Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Propozycja chronologiczna

    • Rok 2019 – Kryzys Rumunia
    • Rok 2020 – fałszywe traktaty pokojowe
    • Rok 2021 – Papież jedzie do Moskwy
    • Rok 2021 – Wojna
    • Rok 2022 – zwycięstwo komunistyczne
    • Rok 2023 – 10 królów
    • Rok 2024 – Antychryst
    • Rok 2025 – Sojusz z wieloma
    • Rok 2025 – Synod
    • Rok 2026 – Henoch i Eliasz
    • Rok 2028 – Ohyda spustoszenia
    • Rok 2029 – Ostrzeżenie
    • Rok 2030 – Cud
    • Rok 2031 – Nawrócenie Izraela
    • Rok 2032 – Kara
    • Rok 2032 – Odnowienie świata
    • Rok 2033 – Exodus
    • Rok 2034 – Zgromadzenie w Jerozolimie
    • Rok 3032 – Gog i Magog
    • Rok 3213 – Koniec świata
    • Nowe niebiańskie Jeruzalem.
  • Ostrzeżenie

    13 kwietnia 2029
    7,5 lat pozostało.
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Posts Tagged ‘Świadectwo nawrócenia’

Świadectwo nawrócenia czytelniczki bloga dzieckonmp

Posted by Dzieckonmp w dniu 24 października 2012

Urodziłam się w katolickiej rodzinie. Na niedzielną msze świętą chodziłam od czasu do czasu. Jak już się wybrałam to myślałam o różnych innych rzeczach i nie rozumiałam mszy świętej. Myślałam, że komunia św.to tylko symbol, pamiątka.

Moja najbliższa rodzina nie dawała mi szczęścia i poczucia miłości. Z dzieciństwa pamiętam awantury, agresję ze strony ojca i strach przed nim. Szkoda było mi mojej mamy, kiedy patrzyłam jak cierpi przez mojego tatę. Kiedyś nawet doradzałam Jej rozwód. Mój tato dużo mówił w domu o seksie a mnie wychowywano chwaląc jedynie z ładny ubiór czy urodę. Wmówiłam sobie, że nic nie jestem warta i jedynym moim atutem jest uroda. Rodzice nie rozmawiali z nami na temat wiary czy naszych uczuć. Miałam niskie poczucie własnej wartości i bardzo chciałam aby rodzice byli ze mnie dumni. Postanowiłam zostać modelką. Jednak zamiast trafić do normalnej agencji trafiłam na zboczeńca, który mnie wykorzystał. Nie udało mi się zrealizować swoich marzeń ale teraz wiem, że wtedy Bóg mnie chronił. Cieszę się, że nie dopuścił do tego mimo, że Go o to prosiłam. Gdyby mnie posłuchał na pewno bym się stoczyła.

Szybko się zakochiwałam. Szukałam ciepła ale najbardziej akceptacji. Moja młodość to pasmo popełnionych błędów i poszukiwania miłości i akceptacji. Kiedy poznałam mojego męża wydawało mi się, że w końcu znalazłam to czego szukałam. Dał mi tyle ciepła i miłości, w końcu czułam się taka szczęśliwa i bezpieczna. Niestety zaraz po ślubie mój mąż zachorował na ciężką nerwicę. Jak bardzo czułam się zdradzona i nieszczęśliwa kiedy mąż zaczął być agresywny wobec mnie. Myślałam, że wraca ten sam koszmar, od którego chciałam uciec z domu rodzinnego. Czasem wolałam już nie żyć i myślałam, żeby sobie coś zrobić. Choroba nie pozwoliła na utrzymywanie naszej bliskości i doprowadziła Go do takiego stanu kiedy nie mógł wstać z łóżka a ja musiałam Go zamknąć w szpitalu psychiatrycznym. Ciągle miałam myśl w głowie, że spotkało mnie to przez moje grzechy cielesne popełnione w młodości i muszę za nie odpokutować. Po długim leczeniu udało się Mu wyzdrowieć i nasze życie uległo stabilizacji. Wtedy skupiłam się na pracy. W tamtym okresie stała się dla mnie najważniejsza. Ponownie próbowałam udowodnić sobie swoją wartość i dając z siebie wszystko popadałam w skrajności. 

Jakiś rok temu przypadkiem trafiłam w internecie na orędzia od MBM. Od kiedy zaczęłam je czytać ujęła mnie w nich ogrom miłości, czułości i troski. Coś się zadziało w moim sercu bo codziennie ciągnęło mnie do tych świętych orędzi. Po przeczytaniu jednego z orędzi czułam ciepło w sercu, poczułam, że Jezus mnie kocha, więc jak mogłabym przestać je czytać skoro całe życie szukałam miłości ? Zrozumiałam, że Jezus umarł też za mnie. Bóg uświadomił mi popełnione grzechy. Płakałam nad swoją nędzą i głupotą kiedy zmawiałam modlitwy św. Brygidy.Wtedy stał się mój mały pierwszy cud. Kiedy tak klęczałam i płakałam poczułam jakby Jezus stał za mną i czule mnie przytulał. Poczułam, że mi wybacza i kocha mnie bezwarunkowo.

Podczas modlitwy o uzdrowienie wybaczyłam moim rodzicom i mężowi tą agresje którą mnie doświadczyli. Wyzbyłam się nienawiści, złości i agresji , którą w sobie tłumiłam. Już nie jestem nerwusem, złośnikiem a jestem spokojną pogodną osobą. Nawet jeśli bliscy sprawiają mi przykrość to staram się nie wybuchać. Wszystko dla Jezusa !

Mój mąż również powrócił do Boga, chodź na początku dziwnie na mnie patrzył kiedy nagle zaczęłam spędzać ok. pół godziny dziennie na modlitwie. Po pewnym czasie i on zaczął się więcej modlić.

Krok po kroku Jezus mnie odmieniał. Odbyłam kilka spowiedzi z całego życia. Wyciągnęłam dawno schowany krzyżyk i zaczęłam nosić na szyi. W pokoju powiesiłam obraz z wizerunkiem Pana Jezusa. Od roku jestem na każdej niedzielnej mszy świętej ( nawet jeśli jestem chora) i uczestniczę z radością i dziękczynieniem w eucharystii. Msza św. przestała być dla mnie obowiązkiem a radością, chcę spotkać się z Jezusem. Codziennie odmawiam Koronkę do Miłosierdzia Bożego oraz krucjaty modlitwy.Mam dużo obowiązków, dlatego wykorzystuję wolne momenty w ciągu dnia na modlitwę np. kiedy jadę do pracy, idę czy wykonuję coś co nie zaprząta mi umysłu. Staram się nie tracić czasu na oglądanie tv czy inne przyjemności. Wolną chwilę przeznaczam na modlitwę albo czytam religijne książki aby nadrobić brak wiedzy. Często też zaglądam na bloga dzieckonmp, gdyż znajduję tu wiele ciekawych informacji i pokrzepiających komentarzy. Mam nieustanne pragnienie służyć Jezusowi i tak postępować w życiu aby być bliżej Jego Najświętszego Serca. Chcę zasłużyć na jego miłość. Wiem, że On już mnie kocha ale czuję potrzebę aby tak właśnie postępować.

Prawie codziennie dziękuję Bogu, że dał mi tą łaskę trafić na te św. orędzia i że mnie nawrócił. Nie rozumiem tylko dlaczego mnie ?. Czemu dostałam aż tyle ?. Przecież teraz tylu ludzi na świecie potrzebuje łaski nawrócenia. Zmarnowałam tyle lat, popełniłam wiele grzechów ciężkich ale Bóg mi wybaczył. Chcę Mu służyć i dziękować. Proszę w modlitwach aby mocno trzymał mnie za rękę i abym już nigdy nie oddaliła się od Niego.

Gdybym wiedziała wcześniej jak bardzo ranię Boga i jak bardzo On mnie kocha nie popełniłabym tylu grzechów w przeszłości. Niestety wtedy wiele sytuacji wydawało mi się normalnych, bo teraz grzech jest na porządku dziennym, jest normalnością. ( Jak bardzo potrzebne jest ludziom ostrzeżenie-oświetlenie sumień…….).

Mam potrzebę dzielić się z innymi informacją o tych cudownych orędziach. Czasem to nie łatwe bo mój entuzjazm gasi dziwne spojrzenie sceptyków ale są też osoby, które rozkochały się w Bogu tak jak ja. W pracy i rodzinie otwarcie mówię o orędziach MBM i widzę jak ludzie z mojego otoczenia się odmieniają. Zaczynają się więcej modlić i chodzić do kościoła. Nawet mówią, że to dzięki mnie. Ja orędzia czytam codziennie bo dają mi siłę, pouczenie i miłość.

Chcę aby Bóg był na pierwszym miejscu w moim życiu a wszystko inne/ INNI będą na właściwym miejscu.

Tylko On daje mi pewność, że mnie nie skrzywdzić . Każdy człowiek mimo , że potrafi kochać to jest tylko grzesznym stworzeniem, dlatego może nas zranić. Bogu mogę zaufać bezgranicznie. Moja miłość do Boga trwa już rok, więc chyba mogę tak ująć, że nie jest to przelotne zauroczenie a Wielka miłość.

 

Orędzia cudownie mnie nawróciły. Słowa w nich zawarte muszą pochodzić od Boga !

 

Czy szatan chciałby abym się NAWRÓCIŁA i czy spowodowałby, że POKOCHAŁAM JEZUSA ?

Czy szatan namówiłby mnie do SPOWIEDZI z całego życia ?

Czy szatan spowodowałby u mnie gorącą POTRZEBĘ MODLITWY i przyjmowania EUCHARYSTII ?

Czy szatan wlałby MIŁOŚĆ w moje serce ?

 

Nie analizuję orędzi pod względem sprawdzalności zapowiadanych zdarzeń czy zgodności z nauką kościoła. Otwarcie serca na te orędzia dało mi największy dar – dar nawrócenia. Ja już WYGRAŁAM !

Czytelniczka bloga dzieckonmp

Bardzo proszę życzliwe osoby o przekazanie tego świadectwa ks.Adamowi. Proszę również czytelników o pisanie swoich świadectw nawróceń, świadectw zmiany życia i wysyłanie ich na maila . Ważne proszę zaznaczyć w mailu że można opublikować gdyż otrzymuję wiele świadectw bez tej zgody. Nie bójcie się pisać, nikt nie ujawni waszych danych , a dzieląc się swoim świadectwem nawracacie innych. W ten sposób wniesiecie swoją cząstkę w ewangelizację innych. Kochana czytelniczko jesteśmy z Tobą , bardzo Cie kochamy i modlimy się aby Jezus zawsze przygarniał Cie w swoje ramiona.

Dzieckonmp

Posted in Orędzia Ostrzeżenie, Świadectwa | Otagowane: | 78 Komentarzy »

Świadectwo czytelniczki M.

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 października 2012

Szczęść Boże.

Chciałam podzielić się moim  osobistym przeżyciem, dotyczącym  prawdziwości Orędzi Marii od Bożego Miłosierdzia ze strony  http://www.thewarningsecondcoming.com/ , dotyczących  Wielkiego  Ostrzeżenia, czyli oświetlenia sumień, które Bóg w swoim Miłosierdziu ześle wkrótce na każdą żyjącą obecnie duszę, aby dać ludzkości jeszcze jedną szansę ocalenia przed wiecznym potępieniem.

Gdy pierwszy raz na nie się natknęłam ( było to w Wielkim Poście tego (2012) roku – miałam wtedy pielgrzymującą  figurę Matki Boskiej Fatimskiej  w domu i dużo czasu poświęcałam na modlitwę różańcową), serce zapłonęło mi, czując , że słowa te pochodzą od Pana!

Ale po jakimś czasie opadły mnie wątpliwości tak  wielkie, męczące i natarczywe, że zaczęłam prosić Boga, aby dał mi jakiś znak, czy nie pobłądziłam i czy słowa te naprawdę pochodzą od Niego. Jak zwykle w czwartek pojechałam  na wieczorną Mszę św., Adorację i spotkanie modlitewne grupy charyzmatycznej,. W czasie modlitwy nade mną, złożyłam Panu w duchu swą osobistą intencję, prosząc o znak.  Jeszcze w trakcie trwania modlitwy, poczułam intensywne ciepło w kręgosłupie i natychmiast ustąpił dokuczliwy ból krzyży, trwający bez przerwy od prawie trzech tygodni!

Ale to jeszcze nie koniec tej historii…Wtedy nie odebrałam tego jeszcze, jako wymodlonego znaku, choć powinnam była! Po powrocie do domu jeszcze raz padłam na kolana w modlitwie, prosząc by Pan przez Pismo św. odpowiedział na moje pytanie i rozświetlił moje ciemności.

Oto, co mi się “otworzyło” i wprost wyskoczyło przed oczy: Psalm 106:32:

“Rozdrażnili Go znowu przy wodach Meriba”

Poszłam dalej za odsyłaczem do Księgi Wyjscia17, 1-7. Przeczytałam cały ustęp o szemraniu Izraelitów,  a pod koniec smagnęły mnie słowa:

“I nazwał to miejsce Massa( kuszenie) i Meriba (kłótnia),

ponieważ tutaj kłócili się  Izraelici

i wystawiali Pana na próbę, mówiąc : Czy też Pan jest rzeczywiście wśród nas czy nie?”

Pan udzielił mi surowej reprymendy i dziękuję  Mu za to, że wysłuchał mojej modlitwy i dlatego z pełną świadomością powagi tychże Orędzi, przekazuję  je  innym, abyśmy nie tracili ducha i nadziei w tych trudnych, ostatecznych czasach, które nadeszły i  w obliczu trudności, które nas jeszcze czekają.

 

Ps. Bardzo  prosze Boga, aby to swiadectwo dotarlo do ks.Swarczynskiego, ktorego bardzo cenie i szanuje oraz  wierze, iz jego negatywna opinia wynika tylko z tego, ze nie czytal tych oredzi od poczatku (moim skromnym zdaniem – powinien znalezc na to czas) a jedynie polega na opinii innych, ktorzy je tendencyjnie i wyrywkowo przegladaja, tylko po to, aby je zdyskredytowac.

Jedynie serce – naprawde szukajace, zbolale, ciche,ufne, pokorne i otwarte szeroko na Boga moze je przyjac.

 

CHWAŁA PANU NASZEMU JEDYNEMU KTÓRY BYŁ, KTÓRY JEST I KTÓRY PRZYCHODZI!

Napisała M.

Bardzo proszę czytelników o pisanie na maila świadectw nawrócenia jak i wzrostu wiary. Trzeba wiedzieć że świadectwa są najlepszym sposobem ewangelizacji. Wiem że wielu z Was się boi bo szatan jak lew ryczący krąży aby nas pożreć. Szatan ten krąży bo nie może sobie darować te idące w tysiące nawrócenia o których ja wiem od czytelników bloga. Dlatego zrobi on wszystko aby wyśmiać , z błotem zmieszać widzącą jak i nas czytających. Ale bądźcie pewni że już niedługo zobaczycie jak Bóg zwycięża a z Nim każdy kto zaufał Jemu. Jezu kocham Cię i proszę nie opuszczaj nas na krok, bądź zawsze obok nas.

Dzieckonmp

Posted in Orędzia Ostrzeżenie, Świadectwa | Otagowane: | 46 Komentarzy »

Świadectwo czytelnika bloga

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 października 2012

Księże Adamie i jeśli są prawdziwi inni to do nich też niech dotrze to świadectwo. To dla tych nawróconych a jest ich bardzo wielka ilość będę tak jak obiecał mi ksiądz Adam cierpiał zniewagi i oszczerstwa. Zakładając bloga  właśnie to było moim celem , pomóż pisanymi tekstami zbliżyć się młodym do Jezusa, zakochać się w Nim, zakochać się w Matce Bożej. Szanuję was gdyż jesteście zastępcami Chrystusa na ziemi, ale to nie znaczy że muszę się z wami zgadzać gdyż jesteście tak samo ludźmi popełniającymi błędy. Zbyt mocno zaufaliście pewnym osobom które mają w sercu nienawiść , dlatego  taka a nie inna wasza postawa. Proszę wszystkich życzliwych o dostarczenie tym księżom świadectwa wszystkich czytelników które tu umieszczaliśmy. Niech troska o zbawienie wszystkich będzie najważniejszym celem naszych działań a nie szerzenie nienawiści. Nie zadajmy tym którzy się nawracają bólu niezrozumienia,n nie pokazujmy że katolicy są pełnymi jadu i nienawiści.

Dzieckonmp.

Witam serdecznie was wszystkich bywalców bloga Dziecko Królowej Pokoju , która  ta strona pozwala nam wzrastać duchowo..

Jestem chłopakiem przed 30 i chciałbym wam opowiedzieć w skrócie  w formie pisanej moje świadectwo. Zacznę  od początku urodziłem się jako 3 dziecko moich rodziców, byłem najmłodszy stad od najmłodszych lat poświęcano mi sporo uwagi czy to od rodzeństwa czy od rodziców. Rodzina moja nie była bogata, mój tato i moja mama pracowali ale nie były to prace przynoszące dochody dające godziwe życie. Nie pomagał tez mój tata, który często pił alkohol, gdy przychodził dzień wypłaty to część przeznaczał na alkohol. Moja mama nie miała w tamtym okresie dobrego życia. Z opowieści wiem ze czasami brakowało pieniędzy na jedzenie. Jako dziecko nie miałem dużo zabawek, ciuchów czy innych rzeczy jakie małe dziecko mieć powinno. Ale nie zrażałem się tym. Okres podstawówki pamiętam w dwojaki sposób. Pierwszy to pierwsze klasy, gdzie miałem sporo kolegów wszystko szlo dobrze. Problemy zaczęły się w dalszych klasach, gdzie można rzecz należałem do tej gorszej części klasy czy tez szkoły tzw łobuziaków. Mimo to że do nich należałem to byłem także w jakimś sensie poniżany przez silniejszych, co zaowocowało na latach dojrzewania. W szkole średniej zaczynałem szukać akceptacji u silnych grup z zasadami. Popadłem w złe towarzystwo, gdzie podstawowe motto brzmiało: „Ulica mym domem a ziomki rodziną”. Popadłem w nałogi: papierosy, alkohol, narkotyki, później doszło do zniewolenia w sferach seksu. Zacząłem oglądać pornografie w połączeniu z narkotykami czy alkoholem to szatan w tej kwestii posiadł moja dusze. Od dziecka kochałem sport a szczególnie piłkę nożną. Trenowałem w klubie ale tylko na papierze. Bo zamiast trenować i realizować  marzenia z dzieciństwa o grze w zawodowym futbolu to trenowałem nadużywanie alkoholu i narkotyków. Byłem łobuzem, kibolem, uczestniczyłem czasem w bójkach, gdzie do tej pory na twarzy widać blizny z tych zajść. Wiele razy dochodziło do tego że spałem w krzakach we własnych rzygowinach. Na narkotykach szatan w mawiał mi w moja podświadomość, ze jestem zerem, że nikt mnie nie kocha, po co żyć. Faktycznie czasem zadawałem sobie pytanie PO CO JA ŻYJE ?! Żeby zdobyć pieniądze na melanż wynosiłem z domu różne rzeczy, zdarzało się że coś się ukradło ludziom. Bywało tak, że okradaliśmy z kolegami markety. Niestety nie tylko to było moim źródłem dochodów, które były przeznaczone na imprezy, innym była handel narkotykami. Nie trwało to długo ale było to częścią w moim życiu. Oczywiście ja na tym nie zarabiałem tylko po prostu część działki sprzedawałem a część zażywałem, gdzie i tak zostawałem na kresce i zdarzyło się, że byłem ścigany za długi u handlarza. Moje życie w to było dragi, alkohol, kobiety, hazard i wszystko co najgorsze. W 2005 roku przeżyłem wypadek samochodowy, pijani jechaliśmy z nożami i kijami na zadymę. Być może gdyby nie ten wypadek to by stała się tragedia. Przy prędkości ok. 100 km/h wypadliśmy z drogi mijając o centymetry hydrant i po dachowaniu zatrzymaliśmy się centymetry od betonowego muru. Nikomu nic groźnego się nie stało.Cud ?  Miałem wielu nazwijmy to przyjaciół, i często zmieniałem towarzystwo.   Na domiar złego po jednej ostrej popijawie zginął potracony przez Tira  kolega. Nawet przez niektórych byłem nazwany morderca. Straszne to było uczucie na pogrzebie spojrzeć w twarz rodzicom tego kolegi. Popadłem wtedy w alkoholizm, piłem kilka  miesięcy dzień w dzień pod sklepem czy gdzie mnie nogi poniosły.  To był okres w moim życiu kiedy czułem straszna pustkę. Wiele osób w takim stanie popełniało samobójstwa.  Miałem kochana mamę, która się modliła za  mnie i za cała moją rodzinę. No i można powiedzieć  ze wtedy zacząłem odzywać się do Boga. Często niestety będąc pijanym, w nocy szedłem gdzieś z dala od osiedla i płakałem sam do siebie ale i do Boga prosiłem o dziewczynę, która mnie pokocha i wyrwie mnie z tego życiowego marazmu. Chciałem by to był mój anioł stróż. No i ponad rok później poznałem tego anioła stróża. Zaakceptowała mnie i pokochała i dzięki niej zerwałem stopniowo z nałogami, w tym sensie, że już nie miałem takich maratonów w piciu i zdecydowanie nie miałem zgody na imprezowanie z kolegami. Oczywiście ja to robiłem, kłamiąc Ją niesamowicie. Wiele ze mną przeżyła ta dziewczyna, podobnie z reszta jak moja mama. W tym czasie Pan Bóg zesłał na mnie chorobę, przy której nie mogłem pić a tym bardziej zażywać narkotyków. Byłem zdołowany tym faktem. Dzięki tej chorobie rzuciłem na narkotyki, lecz z alkoholem się na stałe nie rozstałem. Potrafiłem  długim czasem nie pić ale w końcu od czego jest szatan ? koledzy wyprowadzali na manowce w dalszym ciągu. Moja dziewczyna studiowała i mieszkała w dużym mieście.  Ja mieszkałem w małej miejscowości i do tego byłem cały czas bezrobotny. Postanowiłem wyjechać do dziewczyny i  z nią zamieszkać. Znalazłem prace i tak sobie żyliśmy bez ślubu i radowaliśmy tym szatana.  Często się kłóciliśmy. Ja czasami uciekałem do alkoholu i właśnie w trakcie jednej nocy gdy byłem pijany zdradziłem  dziewczynę z inną. Spędziłem tam 2 lata i postanowiłem wrócić do siebie. Była to jesień 2010 roku. Po moim powrocie dziewczyna zerwała ze mną nie widziała sensu w tym związku. Jej mama nigdy mnie nie akceptowała. Ona nie myślała wracać i nie chciała żyć na odległość. Bardzo przeżyłem to rozstanie, bardzo często płakałem z tego powodu. Oczywiście smutki zakrapiałem alkoholem. Ponownie  poczułem w sercu taka ogromną uciskającą pustkę . Nie widziałem sensu w życiu ponownie byłem bezrobotny, nie miałem kolegów, gdyż po wyjeździe zerwałem kontakty niemal ze wszystkimi. Krępowałem się otworzyć przed moja mamą. I wtedy szukałem prawdy o tym chorym świecie. Poznawałem teorie spiskowe, czytałem o iluminatach, NWO itd. Dowiedziałem się, że ta cała władza czci szatana. Wtedy tez zacząłem czytać ewangelie, pożerałem ja strona za stroną. szatan robił wszystko bym tego nie robił i wtedy coraz częściej robiłem wypady do kolegów, którzy sobie czasami o mnie dziwnym  trafem przypominali. Generalnie wychowany byłem w wierze jako dziecko chodziłem do kościoła, jako dorosły czasem tez ale odświętnie. Myślałem ze wierze w Boga ale to nie była wiara tylko wiedza, że jest Bóg. Odświętnie zdarzało mi się również spowiadać  i przyjmować komunie oczywiście świętokradzko. No ale skrobiąc tą ewangelie zaglądałem na niedzielną msze św coraz częściej. I mniej więcej pod koniec roku 2010  zacząłem czytać orędzia np. z Garabandal. Wiecie, że jak przeczytałem o ostrzeżeniu to sobie pomyślałem o jej przecież ja jestem strasznym grzesznikiem i tak naprawdę to na co zasługuje za moje życie to piekło. Trafiłem także między Innymi na ten blog dzieckonmp.wordpress.com. i tam były orędzia Ostrzeżenie, ale także wiele inny artykułów dotyczących spraw Wiary. Wiecie że stopniowo po cichu jak bywałem sam modliłem się. Odmawiałem Ojcze nasz i inne modlitwy. W trakcie tego okresu także przyszly na mój adres książki z instytutu ks Piotra Skargi. M In o Ojcu Pio czy o orędziach w Fatimie. Czytałem i czytałem. Szatan mnie nie chciał wypuścić ze swojej garści. Nastąpiła taka duchowa walka ja to nazywam przeciąganiem liny między dobrem a złem. I na początku 2011 gdy byłem sam upadłem nie na kolana lecz położyłem się w kształcie krzyża na podłodze zaszlochałem i zakołatałem do Boga. Powiedziałem mniej więcej takie słowa „Panie jeśli chcesz to proszę Cię pomóż mi bo Ja już dalej tak żyć nie mogę, nie widzę sensu w moim życiu, daj mi nadzieję Panie Jezu BŁAGAM CIE RATUJ MNIE …” wylałem wtedy ocean łez… i wtedy w krótkim czasie zacząłem wyraźnie czuć jak wlewa się we mnie miłość. Ta miłość jest nie do opisania. Moje zniewolenia odchodziły, w jednym momencie przestałem bluźnić, strasznie sypałem łaciną nawet przy bliskich. Nałogi typu alkohol, papierosy itd. Odeszły.. Jezus Chrystus mnie uwolnił i stopniowo zmieniał na lepsze.. odbyłem kilka spowiedzi z całego życia. Gdy przyjąłem Pana Jezusa podczas komunii św. to w ławce leciały  mi łzy, czułem że coś w mojej duszy wiruje ze szczęścia, z miłości. Bóg ciągle mnie zmieniał. Oddziaływał na moje sumienie. Pewnego razu sumienie mówiło mi bym dziewczynie, z którą się rozstałem i do której bardzo chciałem wrócić, przyznał się do zdrady jaką jej zrobiłem. Wiecie szatan nie chciał tego w mawiał mi, że jak się przyznasz to nigdy nie wróci do ciebie. Ale działanie Boga było tak silne, gdzie słyszałem w głębi duszy jego słowa; ”albo robisz tak jak Ja chcę albo to koniec, wyjaw jej prawdę”. Przyznałem się do zdrady i wiecie, że po miesiącu znowu byliśmy razem. Skończyła studia wróciła również do domu rodzinnego. Byliśmy ze sobą rok czasu, ja żyłem blisko Boga jednak Ona nie. Rozstaliśmy się kilka miesięcy temu. Wierze, że taka była wola Boża. Teraz wiem że na tamtą chwilę Jezus chciał mnie oczyścić z tego grzechu zdrady poprzez przyznanie się do tego.. powiem wam ze kamień z serca mi spadł. Miłość Ci wszystko przebaczy to prawda bo miłość pochodzi od Boga Ojca i chwała mu za to… z dawnymi  „wrogami” się godziłem pierwszy wyciągałem rękę nawet jeśli ktoś mi zawinił… zaczęły się dziać cuda w mojej rodzinie np. nawrócenia, wyraźnie odczuwane jest działanie Boga w naszym życiu..

Pisze to nie dla  siebie, tylko dla was i dla ludzi którzy nie znają wyjścia ze swoich problemów.. Ja wam mówię teraz, że jest nadzieja .Jezus Chrystus jest drogą, prawda i życiem. Lekarzem, którego potrzebujecie w życiu. Nadzieją, która nigdy nie umrze, jest na wyciągniecie reki w każdym tabernakulum. 

„Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia..”

Pozdrawiam           P.

Posted in Orędzia Ostrzeżenie, Świadectwa | Otagowane: | 49 Komentarzy »

Świadectwo czytelnika z Czech (Life)

Posted by Dzieckonmp w dniu 16 sierpnia 2012

Na początku Life wyrażamy podziw dla Twojej świetnej znajomości naszego polskiego języka i cieszymy się że tak gorąco zakochałeś się w Jezusie oraz w naszym kraju . Tekst Twój nie poprawiam żeby inni mogli zobaczyć jak pięknie znasz polski. Życzymy Ci abyś był światłem dla swego kraju.

Pozdrawiam. Tak naprawdę, jak niektórzy mówią, że te orędzia pochodzą od szatana… Czy szatan by namawiał do nieustannej modlitwy ku Jezusovi naszemu Panowi i Zbawicielowi, Bogu Przedwiecznemu Ojcu albo Marii Dziewicy Matce naszej i Pana Naszego??? Czy szatan by zapalał tak mocno wiarę v ludziach przeciwko siebie? Też nawróciłem poprzez orędzia i modlitwy. Po latach niewielkiej wiary, zaczynam pościć za nawrócenia dusz ku Bogu, kiedy moge to modlitwa Koronki o 3 godzinie a wieczorem Koronka i krucjaty. Przyznaje ze ciezkie grzechy jako młody człowiek to głównie grzechy ciała to największy pokus (mysle dla mie). kiedyś ignorowałem tego a myślałem, ze to teraz nieaktualna sprawa… tak bylo do tej pory kiedy nawróciłem ku Ojcu, widze co robi sie wokol mnie, Staram sie byc lepszym czlowiekiem, nie sądzić innych i nie dopuszczać co będzie w moich silach do grzechu ciezkiego, ktorym tak obrazam Pana naszego. Wierze, ze gdyby orędzia z Irlandii albo inne znajome mial pod soba szatan, niewiodly by ludzi od niego,ale DO NIEGO.. Tak jest mozliwe zapoznac, czy orzedzia sa od Pana naszego. A czy myslicie,ze Pan Bóg niechal by nas w tym swiecie samych z szatanem? Nie, on kocha nas i przyciagnie ku sobie to co stworzyl. Chce to, co Mu nalezy! Ojcze Przedwieczny prosze, uratuj swiat Twoja wola.

 

I jeszcze wypowiedź z innego dnia

U mie sprawa taka, ze kiedy sie stanie, ze zalamie Boga i z mej strony popelnie grzech ciezki, zaraz to czuje jako bolesc w srodku. Niewiem jak tego opisac. Moja wiara zmienila sie bardzo. Zdaje sobie z tego swiadomosc, ze to Bog pokazal mi droge i choc niejestem bezgrzeszny a nawet i ciezki grzech (przez litosc) jest we zlych chwilach. Potem mam takie uczucie (obok bolesci w srodku u serca) ze nie mam niekiedy sile popatrzec Jezusowi do oczu na obrazku. Niewiem jak i tego opisac, ale jak by czlowiek niebyl godzien popatrzec Jezusowi wprost w oczy. Nieidzie to a u mie to az taki stan, ze brzydze sie samym siebie i trwa jakis czas niz jest to mozliwe a ja uklekam i prosze o przebaczenie. WTEDY USWIADAMIAM SOBIE JAK PAN JEZUS MOWIL, ZE PO SMIERCI TO NIE BOG KTORY WRZUCA DUSZE DO PIEKLA,ALE TO DUSZE SAME WYBIERAJA SWOJ LOS A SAME Z KRZYKIEM ODCHODZA NA WIECZNE POTEPIENIE, BO NIE SA W STANIE PATRZEC NA JASNOSC I SWIATLOSC BOGA OJCA I WYBIERAJA PIEKLO… Zrozumialem to az w tym okresie zycia, kiedy jestem zatem na ziemi a juz mam niekiedy problemy spojrzec na obraz Jezusa MU do Swietych Oczy. Pomimo ze wiem, ze Jezus jest milosierdziem. Ale w tej chwili jestem w stanie zalamania i niepotrafie tego. Wierze ale w Jego milosc i odpuszczenie.A to mie znow stawia na nogi. JEZUS JEST NASZYM PANEM I ZBAWCA.

Posted in Orędzia Ostrzeżenie, Świadectwa | Otagowane: | 50 Komentarzy »

Świadectwo czytelnika – Bóg jest Miłością

Posted by Dzieckonmp w dniu 15 sierpnia 2012

Widząc nowy temat, pomyślałem najpierw, o nie znowu się przepychają i zacząłem nawet źle myśleć o Tobie że ciągle wałkujesz ten temat, (Dzieckonmp).
Potem przeczytałem komentarze o nowym nagraniu, jako że chciałem poznać opinię Księdza Adama, usłyszeć na własne uszy, więc posłuchałem.

I najpierw proszę o wybaczenie, że źle pomyślałem o Tobie. Po przesłuchaniu już rozumiem, ten nowy wpis. Wybacz mi proszę.

I nie będę komentował tego nagrania, bo nie ma co komentować
Bóg jest miłością, Jezus Chrystus jest Panem i to jest najważniejsze, reszta to dodatek.

Chciałbym dać świadectwo.
Trafiłem na ten blog w tym roku, około kwietnia, może wcześniej, nie pamiętam, od tego czasu też zacząłem czytać orędzia MBM.
Byłem zawsze przy Kościele, choć moje życie nie zawsze podobało się Panu Bogu, bo np. nie kradłem, no ale przecież skoro pracodawca mnie okrada, to ja muszę odebrać co moje. Gry komputerowe online, zabierały mi czas (chyba nawet byłem uzależniony 3 lata), więc modlitwy – nie było, Pisma Świętego – nie było, o innych książkach dla duch nie wspomnę. Wiecznie zmęczony, przygnębiony i nie do życia, szukający pocieszenia w alkoholu.
Słowa orędzia MBM, a przez nie Duch Święty zaczął mnie dotykać i to na maksa. sam byłem w szoku swoją zmianą, a jak już ludzie zaczęli mnie pytać co się ze mną dzieje, to zmiana była widoczna.
Moje życie oddałem Jezusowi, a potem oddałem skradzione rzeczy, zostałem uwolniony od gier komputerowych, zacząłem czytać Pismo Święte i jak czas pozwala książki, czy artykuły dla ducha.
Modlitwa, tak teraz mogę napisać że się modlę
Jedną część różańca, a jak czas pozwala to więcej, koronka do Bożego Miłosierdzia, modlę się w pracy, w mojej głowie czasem modlitwa sama się pojawia w ciągu dnia, to niesamowite, dziękuje Bogu za posiłek i za wszystko co mnie spotyka.
Ślubowałem Bogu abstynencję do końca życia. Pozwólcie że opowiem Wam co się stało. Podczas modlitwy, kiedy oddawałem swoje życie i całą rodzinę Jezusowi, usłyszałem wewnętrzny głos: “oddajesz mi wszystko, to nie pij więcej alkoholu”. Raz, drugi, zaczęło nie dawać mi to spokoju więc mówię: “ok Panie Jezu oddam Ci alkohol, ale we wrześniu, bo w wakacje ma, dużo gości więc do towarzystwa trzeba coś wypić”, tym bardziej że zakupy już zrobione. A Pan Jezus na przekór mnie dalej swoje: “oddajesz mi siebie cały?”, nic nie odpowiedziałem. Po tygodniu upadłem na kolana i oddałem mu to co lubiłem. Nie tykam alkoholu, goście byli i będą, a ja dotrzymuję im towarzystwa ze szklanką soku
Pan Bóg ma wielkie poczucie humory.
Trochę się rozpisałem, ale jeszcze jedna rzecz, bardzo ważna. Kiedy trwałem na modlitwie, Pan Bóg pokazał mi coś strasznego, co zrobiłem kilkanaście lat temu, a czego nawet nie traktowałem jak zło, odrzuciłem chorego wujka, który potrzebował mojej pomocy. Jezus pokazał mi że odrzuciłem w tym dniu właśnie Jego i nawet wytłumaczenie że mój wujek, wyrzekł się rodziny na nic się zdała, ja powinienem mu pomóc. Jezus pokazał mi to, bym mógł go prosić o wybaczenie, co zrobiłem w konfesjonale.
Bóg jest miłością, reszta to nicość.
Chwalę Pana i dziękuje Bogu każdego dnia za Was, za tą stronę i za słowa Boga dla nas, jesteście moją wspólnotą, której szukałem, dzięki Wam nie jestem sam.
Wiele się uczę dzięki Waszym wpisom, choć i nie brakuje takich co mnie irytują, ale akceptuje naszą odmienność.
Chwała Panu Jezusowi Chrystusowi.

Posted in Orędzia Ostrzeżenie, Świadectwa | Otagowane: | 12 Komentarzy »

Byłem marionetką diabła

Posted by Dzieckonmp w dniu 12 sierpnia 2012

Polecam wszystkim piękne świadectwo.

„…Uciekałem z domu. Były meliny, paserstwo, kradzieże. Wdepnąłem w niezłe bagno. Byłem marionetką diabła. Takim pędzelkiem, którym on malował sobie zły świat na ziemi. Wydawało mi się, że robię dobre rzeczy, a z każdym dniem umierałem. Ćpałem coraz więcej. Któregoś razu, po kolejnym zatrzymaniu przez policję, dostałem ultimatum — albo z tym kończę, albo idę do kryminału. Załamał się mój świat, nie miałem nic. Stałem przyćpany na ulicy i płakałem: Jezu, jeśli naprawdę jesteś, to zmień moje życie”. Tak mówił Dobromir „Mak” Makowski podczas spotkania w Bazylice o Bernardynów w Rzeszowie. Jezus go wysłuchał, wyciągnął swą pomocną dłoń, której on kurczowo się uchwycił. Dzisiaj jeździ po Polsce z programem antynarkotykowym „Rap Pedagogia” i wykonując utwory o charakterze ewangelizacyjnym opowiada swoją historię, mówi dzieciom i młodzieży, że można żyć lepiej, mają przecież prawo do dobrego życia. Zachęca, aby zaufały Bogu, tak jak on to uczynił w przeszłości. Bóg rozświetlił ciemności jego życia, życia, które sięgnęło dna; całkowicie odmienił jego los.

cz.1

 

cz.2

 

cz.3

 

cz.4

 

cz.5

 

Posted in Film, Świadectwa | Otagowane: | 38 Komentarzy »

Szczęśliwy mąż

Posted by Dzieckonmp w dniu 25 lipca 2012

Szczęść Boże
Mam na imię Mieczysław. Jestem właścicielem firmy handlowej, która zajmuje
się elektroniką samochodową i benzynowymi układami zasilania do wszystkich marek europejskich i japońskich. Jest to bardzo trudny dział techniki samochodowej.
Towar importuję głównie z Turynu. Całe swoje życie bardzo ciężko pracowałem codziennie po kilkanaście godzin na dobę przez prawie trzydzieści lat. Dorobiłem się pięknego domu, ładnej firmy.
Mam dwoje dzieci już dorosłych, które wychowywała przede wszystkim moja
żona. Człowiek mógłby powiedzieć, że osiągnął już wszystko i jest w pełni szczęścia. Nie, im więcej człowiek posiada tym więcej potrzebuje, żeby rozwijać, pomnażać, by nie być w tyle za innymi. To walka o pozycję, o byt, o przetrwanie. Jednym słowem mamona.
Jako szanujący się obywatel i przedsiębiorca zostałem wybrany do Stowarzyszenia Prywatnych Przedsiębiorców, reprezentując ponad trzy tysiące podmiotów gospodarczych w moim mieście, pod Warszawą.
W kwietniu 2000 roku przyszła do mnie córka i powiedziała: „Tata załatwiłam ci wycieczkę do byłej Jugosławii do Medziugorja”. Nie wiedziałem nawet jak
to się wymawia i gdzie ta miejscowość się znajduje. Powiedziała: „wypoczniesz sobie, odprężysz się od pracy, od dnia codziennego”.
Zgodziłem się i 28 kwietnia wyjechałem. Chciałbym zaznaczyć, że do
kościoła chodziłem przedtem raz, na dwa lub trzy lata, gdy był pogrzeb, albo ślub. Spowiadałem się jeszcze rzadziej. Tam w Medziugorju już pierwszego
dnia będąc w kościele podczas adoracji bardzo zapragnąłem spowiedzi świętej.
Tego samego dnia poszedłem do przewodnika naszej grupy o. Piotra paulina rezydujàcego w Pradze czeskiej. Był to wspaniały kapłan znający kilka języków.
Szedł na Górę Kriżevac boso. Tego dnia słońce grzało niemiłosiernie. Ja także szedłem boso i bez nakrycia głowy. Wziąłem ze sobą butelkę wody mineralnej. Doszedłem do IV Stacji Męki Pańskiej. Miałem ogromne pragnienie napić się. Zapytywałem sam siebie: po co idziesz głupcze?
Dla przygody, dla rozrywki? Myślałem w tym czasie o różnych sprawach mojego życia, a przede wszystkim o Jezusie Chrystusie, który szedł podobną drogą, Który na poranionych plecach niósł krzyż. Poniewierany,popychany upadał pod ciężarem Krzyża i pragnienia. Wtedy tam na górze Kriżevac zrozumiałem wiele spraw oraz sens życia. Postanowiłem odmówić sobie kropli wody. Po wejściu na Górę Krzyża wodę tą rozdałem innym. Byłem bardzo szczęśliwy, że doszedłem na tę Górę, że choć w bardzo niewielkim stopniu
zjednoczyłem się z Jezusem, to tak jak bym w bardzo małym stopniu pomagał
Jezusowi nieść krzyż. Podczas powrotu, jako pierwszy dałem świadectwo. Czułem się bardzo, bardzo szczęśliwy, że mam opuchnięte nogi, że coś zostawiłem w tej małej wiosce położonej w górach, ale wiozę ze sobą wiarę, modlitwę i post. Po powrocie do domu moje życie zmieniło się nie do poznania. Modlę się codziennie na różańcu odmawiając tajemnice: radosne, bolesne i chwalebne. Dwa razy w tygodniu poszczę o chlebie i wodzie. Robię to o co prosi Matka Boża w każdym orędziu. 08.07.2000 r. zostałem zaproszony
przez dwie moje przyjaciółki do Obór do Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej. Uroczystość rozpoczęła się ok. godz. 9.00.
Tam bardzo długo się modliłem przede wszystkim na swoich chorych kolanach. W tym czasie było bardzo dużo wiernych z całego kraju. Górny i dolny dziedziniec był zatłoczony. Ja zająłem miejsce blisko ołtarza. Przedtem miałem kilka snów o grożącym mi niebezpieczeństwie. Pragnąłem przyjąć Szkaplerz Karmelitański.
Nabycie Szkaplerza równało się z cudem, ponieważ trzeba było stać w kolejce w sklepiku ok. 2-ch godzin. Ok. godz. 14.00 mieliśmy przerwę na posiłek. Po cichu narzekałem sobie, że przyjąłbym Szkaplerz, a jestem już tak zmęczony, że nie wystoję w kolejce. Usiadłem w rowie przy autobusie.
Nagle ni stąd ni zowąd podeszła do mnie nieznajoma kobieta – wręczyła mi
książeczkę a w niej starannie złożony upragniony Szkaplerz, mówiąc: „to jest
prezent od nieznajomej dla nieznajomego”.
Bardzo się zdziwiłem, ponieważ nie wyglądało to na zbieg okoliczności.
Wszedłem do kościoła i Ojcowie nałożyli mi Szkaplerz.
Tego dnia podczas adoracji głęboko przeżywałem Mękę Pańską. Ja twardy facet płakałem jak dziecko, klęcząc na kolanach czułem ogromny ból, ale zarazem ogromne szczęście z pokory jaką odczułem. Na zakończenie
adoracji o. Piotr wziął do rąk Hostię i błogosławił Nią wiernych. Obszedł dziedziniec górny, potem dolny, następnie znów górny, ja ciągle klęczałem. Podszedł do mnie, jakby osłonił a raczej okrył mnie swoją osobą i pobłogosławił mnie Hostią. Czułem bicie serca o. Piotra. Czułem się tak, jakby
ktoś dotykał mnie prądem i raził mnie. To sam Bóg podszedł do mnie i pobłogosławił mnie. Dlaczego mnie takiego grzesznika?
Po powrocie do domu zdrzemnąłem się 2 godz., po czym udałem się na giełdę samochodową, z której wróciłem przed 16.00.
Przyjechał do mnie znajomy dostawca z towarem z Łodzi. Powiedziałem mu, aby poczekał na mnie ok. 1.5 godziny ponieważ mam ogromne pragnienie pójść do kościoła. Poszedłem ze swoją znajomą na adorację.
Pytałem Pana Boga: dlaczego, dlaczego, dlaczego?
Jak wspomniałem na wstępie jestem w zarządzie Stow. Pryw. Przeds. Było kiedyś spotkanie w środę, ja piłem wodę koledzy zaś alkohol. Omawiano brudne sprawy z dziedziny polityki. Były rozdzielane już stanowiska.
Bardzo mi się to nie podobało, ponieważ  mam reprezentować przedsiębiorców w sprawach gospodarczych, a nie zajmować się brudną polityką. Po powrocie z tego spotkania byłem chory i zadawałem sobie
pytania: z kim ja się spotykam i co ja tam robię? Te właśnie i inne pytania zadawałem Panu Bogu, na adoracjach.
Pewnego razu miałem widzenie jak Pan Bóg zrzuca pięknego, młodego mężczyznę z góry, ubranego w piękne futro aż do kostek.
Bardzo się przestraszyłem i mówię: „Panie, to Ty mnie wyrzuciłeś, czy jestem tak pyszny, tak bogaty?”. Oczywiście nie dostałem odpowiedzi.
Przy wyjściu jedna z sióstr – Małgorzata, dała mi książeczkę pt.: ’Kościół
wszystkich narodów’. Tematem tej broszurki była budowa kościoła na granicy Mongolii, Chin i Rosji, rysowana przez Matkę Bożą ręką turystki austryjackiej. Po powrocie do domu przejrzałem tę książeczkę i przeczytałem słowa jakby specjalnie włożone dla mnie, a nie pasujące do treści książeczki: „Szczęśliwy
mąż, który nie idzie za radą występnych, ani nie stoi na drodze grzeszników, ani nie zasiada w gronie szyderców, lecz ma upodobanie w prawie Pana i prawo Jego rozważa dniem i nocą” (Ps 1,1-2) Do tego nie można już nic dodać. Najpierw Medziugorje, potem Obory całkowicie zmieniły moje życie. Po
Oborach zostałem animatorem Wspólnoty Królowej Pokoju. Moim pragnieniem jest to, aby w czasie mszy Św. lub innych uroczystości
było tylu wiernych, by nie mogli się pomieścić w kościele, by stali wokół kościoła. Chwała Panu

PS. Powoli pragnienie Mieczysława zaczyna się wypełniać. Od 25.05.01 w jego rodzinnej miejscowości zostały wprowadzone nabożeństwa medziugorskie.

Źródło; Echo Medjugorje

Posted in Medziugorje, Świadectwa | Otagowane: , | 4 Komentarze »

Świadectwo czytelniczki

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 Maj 2012

Dzieckonmp. Od lutego czytam Pana bloga i orędzia i chcę powiedzieć jak one mnie przemieniły.Pewnego dnia postanowiłam poszukać w internecie pewnej książki o tytule 7 cudów Eucharystii i wtedy to dziwnym trafem natknęłam się na bloga, choć wierzę, że to nie przypadek, a Bóg mnie tu poprowadził. W lutym kiedy to przeczytałam pierwsze orędzie tak się przestraszyłam stanu mojej duszy, że naprawdę zaczęłam się gorliwie modlić, odbyłam spowiedź z całego życia, po raz pierwszy przeżyłam tak cudowny czas wielkiego postu, gdzie po raz pierwszy w życiu 40 dni wytrwałam w postnych wyrzeczeniach, również w piątki udało mi się wytrwać o chlebie i wodzie, a Wielki Piątek o samej wodzie. Pokochałam i wybaczyłam wszystkim ludziom, którzy mnie krzywdzą, modląc się za nich i ofiarując ich Bogu. Kocham wszystkich ludzi, staram się żyć jak najlepiej i gorliwie się modlić. Nie wiem oczywiście w 100% czy orędzia są prawdziwe, ale wiem, że dzięki tym orędziom zmieniłam życie. Bóg zbliżył mnie do siebie ,do Pisma Św, do modlitwy. Nawet jeśli nie pochodzą od Boga to i tak Bóg triumfuje i zwycięża zło !! Wszystko ofiaruję i zawierzam teraz Bogu, całe życie!
 
Postanowiłam napisać do Pana, bo zobaczyłam wpis, że znowu pana atakują i obrażają, proszę to wytrwać i pomyśleć o takich osobach jak ja, gdzie ten blog przyczynił się do ratowania mojej duszy. Bóg zapłać serdeczne, do zobaczenia w domu Pana naszego. Niech Bóg Pana Błogosławi.
Nadesłała czytelniczka. Świadectw takich otrzymuje dużo. Nie niszczmy dzieła Pana Jezusa który porusza serca , nawracając do siebie wiele osób.

Posted in Orędzia Ostrzeżenie, Świadectwa | Otagowane: , | 52 Komentarze »

Świadectwo Emilii

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 sierpnia 2011

Uważałam się za osobę wierzącą w Boga, chodziłam do kościoła co niedzielę i w święta, ochrzczono mnie, Komunię Świętą i sakrament bierzmowania przyjęłam. Normalne życie, pełne obowiązków, ale i zabawy, znajomi, chłopak, imprezy, dyskoteki, alkohol, coraz to nowe przyjemności świata, długie rozmowy do rana. Byli tak zwani przyjaciele tylko do imprez, ale żeby tak pogadać o życiu, o ważnych sprawach – nikogo. A wszyscy nazywaliśmy się wierzącymi praktykującymi ludźmi – katolikami.

Chodziłam do kościoła, ale tylko po to, aby nie słuchać pretensji od rodziców. Za bardzo nie wiedziałam o co chodzi, kto to jest Maryja, Jezus, święci. Mało mnie to obchodziło. Nie modliłam się na różańcu, chociaż miałam go w szufladzie – pamiątka I Komunii Świętej. Właściwie wcale się nie modliłam, to co nazywałam modlitwą było nudne, monotonne i szkoda mi było na to czasu. Większość czasu spędzałam na imprezowaniu, wyjazdach, spotkaniach w pubach. Owszem, czasami gdy w domu działo się źle, prosiłam Boga o pomoc, ale tak bez wiary bez ufności – „jak trwoga to do Boga”.

Pewnego dnia przyjaźnie się porozpadały, niektórzy założyli rodziny, inni powyjeżdżali „za kasą”. Miałam w sobie ogromną pustkę, czegoś mi brakowało, ale nie wiedziałam czego. Byłam zamknięta w sobie, nieśmiała, pełna lęku, braku chęci do życia i niechęci do ludzi, smutna, zdołowana. Czułam, że coś jest nie tak.

Bardzo dobrze pamiętam ten dzień, gdy ktoś dał mi do ręki różaniec przywieziony z Medziugorja (nie umiałam wtedy nawet wymówić tej nazwy poprawnie, wcale nie znałam tego miejsca) i powiedział „módl się dużo”. Właściwie już od tamtego dnia coś się zaczęło u mnie zmieniać. Zaczęłam szukać Pana Boga, czytałam dużo religijnych książek, zadawałam pytania o wierze, brałam udział w rekolekcjach. Trafiłam do grupy osób, która modliła się na różańcu, początkowo tam zaczęłam przychodzić niewiele rozumiejąc. Dziwni ludzie, myślałam, w środku tygodnia Msza św.? Różaniec? Adoracja?. Co to jest? Początkowo zaczęłam myśleć, że to jakaś sekta – ale był tam i ksiądz. Bałam się, nie wiedząc czego. Znajomi informowali mnie co raz o pielgrzymce do Medziugorja, ale bałam się tam jechać. Oni tam jeździli, a ja nie. W międzyczasie zaczął się u mnie problem z kolanami. Zaczęły mnie boleć tak, że czasem stanie powodowało ogromny ból nie do zniesienia. Zaczęłam chodzić od lekarza do lekarza, pytać o przyczynę bólu, co mi dolega. Lekarze stawiali coraz to inne diagnozy. Nawet była mowa o operacji. Zaczęłam powoli interesować się Medziugorjem. Czytałam książki o Medziugorju, o objawieniach, oglądałam zdjęcia, poznawałam coraz więcej osób, które tam pielgrzymowały.

Pierwszy raz

Podjęłam decyzję że jadę, ale właściwie tak bez przekonania, może bardziej z ciekawości – w końcu tyle razy znajomi tam jeździli nawet kilka razy w roku. Pomyślałam sobie w końcu, że i ja pojadę. Byłam sceptycznie nastawiona do tej pielgrzymki. Miałam w sobie dużo lęku, że nie dam rady, że tak daleko, że nikogo nie znam, i jak zniosę podróż. Będąc już w Medziugorju nadal się bałam, patrzyłam i słuchałam z lekkim niedowierzaniem. Jakieś znaki, niektórzy widzieli wirujące słońce. Byłam tam, ale jakby mnie nie było. Weszłam z trudem na Kriżewac i Podbro. Kości mnie bolały, kolana drętwiały, ból nie do zniesienia. Byłam ja i mój ból.

Po zejściu z góry Kriżevac ból ogarnął cały mój organizm, trudno było mi się poruszać, nie mogłam stać ani klęczeć. Wieczorem – adoracja, a ja leżę w łóżku i każdy drobny ruch powoduje ból. Cudem dowlokłam się do kościoła, Mszę św. prawie całą przesiedziałam, tak mnie wszystko bolało. Po różańcu była godzina przerwy. Ledwo doszłam do figury Chrystusa aby się pomodlić. Gdy wróciłam na plac, okazało się że adoracja jest w kościele, weszłam, ale nie było już miejsc siedzących. Tylko klęcznik za ostatnią ławką. Podjęłam decyzję że będę klęczeć. Z wielkim bólem uklęknęłam i zaczęła się adoracja. Skupiłam się na modlitwie, całkiem zapominając o kolanach, których już właściwie nie czułam z bólu. Gdy chciałam się podnieść, nie miałam siły, więc postanowiłam, że usiądę bokiem na tym klęczniku i zaczęłam obmyślać plan, jak by tu wstać. Do końca adoracji zostało jakieś 20 minut. Spojrzałam na panią, która obok klęczała, a ona nagle zaczęła dawać mi znaki rękoma, abym wstała, więc niewiele się zastanawiając wstałam, wręcz poderwałam się, trwało to zaledwie kilka sekund, spojrzałam na Najświętszy Sakrament i… On tam był… Jezus. Dotknął mnie swoją miłością, wiedziałam że jest tam, w Hostii. Adoracja dobiegła końca. Wyszłam z kościoła bez najmniejszego bólu, mogłam skakać z radości. Znajomi, którzy byli tam ze mną, byli zaskoczeni moją poprawą zdrowia. Przecież jeszcze niecałe 3 godziny temu widzieli jak cierpiałam. Współczuli mi, modlili się za mnie.

Myślę że właśnie w tym momencie zaczęło się moje nawracanie. Takie sercem. Ale ja wtedy jeszcze nie byłam tego tak do końca świadoma.

Po powrocie miałam mieć operację kolan, ale nie poddałam się jej. Zaczęłam dużo się modlić na różańcu, uczestniczyć we Mszy św. w tygodniu i adoracji. Ból kolan był, ale jakby mniejszy i mało odczuwalny. Zaczęłam mniej myśleć o sobie, a więcej o Maryi i Jezusie. Zaczęłam poznawać, kim Oni są dla mnie. Zaczęłam uczyć się zaufania do Pana Jezusa. Uczyć się odmawiać różaniec. Znalazłam wspólnotę, odkryłam na nowo Ducha Świętego, odkryłam na nowo modlitwę różańcową, zaczęłam też pościć o chlebie i wodzie nie tylko w piątki, ale też w środy. Zaczęłam zawierzać swoje życie Maryi. Codziennie. Albo i kilka razy dziennie. Traktować Ją jako swoją, Mamę. Prosić, modlić się, powierzać Jej inne osoby, modlitwy. Rozmawiać z Nią. Pytać o wszystko. Żyć z Nią i Jej orędziami. Moje życie zmieniło się. Obrało właściwy kierunek.

Udałam się kolejny raz z pielgrzymką do Medziugorja. Aby podziękować Maryi za wszelkie otrzymane łaski i prosić o nie dla innych. Pamiętając o tym, że Góra Objawień nie jest na moje siły, wcale nie myślałam o wejściu na nią. Jak i na Kriżevac. Kolana jakoś bez szwanku zniosły podróż autokarem.

Było parno i pachniało deszczem, razem z Halinką, moją nowo poznaną towarzyszką podróży, udałyśmy się w drogę. Poprosiłam ją, aby zaniosła mi kwiat, na Górę Objawień dla Maryi (ze względu na kolana nawet nie brałam pod uwagę próby samodzielnego wejścia). Sama postanowiłam, że pójdę pod Niebieski Krzyż (droga tam jest znacznie łatwiejsza), aby tam się pomodlić i podziękować Maryi za wszelkie otrzymane łaski.

Szłyśmy, odmawiając różaniec. Wtem przed nami pojawił się tłum włoskich pielgrzymów, było to koło domu Vicki (jednej z wizjonerek). Było bardzo ciasno i próba przedostania się przez ten tłum graniczyła z cudem. Nie rozumiejąc ich języka, uwięzione w tłumie trwałyśmy dalej na modlitwie. Nagle zrobiła się cisza, a my dalej odmawiałyśmy różaniec. Za jakiś czas tłum się rozstąpił i mogłyśmy dalej kontynuować drogę.

Każda poszła w swoją stronę jak zaplanowała. Gdy znalazłam się pod Niebieskim Krzyżem, jakoś nie mogłam się skupić na modlitwie bo grupy włoskich pielgrzymów też wybrały sobie to miejsce, było dość gwarno. Niewiele się zastanawiając, udałam się na Podbrdo, a raczej postanowiłam w myślach, że wejdę dotąd dokąd nogi mnie poniosą. Posiliłam się kromką chleba z wodą i modląc się nieustannie na różańcu, zaczęłam wspinać się po kamieniach, które wtenczas (miałam wrażenie) zaczęły układać się w kamienne schody. W tym skupieniu i w modlitwie wchodziłam coraz wyżej i wyżej. Nie czułam zmęczenia, nic mnie nie bolało.

Naraz zatrzymałam się i popatrzyłam wprost przed siebie. „O! Figura Matki Bożej! E… nie… Chyba mi się wydawało, przecież moje kolana nie są aż tak sprawne, aby tu wejść. Zaraz, zaraz, a gdzie ten krzyż brązowy który jest po prawej stronie drogi na górę, minęłam go?” – pytałam się w myślach. Chwilę się zawahałam, ale jednocześnie moje serce aż podskoczyło z radości, popłakałam się ze szczęścia. „Dziękuję Ci, Maryjo, jestem tu! Doszłam dzięki Tobie, Matko Moja. O… jest i kwiatek ode mnie…”. Halinka patrzyła na mnie ze zdziwieniem w oczach i z radością, że weszłam. Była bardzo zaskoczona, że mnie widzi.

Już w drodze powrotnej do pensjonatu, dowiedziałam się, że byłam na prywatnym objawieniu Vicki, i że wtedy, w tej ciszy Matka Boża była najbliżej nas, jak nigdy dotąd. To Ona zatrzymała nas w tym tłumie. Dzięki modlitwie sercem oraz zawierzeniu się Jej całkowicie, weszłam na Podbrdo.

Ten różaniec podarowany mi, o którym wspominałam na początku, uratował mi życie. Wskazał mi właściwą drogę. Po powrocie zaczęłam bardziej „pracować” nad osobistym nawróceniem, aby być znakiem miłości Bożej dla innych. Aby nieść pokój i miłość Bożą tym wszystkim, którzy są daleko od Boga. Modlitwa stała się dla mnie życiem. Poprzez codzienną modlitwę, w Bogu znalazłam prawdziwy pokój. Staram się, aby moje serce zawsze było wypełnione modlitwą (w drodze do pracy, podczas oczekiwania na autobus, w kolejce po zakupy). Zdałam sobie sprawę że wszystko jest przemijające, jedynie Bóg nie przemija. Zrozumiałam co to znaczy umieścić Pana Boga na pierwszym miejscu we własnym życiu jak prosi o to Matka Boża w swoich orędziach.

Dziękuję Ci Maryjo.

Emilka.

Źródło: medjugorje.org.pl

Posted in Medziugorje, Nawrócenia | Otagowane: , | 47 Komentarzy »

Paweł. To wydarzyło się naprawdę

Posted by Dzieckonmp w dniu 7 Maj 2011

TO SIĘ ZDARZYŁO NAPRAWDĘ.
  Mam na imię Paweł, mam 22 lata.
  Jak daleko sięgam pamięcią, nigdy nie byłem wierzący. Kiedy przyszedł mój czas powiedziałem, że nie pójdę do I komunii, ani do spowiedzi, bo uznałem to za bzdury dla starych babć.
  Zacząłem natomiast wierzyć w naukę i fascynować się szczególnie jej ścisłą częścią, bardzo interesowałem się fizyką, kosmologią, filozofią nauki, generalnie tym, co pozwala pójść tzw. inną drogą. Od pierwszego wejrzenia zakochałem się w relatywistyce i ona była trzonem mojego ateizmu. Im bardziej jednak wgłębiałem się w problemy egzystencji z relatywizmem jako narzędziem, tym więcej znajdowałem sprzeczności, bądź nieprzyjemnej świadomości czynionego zła jednym, gdy jest ono dobrem dla innych. Odbierało mi to sen i w ciągu kilku lat doszedłem do wniosku, że wszystko jest bez sensu, traciłem powoli wszystkie dawne cele i marzenia na rzecz nihilizmu, zblazowania, malkontenctwa i pychy, która o dziwo wynikała z poprzednich cech.
  Niestety pojawiła się również huśtawka emocjonalna i myśli samobójcze, dużymi krokami zbliżałem się do paranoi. Pomyślałem, że powinienem mieć coś, co pozwoli mi ukonstytuować wartości zniszczone relatywizmem, bo źle skończę.
  I wtedy pojawił się Bóg. Moja dziewczyna, „stary wyjadacz” odnowowy zabrała mnie na rekolekcje REO do Magdalenki i tam zrozumiałem to, co moim zdaniem jest najważniejsze dla człowieka chcącego odejść od ateizmu.
  Trzeba uwierzyć, aby zobaczyć! A nie odwrotnie.
  A zobaczyłem, co następuje.
  Gdy podczas modlitwy o uzdrowienie ksiądz stawiał znak krzyża na czole (ja wierzyłem z całego serca – to złe słowo, byłem pewien, że to Jezus uzdrawia mnie i On czyni ten znak), poczułem wtedy niesamowity spokój jakiego nigdy dotąd nie doznałem, więcej nie spodziewałbym się nigdy zaznać. Kiedy myłem się przed spaniem patrząc w lustro zauważyłem ten krzyż, wypukły na moim czole. W szoku świętego spokoju położyłem się spać.
  Następny dzień kończył się oddaniem Jezusowi jako Panu, ja zrobiłem wszystko, ale jakoś nie tak, jakoś za mało było w tym serca, a za dużo formy, dosyć, że czułem się kłamcą i długo w nocy nie spałem. Moi współlokatorzy chrapali od godzin, a ja obgryzałem paznokcie.
  Wtedy przyszedł do mnie Jezus. Moja dziewczyna mówiła mi kiedyś, że On ma niebieskie oczy. Troszeczkę się z tego podśmiewałem: „Żydzi raczej mają czarne”, oczywiście nie wierzyłem nawet nie w kolor, ale przecież w sam fakt spojrzenia Bogu prosto w twarz.
  A jednak w niebieskich oczach ujrzałem najgłębsze zrozumienie, znów takie jakiego nigdy w życiu nie widziałem, sięgające do bólu, o którym nawet ja sam nie wiedziałem.
  On wiedział wszystko. I ani nie krzyczał, ani nie gardził, ani nie radził, ani nie pobłażał, a właśnie rozumiał i to tak jak nikt prócz Boga nie umie. Momentalnie zdjęła mnie szalona radość, poszedł już, a ja chciałem wyjść z siebie, by podwójnie krzyczeć z radością. Ja ateista, największy „luzak”, kpiarz i najmądrzejszy z durniów, którzy śmieją się z Niego, zobaczyłem Go właśnie. Ujrzałem Jezusa.
  Zaraz wtedy poczułem niesamowite zło. Leżałem na boku, a to było gdzieś za moją głową, przewróciłem się na brzuch (spałem na górnym piętrze), spojrzałem w dół i zobaczyłem „to”. Był bez ciała, nie wiem jak to opisać. Szedł ku chłopcu, który wiedziałem chciał zabić jedną z uczestniczek rekolekcji. Rozmawiał ze mną o tym w ujęciu „przejścia na ateizm” i nie myślał, co by było gdyby, ale jak to zrobić. Zły zbliżył się i usiadł przy nim na łóżku, nie widział chyba, że go obserwuję, a ja już wtedy za przeproszeniem co robiłem do czego. Jednak wziąłem w palce krzyżyk z piersi, postawiłem między nim, a sobą i półgłosem (to chyba dosyć dziwne), żeby nikogo nie obudzić zacząłem go przeklinać, wzywać, żeby się odczepił. Wzywałem imienia Boga, ale za chwilę kląłem już tylko jak szewc, ze strachu oczywiście. On za to wstał i nie wiem jak, ale uśmiechnął się do mnie, był tak promienny, że zimny pot mnie oblał. Zniknął i pojawił się za mną. Obróciłem się na wznak, a on przycupnął nad moimi nogami. Mówiłem wiele modlitw w różnych kombinacjach i wariacjach (ateista przecież) i wiedziałem, że go to nie obchodzi, jakby zaraz miał zapytać czy skończyłem. Nie mogłem wprost uwierzyć, że wcale go to nie rusza. Wpadła mi wtedy do głowy stara modlitwa „Pod Twoją obronę”. Gdy odmówiłem ją trzy razy, zaczął się powoli oddalać, ale czułem, że na odczepnego. Myślałem, że to już koniec, ale on zaczął wchodzić we mnie przez stopy, a raczej pięty i czułem się jak butelka w kształcie człowieka napełniana wodą, lustro powoli podnosiło się. Kolana, pas, ręce. Leżałem i „klepałem” coraz szybciej myśląc: „Jezu! Gdzie jesteś?” Przed chwilą Cię widziałem. Dlaczego mnie opuściłeś.
  Tymczasem on był już powyżej żuchwy i zamiast modlitwy usłyszałem jakiś bełkot. Nie wiem, co by się stało, ale pomyślałem, że Jezus jest tu, przy mnie. Przecież dla Niego załatwić tego kolesia, to jak dla mnie pstryknąć palcami tylko muszę Mu zaufać. Zaufałem i duch momentalnie wyszedł, usiadł mi na piersi, więc porwałem ze ściany wielki krucyfiks i położyłem na sobie. Wtedy on zawisł nade mną, otwierał mi tunele w suficie, ale nic już nie był w stanie zrobić.
  Jeden z chłopaków obudził się, więc po szewsku zdałem mu relację, siedzieliśmy długo w łazience, oczywiście obejrzałem się dokładnie, a kiedy wyszliśmy, zastaliśmy drzwi na dwór, które zawsze są zamknięte na zamek lekko uchylonymi. Cóż, następnego dnia dowiedziałem się, że „Pod Twoją obronę…” to egzorcyzm. Zrozumiałem też, że Jezus dodał mi ducha przed spotkaniem ze złym, On wiedział co się stanie.

  Dziś, to juz prawie dwa miesiące, jak uwierzyłem, jestem po spowiedzi i pierwszej komunii, po raz pierwszy od lat mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy, od jakichś pięciu tygodni nie miałem poważnej depresji noszącej znamiona choroby. Stanąłem twarzą w twarz z tym, co muszę wykorzenić, by być prawdziwym człowiekiem. Teraz dopiero wiem, co znaczy „prawdziwy człowiek”.
  Patrzę w przyszłość jakoś jaśniej, powoli wraca do mnie świadomość. Dziękuję Bogu, że w końcu stracił cierpliwość i wziął się za mnie, bo im kto mądrzejszym się sobie zdaje, tym mniej w nim prawdziwego człowieczeństwa i świadomości życia.
  Jezus to dopiero życie!!! Może to egoizm, ale zawsze chcę Go mieć za przyjaciela i każdemu, każdemu z Was życzę Go z całego serca.

Paweł, lat 22, student

Źródło: swiatlo.odnowa.waw.pl

Posted in Nawrócenia, Świadectwa | Otagowane: , | 100 Komentarzy »

Pochodzę z rodziny ateistycznej

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 lutego 2011

Chcę podzielić się z Wami moim świadectwem o sile Różańca św. i potędze wstawiennictwa Maryi. Pochodzę z rodziny ateistycznej, w której nie wolno było nawet mówić o Bogu. Jednak moje serce w dzieciństwie ogromnie tęskniło do Boga i choć niewiele wiedziałam o Nim, nie przestawałam Go szukać. Znalazła się jedna cudowna osoba, siostra zakonna, która – narażając się przecież – zaczęła prywatnie uczyć mnie religii, również dzięki niej zostałam ochrzczona, przystąpiłam do I Komunii św. i Bierzmowania w wielkiej konspiracji i tajemnicy przed rodzicami, mając lat 13.

Pomimo tego, że moi rodzice byli niewierzący a ich małżeństwo skończyło się rozwodem, byłam szczęśliwa, bo naprawdę czułam bliskość Boga. Ale przyszedł czas dorastania, moja zaprzyjaźniona siostra wyjechała do Afryki na misje, a w rodzicach nie miałam oparcia w sprawach wiary. Szybko się stałam dość łatwym łupem dla różnych modnych pułapek. Nie mając zwyczaju systematycznej modlitwy (która jest taką „smyczą”, na której Pan trzyma nas przy sobie), załamałam się w wierze. Niewiele rzeczy było mi obcych – jeden grzech pociągał za sobą kolejne, te zaś pociągały mnie i nie mogłam, a nawet nie czułam potrzeby uwolnienia się od nich. Czasem przychodziły momenty, że szłam sporadycznie do spowiedzi, ale brak modlitwy i wątpliwości znów oddalały mnie od Boga.

Po wyjściu za mąż moje życie jeszcze bardziej się poplątało. Nie widziałam wyjścia: życie w moim małżeństwie stawało się coraz bardziej zagmatwane. Od miesięcy cierpiałam na całkowitą bezsenność. Któregoś dnia wstałam bardzo wcześnie i z rozpaczą w sercu idąc przed siebie, trafiłam do kościoła. Uklękłam przed wizerunkiem Matki Bożej i po raz pierwszy w życiu modliłam się naprawdę z całej duszy, z rozpaczą i nadzieją, z wewnętrznym krzykiem o ratunek. I stał się cud – wszystko się we mnie w jednej sekundzie uspokoiło. Na dodatek, jak się później okazało, spokój trwał, straciłam jakikolwiek pociąg do grzechów, tych, bez których nie wyobrażałam sobie życia, a moje małżeństwo zaczęło przeżywać prawdziwy renesans. Jednak minęło dużo czasu, aż się nawróciłam. Wszystko to, co się stało po tej modlitwie, przyjęłam jako prezent, sama natomiast nic nie robiłam w kierunku pogłębienia swojej wiary.

Był początek lata, kiedy spotkałam przypadkiem nie widzianą od lat przyjaciółkę, która właśnie wróciła z Fatimy i ofiarowała mi przywieziony stamtąd Różaniec. Dziwny był to dar, ponieważ „przyczepił się” do mnie, nie pozwalał się odłożyć na półkę ani do szuflady. Cały czas coś mnie ciągnęło, by trzymać go w ręku. Nawet idąc spać, kładłam go pod poduszkę. Nie był jakiś szczególnie cenny – zwykły drewniany Różaniec. W końcu zaczęłam modlić się na nim, bo odniosłam wrażenie, że on tego „żąda”. I wreszcie po 4 latach poszłam do spowiedzi – tym razem – z głębokiego przekonania, choć nie była to jeszcze ta spowiedź, która ostatecznie odciągnęła mnie od przeszłości. Nie była może dobrze przygotowana, ale był to naprawdę poryw serca. Odtąd nie opuściłam żadnej niedzielnej Mszy św. i starałam się odmawiać choć jedną tajemnicę Różańca dziennie. Jesienią zaś znalazłam się po raz pierwszy w Medjugorie. Jechałam tam z sercem całkowicie otwartym na to, co Bóg chce, abym robiła w życiu. Nie będę opisywać tego wszystkiego, co przeżyłam w Medjugorie za pierwszym razem i podczas następnych moich tam pobytów. Powiem tylko tyle, że otrzymałam wielką łaskę nawrócenia, a Pan stał się moim najlepszym Przyjacielem, najważniejszą sprawą mojego życia, moim Celem, moją wielką Miłością. Dał mi łaskę zerwania z całym dotychczasowym sposobem życia, łaskę modlitwy i postu. Jestem bardzo wdzięczna Maryi za ratunek i za ten Różaniec, który „wymusił” na mnie modlitwę i moje nawrócenie. Mało tego – po dwu latach modlitwy na nim i postów dwa razy w tygodniu w intencji mojej Mamy stał się wielki cud jej nawrócenia po całym życiu z dala od Boga, a nawet w opozycji do Niego.

Jestem przekonana, że powierzając się Maryi i modląc się na Różańcu, można zmienić świat na lepsze. Dlatego rozdaję Różańce ufając, że może za pomocą któregoś z nich Maryja przyciągnie kogoś do Jezusa, tak jak to było ze mną. Tak więc proszę wszystkich, którzy mają jakieś problemy „nie do rozwiązania” – powierzcie je Maryi i starajcie się choćby mieć przy sobie Różaniec. Maryja z pewnością znajdzie w końcu sposób, by Was skłonić do modlitwy na nim, nawet jeśli na początku będzie to trudne. I znajdzie sposób, by użyć tej Waszej modlitwy jako drogi, po której przypłynie do Was łaska potrzebna do rozwiązania Waszej trudnej sytuacji.

Szczęść Boże!

Barbara
tekst pochodzi z dwumiesięcznika Miłujcie się!, nr 9-10/2000

kopia ze strony katolik.pl

Posted in Świadectwa | Otagowane: | 5 Komentarzy »

Ks. Dominik Chmielewski – Wojownik Maryi

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 stycznia 2011

Całe moje życie związane było ze sztukami walki – to był priorytet mojego życia. Medytowałem po dwie godziny dziennie zen, jogę – ćwicząc trzy razy dziennie mentalnie i fizycznie karate. W wieku 21 zostałem dyrektorem ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy i mając stopień 3 dan szkoliłem ludzi w bojowej odmianie karate. Studiując  wtedy teologię i filozofię napisałem pracę licencjacką nt. możliwości synkretyzmu filozofii Dalekiego Wschodu z chrześcijaństwem, za którą otrzymałem stopień bardzo dobry. Był to czas, kiedy religia dopiero wchodziła do szkół i poproszono mnie, abym wykładał w jednej z nich religię. Zgodziłem się. Prowadziłem już wtedy szkolenia w dwóch prywatnych szkołach walki, które jak na tamte czasy dawały mi duże możliwości finansowe. To niesamowicie ładowało moje ego. Na imprezach, na dyskotekach, gdzie się zjawiałem, mówili za mną: „Patrz, to jest ten karateka, który strasznie napie……”. Z perspektywy czasu widzę, że było to żenujące, ale wtedy „jarało” mnie to strasznie… I w tamtym czasie zacząłem wchodzić w bardzo konkretną decyzję poświęcenia się na całe życie wschodnim sztukom walki. Chciałem wyjechać na Okinawę i trenować przez całe życie pod okiem wielkich okinawańskich mistrzów. Wiedziałem, że wyjazd ten będzie łączył się z bardzo konkretną inicjacją w sztukach walki, którą można porównać do chrztu w chrześcijaństwie. Polega ona na oddaniu swojego całego umysłu i ciała duchowi karate na całe życie, a jest to duch buddyzmu, duch walczącej agresji, mimo całego nacisku na obronę w technikach walki…

Moja rodzina jest bardzo wierząca. Mieliśmy taki zwyczaj codziennego wspólnego odmawiania dziesiątki różańca. Ja sam nie zauważałem jeszcze wtedy pewnej zdumiewającej rzeczy – było mi coraz trudniej skupić się na modlitwie. Chodziłem co niedzielę na Mszę Świętą, ale mój umysł zupełnie nie był w stanie skupić się na Eucharystii. Z drugiej strony mogłem np. przez godzinę bez trudu medytować zen w zupełnym odprężeniu i ciszy, skupiając się na energiach, które krążyły w moim ciele. Dopiero potem, gdy doświadczyłem Ducha Świętego, zrozumiałem, że są to dwie zupełnie różne moce, które w nas działają. Nie jest prawdą, że Bóg Jedyny i Prawdziwy jest wierzchołkiem góry i różne ścieżki duchowe do Niego prowadzą. Ale  trzeba samemu tego doświadczyć.

Ks.Dominik Chmielewski w Medjugorje jak pasterz i jego owieczki

W tym czasie działałem także w odnowie charyzmatycznej jako animator muzyczny. Pewien znajomy ksiądz zaprosił mnie do Medjugorie. Mówił, że są tam jakieś objawienia Matki Bożej i tak dalej… Zaraz do tego wrócę, muszę Wam się jednak najpierw do czegoś przyznać. Miałem wielkie problemy, aby przyjść na ten świat – by się urodzić. Moja mama poroniła pierwsze dziecko i gdy była ze mną w stanie błogosławionym, bardzo przeżywała to, czy się urodzę. W którymś miesiącu ciąży okazało się na podglądzie, że jestem owinięty pępowiną w taki sposób, że jeśli będę chciał wyjść z łona mamy, to się uduszę. Lekarze byli bezradni i nie wiedzieli, co zrobić. Wtedy moja mama bardzo gorąco zaczęła modlić się do Matki Bożej i powiedziała Jej z całą świadomością, że oddaje mnie Jej na własność, że Maryja może zrobić ze mną co chce, bylebym tylko się urodził. Jak się wkrótce okazało, pępowina „nie wiedzieć czemu” cudownie pękła – ku zdziwieniu lekarzom… a ja przepięknie urodziłem się – tak, że nie tylko się nie udusiłem, ale urodziłem się cały i zdrowy.

Wracając do Medjugorie. Kiedy tam przyjechaliśmy – ja i moich dwóch kolegów, z którymi przyjechałem, też związanych ze sztukami walki, przeraziliśmy się intensywnością programu. W domu miałem problemy z odmówieniem jednej dziesiątki, a tam miałem odmawiać całe 3 części różańca! A dodatkowo jeszcze Msza Święta, modlitwa o uzdrowienie, modlitwa o uwolnienie… No ale, jak już jesteśmy – pomyślałem – to idziemy… Rzeczą, która najbardziej zdumiała mnie na początku było to, że w Medjugorie te modlitwy, które mówisz w domu i ciebie nudzą, tam odmawiasz z lekkością, z radością, z życiem. Postanowiłem jednak być człowiekiem bardzo chłodnym i analitycznym w odbieraniu tego miejsca. Nie chciałem poddać się sugestiom innych ludzi dotyczących dziejących się tam nadprzyrodzonych wydarzeń.

Na drugi dzień okazało się, że jesteśmy zaproszeni na górę Podbrdo, na objawienie się Matki Bożej. Przybyło nas tam ze 2 tys. osób. Dopchałem się z kolegami do krzyża, przy którym objawia się Maryja, by być jak najbliżej tego niezwykłego wydarzenia. Była godz. 21:30, cudowny klimat, ludzie rozmodleni, śpiewy uwielbiające Jezusa… Nagle zorientowałem się, że stoję blisko Iwana – jednego z widzących. Jeszcze pamiętam, jak odezwałem się wtedy do kolegów: „Patrzcie, to jest doskonały zen. Tak powinniśmy medytować, w takim skupieniu, jak ten koleś tutaj…”.

Około godz. 22:30 stało się… Ivan nagle zerwał się, klęknął, podniósł głowę i zaczął z kimś rozmawiać. Wszedł w ekstazę. Kapłan, który był przy nim, wziął mikrofon i powiedział, że właśnie Matka Boża przyszła i jest już wśród nas. Wszyscy uklęknęli, ja miałem przed tym opory i nie chciałem uklęknąć, starałem się to wszystko analizować bardzo sceptycznie i na spokojnie. I w pewnym momencie coś się stało. Przyszła do mnie  niesamowita fala takiej czułości i takiego szczęścia, że moje ciało, moje emocje, wszystko zaczęło się we mnie totalnie wywracać. Zacząłem płakać jak dziecko. To doświadczenie mocy było zupełnie inne od tego, które uzyskiwałem przez medytację po 15 latach treningu. Była to odczucie… najbardziej niezwykłej kobiety. Bardzo delikatna, bardzo subtelna i łagodna  moc płynąca od Najpiękniejszej Dziewczyny we Wszechświecie. Rozwaliło mnie to zupełnie. Czułem, jakby mnie Ktoś przytulał, modlił się nade mną i szeptał prosto do serca, jak bardzo jestem kochany… Trwało to około 15 minut, po czym widzący wstał, wziął mikrofon i zaczął opowiadać o tym, co Matka Boża mówiła, jak wyglądała…

Wtedy runął mi zupełnie obraz Maryi, który miałem wcześniej. Wcześniej wyobrażałem Ją sobie siedzącą na tronie, z berłem i Dzieciątkiem na ręku, patrzącą gdzieś z daleka na ten świat, jako kogoś bardzo dalekiego ode mnie. Mówiło się zdrowaśki do Matki Bożej, ale tak naprawdę zupełnie Jej nie odczuwałem. A tu słyszę, że Maryja wygląda mniej więcej na 17-18 lat, ma około 164 cm wzrostu, niebieskie oczy, kruczoczarne włosy, jest niezwykle delikatna, ale moc, która płynie z Niej, z Jej spojrzenia jest niesamowita. Szczególnie Jej oczy są niesamowite. Widzący nie wpadają w ekstazę z faktu, że widzą Matkę Bożą, tylko z olbrzymiego przeżycia w zobaczeniu, jak Ona wygląda. Ivan mówi, że nazywa Ją piękną, ale to słowo w stosunku do Niej nic nie znaczy. Trzeba Ją zobaczyć, by zrozumieć. Jej piękno nie jest stąd, nie jest z tego świata! Mówi, że nigdy nie widział piękniejszej Dziewczyny. Ona jest taka delikatna i taka piękna! Inna z widzących mówiła to samo, że nie może znaleźć  słów, by opisać Jej piękno, gdyż nie ma takiego piękna na ziemi. Nie ma żadnej osoby, która by Ją przypominała. Ona jest zawsze piękniejsza. Gdy jest się przy Niej, ma się chęć tylko płakać ze szczęścia…

Napisałem później pracę licencjacką o objawieniach Matki Bożej w chrześcijaństwie. Okazało się, że w ciągu tych 2000 lat wszyscy widzący Maryję widzieli praktycznie to samo – najpiękniejszą nastolatkę świata o urodzie i piękności takiej, że niemożliwe jest opisanie Jej opisanie. Patrząc na Maryję człowiek całkowicie wymięka. Kto odkrył Maryję naprawdę, ten odkrył promieniowanie Jej niesamowitej czułości i miłości, delikatności połączonej z niesamowitą mocą i wolą walki z szatanem. Taka jest Maryja z Nazaretu, Największa Wojowniczka Boga. Gdziekolwiek Ona się pojawi, szatan jest miażdżony.

Po tym objawieniu ludzie padali sobie w ramiona. Zapanowała wielka radość i pokój. W tym stanie uniesienia ludzie zaczęli wracać do swoich kwater, a ja, wstrząśnięty, postanowiłem sobie usiąść jeszcze przy tym kamieniu, pod krzyżem. Tam powiedziałem Maryi:

„Jeśli to wszystko, co tutaj się dzieje, jest prawdą, a nie tylko moim emocjonalnym rozchwianiem, to proszę Cię, Maryjo, abyś jeszcze raz przyszła i została tutaj ze mną, bo muszę coś bardzo ważnego w życiu zrobić i muszę Ci o tym powiedzieć.”

Siadłem sobie na kamieniu i powtórnie otrzymałem dar bardzo silnego odczucia Jej obecności… Siedziałem na tym kamieniu, Ona siedziała obok mnie i opowiadałem Jej o wszystkim, o całym moim życiu, o przyszłości… Co to było za odczucie… nie zapomnę tego do końca życia!

W końcu kumpel mówi: „Dominik, idziemy już na kwatery! Zobacz jak długo tu siedzimy…”. Ja mówię: „Stary, daj spokój, jeszcze pół godziny.” A on na to: „Zobacz, która jest godzina.” Ja patrzę na zegarek: 01:30 w nocy. Zdumiony nie wierzyłem, że siedziałem tam tak długo… czas po prostu przestał dla mnie istnieć.

W końcu wróciliśmy na kwatery, a ja nie mogłem zasnąć. Cały czas, niesamowicie wzruszony postanowiłem to wszystko co odczuwałem przelać na papier. Napisałem list do Maryi, w którym oddałem Jej całe moje życie – swoją dziewczynę, sztuki walki, moich przyjaciół, całą moja przyszłość, wszystkie plany na życie, które miałem. Schowałem ten list do kieszeni i dopiero wtedy usnąłem.

Na drugi dzień poszliśmy do jednej z widzących – Vicki. Ta opowiadała nam przepięknie o Matce Bożej, o przesłaniach Maryi do świata i zakończyła niespodziewanie słowami:

„Jeśli ktoś chce coś szczególnego powiedzieć Matce Bożej, to dzisiaj wieczorem, kiedy Ona przyjdzie do mnie, dam Jej tę informację od was. Dlatego, jeśli ktoś chce, to niech coś napisze i da mi, a ja Jej to przekażę.”

Szybko sięgnąłem do kieszeni i pierwszy przekazałem Vicce mój list.

Wróciłem do domu, do Polskim w stanie niezwykłego duchowego przebudzenia. Nie rozstawałem się z różańcem, zacząłem pościć o chlebie i wodzie, wyłączyłem telewizor, muzykę… Moi rodzice byli wtedy na rekolekcjach Oazy Rodzin. Zadzwonili do mnie z pytaniem, jak tam było. Powiedziałem, że nie jestem w stanie tego opisać. Zaproponowali więc, abym do nich przyjechał i wszystko im opowiedział…

Na miejscu było około 60 osób – rodzin z małymi dziećmi i dwóch kapłanów. Kiedy zacząłem opowiadać o Medjugorie, było około godziny 22:00. Skończyłem opowiadać gdzieś koło północy. Rodzice patrzyli na mnie takimi oczami, jakby zobaczyli ducha. Obecni tam księża, którzy mnie znali, byli w niezłym szoku. Na końcu powiedziałem im, że tam – w Medjugorie – otrzymaliśmy specjalne błogosławieństwo od Matki Bożej, które mamy przekazywać wszystkim innym, w celu nawracania ich i przyjęcia błogosławieństwa Bożego. I jeśli chcą, to mogę im to błogosławieństwo przekazać. Księża patrzą na mnie… – wyobraźcie sobie: koleś przyjeżdża nie wiadomo skąd i jakieś błogosławieństwo chce przekazywać… Rodzice też za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. Było tam kilkanaście małżeństw, które przy kawce słuchały tego wszystkiego… I nagle zrobił się niesamowity harmider. Tamci pobiegli po inne małżeństwa, zaczęli budzić dzieciaki o 24:00, schodzić się całymi rodzinami. Ja kładłem na nich ręce, błogosławiłem… co się tam działo…tyle pokoju i radości w sercach tylu ludzi…

Kiedy wróciłem do domu kręciłem okrążenia na różańczyku, jedno okrążenie za drugim, nie nudząc się, nie mogąc się nasycić modlitwą odczuwając niesamowitą radość, szczęście i pokój serca. Szczególnie niezwykłe było doświadczenie pokoju serca, daru Ducha Świętego od Maryi Królowej Pokoju. Zobaczyłem, że wyciszenie zmysłów, które uzyskiwałem w czasie medytacji zen, to zupełnie inne doświadczenie niż pokój serca, dar Ducha Świętego. Po dwóch dniach zadzwonił do mnie przyjaciel znad morza i mówi: „Słuchaj, od trzech dni trwa zgrupowanie karate, które miałeś prowadzić. Gdzie ty jesteś?”

Rzeczywiście, zupełnie o tym zapomniałem. Zapakowałem kimono do plecaka i pojechałem. Na treningu wszyscy spojrzeli  na mnie zdumieni, ponieważ do czarnego pasa przy kimonie przywiązałem różaniec. Nic nie powiedzieli z szacunku, a może i ze strachu, że dostaną bęcki za głupie uśmieszki, ale spojrzenia mieli przedziwne. Poprowadziłem trening jak zawsze, czyli pokazywałem im, jak na pięćdziesiąt różnych sposobów można kogoś zabić, a potem wyjąłem swój różaniec i powiedziałem, że dzisiaj nie będzie medytacji, tylko opowiem im o miłości Pana Boga do każdego z nich i opowiem, kim jest Matka Boża… I najciekawsze było to, że tak słuchali mnie przez dwie godziny, a na końcu wszyscy chcieli przyjąć błogosławieństwo Matki Bożej. Tak więc kładłem na nich ręce i przekazywałem je modląc się nad nimi.

Dużo by jeszcze opowiadać… Ponieważ byłem dosyć znany w środowisku młodzieżowym w Bydgoszczy, zaczęto mnie zapraszać na różne rekolekcje. Głosiłem Słowo, mówiłem o Medjugorie, o Maryi. Bardzo dużo osób się nawracało, do tego stopnia, że zaczęliśmy organizować pielgrzymki do Medjugorie – tylko dla młodzieży. Utworzyliśmy grupy medjugorskie Matki Bożej, gdzie młodzież modliła się trzema częściami różańca dziennie i pościła o chlebie i wodzie w środy i piątki. Działy się wielkie rzeczy, znaki i cuda nawróceń wręcz zdumiewających!

Kilka miesięcy później, będąc w Dębkach niedaleko Żarnowca, ćwicząc intensywnie na treningu karate, zacząłem odczuwać, że wykonując  techniki karate, przenika mnie złowrogi niepokój, nie wiadomo skąd. Trening, który kiedyś przynosił mi ogromną radość, teraz nie wiedzieć czemu stał się odczuwaniem  niewytłumaczalnego lęku i niepokoju. Straciłem cały pokój serca i radość, który miałem dzięki modlitwie. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Wiedziałem, że niedaleko mieścił się klasztor benedyktynek i pewnego dnia poszedłem tam. Na furcie powiedziałem, ze chciałbym porozmawiać z jakąś mądrą siostrą. Po chwili wyszła do mnie jedna z sióstr, która tak na mnie popatrzyła, uśmiechnęła się i powiedziała: „Czekałam na ciebie.” Usiedliśmy sobie w pokoju i zaczęliśmy rozmawiać tak, jakbyśmy się znali od zawsze. Na końcu powiedziała mi: „Słuchaj, Matka Boża ma dla ciebie wspaniały plan, ale tym, co cię od Niej odgradza jest sztuka walki, którą trenujesz. Wybór należy do ciebie.”

Byłem zdumiony… Myślałem, że będę przyprowadzał do Matki Bożej chłopaków, którzy sami od siebie nigdy do kościoła nie przyjdą i to będzie taka fajna forma ewangelizacji, by poprzez sztuki walki doprowadzić ich do chrześcijaństwa. Ale ona kręciła tylko głową i mówiła:

„Nie, to są dwa różne źródła mocy, nie można tego łączyć. Nie można być jednocześnie chrześcijaninem i buddystą. Nie można trenować kogoś w bardzo brutalnych technikach walki, a jednocześnie otwierać się na Moc Ducha Świętego, który jest Pokojem, Czułością, Łagodnością całkowicie pozbawioną agresji…”.

Tak więc z ciężkim sercem, ale za wielką łaską Bożą podjąłem decyzję, że rezygnuję ze sztuk walki. Przyjechałem do Bydgoszczy, zrobiłem walne zebranie związku i złożyłem rezygnację ze stanowiska dyrektora technicznego ds. karate. Nie wiedziałem, co będzie dalej, ale moja decyzja była nieodwołalna.

Od tamtego czasu minęło przeszło 15 lat. Nadal przyjaźnię się z wieloma znajomymi z tamtego środowiska sztuk walk. Cały czas trzymamy się razem. Moi najbliżsi przyjaciele, z którymi trenowałem przez wiele lat, są dzisiaj ewangelizatorami w Bydgoszczy; jeden w środowisku biznesmenów, drugi już nie trenuje sztuk walki – zrezygnował z nich  na rzecz sportów walki. Ma bardzo mocną sieć klubów taekwondo w Bydgoszczy i tam również  propaguje drogę życia chrześcijańskiego wśród młodzieży.

Kończąc moje opowiadanie, Matka Boża coraz głośniej wołała mnie, abym się Jej oddał. To było z miesiąca na miesiąc coraz mocniejsze, coraz silniejsze, ale tak jak zawsze, było to: „Jeśli chcesz. Nie musisz, tylko jeśli chcesz.” Bardzo delikatnie, cichutko, aby nie przestraszyć, aby nie naruszyć wolnej woli, pytała:

„Czy chcesz być mój na zawsze, tylko dla mnie? Jeśli tego nie chcesz, będę cię kochać, będę cię błogosławić, dam ci szczęśliwą rodzinę. Ale jeśli chcesz zostać moim ukochanym kapłanem, to będziesz najbardziej szczęśliwy.”

No i tak się stało. Rok później wstąpiłem do zgromadzenia salezjańskiego…

I tak, w wielkim skrócie, opowiedziałem Wam historię swojego powołania. Po wielu latach prowadzenia przez Maryję w życiu zakonnym, doświadczałem wielkich walk z szatanem, ale na Niej nigdy się nie zawiodłem. Ona zawsze była, jest i będzie przy mnie i przyjdzie po mnie w chwili śmierci, aby mnie przyprowadzić do Ojca Niebieskiego, tak jak to czyni każdego dnia już tu na ziemi – na modlitwie. Jej moc nad szatanem jest druzgocząca, Ona ma całą moc Boga, aby zmiażdżyć szatana. Tak bardzo to widzę w posłudze uwalniania i egzorcyzmach. W posłudze uzdrawiania widzę, że najpiękniejsze uzdrowienia dzieją się wtedy, gdy Ona prosi o nie Jezusa i Jezus dokonuje ich składając nas w Jej ramionach. A jednocześnie widzę jak szatan przeraźliwie Jej się boi i zrobi wszystko, żeby wyeliminować Ją z życia i z serca każdego dziecka Bożego. Widzę, że – tak jak w życiu ziemskim – relacje w rodzinie są wtedy najpiękniejsze, gdy dziecko ma kochąjącą mamę i tatę… tak w życiu duchowym dziecko najpiękniej się rozwija, gdy ma kochającego Ojca Niebieskiego i Najwspanialszą Mamę Maryję! Wtedy jest najbezpieczniejsze 🙂

Ks. Dominik Chmielewski

PS. Oto krótki filmik z czasów mojego trenowania karate:

Źródło: http://www.tajemnicamilosci.pl

Posted in Cuda, Medziugorje, Nawrócenia, Objawienia, Warto wiedzieć, Z prasy, Świadectwa | Otagowane: , , | 4 Komentarze »

Ofiarowany szatanowi, ocalony przez Jezusa – Jarosław Dudała

Posted by Dzieckonmp w dniu 9 września 2010

Od czwartego roku życia słyszałem wewnętrzne głosy. Byłem w stanie nawiedzenia – mówi Sergiusz Orzeszko.Jestem synem dyplomaty, który zaczął karierę w latach 60., dlatego nie przyjąłem chrztu, kiedy byłem mały. Później dowiedziałem się, że po urodzeniu zostałem rytualnie ofiarowany szatanowi, bez wiedzy moich rodziców – mówi 34-letni dziś Sergiusz. – Mieszkałem w Belgii, Francji i we Włoszech, w Rzymie. To Stolica Apostolska, ale ja żyłem tam w środowisku buddyjskim. Chodziłem do międzynarodowej szkoły. To był tygiel – wszystkie rasy, wszyst-kie języki europejskie. Moi koledzy w większości wierzyli w reinkarnację. Już od 7. roku życia zacząłem sobie zadawać pytania egzystencjalne i szukałem konkretnych odpowiedzi. Zaangażowałem się w filozofię buddyjską.

To było połączone z praktykowaniem jednego ze stylów kungfu, bioenergoterapii i jogi. W wieku 15 lat wystawiłem siebie na próbę. Wprowadziłem się w stan śpiączki. Człowiek jest świadomy tego, co się dzieje dookoła, ale nie czuje bólu. W szpitalu przez 8 godzin kłuli mnie, klepali i dziwili się, że nie reaguję, choć normalnie oddychałem. Tylko serce biło nieco szybciej niż zwykle. Później zaczęły się poważne problemy. Bo jeśli ktoś angażuje się w jogę poważnie, to wiąże się to z okultyzmem. Wpadłem w praktyki okultystyczne w sensie ścisłym. Nie miałem żadnego mistrza. Od szóstego, a nawet od czwartego roku życia słyszałem wewnętrzne głosy. Byłem w stanie nawiedzenia, miałem kontakt z duchami. Te duchy mnie instruowały, wdrażały w rzekome tajemnice życia duchowego.

Głos chce więcej
W wieku 16 lat ten głos oczekiwał ode mnie czegoś więcej niż kontrolowanie ciała. Chciał zrobić ze mnie potencjalnego zabójcę – osobę zdolną do wykonywania rzeczy, których przeciętny człowiek nie jest w stanie wytrzymać. To wyglądało jak szkolenie specnazu (rosyjskich wojsk specjalnych – przyp. J.D.). Tam, prócz zwykłych ćwiczeń szkolenia, wprowadza się w tajniki technik ściśle związanych z okultyzmem. I właśnie tak działo się ze mną. To, z czym miałem do czynienia, to był szatan. Wykorzystał moje problemy w rodzinie i niezliczone kompleksy po to, żeby mną zawładnąć, stać się dla mnie autorytetem. To bardzo proste – jeżeli człowiek jest zraniony, nie doświadczył miłości i żyje w grzechu pierworodnym, to ma naturalną skłonność do czynienia zła.

I generalnie nie jest w stanie tego powstrzymać. Takie słabe jednostki (a mnie się wydawało, że jestem silny!) świetnie nadają się do robienia im prania mózgu. I to zły duch robił ze mną do czasu, gdy osiągnąłem 17 lat. Wtedy stwierdziłem, że nie daje mi to szczęścia. Że wciąż mam problemy wewnętrzne, kompleksy, brak poczucia bycia kochanym. Szczęście było dla mnie wtedy czymś absolutnie nieosiągalnym. Mimo że miałem nadprzyrodzone zdolności. Potrafiłem uzdrawiać (pozornie), wpływać na decyzje i emocje innych ludzi. Teraz wiem, że to było możliwe pod warunkiem, że taka osoba nie była w stanie łaski uświęcającej. Bo mdlałem na widok babci modlącej się na różańcu. Nie chcę mówić o szczegółach, bo boję się, że to może kogoś zachęcić. A to nie są jakieś sztuczki. To kontakt z bytem duchowym. To sprawa dla egzorcysty.

Satanista i Bóg dobroci
W wieku 17 lat, w średniowiecznym zamku we Francji, przyznałem się, że w moim życiu nic nie gra. Klęknąłem i powiedziałem: „Boże, jeśli jesteś, to działaj”. Skąd wiedziałem, że Bóg jest? To nie była kwestia emocji ani intelektu. Uzyskałem wewnętrzną świadomość, że jest prawda i że jest Bóg. Mówiłem: „jeżeli jesteś”, ale wiedziałem, że On jest. I spodziewałem się wewnętrznej odpowiedzi. Nadeszła. Była taka: „Już dłuższy czas czekałem, żebyś zdecydował się na ten akt pokory. I Ja już ci pomogłem, ale owoc tej pomocy zobaczysz dopiero za kilka lat”. Wtedy po raz pierwszy w życiu doświadczyłem, że istnieje Bóg dobroci. Ktoś inny niż głos przemocy, którego przez tyle lat doświadczałem. Coś, co nie wyzwala lęku, ale koi egzystencjalny ból. Gdyby nie to, moje życie skończyłoby się samobójstwem.

Odtąd szukałem Boga dobroci. Mimo to jeszcze przez krótki czas świadomie tkwiłem w satanizmie – jak alkoholik, który pije, choć już wie, że nie powinien. Nie byłem gościem, który latał z odwróconym krzyżem w czarnych portkach, żeby straszyć ludzi. Chodziłem w dobrze skrojonym garniturku. Tacy są prawdziwi sataniści – i oni są niebezpieczni. Potem się uspokoiłem. Byłem obojętny, zmęczony życiem. W wieku 20 lat wróciłem do Polski. Studiując fizjoterapię, poznałem krisznowców.

Wiele mówili o reinkarnacji i Bogu dobroci. Tak, to musi być wspólnota, na którą czekałem – pomyślałem. Byłem w niej 3 lata. Po tym czasie nie dało się już ze mną żyć. Bo gdy guru powiedział, że moja narzeczona je mięso, więc jest nieczysta i nie może być moją żoną, to się spakowałem i wyjechałem do aśramu w Mysiadle koło Warszawy, żeby przygotowywać się do kapłaństwa (w rozumieniu krisznowców). Dla narzeczonej to był szok. Znalazła krisznowców na liście sekt. Poprosiła mnie przed rozstaniem o ostatnią przysługę – żebym spotkał się z dominikanką s. Michaelą Pawlik. To był czas, gdy widziałem jeszcze aurę. A aura narzeczonej, proszącej o to spotkanie, miała tak niezwykły kolor, że stwierdziłem, że to musi być coś ważnego.

Okaleczenia, orgie, narkotyki
Mieliśmy z s. Michaelą 2-godzinną merytoryczną rozmowę. Ona była 13 lat w Indiach jako świecka pielęgniarka. Miała dostęp do świątyń. Widziała rytuały. Pacjenci opowiadali jej, jak wygląda ich religia i jak doktrynalnie usprawiedliwia okaleczanie dzieci, orgie sakralne i stosowanie narkotyków, które rzekomo pobudzają do uzyskania wyższej świadomości. To była inna twarz hinduizmu od tej, którą znamy z mediów.

Od s. Michaeli dowiedziałem się, że jestem we wspólnocie, która stosuje synkretyzm religijny, tzn. zawiera elementy hinduistyczne (waisznawickie), ale też elementy objawienia Jezusa Chrystusa. Trzeba było zadać sobie pytanie, skąd wzięło się to połączenie. Okazało się, że krisznowcy ukrywali takie sprawy jak okaleczanie dzieci. Ukrywali, że wszystkie księgi hinduistyczne zostały zmodyfikowane w XIX w. za sprawą filozofa i wizjonera Rudolfa Steinera. Zostały z nich wycięte fragmenty, które były niezręczne z punktu widzenia mentalności europejskiej. To był dla mnie szok.

Musiałem zweryfikować te informacje. Sprawdziłem to dzięki pomocy kompetentnych osób. Okazało się, że minione 3 lata mojego życia to była wielka pomyłka. Siostra opowiedziała mi też, kim jest Jezus. Wtedy otrzymałem łaskę wiary. Po trzech miesiącach przygotowania otrzymałem chrzest. Choć byłem przypadkiem nadającym się do egzorcyzmów, nie byłem odrębnie egzorcyzmowany. To się odbyło przy chrzcie. Złe duchy wyszły wtedy ze mnie jak cienie – bez bólu. Rozeznałem też, że nie mam powołania do życia w małżeństwie. Trzy tygodnie przed ślubem musiałem się wycofać. Narzeczonej było ciężko. Mnie było łatwiej, bo byłem umocniony jakąś specjalną łaską. Pan Bóg pocieszał mnie wewnętrznie. Ale to nie był taki głos jak te, które słyszałem od dzieciństwa. Różnica jest ogromna. To różnica między obcowaniem z kimś, kto cię absolutnie nienawidzi a obcowaniem z kimś, kto jest czystą dobrocią. W pierwszym przypadku, choćby ten głos był nie wiem jak słodki, to ze strachu ciarki chodzą po plecach.

Ostre jazdy
Po trzech latach od nawrócenia przyjęto mnie do warszawskiego seminarium duchownego. Musiałem mocno pracować nad sobą, bo przez 24 lata żyłem w grzechu, pod wpływem psychicznego przymusu ulegania wadom moralnym. W dodatku one były we mnie utrwalane poprzez system etyczny, który mówił mi, że to jest dobre. Gdy człowiek się nawraca, otrzymuje łaskę. Ale ciało się odzywa. To jest jak z piciem kawy. Piłeś ją całe życie, a tu naraz nic? A z takimi jak ja sprawy są dużo trudniejsze niż z tą kawą.
Po czterech latach rozeznałem, że jestem powołany do Instytutu Dobrego Pasterza i pracy wśród ludzi przywiązanych do formy nadzwyczajnej rytu rzymskiego (liturgii łacińskiej). W tym roku mam otrzymać święcenia diakonatu, a w przyszłym święcenia kapłańskie. Odszedłem do instytutu z seminarium, otrzymując od wychowawców opinię, że jestem… normalny. Że miałem ostre jazdy, ale dzięki łasce Bożej udało się to uleczyć. Życzę tego wszystkim, którzy doświadczyli tego, co ja.

Żródło: Gość Niedzielny

Posted in Kościół, Nawrócenia | Otagowane: , , , , , | 5 Komentarzy »