych, gdybym nie porzuciła Jego drogi i pomogła wielu ludziom. Powiedział: „Oświecałem cię i pokazywałem ci, jak mogłaś im pomóc. Nie spotkało by ich zło, które pociąga za sobą negatywne konsekwencje.” Bóg bierze nas bardzo poważnie. Dalej pokazał mi: „Popatrz, ten młody człowiek nie popełniłby samobójstwa, gdybyś się za niego pomodliła, i ta osoba nie umarłaby z powodu opuszczenia, gdybyś się pomodliła; znalazłaby wyjście z tej sytuacji.”

Ja jednakże nie dopuściłam nigdy do tego, aby Duch Święty mnie dotknął. Nie poruszała i nie wzruszała mnie czyjaś potrzeba. Moje serce było skamieniałe. Nie mogłam i nie chciałam otworzyć je na strumienie łask Pana. Jest to bardzo ważnym, pierwszym krokiem, gdy chcemy powrócić do domu Ojca: zmiękczyć serce, otworzyć je na łaskę, na Pana. Powiedział mi: „Popatrz na krzywdę Mojego ludu, spójrz, jak bardzo potrzebne było, aby twoja rodzina została dotknięta rakiem, byś nauczyła się współczucia. Współczułaś więźniom dopiero wtedy, gdy twój własny mąż został aresztowany.” Pan prawie wykrzyczał: „Jesteś z kamienia, nie jesteś zdolna do miłości!!!”

Opowiedziałam Wam już, jakim to ziółkiem byłam jako córka. Byłam rozwydrzona i bezczelna. Mojego ojca nazywałam „Pedro Flinston” i chciałam przez to wyrazić, że żył nadal w epoce kamienia łupanego – nawiązując do telewizyjnej kreskówki „Flinstonowie”. A mojej matce mówiłam, że jest nienowoczesna, staroświecka i inne rzeczy w tym stylu. Zabrnęłam tak daleko, że wypierałam się własnej matki, ponieważ wstydziłam się jej; nie należała do wyższych warstw społecznych. Wyobraźcie to sobie! Teraz wiecie, dlaczego tak bardzo była o mnie zatroskana i modliła się za mnie. Nie jesteście jednak w stanie sobie wyobrazić, ile łask otrzymałam dzięki mojej matce, ale nie tylko ja, lecz cały świat. Miałam matkę, która chodziła do kościoła i swoje cierpienia zanosiła Jezusowi. Matkę, która wierzyła, bardzo mocno wierzyła. Spędziła wiele godzin na adoracji Najświętszego Sakramentu. I w ten sposób stała się pośredniczką wielu łask. Pan zwrócił się do mnie: „Nikt tak ciebie nie kochał, jak twoja matka i nikt nie będzie cię tak kochał jak ona. Nigdy, przenigdy nikt nie będzie cię tak czule kochał jak ona.”

Miłość Boża

Musicie bowiem wiedzieć, o co wciąż mnie Pan pytał! Pytał mnie nieustannie o miłość, o bezinteresowną, bezwarunkową miłość. Brakowało mi na co dzień tej miłości, tej ‘caritas’, dobroczynności, szerokiego zakresu chrześcijańskiej miłości. Brak Jego boskiej miłości, którą włożył nam wszystkim do kołyski jako zadanie i talent, to – reasumując – wynik przeglądu wszystkich wydarzeń mojego dotychczasowego życia. Potem mi wyjaśnił: „Wiesz, twoja duchowa śmierć, obumieranie twojej duszy zaczęło się…” Wówczas zrozumiałam: wprawdzie żyłam jeszcze, oddychałam, ale właściwie to umarłam; moja dusza umarła; udusiła się.

Gdybyście byli widzieli, czym jest „duchowa śmierć”. Co to znaczy, że dusza obumarła, udusiła się. Powinniście byli widzieć, jak wygląda dusza, która odczuwa jedynie nienawiść. Jaka zgroza i przerażenie ogarnia na widok duszy, która jest jedynie zgorzkniała, nieznośna i uciążliwa. Myśli przez cały czas tylko o tym, jak może jeszcze dokuczyć światu. Tak właśnie wygląda dusza, gdy obciążona jest ciężkimi grzechami. Moja dusza jest tego przykładem. Na zewnątrz przyjemnie pachniałam i miałam na sobie drogie ubrania, ale moja dusza w środku strasznie cuchnęła i pogrążona była w przepaściach ludzkich i diabelskich złośliwości.

Zrozumiałe staje się, dlaczego miałam wszystkie te depresje i opanowała mnie gorycz. Pan wyjaśnia mi:  „Twoja duchowa śmierć zaczęła się bowiem od tego, gdy twoi bliźni i ich cierpienie stali się tobie całkowicie obojętni. Gdy nie miałaś po prostu dla nich serca. To było upomnienie ode Mnie i powinno było być dla ciebie ostrzeżeniem, gdy ukazywałem ci cierpienie twoich bliźnich – przy tak wielu okazjach i we wszystkich częściach świata. Albo kiedy mogłaś zobaczyć w telewizji lub innych mass-mediach, jak ludzie byli porywani, zabijani, rozrywani od bomb i wypędzani, rzucałaś tylko powierzchowne komentarze: ‘Oh, biedni ludzie! Co za niegodziwość im się wyrządza!’ Cierpienia twoich bliźnich w ogóle ciebie nie poruszyły, nie wzruszyły twojego skamieniałego serca, ich los nie zainteresował ciebie. W swoim sercu więc nic nie czułaś! Twoje serce było twarde jak kamień, lodowata skała. Twoje grzechy sprawiły, że skamieniało, stało się twarde i zimne!”

I gdy moja „Księga Życia” zamknęła się, z pewnością możecie sobie wyobrazić, jaki wstyd i smutek mnie ogarnął. Ponadto odczuwałam wielki żal – ten ból był o tyle większy, bardziej nieznośny – że w swoim życiu byłam taka zła i niewdzięczna dla Boga Ojca, mojego Stworzyciela. Bowiem mimo moich wszystkich ciężkich grzechów, mimo całej mojej brudnej duszy i mojej obojętności, mimo mojej letniości i wszystkich strasznie okrutnych uczuć wobec moich bliźnich, Pan zawsze mnie szukał i to nawet do ostatniego momentu. Szedł za mną i czekał na znak mojej woli do zawrócenia i powrotu. Posyłał ciągle osoby, które napotykałam na swojej drodze życia i które były jego narzędziami, aby mnie skłoniły do zastanowienia się i powrotu do Niego. W ten sposób przemawiał do mnie, zwracał na Siebie uwagę, wołał mnie – często bardzo głośno. Zabrał mi też wiele rzeczy, aby skłonić mnie do zastanowienia się. Zsyłał mi próby i ciężkie chwile. Jak kłody rzucał mi pod nogi wielkie rozczarowania. Wszystko to czynił nieustannie, by mnie odzyskać, sprowadzić mnie na tę właściwą drogę do domu Ojca. Naprawdę próbował wszystkiego do ostatniej chwili i czekał na mój znak. Nigdy jednak nie naruszył mojej wolnej woli. Powinnam była rozpoznać Jego wołanie oraz czekanie i wtedy dobrowolnie podjąć właściwą decyzję.

Wiecie, kim i jaki jest Bóg, Ojciec nas wszystkich? Stoi jak żebrak na skraju naszej drogi życia. I właśnie jak żebrak błaga nas, podąża za nami, często jest natrętny; płacze i próbuje zmiękczyć nasze skamieniałe serce, i smutek ogarnia dogłębnie Jego Najświętsze Serce, gdy tak często musi przeżywać to, że  odwracamy się do Niego plecami i nie zważamy na Niego, albo tak czynimy, jak gdybyśmy Go nie zauważali. Tak często i na różne sposoby uniża się – tak jak uniżył się na Krzyżu – by tylko sprawić, abyśmy się nawrócili i zmienili nasze życie, powrócili do Niego, do domu Ojca.

I gdy powiedziałam do Niego: „Słuchaj, mój Panie, potępiłeś mnie!” ponownie zdałam sobie sprawę, jak bezczelnie się zachowałam. To oczywiście nie była prawda, gdyż On nigdy mnie potępił, to ja sama doprowadziłam do tego wszystkiego. Zrozumiałam, że w zależności od nastroju i ochoty – z wolnością, jakie ma stworzenie, a którą Bóg szanuje – podejmowałam decyzje. Znalazłam sobie swojego „ojca” i własny „klan”. Ojcem, którego sobie wybrałam, nie był Bóg Ojciec, lecz szatan.  Diabła wzięłam sobie za ojca i przewodnika mojego życia. Według jego woli i kłamstw ukształtowałam sobie życie. On i jego mamidła były sensem mojego nędznego życia.

Kiedy moja „Księga Życia” została zamknięta, dotarło do mnie, że wciąż zwisam głową w dół na krawędzi strasznej, ciemnej przepaści. Byłam pewna, że spadnę bezpowrotnie do tej mrocznej dziury, na końcu której wyobrażałam sobie bramę, przez którą później wkroczę do wiecznego potępienia. Zaczęłam więc z całej siły i rozpaczy krzyczeć, i wołać. Błagałam wszystkich świętych, aby mnie uratowali. Nie macie pojęcia, ilu świętych na raz przyszło mi na myśl. Nie wiedziałam w ogóle, że znałam tylu świętych i ich imiona.  Byłam przecież taką letnią, mało tego, naprawdę złą katoliczką. W tamtej chwili jednakże myślałam tylko o tym, by się uratować. I było mi całkowicie obojętne to, czy uratowałby mnie Św. Józef Robotnik, czy św. Franciszek z Asyżu, czy inny przywołany święty. Najważniejsze, abym była uratowana. Na koniec skończyły mi się imiona świętych, których przywoływałam. Żaden mi nie przychodził na myśl i nagle zapadła grobowa cisza.

Ta cisza sprawiała, że znowu czułam nieopisane cierpienia. Poczułam beznadziejną pustkę. Czułam się samotna i całkiem opuszczona. Mogłam tylko myśleć o tym, że na ziemi wszyscy ludzie z pewnością myślą o mnie i mojej reputacji jako dobrej, pięknej i świętej. Tę reputację umyślnie sobie zbudowałam dzięki mojemu stworzonemu przez siebie fikcyjnemu światu. Wszyscy opłakiwali mnie, rozmawiali o mojej „świętości”, czekali na moją śmierć, by potem zwracać się do swojej „świętej”, którą przecież osobiście znali, prosząc ją o ten czy tamten „cud”.

Popatrzcie, w jakiej beznadziejnej sytuacji byłam. Żadna z tych opłakujących mnie osób, które czekały na moją śmierć – nawet moi najgorsi wrogowie – nie mogli wyobrazić sobie, w jak beznadziejnej sytuacji się znajdowałam – a mianowicie tuż przed wiecznym potępieniem, przed odejściem do piekła, w istnienie którego większość z tych opłakujących osób całkiem już nie wierzyła. I gdy te myśli kłębiły mi się w głowie i ciągle zaprzeczająco nią potrząsałam – wyrażając niezrozumienie dla tego rozdźwięku pomiędzy moim położeniem a myślami opłakujących mnie osób – wówczas wznoszę oczy ku górze, widzę oczy mojej matki i nasze spojrzenia się spotykają. Spoglądamy na siebie, patrzymy sobie wprost w oczy. Pośród wielkich cierpień wołam do matki: „Mamo! Co za hańba. Potępiają mnie. Stamtąd, gdzie muszę iść, nigdy już nie powrócę i nigdy więcej się nie zobaczymy.”

W tym momencie mojej matce została udzielona wielka, cudowna łaska. Przez cały czas była całkowicie nieruchoma i sztywna. I nagle pozwolono jej, by uniosła dwa palce ku górze i dała mi przez to jednoznaczny znak, bym również spojrzała w górę. W tej samej chwili od moich oczu odpadają dwie wielkie skorupy, które sprawiały mi niewyobrażalny ból i były powodem mojej duchowej ślepoty. Odpadają więc ode mnie i widzę nagle coś niesamowicie pięknego: pośrodku, naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jednocześnie przypominam sobie, jak jedna z moich pacjentek powiedziała mi pewnego razu: „Niech pani doktor posłucha i zapamięta sobie. Jest pani bardzo materialistyczna, ale pewnego dnia przypomni pani sobie, co teraz powiem. Tak, będzie nawet pani tego bardzo potrzebować. W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa, którego pani nie uniknie, nieważne jakiego rodzaju jest to niebezpieczeństwo, jeśli znajdzie się pani w takiej sytuacji to niech zwróci się pani do naszego Pana Jezusa Chrystusa i prosi Go, aby pokrył i ochronił panią Swoją Przenajdroższą Krwią. W ten sposób nigdy pani nie opuści i nie pozostawi samą. On bowiem także panią odkupił Swoją Przenajdroższą Krwią!”

Z wielką skruchą i wstydem, wśród wielkich cierpień w moim sercu, zaczęłam drzeć się w niebogłosy: „Panie Jezu, zmiłuj się nade mną! Przebacz mi! Panie, daj mi drugą szansę!”

Potem przeżyłam najpiękniejszy moment w całej tej historii. Brakuje mi po prostu słów, by jak najlepiej opisać tę chwilę. On, nasz Pan, Jezus Chrystus, schodzi na dół wyciąga mnie z tej czarnej, okropnej otchłani, z tej napawającej strachem dziury. I gdy mnie wyciągnął i wziął za rękę, to wtedy te wszystkie stwory, te ohydne kreatury i te palące plamy, które wcześniej czułam, odpadły ode mnie i cała ziemia pode mną pełna była tych śmieci. Unosi mnie więc do góry i przenosi na tę płaszczyznę, którą opisałam wcześniej. Z tą miłością, niedającą się wyrazić ludzkimi słowami mówi do mnie: „Powrócisz na ziemię, otrzymasz drugą szansę…” Przy tym mówi również z powagą: „Tej łaski powrotu nie otrzymujesz dzięki modlitwom twoich przyjaciół i najbliższych. Można się tego spodziewać i jest to normalne, że twoja rodzina i osoby, które ciebie cenią, modlą się za ciebie i błagają Mnie z twego powodu. Możesz powrócić dzięki modlitwie tak wielu ludzi, którzy nie są z tobą spokrewnieni i nie należą do twojej rodziny. Tak wiele obcych ci osób gorzko płakało, modliło się do Mnie ze złamanym sercem i z głębi duszy, i w twojej intencji wznosili do Mnie swe serce, jako wyraz uczucia największej miłości i sympatii.”

W owej chwili ujrzałam, jak mnóstwo świateł, niczym małe białe płomienie, pełne bezinteresownej i czystej miłości, zaczęło świecić. I widzę nagle wszystkie osoby, które się za mnie modliły. To była demonstracja mocy modlitwy wstawienniczej. Wszystkimi tymi światłami były tysiące osób, które dowiedziały się o moim wypadku z gazet, serwisów radiowych i telewizji, które były poruszone tą wiadomością, płakały z tego powodu, wznosiły za mnie do Pana akty strzeliste, i naprawdę mi współczuły. Wiele z nich coś zaoferowało i poświęciło dla mojego ratunku. Wiedzcie, że Msza święta jest największym darem, jaki możecie komuś sprawić. Eucharystia bowiem nie jest dziełem człowieka, a bezpośrednią interwencją Boga w świecie.

Jeden z płomieni był jednakże szczególnie duży, wyróżniał się spośród innych i świecił, emanował większym światłem niż wszystkie inne. To był płomień osoby, która włożyła w swą modlitwę najwięcej bezinteresownej i prawdziwej miłości bliźniego. Ciekawiło mnie więc, kim był ten człowiek, który nie wiadomo dlaczego okazał mi tyle miłości. Wówczas Pan rzekł do mnie: „Ten człowiek, którego tam widzisz, to osoba, która odczuła tak wielką sympatię i czułą miłość mimo że całkowicie jesteście sobie obcy że trudno jest to sobie wyobrazić.”

Pan pokazał mi, jak to wszystko się wydarzyło. Ten biedny mężczyzna indiańskiego pochodzenia, dla mnie święty rodak, żył na wsi u stóp „Sierra Nevada de Santa Marta”. Był biednym i bardzo prostym rolnikiem. Nie miał wystarczająco dużo pożywienia dla własnej rodziny. Pożar zniszczył mu w owym roku jego zbiory. Lis zabrał większą część kur, jakie mu pozostały do przeżycia. Na domiar złego guerilleros zabrali mu syna, by użyć go jako żołnierza-dziecko do swoich celów. Chodził na Mszę św. do wsi i uczestniczył w niej z takim nabożeństwem, jakie rzadko się widzi. Pak pozwolił mi zobaczyć, jak ten biedny wieśniak żarliwie się modlił na Mszy: „Panie mój i Boże, kocham Cię, dziękuję Ci za życie, moją rodzinę i moje dzieci!” Cała jego modlitwa była jednym wielkim dziękczynieniem i uwielbieniem. Miał przy sobie dwa banknoty – jeden o nominale 10 peso, drugi 5 peso. Możecie to sobie wyobrazić, że on na tacę nie dał banknotu o nominale 5 peso, lecz pomimo swojej nędzy 10? Wiecie, ja ofiarowywałam banknoty, które jako fałszywki zdarzyło mi się od kogoś otrzymać w gabinecie. Po Mszy za resztę pieniędzy kupił sobie jeszcze trochę chleba i sera. Te artykuły spożywcze zostały mu zawinięte w starą gazetę z poprzedniego dnia, co zwykło się robić na wsi. Gdy w drodze powrotnej chciał sobie coś zjeść i rozpakował bułeczki, ujrzał na stronie tytułowej tego wydania „El Espectador” zdjęcie mojego zwęglonego ciała, jak leżało na ulicy.

Kiedy ten prosty człowiek zobaczył zdjęcie, którego podpisu i towarzyszącego mu artykułu nie umiał nawet przeczytać, z wielkim pośpiechem i nie zwlekając długo, upadł na kolana i począł gorzko i rzewnie płakać. Uczynił to z tak wielką, wewnętrzną, bezinteresowną oraz dziecięcą miłością, i odmówił przy tym płaczącym głosem następującą modlitwę: „Ojcze w Niebie, Panie mój i Boże, zmiłuj się nad moją siostrzyczką. Panie, uratuj ją, pomóż jej, Panie, nie pozwól, aby zginęła, wejrzyj łaskawie i zaopiekuj się nią. Jeśli uratujesz moją siostrzyczkę, obiecuję Ci, że pieszo odbędę pielgrzymkę do sanktuarium w Buga (maryjne miejsce pielgrzymkowe w południowej Kolumbii) i na pewno dotrzymam tej obietnicy, Ty zaś pomóż mojej siostrzyczce i uratuj ją!”

Wyobraźcie sobie! Jakiś całkiem prosty i biedny rolnik, który nie klął na Boga ani Go nie przeklinał, mimo że musiał znosić głód i pragnienie, który rozumiał czym jest prawdziwa, bezinteresowna miłość, oferuje Panu przemierzenie naszego wielkiego kraju, by odbyć obiecaną pielgrzymkę za kogoś, kogo w ogólne nie zna i jeszcze nigdy nie spotkał w swoim życiu. Pan wyjaśnił mi: „Widzisz teraz! To nazywam miłością bliźniego!” (…) Zaraz po tym powiedział mi: „Powrócisz na ziemię. O tym swoim przeżyciu jednakże nie opowiesz tysiąc razy, a tysiące tysięcy razy. Będą ludzie, którzy nie zmienią się, mimo że dowiedzą się o twojej historii. I takie osoby sądzone będą wtedy z większą surowością. Tak samo jak w twoim przypadku, w czasie twojego drugiego przybycia na twój sąd będą obowiązywały surowsze kryteria.”

Również pomazańcy, to znaczy konsekrowani Pana będą sądzeni według surowszych kryteriów. I każdy z tych, którzy wiedzą o zdziałanych przez Pana cudach w tym świecie, spotka się z surowszym kryterium. Nie ma bowiem gorszego głuchoniemego, od tego, kto po prostu nie chce słuchać. Nie ma gorszej ślepoty, jak ta, gdy człowiek nie chce widzieć.

Wszystko, co Wam dziś tutaj opowiedziałam, drodzy bracia i siostry w Panu, nie jest groźbą czy pogróżką, żadnym też szantażem, nasz Pan bowiem nie potrzebuje nam grozić czy nas szantażować. To, co dziś usłyszeliście, albo co przed chwilą przeczytaliście, jest Waszą drugą szansą, okazją, którą wszyscy, Wy i ja, zawdzięczamy jedynie niezmierzonej dobroci naszego Boga.

Skorzystajcie z tej oferty. Być może to Wasza ostatnia okazja. Dzięki naszemu dobremu Panu przeżyłam to, co przeżyłam. W ten sposób dzięki łasce Boga mogę Wam o tym mówić. Gdy bowiem otworzy się przed Wami „Księga Życia”, przed każdym z Was, gdy każdy z was przejdzie do wieczności, gdy umrze, wszyscy doświadczymy tego samego procesu i zobaczymy siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy, bez retuszu, z tą różnicą, że w obecności Boga zobaczymy i usłyszymy nasze najgłębsze myśli oraz najbardziej tajemne uczucia. Wszystko będzie jasne i nic się nie ukryje. Najpiękniejszą rzeczą będzie to, że każdy z nas stanie bezpośrednio przed Panem, twarzą w twarz.

Bezustannie jak żebrak prosi On, abyśmy się nawrócili, abyśmy powrócili o domu Ojca, powrócili do Niego, by zacząć od nowa i stać się nowymi stworzeniami z Nim i przez Niego. Bez Jego pomocy bowiem nie jest to dla nas możliwe.

Niech Pan, nasz Bóg, obsypie Was wszystkich hojnie swoim błogosławieństwem i łaską.

Chwała Bogu, Ojcu, który nas stworzył i kocha nas z wielką czułością; chwała niech będzie Synowi Bożemu, naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi, który swoim cierpieniem na krzyżu wybawił nas od wszelkiej winy za grzech i obmył nas swoją Krwią Przenajdroższą z wszelkich grzechów i odkupił za cenę swojej Najdroższej Krwi; Chwała niech będzie Duchowi Świętemu, który nas uświęca i wzmacnia mocą swoich darów, pociesza i wspiera, aż Ty Panie powrócisz, jak sam nam obiecałeś. Przyjdź Panie, niech nadejdzie godzina, która uczyni wszystko nowym i utworzy Twe królestwo. Uczyń wszystko nowym i ustanów królestwo miłości i pokoju. Amen.

Gloria Polo

Przekład z niemieckiego: http://gloriapolo.neuevangelisierung.org/zeugnisdtORGweb.doc

Agnieszka Zuba yishana@wp.pl,

Witold Wojciechowski w.wojciechowski@p-w-n.de

Dr Gloria POLO ORTIZ

POŚMIERTNE UZNANIE MOJEGO MĘŻA I OJCA MOICH DZIECI

6 października 2006r. mój mąż udał się z ciężkim sercem do innej części Kolumbii o nazwie QUINDIO. Pojechał w odwiedziny do swojego kuzyna, którego bardzo sobie cenił, by uczestniczyć w Pierwszej Komunii św. córki tego kuzyna. Mój mąż był bowiem ojcem chrzestnym tej dziewczynki. Jako chrzestny świadomy był swego obowiązku i na poważnie brał tę religijną funkcję. To było też powodem, że mimo wszystkich przeciwności związanych z terminem, nie zrezygnował z przyjazdu, aby koniecznie być na Pierwszej Komunii św. swojej chrześnicy.

7 października 2006 poszłam do radia „Minuty z Bogiem”, aby tam nagrać moje świadectwo wiary dla audycji radiowej.

Była godzina 14.00, kiedy mój mąż zadzwonił do mnie na komórkę i powiedział następujące słowa: „Kochanie, byłem na Pierwszej Komunii św. mojej chrześnicy i przyjąłem Komunię św. podczas tej Mszy św. Potem pojechałem z Jorge (Jorge to wspomniany już kuzyn mojego męża) do jego posiadłości. Przerwałam mu: „Skarbie, bardzo cię kocham, ale nie mogę teraz z tobą rozmawiać, gdyż właśnie idę do studia, gdzie jestem umówiona na nagranie mojego świadectwa. Zadzwoń do mnie tak koło 18.00!” Odpowiedział mi jedynie: „Też cię bardzo kocham – później na pewno zadzwonię do ciebie!”

O godzinie 17:30 byłam z moimi dwojgiem dziećmi, mianowicie ze starszym, 17-letnim synem, z którego jego ojciec był bardzo dumny i który znaczył wszystko dla mojego męża, oraz z moją najmłodszą córką, Marią José. Nagle zakręciło mi się w głowie i zrobiło mi się bardzo niedobrze, tak jak gdyby ziemia pod moimi stopami ustąpiła. Moja córeczka powiedziała do mnie: „Prawdopodobnie dlatego źle się czujesz, ponieważ ten sklep udekorowany jest wszędzie czarownicami i magicznymi przedmiotami.”

Tuż po 18.00 poczułam nagle, jak gdybym unosiła się i jakby ktoś mnie ciągnął. Najpierw ciągnął mnie za ramiona, potem ześlizgiwał się wzdłuż mojego ciała aż do stóp. Jednocześnie czułam się, jak gdybym w tym momencie miała umrzeć. Mój syn podparł mnie wtedy i przytrzymywał. Zapytał: „Mamusiu, co się z tobą dzieje? Co ci jest?” Odczuwałam wielki ból w moich wnętrzu, w sercu, jak gdyby moja dusza się dusiła.

Kiedy jechaliśmy samochodem do domu, nagle dzwoni moja komórka i słyszę, że mój mąż miał zawał serca. Tuż po pierwszym telefonie znowu zadzwoniła i mówią nam, że mój mąż już nie żyje. Prowadziłam właśnie samochód, moje dzieci krzyczały głośno z bólu z powodu tej nieoczekiwanej wiadomości. I wówczas odmówiłam następującą modlitwę: „Boże mój, kocham Cię, przekazuję Ci w Twe miłosierne ręce mojego drogiego męża. Ofiaruję Ci moje wielkie, nieskończone cierpienie mojej duszy, które w tych godzinach przenika moją całą rodzinę, która w ten bolesny sposób zjednoczona jest z Tobą na krzyżu, abyś Ty, Wszechmocny, tą ofiarą mógł uratować wiele dusz.”

Płakałam z bólu i miałam w sobie uczucie radości i zadowolenia, gdyż wiedziałam, że mój mąż jest z naszym Panem i Bogiem i tam może doświadczyć nieopisanej radości oraz szczęścia płynącego z wiecznej Miłości Bożej. Było bowiem tak, że mąż już nie żył podczas pierwszego telefonu, gdy powiadomiono nas, że przed chwilą miał atak serca. Te osoby planowały przygotowanie nas w ten sposób na otrzymanie bolesnej wiadomości o jego śmierci. Nie minęła nawet jedna minuta, gdy otrzymaliśmy drugi telefon z wiadomością, że już nie żyje.

Co się więc wydarzyło?

Mąż udał się do swego pokoju, aby się odświeżyć i wziąć prysznic. I gdy kuzyn zauważył, że mój mąż Fernando zbyt długo przebywał w pokoju, poszedł na górę, by go poszukać i zapukał do drzwi. Mój Fernando jednakże nie odpowiadał, mimo że kuzyn głośno walił w drzwi. Otwarcie drzwi nie zajęło wiele czasu, ponieważ znaleziono zapasowy klucz – drzwi były zamknięte od środka. Gdy otworzono drzwi, zastano mojego męża leżącego na podłodze. Gdy mąż opuścił kabinę prysznicową, upadł martwy obok krzesła i leżał tak, jak go znaleziono. Zawał serca nastąpił nagle i mąż natychmiast umarł. To było dokładnie w tym samym czasie, gdy poczułam silny uścisk moich ramion, który nieomal zatrzymał mój oddech. Następnie czułam, że te ręce nie były w stanie trzymać się moich ramion i zsuwały się po mnie w dół i nawet chciały powalić mnie na ziemię. Było mi wtedy bardzo niedobrze, prawie zemdlałam i tak się chwiałam, że syn musiał mnie podtrzymać. Ciało zostało potem zabrane do Bogoty i pochowaliśmy mojego męża Fernanda dopiero trzeciego dnia po jego śmierci, gdyż musieliśmy poczekać na moją najstarszą córkę, która jest siostrą zakonną i w tamtym czasie przebywała w Rzymie ze wspólnotą swej kongregacji.

Wiecie, co wtedy powiedziała do mnie moja najmłodsza córka Maria José? Ze łzami w oczach rzekła: „Mamo, jeśli BÓG jest tak dobry i miłosierny, dlaczego zabiera nam tatę, skoro w Swej wszechwiedzy musiał wiedzieć, że jego dzieci go tak bardzo pilnie potrzebują, przede wszystkim ja najmłodsza?”

Odparłam: „Zobacz, właśnie dlatego, że twój tata był tak dobrym człowiekiem, Bóg go wyróżnił i dał w prezencie najpiękniejszą i najwyższą nagrodę, jaka tylko jest, a mianowicie NIEBO! A my, którzy kochamy go z całego serca, nie będziemy go opłakiwać i wołać za nim, skoro otrzymał tak wielkie wyróżnienie. Raczej powinniśmy w naszym smutku cieszyć się z tego, że jest już w Sercu JEZUSA CHRYSTUSA i tam odpoczywa!”

W czwartek, gdy byliśmy w drodze na pogrzeb, zadzwonili do mnie ludzie z Peru i donieśli mi, że na uzgodnione spotkania w związku z moich świadectwem wiary mają już kompletną liczbę uczestników. Odpowiedziałam im: „Nie mogę przybyć. Właśnie chowam mojego męża.”

Pani Nancy Freud, wspaniała apostołka w Peru i kobieta, która cały swój majątek oddała na nową ewangelizację, prosiła mnie nieustannie, abym jednak przyjechała w sobotę, gdyż niemożliwością było odwołanie z niewielkim wyprzedzeniem tych wszystkich zaplanowanych już imprez. Poza tym zaproponowała mi zabranie moich dzieci w podróż, aby nie pozostawić ich w tej sytuacji samych. I wiecie, rzekłam po prostu do mojego JEZUSA: „Jeśli chcesz, abym poleciała do Peru, to udziel mi łaski i siły do odbycia tej podróży razem z moimi dziećmi.” Poleciałam więc razem z nimi. Miały miejsce cudowne świadectwa wiary, ponieważ przez cały czas bardzo wyraźnie czułam, że Duch Święty prowadził mnie, towarzyszył mi i podsuwał mi właściwe słowa i zdania. A mój zmarły mąż otrzymał całkiem szczególny prezent, kiedy to podczas spotkania na dużym stadionie biskup wraz z dwunastoma księżmi sprawował Mszę św. Jaki cenny prezent dla mojego drogiego Fernanda!

Takie to nieoczekiwane wydarzenia zaświadczają nieustannie o nieskończonej Miłości Boga. Tego samego dnia w jasno beżowym spodnium złożyłam moje świadectwo w peruwiańskim programie telewizyjnym,  którego urywki można obejrzeć w Internecie.

Tego samego dnia, gdy polecieliśmy do Peru, rozmawiałam z osobą, która mnie zaprosiła na maryjne spotkanie do Meksyku, a dokładniej mówiąc do Cancun, aby także i tę panią powiadomić, że nie mogę dotrzymać ustalonego terminu. Ta pani jednakże poczęła lamentować i błagała mnie: „Boże, tylko nie to. Proszę nie! Biskup wygłosi na tym spotkaniu przemówienie. Planowaliśmy, że zaraz po tym pani złoży swe świadectwo. Z tą nagłą odmową, gdy pozostało mniej niż 10 dni do naszej imprezy, niemożliwością jest odwołanie wszystkiego. Wszystkie pomieszczenia zostały wynajęte na umowę. Proszę, niech pani przybędzie razem z dziećmi. Ulokuję was wszystkich w hotelu i pokryję koszty pobytu. Jesteście moimi gośćmi.”

Opowiedziałam o tym wszystkim moim dzieciom i powiedziałam do nich: „Popatrzcie, jak wspaniały i dobry jest nasz Pan Bóg, że mimo naszej uszczuplonej sytuacji finansowej, i to nie jest zarzut, ani też nie chcę być niewdzięczna, gdyż zawsze błogosławił mnie łaskami, tak że miałam dość pracy, by zarobić na utrzymanie mojej rodziny możemy się tam udać. Ale faktem jest, że z moimi skromnymi środkami nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na spędzenie z wami wakacji  w Cancun.”

Mimo żałoby i bólu były to wspaniałe dni, które mogłam z moimi dziećmi spędzić w Meksyku, gdzie dane mi było złożyć świadectwo przed wieloma osobami i w ten sposób mimo żałoby dotrzymać terminu, zaplanowanego jeszcze przed śmiercią męża.

Kontynuowałam składanie świadectwa wspierana przez „żołnierzy eucharystycznych” i przez Was wszystkich, drogie rodzeństwo w Panu, przez Waszą modlitwę.

Mój spowiednik i kierownik duchowy, ojciec Wilson z parafii „Świętego Krzyża” („Santa Cruz”) w Bogocie wezwał mnie jednakże do odwołania moich zaplanowanych prelekcji. Otrzymałam od niego jedynie pozwolenie na złożenie mego świadectwa w Kalifornii i Europie. Pozostałych zaplanowanych wykładów musiałam po prostu zaniechać. Było mi bardzo przykro i wstydziłam się, że posłuszna mojemu spowiednikowi nie mogłam przybyć na spotkania, jak na to w Meksyku, gdzie wszystko było już zorganizowane i potrzebne pomieszczenia były wynajęte, i poszczególni biskupi wydali swoją zgodę. Mój duchowy kierownik o. Wilson upomniał mnie w następujący sposób: „Wcześniej mogłaś bez problemów i ze spokojem jeździć do każdego zakątka ziemi, gdyż twój mąż pozostawał z waszymi dziećmi; ale teraz nie jest to już możliwe z racji twej rodzicielskiej odpowiedzialności jako matki samotnie wychowującej. Nie możesz ot tak pozostawić swoich dzieci samych.”

Musicie wiedzieć i nie możecie sobie wyobrazić, jak wielkim bólem było to w moim sercu i do głębi wstrząsało moją duszą, ale posłuchałam tego polecenia w posłuszeństwie mojemu kierownikowi duchowemu, który z pewnością w swoim pełnomocnictwie jako kapłan Pana miał powody, by nałożyć na mnie ten obowiązek i dać mi ów zakaz.

Mój mąż był wspaniałym człowiekiem. Bez jego bezkompromisowego wsparcia i gotowości do poświęceń nie mogłabym podróżować do tylu krajów, by spełnić moje posłannictwo dane mi przez PANA.

Proszę Was wszystkich, którzy tak często chcecie dać mi coś w prezencie, módlcie się za moją rodzinę, moje dzieci i moich zmarłych członków rodziny – przede wszystkim również za mojego męża i zmarłego od uderzenia pioruna siostrzeńca, i w końcu też za mnie samą. Wasze modlitwy są dla mnie najpiękniejszym i najcenniejszym prezentem.

Bóg zapłać i dziękuję serdecznie za wszystko, szczególnie za modlitwę za mojego zmarłego męża, Luisa Fernanda RICO RAMIREZA, ur. 25 maja 1957, zm. 7 października 2006r.

Droga Siostro/Bracie w Chrystusie!

Jeśli niniejsze świadectwo poruszyło Twoje serce,

to uczyń proszę wszystko,

aby dotarło ono także do Twego bliźniego,

aby i do niego dzięki Tobie mógł przemówić

nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus,

w swojej nieskończonej Miłości i niezmierzonym Miłosierdziu.

Niech Dobry Bóg Ci w tym błogosławi.

Na stronie www.gloriapolo.net dostępne są strony, które w wielu językach opisują historię pani Glorii Polo.

Tu można wysłuchac świadectwo Glorii Polo

Posted in Cuda, Gloria Polo, Nawrócenia, Uzdrowienia, Świadectwa | Otagowane: , , , | 3 Komentarze »

Świadectwo nawróconego Żyda

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 stycznia 2010

Moja żona Suzanne, która jest katoliczką od urodzenia, po raz pierwszy usłyszała o Medziugorju w 1983 r.

Przechowywała w swojej pamięci opowiadania o Bernadetcie i objawieniach w Lourdes, opowiedziane przez siostry zakonne podczas jej odwiedzin w klasztorze, gdy była jeszcze dzieckiem i natychmiast uznała objawienia Matki Bożej w Medziugorju za pochodzące od tej samej Matki Bożej. Żywiła głębokie przekonanie, że sama Matka Boża przyzywa ją do tego miejsca i błagała mnie, bym zawiózł ją tam. Powiedziałem jej wówczas: „To bardzo niesprawiedliwe, że oczekujesz ode mnie, że pojadę do katolickiego Sanktuarium, gdzie odprawiane są publiczne nabożeństwa, podczas których czuję się nieswojo i jeślibyś naprawdę mnie kochała, to nie prosiłabyś mnie, abym pojechał tam z tobą”. Odpowiedziała mi: „Bernardzie, gdybyś mnie kochał, to byś mnie tam zawiózł.” Jednak nie pojechaliśmy.

Dziewięć miesięcy później, w sierpniu 1983 roku, pojechaliśmy na wakacje do Dubrownika.To Sue zdecydowała, że powinniśmy tam pojechać. Nie byłem zbyt skłonnym jechać na wakacje do komunistycznego kraju, ale pojechałem tam, aby sprawić jej przyjemność. W trakcie pobytu na miejscu poprosiła mnie, bym zawiózł ją do Medziugorja tylko na jeden dzień. Już w momencie, gdy wybrała Dubrownik na wakacje, zdałem sobie sprawę, że miała coś innego na uwadze, więc tym razem, aby ją zadowolić, zgodziłem się odwiedzić Sanktuarium tylko na jeden dzień. Ku mojemu zdumieniu, kiedy przybyliśmy na miejsce wszystko było tam bardzo normalne, nie było żadnych publicznych pokazów pobożności na wielką skalę, nikt bijąc się w piersi nie leżał na ziemi, nikt nie zakładał worów pokutnych i nie posypywał się popiołem, byli tam sami zwykli ludzie, tacy jak Sue i ja. Mieszkańcy byli w stosunku do na bardzo życzliwi i okazali nam taką gościnność, jakiej nigdy dotąd nie zaznałem. Słyszałem wcześniej, że katolicy w tamtych stronach są antysemitami, ale kiedy powiedziałem im, że jestem Żydem odebrałem od nich jeszcze więcej życzliwości i czułem się bardzo zrelaksowany w trakcie całego pobytu. Około godziny 5-ej znaleźliśmy się w pobliżu kościoła, gdzie odmawiano różaniec i tam spotkaliśmy kogoś znajomego z Londynu; była to kobieta o nazwisku Anita Curtis. Gdy zobaczyła mnie powiedziała: „Och, to świetnie, że Żyd jest pośród osób odwiedzających Medziugorje; Matka Boża bardzo ucieszy się widząc was tutaj” Zasugerowała, że mógłbym udać się do pokoju, gdzie miało mieć miejsce Objawienie, ale pomyślałem, że nie byłoby to rzeczą stosowną, bo nie wierzę w to, co się tam dzieje, nie znam jeszcze samego Pana Jezusa, a cóż dopiero Jego Matkę i naprawdę nie wierzę w to, że Ona może ukazywać się sześciu młodym osobom. Znalazłem się obok prezbiterium stojąc w tłumie innych ludzi. Wszyscy błagali siostrę Janę, która w tym czasie posługiwała i ojca Tomislava Pervana, który był proboszczem, aby pozwolili im przebywać pokoju w czasie objawienia. Anita Curtis powiedziała Siostrze Janie, że jestem Żydem i że powinienem wejść do pokoju objawień, ponieważ Nasza Matka Boża ucieszy się na mój widok. W tym samym czasie zauważyłem, że była tam Włoszka, która miała bardzo chore dziecko. Płakała i błagała siostrę Janę, aby pozwoliła jej wejść do pokoju objawień wierząc, że jej dziecko zostanie uzdrowione. Powiedziałem do siostry Jany: „Proszę, niech siostra pozwoli tej Włoszce wejść do środka, nie jest rzeczą słuszną, abym to ja wszedł, gdyż właściwie to nie bardzo wierzę w to, co się tam dzieje”. Ojciec Pervan wyszedł i spojrzał na wszystkich tych kłócących się ludzi, a potem chwycił Włoszkę i mnie, i zanim spostrzegłem się, co się ze mną dzieje przeszedłem obok ołtarza i zostałem wciśnięty do pokoju w bocznej kaplicy, gdzie mają miejsce objawienia. Pokój był mały, bardzo zatłoczony i było w nim nieznośnie gorąco. Ludzie stali ramię w ramię ściśnięci tak bardzo, że nawet palca nie można było wetknąć. Wkrótce nadeszło sześcioro widzących, zaczęli modlić się, a potem upadli na kolana. Spojrzałem na ścianę, aby przekonać się, czy zdołam zobaczyć coś niezwykłego, czy zdołam zobaczyć Matkę Bożą, ale widziałem tylko ścianę i raczej źle pomalowaną figurę Niepokalanej Dziewicy Maryi. Nie miałem wyjścia, musiałem razem z innymi uklęknąć. Byliśmy tak ciasno upakowani, że kiedy ktoś ukląkł wszyscy musieli zrobić to samo. Pamiętam, że pomyślałem, że to niemożliwe, aby więcej osób mogło zmieścić się w pokoju, że dla stojących nie było wolnego miejsca, ale żeby uklęknąć, to przecież musiałoby być w pokoju dwa razy więcej miejsca. Tym sposobem czyjeś kolano znalazło się na mojej łydce, a inne kolano oparło się na mojej pięcie i czułem się z tego powodu nader niewygodnie. W pokoju była taka cisza, że słychać było tylko szmer oddechów ludzi, po czym milczenie to przerwał odgłos płaczu, była to Włoszka z chorym dzieckiem. Zacząłem zauważać, że w pokoju była jakaś szczególna obecność, że w tym pokoju dzieje się coś, czego nie rozumiem. A potem, zanim uzmysłowiłem sobie, gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje wszyscy wstaliśmy i wyszliśmy.

Moja żona, która czekała na mnie ze łzami cieknącymi po twarzy, powiedziała do mnie:       „Nigdy nie dowiesz się, jak cudowną Łaską było to dla całej naszej rodziny.” Sue była tak bardzo szczęśliwa, że byłem w pokoju objawień, to było coś, czegoś wtedy nie rozumiałem, bo chociaż nie wierzyłem w to, co się działo uznałem, że jeśli przypadkiem Matka Boża podróżowała w czasie i przestrzeni, by przybyć na spotkanie z sześciorgiem widzących w Medziugorju, to nie miało to wielkiego znaczenia, czy jestem wewnątrz pomieszczenia, czy też po drugiej stronie ściany, gdyż byłaby i tak w stanie mnie zobaczyć, coś, czego po prostu nie mogłem pojąć. Więc to był pierwszy raz, gdy byłem zmuszony uklęknąć; tradycja zakazuje Żydom klękania z obawy naruszenia jednego z Przykazań, które zakazuje oddawania czci wizerunkom uczynionym ręką ludzką, a zatem stało to w przeciwieństwie do wpojonych mi w młodości nakazów ortodoksyjnej religii żydowskiej i czułem się winny temu, że musiałem uklęknąć w tym pokoju przed źle pomalowaną figurą.

Wracałem do Medziugorja wiele razy z żoną, gdyż odbierałem je jako całkiem przyjemne do odwiedzania i przyjazne miejsce. Sprawiało mi to dużą przyjemność i wiedziałem też, że się tam dzieje coś, czego nie rozumiem, ale cokolwiek się działo, miało to wpływ na to, że wszystkie przybywające tam osoby stają się bardzo milłe i okazują sobie nawzajem uczucia przyjaźni i miłości. Tak więc jeździłem tam bez wiary, ale czerpiąc radość z otoczenia. Wciąż odwiedzałem Medziugorje przez wiele lat i traktowałem je jako miejsce, dokąd można się wyrwać, by znaleźć tam spokój, wspaniały odpoczynek i przyjaźń.

Jakieś dwa lata później, myślę, że było to w 1985 roku, Sue i ja byliśmy w trakcie jednej z naszych regularnie odbywanych wizyt w Sanktuarium, kiedy to podczas jednego wieczoru zdecydowaliśmy się wejść na Górę Križevac, ponieważ dowiedzieliśmy się, że będzie tam miało miejsce Objawienie i że tam będzie Maria Pavlović. Dotarliśmy do stóp Krzyża bardzo wcześne i usiedliśmy na schodach tuż przed Krzyżem. Rozmawialiśmy ze sobą o naszym życiu i swoich przekonaniach religijnych: Sue mówiła o swojej wierze katolickiej, a ja na temat mojego żydowskiego wychowania. Sue próbowała mnie przekonać, że Jezus Chrystus jest moim Mesjaszem i Zbawicielem, a ja mówiłem jej, że na każdy dobry powód, by twierdzić, że jest On Mesjaszem istnieje równie dobry powód, by powiedzieć, że Nim nie jest. Oczywiście teraz już wiem, że jest to sprawa serca, a nie głowy, ale wówczas to moja głowa panowała nad wypowiadaniem sądów i wciąż nie mogłem przyjąć faktu, że Jezus jest Mesjaszem i że Jego Matka ukazuje się widzącym w Medziugorju. Rozmawialiśmy tak przez jakiś dłuższy czas i nie zauważyliśmy, że zrobiło się już zupełnie ciemno i wielki tłum zebrał się u stóp Krzyża. Usłyszałem śpiew i zobaczyłem zbliżające się w naszym kierunku światło latarki. To była Maria Pavlović ze swoją grupą modlitewną. Tłum rozdzielił się, gdy przyszła do stóp Krzyża. Przez przypadek stanęła obok mojego ramienia. Zaczęła się modlić, a potem upadła na kolana. Gdy to uczyniła stojący obok niej człowiek zapytał się mnie: „Jesteś Anglikiem?”, odpowiedziałem „Tak”. Poprosił, żebym oznajmił tłumowi w języku angielskim, że Matka Boża ukazuje się w tej chwili Marii i żeby wszyscy uklękli, zaczęli się modlić i przestali robić zdjęcia. Odwróciłem się zatem i krzyknąłem w ciemność, w stronę wielkiego tłumu: „Wszyscy na kolana, Matka Boża objawia się teraz Marii Pavlović, proszę się modlić, nie fotografować”, po czym wszyscy uklękli, poza mną, gdyż tradycja nie pozwalała mi klękać. Ale tym razem poczułem, że po tym, jak powiedziałem „wszyscy na kolana” byłoby niegrzecznie samemu nie uklęknąć. Tak więc uklęknąłem obok Marii i to był mój drugi raz, gdy to uczyniłem. Pamiętam, że było to bardzo nieprzyjemną rzeczą do zrobienia. Na ziemi były kamienie, które wrzynały się w kolana, było mi bardzo niewygodnie. Zastanawiałem się, czy katolicy nosili specjalne ochraniacze na kolana, które pozwalają im klęczeć. Takie myśli przechodziły mi przez głowę w czasie Objawienia. Wtem poczułem kroplę deszczu na mojej głowie i pomyślałem, że zaraz zacznie się ulewa, a my tu jesteśmy na szczycie góry w wielkim tłumie ludzi. Będziemy musieli schodzić powoli, zrobi się niebezpiecznie ślisko, gdy góra zostanie zmoczona, wtedy przemokniemy, i zastanawiałem się też, co każdy Żyd robi w takich sytuacjach, gdy nie ma miejsca dla niego. Objawienie zakończyło się, każdy wstał i bardzo szybko podsunięto małe magnetofony przed Marię, a przewodnicy grup tłumaczyli orędzie na różne języki, w końcu przyszła kolej na język angielski. Orędzie zostało przetłumaczone, nie pamiętam dokładnie słów, ale było tam coś na temat powrotu do życia w świetle Ewangelii; w przeciwnym razie świat ściągnie na siebie wielkie nieszczęście, a następnie, na końcu orędzia zostało powiedziane: „łza stoczyła się po policzku Matki Bożej i spadła na chmurkę, na której stała”. Pomyślałem, że to ja na pewno stałem wtedy pod tą chmurką. Tej nocy nie padało.

Kiedy wróciłem do pensjonatu, w którym mieszkaliśmy opowiedziałem młodemu amerykańskiemu kapłanowi imieniem Robert Cox o moich przeżyciach, wtedy powiedział mi: „Bernardzie, zostałeś wezwany do przyjęcia Chrztu Św.”. Słów tych nie rozumiałem, poprosiłem go więc o wyjaśnienie. Powiedział mi, abym po powrocie do Anglii udał się do miejscowego księdza proboszcza i powiedział mu, że zostałem wzywany do przyjęcia Chrztu św. Dalej tego nie rozumiałem, więc kiedy wróciłem do Anglii, nie zrobiłem nic w tej sprawie. Jednakże myśl o tamtej kropli wody spadającej mi na głowę pozostała w mojej głowie; bardzo często wracałem w myślach do tej sprawy.

W następnym roku byliśmy znowu w Medziugorju, wtedy to przy okazji odwiedzin u ojca Jozo po to, by usłyszeć, jak przemawia do ludzi powiedziałem do Sue, że chcę pozostać do samego końca i pomodlić się razem z ojcem Jozo. Jak zwykle był tam ogromny tłum i Sue powiedziała: „Jest tu tak wiele osób, powinniśmy wrócić do Medziugorja”, a ja rzekłem: „Chcę, żeby się pomodlił ze mną”, wtedy Sue powiedziała: „On modlił się już z tobą w kościele i już cię pobłogosławił, nie ma sensu pozostawać tu dłużej”. Tak więc czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy, podczas gdy tłum powoli znikał, aż znaleźliśmy się na czele kolejki. W międzyczasie wszystkie autokary i autobusy odjechały z powrotem do Medziugorja, a my zostaliśmy właściwie na samym końcu. Wreszcie nadeszła moja kolej, powiedziałem do Anicy, która tłumaczyła dla Ojca Jozo, że jestem Żydem i że chcę, aby Ojciec Jozo pomodlił się, aby Duch Święty (Żydzi uznają Ducha Świętego) oświecił mnie, abym czynił to, co jest dobre dla mnie. Ojciec Jozo położył jedną rękę na moim sercu a drugą objął Sue i mnie. Nie rozumiałem wypowiadanych słów, ale modlitwa brzmiała bardzo szczere. Podczas tej modlitwy poczułem, jak potężnie wali mi serce. Sue powiedziała mi później, że czuła tak, jakby moje serce miało rozedrzeć koszulę, którą miałem na sobie. Po czym modlitwa zakończyła się, a my musieliśmy znaleźć taksówkę i tak wróciliśmy do Medziugorja. Po powrocie do Anglii myślałem o spotkaniu z o. Jozo i tamtej łzie z nieba, ale jeszcze nie podjąłem się przyuczenia do wiary katolickiej i nadal nie wierzyłem.

Rok po tym, w sierpniu 1987 roku, Ojciec Slavko uczestniczył w nabożeństwie katolickiej odnowy charyzmatycznej w sanktuarium kościoła katolickiego w Walsingham, w Hrabstwie Norfolk w Anglii, w którym razem z Sue wzięliśmy udział. Było to wieczorne nabożeństwo pokutne, po którym Ojciec Slavko miał uczcić Najświętszy Sakrament w adoracji eucharystycznej. Zgromadzeni podchodzili do kapłanów, którzy stali przed namiotem i wyznawali po jednym grzechu. Po czym każdy z nich zapalał świecę i wychodził w geście symbolicznym w stronę ciemności. Byli rozradowani na samą myśl, że Boża Miłość przebaczyła im grzechy, świętowali, śpiewali i tańczyli z radości, że zostali uwolnieni z jarzma grzechu. Na koniec procesja ta ze śpiewami i tańcami, pełna hałaśliwie zachowujących się ludzi weszła do kaplicy pojednania w Walsingham, gdzie miała mieć miejsce adoracja eucharystyczna pod przewodnictwem o. Slavko. Oiciec Slavko stanął za ołtarzem i patrzył na ten tętniący życiem, głośno zachowujący się, podekscytowany tłum. Stał nie poruszając się, jedynie patrzył na ludzi. Oczywiście czekał, aż się wyciszą i wejdą w stan adoracji. Czekał długo, trwało to dobre kilka minut. W normalnej sytuacji wyszedłbym na zewnątrz w obawie, że złamię przykazanie, które miałem wpojone od młodości. „Nie będziesz oddawał czci posągom uczynionym ręką ludzką, nie będziesz się im kłaniał”, ale tym razem zostałem na miejscu. Byłem zafascynowany tym, co się działo, oczekiwaniem o. Slavko, aż tłum powoli ucichnie i znieruchomieje, aż ludzie zastygną w bezruchu, cisi i uspokojeni. Nie było słychać żadnego dźwięku w pomieszczeniu. Przypomniało mi to ciszę w pokoju objawień lata temu. O. Slavko powoli postawił Monstrancję na ołtarzu i wystawił Najświętszy Sakrament na widok zgromadzonych. Był to doskonały spokój we wzniosłym bezruchu. Wszyscy upadli na kolana. Znowu byłem ostatnią stojącą osobą, ale tym razem poczułem wewnętrzne przekonanie, że powinienem również uklęknąć, z tym że za tym trzecim razem było tak dlatego, że sam tego chciałem. Tak więc uklęknąłem i gdy to uczyniłem, to w tej wszechogarniającej chwili patrzyłem na twarze ludzi wokół mnie, którzy wpatrywali się w Najświętszy Sakrament. Następnie spojrzałem na Najświętszy Sakrament i w jakiś sposób odczułem, że była tam Święta Obecność patrząca na ludzi klęczących przed Nią. W tamtej chwili otrzymałem prezent, którego nigdy nie zdołam wyjaśnić, ponieważ jest to czysty dar. Zrozumiałem, że Bóg jest prawdziwie obecny w Najświętszym Sakramencie. W tej samej chwili Jezus wezwał mnie, abym zaakceptował Go jako mojego Zbawiciela i to uczyniłem.

Wróciłem do Anglii i poprosiłem mojego księdza Proboszcza, aby przyuczył mnie do wiary katolickiej. Pochodząc z kultury żydowskiej nie byłem ochrzczony, podczas katechez uczono mnie więc o sakramencie Chrztu św., zdałem sobie wtedy sprawę, że otrzymuję wspaniałą okazję, by rozpocząć życie na nowo i że poprzez Chrzest św. zostanę obmyty jak nowonarodzone dziecko. Narodzę się na nowo i wszystko, co działo się ze mną i wszystko, co kiedykolwiek uczyniłem w przeszłości będzie tak, jakby się nigdy nie wydarzyło. Nie było wiele rzeczy, które były dla mnie trudne do zrozumienia, ale przyjąłem je, bo byłem ogarnięty myślą, że jest to wspaniała szansa, jaką daje mi Bóg. Z utęsknieniem czekałem na dzień, w którym miałem zostać przyjęty do Kościoła świętego i ochrzczony. Dowiedziałem się o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, coś co już wcześniej uznałem za fakt i dowiedziałem się, że Pan Bóg przychodzi do nas każdego dnia we Mszy Świętej, aby nas ożywić fizycznie i duchowo, a kiedy popełnimy nieuniknione błędy, których wszyscy dopuszczamy się z powodu naszej ludzkiej ułomności, to mogę wówczas pójść do kapłana udzielającego sakramentu Spowiedzi św. i – o ile będę prawdziwie skruszony – popełnione przeze mnie grzechy zostaną mi odpuszczone. Jako neofita wychowany w wierze żydowskiej zdaję sobie sprawę, że wszystko, co jest obecne w Wierze Katolickiej jest głęboko zakorzenione w wierze żydowskiej. Zatem nie tyle stawałem się katolikiem, co pełnym Żydem i jestem naprawdę wdzięczny, że Pan Bóg w swojej nieskończonej Łasce dał mi tę wspaniałą okazję.

Zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego, przyjąłem sakramenty Chrztu św. i Bierzmowania oraz przystąpiłem do Pierwszej Komunii Świętej w czwartek 13 kwietnia 1987 r. Tak się złożyło, że była to również pierwsza noc żydowskiej Paschy. Pierwsza noc żydowskiej Paschy i Wielki Czwartek nie zawsze wypadają w tym samym dniu, ale w tym roku tak się wydarzyło. Naród żydowski wierzy, że Mesjasz przyjdzie w pierwszą noc Paschy, jest to tradycja i ludzie czekają na Mesjasza, który ma przyjść w tę noc. Do mnie Mesjasz przyszedł właśnie tej nocy, kiedy zostałem ochrzczony, przyjąłem Bierzmowanie i Pierwszą Komunię Świętą.

Otrzymałem jeden dodatkowy mały prezent, który jestem pewien, że był darem od naszej Matki Bożej. Ten doniosły dzień dla mnie, 13 kwietnia 1987 r. był też dniem moich urodzin i jestem pewien, że był to prezent od mojej Matki Bożej, która wezwała mnie i nakłoniła do uklęknięcia w tych trzech przypadkach, które razem złożyły się na ten dzień pokrywający się z datą moich urodzin. Urodziłem się ponownie w swoje urodziny. Jakże cudowną Łaskę otrzymał ten Żyd.

W ciągu kolejnych lat odwiedzałem Medziugorje wielokrotnie i bardzo zaprzyjaźniłem się z wszystkimi franciszkanami: o. Ivanem, o. Orićem, o, Pervanem, o. Svetem i o. Slavko, którzy zawsze gościnnie przyjmowali mnie jako Żyda, który stał się katolikiem dzięki temu, że doświadczył Medziugorja. Miałem przywilej poznania z bliska Ojca Slavko, który ma wiele miłości do narodu żydowskiego i zawsze był zainteresowany jego kulturą. Kiedy wybuchła wojna w 1990 roku założyłem organizację charytatywną w Anglii, która dzięki hojności mieszkańców tego kraju udzieliła pomocy dla całej Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny o wartości ponad dziesięciu milionów funtów. Chcieliśmy pomagać tym ludziom, którzy pomogli nam tak bardzo poprzez osobiste przykłady wiary, gościnność i przyjaźń. Obok żywności i zaopatrzenia medycznego dostarczyliśmy sto sześćdziesiąt pojazdów, które zostały pozostawione w regionie, aby mieszkańcy mogli pomagać sobie nawzajem dostarczając pomoc humanitarną i środki medyczne do odległych miejsc, gdzie były one najbardziej potrzebne, do miejsc, które znalazły się w strefach walk zbrojnych. Moje wysiłki były bardzo chwalone, ale ja byłem zaledwie przedstawicielem wielu ludzi, którzy dołączyli się do pomocy, kierowców konwojów humanitarnych, ofiarodawców wpłat pieniężnych, żywności i wyposażenia medycznego. Najbardziej odczuwałem i najwięcej zdawałem sobie sprawę z faktu, że my, którzy nieśliśmy pomoc byliśmy stroną uprzywilejowaną i że to raczej my winniśmy dziękować ludziom z Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny niż oni nam. Ludzie z Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny, którzy cierpieli podczas tej straszliwej wojny byli jej ofiarami i stawali się podobni do Chrystusa w swoim cierpieniu. Poprzez swoje trudności i cierpienia dali nam szansę, aby im pomóc i udowodnić, że kochamy się wzajemnie tak, jak Pan Bóg nas kocha. Byliśmy uprzywilejowani, my, którzy otrzymaliśmy dar bycia w stanie im pomóc i było to dla nas łaską. W latach wojny, bardzo ściśle współpracowałem ze wszystkimi Ojcami franciszkanami i wtedy właśnie bardzo przybliżyłem się do o. Slavko. Spędziliśmy razem bardzo wiele czasu. Musiało to być dziwne dla wielu osób, że ojciec Slavko i ja mogliśmy tak bardzo zaprzyjaźnić się ze sobą, gdyż nasze osobowości i pochodzenie kulturowe były tak różne od siebie. O. Slavko powiedział do mnie: „Bernardzie, jesteś prawdziwym przyjacielem” i są to słowa, które bardzo sobie cenię.

„Kiedy proszę cię o pomoc zawsze mówisz od razu tak, nigdy nie zapytałeś, czego chcesz, abym ci zrobił, w jaki sposób mogę to zrobić dla ciebie i dlaczego chcesz mojej pomocy. Ty mówisz tylko: tak, pomogę. Wiesz instynktownie, że nie będę prosić o nic, czego nie mógłbyś wykonać. Ty masz do mnie zaufanie. To – powiedział – było rzeczywistą miarą prawdziwego zaufania, przyjaźni i dlatego uważam cię, za prawdziwego przyjaciela”.

Ojciec Slavko jest niewątpliwie Świętym i przebywa teraz z naszym Panem w niebie, a dla mnie żydowskiego konwertyty być zaliczanym w poczet przyjaciół Świętego jest przywilejem, który wykracza poza wszelkie słowa.

BERNARD ELLIS

Źródło: http://www.medjugorje.org.pl

Posted in Medziugorje, Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: , , | 5 Komentarzy »

MOJE SPOTKANIE Z BOGIEM ŚWIADECTWO IAN’A McCORMACKA

Posted by Dzieckonmp w dniu 11 stycznia 2010

Nazywam się Ian McCormack. Urodziłem się w Nowej Zelandii i mam 32 lata. Chciałbym wam
opowiedzieć, w jaki sposób Pan dotknął się mojego życia. Wydarzyło się to prawie siedem lat
temu. Chciałbym się z wami podzielić tym, jak Bóg zmienił moje życie i jak Pan, Jezus Chrystus,
stał się dla mnie realny poprzez moje osobiste doświadczenie i spotkanie z Bogiem Wieczności.
Zanim zacznę opowiadać, chciałbym przeczytać kilka wersetów z Biblii:
a) 1 List Jana 1:5-8
“A zwiastowanie to, które słyszeliśmy od Niego i które wam ogłaszamy, jest takie, że Bóg jest
światłością, a nie ma w nim żadnej ciemności. Jeśli mówimy, że z nim społecznośc mamy, a
chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie trzymamy się prawdy. Jeśli zaś chodzimy w światłości, jak
On sam jest w światłości, społeczność mamy z sobą, i krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza
nas od wszelkiego grzechu.”
b) Ewangelia Mateusza 7:13-14
“Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na
zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest brama i wąska droga, która
prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują.”
c) Ewangelia Jana 10:9-11
“Ja jestem drzwiami; jeśli kto przeze mnie wejdzie, zbawiony będzie i wejdzie, i wyjdzie, i
pastwisko znajdzie. Złodziej przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać. Ja przyszedłem,
aby miały życie i obfitowały. Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz życie swoje kładzie za owce.
d) Ewangelia Jana 9:5
“Póki jestem na świecie, jestem światłością swiata.”
e) Ewangelia Jana 14:6
“Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko
przeze mnie.”
Wychowywałem się w Nowej Zelandii. Moi rodzice byli nauczycielami. Jako młody człowiek
podróżowałem po wielu zakątkach mojego kraju. Studiowałem na Uniwersytecie Lincolna i
uzyskałem tam tytuł magistra rolnictwa. Przez dwa lata pracowałem jako konsultant hodowlany w
Radzie Mleczarskiej w Hamilton w Nowej Zelandii. Bardzo lubiłem wieś i cieszyłem się życiem na
farmie. Nie byłem domatorem. Bardzo lubiłem weekendy, wypady z domu, nurkowanie, surfing,
wędrowanie i uprawianie sportu. Po prostu bardzo to lubiłem i cieszyło mnie życie pod gołym
niebem. Cieszyła mnie praca na farmie i kontakt z naturą.
Na początku lat 80-tych postanowiłem razem z moim najlepszym przyjacielem wybrać się za
granicę. Lubiliśmy przygody, więc postanowiliśmy, że wyjedziemy na jakiś rok lub dwa.
Opuściliśmy Nową Zelandię i pojechaliśmy do Australii. Podróżowaliśmy autostopem z Sydney do
Brisbane, następnie z Darwin na wyspę Bali. Zwiedziliśmy Indonezję, Jawę, Singapur, Malezję i
Sri Lankę. Gdy tak podróżowaliśmy po Azji ciągle byliśmy wypytywani przez ludzi: “Czy jesteście
chrześcijanami?”. To mnie zaskakiwało, bo przecież byłem wychowywany w rodzinie
chrześcijańskiej, w domu chrześcijańskim.
Byłem wychowywany jako Anglikanin. W wieku czternastu lat przystąpiłem do Pierwszej
Komunii. I pamiętam jak wtedy, podczas komunii, naprawdę nie czułem obecności Boga. Jako
dziecko modliłem się i uczęszczałem na szkółkę niedzielną. Należałem do przykościelnej grupy
młodzieżowej, do chóru, chodziłem też na wiele innych spotkań. Pomimo tego, w istocie nie
rozwijałem się i nie znałem Boga. Nie doświadczyłem go osobiście. Pamiętam jak wyszedłem z
kościoła tego dnia, kiedy po raz pierwszy przystąpiłem do komunii. Prawdę mówiąc byłem
rozczarowany i zaskoczony. Pomyślałem: “Cóż, wygląda na to, że nic się nie wydarzyło”.
Pamiętam jak wychodząc z kościoła zapytałem mamę: “Czy Bóg przemawia? Modlę się codziennie.
Czy On naprawdę przemawia? Czy kiedykolwiek słyszałaś jak Bóg do ciebie mówi?”. Moja mama
spojrzała na mnie i rzekła: “Tak, Bóg naprawdę mówi i jest realny”, a ja zapytałem: “A kiedy go
słyszałaś?”. Wtedy opowiedziała mi jak wołała do niego w bardzo ciężkich chwilach. Pan
odpowiedział jej i czuła, że był bardzo blisko niej. Odpowiedziałem jej: “Ja nie przeżywałem
tragedii i wszystko wydaje się być w porządku w moim życiu. Jak to się dzieje, że nie słyszę
Boga?”. Moja mama odpowiedziała: “Cóż, często potrzeba tragedii, aby nas ukorzyć. Niestety,
człowiek z natury jest pyszny”. Pomyślałem: “Przecież nie jestem takim człowiekiem, nie jestem
pyszny”, ale kiedy teraz zastanawiam się nad tym, byłem bardzo pyszny. Wtedy moja mama
powiedziała: “Słuchaj Ian, nie zamierzam zmuszać cię, abyś chodził do kościoła, ale pamiętaj tę
jedną rzecz, cokolwiek będziesz robił w życiu, gdziekolwiek pojedziesz, nieważne jak według
ciebie daleko odszedłeś od Boga, pamiętaj przynajmniej tę jedną rzecz. Jeśli będziesz w kłopocie i
w potrzebie, krzycz do Boga z głębi twojego serca, a On cię usłyszy. On cię naprawdę usłyszy i
przebaczy ci”. Pamiętam te słowa, bo trwale zapisały się w moim umyśle. Postanowiłem, że nie
będę hipokrytą i nie wrócę do kościoła, ponieważ naprawdę nie doświadczyłem Boga. W gruncie
rzeczy była to dla mnie tylko religia.
Tak więc, podróżowaliśmy po Azji, a ludzie często pytali mnie: “Ian, czy ty jesteś
chrześcijaninem?”. Naprawdę musiałem zastanawiać się nad odpowiedzią, ponieważ w istocie nie
byłem chrześcijaninem, gdyż tak naprawdę nie wierzyłem w Boga. Wiedziałem o nim, ale nie
wierzyłem w niego. I tam, w Azji, stanąłem twarzą w twarz z realnością odmiennych wierzeń.
Byłem zaszokowany, gdy widziałem jak ludzie kłaniają się i czczą bożki zrobione ich własnymi
rękami. W głębi mego serca pytałem: “Dlaczego? Dlaczego kłaniają się czemuś co w istocie jest
dziełem ich własnych rąk? Czułem zamęt w mojej głowie i wtedy przypominałem sobie fragment o
dziesięciu przykazaniach, który pamiętałem ze Starego Testamentu:
Księga Powtórzonego Prawa 5:7-9
“Nie będziesz miał innych bogów obok mnie. Nie uczyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek,
co jest na niebie w górze i co jest na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz
się im kłaniał i nie będziesz im służył.”
Tak więc podróżowałem, uprawiałem surfing, nurkowałem, chodziłem po dżunglii. Odwiedziłem
Sri Lankę – zadziwiający kraj. Dostałem się na pokład olbrzymiego ślizgacza, i tym długim na 96
stóp jachtem popłynąlem na Mauritius, mała wyspę na Oceanie Indyjskim. Zabrało to nam 26 dni.
Na Mauritiusie spędziłem prawie dwa miesiące. Mieszkałem tam z miejscowymi nurkami, którzy
uczyli mnie jak nurkować na rafie za dnia, a także nocą. Gdy skończyły mi się pieniądze,
doradzono mi: “Jedź do Południowej Afryki. To dobre miejsce, gdzie można dobrze zarobić.” Tak
więc wybrałem się do Południowej Afryki i pracowałem tam przez jakieś 8-10 miesięcy.
Podczas mojego pobytu w Afryce dostałem list od mojego brata, który prosił mnie, abym
przyjechał do Nowej Zelandi na jego ślub. Zastanowiłem się i zdecydowałem, że muszę wracać do
Nowej Zelandii. Tak więc w Durban wsiadłem do samolotu i przyleciałem z powrotem na
Mauritius. Oczywiście, wszyscy moi przyjaciele odwiedzili mnie i namawiali: “Chodź z nami
ponurkować”. Tak więc znowu uprawiałem surfing i nurkowałem. Pewnego dnia zaproponowali mi
nurkowanie nocą. Miałem jeszcze kilka dni do wyjazdu, gdy przyszli do mnie wieczorem i
powiedzieli: “Ian, chodźmy znów ponurkować nocą”. Jak zwykle, wyszedłem na werandę i
spojrzałem na ocean i niebo. Gdzieś daleko na horyzoncie dostrzegłem potężne wyładowania
elektryczne. Zwróciłem się do Simona, mojego czarnego przyjaciela i powiedziałem: “Słuchaj, czy
ty jesteś pewien? Przecież idzie burza”. On odpowiedział: “Nie martw się, burza na pewno
przejdzie bokiem”. Obawiałem się, że razem z burzą może przyjść zbyt duża fala na rafie, co
byłoby zbyt niebezpieczne. Odrzekł: “Wszystko będzie w porządku, popłyniemy jakieś pięc mil od
brzegu do bardzo pięknego zakątka rafy. Naprawdę będziesz zdumiony jakie to jest piękne w nocy,
jak piękna jest ta rafa koralowa. Popłyń z nami”. Zacząlem się zastanawiać i w końcu dałem się
namówić. Zabrałem cały mój sprzęt do nurkowania. Była chyba jedenasta w nocy, gdy
wskoczyliśmy do łodzi i wypłynęliśmy. Cała drogę wiosłowaliśmy, mieliśmy jeszcze jakieś pól
mili do wysepki. Wpłynęliśmy do laguny, ale nurkowaliśmy po zewnętrznej częsci rafy.
Nurkowaliśmy schodząc w dól po wielkiej stromiźnie.
Tej nocy pływałem w górnej częsci rafy, a dwóch moich kolegów nurkowało w jej dolnych
partiach. Zwykle trzymaliśmy się razem, ale tej nocy rozdzieliliśmy się. Skierowałem się w górę
rafy w poszukiwaniu langusty. Nagle spostrzegłem coś w wodzie, co wyglądało jak kałamarnica.
Podpłynąlem w górę i chwyciłem to. Miałem nałożone rękawice i to coś prześliznęlo się przez moje
palce. Patrzyłem jak odpływa i pomyślałem: “Ale dziwna meduza, bardzo dziwna. Głowę ma jak
kałamarnica, ale reszta wygląda jak sześcian. I ma bardzo niezwykłe macki, podobne do palców”.
To była niezwykła meduza, cała przezroczysta. Zastanawiałem się: “Nigdy wcześniej nie widziałem
takiej meduzy”, ale dalej już na nią nie zważałem i popłynąłem dalej. Nagle coś mnie poraziło.
Dobrze nie widziałem, ale czułem, że coś poraziło mnie w rękę. Miałem na sobie kombinezon do
nurkowania i jedyną częścią mojego ciała, która była nie osłonięta, było przedramię. Coś otarło się
o mnie i poraziło mnie. To było straszne uderzenie. To było tak, jakbyś stał na bosaka w oborze na
mokrym betonie i chwycił ręką za gołe przewody elektryczne. Nigdy czegoś takiego nie
doświadczyłem. Wstrząs od elektrycznego pastucha jest niczym w porównaniu z tym. To było takie
uderzenie, że prawie mnie ścięło z nóg. Z pomocą latarki próbowałem zorientować się gdzie jestem.
Nie mogłem dostrzec co mnie uderzyło, więc spojrzałem na moją rękę, aby sprawdzić co się stało i
czy nie cieknie krew. Myślałem, że może coś mnie poparzyło, albo że rozciąłem rękę na rafie. Nie
było śladu, ale czułem rwący ból.
Jak na razie nie wyglądało to groźnie. Ból zdawał się trochę ustępować, więc przestałem się tym
przejmować. Pomyślałem sobie: “Znajdę langustę, wrócę do chłopaków na łodzi i zapytam ich, co
to mogło być”. Nie chciałem wpaść w panikę, bo nurek nigdy nie powinien się denerwować. Gdy
tak nurkowałem w poszukiwaniu langusty zobaczyłem dwie meduzy podobne do tej, którą
widziałem kilka minut wcześniej. Powoli zbliżały się do mnie falującymi ruchami. Kątem oka
dostrzegłem jak ich macki otarły się o moją rękę. Wtedy znowu odczułem porażenie elektryczne,
które prawie mnie przewróciło. Nagle zdałem sobie sprawę, co mnie poraziło za pierwszym razem.
Wiedziałem z mojego doświadczenia ratowniczego, bo pracowałem jako ratownik dla ludzi
uprawiających surfing, że pewne gatunki meduz są bardzo jadowite. Pomyślałem: “Musiałem
zostać porażony przez coś, co ma w sobie bardzo wiele jadu”. Nigdy wcześniej nie miałem do
czynienia z tak silnym porażeniem. Jako dziecko często miałem katar sienny. Jeśli jesteś alergikiem
i użądli cię pszczoła, to twoja ręka czy noga spuchną jak balon. A ja właśnie byłem bardzo
uczulony na różnego rodzaju ukąszenia.
Teraz już byłem bardzo zaniepokojony. Meduzy poparzyły mnie w dwóch różnych miejscach.
Wypłynąlem na powierzchnię, podniosłem głowę i rozejrzałem się w poszukiwaniu łodzi. Płynąlem
trzymając poparzoną rękę na plecach nad powierzchnią wody, aby ją chronić od kolejnego
ukąszenia. I gdy tak płynąłem, poczułem, że coś przepłynęło mi po plecach. To była kolejna
meduza i kolejne poparzenie. Pomyślałem: “O nie, to już trzecie oparzenie”. Ponownie zanurzyłem
moją głowę do wody i pomyślałem: “Gdzie ja właściwie jestem?”. Chciałem trzymać się blisko
rafy, więc spojrzałem w dól tam, gdzie powinna być rafa. Snop światła mojej latarki oświetlił wodę
pode mną. Ku mojemu przerażeniu, jakieś 20 stóp niżej roiło się od setek, właściwie tysięcy tych
meduz. To było jak zupa. Skierowałem latarkę do góry i zobaczyłem je wokół mojej twarzy.
Pomyślałem: “Jeśli choć jedna dotknie mojej twarzy, nie będę w stanie dotrzeć do łodzi”.
Przystawiłem latarkę do mojej twarzy i tak płynąłem. Gdy dopłynąłem, zapytałem młodego
chłopca, który pozostał w łodzi, co niebezpiecznego jest tam w wodzie. On nie wiedział, bo nie był
nurkiem. Potrząsnął tylko głową i wskazał na Simona, który był doświadczonym nurkiem. Gdy go
dostrzegłem, wskoczyłem ponownie do wody i popłynąłem do niego. Widziałem go pod wodą,
więc skierowałem światło mojej latarki w stronę jego twarzy, aby zwrócić jego uwagę. Gdy
wypłynął na powierzchnię, dałem mu znać, aby wyszedł z wody, bo chcę z nim porozmawiać.
Zanurzyłem ponownie głowę i ku mojemu przerażeniu, zauważyłem falującą w kierunku mojej
twarzy meduzę. Musiałem wtedy wybrać, czy pozwolić, aby uderzyła mnie w twarz, czy też osłonić
się ręką. Podniosłem więc rękę i otrzymałem ponowne uderzenie. Odepchnąlem meduzę tą biedną
poparzoną ręką i wydostałem się na rafę. Nad zewnętrzną rafą było tylko jakieś dwie stopy wody.
Stanąlem więc na płetwach i zacząlem oglądać moją rękę. Była spuchnięta jak balon. Na
powierzchni skóry były pęcherze, jakby od poparzenia. Miejsca, gdzie dotknęly mnie macki
meduzy, wyglądały jakby zostały przypieczone na ogniu.
Gdy tak się przyglądałem, mój przyjaciel Simon zbliżał się do mnie idąc w płetwach po rafie.
Zastanawiał się, co też tak mnie poruszyło. Dostrzegł moją rękę, spojrzał na mnie i zapytał po
francusku: “Invisable?”, czyli: “Przezroczysta?. I zaraz potem: “Ile?”. Odpowiedziałem: “Cztery”.
Wtedy powiedział: “Wystarczy jedna i umierasz” i oświetlił latarką swoją twarz, aby pokazać, że
mówi poważnie. Zapytałem: “Więc co mam robić z czterema na mojej ręce?”. Simona zaczęła
ogarniać panika, chociaż nurkował już od przeszło 20 lat i był tubylcem. Mnie też ogarnęła panika.
Odpowiedział: “Musisz dostać się do szpitala”. A byłem jakieś 15-20 mil od brzegu. Był środek
nocy i musiałem przepłynąć jeszcze pół mili do łodzi. Słyszałem jak mówił: “Płyń”, a ja stałem
prawie całkowicie sparaliżowany. Simon pomógł mi wejść do wody i podtrzymywał mnie w drodze
do łodzi. Jak mnie ciągnął, zdałem sobie sprawę, że moja ręka była sparaliżowana. Nie mogłem jej
podnieść. Bezwładnie wlokła się w wodzie, a jak mnie wciągali do łodzi, oparzyła mnie jeszcze
jedna meduza. Pomyślałem w sercu: “Cóż takiego uczyniłem, aby na to zasłużyć?” Nagle
zobaczyłem mój grzech. Wtedy zrozumiałem, że źle robiłem. To była jakby zapłata. Znacie to
uczucie? Nic nie uchodzi płazem. Zobaczyłem to, co źle robiłem. Pomyślałem: “Cóż, może dlatego
mnie to spotyka?”.
Wsadzili mnie do łodzi i przenieśli ją nad rafą koralową. Łódź szorowała dnem o rafę. Była to
drewniana łodź i stanowiła ich źródło utrzymania. Musiała to być dla nich bardzo ciężka decyzja.
Przenieśli łodź nad rafą do laguny i odbili. Płynęli w wodzie próbując popychać lodź.
Powiedziałem: “Płyńcie ze mną”. Lecz oni odrzekli: “Nie. Łodź byłaby zbyt ciężka, tylko Paul,
najmłodszy, zabierze cię na brzeg”. Tak więc zostałem tylko z Paulem. Bardzo trudno mi się
oddychało prawym płucem. Czułem jak trucizna krążyła w moim układzie krwionośnym i że
sięgnęła mojego ramienia. Ponieważ kombinezon uciskał mi klatkę piersiową, rozpiąłem go i
zdjąłem z pomocą lewej ręki. Jeszcze mogłem się poruszać, więc nałożyłem spodnie i siadłem
ociekając potem. Pot lał się ze mnie i bardzo szybko zrobiło mi się sucho w ustach. Czułem jak
trucizna przemieszcza się we mnie i dosięga nerek. Poczułem ostry ból w tyle i pomyślałem: “Ta
trucizna naprawdę szybko się przemieszcza”. Próbowałem się nie poruszać i nie wpadać w panikę.
W połowie drogi do brzegu poczułem jak trucizna zaczęła spływać w dolne partie mojego ciała.
Czułem jak pulsowała i krążyła w moich żyłach.
Nigdy wcześniej nie wiedziałem w jaki sposób krąży moja krew. Ale tej nocy było dla mnie bardzo
ważne, jak to się odbywa, gdyż czułem jak trucizna zaczynała paraliżować moją prawą nogę.
Byłem świadomy, że jeśli trucizna spłynie w dół nogi, i dalej w górę do serca lub mózgu, to już
mnie nie będzie. Trucizna paraliżowała mnie i jak dopływaliśmy do brzegu, zaczynałem widzieć
trochę jak przez mgłę. Gdy dobiliśmy do brzegu chłopiec powiedział: “Wyjdźmy z łodzi”.
Usiłowałem wstać, ale moja prawa noga ugięła się pode mną. Upadłem na dno łodzi, prosto na
langusty. Chłopiec cofnął się trochę przerażony. Potem zaproponował mi, abym go objął za szyję.
Tak więc objąłem go za szyję, chwyciłem drugą rękę, która była sparaliżowana i tak się trzymałem.
Paul wyciągnął mnie na plażę, co na mokrym piasku wcale nie było proste. Następnie przeciągnął
mnie na główną drogę.
Była blisko dwunasta w nocy i znajdowałem się na małej wyspie. Nic się naokoło nie działo, nie
było żadnych samochodów. Trzymałem się tego chłopca i zastanawiałem się w jaki sposób dostanę
się do szpitala o tak późnej porze. Byłem tak słaby, że usiadłem na drodze. Chłopiec próbował mi
pomóc, ale w końcu zaczął wskazywać na ocean, mówiąc: “Tam są moi bracia. Muszę popłynąć po
nich”. Powiedziałem: “Nie. Zostaniesz tu i pomożesz mi”. Jednak Paul odszedł. Jak usiadłem,
poczułem się straszliwie zmęczony i położyłem się na drodze. Jak tak leżałem, zacząłem patrzyć na
gwiazdy.
Pomyślałem: “Zasnę”. I już miałem zamknąć powieki, gdy usłyszałem głos czysty jak kryształ
mówiący do mnie: “Ian, jeśli zamkniesz oczy, nigdy już się nie obudzisz”. Otrząsnąłem się i
pomyślałem: “Co ja robię? Nie mogę tutaj zasnąć, muszę dostać się do szpitala. Muszę dostać
antytoksynę, potrzebuję pomocy. Jeśli tu zasnę, może już nigdy się nie obudzę”. Spróbowałem
znowu stanąć, lecz moja noga była bardzo słaba. Mimo to, byłem jeszcze w stanie pójść drogą. W
pewnej chwili, około sto metrów ode mnie, obok jakiejś restauracji, zauważyłem kilka stojących
samochodów oraz hinduskich kierowców. Nigdy wcześniej nie widziałem tej restauracji.
Podszedłem do nich i usilnie prosiłem, aby zabrali mnie do szpitala. Hindusi spojrzeli na mnie i
powiedzieli: “Ile nam zapłacisz?”. Jeśli byłeś kiedykolwiek w Azji, to zapewne wiesz, że tak tu jest.
To jest zupełnie normalne. Jeśli masz pieniądze, to jedziesz. Jeśli nie masz pieniędzy, to nikt ci nie
pomoże. Powiedziałem głośno do siebie: “Nie mam pieniędzy” i wtedy się zreflektowałem:
“Głupcze, trzeba było tego nie mówić. Powinieneś był skłamać”. Ale nie skłamałem. Po prostu
powiedziałem prawdę: “Nie mam pieniędzy”. Ci trzej kierowcy roześmiali się i rzekli: “Jesteś
pijany. Jesteś szalony”. Odwrócili się, zapalili papierosa i zaczęli odchodzić. Wtedy usłyszałem, jak
głos czysty jak kryształ przemówił do mnie: “Ian, czy chcesz błagać o swoje życie?”. Pomyślałem:
“Oczywiście, i nawet wiem jak to zrobić. Żyłem w Afryce dostatecznie długo”.
Było mi łatwo paść na kolana, gdyż jedna z moich nóg była sparaliżowana, a druga bardzo mi się
chwiała. Byłem oparty o samochód, więc osunąłem się na kolana, wyciągnąłem ręce i skłoniłem
głowę, aby na nich nie patrzeć. Po prostu błagałem ich o życie. Właściwie krzyczałem, bo
wiedziałem, że jak natychmiast nie dostanę się do szpitala, będzie po mnie. Jeśli ci ludzie nie
mieliby miłości, wspólczucia w swoich sercach i litości wobec mnie, umarłbym tam przy nich.
Dlatego błagałem ich o pomoc. Trzymając nisko głowę mogłem widzieć ich stopy. Dwóch z nich
odeszło, z wyjątkiem młodego taksówkarza. Widziałem po jego stopach, że się wahał. Przyglądał
mi się dłuższą chwilę, jak tak błagałem o życie. Potem podszedł i bez słowa podniósł mnie. Pomógł
mi się podnieść, wsadził mnie do samochodu i pojechaliśmy. W połowie drogi do szpitala zmienił
zdanie. Powiedział: “Gdzie masz pieniądze?”. Odpowiedziałem: “Dam ci wszystkie pieniądze jakie
posiadam”. Gdy chodzi o twoje życie, pieniądze nic nie znaczą, wierzcie mi. Powiedziałem: “Jeśli
zabierzesz mnie do szpitala i uratujesz moje życie, dam ci wszystko”. On wiedział, że to tylko
słowa. On chciał konkretów. Tak więc w pół drogi do szpitala zmienił zdanie. Zatrzymał się koło
dużego hotelu mówiąc: “Wysadzę cię tu. Idź i sam szukaj pomocy. Zapomnij o mnie, nie zawiozę
cię do szpitala”. Odpowiedziałem: “Nie! Słuchaj! Proszę cię, zawieź mnie. Ja umieram, pomóż mi”.
Ale on pochylił się, odpiął mój pas, otworzył drzwi i powiedział: “Wysiadaj”. Odpowiedziałem:
“Spójrz, nie mogę wysiąsć. Trudno mi się poruszać”, ale on powtórzył: “Wysiadaj”. Pomyślałem:
“No cóż. Mam jeszcze jedną rękę sprawną, więc spróbuję dowlec się do drzwi hotelowych”, gdyż
wejście było po drugiej stronie bramy.
Zobaczyłem zapalone światła. Próbowałem tam dojść, aby wcześniej ktoś mnie zauważył. Ku
mojemu zdumieniu wartownicy, którzy robili obchód, zauważyli jak wlokłem się po ziemi. Jeden z
nich podbiegł do mnie i rozpoznałem w nim kumpla, z którym piłem. Był to Daniel, czarny, dobrze
zbudowany facet. Taki sympatyczny olbrzym. Często piłem z nim w magazynie. Po pracy
siadaliśmy, aby pogadać i cieszyło mnie jego towarzystwo. Podbiegł, zobaczył mnie i powiedział:
“Co ci się stało? Czy jesteś pijany? Może naćpany? Co ci jest?”. Podciągnąłem rękaw i pokazałem
mu rękę. Jak zobaczył pęcherze i opuchlizny, zorientował się co mi się stało. Był masywny, więc
wziął mnie na ręce i zaczął biec. Wyglądało to tak, jakby podniósł mnie potężny anioł. Przebiegł
obok basenu i podbiegł do baru. Posadził mnie na bambusowym krześle, jakieś dziesięc stóp od
siedzących tam Chińczyków, którzy byli właścicielami hotelu. Pili i grali w pokera. Daniel posadził
mnie na krześle i znikł w ciemności. Spodziewałem się, że wyjaśni mi, co zamierza zrobić, ale on
odszedł. Wtedy zdałem sobie sprawę, że w Azji czarny nie może rozmawiać z Chińczykiem, chyba,
że ten go o to poprosi. Hierarchia społeczna na Mauritiusie jest taka: biały, Chińczyk, Hindus i
czarny. Tak to wygląda i jeśli nie znasz hierarchii społecznej, nie zrozumiesz, co się wokół ciebie
dzieje.
Daniel po prostu mnie tam zostawił. Zdałem sobie sprawę, że będę musiał nawiązać kontakt z tymi
Chińczykami i powiedzieć im, że potrzebuję pomocy. Podniosłem rękę i pokazałem im pęcherze
oraz opuchlizny. Nawet coś wydukałem po chińsku. Wydusiłem z siebie to, co umiałem prosząc,
aby mi pomogli. Lecz oni po prostu roześmiali się. Jeden z nich podniósł się i powiedział: “Biały
chłopcze, heroina nie jest dobra dla ciebie”. On myślał, że byłem naćpany, że przedawkowałem, lub
coś podobnego, bo pokazałem mu rękę, która wyglądała jakby była pokłuta igłą. Usiłował mi
wmówić, że zażyłem narkotyki. Byłem zawiedziony i wściekły. Siedziałem tam usiłując zapanować
nad sobą, bo przy zbyt dużym zdenerwowaniu, trucizna szybciej się rozchodzi. Nagle, całe moje
ciało, wszystkie mięśnie mojego ciała zaczęły drgać i kurczyć się. Skurcze ogarnęły całe moje
ciało. Trucizna zaczęła działać. Zacząłem osuwać się z krzesła. Podbiegło do mnie trzech
mężczyzn, którzy próbowali mnie przytrzymać, ale nie byli w stanie. Nagle, wstrząsy się skończyły,
i śmiertelny chłód przeszył mnie do szpiku kości. Czułem jak przenikała mnie śmierć. Wiedziałem,
że moje ciało umierało na moich oczach.
Było mi przeraźliwie zimno, dygotałem. Przykryli mnie kocami, aby powstrzymać utratę ciepła.
Siedziałem tam usiłując pozbierać się i prosiłem ich: “Proszę, zawieźcie mnie do szpitala”.
Widziałem, że stał tam samochód. Jeden z nich podszedł do mnie, położył rękę na moim ramieniu i
powiedział: “Nie. Zaczekamy na ambulans, biały chłopcze”. Chińczycy nienawidzą białych. Więc
siedząc tak zastanawiałem się: “Wątpię, czy kiedykolwiek dostanę się do szpitala”. Gdy to
pomyślałem, zobaczyłem ambulans i Daniela, z jeszcze jednym przyjacielem, którzy pojawili się
nie wiadomo skąd. Wzięli mnie na ręce. Wtedy zrozumiałem, że Daniel nie tracił czasu z tymi
idiotami, tylko pobiegł prosto do centralki telefonicznej. Jego dziewczyna pracowała wtedy na
centralce, dlatego Daniel mógł sam zadzwonić do szpitala.
Ambulans przyjechał na sygnale, nakręcił przy hotelu i zaczął odjeżdżać. Jeśli choć trochę znasz
francuskich kierowców, to wiesz, że są niecierpliwi i jeżdżą jak szaleńcy. Kierowcą ambulansu był
Francuz, który pomyślał, że był to fałszywy sygnał od pijanych tubylców. Ponieważ nie było
nikogo przed hotelem, kierowca zaczął odjeżdżać. Byłem wtedy w pół drogi do bramy i widziałem
jak ambulans zakręcał. Spróbowałem zagwizdać, ale z powodu odwodnienia, nie byłem w stanie
tego zrobić. Daniel zobaczył moje wysiłki i zagwizdał. Myślę, że kierowca miał otwarte okno, bo
usłyszał gwizd Daniela. Zahamował i cofnął. Był to Renault 4 z wyjętym przednim siedzeniem. Tak
wygląda ambulans czarnych: zwykłe Renault 4 z wyrżniętym przednim siedzeniem i wstawionymi
tam noszami polowymi. Tak, proszę państwa, tak wyglądał ambulans. Kierowca nawet nie wysiadł
z ambulansu, tylko się pochylił i otworzył drzwi. Wrzucili mnie do środka na nosze, zamknęli
drzwi i odjechaliśmy.
Kierowca nawet nie zapytał: “Czy chcesz koc? Jak się czujesz? Co ci jest?”. On był tylko kierowcą.
Dygotałem i zastanawiałem się: “Co do licha się dzieje?”. Próbowałem trzymać się. Pilnowałem się,
aby nie zamknąć oczu. Wiedziałem, że muszę być przytomny, aż dostanę antytoksynę. W połowie
drogi do szpitala zaczęliśmy wjeżdżać na wzgórze i wtedy pomyślałem: “Nic gorszego nie mogło
mi się przytrafić. Cała trucizna spłynie teraz do mózgu i zabije mnie”. Walczyłem. Czułem jak
trucizna przemieszczała się do mojej głowy, to było straszne. I nagle zobaczyłem obraz małego
chłopca, z włosami jak śnieg. Obraz był duży i czysty. Potem zobaczyłem przez moment obraz
starszego chłopca, też z włosami jak śnieg. Patrzyłem i myślałem: “Ma białe włosy, ale jest
starszy”. Gdy tak patrzyłem, nagle zdałem sobie sprawę, że oglądałem samego siebie. Przed oczami
stawały mi obrazy z mojego życia. To było przerażające uczucie. Oto przed tobą wyświetlane są,
jak na filmie, obrazy z twojego życia, obrazy czyste jak kryształ. Otworzyłem szeroko oczy i byłem
całkowicie świadomy tego, co się działo. Gdy tak patrzyłem, pomyślałem: “Słyszałem o tym, a
nawet czytałem. Ludzie, którzy przeszli w stan śmierci klinicznej, oglądali wcześniej przesuwające
się przed nimi obrazy z ich życia”. Ja również tego doświadczałem. Przestraszyłem się i
pomyślałem: “Jestem za młody, aby umierać. Po co wypłynąlem nurkować? Ty głupi idioto.
Powinieneś był zostać w domu. Nigdy nie powinieneś nurkować”. Ciągle powtarzałem: “Dlaczego
po prostu nie zostałeś w domu, ty idioto?”, ale teraz stałem w obliczu zbliżającej się smierci i
wiedziałem, że ona była bardzo blisko. Po reakcjach mojego ciała domyślałem się, że byłem bardzo
blisko śmierci. Z trudem słyszałem bicie własnego serca. Mój oddech był bardzo słaby i cichy.
Gdy tak leżałem, zastanawiałem się: “Co się stanie jak umrę? Czy jest tam coś? Czy coś się zdarzy
jak umrę? Dokąd pójdę?”. I wtedy, dostałem czystą jak kryształ wizję mojej mamy. Widziałem ją
jak stała i wypowiadała słowa: “Ian, nieważne jak daleko odszedłeś od Boga, nieważne, co złego
uczyniłeś. Jeśli zawołasz z serca do Boga, On cię usłyszy i przebaczy ci”. Rzekłem w moim sercu:
“Czy wierzę, że jest Bóg? Czy mam się modlić?”. Właściwie byłem wtedy ateistą, ale pomimo tego
że nie wierzyłem w Boga, widziałem wtedy właśnie moją mamę. Potem, gdy wróciłem do Nowej
Zelandii rozmawiałem o tym z moją mamą.
Została obudzona we wczesnych godzinach porannych. Śniło się jej, że jechałem w ambulansie i, że
byłem bliski śmierci. Zaczęła się za mnie modlić. Wszyscy rodzice, którzy się modlicie, nie
ustawajcie w modlitwie. Jeśli Bóg was obudzi, zacznijcie się modlić. Modlitwa mojej mamy bardzo
mi pomogła. Oczywiście, jej modlitwa nie mogła uratować mi życia. Moja mama nie mogła
spowodować, abym poszedł do nieba, ale jej modlitwa sprawiła, że odczułem potrzebę modlitwy.
Potrzebowałem modlić się z serca. Wtedy pomyślałem: “O co się modlić? Do kogo się modlić? Do
którego Boga? Są ich tysiące. Widziałem ich wszystkich. Ale wtedy nie zobaczyłem ani Buddy czy
Kriszny, ani innego boga czy człowieka. Widziałem tylko moją mamę, a moja mama poszła za
Jezusem Chrystusem, Bogiem chrześcijan.
Znałem wiele religii. Przestudiowałem je i widziałem ich wyznawców na własne oczy, ale moja
mama naśladowała Chrystusa. Pomyślałem: “Nie modliłem się od lat. O co się modlić? O co się
modlić w tym momencie? O co byś się modlił, jakbyś wiedział, że umrzesz? O co byś się modlił?”.
Przypomniałem sobie, że gdy byłem dzieckiem, moja mama uczyła mnie modlitwy pańskiej:
“Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola
Twoja, jak w niebie, tak i na ziemi”. Pomyślałem: “Będę się tak modlił. To jest jedyna modlitwa
chrześcijańska jaką znam”. Tak więc próbowałem modlić się, ale nie mogłem sobie przypomnieć
słów. Poczułem jakby trucizna przemieściła się do głowy i całkowicie zablokowała moją zdolnośc
myślenia. Mój umysł przestawał funkcjonować. To było przerażające uczucie. Tak bardzo
polegałem na moim umyśle i inteligencji, i nagle mój umysł zaczął zamierać. Poczułem umysłową
próżnię, kompletne zero. A ja tak bardzo polegałem na moim umyśle, wierzcie mi, za bardzo
polegałem.
Leżąc tak, zdałem sobie sprawę, że w mojej pamięci nie było już tej modlitwy. Mama mówiła:
“Módl się z serca”. Tak więc powiedziałem: “Boże, nie wiem, gdzie jest ta modlitwa. Chcę się
modlić, pomóż mi”. Gdy to powiedziałem, część modlitwy dosłownie wyszła z mojego wnętrza, z
mojego ducha. Pierwsza część modlitwy zawierała słowa: “Przebacz nam nasze winy”.
Pomyślałem: “Boże, prosiłbym Cię o przebaczenie moich grzechów, ale uczyniłem tak wiele złego.
Wiem, że to było złe, moje sumienie mówi mi to. Gdybyś tylko mógł wybaczyć wszystkie moje
grzechy. Nie mam pojęcia jak mi je możesz wybaczyć, ale proszę, wybacz mi moje grzechy”.
Chciałem być oczyszczony i zacząć od początku. Pomyślałem: “Boże, wybacz mi”. Gdy to
powiedziałem, zobaczyłem następną część modlitwy: “Jak i my odpuszczamy naszym
winowajcom”. Zrozumiałem, że oznacza to wybaczenie tym, którzy mnie zranili. Pomyślałem: “Nie
żywię do nikogo urazy. Było wielu ludzi, którzy mnie oszukali, zdradzili, źle o mnie mówili i
wyrządzili mi wiele złego. Przebaczam im”. Wtedy usłyszałem głos Boga: “Czy przebaczysz
Hindusowi, który wyrzucił cię z samochodu i tym Chińczykom, którzy nie zabrali cię do szpitala?”.
Zastanowiłem się: “Hm… Miałem co do nich inne plany…”. Lecz powiedziałem: “Dobrze.
Przebaczę im. Jeśli Ty mi możesz przebaczyć, to i ja mogę im przebaczyć”.
Następna częsc modlitwy była następująca: “Bądź wola Twoja”. Wtedy zobaczyłem, że przez
ostatnie dwadzieścia pięć lat troszczyłem się tylko o swoje sprawy. Pomyślałem: “Boże, nawet jeśli
z tego wyjdę, to właściwie nie wiem jaka jest Twoja wola. Wiem, że Ty nie chcesz, abym czynił
zło, ale nie mam pojęcia jaka jest Twoja wola. Jeśli z tego wyjdę, dowiem się, jaka jest Twoja wola
odnośnie mojego życia i wypełnię ją. Jeśli z tego wyjdę, pójdę za Tobą z całego mojego serca”.
Potem otrzymałem pozostałą część modlitwy pańskiej: “Przyjdź Królestwo twoje…”, znacie to.
Powiedziałem cała modlitwę pańską, ale te trzy elementy wyróżniały się bardzo wyraźnie. Nie
zdawałem sobie wtedy z tego sprawy, ale była to najprostsza, zbawcza modlitwa, modlitwa
pokutującego serca. Z serca, a nie z głowy, mówiłem: “Boże, wybacz mi moją niegodziwość i zło.
Boże, oczyść mnie. Boże, przebaczam wszystkim tym, którzy mnie zranili. Jezusie Chrystusie,
Panie, przyjdź a ja wypełnię Twoją wolę. Niech będzie Twoja wola. Pójdę za Tobą.” Wtedy nie
zdawałem sobie z tego sprawy, ale teraz wiem, że modliłem się do Pana modlitwą grzeszników,
modlitwą pokutną. Gdy tak się modliłem modlitwą pańską, odczułem jak zaczął ogarniać moje
serce niesamowity pokój. Wyglądało na to, że strach po prostu mnie opuścił. Czułem prawdziwy
pokój w moim sercu. Wiedziałem, że dalej umieram, ale przynajmniej miałem pokój. Wiedziałem,
że pojednałem się z moim Stwórcą. Wiedziałem, że po raz pierwszy dotknąłem Boga i, że po raz
pierwszy słyszałem go. Nigdy wcześniej go nie słyszałem, ale teraz słyszałem, jak do mnie
przemawiał.
Dojechaliśmy do szpitala. Wsadzili mnie na wózek, wjechali ze mną do środka i zaczęli mierzyć mi
ciśnienie krwi. Widziałem, jak pielęgniarka zaczęła pompować, popatrzyła na skalę i stuknęła w
nią. Pomyślałem: “Co to za szpital?”. Byłem zaszokowany. Był to opuszczony przez Brytyjczyków
szpital z czasów Drugiej Wojny Światowej, przejęty przez czarnych ludzi. Jego obecny wygląd
przypominał, że był zbudowany w roku 1945. Był brudny i stary, z przestarzałym sprzętem. Gdy
pielęgniarka stukała w skalę, pomyślałem: “Twój sprzęt jest w porządku. To moje serce nie
pracuje”. Zerwała rękaw i rozejrzała się po szafce szukając nowego. Założyła go i zaczęła
pompować. Miałem otwarte oczy. Pielęgniarka patrzyła na mnie i prawdopodobnie zastanawiała
się: “Dlaczego ty masz otwarte oczy, przy tak niskim ciśnieniu?” Trzymałem się kurczowo życia.
Nie chciałem umierać, nie chciałem iść nie wiadomo gdzie. Chciałem pozostać w tym ciele,
walczyłem ze wszystkich moich sił, aby pozostać przy życiu. Pielęgniarka zerwała rękaw
ciśnieniomierza i szybko zawiozła mnie do lekarza.
Pomieszczenie lekarzy było przegrodzone zasłonką. Pielęgniarka uchyliła ją i zobaczyłem tam kilka
ławek. Siedziało tam dwóch na wpół śpiących hinduskich lekarzy. Młody doktor, który siedział w
głębi, spytał po francusku: “Jak się nazywasz? Gdzie mieszkasz? Ile masz lat?”. Rozumiałem go,
był przecież młody. Spojrzałem na drugiego, starszego lekarza. Miał siwe włosy i trochę łysiał.
Pomyślałem: “On ma kilkuletnie doświadczenie. On może wiedzieć jak mi pomóc”. Więc
czekałem.
Ten młody przestał mówić i podniósł wzrok. Nawet nie zadałem sobie trudu, aby patrzeć na niego.
Czekałem, aż ten starszy podniesie głowę, i gdy podniósł, pomyślałem: “Mam nadzieję, że starczy
mi sił, aby mówić”. Spojrzałem w jego oczy i wbiłem w niego wzrok najmocniej jak tylko mogłem.
Zdołałem powiedzieć: “Umieram, potrzebuję natychmiast antytoksyny”. Zamarł, a ja nie
spuszczałem z niego wzroku. Patrzył się na mnie osłupiały. Wtedy weszła pielęgniarka z kartką w
ręku. Spojrzał na kartkę, spojrzał na mnie i wyskoczył. Widziałem, jak mnąc kartkę w ręku
krzyczał: “Ty głupia idiotko! Czy nie widzisz w jakim on jest stanie?” Odepchnął z drogi kierowcę
ambulansu, sam chwycił za wózek i zaczął szybko biec, krzycząc coś. Wychodziły z niego jakieś
przytłumione dźwięki. Słyszałem jak krzyczał, ale nie był to zwykły krzyk. Wbiegł do jakiegoś
pokoju ze sprzętem medycznym. Po chwili byłem otoczony przez pielęgniarki i lekarzy.
Pomyślałem: “Nareszcie coś się zaczęło dziać”. Jedna z pielęgniarek chwyciła moją rękę, aby
podłączyć kroplówkę. Siedziałem i obserwowałem. Nade mną stał lekarz i mówił: “Nie martw się,
nie zasypiaj. Podajemy ci dekstrozę na odwodnienie”.
Pielęgniarki próbowały wbić igły w różne miejsca na mojej ręce. Widziałem to, chociaż nic nie
czułem. Doktor wyjaśnił mi: “To są antytoksyny, aby zneutralizować truciznę”. Mówił po
angielsku, być może studiował w Oxfordzie. Jedna z pielęgniarek uderzała w moją rękę, najsilniej
jak tylko mogła. Pomyślałem: “Co ona robi?”. Inna pielęgniarka stała z olbrzymią strzykawką, ale
nic z tego nie wychodziło, bo dalej nie było widać ani jednej żyły. Dopiero potem pojąłem, co
robiła pielęgniarka. Uniosła moją skórę i wbiła igłę, próbując odnaleźć żyłę. Gdy zaczęła
wstrzykiwać antytoksynę, moja żyła nadęła się jak balon, i osiągnęła rozmiary małego palca.
Widziałem jak się denerwowała, bo przemieszczająca się w żyle igła mogła ją uszkodzić. W duszy
pomyślałem: “Uważaj!” Doktor powtarzał: “Nie martw się, nie martw się”. Pielęgniarka zostawiła
w żyle igłę, a inna pielęgniarka podała drugą strzykawkę, której zawartość jeszcze powiększyła
nabrzmiałą żyłę. Pielęgniarka spojrzała na lekarza i spytała: “Jeszcze jedną?”. “Tak, jeszcze jedną”,
rzucił. Wyciągnęła igłę i druga pielęgniarka próbowała to wmasować, ale żyła wymykała się jej
spod palców. Antytoksyna stała w miejscu i nie można jej było włączyć do obiegu krwi. Wszystko
zgromadziło się w żyle. Pomyślałem: “Widocznie moje serce nie jest w stanie przepompowywać
krwi”. W moim organizmie postępowała zapaść.
Na uniwersytecie studiowałem podstawowe zasady fizjologii i anatomii człowieka. Wiedziałem, co
się ze mną działo, ale nie mogłem nic na to poradzić. Wiedziałem, że zapadam w stan śpiączki.
Byłem całkowicie sparaliżowany, a moje serce dochodziło do stanu, w którym nie mogłoby już
dłużej pracować. Nie miałem wtedy pojęcia, że zostałem poparzony przez osę morską, drugie pod
względem jadowitości zwierzę znane człowiekowi. W samym mieście Darwin (północna Australia),
w ciągu ostatnich 20 lat prawie 60 osób zmarło od pojedynczego oparzenia przez osę morską.
Dlatego też na tamtejszych plażach, przez 6 miesięcy w roku, stawiane są znaki z trupią czaszką
ostrzegające przed kąpielą w wodzie. Tego wszystkiego dowiedziałem się później, jak opuściłem
szpital. Dawka trucizny, jaka była w moich żyłach, mogła mnie zabić pięciokrotnie, a porażony
człowiek umiera zwykle w ciągu 15 minut od oparzenia. Na dodatek, parzydełka trafiły nie na moje
mięśnie, lecz bezpośrednio na żyły. Tak więc w moich żyłach znajdował się drugi co do
śmiertelności jad znany człowiekowi. Najbardziej jadowitym zwierzęciem na świecie jest
ośmiornica plamista żyjąca w Pacyfiku. Kolejne miejsce pod względem jadowitości zajmuje osa
morska, a następnie różne gatunki węży i pająków.
Tak więc dalej siedziałem na moim wózku, a lekarz ciągle patrzył w moje oczy. Mówił: “Nie bój
się”, ale w jego oczach widziałem przerażenie. Pomyślałem: “Człowieku, ty się bardziej boisz niż
ja”. Próbowałem mówić, ale nie byłem w stanie. Zastanawiałem się: “Czy macie więcej
antytoksyny? Może jestem na nią odporny? Może za dużo brałem narkotyków przez ostatnie lata i
uodporniłem się?”. Przenieśli mnie do łóżka razem z kroplówką. Doktor stał nade mną zwilżając
gąbką moją głowę. Kroplówka jakby przywróciła mojemu ciału równowagę wodną. Na czole
pojawiły się krople potu, które wycierał lekarz. W pewnym momencie lekarz wyszedł na kilka
minut. Gdy tak leżałem, czułem jak pot zalewał mi oczy. Zacząłem niewyraźnie widzieć, jakby
przez łzy. W duszy stale powtarzałem: “Nie wolno mi zamknąć oczu. Doktorze, wróć i przetrzyj mi
czoło”, ale lekarz nie wracał. Spróbowałem więc coś powiedzieć, ale moje wargi nawet nie drgnęły.
Byłem przerażony. Pomyślałem: “Przechyl głowę, to przynajmniej będziesz widział na jedno oko”,
ale moja głowa pozostała nieruchoma. “Gdzie jest doktor?”, zastanawiałem się.
Nagle westchnąłem. To było westchnienie ulgi i wiedziałem, że coś się stało. Przyszła ulga. Walka
była skończona. Walka o przeżycie wydawała się dobiegać końca. Nikt mi nie powiedział, co się
stało, nikt nie powiedział: “Właśnie umarłeś, synu”. Wiedziałem jedynie, że moja walka o
utrzymanie otwartych oczu, walka o pozostanie przy życiu była zakończona. Wiedziałem, że gdzieś
odszedłem. To nie było tak jakbym zamknął oczy i zasnął. Wiedziałem, że gdzieś odszedłem. Przez
jakieś 20 minut miałem wrażenie jakbym odpływał. Całym sobą przywarłem do mojego ciała. Nie
chciałem odpływać nie wiadomo gdzie. Pomimo tego, gdy zamknąłem oczy, odpłynąłem. Nie było
już mnie. W Biblii, w Księdze Eklezjastesa (Księga Kaznodziei Salomona 12:7) król Salomon
mówi, że gdy człowiek umiera, to jego duch wraca do Boga, który go dał. Pył obraca się w pył,
ciało obraca się w pył. Wiedziałem, że mój duch opuścił ciało. Gdzieś odszedłem, ale nie
wiedziałem, że umarłem.
Wyglądało na to, że znalazłem się w jakimś olbrzymim pomieszczeniu. Byłem na jakimś pustkowiu
i ogarniała mnie ciemność czarna jak smoła. Czułem, jakbym obudził się ze złego snu w obcym
domu, nie w moim własnym domu. Pomyślałem: “Gdzie są wszyscy? Kto wyłączył światło?”.
Rozglądałem się dookoła starając zorientować się w nowym otoczeniu. Starałem się odnaleźć coś,
co byłoby realne. Czy kiedykolwiek obudziłeś się w środku nocy i po ciemku próbowałeś namacać
kontakt? Starałem się odnaleźć kontakt, ale nie mogłem go znaleźć. Próbowałem dotknąć czegoś.
Przemieszczałem się, ale nic tam nie było. Nawet nie mogłem w nic uderzyć. Pomyślałem: “Nawet
nie widzę własnej ręki”. Podniosłem rękę, aby sprawdzić, czy mogę coś zobaczyć. Przesunąłem
rękę w miejsce, gdzie powinna znajdować się moja twarz i pomyślałem: “Nie trafiłem w moją
twarz. No nie, gdzie ona jest?”. To było przerażające uczucie. Pomyślałem: “Gdzie jest moja ręka?
Gdzie jest…?”, i wtedy już wiedziałem, że ja, Ian McCormack, stałem tam, ale nie miałem ciała.
Miałem wrażenie, że mam ciało, ale nie miałem nic fizycznego, czego mógłbym dotknąć. To jest
najbardziej przerażające uczucie odkryć, że ty, twoje ja, jest w rzeczywistości duchem, że jesteś
istotą duchową. Bóg powiedział: “Jestem duchem. Stworzyłem cię na mój obraz”. Bóg jest duchem,
jest istotą duchową, niewidzialną istotą duchową. A my jesteśmy stworzeni na jego obraz. Nagle
zdałem sobie sprawę, że jestem istotą duchową. Moje namacalne ciało umarło, ale ja byłem jak
najbardziej żywy i jak najbardziej świadomy, że dalej posiadam głowę, ręce i nogi. Nie mogłem ich
jednak dotknąć. W głębi duszy zastanawiałem się: “Gdzież ja do licha jestem?”.
Gdy tak rozglądałem się w ciemności, odczułem jak nieprawdopodobne zimno i strach owładnęły
mojego ducha. Nie wiem, czy kiedykolwiek coś takiego odczuliście. Być może kiedyś szliście
samotnie pustą ulicą w nocy i wchodząc do swojego domu poczuliście, jakby ktoś stał obok i
patrzył na ciebie. Czy kiedyś coś takiego przeżyliście? Masz wrażenie, że ktoś jest w ciemności i
patrzy na ciebie, lecz ty go nie możesz zobaczyć. Gdybyś był sam w domu i czułbyś, że jeszcze
ktoś tam jest, w głębi duszy byłbyś przerażony. Nie widziałbyś go, ale wyczuwałbyś jego obecność,
może nawet mógłbyś go słyszeć. Wiedziałem, że coś było dookoła mnie. Dotarło do mojej
świadomości, że coś poruszało się wokoło mnie, jakby inni ludzie. Byli w tej samej sytuacji co ja, a
mimo to, docierały do mnie słowa: “Zamknij się, synu. Nie ruszaj się. Nie zakłócaj naszego
spokoju. Zamknij się. Zasługujesz, aby tu być”. Słyszałem dookoła mnie jakby głosy dobiegające z
ciemności. Pomyślałem: “Gdzież u licha jestem? Tu jest jak w piekle!”. Tak się czułem, no wiecie,
“nie ruszaj się, nie gadaj, nie oddychaj”. “To jest na pewno piekło! Co się dzieje?”. W głębi serca
byłem przerażony.
Ludzie kojarzą piekło z imprezami i wspaniałą zabawą. Ja też tak myślałem. Kiedyś myślałem:
“Tam możesz robić wszystko to, czego tutaj nie wolno ci robić, czego ci się zabrania. Bóg nie jest
wesoły, on chce, żebyś był nieszczęśliwy”. To są bzdury, kompletne bzdury. Piekło jest najbardziej
przerażającym miejscem jakie sobie można wyobrazić. Ludzie nie mogą tam zrobić nic z tego,
czego pragną ich złe serca. Tam nie ma też przechwalania się. Ludzie szybko zdają sobie sprawę, że
tam nie ma o czym mówić. Pustka. Komu możesz tam opowiadać, że gwałciłeś, mordowałeś,
rabowałeś, że robiłeś to wszystko. Kogóż to chłopcze tam obchodzi, że robiłeś to czy tamto. Ci,
którzy tam trafiają, szybko zdają sobie sprawę, że tam nie ma o czym mówić, naprawdę nie ma o
czym. Oni wiedzą, że zbliża się dzień sądu. Tam nie ma poczucia czasu. Oni nie mogą ci
powiedzieć, która jest godzina. Oni nie mogą ci powiedzieć, czy są tam od 10 minut, od 10 lat czy
od 10 tysięcy lat. Dlaczego? Bo nie ma tam żadnego odniesienia do czasu. To jest przerażające
miejsce. Biblia mówi, że są dwa królestwa: królestwo ciemności, rządzone przez szatana i
Królestwo Światłości. Juda w swoim liście pisze, że piekło zostało przygotowane dla aniołów,
którzy stali się nieposłuszni wobec Boga. Piekło zostało przewidziane dla nieposłusznych aniołów,
a nie dla człowieka. To jest najbardziej przerażające, najstraszliwsze miejsce w jakim byłem i
wiem, że nawet mojemu największemu wrogowi nie życzyłbym, aby poszedł do piekła. Gdyby
ludzie wiedzieli, czym jest piekło, nigdy, przenigdy, nie chcieliby tam iść.
Zdawałem sobie sprawę, że byłem w piekle i nie miałem pojęcia, jak się stamtąd wydostać. Ale
przecież zanim umarłem, modliłem się i powiedziałem: “Boże, przebacz mi moje grzechy”.
Zacząłem wołać do Boga: “Boże, dlaczego tutaj jestem? Przecież prosiłem cię o przebaczenie.
Dlaczego tutaj jestem? Przecież zwróciłem ku Tobie moje serce. Dlaczego tutaj jestem?”. Nagle,
olśniewająca światłość oświetliła mnie i dosłownie wyciągnęła mnie z ciemności. Biblia mówi, że
światłość zajaśniała w ciemności, zajaśniała nad tymi, co chodzili w cieniu śmierci i w ciemności.
Widziałem tę nieprawdopodobną światłość, która dosłownie mnie wciągnęła. Byłem szczęśliwy w
moim sercu, że opuszczam to piekło ciemności. Zostałem stamtąd wyrwany tylko dlatego, że przed
śmiercią pokutowałem. W piekle nie możesz już pokutować, możesz to jedynie zrobić zanim
umrzesz. W piekle nie możesz modlić się, aby je opuścić. Nikt na ziemi nie może się wtedy o ciebie
modlić, nikt. Biblia naucza, że musisz to zrobić sam. Nikt nie może swoją modlitwą wyciągnąć z
piekła dusz, które tam odeszły. Aby tam nie trafić, musiałyby same pokutować. Mówię to, bo
wierzę, że Bóg chce, abym się o tym z wami podzielił.
Uniosłem się i trafiłem na coś, co wyglądało jak otwór, albo wąskie przejście. Biblia mówi, że
wąska jest droga, która prowadzi do Królestwa Bożego i niewielu jest tych, którzy ją znajdują,
ponieważ wielu odnajduje szeroką drogę, która prowadzi na zatracenie. Ja znalazłem to wąskie
przejście. Gdy zostałem tam wciągnięty, spojrzałem na koniec tego przejścia, czy tunelu, i
zobaczyłem źródło wszechświata. Wyglądało to dosłownie jak źródło wszelkiej mocy i wszelkiego
światła, jak centrum wszechświata. Było to bardziej promieniste niż Słońce, bardziej olśniewające
niż jakikolwiek klejnot, nawet bardziej promieniste i zadziwiające niż światło laserowe. Było
niesamowicie intensywne, a jednak można było na to patrzeć. Jak tak się przyglądałem, zostałem
dosłownie przyciągnięty, tak jak ćma jest przyciągana przez blask światła. Byłem wciągany do tego
źródła i jak się do niego zbliżałem, zaczęły się z niego wydobywać fale światła. Pierwsza fala, która
mnie uderzyła, przyniosła całkowite odprężenie i ciepło. W głębi ducha westchnąłem z ulgą. Jak
zbliżałem się do tego żródła, przypłynęła do mnie fala intensywnego światła. Uderzyła mnie i
odczułem całkowity pokój w każdej części mojego ciała.
Gdy chodziłem do szkoły czytywałem poezje, od Keats’a do Shakespeare’a, próbując znaleźć
wewnętrzny pokój. Próbowałem alkoholu, sportu, związków z kobietami, narkotyków. Szukałem
zapomnienia nawet w nauce. Wszystkiego próbowałem, aby znaleźć pokój w moim życiu, ale nigdy
go nie znalazłem. Jeśli go odczuwałem, były to tylko przelotne, przemijające sekundy, czy minuty.
Czasami, gdy miałem szczęście odczuwałem pokój i zadowolenie przez parę godzin. Ale ciągle
były to tylko przemijające chwile. Teraz, miałem całkowity pokój. W głębi serca pomyślałem: “To
jest niewiarygodne. Ta światłość, ta czysta, biała światłość emanuje z siebie uczucia. Odczuwam
pokój, naprawdę odczuwam go”. Jak się tak zbliżałem, pomyślałem: “Jestem w świetle, ciekawe,
jak ja wyglądam? Nie mogłem dostrzec mojego ciała tam w ciemności, ale może tutaj zobaczę, jak
wyglądam”. Więc spojrzałem i dostrzegłem rękę ze światła. Było to niezwykłe, bo była ona z tego
samego światła, które wydobywało się ze źródła w oddali. Byłem dosłownie formą światła.
Gdy tak się zbliżałem, uderzyła mnie fala radości. Zamieszkała we mnie niewiarygodna radość.
Pomyślałem: “Dokądkolwiek idę, to jest fantastyczne!”. Mój umysł nie był w stanie pojąć, dokąd
szedłem. Wierzcie mi, moje słowa absolutnie nie są w stanie wyrazić tego, co widziałem. Byłem
teraz na końcu tunelu, i stałem wyprostowany przed tym źródłem wszelkiej światłości i mocy. To
niesamowite światło wypełniało całe moje pole widzenia. Nasunęła mi się wtedy myśl: “emanacja”,
wiecie, wtedy jeszcze nie myślałem jak chrześcijanin. Dopiero potem pojawiła się druga myśl:
“chwała”. Pomyślałem: “To jest po prostu wspaniałe”. Czasami oglądamy obrazy z Jezusem, na
których ma on małą aureolę dookoła swojej głowy. Czy widzieliście takie obrazy? Jezus Chrystus,
który umarł, a potem powstał z martwych i wstąpił do nieba, i zasiadł po prawicy Ojca na
wysokości, jest wywyższony. On jest otoczony niedoścignioną światłością i chwałą. On jest Królem
Chwały, Księciem Pokoju, Panem Panów, Królem Królów.
Wierzę, że to, co oglądałem, było chwałą Boga. Stary Testament mówi, że Mojżesz wszedł na górę
Synaj, gdzie przebywał przez 40 dni i widział chwałę Boga. Gdy zszedł z góry, jego twarz jaśniała.
Jego twarz jaśniała chwałą Boga i Mojżesz musiał włożyć zasłonę na twarz, bo inaczej ludzie
baliby się go. On widział chwałę Boga, światłość Boga. Paweł też był oślepiony tym jaskrawym
światłem na drodze do Damaszku. Ja też widziałem tę niesamowitą światłość i chwałę. Stałem tak i
w głębi serca pomyślałem: “Czy to jest ta moc, o której Buddyści czy Hindusi mówią: <<Niech
moc będzie z tobą>>, czy też jest to realna, żyjąca osoba? Czy w tym jest osoba?”. Gdy tak się
zastanawiałem, jakbym natychmiast usłyszał odpowiedź: “Ian, czy pragniesz wrócić?”. Dostałem
więc odpowiedź na moje pytanie: “Czy tam jest osoba?”, ale jednocześnie powstało drugie pytanie:
“Czy chcesz wracać?”. Zastanawiałem się: “Gdzie ja jestem?”. Obejrzałem się za siebie i
dostrzegłem tunel wiodący do tamtej ciemności. Pomyślałem: “Gdzie ja jestem?” Myślałem, że
byłem z powrotem w moim łóżku w szpitalu. Myślałem, że to był tylko sen. “Czy to jest
prawdziwe? Czy ja, Ian, istotnie stoję tutaj? Czy to naprawdę się dzieje?” Wtedy, Pan ponownie do
mnie przemówił: “Czy pragniesz wrócić?”. Pomyślałem: “Chyba tak. Chcę wrócić tam, skąd
przyszedłem. Chcę wracać. Nie wiem, gdzie jestem. Wyślij mnie z powrotem do domu. Chcę
wrócić do szpitalnego łóżka”. Wtedy Pan przemówił do mnie kolejny raz: “Jeśli pragniesz wrócić,
musisz wszystko widzieć w nowym świetle”. W tym samym momencie jak słyszałem słowa
“…widzieć w nowym świetle”, coś trzasnęło.
Pamiętam jak mi kiedyś pokazano w Piśmie słowa: “Jezus jest światłością świata”. W innym
miejscu Pisma, w Pierwszym Liście Jana 1:5, jest napisane: “Bóg jest światłością i nie ma w nim
żadnej ciemności”. Zastanawiałem się nad tymi słowami. Ktoś dał mi kiedyś kartkę na Boże
Narodzenie z tymi fragmentami z Pisma: “Jezus Chrystus jest światłością świata. Bóg jest
światłością i nie ma w nim żadnej ciemności”. Ja właśnie wyszedłem z ciemności, a tutaj nie było
żadnej ciemności. Pomyślałem: “To jest Bóg! On jest światłością. To musi być Bóg! Co ja tu robię
stojąc przed Tobą, ja, brudny grzesznik? Jak ja mogę stać przed Twoim obliczem?”. Nagle, zdałem
sobie sprawę, że On wszystko widzi. On widział moje życie jak w otwartej księdze. Zdałem sobie
sprawę, że musiałem być dla niego przezroczysty, bo On wiedział wszystko o czym pomyślałem.
Nie mówiłem do niego, tylko to odczuwałem, odbywało się to w moich myślach. Pomyślałem: “On
dokładnie widzi, co się dzieje. On wie wszystko, co się zdarzyło”. Chciałem się wycofać, znaleźć
jakąś skałę i wpełznąć pod nią. Chciałem się oddalić sprzed jego oblicza.
Gdy zapragnąłem wycofać się, uderzyły mnie fale światłości. Fala za falą, wiele fal. I zgadnijcie, co
to były za fale. One były czystą, niezmąconą, niepowstrzymaną, niezasłużoną miłością.
Odczuwałem miłość. Od lat nie czułem miłości. Ostatni raz odczuwałem miłość, jak byłem mały.
Gdy wyszedłem z domu w szeroki świat, szybko odkryłem, że nie ma w nim wiele miłości. Nie
widziałem zbyt wiele miłości. Czasami myślałem, że coś było miłością, na przykład seks. Ale to nie
była miłość, bo to mnie spalało. Seks jest szalejącym w tobie ogniem, nieokiełznaną namiętnością i
pożądaniem. Nigdy nie doświadczyłem czystej miłości. Gdy ta niewiarygodna miłość dotarła do
mnie, pomyślałem: “Nie zasługuję na nią. Spójrz na mnie. Ty znasz moje życie. Nie zasługuję, aby
być kochanym”. I wtedy uderzyło mnie jeszcze więcej fal. I dostawałem miłość, nieprzerwane fale
miłości, aż się nie zamknąłem. Kiedy odzyskałem równowagę, pomyślałem: “Ciekawe, czy
mógłbym cię zobaczyć. Jeśli Ty mnie kochasz, to bardzo chciałbym zobaczyć, jaki Ty jesteś. Gdy
cię ujrzę, twarzą w twarz, poznam prawdę. Kto z was nie chciałby poznać prawdy? Ja chciałem
poznać prawdę. Miałem już dosyć słuchania kłamstw, oszustw, absurdów. Miałem tego dosyć.
Chciałem poznać prawdę. Byłem już wszędzie, aby znaleźć prawdę. I wyglądało na to, że nikt nie
był w stanie mi jej pokazać. Rozmawiałem z każdym, kto mógłby pokazać mi sens życia i
odpowiedzieć na pytanie czym jest prawda. Pomyślałem: “Jeśli mógłbym stanąć przed Tobą twarzą
w twarz, i poznałbym prawdę i sens życia, wtedy już nigdy nie musiałbym pytać żadnego
mężczyzny, kobiety czy dziecka, o sens życia, bo znałbym prawdę. Czy mogę?”. Ponieważ nie
słyszałem żadnego głosu sprzeciwu, wyszedłem do przodu. Wysunąłem nogę do przodu i wszedłem
w światłość.
Gdy tak postąpiłem do przodu, zacząłem dostrzegać stojącego tam człowieka. Mój wzrok przebił
się przez światłość i w jej środku dostrzegłem człowieka. Miał bose stopy i olśniewająco białe
szaty. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że jego twarz była otoczona intensywnym blaskiem. Księga
Apokalipsy najwierniej opisuje tę twarz o oczach jak płomienie ognia. Jego twarz promieniowała.
Tak bardzo promieniowała, że nie można było dostrzec jej rysów, ale widać było, że była to twarz
ludzka. Spróbowałem podejść jeszcze bliżej, aby przyjrzeć się twarzy. Kiedyś mawiałem: “Gdybym
zobaczył Boga, uwierzyłbym”. A teraz oglądałem go i wierzyłem. Gdy tak próbowałem przyjrzeć
się jego twarzy, przesunął się na bok i wtedy cała chwała i światłość, które go otaczały, przesunęły
się razem z nim.
Bezpośrednio za nim, ciągnął się ten sam tunel. Widziałem przede mną coś co przypominało
przezroczyste szkło. Stałem tam i patrzyłem na nową planetę z zieloną trawą. To było tak, jakby
otworzył się przede mną nowy świat. Upajałem się nim. Widziałem błękitne niebo i rzekę, a także
góry, wzgórza i drzewa. Pomyślałem: “Tego właśnie szukałem. Piękno Nowej Zelandii nie może
się równać z tym widokiem”. Upajałem się tym wszystkim. Wszystko we mnie mówiło: “To jest
mój dom. Zjeździłem cały świat w poszukiwaniu go. Tu jest moje miejsce, tu jest raj”. Wszystko
we mnie rwało się tam. Myślę, że gdybym tam przeskoczył i postawił stopę na trawie, pozostałaby
ona nietknięta. Ta sama światłość i chwała, która otaczała Pana, otaczała także jego stworzenie.
Kiedyś czytałem w Drugim Liście Piotra, rozdział 3, a także w innych miejscach Biblii, pewien
werset, w którym Pan mówi, że ten świat będzie osądzony i zniszczony po raz drugi. Pierwszy raz
świat został zniszczony przez wody potopu. Drugi sąd, sąd ostateczny, odbędzie się przy pomocy
ognia, ale dla tych, którzy go miłują, Pan stworzył Nową Ziemię i Nowe Niebo. Jeśli chciałbyś się
dowiedzieć jak wygląda niebo, to jedź do Nowej Zelandii, która jest do niego bardzo podobna.
Dlatego też, dla większości Nowozelandczyków piekło jest czymś mało zrozumiałym. Po prostu
dlatego, że mieszkają w miejscu, które jest najbliższe ziemskiemu wyobrażeniu nieba. I mogę tak
powiedzieć, bo widziałem bardzo wiele krajów.
Ale teraz oglądałem coś lepszego niż Nowa Zelandia. To było doskonałe. W głębi serca chciałem
tam wejść i już nie wracać na Ziemię, zapomnieć o powrocie do domu. Gdy tak zamierzałem
uczynić, Pan zastąpił mi drogę. Biblia mówi, że Jezus jest drzwiami. Jeśli przez niego przejdziesz,
wejdziesz, i wyjdziesz, i znajdziesz zielone pastwiska. On jest drzwiami do życia. W Ewangelii
Jana, rozdział 10 i 14, jest napisane, że On jest drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi
inaczej jak tylko przez niego. Jest tylko jedno wąskie przejście, które prowadzi do jego Królestwa, i
niewielu je znajduje. Większość znajduje autostradę do piekła. Podszedłem do drzwi, a Pan stanął
naprzeciwko mnie i zapytał: “Ian, wybieraj, czy pragniesz teraz wrócić?”. To była trudna decyzja.
Do czego miałbym wracać? Bóg? Przecież On jest tutaj. Do tych marności, do groźby trzeciej
wojny światowej? Na Ziemi jest piekło. Tam jest tylko marność, nienawiść, źli ludzie . Nie musisz
iść do piekła, aby poznać, czym jest piekło. Wystarczy, że trochę pożyjesz na Ziemi, abyś
dowiedział się, czym jest piekło. Zastanawiałem się: “Nie jestem żonaty, nie mam dzieci, nie mam
żadnych zobowiązań. Doświadczyłem wszystkiego, co ten świat może zaoferować, i to wszystko
było nicością, śmieciem, marnością. Nie ma tam pokoju, pełni, prawdziwej satysfakcji”.
Pomyślałem: “Wchodzę. Zapomnij o powrocie”. Obróciłem się przez ramię, aby ostatni raz
zobaczyć Ziemię i powiedzieć “żegnam”.
Gdy spojrzałem za siebie zobaczyłem moją mamę. Stała kilka stóp ode mnie. Zawahałem się: “To
jest jedyna osoba na Ziemi, której będzie mi tu brakować. To jest jedyna bliska mi osoba, która
mnie na pewno kocha i akceptuje. Ona jest piękną i łagodną kobietą. Jeśli tu zostanę, ona będzie
musiała pochować kolejnego członka rodziny, jej starszego syna, a to mogłoby zachwiać jej wiarą
w Boga i zniszczyć ją”. Pomyślałem: “Jeśli tu zostanę, będzie to egoistyczne. Podczas gdy ja będę
się cieszył tu, w raju, moja mama będzie myśleć, że poszedłem do piekła. Będzie myślała, że nie
chodziłem z Panem i, że w niego nie wierzyłem. Nie będzie wiedziała, że modliłem się przed
śmiercią, że żałowałem za moje grzechy i, że przyjąłem Jezusa jako mojego Pana i Zbawcę. Nie
będzie wiedziała, że byłem w niebie i, że tam zostałem. Dostanie jedynie moje martwe ciało w
skrzyni z Mauritiusa. Pomyślałem: “Boże, jest tylko jedna osoba, dla której chcę wrócić i to jest
moja mama. Chcę jej powiedzieć, że to, w co wierzy, jest prawdą, że jest żywy Bóg, że jest niebo i
piekło, że są drzwi, że stojący tam Jezus Chrystus jest tymi drzwiami i, że tylko przez niego
możemy wejść do nieba.”
Gdy ponownie spojrzałem za siebie, zobaczyłem jak za moją mamą stał mój tata, moja siostra i
bracia, a także moi przyjaciele. Za nimi stało jeszcze wielu innych ludzi. Wtedy zrozumiałem, że
Bóg pokazywał mi, że jest wielu innych ludzi, którzy go jeszcze nie znają i nigdy go nie poznają,
jeśli im nie opowiem o tym, co mnie spotkało. Pomyślałem: “Boże, skoro już raz tu przyszedłem, i
chociaż nie wiem w jaki sposób to się stało, to z pewnością odnajdę drogę i znowu tu wrócę. Jeśli tu
raz przyszedłem, to znaczy, że mogę tu wrócić. Uczynię wszystko, aby tu wrócić”. Czy wierzycie,
że zamierzam tam powrócić? Nawet jeśliby nikt z was nie uwierzył w to, co mówię, i nikt z was nie
poszedłby za Panem, to ja nadal będę szedł za Jezusem Chrystusem. Ja nadal zamierzam wrócić do
tych drzwi i wejść do raju. Alleluja! Ja nie idę do czeluści piekielnych. Opowiadam wam o tym, bo
nikomu nie życzę, aby trafił do piekła. Pan nie pragnie, abyście tam szli. Jeśli on może mnie
kochać, a ja uczyniłem wiele złego, to znaczy, że on może kochać każdego człowieka. Jestem
pewien, że wszyscy podobnie myślimy.
Odpowiedziałem: “Boże, ale jak ja powrócę do mojego ciała? Przez ten sam tunel i tamtą
ciemność? Jak ja mogę wrócić? Nawet nie wiem, jak się tu znalazłem”, a Pan odrzekł: “Jeśli
wrócisz, musisz widzieć wszystko w nowym świetle”. Rozumiałem, że będę musiał widzieć jego
oczami. Kto chciałby widzieć oczami Jezusa? Kto chciałby widzieć oczami czystej miłości, pokoju,
całkowitego przebaczenia, oczami pełnymi otuchy i radości? Modliłem się: “Panie Jezu, chcę mieć
twoje oczy. Chcę widzieć twoimi oczami miłości. Chcę widzieć ten świat tak, jak Ty go widzisz,
chcę go widzieć oczami wieczności. Pomyślałem: “Chcę tam iść. Chcę zanieść na Ziemię Boga i
jego Miłość. Ale jak ja powrócę? Nie wiem, jak wrócić”. Wtedy Pan rzekł: “Ian, pochyl głowę. A
teraz, otwórz oczy i spójrz”.
Otworzyłem oczy i pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem był lekarz, który unosił moją stopę w
powietrzu i kłuł ją skalpelem. Pamiętam jak mu się przyglądałem. To było straszne. Pomyślałem:
“Cóż on takiego robi z moją stopą? Traktuje mnie jak kawał mięsa”. Wyglądało na to, że nie
zwracał na mnie uwagi. Nie zważał na to, że go obserwowałem. Gapiłem się tak na niego w
zdumieniu, zastanawiąjąc się: “Co się stało? Gdzie ja byłem?”. Nagle obrócił się i utkwił we mnie
wzrok. Na jego twarzy malowało się przerażenie i zdumienie. Pomyślałem: “Ten facet pewnie
myśli, że ja nie żyję. Ale ja nie umarłem, ja żyję”. Gapił się na mnie, a jego oczy zatrzymały się na
moich oczach jakby sprawdzał, czy ja żyję. Zamarł, wpatrując się we mnie. Pamiętam, jak się
wtedy zastanawiałem, czy mam dość sił, aby obrócić głowę w drugą stronę. Spróbowałem ruszyć
głową. Poruszyła się. Uniosłem się i poczułem jak jakiś płyn spłynął z mojego lewego oka. Ku
mojemu zdumieniu dostrzegłem w drzwiach głowy lekarzy i pielęgniarek. Wszyscy oni tłoczyli się
u wejścia i gapili się na mnie. Ich twarze zdradzały przerażenie, strach i zdumienie. Pomyślałem:
“Pewnie oni też myślą, że umarłem, ale przecież ja żyję. Co się stało?”. Gdy tak leżałem, musiałem
walczyć z różnymi myślami: “Jeśli naprawdę umarłem, to gdzie byłem? Czy to było piekło, tam
gdzie byłem na początku? Czy potem byłem w niebie? Czy ten, którego widziałem, był Jezusem?
Czy to był Bóg?”. Pomyślałem: “Jeśli to jest prawda, jeśli to, co widziałem, było rzeczywiście
doświadczeniem śmierci, to całe moje życie musi się zmienić. Już dłużej nie mogę żyć tak, jak
żyłem do tej pory. Muszę zmienić moje życie”. Musiałem walczyć w mojej duszy, aby uwierzyć i
przyjąć, że to wydarzyło się naprawdę. Walczyłem, aby zaakceptować, że to było realne. Wszystko
przemawiało za tym, że to się rzeczywiście wydarzyło, że odszedłem i wróciłem. Leżałem tak pełen
wątpliwości i w końcu uznałem, że to musiało wydarzyć się naprawdę.
Lekarz manipulował przy kroplówce, potrząsając w zdumieniu głową. Ciągle byłem sparaliżowany.
Wtedy pomyślałem: “Boże, jeśli powróciłem, jeśli przywróciłeś mi życie …”. Wyglądało na to, że
byłem martwy przez dość długi okres czasu, blisko 15 minut. Z mojego doświadczenia
ratowniczego wiem, że jeśli przywróci się człowieka do życia po czasie dłuższym niz 6 minut od
chwili, gdy zapadł w stan śmierci klinicznej, to będzie on sparaliżowany przez resztę swojego
życia. Leżałem tak zastanawiając się: “Nie chcę być sparaliżowany i tak leżeć przez całe życie”,
więc modliłem się i z głębi serca zawołałem: “Boże, jeśli już tutaj wróciłem, to przywróć mi
zdolność poruszania się”. Wtedy, górna część mojego ciała zaczęła się rozgrzewać. Zaczynałem
odzyskiwać czucie. Ale dolna część mojego ciała była jeszcze ciągle sparaliżowana. Więc dalej się
modliłem. W pewnym momencie dolna część mojego ciała zaczęła odzyskiwać czucie. To było
niewiarygodne. Ciągle jednak nie czułem żadnego bólu. Lekarze pytali mnie, czy coś czuję, ale ja
nadal nie czułem bólu. We wczesnych godzinach porannych, gdy ciągle jeszcze modliłem się
wierząc, że Bóg uczyni cud, zacząłem odczuwać ból. Pierwszy raz poczułem go, gdy lekarz wbijał
igłę. To była już trzecia czy czwarta butelka kroplówki i odczułem ból jak wbijał igłę w moją żyłę.
Tuż przed świtem poczułem również ból w stopach. Całe moje ciało odzyskało czucie i czułem ból.
Pamiętam jak tak siedziałem i badałem każdą część mojego ciała, aby sprawdzić, czy się porusza.
Byłem całkowicie uzdrowiony. Opadłem na poduszkę i zastanawiałem czy mogę zamknąć oczy. Na
myśl o tym ogarniało mnie przerażenie. Bałem się, że znowu gdzieś odpłynę. Na chwilę zamknąłem
najpierw lewe, a potem prawe oko, ale nic się nie wydarzyło. W końcu zamknąłem moje oczy na
kilka sekund i otrząsnąłem się pełen strachu, że znowu gdzieś odpłynąłem. Pamiętam, że była
godzina ósma rano jak zamknąłem oczy i zapadłem w bardzo głęboki sen. Byłem wyczerpany.
Wiedziałem, że zostałem uzdrowiony. Spałem przez cały dzień i obudziłem się późnym
popołudniem. Spostrzegłem, że zabrano kroplówkę, a obok mojego łóżka leżała kromka chleba.
Gdy przewróciłem się na drugi bok i wyjrzałem przez okno, zobaczyłem Simona i jeszcze jednego
kolegę, jak patrzyli na mnie. Simon był blady, przerażony, z obłędem w oczach. Myślę, że był
wstrząśnięty widząc, że jeszcze żyję. Nie mieli pojęcia przez co przeszedłem. Weszli przez okno i
zaczęli mnie wypytywać.
Chciałem im opowiedzieć, co mi się przytrafiło, ale nie mogłem im zbyt wiele wyjaśnić.
Powiedziałem tylko: “O mało co nie umarłem. Myślę, że na pewno umarłem. Nie wiem co się
dzieje”. Spojrzeli na mnie i spytali: “Czy teraz dobrze się czujesz?”. Odpowiedziałem im, że tak.
Wtedy oni rzekli: “Zabieramy cię stąd. Zabieramy cię do domu. Będziemy się tobą opiekować”.
Tak więc wbrew mojej woli podnieśli mnie z łóżka. Broniłem się: “Nie, nie. Zostawcie mnie.
Lekarze chyba wiedzą, co robią”. Ale oni wzięli mnie na ręce i skierowali się do wyjścia. Po chwili
wbiegli lekarze i pielęgniarki, zatrzymali ich i powiedzieli: “Zostawcie tego człowieka. On jest pod
naszą opieką”. Lecz usłyszeli odpowiedź: “Z drogi!” i zostali odepchnięci. Powtarzałem:
“Zostawcie mnie. Oni wiedzą, co robią. Uratowali mi życie. Myślę, że też mieli udział w ratowaniu
mojego życia”, ale oni nie zwracali na mnie uwagi. Wsiedliśmy do tej samej taksówki, którą
przyjechali do szpitala. Odjechaliśmy. Wnieśli mnie do mojego domu, położyli do łóżka i poszli
oblewać mój powrót. Gdy tak leżałem tej nocy, poczułem silną depresję duchową i ogarnęła mnie
ciemność. Złe moce walczyły przeciwko mnie, ale ja trwałem przy Panu. Przylgnąłem do Jezusa i
wszystkiego, co znałem i modliłem się. Od tamtego dnia modlę się codziennie.
Odleciałem do Australii. Zacząłem dostrzegać, że moje życie zmienia się. Nie chciałem już chodzić
na imprezy, nie chciałem pić, ani palić. Nie chciałem uganiać się za kobietami. Zniknęło nawet
moje pragnienie, aby uprawiać surfing. To było niewiarygodne, bo surfing był jedną z moich
największych miłości. Spędziłem jakiś czas z moim bratem w Australii, po czym odleciałem z
Sydney do Nowej Zelandii. Gdy leciałem do Nowej Zelandii słuchałem przez walkmana pewną
grupę muzyczną o nazwie “Men at Work”. Słuchając muzyki modliłem się: “Boże, kim ja teraz
jestem? Wszystko w moim życiu zmienia się. Nie pragnę już robić tego, co kiedyś sprawiało mi
przyjemność. Widzę zło i już więcej nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Nie chcę robić tego, co
dotychczas robiłem. Stale się modlę i całe moje życie zmienia się. Co mam robić? Kim jestem?”.
Nagle usłyszałem głos mówiący: “Jesteś nowonarodzonym chrześcijaninem”. Szybko ściągnąłem z
głowy słuchawki i obejrzałem się za siebie, aby zobaczyć, kto do mnie mowił, ale nikogo za mną
nie było. Pomyślałem więc: “Nowonarodzony chrześcijanin. Co to znaczy?”. Włożyłem okulary
przeciwsłoneczne, i przez całą drogę do Auckland zastanawiałem się, co to znaczy być
nowonarodzonym chrześcijaninem. Nigdy wcześniej nie słyszałem tego określenia. Pomyślałem:
“Wygląda na to, że jestem chrześcijaninem. Robię wszystko to, co robi chrześcijanin. Jedyną
rzeczą, jakiej jeszcze nie zrobiłem, jest pójście do kościoła”.
Gdy przyleciałem do Nowej Zelandii, na lotnisku czekali na mnie moi rodzice. Pamiętam, jak
powiedziałem im, że jestem nowonarodzonym chrześcijaninem, nie zdając sobie do końca sprawy,
co to oznacza. Moi rodzice byli zdumieni zmianą, jaka nastąpiła w moim życiu. Zwłaszcza mój tata
dziwił się, że stałem się chrześcijaninem. Gdy przyjechaliśmy do domu, rozdałem prezenty. Byłem
zmęczony, więc poszedłem spać. Gdy mama wyszła z pokoju, zobaczyłem, że nic się tam nie
zmieniło przez te dwa lata, jak byłem poza domem. Zasnąłem i w połowie nocy obudziłem się
trochę przerażony. Pamiętam, jak się modliłem: “Boże, co mam dalej robić?”, a On odpowiedział:
“Ian, musisz czytać Biblię”. Odrzekłem: “No dobrze, ale ja nie mam Biblii”. Pan odpowiedział:
“Twój tata ma. Idź i poproś go teraz o Biblię”. Tak więc wstałem, poszedłem do taty. Zapytał mnie:
“Dlaczego wstałeś? Czy coś potrzebujesz?”. Poprosiłem go wtedy o Biblię, a on dał mi swój Stary
Testament. Wróciłem do mojego pokoju i zacząłem czytać.
Zacząłem od pierwszego rozdziału Księgi Genesis. Pierwszy werset brzmiał tak: “Na początku Bóg
stworzył niebo i ziemię”, a następny: “A ziemia była pustkowiem i chaosem; ciemność była nad
otchłanią, a Duch Boży unosił się nad powierzchnią wód”. Pomyślałem: “Wspaniale! Bóg ma
ducha, a ciemność, to zło. Widziałem tą ciemność”. W wersecie trzecim jest napisane: “I rzekł Bóg:
Niech stanie się światłość. I stała się światłość”. Pomyślałem: “To prawda. Widziałem tą światłość.
Widziałem, że ta światłość jest dobra, że jest nieprawdopodobnie dobra”. Biblia mówi także, że
Bóg oddzielił światłość od ciemności. Znowu pomyślałem: “Widziałem to oddzielenie. Widziałem
królestwo ciemności. Widziałem też Królestwo Światłości. I widziałem przejście pomiędzy nimi”.
Zacząłem wtedy płakać, myśląc: “Przez całe lata studiowałem na uniwersytecie, ale nigdy nie
czytałem Biblii”. Płakałem i modliłem się: “Boże, chcę ciebie poznać. To słowo, które czytam, jest
prawdą. To jest Boże Słowo”. Czytałem kolejne rozdziały Biblii do wczesnych godzin porannych.
Czytałem Biblię codziennie przez następne sześć tygodni. Przeczytałem całą Biblię, od początku do
końca, od Księgi Genesis do Objawienia Jana. Gdy doszedłem do Nowego Testamentu,
dowiedziałem się, że Jezus jest światłością świata. W nim możemy mieć przebaczenie i w nim
możemy zostać całkowicie oczyszczeni. Przez Jezusa możemy przyjść do Boga Ojca. To było
wspaniałe uświadomić sobie, że moje grzechy zostały przebaczone, że Bóg wysłuchał mojej
modlitwy, gdy umierałem tam w ambulansie. Dzięki mojej modlitwie do Jezusa moje życie zostało
ocalone, bo ci, którzy wzywają imienia Pana, będą zbawieni. Gdy wołałem z głębi mojego serca,
prosząc Boga o przebaczenie, Pan wysłuchał mnie i wybawił od piekła. Nie płakałem od dwunastu
lat, ale gdy to sobie uświadomiłem, zacząłem płakać. Płakałem tak, jakby wylały się wszystkie łzy i
ból zgromadzone we mnie przez te lata. To było jak oczyszczenie. To było nieprawdopodobne
uzdrowienie i nieprawdopodobna obecność Pana.
Pewnego dnia poproszono mnie, abym przyszedł do kościoła. Wtedy pomyślałem: “Ostatni raz, jak
byłem w kościele, nie było tam Boga”. Ale Bóg chciał, abym poszedł do kościoła. Gdy wjeżdżałem
na parking, ujrzałem niesamowitą światłość wydobywającą się z kościoła. Byłem zaskoczony, bo
była to ta sama światłość, którą widziałem w niebie. Gdy wszedłem do kościoła, zobaczyłem
światłość i chwałę Boga. Poczułem tam obecność Boga. Pomyślałem: “Tu jest podobnie jak w
niebie. Widzę tę samą światłość i czuję tę samą miłość”. Pastor chciał się za mnie modlić, więc
poprosił, abym wyszedł do przodu. Gdy wyszedłem, odczułem nieprawdopodobną miłość. Pastor
wyciągnął ręce i powiedział: “Bracia, módlmy się. Módlmy się za tych, którzy wyjdą do przodu”. I
wtedy bracia i siostry wyciągnęli ręce, i poczułem jak wylała się na mnie ich miłość. Czułem, jak
ogarniała mnie akceptacja, przebaczenie i obecność Bożej Miłości. Pomyślałem w duchu: “Gdyby
ci ludzie wiedzieli ile zła uczyniłem, na pewno nie kochaliby mnie. Jak oni mogą mnie kochać?
Gdyby tylko wiedzieli, co ja robiłem, jaki naprawdę byłem, nie kochaliby mnie”. A pomimo tego
kochali mnie. To było niesamowite. W pewnym momencie podszedł do mnie pastor i zaczął modlić
się za mnie. Gdy wylały się na mnie Światłość i Miłość Boża, poczułem jakbym znowu był w
niebie. Wtedy pomyślałem: “Mogę mieć cząstkę nieba tu, na Ziemi. Już tu, na Ziemi mogę
doświadczać światłości, obecności i chwały Boga”.
Wiedz, że jak codziennie będziesz chodził z Panem i jak otworzysz przed nim swoje serce, jego
obecność, Miłość i Duch Święty otoczą cię i napełnią. Otoczą cię i dadzą ci nieprawdopodobny
pokój i radość. Chodzę z Panem od prawie siedmiu lat i zapewniam cię, że najwspanialszą rzeczą
jaką możesz zrobić, jest spotkać Chrystusa i chodzić z nim. Dziękuję, że wysłuchaliście mojego
świadectwa. Modlę się, aby Bóg dotknął waszych serc, abyście otworzyli się na jego Miłość i
poddali swoje życie Jezusowi Chrystusowi.
AMEN

Tu można zobaczyc film o tym wydarzeniu.

http://pl.gloria.tv/?media=35240

Posted in Świadectwa | Otagowane: , , | 1 Comment »