Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Propozycja chronologiczna

    • Rok 2019 – Kryzys Rumunia
    • Rok 2020 – fałszywe traktaty pokojowe
    • Rok 2021 – Papież jedzie do Moskwy
    • Rok 2021 – Wojna
    • Rok 2022 – zwycięstwo komunistyczne
    • Rok 2023 – 10 królów
    • Rok 2024 – Antychryst
    • Rok 2025 – Sojusz z wieloma
    • Rok 2025 – Synod
    • Rok 2026 – Henoch i Eliasz
    • Rok 2028 – Ohyda spustoszenia
    • Rok 2029 – Ostrzeżenie
    • Rok 2030 – Cud
    • Rok 2031 – Nawrócenie Izraela
    • Rok 2032 – Kara
    • Rok 2032 – Odnowienie świata
    • Rok 2033 – Exodus
    • Rok 2034 – Zgromadzenie w Jerozolimie
    • Rok 3032 – Gog i Magog
    • Rok 3213 – Koniec świata
    • Nowe niebiańskie Jeruzalem.
  • Ostrzeżenie

    13 kwietnia 2029
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Posts Tagged ‘Wielgus’

Kapłan wobec ofensywy ideologii

Posted by Dzieckonmp w dniu 13 kwietnia 2012

Kościół katolicki dziś. Zagrożenia, ich przyczyny oraz drogi wyjścia.

Wykład JE księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa wygłoszony 7 września 2002 r. na

Jasnej Górze w czasie Dni Modlitw Ruchu Kultury Chrześcijańskiej „Odrodzenie”

To nie przypadek, że pierwsze przykazanie Dekalogu domaga się od nas wiary w jedynego Boga i odrzucenia pogaństwa. Jest ono bowiem fundamentem wszystkich innych przykazań oraz prawd wyznawanej przez nas wiary. Wbrew pozorom pogaństwo nigdy nie umarło. W ciągu wieków zmieniało tylko swoje oblicze. Zmieniało bogów i sposoby oddawania im czci. Zaczynało się ongiś i zaczyna dziś wraz z odrzuceniem planu Bożego objawionego w Jezusie Chrystusie, czyli wraz z odrzuceniem Jezusa Chrystusa[1]. Obecnie staje się wyjątkowo silne i wyjątkowo groźne. Ogólnie rzecz biorąc, występuje w dwóch postaciach. Jako tzw. pogaństwo na zewnątrz Kościoła oraz pogaństwo wewnątrz Kościoła.

Tak zwani zewnętrzni neopoganie to ludzie niewierzący, którzy otwarcie odrzucają wiarę i moralność chrześcijańską, a w ich miejsce głoszą wartości pogańskie. Nie mają oni w najmniejszym stopniu świadomości, że człowiek nie istnieje dla swojej chwały, lecz dla chwały Bożej. Nie dostrzegają różnicy jakościowej między Bogiem a człowiekiem. Jeśli godzą się na Boga, to tylko jako na coś, o czym można mówić i czym można dysponować według własnego uznania, jakby się było Mu równym. żyją w „nieobecności Boga”. żyją tak, jakby Bóg nie istniał. Uwolnili się od związku z Nim. Ogłosili się całkowitymi panami siebie i swojego losu. Weszli na Boży tron jako niezależni od nikogo twórcy nowej moralności, bezbożnej, nie mającej nic wspólnego z Dekalogiem. Sami sobie i wszystkim swoim, nawet najbardziej wszetecznym zachciankom i występkom oddają boski kult. Jest ich dziś bardzo wielu. Można bez żadnej przesady powiedzieć, że niektóre całe współczesne narody żyją tak, jakby Bóg nie istniał i nie pozostawił im swojego moralnego prawa. Odrzuciły ze swojego światopoglądu wertykalny, nadnaturalny wymiar rzeczywistości i człowieka. Pozbyły się ze swojego życia – indywidualnego i społecznego – pierwiastka sacrum[2]. żyją tylko w wymiarze horyzontalnym: doczesnym i materialnym.

Neopogaństwo stało się niestety także problemem wewnątrzkościelnym.

Jak powiada kardynał J. Ratzinger: „Wzrasta ono bez przerwy w samym sercu Kościoła i grozi zniszczeniem go od wewnątrz”. Kościół katolicki staje się niestety Kościołem pogan, którzy nazywają się jeszcze katolikami czy chrześcijanami, ale myślą i postępują po pogańsku. Przejęli poglądy, postawy, wzorce etyczne, wartości i styl życia ludzi kierujących się duchem tylko tego świata. Odrzucają patrzenie na świat i na ludzki los sub specie aeternitatis. Czynią to wbrew słowom św. Pawła: „Nie bierzcie wzoru z tego świata” (Rz 12, 2), oraz św. Piotra: „Nie stosujcie się do waszych Żądz” (1 P 1, 14). Kwestionują podstawowe prawdy wiary.

Doprowadzili samych siebie do osłabienia poczucia godności osoby ludzkiej, do zaniku poczucia grzechu. Ich życie przenika konsumpcjonizm i erotyzm, prymat „mieć” nad „być”.

Godzą się na rozpad rodziny, na aborcję, eutanazję i doświadczenia na ludzkich embrionach. Odrzucają kościelną naukę o pożyciu seksualnym, wierności małżeńskiej itd.[3]

Czy tacy ludzie należą jeszcze rzeczywiście do Kościoła?

W konstytucji Soboru Watykańskiego II „Lumen gentium” czytamy następujące słowa: „Do społeczności Kościoła wcieleni są w pełni ci, co mając Ducha Chrystusowego, w całości przyjmują przepisy Kościoła i wszystkie ustanowione w nim środki zbawienia i w jego widzialnym organizmie pozostają w łączności z Chrystusem rządzącym Kościołem przez papieża i biskupów, w łączności mianowicie polegającej na więzach wyznania wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego oraz wspólnoty. Nie dostępuje jednak zbawienia, choćby był wcielony do Kościoła ten, kto nie trwając w miłości, pozostaje wprawdzie w łonie Kościoła ‚ciałem’, ale nie ‚sercem'”[4].

Współczesny Kościół musi się więc zmagać nie tylko z pogaństwem zewnętrznym, lecz także wewnętrznym, istniejącym i rozwijającym się w jego łonie. Dlatego Jan Paweł II w swoim słynnym wywiadzie udzielonym Messoriemu przypomina o tym, że „Kościół ciągle na nowo podejmuje zmaganie z duchem tego świata, co nie jest niczym innym jak zmaganiem się o duszę tego świata. Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna antyewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji”[5].

Jest u części współczesnych katolickich teologów i publicystów, nawiasem mówiąc akceptowanych, a nawet wysoko cenionych przez liberalne media – jako otwartych na współczesny świat intelektualistów – wyraźna tendencja do eliminowania z przedstawianego obrazu współczesnego świata, wiary i Kościoła zjawisk zatrważających czy niepokojących. Ci, którzy ważą się o nich mówić, krytykowani są od razu jako fundamentaliści i nietolerancyjni defetyści, czarno widzący świat i wprowadzający do społecznej świadomości rozterkę i niepotrzebny niepokój. Wzywa się ich do pozytywnych tylko wypowiedzi o moralnej i religijnej kondycji współczesnego świata. Zgodnie zresztą z zasadami postmodernistycznej „poprawności politycznej”, która głosi obowiązek akceptowania wszelkich poglądów i wszelkich anomalii moralnych, a jednocześnie wzywa – zgodnie z zasadami ateistycznego liberalizmu – do odrzucenia Boga i chrześcijańskiej moralności. Jak inaczej bowiem można wytłumaczyć przygotowywanie przyszłej konstytucji zjednoczonej Europy bez żadnego odniesienia do Boga i do chrześcijaństwa, które zbudowało przecież kulturę europejską? Jak inaczej można zrozumieć ostatnie wezwanie, skierowane przez Radę Europy do katolickich krajów, w tym zwłaszcza do Polski i Irlandii, by zaakceptowały prawo do mordowania nienarodzonych dzieci na Życzenie?

Odrzucanie ostrzeżeń przed złem, a zwłaszcza odrzucanie krytyki czyniących nieprawość, nie jest czymś nowym. Tak działo się zawsze. Mutatis mutandis wystarczy w tym miejscu przywołać los starotestamentalnych proroków, których nieporównanie okrutniej traktowano za to, że ośmielali się ostrzegać Izraelitów przed grzechem i pogaństwem. Nie można jednak chować głowy w piasek. Aby podjąć trud odnowy religijnej i moralnej współczesnych społeczeństw, należy sobie uświadomić istniejące zło i wskazać na jego korzenie. Ignorowanie negatywnych faktów, bagatelizowanie ich lub zaprzeczanie im nie zapobiegnie destrukcji. Przeciwnie, przyspieszy ją tylko i wzmocni.

Nie chodzi oczywiście o to, by w otaczającym nas świecie dostrzegać tylko zło, by ludzi pozbawiać otuchy i nadziei. Dobra w otaczającym nas świecie jest z pewnością więcej niż zła. Gdyby było inaczej, ten świat przestałby już istnieć. Jest tymczasem na tym świecie dużo bezinteresownej dobroci i Życzliwości. Jak mówi Ojciec Święty w swojej adhortacji „Pastorem dabo vobis”, dobro jest we współczesnym świecie silniejsze niż niegdyś pragnienie sprawiedliwości i pokoju dla wszystkich. Jest większa wrażliwość współczesnego człowieka na nieszczęścia, które dotykają bliźnich, często zupełnie obcych i nieznanych. Jest coraz żywsza i coraz powszechniejsza troska współczesnego człowieka o dzieło stworzenia, o przyrodę. Jest usilne poszukiwanie sposobów ochrony godności człowieka i jego niezbywalnych praw. Widać większą niż w minionych dziesiątkach lat tęsknotę za Bogiem. Stawiane są także coraz częściej pytania z dziedziny etyki, dotyczące sensu i granic badań naukowych prowadzonych przez współczesnych uczonych, pozostających niestety w swojej większości pod wpływem pozytywistycznie uprawianej – tj. bez żadnych odniesień do Boga, religii i etyki – współczesnej nauki.

Mając to na uwadze, nie wolno jednak zapominać o tym, że świat nasz ogarnia coraz większa, dusząca chrześcijaństwo chmura neopogaństwa wyrażającego się w takich zjawiskach, jak: nie liczący się z dobrem wspólnym egoistyczny hiperindywidualizm, nawołujące ludzi do Życia wyłącznie według reguły przyjemności hedonizm i konsumpcjonizm, sekularyzm, relatywizm moralny, skrajny racjonalizm – połączony paradoksalnie ze współczesnym rozkwitem sekt, irracjonalizmu i magii; następnie praktyczny i egzystencjalny ateizm, zjawisko coraz szybszego procesu dechrystianizacji chrześcijańskich niegdyś społeczeństw, rozpad rodziny i instytucji małżeństwa, anarchia seksualna, wielka ignorancja religijna katolików, źle rozumiany przez nich pluralizm teologiczny – stawiający znak równania między Kościołem katolickim i najbardziej irracjonalnymi, wymyślonymi przez chore umysły sektami; wybiorcza, spowodowana nadmierną subiektywizacją wiary postawa wielu katolików w odniesieniu do 3 istotnych prawd wiary i zasad moralnych; a w końcu częściowa i – jak to Ojciec Święty nazywa – „warunkowa” przynależność wielu katolików do Kościoła, która polega na przebieraniu przez nich w prawdach wiary i przykazaniach moralnych i na odrzucaniu wszystkiego tego, co wiąże się z ofiarą i samoopanowaniem. Nie da się zaprzeczyć, że ogólnie rzecz biorąc, nasza cywilizacja ustawia się niestety w swoim rozwoju coraz bardziej przeciw Bogu, przeciw godności człowieka jako obrazu Bożego i przeciw przyrodzie jako Bożemu dziełu. Boże przykazania nie stanowią już dla niej ani fundamentu, ani też jakiegokolwiek odniesienia.

Współczesne „areopagi” – używając tu słów Ojca Świętego – a więc świat mediów, kultury, rozrywki, nauki, biznesu, polityki – uległy w znacznej mierze dechrystianizacji i neopogaństwu.

Dla rozgłosu, z chciwości, z nienawiści do Kościoła, areopagi te rozpowszechniają zło, banalizują je i relatywizują. Na porządku dziennym w krajach wyrosłych z chrześcijańskiej kultury napotykamy na bluźnierstwa, wyszydzanie wiary i moralności chrześcijańskiej, zachęcanie do przemocy i rozpusty oraz rozpowszechnianie pojęcia wolności pojętej jako anarchia moralna, tj. wolności od wszystkiego i do wszystkiego, jako wolności do popełniania wszelkich, wołających wprost o pomstę do nieba grzechów. Tak pojęta wolność, a obok niej obowiązkowa tolerancja wobec łamania wszystkich przykazań oraz przyjemność – jako jedyna zasada postępowania – stały się fundamentalnymi „wartościami”, na których buduje się Życie jednostek i społeczeństw w krajach kierowanych przez liberalny ateizm.

Promowane przez wspomniane wyżej areopagi pseudowartości czy też antywartości przenikają szeroką falą do życia wielu katolików, do życia Kościoła, wywołując w nim przedstawione już wyżej zjawiska kryzysowe, które przekładają się na zatrważające czyny ludzi, którzy nie rozróżniają dobra od zła, którzy uwierzyli, że mogą robić, co im się podoba. Szeroka fala przestępczości, zbrodnie popełniane przez młodych ludzi, okrutnych, bezwzględnych i bez sumienia, o czym donoszą codziennie media, to także w dużej mierze skutki ateistycznego liberalnego światopoglądu, odrzucającego chrześcijańskie wartości i zabijającego przy pomocy swoich wszechobecnych medialnych instrumentów sumienie, poczucie grzechu oraz świadomość odpowiedzialności każdego człowieka przed Bogiem. Telewizja i inne media, przepełnione erotyką i przemocą wraz z wszechobecną reklamą, głoszą bez żadnej samokontroli kult przyjemności, posiadania i nieskrępowanego niczym folgowania najdzikszym nawet instynktom. Pełne są wezwań do tak zwanej samorealizacji – formułowanych przez pseudopedagogów i pozbawionych zasad etycznych publicystów – oraz wszelkiej maści idolów. Samorealizacji dokonywanej bynajmniej nie przez pracę, kształcenie charakteru, ofiarę i konieczne wyrzeczenie, lecz przez życie zgodne z jedną tylko zasadą, a mianowicie zasadą przyjemności, która zastąpiła wszelkie wartości moralne, m.in. umiejętność rezygnacji i cnotę samoopanowania. Zasada przyjemności podpowiada młodemu człowiekowi, że wszystko, co mu się podoba, co potęguje jego pragnienie rozkoszy, to wszystko mu się należy, choćby z największą krzywdą dla innych. – Potrzebuję pieniędzy, więc mam prawo rozstrzelać trzy niewinne kobiety i kolegę ochroniarza – rozumowali bandyci, którzy dokonali napadu w Kredyt Banku w Warszawie. Wymienione wyżej pseudoautorytety wmawiają więc w ludzi, zwłaszcza młodych i nieukształtowanych moralnie, że wolno im wszystko, że mają prawo do pieniędzy, strojów, samochodów – bez pracy i żadnego wysiłku z ich strony; że nikt ani nic nie może im w zdobywaniu tego, co chcą, stawiać jakichkolwiek przeszkód. Jeśli jednak postawi, jeśli będzie przeszkadzał w zanarchizowanym moralnie życiu – to należy go fizycznie zlikwidować, chociażby to był sześcioletni braciszek, który przeszkadzał swojej osiemnastoletniej siostrze w prowadzeniu nieskrępowanego erotycznego życia, jak to ostatnio miało miejsce w Poznaniu.

Tego rodzaju przykładów zdziczenia moralnego, wskazujących na groźną dla losu współczesnych społeczeństw i ciągle postępującą degradację etyczną, jest wiele. Każdy dzień przynosi nowe. I nie chodzi tu tylko o degradację etyczną przeciętnych ludzi. Degradacja ta, której wpływu na całe społeczeństwa niepodobna przecenić, dotyka najwyższe elity współczesnych krajów: prezydentów, ministrów, decydujący o gospodarce światowej świat biznesu, a nawet ludzi nauki. Bywa, że nawet ludzie z elit politycznych, gospodarczych, artystycznych, a nawet naukowych – kłamią, oszukują, dokonują olbrzymich malwersacji, popełniają plagiaty, fałszują badania naukowe i wyniki kontrolne. Gotowi są na wszystko, by się szybko wzbogacić, uzyskać rozgłos i dojść do władzy. Niemal codziennie media donoszą o olbrzymich aferach i oszustwach, które wstrząsają opinią publiczną. Takie są skutki odejścia od fundamentalnych zasad chrześcijańskich. Uczciwi, zatroskani o los swoich społeczeństw ludzie zaczynają bić na alarm. Napotykają jednak olbrzymie trudności, aby przekonać do zmiany mentalności liberalne, zateizowane areopagi, tworzące bezbożne prawa i rozpowszechniające hedonistyczny, konsumpcyjny światopogląd, jako jedynie obowiązujący w społeczeństwach nastawionych tylko na zysk, przyjemność i zabawę.

W tym świecie znajduje się Kościół. Jak mówi soborowa konstytucja „Gaudium et spes”, kroczy on wspólną drogą z całą ludzkością i wraz z nią przeżywa swój doczesny los. Jego zadaniem jest przeciwstawić się bezbożnemu duchowi czasu. Nie wolno mu dopuścić do tego, aby „ewangeliczna sol zwietrzała”. Nie wolno mu iść na zgniłe kompromisy z siłami głoszącymi i realizującymi neopogaństwo. Ciągle musi być znakiem sprzeciwu wobec nich. Aby znaleźć drogi wyjścia z trudnej ideowo sytuacji, w jakiej Kościół znajduje się w wielu – zwłaszcza zachodnich – społeczeństwach, która to sytuacja zagraża zresztą także coraz bardziej polskiemu społeczeństwu i polskiemu Kościołowi, należy, oprócz jasnego przedstawienia wszelkich trudności, na jakie napotykają dziś wiara i moralność chrześcijańska, oraz oprócz wskazania na złowieszcze procesy neopogaństwa i dechrystianizacji – spróbować odkryć ich przyczyny: zwłaszcza przyczyny ideologiczne i filozoficzne.

Wszystko bowiem w dziejach ludzkości i jej szeroko pojętej kulturze – dobre i złe – zaczyna się od jakiejś idei.

Najpierw jest idea, zrodzona w umyśle filozofa, przywódcy religijnego czy społecznego, uczonego, polityka, ekonomisty czy kogokolwiek innego. Potem obrasta ona w szatę słów – wypowiedzianych lub napisanych. I rozpoczyna własny, bywa, że już całkowicie niekontrolowany przez jej twórcę, żywot, stając się pomysłem do podjęcia działań na rożnych płaszczyznach, działań dobrych moralnie lub złych.

Nie ma większej siły nad ideę, jeśli trafi na swój, odpowiedni dla siebie czas i kiedy pójdą za nią setki, tysiące czy nawet miliony ludzi. Idee zmieniają świat – ku dobremu, ale także ku złemu. Mogą nieść dobro, piękno, prawdę i szczęście, ale mogą także powodować wojny, zbrodnie, zniewolenie, prześladowania i śmierć milionów niewinnych ludzi. Wystarczy wspomnieć na krwawy miniony wiek, w którym obłędne bezbożne ideologie – faszyzmu i komunizmu – zrodzone z materializmu i heglowskiego ateizmu, doprowadziły do śmierci około 190 milionów ludzi na całym świecie.

To dlatego tak wielka odpowiedzialność spoczywa na twórcach i intelektualistach, na wymienianych przez Ojca Świętego „areopagach”. Religia i wiara religijna były atakowane już w starożytności. Ich poważną krytykę przeprowadzali głoszący materialistyczną wizję rzeczywistości i człowieka sofiści, którym przeciwstawiali się Sokrates i Platon. W czasach rzymskich, w I w. przed Chr., z podobną krytyką religii, jako nieracjonalnej i zniewalającej człowieka siły, wystąpił epikurejczyk i materialista Lukrecjusz. Od tamtego czasu aż do okresu francuskiego oświecenia, a więc do XVIII wieku, kwestionowanie światopoglądu religijnego i atakowanie wiary chrześcijańskiej zdarzało się tylko sporadycznie. Człowiek niewierzący w Boga traktowany był w tych czasach jako ktoś upośledzony intelektualnie, ślepy na wyraźne ślady Bożej obecności w świecie.

Filozofia, która zapanowała w XVIII w., zwłaszcza niechrześcijańska filozofia francuska, stanowi nową jakość. Przede wszystkim, dlatego Że chciała realizować wyłącznie cele praktyczne. Filozofowie oświeceniowi, zafascynowani rozwijającą się od niedawna, ponieważ dopiero od XV wieku, nowożytną nauką, która odrzuciła arystotelesowski model wiedzy i zaczęła matematycznie wyjaśniać rzeczywistość, postawili sobie w swojej filozoficznej refleksji nie cele teoretyczne – poznawać, aby wiedzieć, lecz cele praktyczne – poznawać, aby zmieniać ludzkie myślenie i ludzkie życie. Według tych filozofów, filozofia powinna służyć oświeceniu umysłów i uwolnieniu ich z przesądów i ciemnoty, którymi – ich zdaniem – były przede wszystkim wiara w rzeczy nadprzyrodzone i uznawanie istnienia transcendentnego, osobowego, objawiającego ludziom swoją wolę Boga. Według niechrześcijańskiej oświeceniowej filozofii, światły człowiek to człowiek uznający za prawdę tylko to, co sprawdzi własnymi zmysłami i własnym rozumem; człowiek odrzucający przy tym istnienie Opatrzności i Boże Objawienie. Filozofię swoją francuscy filozofowie oświeceniowi nazwali filozofią wolnomyślicieli.

Jak wspomniano wyżej, za swego głównego wroga, przeciwko któremu kierowali ostrze swojej krytyki i nienawiści, uważali religię, zwłaszcza religię katolicką. Wtedy przede wszystkim ukuto (korzystając tu zresztą z zarzutów przeciw religii zawartych już w „De rerum natura” Lukrecjusza) najważniejsze zarzuty przeciw Kościołowi katolickiemu, określając go jako ostoję ciemnoty i zacofania, ciemnogród, wroga ludzkości petryfikującego zniewalający człowieka feudalizm, przeszkodę na drodze człowieka do postępu oraz jako siewcę zabobonów. Przez dwa następne wieki wszelkiego rodzaju nieprzyjaciele Kościoła z upodobaniem używali tych epitetów. Do dziś czynią to rynsztokowe nihilistyczne brukowce i ich gorliwi czytelnicy.

Argumenty te pojawiają się nawet w polemikach parlamentarnych, zwłaszcza wtedy, kiedy określeni parlamentarzyści domagają się tzw. aborcji na życzenie, przedstawianej przez nich jako przejaw nowoczesności i postępu, a przeciwstawiający się jej Kościół określają mianem siejącego ciemnotę i zniewolenie przeżytku feudalnego.

Niechrześcijańska filozofia oświeceniowa nie była oczywiście jednorodna. Wśród jej przedstawicieli znajdowali się zdecydowani ateiści i materialiści, lecz także deiści, którzy uznawali istnienie Boga, ale nie Opatrzności. Najogólniejsze hasła oświecenia brzmiały: rozum – pojmowany jako skierowany przeciw Bożemu Objawieniu, sam będący najwyższą instancją prawdy; przyroda – rozumiana jako jedyna realnie istniejąca postać rzeczywistości, co wykluczało istnienie rzeczywistości nadnaturalnej, oraz ludzkość – ujmowana jako najwyższy cel etyczny i rzeczywistość całkowicie zastępująca moralność zakorzenioną w objawionej religii.

Poprzez swoją krytykę, skierowaną przeciwko religii, Kościołowi katolickiemu i zastanym strukturom społecznym oraz politycznym, niechrześcijańska filozofia oświecenia francuskiego odegrała ważną rolę w wywołaniu rewolucji francuskiej. Stała się ideologią tej rewolucji, która pod znanymi hasłami: wolność, równość i braterstwo, dokonała epokowego przewrotu w życiu politycznym, społecznym, a także ideowym Europejczyków. W miejsce absolutnej suwerenności państwa weszły – przynajmniej teoretycznie – powszechne prawa obywateli kraju, pozwalające im na samostanowienie. Suwerenne panowanie nad narodem przekształciło się w panowanie narodu, który sam wybiera swój rząd, kontroluje go i odwołuje. Zgodnie z filozofią oświeceniową, rewolucjoniści zaciekle atakowali Kościół katolicki jako ostoję starego ładu. Głosili nową, rewolucyjną, odrzucającą Boga moralność, której fundamentem miał być kult ludzkiego rozumu. Wykrzykiwali na ulicach zrewolucjonizowanego Paryża hasła domagające się zagłady wszystkiego, co przypominało stary porządek. Wołali: precz z królem, precz ze szlachtą, precz z Kościołem, precz z klerem, precz z urzędami i urzędnikami itd. To nie były niewinne, niewywołujące praktycznych skutków okrzyki. W imię tych haseł wymordowano wówczas we Francji ponad milion ludzi, we krwi utopiono wierną Kościołowi Wandeę. Zamordowano we Francji ponad milion ludzi wówczas, gdy cała ludzkość liczyła około 500 milionów. Bezbożna ideologia, która odrzuciła Boga, wydała swoje krwawe owoce.

Rewolucja francuska była pierwszą z następnych bezbożnych rewolucji, które co i raz wstrząsały światem. Po niej przyszła rewolucja bolszewicka, meksykańska, hiszpańska, chińska, kambodżańska i inne. Wszystkie one dokonywały się pod hasłami ateistycznej filozofii oświec eniowej i mordowały w ich imię miliony niewinnych ludzi. Antychrześcijańska filozofia oświeceniowa wpłynęła znacząco – bezpośrednio lub pośrednio – na powstanie w XIX wieku szeregu innych antychrześcijańskich prądów filozoficznych i nurtów umysłowych, które głosiły amputowaną z wymiaru nadprzyrodzonego wizję rzeczywistości i materialistyczną antropologię, sprowadzając wszelki byt do materii, a w człowieku widząc tylko jedno ze zwierząt. Należały do nich różne rodzaje materializmu, idealizm heglowski, pozytywizm, scjentyzm, darwinizm, marksizm, filozofia życia Nietzschego, freudyzm i inne. Ludzkość otrzymała szereg propozycji wyjaśnienia rzeczywistości oraz fenomenu człowieka.

Wykształcony człowiek XIX i XX wieku, który pod wpływem filozofii oświeceniowej odrzucił religię, miał z jednej strony już stosunkowo dużą wiedzę o sobie samym, umożliwioną mu przez dynamiczny rozwój różnych nauk, takich zwłaszcza jak: medycyna, biologia, historia, socjologia, paleontologia, psychologia eksperymentalna i inne. Z drugiej strony, człowiek ten niewiele wiedział o swojej istocie, o tym, skąd przyszedł, po co istnieje, dlaczego cierpi i kim tak naprawdę jest. Brakowało mu ciągle wizji samego siebie, która wskazywałaby jasno i wyraźnie to, co w jego życiu ma znaczenie zasadnicze, centralne, a co jest w nim nieistotne i  peryferyjne. Brakowało mu jednoznacznej wskazówki, która wytyczałaby mu cel życia i środki do jego realizacji.

Zwrócił się więc o pomoc w rozstrzygnięciu tej fundamentalnej kwestii do rożnych, zrodzonych w XIX i XX wieku, a wymienionych wyżej filozofii, które podejmowały próbę odpowiedzi na nurtujące go pytanie – kim naprawdę jest i co jest w nim istotne.

Odpowiedź na pytanie: Kim naprawdę jest człowiek?, ma znaczenie kardynalne dla współczesnej cywilizacji.

Odpowiedź ta zadecyduje bowiem o tym, czy będzie to cywilizacja życia, czy też cywilizacja śmierci. Jak powiada ks. kardynał Meisner, po najróżniejszych dyskusjach prowadzonych przez filozofów w minionych dwóch wiekach skończyła się epoka światopoglądów, a zaczęła się epoka debat na temat istoty człowieczeństwa, epoka antropologii w ścisłym tego słowa znaczeniu. Trudno ks. kardynałowi Meisnerowi odmówić racji. To od rodzaju antropologii, od odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek – zależy rodzaj humanizmu, jaki się rozwinie, a przez to los rodzaju ludzkiego.

Jednej z prób odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek, dokonał występujący w rożnych postaciach materializm, odpowiedzialny w dużej mierze za totalitarny, praktycystyczny i ateistyczny sposob myślenia wielu współczesnych ludzi. Materializm orzekł, że człowiek jest tylko wyżej niż inne byty zorganizowaną materią, efektem jej ewolucyjnego rozwoju i niczym więcej.

Na antypodach w stosunku do materialistycznej koncepcji człowieka stanął równie bezbożny jak materializm heglowski idealizm, z którego zrodził się zresztą zarówno Marks, jak i Nietzsche – ideowi ojcowie dwóch wielkich dwudziestowiecznych totalitaryzmow. W przeciwieństwie do materializmu idealizm heglowski głosił, że tym, co pierwotne i co realne w całej rzeczywistości, nie jest materia, lecz nieosobowy duch; jest to, co absolutne. Ów duch rozwija się w procesie samorealizacji w materię i dochodzi w końcu do uświadomienia sobie siebie samego w człowieku, ktory jest więc w swojej najgłębszej istocie samorozwojem ducha, a nie stworzeniem osobowego, transcendentnego wobec stworzonego przez siebie świata, Boga.

Z doświadczeń dynamicznie rozwijających się społeczeństw czasów nowożytnych zrodził się tzw. socjologizujący obraz człowieka, który wyraża pogląd, że jednostka ludzka sama w sobie jest niczym, i że jest jedynie czymś, co wyrasta z całości. „Ty jesteś niczym. To społeczeństwo jest wszystkim”, mowią do każdego z nas zwolennicy tej koncepcji.  Tak pojętemu socjologizmowi z kolei przeciwstawia się skrajny indywidualizm, ktory stwierdza, że w rzeczywistości to nie społeczeństwo, lecz tylko jednostka, tylko indywiduum, jest wartością, gdyż to, co właściwe, zawsze ginie w wielości.

Jeszcze inaczej widzi człowieka determinizm, według którego wszystko podlega nieosobowemu, bezwzględnemu przymusowi. Wszystko w życiu ludzkim dzieje się tak, jak się musi dziać. I nikt ani nic nie potrafi nas wyzwolić z żelaznej obręczy naszego losu. Ludzka wolność to tylko uświadomienie sobie konieczności, której podlegamy.  W przeciwieństwie do determinizmu, niezależność ludzkiej jednostki akcentuje egzystencjalizm, postrzegający człowieka jako istotę całkowicie, wręcz rozpaczliwie wolną, a jednocześnie – i wskutek tej absolutnej wolności – pozbawioną jakiegokolwiek oparcia i straszliwie samotną. Zdaniem przedstawicieli ateistycznej odmiany egzystencjalizmu, nie istnieją żadne reguły – doktrynalne czy moralne – które określałyby życie człowieka. Jest on podobny do samotnego atomu miotającego się w próżni, w którą został wrzucony. Sam decyduje o swojej suwerennej, a jednocześnie rozpaczliwej wolności. Sam sobie nadaje sens, który już z założenia jest absurdem. „Absurdem jest, że się urodziliśmy i absurdem jest, że pomrzemy”, mówią egzystencjaliści.

Poza wymienionymi wyżej próbami określenia, czym jest człowiek, istnieją jeszcze inne, często różniące się zasadniczo antropologiczne ujęcia i próby określenia istoty człowieczeństwa. Tak więc freudyzm istotę człowieka widzi w popędzie seksualnym. Procesualizm stwierdza, że nie  jest w ogóle możliwe ustalenie, kim jest człowiek, ponieważ stanowi on rzeczywistość podlegającą procesowi ustawicznego, niekończącego się stawania się, ponieważ jest wypadkową i rezultatem ustawicznych, niedających się przewidzieć ani określić, spotkań i zderzeń ze światem, kulturą, historią, z niezliczoną ilością ludzi i ich poglądów, a także z wyzwaniami i zadaniami, jakie niesie czas, w którym przyszło mu żyć.

Wszystkie powyższe antropologiczne ujęcia w mniejszym lub większym stopniu odeszły od chrześcijańskiego obrazu człowieka jako osoby stworzonej przez Boga, duchowo-materialnej, rozumnej i wolnej, mającej w swej naturze obraz Boży, upadłej wskutek grzechu, ale odkupionej przez Zbawiciela, będącej dzieckiem Bożym i chwałą Bożą, znanej Bogu po imieniu, przeznaczonej do tego, aby Boga znać, kochać i wraz z Nim cieszyć się szczęściem wiekuistym. Chrześcijański obraz człowieka jako obrazu Bożego, ukształtowany na podstawie Objawienia i w oparciu o realistyczną filozoficzną antropologię, był przez wieki fundamentem życia ideowego i moralnego wielu narodów. To ten obraz stoi u podstaw elementarnych praw człowieka, takich jak: prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, prawo do ochrony ludzkiej godności, do wolnego wyznawania religii, do wolnego rozwoju osobowości, do małżeństwa i rodziny, do własnych przekonań, do wolności zrzeszeń i zgromadzeń itd. Te podstawowe prawa pełniły od wieków funkcję obronną w stosunku do niesprawiedliwych i nadmiernych interwencji państwa i władzy zewnętrznej w życie indywidualnego człowieka. Cała kultura euroatlantycka i cała jej historia naznaczone zostały takim właśnie zakorzenionym głęboko w naturze człowieka jego obrazem i wynikającymi z niego prawami oraz wartościami. To jeszcze trwa. Współczesny człowiek żyje jeszcze, chociaż niestety często już powierzchownie, dziedzictwem chrześcijańskim. I to nie tylko w sferze zewnętrznego obyczaju. Wszystkie jego moralne pojęcia, wszystkie uzasadniające je wartości, liczne postawy – zarówno indywidualne, jak i społeczne – nawiązują jeszcze, często już nieświadomie, do chrystianizmu.

Nietykalność ludzkiej osoby, szacunek dla człowieka i poszanowanie jego praw, równouprawnienie, szacunek dla słowa, dochowywanie układów i wiele innych wartości to pozostałości oddziaływania – wprost lub pośrednio – chrześcijaństwa. Ten wpływ chrześcijaństwa jeszcze trwa, lecz związek wielu ludzi z chrystianizmem w krajach dawniej chrześcijańskich słabnie. W wielu z tych krajów chrześcijański model życia nie ma już żadnego oficjalnego znaczenia. Dochodzi do tego, że autentyczni chrześcijanie, którzy publicznie przyznają się do wiary i moralności chrześcijańskiej, traktowani są już jako coś obcego, coś, co należy usunąć z życia publicznego, w najlepszym razie zepchnąć na margines tego życia. Ich przekonania religijne już się nie liczą – ani w prawodawstwie, ani też w kształtowaniu życia społecznego, politycznego czy ekonomicznego. Nie są traktowane poważnie. Często są wyśmiewane i wyszydzane przez współczesne areopagi. Publicznie przyznających się do swojej wiary chrześcijan toleruje się, a nawet wspomaga ich działania, ale tylko tam, gdzie spełniają funkcje społeczne i charytatywne; tam zwłaszcza, gdzie wspomagają lub zastępują państwo, zajmując się chorymi, upośledzonymi, starcami, patologiami itp.

Zrodzone z filozofii oświeceniowej ateistyczne filozofie, które wpływały na świadomość milionów ludzi w XIX i w XX wieku, zakwestionowały chrześcijańskie widzenie świata i człowieka.

Odrzuciły Boga i transcendentny wymiar rzeczywistości. Człowieka sprowadziły do jednego ze zwierząt, z wszystkimi tego praktycznymi konsekwencjami, co widać w wypadku aborcji, eutanazji, doświadczeń na ludzkich embrionach itd. Owe dechrystianizujące współczesny świat filozofie to przede wszystkim stworzony przez tzw. Szkołę Frankfurcką (Adorno, Horkheimer, Pollock), na bazie myśli Marksa, Gramsciego i Trockiego, neomarksizm, zwany inaczej Nową Lewicą, oraz rozwijający się od lat sześćdziesiątych XX wieku pod dużym wpływem myśli neomarksistowskiej postmodernizm. Filozofie te nie tylko odrzucają chrześcijańską wizję rzeczywistości i człowieka. One przekreślają dwadzieścia pięć wieków tradycji filozoficznej, która uznawała pojęcie obiektywnej prawdy i obiektywnego dobra. Są skierowane przeciwko wszelkim autorytetom. Ustalają apodyktycznie nowy stosunek do prawdy. Odrzucają metafizykę, a w konsekwencji transcendentny wymiar człowieka.

Tak zwana Nowa Lewica, która ideowo przygotowała studencką rewoltę kulturową – wybuchła spektakularnie na Zachodzie w 1968 roku, ale wpływającą przemożnie na świadomość wielu społeczeństw także dziś – odgrzała stare hasła rewolucji francuskiej. Sprowadzały się one do jednego głównego manifestu skierowanego do młodzieży europejskiej i amerykańskiej:

„Niszczcie wszystko, co was niszczy”. Znaczyło to ni mniej, ni więcej: „Niszczcie wszystkie struktury społeczne, polityczne i ekonomiczne obecnego świata. Niszczcie istniejące instytucje i autorytety. Niszczcie dotychczasową moralność i dotychczasową etykę”. Ideowi ojcowie owej kulturowej rewolucji dali nowym rewolucjonistom tzw. antyautorytarną ideologię, która głównego wroga tzw. postępowej młodzieży, niepozwalającego jej rzekomo na wolność i samorealizację, widziała w takich zwłaszcza instytucjach, jak: państwo, małżeństwo, rodzina, rząd, parlament, policja, armia, szkoła, uniwersytet, a w sposób szczególny religia i Kościoły.

Stosownie do tej ideologii rewolucjoniści z lat 60. i następnych odrzucili chrześcijańską moralność jako moralność dobrą dla obozu koncentracyjnego, a nie dla wolnego współczesnego człowieka; odrzucili następnie dotychczasowe prawo, cały porządek społeczny, system szkolny, instytucję małżeństwa i rodzinę. Jako alternatywę stworzyli – w różnych miastach niemieckich i gdzie indziej – formy życia w tzw. komunach, z kompletną wspólnotą dóbr, Żon, mężów, dzieci itd. Pod hasłem seksualnej emancypacji propagowali wolną miłość uprawianą bez żadnej odpowiedzialności. Jeden z ideologów owej „Nowej Lewicy”, słynny Rudi Duschke, rzucił hasło, że należy niezależnie od podjętych w krajach zachodnich przez lewackich terrorystów spod znaku neomarksizmu (Bader-Meinhoff Bande, Czerwone Brygady itp.) krwawych prób zniszczenia porządku społecznego, etycznego i politycznego, podjąć tzw. długi marsz przez instytucje, tzn. zajmować stopniowo kluczowe dla życia kraju urzędy i stanowiska, aby w ten przede wszystkim sposób zrealizować program nakreślony przez neomarksistowską ideologię, aby dokonać rewolucji kulturowej, której celem jest zniszczenie starego ładu politycznego i społecznego, w tym także, jak wspominano wyżej, instytucji małżeństwa, rodziny, moralności chrześcijańskiej, religii itd. Pomysł Rudiego Duschkego udało się niestety w dużym stopniu zrealizować. Terroryzm lewacki z lat 70. i 80. został wprawdzie zdławiony, ale do władzy w dawniej chrześcijańskich krajach wybrani zostali demokratycznie neomarksiści, liberalni ateiści, rozpowszechniający kompletny relatywizm moralny i konsumpcjonizm postmoderniści itp. Mogą teraz spokojnie, przy pomocy opanowanych przez siebie parlamentów, zajętych instytucji, urzędów, szkół, uniwersytetów i mediów, a przede wszystkim wydawanego prawa, realizować demontaż chrześcijaństwa. Ustanawiane przez nich konstytucje, prawa, karty i manifesty nie odwołują się już ani do Boga, ani do Dekalogu, ani do żadnych, niezależnych od woli demokratycznej większości, zasad moralnych. Sankcjonują bez przeszkód aborcję, eutanazję, tzw. małżeństwa homoseksualne, osłabiają instytucję rodziny na korzyść wolnych związków, lansują materialistyczną wizję rzeczywistości, a realizowaną przez siebie antychrześcijańską, łamiącą prawo Boże i prawo naturalne rewolucję kulturalną starają się usilnie przenieść – tak jak to czynili niesławnej pamięci ideologowie komunistyczni – do innych krajów, w tym zwłaszcza do tych, w których chrześcijaństwo, chociaż osłabione, jest nadal żywe. Tak przecież należy zrozumieć wspomniane wcześniej wezwanie Rady Wspólnoty Europejskiej w sprawie uchwalenia w Polsce i Irlandii prawa do nieskrępowanej aborcji. Na razie są to apele i monity, które z wielkim zapałem podchwytują np. polskie aborcjonistki. Należy się jednak być może wkrótce spodziewać gróźb i jednoznacznych inwektyw pod adresem Kościoła jako „ciemnogrodu” i „dławiciela wolności”, a może i szantaży – politycznych i ekonomicznych.

Nie bez znaczenia dla kryzysowej sytuacji ideowej współczesnego chrześcijaństwa jest ideologia postmodernizmu.

Stała się ona sposobem myślenia wielu współczesnych intelektualistów, wielu środowisk uniwersyteckich i wielu ludzi mediów, przez co jej oddziaływanie na świadomość milionów osób jest bardzo poważne. Postmodernizm głosi całkowity relatywizm poznawczy i moralny, neguje bowiem zarówno istnienie obiektywnej prawdy, jak i obiektywnego dobra; promuje skrajny egoistyczny indywidualizm, nieliczący się z dobrem wspólnym, praktyczny materializm, konsumpcyjny utylitaryzm, kosmopolityzm, hedonizm itd. W myśl ideologii postmodernizmu każdy może czynić, co chce, i zaniedbywać to, czego nie chce, ponieważ wszystko jest tyle samo warte, ponieważ nie istnieją żadne jednoznaczne zasady czy kryteria – ani poznawcze, ani moralne, ani żadne inne. Nadszedł czas niekrępowanej niczym, poza wydawanym demokratycznie przez liberalną większość parlamentarną prawem, swobody moralnej. Nikt nie ma prawa wzywać kogokolwiek do szacunku wobec prawdy, dobra itp., ponieważ nie ma obiektywnej prawdy i obiektywnego dobra. Domaganie się od innych uznania czegoś za prawdę – powiadają postmoderniści – jest zwyczajną represją wobec tych, którzy tego poglądu nie uznają za prawdziwy. Prawda, według ideologii postmodernizmu, jest systemem władzy, a nie poznawaniem rzeczywistości, ponieważ rzeczywistości i tak nie da się poznać. Negując możliwość poznania prawdy obiektywnej, postmodernizm przekreśla dwa i pół tysiąca lat istnienia i rozwoju filozofii oraz nauki, pretendujących do poznania prawdy. Odpowiadając na tak bardzo dziś istotne pytanie „Kim jest człowiek?”, postmodernizm propaguje model kosmopolity, obywatela świata, bez ojczyzny, bez domu, bez stałych wartości, bez pracy nad charakterem, a także bez jakichkolwiek ideałów, stałych wartości, poczucia tożsamości i bez wychowania, ponieważ każde wychowanie ogranicza i wypacza, jak mówił jeden z prekursorów tej ideologii – Jan Jakub Rousseau. Postmodernizm nie stara się, generalnie biorąc, nawet odpowiedzieć na pytanie, kim w swojej istocie jest człowiek. Doradza mu tylko, jak powinien żyć, aby przeżyć życie jak najprzyjemniej, doznając jak najmocniejszych wrażeń. Winien więc przede wszystkim nastawić się na zabawę, żyć według jedynej słusznej zasady, tj. zasady przyjemności, korzystając z każdej nadarzającej się ku temu okazji. Postmodernizm to przykład buntu przeciw prawdzie, przeciw autorytetowi rozumu, który stworzył zachodnią cywilizację, oraz przeciw wszelkiej etyce kodeksowej, domagającej się stosowania w życiu stałych zasad. Proponowana przez tę orientację rezygnacja z prawdy i rozumu prowadzi do irracjonalizmu, samowoli moralnej, a w konsekwencji do nowoczesnego, gorszego niż dawne, barbarzyństwa, które zresztą przetacza się już przez nasze współczesne życie. Ideologia postmodernizmu prowadzi przy tym do całkowitej atomizacji ludzi pozbawionych oparcia w stałych wartościach; ludzi wykorzenionych z tradycji, religii i kultury; ludzi, których w wielu konsumpcyjnych zachodnich społeczeństwach już nic ze sobą nie łączy – poza walką o pieniądze i utrzymanie dobrobytu.

Jednak nawet przekonany wyznawca postmodernizmu, jeśli tylko stać go na refleksję, nie potrafi zrelatywizować pewnych faktów. Nie potrafi wykluczyć zagrożeń, które czyhają na jego życie i zdrowie. Nie potrafi zapomnieć, że z każdym dniem zbliża się nieuchronnie do śmierci. Nie potrafi odrzucić pytania, jaki jest sens jego życia i cierpienia, które musi znosić on bądź inni ludzie wokół niego, itd.

Dlatego nawet taki postmodernista, który za swoją przyjął nietzscheńską teorię śmierci Boga osobowego, odczuwa potrzebę przezwyciężenia lęku przed unicestwieniem oraz tęsknotę za jakąś religią. Szuka więc religii dla siebie stosownej. Religii wygodnej, odpowiadającej duchowi konsumpcjonizmu, tzn. takiej religii, która dawałaby mu komfort poczucia bezpieczeństwa w zaświatach, która pełniłaby funkcję terapeutyczną, podejmowałaby wszechstronną działalność charytatywną oraz dawałaby określone przeżycia uczuciowe. Szuka więc religii, która niczego nie wymaga, która nie stawia żadnych zobowiązań doktrynalnych czy moralnych, która nie mówi o jakichkolwiek przykazaniach, o odpowiedzialności przed nadprzyrodzonym sądem;  religii bez żadnych religijnych instytucji, prawd objawionych i autorytetów.

Popyt rodzi podaż. Nie dziwmy się więc, że w ostatnich dziesiątkach lat odnotowujemy niezwykle dynamiczny rozwój religijnych czy też pseudoreligijnych kultów, w których nie ma żadnych wymagań i w których wszystko jest dozwolone.Przy okazji rozwijają się różne kulty zbrodnicze, satanistyczne i inne, niszczące osobowość zwabionych wyznawców, zmuszające ich do niewiarygodnych praktyk, a nawet do samobójstw. Jest to zrozumiałe. Tam, gdzie zamiera prawdziwa religia, natychmiast pojawiają się ciemne, irracjonalne kulty, niemające oparcia w niczym poza imaginacją, a często zimną kalkulacją sprytnych, samozwańczych mesjaszów. Współcześnie pojawiające się w poganiejących społeczeństwach kulty ujawniają olbrzymi zamęt moralny i intelektualny naszych czasów. Stanowią one najczęściej coś w rodzaju gigantycznej rupieciarni, poskładanej z odłamków dawnych religii, ułożonych pod gust współczesnych ludzi, którzy po odejściu od prawdziwej religii rozpaczliwie poszukują jej namiastki. Gdy człowiek przestaje wierzyć w prawdziwego Boga, wówczas zaczyna wierzyć w byle co. Wówczas zostaje wydany na pastwę tego, co chaotyczne, absurdalne, irracjonalne, a nawet zbrodnicze; na pastwę tego, co jest karykaturą Boga, a więc na pastwę samego szatana.

Poza prowadzącymi do ateizacji i dechrystianizacji współczesnych społeczeństw ideologiami i filozofiami, oddziaływującymi zwłaszcza przy pomocy mediów, ale także uniwersytetów, szkół i innych instytucji, zrelatywizowanie objawionego przez Boga chrześcijańskiego obrazu świata i człowieka jest w pewnej mierze także wynikiem ideologicznie interpretowanego rozwoju nowożytnej nauki i technologii.

W dawnych wiekach naukowy i technologiczny postęp przebiegał bardzo wolno, wprost niepostrzegalnie. Dlatego świat jawił się ludziom jako niezmienny i statyczny. Wszystko miało w nim swoje określone miejsce, w tym także Kościół, chrześcijańska wiara i moralność. Znakiem nowych czasów są dynamiczne, przełomowe zmiany następujące w nauce, a poprzez nią w życiu ludzkim. Te wszystkie, dokonujące się wprost w geometrycznym postępie zmiany, wyrzucają z ludzkiej świadomości statyczny obraz rzeczywistości, ze stałym w niej miejscem dla Kościoła, powodując przekonanie, że wszystko ulega zmianom, i to nie tylko w sferze cywilizacyjnej czy kulturowej, lecz także w sferze prawd wiary oraz zasad moralnych. Biblijny obraz świata i człowieka jako Bożego stworzenia porzucany jest przez miliony dawnych chrześcijan na rzecz obrazu darwinistycznego, który pokazuje świat i człowieka wyłącznie jako produkty materii rozwijającej się ewolucyjnie, według prawa bezwzględnej walki o byt. To, co kilkadziesiąt a nawet kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, dziś jest faktem.

Tak więc stary świat, w którym religia głosząca niezmienne prawdy i zasady moralne określała życie indywidualne i społeczne, już zniknął. Nowa cywilizacja, w której żyjemy, z jednej strony stanowi dla ludzkości wielkie błogosławieństwo, ułatwiając i przedłużając nam Życie, ale z drugiej strony zagraża człowiekowi na różne sposoby, między innymi przez to, że ugruntowała w jego mentalności świadomość kompletnego rozdziału między Stwórcą a stworzeniem, że wyeliminowała z życia ludzkiego boski pierwiastek, że następnie podważyła wartość chrześcijańskiej wiary i moralności, a przez to zagroziła samemu człowieczeństwu.

Rozwój nauki i technologii potrzebuje wolności. Kościół to rozumie i akceptuje. Przez całą swoją historię rozwijał, wspierał i promował naukę. Ale jednocześnie Kościół wzywa dziś ustami Jana Pawła II ludzi nauki, twórców i filozofów do tego, aby poszukując prawdy, dobra i piękna, kierowali się obiektywnymi zasadami etycznymi i prawidłowo ukształtowanym sumieniem; by zrozumieli, że autonomia nauki kończy się tam, gdzie prawe sumienie uczonego rozpoznaje zło.

Nauka i technologia same w sobie są dobre. To one pomagają człowiekowi rozumnie i dobrze zarządzać daną mu przez Stwórcę w opiekę przyrodą. Jednak pozbawione wymiaru moralnego, przekraczającego materię i naturę, niosą ludzkości rozczarowanie, zniszczenie i degradację. Do tego prowadzą nieliczące się z zasadami jakiejkolwiek etyki prace nad coraz to nowszymi środkami zagłady oraz doświadczenia prowadzone na ludzkich embrionach. W tej zupełnie nowej ideowo sytuacji Kościoły i wspólnoty religijne winny współczesnemu człowiekowi, tak bardzo zawładniętemu przez sekularyzm i konsumpcjonizm, wyraźnie uświadamiać to, co czyniły zawsze, a mianowicie, że należy on nie tylko do świata materii, lecz także do świata ducha, że mieszka w nim pierwiastek nieskończony i że nic ani nikt na tym świecie nie jest w stanie dać mu pełnego szczęścia, za którym tęskni jego serce i które znaleźć może tylko w Bogu.

Człowiekowi współczesnemu należy uświadamiać, że mimo iż świat, nauka, technika, ideologie i całe życie bez przerwy się zmieniają, to jednak prawo Boże, Dekalog, Ewangelia, wartości chrześcijańskie są niezmienne, ponadczasowe, odpowiednie dla wszystkich ludzi z wszystkich czasów i że nigdy nie wolno ich porzucać. Crux stat, dum volvitur orbis – „Mimo że świat się stale zmienia, Krzyż stoi w miejscu” – modli się Kościół w swojej liturgii.

Jeśli ludzkość chce się wydobyć ze straszliwego chaosu ideowego i moralnego, w którym od lat coraz bardziej tonie, musi na nowo stanąć na twardym fundamencie Bożych przykazań, musi przywrócić biblijny obraz człowieka jako Bożego stworzenia i obrazu. Ten ład moralny i taki obraz człowieka powinny leżeć u podstaw wydawanych przez parlamenty praw oraz u podstaw programów wychowawczych, edukacyjnych, politycznych i społecznych, jeśli mają rodzić dobro, a nie zło.

Restytucja chrześcijańskich wartości we współczesnych pluralistycznych społeczeństwach jest trudna, ale możliwa. Religijny, światopoglądowy, narodowościowy, kulturowy pluralizm współczesnych, dawniej bardzo jednorodnych społeczeństw, jest faktem. Nie powinno się go ani gloryfikować, ani demonizować. Pluralizm ludzi różniących się przekonaniami, pochodzeniem, religią itd., a jednak żyjących obok siebie w pokoju i wzajemnym szacunku, jest konieczny, ale nie jest w stanie spełnić roli czarodziejskiej formuły, za pomocą której można by rozwiązać wszystkie problemy społeczne, jak to ciągle głoszą współczesne areopagi. Pluralizm pojęty jako akceptowanie wszelkich różnic nie jest w stanie wywołać impulsów, które mogłyby ludzi ze sobą łączyć. Nie ma on w sobie żadnej integrującej siły. Przeciwnie, im wyraźniej wyakcentowywane są sprzeczne ze sobą poglądy światopoglądowe i polityczne, tym bardziej rozchodzą się siły społeczne. Gdyby ustanowiono absolutny pluralizm – każde społeczeństwo rozpadłoby się. Pokojowe współżycie w społeczeństwie wymaga jakiejś wspólnej zasady, wspólnej bazy, która byłaby ponad wszelkimi – ideologicznymi i kulturowymi – różnicami. Taką bazą może być tylko wspólna płaszczyzna wartości etycznych. Przez wieki stanowiło ją chrześcijaństwo. Obecnie liberalne społeczeństwa całkowicie ją zakwestionowały. Co proponują w zamian? Na jakiej wspólnej płaszczyźnie chcą zjednoczyć Europę? Nie wystarczy jednoczenie jej na bazie korzyści ekonomicznych. Bez bazy zbudowanej z wartości ideowych i duchowych nie da się tak naprawdę Europy zjednoczyć i rozwinąć. Mówi o tym ciągle w swoim nauczaniu Ojciec Święty. Społeczeństwo, w którym zatracony zostanie konsens odnośnie do elementarnych duchowych wartości, zmierza do anarchii, a następnie – wcześniej czy później – do dyktatury, która nikogo nie pytając o zgodę, siłą narzuci społeczeństwu swoje, najczęściej okrutne, normy i wartości. Przestrzegają przed tym mądrzy mężowie stanu. Mówił już o tym dwadzieścia cztery wieki temu Platon.

Kościół w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat stanął świadomie wobec rzeczywistości, przyjmując do wiadomości współczesny pluralizm i nowoczesną demokrację. Docenił też proces rozwoju społeczeństw w kierunku współczesnego, wolnego od totalitaryzmu, demokratycznego i pluralistycznego państwa. W głoszonej przez siebie nauce od lat mocno akcentuje godność ludzkiej osoby i jej niezbywalne prawa, do których należy wolność sumienia i wolność religijna. Co więcej, Kościół jednoznacznie zaakceptował model państwa charakteryzujący się pluralizmem i neutralnością światopoglądową nowoczesnej demokracji.

Zgodnie z duchem Soboru Watykańskiego II poleca katolikom przyjazną współpracę z różnymi grupami społecznymi, skupiającymi ludzi o chrześcijańskim i niechrześcijańskim światopoglądzie, w budowaniu sprawiedliwego, solidarnego w dobru i pokojowego społeczeństwa. Demokratyczny system ustrojowy Kościół określa jako moralne zadanie dla każdego człowieka i każdego społeczeństwa. Mimo tak bardzo otwartej na współczesny świat postawy Kościół katolicki natrafia w swojej gotowości do współpracy z inaczej wierzącymi lub niewierzącymi na coraz większe przeszkody.

W czasach Soboru Watykańskiego II było w świecie – chrześcijańskim i niechrześcijańskim – jeszcze coś takiego, co można by określić powszechną zgodą na najważniejsze zasady moralne. Czterdzieści lat po soborze nie można liczyć już na ten ogólny konsens w uznaniu fundamentalnych zasad moralnych. Etos chrześcijański i postawy moralne wielu społeczeństw dryfują w przeciwne strony. Wystarczy wspomnieć w tym miejscu akceptowane przez te społeczeństwa aborcję, eutanazję, małżeństwa homoseksualne, doświadczenia na ludzkich embrionach – by już nie mieć co do tego większych wątpliwości.

Kościół, wychodząc otwarcie do świata, liczył na uczciwy, partnerski dialog z ludźmi myślącymi inaczej i z pluralistycznym państwem. Liczył na to, że w pluralistycznym społeczeństwie żyć będą pokojowo obok siebie i współpracować ze sobą, traktując się z szacunkiem i po partnersku, rozmaite wiary i społeczne ideologie. Tymczasem tak się nie stało. Religia chrześcijańska, zwłaszcza katolicka, nie jest już od dawna traktowana po partnersku i na równi z przekonaniami ateistów, postmodernistów, neomarksistów i innych liberałów moralnych, w rękach których jest prawodawstwo, większość mediów i instytucji edukacyjnych. Co więcej, jest ona bardzo często wyszydzana i zwalczana – wprost lub w sposób zakamuflowany. Degradują ją w swobodny sposób i bezkarnie różne media, kabarety, a nawet politycy. Znaki święte dla chrześcijan – takie jak krzyż i święte obrazy – są bardzo często bluźnierczo poniżane przez różnego rodzaju pseudoartystów, którzy – najczęściej pozbawieni talentu – na drodze bezczeszczenia kultu Bożego pragną zyskać rozgłos. Przeciw religii katolickiej zrobić i powiedzieć można wszystko, podczas gdy taki atak na judaizm czy islam jest z określonych względów nie do pomyślenia. Pod płaszczykiem wielokulturowego społeczeństwa niszczy się podstawowe chrześcijańskie normy moralne, wzorce i ideały. Chrześcijańskie przekonania spycha się na margines życia jako czysto prywatne, nieobowiązujące społecznie i bez Żadnego znaczenia dla ustanawianego prawa, współkształtującego życie rodzinne, małżeńskie i – najogólniej biorąc – społeczne; prawa wyznaczającego przecież w wielkiej mierze model przekonań i zachowań moralnych współczesnego człowieka. W pluralistycznym społeczeństwie demokratyczny prawodawca, chcąc ustalić normy i prawa obowiązujące wszystkich obywateli, musi skoncentrować się na tych przekonaniach etycznych, które są wspólne wszystkim grupom społecznym, różniącym się często znacznie swoimi światopoglądami, przekonaniami i postawami moralnymi. W politycznej i społecznej praktyce usiłowania demokratycznego państwa zdanego na wolę większości prowadzą do tego, że normą dla ustalanego kodeksu postępowania i zachowań obywateli staje się minimalizm etyczny.

Prawodawcy wydający prawa w państwach pluralistycznych stwierdzają wprost, że moralne przekonania i etyczne tradycje będą ulegać permanentnym zmianom, sankcjonowanym prawnie, stosownie do aktualnych poglądów pluralistycznego społeczeństwa. Dzieje się to w zgodzie z przyjmowaną dziś powszechnie przez liberalne demokracje doktryną pozytywizmu prawnego, która odrzuca istnienie ponadczasowych i powszechnie ważnych, czyli absolutnych, norm moralnych. Według tej doktryny, nie istnieje żaden moralny ład, który byłby dany człowiekowi z jego natury, i którym – jako normą ogólną i punktem odniesienia – winno by się kierować każde państwo w ustanawianiu swego prawa. Na zasadzie pozytywizmu prawnego działała np. Trzecia Rzesza i całe sądownictwo niemieckie w czasie hitleryzmu. Efektem tego było wydanie szeregu barbarzyńskich praw, między innymi okrutne eliminowanie ludzi upośledzonych, a także Cyganów, Żydów i Słowian. Po wojnie twórcy niemieckiej konstytucji, pragnąc się całkowicie odciąć od zbrodniczej tradycji, za którą odpowiadał także pozytywizm prawny, odwołali się w preambule swojej konstytucji do odpowiedzialności przed Bogiem. W obecnym prawodawstwie niemieckim i w prawodawstwach innych liberalnych demokracji, także u nas, panuje jednak znów niepodzielnie pozytywizm prawny, który kwestionuje istnienie powszechnych i obowiązujących wszystkich ludzi norm moralnych.

Czy w tej sytuacji możliwe jest ustalenie wspólnej, trwałej, niezależnej od zmiennych ludzkich poglądów podstawy życia społecznego? Wydaje się, że nie. Odrzucenie obiektywnych norm moralnych prowadzi automatycznie do etycznej dowolności i daje możliwość manipulacji społeczną moralnością. Jeżeli odrzuci się odpowiedzialność przed Bogiem, to pozostaje tylko odpowiedzialność przed ludźmi. Rodzi się pytanie: Przed jakimi ludźmi? Jedynie przed ciągle zmieniającą się większością parlamentarną, która w pewnych warunkach może ustanowić najbardziej barbarzyńskie prawa, jeśli nie musi się liczyć z ponadludzkimi normami. Jan Paweł II, przemawiając kilka lat temu w polskim parlamencie, nie bez powodu mocno podkreślał, że demokracja sama siebie nie uzasadnia, że także może doprowadzić do swego rodzaju totalitaryzmu i anarchii moralnej, jeśli nie będzie chciała liczyć się z Dekalogiem.

Jak powiedziano wyżej, państwo, chcąc zadowolić moralne przekonania – lub ich brak – wszystkich obywateli, a przynajmniej ich zdecydowanej większości, ustala minimalny wspólny mianownik moralny, który tak naprawdę zezwala na wszystko, na wszelką anomalię, której przykładem są ostatnio małżeństwa homoseksualne, a nawet na zbrodnicze działanie – jak to jest w wypadku aborcji czy eutanazji. Tak zwane prawa człowieka, o których ciągle się dziś mówi, przy stosowaniu doktryny pozytywizmu prawnego nie stanowią żadnej stałej odwoławczej instancji, skoro ustalane są demokratycznie przez większość parlamentarną, względnie w referendum, a przy nowej konfiguracji politycznej mogą być wkrótce całkowicie zmienione. Co to oznacza dla nauczania Kościoła i dla Życia chrześcijan? Oznacza wielki problem.

Ani Kościół jako taki, ani poszczególny chrześcijanin nie mogą się godzić na minimalizm etyczny w swoim życiu, ponieważ Chrystus go nie głosił. Przeciwnie, Chrystus wzywał do etycznego maksymalizmu. Wystarczy w tym miejscu przywołać treść Kazania na Górze, które nazywane jest Konstytucją Królestwa Bożego. Pozostaje ono w jawnej sprzeczności z konsumpcyjnym światopoglądem, który stał się światopoglądem współczesnych ludzi, żyjących – bądź robiących wszystko, aby żyć – w zmaterializowanych, nastawionych tylko na dobrobyt i zabawę społeczeństwach. Etos Kazania na Gorze jest wyzwaniem i zakwestionowaniem światopoglądu i sposobu Życia współczesnych zsekularyzowanych społeczeństw. To dlatego Jezus zapowiedział swoim uczniom odrzucenie i prześladowanie ze strony tych społeczeństw. Gdy więc my, chrześcijanie, napotykamy w życiu publicznym, w mediach i gdzie indziej, otwarty atak na Kościół i jego doktrynę moralną, gdy widzimy wyszydzanie chrześcijańskiej wiary, bluźnierstwa, świętokradztwa i nagłaśnianą przez potężne siły złośliwą radość z powodu moralnych upadków przedstawicieli Kościoła, to powinniśmy sobie wówczas uświadomić, że nie są to sporadyczne przypadki, lecz zapowiedziana przez Chrystusa reguła, według której antychrystusowy świat traktuje i traktował będzie Jego wiernych wyznawców.

Jak współczesnym ludziom głosić naukę o wyrzeczeniu się samego siebie, ofierze, konieczności pokuty i dźwiganiu krzyża? Jak w świecie walk, kłótni, konfliktów, nienawiści, zazdrości, zemsty – według powszechnie stosowanej Żydowskiej zasady oko za oko, ząb za ząb – wzywać współczesnego człowieka do miłości bliźniego, w tym także nieprzyjaciół? Jak wzywać go do kroczenia przez życie wąską, pełną cierni i kamieni ścieżką, gdy on chce jechać w luksusowym  aucie wygodną autostradą? Chce jechać taką wygodną drogą także w życiu religijnym, ponieważ nawet religię i Boga traktuje jako dobra konsumpcyjne, które powinny mu służyć. To nie on ma służyć Bogu, to Bog ma służyć jemu, żeby był zdrowy, bogaty, żeby żył jak najdłużej i żeby go w życiu nic nie gnębiło. W sytuacji systematycznego demontażu chrześcijańskiego depozytu wartości trudno dziś żyć autentycznie po chrześcijańsku. Trzeba po prostu płynąć pod prąd. Trzeba być przygotowanym na to, że będzie się nienawidzonym za wierność Chrystusowi, za to, że nie idzie się szeroką drogą pogańskiego życia.

Jak ma spełniać swoją ponadczasową misję głoszenia Ewangelii w spoganiałym świecie Kościół, który sam także przeżywa trudności. Katolicy również ulegają wkraczającym do ich życia szerokim frontem egoizmowi, hedonizmowi, sekularyzmowi, konsumcjonizmowi i pluralizmowi teologicznemu, wyrażającemu się w subiektywnym, wybiorczym traktowaniu prawd wiary i zasad moralnych; w odchodzeniu od życia sakramentalnego, zwłaszcza od sakramentu pokuty; w zaniku modlitwy; w kierowaniu się tylko tak zwanym prywatnym sumieniem, ukształtowanym nie w oparciu o doktrynę chrześcijańską, lecz ateistyczny liberalizm; w nieliczeniu się z nauką Kościoła odnośnie do spraw współżycia seksualnego; w antykoncepcji, aborcji itd. Nawet niektórym znanym zachodnim teologom chciałoby się dziś postawić pytanie: Czy naprawdę wierzysz jeszcze w boskość Jezusa i jedyność Jego zbawczej misji? Czy ty naprawdę wierzysz w zmartwychwstanie zmarłych, w Sąd Ostateczny i w życie wieczne?

Utrata jedności w sprawach wiary i moralności jest rzeczą straszną dla Kościoła. To na tym tle dochodziło w historii do tragicznych rozłamów wśród chrześcijan. Nie bez powodu Jezus na krótko przed swoją śmiercią w słynnej modlitwie arcykapłańskiej tak bardzo prosił swego i naszego Ojca o jedność wśród uczniów, wśród nas – chrześcijan.

Jedność w wierze i moralności jest podstawowym wyzwaniem, które stoi dziś przed
każdym z nas.
Następnym wyzwaniem są słowa, które Chrystus skierował do swoich Apostołów i do nas –
Jego współczesnych uczniów: „Wy jesteście solą ziemi, wy jesteście światłością świata”.
Nie możemy zwietrzeć w wyznawaniu – słowem i życiem – Chrystusowej wiary. Nie wolno nam
przygasić ewangelicznego światła, którym ma być nasze świadectwo dawane o Chrystusie przed ludźmi. Nie wolno nam dopasowywać swoich poglądów i swojego życia do publicznej opinii, kształtowanej dziś medialnie przez ateistów, agnostyków, liberałów moralnych i relatywistów. Życie każdego z nas powinno być otwartą dla każdego człowieka – wierzącego i niewierzącego – Żywą Biblią, żywym świadectwem wiary. Chrystus nie może być w naszym życiu tradycją, folklorem, zwyczajem, historią i kulturą. Chrystus ma być ciągle, tak jak był dla swoich uczniów przez dwa tysiące lat – Drogą, Prawdą i życiem.

Nie wolno nam także izolować się od świata i tworzyć sobie zamkniętych dla innych ludzi bezpiecznych enklaw. Obraz Kościoła to obraz pielgrzymującego przez historię Ludu Bożego, pielgrzymującego nie osobno, lecz z całą ludzkością, do której został posłany z nakazem misyjnym i ma go głosić – w czas i nie w czas, w każdych okolicznościach i każdemu, choćby nie wiem jak wrogo się do niego odnosił. Nie jest rzeczą łatwą realizowanie przez Kościół, czyli przez nas, aggiornamento Kościoła – do czego wzywał sobór. Nie jest łatwo być w środku świata i nie ulec jego ideologii, co więcej – nawrócić go, bo nawracanie ludzkich serc jest głównym zadaniem Kościoła.

Jak czytamy w Ewangelii świętego Jana, my uczniowie Chrystusa Żyjemy w tym świecie, ale nie jesteśmy z tego świata. Jesteśmy obywatelami dwóch światów. Żyjemy w starym świecie, lecz jego stare prawa nie są dla nas tym, czym są dla pogan. Nasze prawa to prawa Królestwa Bożego. Mimo chaosu moralnego i ideowego, w jaki popada nasz świat. Mimo że od dawna bezbożni ideologowie prorokują zmierzch, a nawet kres chrześcijaństwa, a zwłaszcza Kościoła katolickiego, ponieważ ich zdaniem ludzie przestaną go potrzebować, bo stawia za wysokie wymagania moralne. Okazuje się, że w ponowożytnym, poindustrialnym społeczeństwie Kościół wierny nauce Chrystusa jest jeszcze potrzebniejszy niż kiedyś. Stanowi bowiem jedyną gwarancję stałości duchowej współczesnego świata, ukazując mu sens życia i rozwijając, ciągle na nowo, fundamentalne dla jego społecznego życia wartości. Okazuje się, że nie tylko dawniej, lecz także współcześnie, ludzie dręczeni są przez podstawowe egzystencjalne pytania, na które nie potrafi odpowiedzieć ani nauka, ani nawet filozofia, ani tym bardziej płytki konsumpcyjny światopogląd. Pytania te dotyczą sensu życia, choroby, cierpienia i śmierci.

Poza tym każde społeczeństwo potrzebuje określonej społecznej moralności, ugruntowanej na obiektywnych zasadach norm etycznych i wartości. Tak więc Kościół ma – także z tej perspektywy patrząc – do spełnienia fundamentalną rolę we współczesnym świecie.  Jesteśmy przekonani, że także ten nasz trudny współczesny świat uczyni to, co zrobiły narody przed dwoma tysiącami lat, a mianowicie że odpowie pozytywnie na pytanie Chrystusa: Czy chcecie żyć inaczej? Czy chcecie żyć w miłości, pokoju, poczuciu sensu istnienia i w nadziei na wieczne szczęście z Bogiem?

Wydaje się, że współcześni ludzie, zwłaszcza młode pokolenia na świecie, w Europie i w Polsce, chcą się wyrwać z sieci totalitaryzmu bezideowości i hedonizmu. Ateistyczny liberalizm nie ma im do zaproponowania nic, co czyniłoby ich życie sensownym. Same hedonistyczne wartości nie wystarczają młodemu, myślącemu człowiekowi. On czuje się związany z nieskończonością. Boży obraz, który jest w nim, nie pozwala mu zatonąć w materii, w rzeczach, w zabawie i w seksie. Młode serce pragnie nieskończonego szczęścia, po prostu pragnie Boga. To dlatego na spotkania z Papieżem, autentycznym świadkiem Ewangelii, przychodzą miliony młodych ludzi, aby wsłuchiwać się w jego słowa i akceptować je, mimo że wzywa do pójścia wąską, niewygodną ścieżką: ścieżką intensywnej pracy nad sobą, ścieżką ustawicznego trudnego rozwoju, ścieżką opanowywania instynktów i życia według zasad moralności chrześcijańskiej. To dlatego odradzają się w Europie i w Ameryce silne ruchy wzywające do powrotu do jednoznacznych ponadczasowych wartości chrześcijańskich, o czym piszą bardzo poważni intelektualiści, jak np. Bloom w swojej znanej książce „Zamknięty umysł”. Młodzi ludzie odwracają się od totalitaryzmu bezideowości, mimo coraz to bardziej zaciekłej ideologicznej ofensywy liberalnych areopagów mających w swoich rękach wielkie media, szkoły i uniwersytety, gdzie ex cathedra głosi się neomarksizm i postmodernizm. Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem. Zmieniający się stosunek polskiej młodzieży, odrzucającej w swojej większości liberalny światopogląd i akceptującej katolicyzm, rodzi wielki niepokój u liberalnych autorytetów. Może o tym zaświadczyć opublikowany kilka miesięcy temu w „Gazecie Wyborczej” artykuł pewnej znanej profesor socjologii, w którym rozdziera ona szaty i podnosi lament, że polska młodzież wyraźnie dystansuje się od lewicowo-liberalnych ideałów, którym ona poświęciła swoje życie.

Nie lękajmy się. Mimo rozpowszechnianego neopogaństwa Kościół Chrystusowy będzie zawsze zajmował w naszych społeczeństwach trwałe miejsce. Choć nie ulega wątpliwości, że musi zmieniać swoje sposoby oddziaływania, swój język i metody duszpasterzowania, pozostając bezwzględnie wiernym nauce i moralności ewangelicznej. Od wieków głoszone jest hasło Ecclesia semper reformanda – Kościół musi się stale reformować. Nie chodzi tu jednak o taką reformę, która – jak podpowiadają nam ateiści, agnostycy i niekatolicy – polegać powinna na usunięciu prymatu Papieża, na odebraniu biskupom i proboszczom posiadanej przez nich kanonicznej władzy, na rezygnacji z celibatu księży oraz na uznaniu święceń kapłańskich dla kobiet. Wtedy rzekomo Kościół katolicki mógłby przezwyciężyć wszelkie kryzysy. Jest to jedno wielkie złudzenie. Kościoły protestanckie dokonały tego wszystkiego już dawno, a trudno się zgodzić z tym, że przezwyciężyły dręczący je kryzys wiary. Wprost przeciwnie. Przeżywają go jeszcze głębiej. Nieustanna reforma Kościoła, która z pewnością na nowo nawróci świat, to reforma serc jego dzieci.

Jeśli my katolicy, my biskupi, kapłani, zakonnicy i ludzie świeccy, będziemy żyć prawdziwie po chrześcijańsku, jeśli każdego dnia, każdej godziny i każdej sekundy naszego życia świadczyć będziemy przed światem – słowem i przykładem życia – że wiara Chrystusowa jest dla nas największą wartością; jeśli swoją pracą, spełnianiem obowiązków życiowych, chrześcijańskim znoszeniem naszych krzyżów, ofiarnością wobec potrzebujących naszej pomocy bliźnich świadczyć będziemy, że Bóg, który jest Miłością, prowadzi nas przez Życie – to nawrócimy do Niego nasz świat, choćby bardzo spoganiał i znikczemniał. Świat jest głodny Boga i jak powietrza potrzebuje znaku Jego istnienia, Jego działania, Jego miłości, którą my katolicy – duchowni i świeccy – mamy pokazać swoim życiem. Skończył się czas chrześcijan letnich, niezdecydowanych, idących na zgniłe kompromisy ze złem, żyjących schizofrenicznie, tj. oddających cześć i Bogu, i szatanowi. Zastraszonych i bojących się przyznać publicznie do swojej wiary. To z powodu takich i tak żyjących chrześcijan, chrześcijan tak chętnie ulegających fałszywym filozofiom i ideologiom, chrześcijan, którzy ociągają się z wprowadzeniem w życie świata ewangelicznych wartości – chrześcijaństwo przeżywa kryzys.

Dziś przyszedł czas na ludzi gorących, na „gwałtowników porywających Królestwo Boże”, na ludzi bezwzględnie prawych, uczciwych, wiernych Bogu, niepaktujących ze złem, ofiarnych i heroicznie okazujących miłość bliźniego.

To nie neomarksiści, lecz my, uczniowie Chrystusa, winniśmy zacząć konsekwentnie realizować „długi marsz” przez wszystkie dziedziny życia naszego społeczeństwa. Chrystusową Ewangelię winniśmy promować w mediach, w szkołach, na uniwersytetach. W duchu Chrystusowym winniśmy sprawować władzę, jeśli nas do niej wybrano. Chrystusa powinniśmy nieść w świat kultury, sztuki, rozrywki, spędzania wolnego czasu i pracy.

Najpiękniejsza idea umrze, jeśli nie poniosą jej w świat oddani bez reszty ludzie. Ludzie sami jednak nie poradzą sobie z tym zadaniem, jeśli nie będą mieli oparcia w instytucjach Życia – społecznego, kulturalnego, szkolnego, uniwersyteckiego i gospodarczego. Dlatego, aby przezwyciężyć groźny kryzys wiary, winniśmy zmobilizować wszystkie siły, winniśmy zacząć przemieniać otaczający nas świat, tworzyć w nim instytucje, rozwijać grupy i ruchy, wszelkimi szlachetnymi sposobami wpływać na życie naszego Narodu.

Ojciec Święty Jan Paweł II, wielki mąż Boży i genialny myśliciel, lepiej niż ktokolwiek rozeznał znaki czasu i zagrożenia dla Kościoła. To dlatego zwrócił się do wszystkich chrześcijan, by podjęli nową ewangelizację świata, swojego świata – w którym żyją. By ją podjęli, zaczynając od siebie, nawracając własne serca i przekazując innym ludziom Chrystusową Ewangelię: swoim życiem i mądrym, pięknym, przemyślanym słowem. Słowem trafiającym do współczesnego dziecka, młodzieńca i dorosłego; trafiającym do człowieka wykształconego i niewykształconego, do człowieka bardzo nowoczesnego i tradycyjnego; trafiającym do wszystkich; trafiającym nawet do liberalnych współczesnych areopagów, ponieważ i te areopagi trzeba nawrócić.

Nowa ewangelizacja, prowadzona obok ewangelizacji klasycznej skierowanej do naszych wiernych uczęszczających do kościoła i żyjących życiem sakramentalnym, ma trafić do wszystkich ludzi. Nie jest ona zadaniem łatwym. To zadanie zakrojone na pokolenia. W pracy ewangelicznej nie możemy ulegać pokusie niecierpliwości. Młyny Boże mielą powoli. Z maleńkiego ziarnka zasiewu ewangelicznego powoli wyrasta wielkie drzewo Kościoła. Zarówno w pracy nad sobą, jak i w pracy nad innymi, nie wolno nam popadać w zniechęcenie. Pamiętajmy o tym, że konsekwentna, pobłogosławiona przez Boga praca przezwycięża wszystko. Nie mówmy: my jesteśmy tak mało znaczący. My nie mamy władzy, pieniędzy, znaczenia społecznego. Nie mówmy: Kto się z nami będzie liczył?

Logika Boża jest inna niż logika ludzka. A po ludzku rozumiany sukces nie należy do Bożych imion. To, co Bóg wybiera, bardzo często jest głupstwem w oczach świata. Do misji zbawczej nie wybrał On potężnego narodu starożytnego – egipskiego, greckiego czy rzymskiego, lecz barbarzyński, połdziki, niczym szczególnym się nieodznaczający naród izraelski. Na Apostołów nie powołał filozofów greckich i rzymskich cesarzy, ale prostych rybaków i rolników. I to właśnie oni nawrócili potężny, mądry, cyniczny, kulturalny świat starożytny.

Nas także Pan Bóg wybrał na swoich uczniów i współczesnych apostołów. Nie z powodu naszych szczególnych talentów. Wybrał nas, ponieważ chciał nas wybrać, ponieważ zechciał nas tu wezwać, do życia w chrześcijańskich rodzinach, do pracy w „Odrodzeniu”, tu, na Jasną Gorę. Zechciał nas wezwać, abyśmy podjęli ewangelizację naszego świata; tego świata, w którym żyjemy, pracujemy, uczymy się i bawimy. Jak mówi kardynał Ratzinger, ewangelizacja jest zawsze przemawianiem w imieniu Chrystusa, na mocy misji Kościoła. Prawdziwy apostoł musi być transparentny. Musi być jak czysta szyba. Przez jego słowa i przez jego pracę, i przez jego całe życie, tak jak przez szybę, mają ludzie widzieć Chrystusa. Prawdziwy apostoł nie prowadzi do siebie, on zawsze prowadzi do Chrystusa. Kto przemawia w swoim imieniu, i przemawia tak, aby on sam był znany i chwalony, to choćby mówił o sprawach najświętszych, jest sługą antychrysta. Ewangelizacja przy tym to nie tylko mówienie o Bogu, to przede wszystkim rozmawianie z Bogiem. Ewangelizacja to nie tylko forma nauczania, ale przede wszystkim forma Życia. To wędrówka ku krzyżowi. Na tym właśnie polega naśladowanie Chrystusa. Jezus nie odkupił świata pięknymi i mądrymi słowami, ale swoim cierpieniem i śmiercią. My również jesteśmy wezwani do dźwigania krzyża i nie nawrócimy świata samymi słowami, lecz przede wszystkim cierpieniem, krzyżem, ofiarą, trudem, który może być bardzo wielki. We wszystkich okresach dziejów aktualne pozostawały słowa Tertuliana, że krew męczenników jest zasiewem, z którego wyrastają nowe pokolenia wierzących. Aktualne są także w naszych czasach. Niekoniecznie przy tym chodzić w nich musi o męczeństwo krwi. Może być inne męczeństwo; męczeństwo, które znosimy przez całe lata – za innych i dla innych, z miłości do nich. Nie jest ono mniej ważne niż przelana krew.

Ewangelizując świat, nie zapominajmy również o tym, że chrześcijaństwa nie można sprowadzić do moralizmu. Wiara bez uczynków jest martwa. To prawda. Ale same uczynki, bez wiary, są bez znaczenia. Dlatego to takie ważne, by współczesny człowiek nie tylko dobrze postępował, nie tylko nie krzywdził innych, ale także by uwierzył w Chrystusa, który jest Miłością, ponieważ tylko przez Chrystusa Miłosiernego może być zbawionym. Same uczynki, najwspanialsze nawet, bez wiary nie wystarczą. Człowiek nie jest w sprawie swojego zbawienia samowystarczalny. Jednak sama wiara, pozbawiona miłości i przyjaźni z Bogiem, także do zbawienia nie wystarczy. Nowa ewangelizacja, która ma przełamać kryzys wiary we współczesnym świecie, to zakładanie królestwa Bożego na ziemi. Według słów ks. kard. Ratzingera, nie jest ono strukturą społeczną lub polityczną, nie jest też żadną utopią. Królestwo Boże oznacza silną wiarę i uznanie, że Bóg istnieje, że Bóg żyje, że jest obecny i działa w świecie i w naszym życiu. Ten Bóg, o którym mamy mówić ludziom, nie jest odległym Pierwszym Motorem, Wielkim Architektem, Pierwszą Przyczyną – jak mówią deiści. Nasz Bóg – jedyny i prawdziwy – jest rzeczywistością najbardziej obecną w każdej sekundzie naszego życia i w każdym momencie dziejów ludzkich. Obecną i wpływającą na nie.

Kryzys chrześcijaństwa nie polega na kryzysie struktur kościelnych, władzy kościelnej i tym podobnych sprawach.

Kryzys ten polega na „nieobecności Boga” w Życiu chrześcijan. Aby go przełamać, my chrześcijanie musimy mieć ostrą świadomość transcendencji i gorącą wiarę w istnienie Boga, od którego zależy wszystko. Boga, który jest Stwórcą, Uświęcicielem, Zbawicielem, Sędzią, Ojcem i Panem. Boga, z którym można i trzeba rozmawiać i być z Nim w stałym przyjaznym kontakcie. To dlatego w nowej ewangelizacji tak ważna jest modlitwa: osobista, wspólna i liturgiczna. Rozmowa o Bogu musi się zawsze łączyć z rozmową z Bogiem. Liturgia nie może polegać tylko na zrozumiałym, racjonalnym nauczaniu, na nieustannym komentowaniu wszystkiego, co dzieje się przy ołtarzu. Liturgia potrzebuje także ciszy, skupienia, osobistej głębokiej refleksji, kontemplacji piękna i tajemnicy. Nowa ewangelizacja ma pomoc współczesnemu, skołatanemu światu Chrystusa poznać, pokochać i naśladować. Nie chodzi o naśladowanie Jezusa jako człowieka. Naśladowanie Chrystusa to upodobnianie się do Niego w zjednoczeniu z Bogiem. Każdy człowiek pragnie zjednoczenia z Bogiem, z Nieskończonością, pragnie bowiem nieskończonego szczęścia i nieskończonej wolności. Czasem próbuje to swoje pragnienie realizować w sposób kaleki, tworząc bezbożne ideologie, według których on sam staje się bogiem decydującym o dobru i złu; czasem wywołując rewolucje, które mają pozwolić zbudować raj na ziemi; czasem ulegając alkoholowi lub narkotykom, które pozwalają mu przeżywać chwile pozornie boskiej wprost wielkości. Te drogi do nieskończoności wskazuje człowiekowi, już od początków jego historii, szatan, ów „starodawny wąż”, który podpowiedział pierwszym rodzicom: zerwijcie owoc, a staniecie się równi Bogu.

Do istoty naśladowania Chrystusa należy także udział w Jego krzyżu. Kto pomija krzyż, powiada św. Paweł, pomija istotę chrześcijaństwa (1 Kor 2, 2)

Jak mówi ks. kardynał Ratzinger, kluczowym elementem nowej ewangelizacji, która stanowi drogę wyjścia Kościoła z kryzysu, jest życie wieczne. Musimy publicznie i w codziennym życiu, ciągle na nowo, czy chcą tego słuchać czy nie, w czas i nie w czas, w porę i nie w porę, głosić z mocą – naszą wiarę w życie wieczne. Głosić prawdę o czekającym każdego człowieka sądzie i o odpowiedzialności przed Bogiem za przeżyte życie. Głosić centralną w Ewangelii prawdę o nieuniknionej dla nikogo Bożej sprawiedliwości i o tym, że Chrystus, wisząc na krzyżu, wziął na siebie nasze grzechy i że tylko od nas zależy, czy skorzystamy, czy też nie, z tej przeogromnej szansy na zbawienie Śmierć, sąd, odkupienie, życie wieczne – nie konkurują z naszym ziemskim życiem i szczęściem. Przeciwnie, czynią je nieskończenie ważnym, ponieważ to, jak je przeżyjemy, zadecyduje o naszej wieczności. Bóg nie jest konkurentem dla naszego ziemskiego życia, ale gwarantem jego wielkości.

Jak mówi cytowany już kilkakrotnie ks. kardynał Ratzinger, przełamując nową ewangelizacją współczesny kryzys chrześcijaństwa, wykonajmy coś bardzo prostego. Mówmy o Bogu i o człowieku. W ten sposób powiemy wszystko, co naprawdę ważne i potrzebne[6].

[1] Por. A. Michalik, Neopogaństwo – Teologia – Kościół, [w:] Neopogaństwo. Nowe czasy – stare idee, red. J. Krolikowski, Pallotinum 2001, s. 135.

[2] Por. A. Michalik, s. 136-137.

[3] Za: A. Michalik, s. 138.

[4] Konstytucja Lumen gentium 1, za: A. Michalik, s. 139.

[5] Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, RW KUL, Lublin 1994, s. 96.

[6] Por. S. Wielgus, Chrześcijanin wobec współczesnych wyzwań ideowych, „Zeszyt”, Oddział Śląski Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”, Bielsko-Biała 2001; T. Herr, Der Arzt 18 ist selbst zum Patientem geworden, „Die Tagespost”, nr 27, 7.07.2001 i pozostałe artykuły tego autora z serii drukowanej w „Die Tagespost” w numerach z następujących dni:

21.07.2001; 4.08.2001; 18.08.2001; 1.09.2001; 22.09.2001; 6.10.2001; 20.10.2001; 3.11.2001; 17.11.2001; 1.12.2001; 15.12.2001; 29.12.2001; Ks. kard. J. Ratzinger, Nowa Ewangelizacja, „L’Osservatore Romano” nr 6/2001, s. 35-39.

Posted in Kościół, Z prasy | Otagowane: | 68 Komentarzy »

Kapłan wobec ofensywy ideologii neomarksizmu i postmodernizmu we współczesnym świecie

Posted by Dzieckonmp w dniu 24 marca 2010

Kapłani Chrystusowi, a zwłaszcza ci electi electorum, jakimi są księża profesorowie, mają obowiązek prowadzić ten błądzący i cierpiący lud od beznadziejności fałszywych ideologii i ich kultów oraz od konsumpcyjnego, horyzontalnego tylko widzenia świata – ku niewzruszonej Bożej nadziei na autentyczne, nieutracalne szczęście, za którym tęskni każde ludzkie serce.

Kluczowym tematem ewangelicznego nauczania Kościoła powinno być orędzie o nadejściu Królestwa Bożego, którego proklamacją było Zmartwychwstanie Jezusa.

JE ks

JE ks. bp Stanisław Wielgus – ordynariusz płocki

Kapłan wobec ofensywy ideologii neomarksizmu i postmodernizmu

we współczesnym świecie

Konferencja wygłoszona do księży profesorów

Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie

Jako ludzie żyjący od lat życiem Kościoła i tak bardzo zintegrowani z kapłańskim posłannictwem, odnotowujący przy tym wszelkie – pozytywne i negatywne – zjawiska w życiu religijnym współczesnego człowieka, dostrzegamy niezwykle dynamiczne zmiany natury ideowej zwłaszcza młodych pokoleń, w tym także młodzieży seminaryjnej, z którą od lat pracujemy jako profesorowie i wychowawcy. Jest, moim zdaniem, wiele przyczyn tych zmian.

Przyspieszony, dokonujący się w postępie geometrycznym rozwój nauki i technologii powoduje między innymi zmianę obrazu świata w mentalności współczesnego człowieka. Niegdyś był to obraz niezmienny. Wszystko wydawało się ludziom trwałe, nienaruszalne, takie samo przez całe lata, a nawet wieki. W ostatnich wiekach, dzięki lawinowo następującym odkryciom naukowym w różnych dziedzinach wiedzy – zwłaszcza w naukach matematyczno-przyrodniczych, medycznych i technicznych, ustalenia naukowe – zarówno dotyczące makrokosmosu, jak i mikrokosmosu – poddawane są ciągłej, niekończącej się rewizji. Pociąga to za sobą ustawiczne zmiany cywilizacyjne i kulturowe w zakresie życia codziennego. Zmiany te są przy tym coraz szybsze i coraz głębsze. Wystarczy przywołać w tym względzie wpływ na życie współczesnego człowieka rewolucji elektronicznej i informatycznej, która dokonała się tak niedawno i jeszcze trwa, by nie mieć co do tego większych wątpliwości.

W konsekwencji tych ustawicznych zmian w świadomości współczesnych społeczeństw coraz powszechniej utrwala się przekonanie, że także prawdy wiary i zasady moralne należy traktować jako rzeczywistość podlegającą heraklitejskiemu prawu zmienności. Nie tylko zmieniający się pod wpływem odkryć naukowych obraz świata wpływa na to zjawisko.

Ogromny wpływ na dynamiczne i relatywistyczne traktowanie rzeczywistości religijnej miały i mają określone – oświeceniowej zwłaszcza proweniencji – filozofie i ideologie. W naszych czasach taki wpływ na świadomość milionów ludzi ma ideologia materialistycznego neomarksizmu, kwestionująca konsekwentnie jakikolwiek transcendentny wymiar rzeczywistości; odrzucająca istnienie Boga oraz świata ducha, a człowieka sprowadzająca do jednego z gatunków zwierząt istotnie nieróżniącego się od innych. Pod wpływem neomarksizmu – który rozwija się dynamicznie, przybierając różne nazwy, w tym nazwę „Nowej Lewicy”, od drugiej zwłaszcza połowy XX wieku, znajdują się w licznych krajach zachodnich szczególnie, ale także i u nas, ważne ośrodki polityczne, dominujące na rynku media oraz co należy szczególnie podkreślić, środowiska uczelniane, zwłaszcza z obszaru filozofii, politologii, socjologii, pedagogiki czy psychologii.

Drugą ideologią, wpływającą w sposób jeszcze bardziej skuteczny na zmianę obrazu Boga, religii i Kościoła w świadomości wielu współczesnych ludzi, jest postmodernizm, który głosi agnostycyzm i relatywizm, i to zarówno w sferze moralności, z której eliminuje pojęcie grzechu oraz różnicę między dobrem i złem, jak i w sferze poznawczej – głosząc, że niezmienna i obiektywna prawda nie istnieje, a także w sferze religijnej, kiedy stawia znak równania między wszystkimi religiami, sektami i wierzeniami. Postmodernizm odrzuca jakiekolwiek stałe zasady moralne, jakąkolwiek etykę kodeksową i jakiekolwiek zakazy czy nakazy moralne. Zgadza się na religię, ale taką, która byłaby elementem światopoglądu konsumpcyjnego, to znaczy pełniłaby funkcje terapeutyczne, podejmowałaby działania charytatywne i dawałaby ludziom potrzebne im przeżycia, a zwłaszcza poczucie bezpieczeństwa; która funkcjonowałaby wyłącznie w horyzontalnym, doczesnym wymiarze życia ludzkiego, i która nie miałaby wymiaru wertykalnego, skierowanego ku Bogu i objawionemu przez Niego prawu moralnemu. Jeśli Bóg istnieje, to po to, mówią postmoderniści, aby służyć człowiekowi. W tym ujęciu to nie człowiek ma służyć Bogu, lecz Bóg człowiekowi, dając mu poczucie bezpieczeństwa i akceptując jego wolność do wszystkiego i od wszystkiego. Religia w postmodernistycznym ujęciu ma dostarczać radosnych przeżyć. Ma być źródłem przyjemności i zabawy dla człowieka ze współczesnego społeczeństwa nastawionego wyłącznie na zabawę, mocne przeżycia, seks i zakupy. Religia powinna bawić, pocieszać i uzdrawiać. Jeśli natomiast stawia jakiekolwiek wymagania, jeśli domaga się opanowania swoich instynktów, ofiarności, służby i wyrzeczenia – należy ją odrzucić jako fałszywą. Kościół w postmodernizmie traci swój autorytet w kwestiach moralnych, ponieważ jego zdanie traktowane jest jako głos niewiele znaczącej politycznie, ekonomicznie i medialnie społeczności. Przestaje być sumieniem społeczeństwa. W takim postmodernistycznym ujęciu traci także autorytet w kwestiach religijnych odnoszących się do prawdziwości i integralności nauczania wiary. Wielu ludzi ulegających tym bardzo lansowanym przez niezliczone media i ich autorytety wpływom mówi dziś wyraźnie: religia – tak, ale Kościół z jego integralnym depozytem – nie. Odczuwając potrzebę religii, ludzie ci popadają w najdziwniejsze kulty i sekty. Ulegają najbardziej irracjonalnym wpływom. Odrzucając wiarę w prawdziwego Boga, zaczynają wierzyć w byle co. Rynek odpowiada na zamówienie. Księgarnie, media i najrozmaitsze kluby pełne są ezoterycznych, irracjonalnych wydawnictw i treści. Pojawia się nowa postać bliżej nieokreślonej religii, będącej zlepkiem z odłamków najróżniejszych wierzeń, magii, astrologii, parapsychologii, spirytyzmu itd., a przy tym ostrej, bezwzględnej krytyki Kościoła katolickiego, któremu – gdy konsekwentnie broni obiektywnej prawdy, rozumu i niezafałszowanej wiary – zarzuca się fanatyzm i nienawiść. Modelową religią tego typu jest oparty na astrologicznych, całkowicie irracjonalnych dywagacjach, New Age ze swoim majaczeniem o przechodzeniu ludzkości z pełnej nienawiści i wojen chrześcijańskiej „epoki Ryb” w pochrześcijańską, ogarniętą wiecznym pokojem i miłością „epokę Wodnika”. Te mrzonki nie są zresztą czymś nowym. Mają swoje zakorzenienie w pradawnych mitach o utraconym „złotym wieku”, a w sposób szczególnie jednoznaczny wyraziły się w wizjach dwunastowiecznego autora Joachima de Fiore (rozróżniającego trzy epoki w historii ludzkości: Ojca, Syna i epokę wiecznego pokoju Ducha Świętego, rozpoczynającą się jakoby w jego czasach). Zatem nie jest to żaden „New Age”, lecz „Old Age”. Te i inne elementy postmodernistycznej ideologii trafiają dziś do wielu współczesnych ludzi, nierzadko katolików, powodując istotne zmiany w ich rozumieniu religii Chrystusowej. Z tej ideologii rodzi się między innymi nieintegralne traktowanie wiary katolickiej, co wyraża się w słyszanych przez nas nieraz sformułowaniach: Jestem katolikiem, ale nie odpowiada mi ta i ta prawda wiary, albo to i tamto przykazanie itd. Skoro wszystko się zmienia – myślą tacy ludzie – to zmianom musi podlegać także depozyt wiary katolickiej, a zwłaszcza obraz Boga, a także obraz religii, Kościoła, człowieka, prawa moralnego itd. Z takiej postawy zrodził się niebezpieczny dziś, fałszywie rozumiany pluralizm teologiczny, stawiający znak równania między wszelkimi religiami, a także pluralizm etyczny, eliminujący pojęcie obiektywnego dobra moralnego, zła i różnicy między nimi.

Współczesny angielski poeta Steave Turner w swoim pełnym ironii wierszu zatytułowanym „Credo” tak przedstawia światopogląd współczesnego zachodniego, poddanego ideologii postmodernizmu człowieka:

Wierzy tylko w to, że Jezus był dobrym człowiekiem, podobnie jak Budda, Mahomet i my sami.

Wierzy, że był niezłym kaznodzieją, choć nie uważa, żeby wszystkie jego morały były dobre i potrzebne.

Wierzy, że wszystkie religie są w zasadzie takie same, ponieważ wszystkie wierzą w miłość i dobroć, a różnią się jedynie takimi drobiazgami, jak: stworzenie świata, grzech, niebo, piekło, Bóg i zbawienie.

Wierzy w to, że po śmierci jest tylko nicość, a jeśliby tam jednak coś było, to bez wątpienia będzie to niebo dla wszystkich; no, może z wyjątkiem Hitlera, Stalina i Dżyngis–chana.

Wierzy w seks przed małżeństwem, w czasie małżeństwa i po nim.

Wierzy, że cudzołóstwo to frajda.

Wierzy, że „seks inaczej” też.

Wierzy, że tabu jest tabu.

Wierzy, że wszystko idzie ku lepszemu. Wbrew temu, na co wskazują dowody.

Wierzy, że coś jednak jest w horoskopach, w UFO i w wygiętych na odległość przez medium łyżeczkach.

Wierzy w końcu głęboko w to, że nie ma żadnej prawdy absolutnej – z wyjątkiem prawdy, że nie ma absolutnej prawdy.

Całe to szczególne credo głoszone jest dziś powszechnie przez tzw. poprawność polityczną wyrosłą z postmodernizmu, a bezpośrednio z amerykańskiego pragmatyzmu i darwinizmu socjologicznego, na którą niedawno tak ostentacyjnie powoływał się redaktor naczelny pewnej znanej gazety, gdy składał zeznania w sprawie Rywina i oburzyło go wyrażenie „pedał” wypowiedziane przez pewną posłankę. „Poprawność polityczna” zrodziła się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych. Autorem tego określenia, zresztą nieadekwatnego językowo, był amerykański językoznawca i antropolog Franz Boas, słynny obrońca Indian. Ze słusznego protestu wobec niesprawiedliwości, political correctness przekształciła się (odchodząc od prawa naturalnego, Dekalogu i rozumu) w demagogiczną ideologię, zawzięcie ścigającą i wszelkimi sposobami atakującą rzekomych wrogów wolności i równości, w tym na pierwszym miejscu Kościół katolicki. Jak powiada w swojej znakomitej książce pt. „Umysł zamknięty” wybitny filozof amerykański Allan Bloom, political correctness – która ma, według zamierzeń lewicowych liberałów, zastąpić etos chrześcijański – jako swój główny, nienaruszalny dogmat głosi relatywistyczną tezę o względności prawdy. Głosi ją jako wymóg moralny, od którego spełnienia zależy wolność społeczeństw. Jeśli ktoś oświadcza, że wierzy w prawdę niezmienną, absolutną – automatycznie jest publicznie napiętnowany jako zwolennik nietolerancji, fanatyzmu, fundamentalizmu, zabobonu itp.; jako ktoś, kto podżega do nienawiści, wojny, ksenofobii. Wyznawcy poprawności politycznej wyrażają przekonanie, że bez relatywizmu nie można zbudować popperowskiego otwartego społeczeństwa, które ich zdaniem stanowi najdoskonalszy model życia społecznego i politycznego. Nic dziwnego, że za największe zagrożenie dla otwartego społeczeństwa sterowanego przez liberalną demokrację uważają zwolenników prawdy absolutnej. Wychowani na antychrześcijańskiej filozofii oświeceniowej marksistowscy bądź marksizujący lewicowi intelektualiści, artyści, nauczyciele, dziennikarze, politycy od pięćdziesięciu lat wmawiają ludzkości, że jak wykazuje historia, w przeszłości świat był szalony, ponieważ żyli na nim ludzie, którzy uważali, że znają prawdę obiektywną i niezmienną. Ich przekonania prowadziły do wojen, prześladowań, niewolnictwa, ksenofobii, antysemityzmu, rasizmu, szowinizmu itd. Zatem, aby pozbyć się tego „zarzewia zła”, należy przestać się spierać o to, kto ma rację, jaka jest prawda, i przyjąć za pewnik, że nikt nie ma racji poza tymi, którzy głoszą, że racji nikt nie ma. Stąd teza, że wszystkie kultury są jednakowo wartościowe, podobnie wszystkie obyczaje, zachowania itp. W zakłopotanie wprawia głoszących taką tezę ludzi pytanie: Czy tyle samo wart jest obyczaj palenia żywcem wdów wraz z ich zmarłymi mężami, co obyczaj udzielania im opieki i ochrony?

Tak zwana liberalna edukacja, prowadzona w Ameryce i w Europie Zachodniej przez szkoły, uczelnie, media i inne siły, ma na celu jedno: wyrobienie w ludziach cnoty otwartości na wszystko oraz skuteczne zniszczenie modelu człowieka racjonalnego, odróżniającego dobro od zła i prawdę od fałszu, przedsiębiorczego, uczciwego, oddanego własnej rodzinie, kochającego swój kraj – przez eliminację wartości: narodowych, rodzinnych, rasowych, klasowych, religijnych, kulturowych, w tym wszelkich wartości osadzonych w ludzkiej naturze. Liberalna edukacja nie przyjmuje żadnego niekwestionowanego zespołu przekonań uchodzących za naturalne dla wszystkich ludzi. Jak kosz na śmieci jest za to otwarta na wszystkie style życia, ideologie i ludzkie zachowania. Jest to realizacja istniejącego od samego początku w myśli liberalnej pędu ku niczym nieograniczonej wolności, by żyć, jak się komu podoba. Piewcy tego poglądu formułują go jednoznacznie. Izajasz Berlin twierdzi, że najgroźniejsze dla wolności są wartości moralne, bo zawężają możliwości człowieka. Zmarły niedawno John Rawls domaga się, aby w życiu społecznym zapanował w sposób bezwzględny priorytet wolności, traktowany jako imperatyw, który musi być realizowany aż do osiągnięcia celu.

Taką nieograniczoną wolność można osiągnąć jedynie wtedy, gdy nie istnieją żadne pewniki: ani religijne, ani moralne, ani filozoficzne, ani żadne inne. Dlatego z takim uporem i nakładem wszelkich środków liberalna edukacja podejmuje najróżniejsze działania, aby wmówić ludziom, że nie są w stanie wiedzieć, czym jest dobro i czym jest prawda; aby ich przekonać, że nie ma żadnych absolutów. Absolutna jest tylko wolność. Dla osiągnięcia swojego celu, tzn. dla wyeliminowania tzw. przesądów blokujących ludzką wolność, liberałowie wykorzystują nauki społeczne, historię, filozofię i inne dziedziny wiedzy. Na przykład antropologia w ich ujęciu nie ma na celu przekazania studentom wiedzy na temat kultur z określonych miejsc i epok, lecz uświadomienie im, że ich preferencje, tj. wyższość jednej kultury nad drugą, były przypadkowym wytworem miejsca i czasu. Jak pisał John Rawls, żaden naród i żadna jednostka nie może się uważać za wyżej rozwiniętą od innych. W konsekwencji światowej sławy uczony czy artysta nie może być uważany za wybitniejszego od osobnika, którego całe życie zeszło na pasożytniczym bytowaniu i spożywaniu alkoholu. Czynienie jakichkolwiek rozróżnień jest naganne moralnie z punktu widzenia poprawności politycznej. Tak więc w duchu liberalnej edukacji należy zdławić – przy pomocy nauczycieli, kramarcznej i pokracznej hollywoodzkiej kultury i odpowiednich mediów – ludzki rozum i ludzką naturę. Do tego celu należy także ustanowić odpowiednie prawo. Żądzą, pasją i tak zwanym zaangażowaniem zastąpić rozum. Naturalną duszę ludzką zastąpić duszą sztuczną. Sztucznie wymusić poważanie dla wszelkich mniejszości, zwłaszcza seksualnych; zdyskredytować religię chrześcijańską i dotychczasową kulturę, opartą na myśli greckiej, prawie rzymskim oraz chrześcijaństwie. Postarać się o wyeliminowanie z życia publicznego symboli religijnych, sam kult religijny i życie religijne spychając – w najlepszym razie – do zamkniętej, prywatnej sfery. To dlatego prezydent Chirac i jego „współbracia” tak zaciekle walczą przeciw wzmiance o Bogu i chrześcijaństwie w preambule do konstytucji europejskiej. To dlatego w sierpniu 2003 r. w stanie Alabama usunięto z tamtejszego sądu 2,5–tonowy postument z tekstem Dekalogu. To dlatego usuwa się krzyże ze szkół w krajach rdzennie katolickich (Włochy, Bawaria). To dlatego różne instytucje europejskie i amerykańskie wydają swoim pracownikom zakazy zamieszczania informacji o śpiewaniu kolęd i wysyłania kartek świątecznych z jakimikolwiek symbolami religijnymi. To dlatego wspomniany wyżej Chirac 17 grudnia 2003 r. opowiedział się za usunięciem ze szkół wszelkich symboli religijnych i dywaguje na temat dopuszczalności noszenia krzyżyków na szyi. Być może pragnie powtórzenia tego, co robiły bezbożne rewolucje: francuska, bolszewicka, meksykańska, hiszpańska i inne, które niszczyły wszelkie symbole religijne, amputowały krzyże itp., zapominając o tym, że aby zniszczyć religię, trzeba by zniszczyć człowieka, bo to przede wszystkim w jego sercu są wyryte religijne symbole.

Ludzkość dwudziestego wieku przeżyła dwa straszliwe, bezbożne ze swej istoty totalitaryzmy, gwałtownie i krwawo zwalczające religię: komunizm i hitleryzm.

Obecnie mamy do czynienia z innym antyreligijnym totalitaryzmem, a mianowicie totalitaryzmem bezideowości. Wszystkie powyższe totalitaryzmy pochodzą z jednego intelektualnego źródła, a mianowicie z antychrześcijańskiej myśli oświeceniowej, która nienawidzi religii i dąży konsekwentnie do ustanowienia „państwa ateistów”. Narody niestety mało się uczą z przeżytej historii albo szybko zapominają o tym, co przeżyły. Niemcy po II wojnie światowej – mając świadomość niewyobrażalnych wprost zbrodni, do jakich doprowadzili, żyjąc i działając według hitlerowskiego prawa oderwanego od Boga i Jego Dekalogu – aby się ustrzec tego na przyszłość, wprowadzili do swojej konstytucji odwołanie się do Boga. Dziś zaczynają to bagatelizować. Prośmy Boga, aby oni i inne narody uświadomiły sobie starą historyczną prawidłowość, że ten, kto łatwo zapomina o dokonanych w przeszłości zbrodniach, będzie je musiał przeżyć raz jeszcze.

W ten sposób liberalna edukacja wykorzenia prawdziwy cel wychowania, jakim jest wszechstronne ukształtowanie człowieka, by wiódł godziwe życie. Należy stwierdzić, że tego rodzaju „otwartość”, która neguje rolę rozumu, dokonuje destrukcji w zakresie nauki, filozofii, teologii i religii w społeczeństwie. To, że ludzie wypowiadają różne poglądy, nie jest dowodem na to, że żaden z tych poglądów nie jest prawdziwy i że wszystkie są sobie równe. Zawsze wiedziano o tym, że istnieje wiele sprzecznych ze sobą poglądów na dobro, ale traktowano to jako bodziec do prowadzenia badań na temat, co rzeczywiście jest dobre, a co złe. Współcześni relatywiści uważają takie badania za niemożliwe. W ten sposób uśmiercają prawdziwą otwartość i głoszą jej karykaturę. Otwartość poprawności politycznej bowiem to tylko schlebianie bieżącym gustom, kompletny subiektywizm i naśladowanie najbardziej prymitywnych wzorców. Rodzący się z takiej postawy i rozpowszechniany dziś subiektywizm religijny wyjaławia duchowo i sam nic nie wnosi. Społeczeństwa, które mu ulegają, nie wychowują już dzieci, lecz tylko je hodują. Nie mają im do zaofiarowania nic istotnego, jeśli chodzi o wizję rzeczywistości, wzorce do naśladowania czy poczucie głębszej więzi z bliźnimi. Aby przetrwać i wypełnić swoje zadania, rodzina wymaga delikatnego połączenia natury i nadnatury, wymiaru ludzkiego i wymiaru boskiego. Podstawą rodziny jest zrodzenie dzieci, lecz jej celem jest wychowanie kulturalnych ludzkich istot, nauczenie odróżniania dobra od zła, wpojenie szacunku dla autorytetu boskiego i ludzkiego, nauczenie praw boskich i ludzkich. Rodzina powinna znać przeszłość i mieć program na przyszłość. Powinna umieć oprzeć się oszustwom we wszystkich wymiarach. Powinna być związana z Bogiem, nastawiona na trwałość, wierność i miłość. Powinna szanować prawo moralne, od którego nie mogą jej odwieść pragmatyczne cele. Jeśli tego nie ma, jeśli cel rodziny widzi się we wspólnych posiłkach, zabawach, podróżach i we wspólnym oglądaniu telewizji, a nie we wspólnym myśleniu i w rozwoju moralnym, to wszystko rozpada się w gruzy.

Przez wieki dla wielu narodów podstawą życia i kultury była Biblia, jednocząca wszystkich: starych i młodych, wykształconych i niewykształconych, bogatych i biednych. Biblia dawała wizję rzeczywistości. Wyznaczała hierarchię wartości. Wskazywała na Absolut i boskie prawo moralne. Jest kluczem do zrozumienia całego dziedzictwa kultury euroatlantyckiej. Bez Biblii ginie idea porządku wszechrzeczy. Pozostaje konsumpcja, seks, zakupy i sukces. Bez Biblii rodzice nie są w stanie nauczyć swoich dzieci cnoty moralnej i intelektualnej. Bez Biblii i Boga rodzice tracą kontrolę nad swoim domem. Często nie chce im się już tej kontroli sprawować. Oddają ją „Wielkiemu Bratu”. Liberalne media dla celów, o których była mowa, i dla pieniędzy podlizują się każdemu, hołdują instynktom, hedonizmowi i podkopują wszystko to, co składa się na budowanie charakteru i cnoty. W dużej mierze dzięki nim to, co tandetne, płytkie, często bezdennie głupie i ordynarne, stało się strawą duchową i wzorcem postępowania dla milionów ludzi. Tymczasem bez Biblii, bez Boga, umysł ludzki pustoszeje, staje się animalny. Nikomu nie uda się jakakolwiek prawdziwie moralna edukacja młodego pokolenia, jeżeli nie zostanie jego umysłowi i jego wyobraźni ukazana wizja moralnego kosmosu, z nagrodą za dobro i z karą za zło, które są jednoznacznie określone. Jak mogą wychowywać rodzice, którzy sami nie wiedzą, w co wierzą, a dzieciom swoim nie są w stanie powiedzieć nic więcej, jak tylko to, że chcą ich szczęścia i spełnienia marzeń. To jest cały testament duchowy, który mają im do przekazania, i cała hierarchia wartości. W ostatnich dziesiątkach lat namnożyło się przy tym wielu nauczycieli wartości – nierozumiejących, czym naprawdę one są, i mylących wychowanie moralne z propagandą tzw. aborcji, antykoncepcji, homoseksualizmu i całej rewolucji seksualnej, która w imię wyzwolenia człowieka od tak zwanych zniewoleń religijnych, narodowych, rodzinnych i moralnych wyrzuciła seks poza sferę moralności, czyniąc z niego adorowanego przez kramarczną współczesną kulturę bożka. W konsekwencji powszechna dziś erotyzacja życia przenika, za pomocą liberalnych mediów, świadomość całych społeczeństw, sięgając także niestety dusz kandydatów do kapłaństwa i samych kapłanów. Nowa, liberalna moralność odrzuca nie tylko chrześcijańską cnotę wstrzemięźliwości seksualnej, lecz wszystkie chrześcijańskie, a także arystotelesowskie cnoty. Ona nie zamierza kształtować człowieka żyjącego sub specie aeternitatis, liczącego się z Bogiem i Jego moralnym prawem. Ona chce wychowywać ludzi pragmatycznych, żyjących sub specie huius saeculi, bez jakiegokolwiek kontaktu z rzeczywistością transcendentną, mających na uwadze wyłącznie swoją korzyść. Przeciwieństwem tak pojętych cnotliwych ludzi nie są ludzie źli, występni, podli, lecz zwłaszcza duchowni, którzy pragną ograniczać ludzką wolność przez przypominanie o czekającym każdego sądzie Bożym i obowiązku przestrzegania Dekalogu i prawa naturalnego (por. A. Bloom, Umysł zamknięty, Poznań 1997, s. 27 in., 134 in., 193 in., 230 in.).

Wszystkie powyższe wątki, dotknięte zaledwie w moim wystąpieniu, a także wiele innych tu nierozważanych, składają się na to, co nazywamy procesem sekularyzacji współczesnego świata. Bez żadnej wątpliwości dotknął on wiele społeczeństw, dawniej chrześcijańskich i głęboko żyjących sferą sacrum. W ciągu kilkudziesięciu zaledwie lat niektóre narody, które identyfikowały się z katolicyzmem, żyły życiem sakramentalnym, wydawały tysiące gorliwych kapłanów, myślały kategoriami ewangelicznymi – stały się kompletnie pogańskie. Co jest naprawdę straszne, społeczeństwa te nie tylko odeszły od katolicyzmu, ale tracą już całkowicie potrzebę Boga i co za tym idzie – potrzebę zbawienia. Nastawienie życiowe wielu ludzi, pozostających pod wpływem wcześniej przedstawionych ideologii liberalnych, jest zdeterminowane przez przekonanie, że można żyć bez – po chrześcijańsku rozumianego – Boga, a może nawet żyć lepiej.

W okresie oświecenia i w okresie oddziaływania ateistycznych, redukcjonistycznych nurtów pooświeceniowych, takich jak marksizm, scjentyzm, pozytywizm i inne (co miało miejsce w wieku XIX i XX), które odrzucały religię objawioną w imię rozumu i nauki, chrześcijańscy apologeci bronili wiary, przytaczając argumenty, że sama nauka człowiekowi nie wystarczy do zrozumienia otaczającego go świata i siebie samego; że zwłaszcza nie jest w stanie odpowiedzieć na światopoglądowe pytania egzystencjalne: Skąd jestem? Po co żyję? Dlaczego cierpię? Jaki jest sens mojej egzystencji? Skąd zło? I na tym podobne pytania.

Poczynając od drugiej połowy XX wieku, wraz z rozczarowaniem, jakie przyniosły ludzkości scjentystyczne prądy myślowe, przyrzekające znaleźć w rozumie i w nauce panaceum na wszelkie zło – w tym także odpowiedzi na wszelkie dręczące człowieka pytania, nowoczesny sekularyzm nie odwołuje się już do nauki, ponieważ oskarża ją o spowodowanie – świadome lub bezwiedne – niewyobrażalnego we wcześniejszych epokach zagrożenia dla egzystencji gatunku ludzkiego, dla środowiska naturalnego i dla całej ludzkiej cywilizacji wskutek stworzenia broni masowej zagłady i wielu innych wynalazków, które można wykorzystać do złych moralnie działań, jeśli opanują je terroryści lub inni ludzie złej woli. Współczesny sekularyzm nabrał cech pragmatyzmu, który ze sfery swojego zainteresowania oficjalnie wyłącza wszystko to, co nie przynosi konkretnej, praktycznej korzyści współczesnemu człowiekowi. Przestał się zajmować pytaniami egzystencjalnymi. Nie interesuje go odpowiedź na żadne ostateczne pytanie. Jego centralnym punktem zainteresowania staje się odpowiedź na pytanie: Jak uniknąć cierpienia (w różnych jego postaciach) oraz niesprawiedliwości. Jak powiada znany niemiecki profesor teologii fundamentalnej i dogmatycznej Peter Neuner (Psychospołeczne i polityczne uwarunkowania chrześcijaństwa dziś, w: Chrześcijaństwo jutra. Materiały II Międzynarodowego Kongresu Teologii Fundamentalnej, Lublin, 18–21 września 2001, red. M. Rusecki, Lublin 2001, s. 239 in.), język religijny znika z życia wielu dawniej chrześcijańskich narodów. Liczni ludzie żyjący we współczesnych zsekularyzowanych społeczeństwach nie lękają się już śmierci bez Boga, bez sakramentów świętych. W swoim codziennym życiu całkowicie obywają się bez Niego i nie mają przy tym poczucia jakiejkolwiek straty. Także w konfrontacji ze śmiercią i kwestiami ostatecznymi, dotyczącymi ich własnej egzystencji, nie popadają w jakieś szczególne zwątpienie, rozpacz czy poczucie beznadziejności. Sprawdza się to, mówi Neuner, co w XIX wieku powiedział August Comte: Dla wielu ludzi Bóg odszedł, nie pozostawiając żadnych śladów.

To wszystko są fakty, z którymi kapłani w krajach zachodnich spotykają się na co dzień. Polscy kapłani, pracujący zwłaszcza w wielkich miastach, również spotykają się z nimi coraz częściej. W tej sytuacji rodzi się pytanie: czy współczesny kryzys religii, wyrażający się w sekularyzmie, jest zjawiskiem linearnym i nieodwracalnym?

Mamy nadzieję, że tak nie jest. Kryzys wiary i postaw z niej wynikających towarzyszy Kościołowi od początku jego istnienia. Ślady tego zjawiska odnajdujemy już w czasach apostolskich. Nie można, jak powiada holenderski profesor teologii pastoralnej z Katolickiego Uniwersytetu w Nijmegen Johannes A. Van der Ven (Współczesne kontestacje chrześcijaństwa. Sekularyzacja czy desekularyzacja?, w: Chrześcijaństwo jutra, s. 187 in.), patrzeć na historię chrześcijaństwa z perspektywy „utraconego raju”, ponieważ nigdy ono czymś takim nie było. W pierwszych trzech wiekach swojego istnienia Kościół był religią mniejszości. Jak mówi socjolog Rodney Stark, około 100 roku po narodzeniu Chrystusa żyło na świecie nie więcej niż 7 tysięcy chrześcijan, a ok. roku 200 – mniej więcej 200 tysięcy, na ok. 60 milionów ówczesnej populacji. Po edykcie mediolańskim z 313 roku chrześcijaństwo stało się religią państwową i chrześcijan znacznie przybyło. Ale już św. Augustyn (zm. 430 r.) skarżył się, że spośród chrześcijańskich mieszkańców Hippony z drugiej połowy IV wieku tylko niewielu regularnie uczęszczało do kościoła, a niektórzy pojawiali się w nim tylko z okazji największych świąt. Nawet w średniowieczu, kiedy chrześcijaństwo zakorzeniło się już bardzo mocno, w wielu europejskich krajach pobożność większości chrześcijan pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Tym bardziej w czasach nowożytnych. Pastor Krumacher z Berlina skarży się w 1847 roku, że tylko 6 proc. mieszkańców tego miasta chodzi do kościoła. Nie podobna w sposób naturalny przewidzieć, co będzie z religią w przyszłości; czy będzie się rozwijać, czy też zanikać.

Jak zgodnie twierdzą dziś uczeni, nie istnieją żadne prawa rządzące religią, które pozwalałyby przewidzieć jej przyszłość. Formułowane w XIX i jeszcze w XX wieku prawa społeczne i kulturowe okazały się jeszcze jedną ze scjentystycznych fikcji i zniknęły już z badań naukowych. Wszystko wskazuje raczej na to, że sekularyzm nie rozwija się linearnie, że osiągnąwszy w ostatnich dziesięcioleciach XX w. w wielu społeczeństwach swoje apogeum, dziś się załamuje, a religijność wraca do tych społeczeństw szeroką falą. Niektórzy uważają, że współczesny świat emanuje wprost religijnością. Zdaniem takich wybitnych socjologów, jak Peter Berger i Thomas Luckmann (patrz P. Neuner, op.cit., s. 241), religia w Europie i Ameryce – mimo zdawać by się mogło spektakularnego zwycięstwa sekularyzmu w życiu publicznym – wcale się nie cofa i bynajmniej nie znika z życia milionów ludzi. Stała się tylko mniej uchwytna, mniej określona i mniej kościelna, poddała się bowiem wpływom postmodernizmu. Obraz Boga, utracony w procesie sekularyzacji przez wielu ludzi, wraca do ich świadomości, ale jest to już obraz przetransformowany, obraz Boga niechrześcijański, który charakteryzuje się, jak mówi cytowany już Van der Ven (s. 195), następującymi cechami:

1. Nie ma w nim wyobrażenia Boga absolutnie transcendentnego. Bóg nie jest już uważany za bezpośrednią i kontrolującą wszystko, co dzieje się w życiu, przyczynę. Nie traktuje się Go jako wszechmocnej Istoty wpływającej bezpośrednio na losy świata i ludzi. W miejsce tego przyjmuje się tzw. immanentną transcendencję Boga, działającego w człowieku niezależnie od jakiegokolwiek działania Kościoła. Przez wielu ludzi powracających do nowej religijności odrzucane są takie rzeczywistości, jak: Kościół hierarchiczny, kapłaństwo, posłuszeństwo nakazom i zakazom religijnym, poczucie grzechu, winy, pokuty itd. Podobnie jak dla Spinozy, także dla wielu współczesnych ludzi Bóg stanowi wewnętrzną przyczynę wszechrzeczy, co oznacza, że wszystkie rzeczy i wszyscy ludzie są w Bogu i poruszają się w Nim, chociaż nie znaczy to, że się z Bogiem utożsamiają. W konsekwencji więc przyjęcia obrazu Boga bez wymiaru transcendentnego wykluczone zostają ze świadomości wielu ludzi takie religijne pojęcia, jak ingerencja Boża w losy ludzi i świata, Opatrzność Boża oraz działania Boże.

2. Drugą cechą owego przetransformowanego obrazu Boga i wiary w Niego jest swojego rodzaju powrót starego politeizmu, który przybiera dziś formę politeizmu postmodernistycznego. Przywoływany już wcześniej Van der Ven, mówiąc o tych sprawach, cytuje Józefa Brodskiego, który powiedział następujące słowa: To, że złamaliśmy pozycję starych bogów i wyrzuciliśmy ich z im poświęconych świątyń, nie oznacza, że przestali oni istnieć. Ci starzy bogowie, symbolizowani przez dramaty, konflikty, paradoksy, dylematy i sprzeczności ludzkiej egzystencji, odżywają dziś w duszach wielu ludzi, wierzących w najrozmaitsze, niezwiązane niczym z chrześcijaństwem siły duchowe, wyobrażane niegdyś przez takich bożków, jak Tyche – przypadek, Ananke – konieczność, i Moira – los, a także w moce i energie, o których mówi spirytyzm, astrologia i magia. Ludzie przyjmujący taki obraz Boga nie widzą już w Nim jedynego, decydującego o wszystkim Stwórcy świata. Są zwolennikami raczej politeizmu, swojego rodzaju neopogaństwa, niż monoteizmu. Jest to tak zwany politeizm postmodernistyczny. Jego przykładem jest dziś, wspominany już wcześniej, New Age, któremu Stolica Apostolska poświęciła jeden z ostatnich dokumentów. Przedstawił go kard. Paul Poupard, przewodniczący Papieskiej Rady do spraw Kultury, który przy okazji tej prezentacji powiedział, że czy się to komu podoba, czy nie, toczy się dziś walka o umysły i serca ludzkie między chrześcijaństwem a nowymi ideologiami i kultami. New Age zaciera różnice między Stwórcą a stworzeniem, między dobrem i złem. Prąd ten, odmawiając konfrontacji ze śmiercią i cierpieniem, jak mówi kard. Poupard, oraz odrzucając pojęcie grzechu, prowadzi do destrukcji społecznej. Nie podejmuje próby racjonalnego budowania przyszłości, a koncentruje się na irracjonalnym przepowiadaniu jej z gwiazd. Ewangelie, w tym ewangeliczną przypowieść o talentach, która poleca człowiekowi wszechstronny rozwój, zastępuje horoskopami i wróżbami. Odrzuca przy tym odkupienie, przyjmując tezę o panteistycznym wtopieniu się człowieka w kosmos.

3. Trzecią cechą owego postmodernistycznego obrazu Boga jest traktowanie Go jako rzeczywistości nieosobowej. Ludzie pozostający pod wpływem takiego myślenia nie uważają Boga za osobę, lecz za nieosobowe tchnienie, za wewnętrzną moc, za impuls do działania, za nieosobową energię i dynamicznie działającą siłę, która w człowieku żyje, która jest bodźcem do działania i która otaczając go całkowicie, jednocześnie go w sobie zawiera. Należy zaznaczyć jednak, że w świadomości wielu współczesnych ludzi Bóg jawi się także jako jednocześnie nieosobowy i osobowy. Uważają oni, że są to dwa aspekty Jego Natury. Gdy o Bogu myślą – traktują Go jako rzeczywistość nieosobową, gdy natomiast się do Niego modlą – widzą w Nim osobę.

Wracając do zjawiska właściwie rozumianej sekularyzacji, która oddziela sacrum od profanum, należy zaznaczyć, że w swojej istocie nie jest ona czymś wrogim chrześcijaństwu. Jak za Gogartenem mówi Peter Neuner (op.cit., s. 239) oddzielenie sacrum od profanum nastąpiło już w Księdze Genesis. Zawarty w niej opis stworzenia świata odbiera bowiem gwiazdom przypisywaną im w starożytnych wierzeniach boskość i wszelkie stworzenie oddaje pod opiekę człowiekowi. Tekst z Genesis stanowi doniosłe w swoich skutkach odmitologizowanie świata i jego sekularyzację we właściwym rozumieniu tego słowa. Świat został tu potraktowany jako rzeczywistość świecka, pozbawiona boskich mocy, oddana w opiekę człowiekowi, a nie wroga mu i nad nim panująca. W tym kierunku idzie cała historia zbawcza. Pogardzana i traktowana w różnych starożytnych filozofiach jako źródło wszelkiego zła materia zostaje przez Objawienie niesłychanie dowartościowana. Bóg stwarzający materię sam nazywa ją dobrą. Chrystus, Zbawiciel świata i wszystkich ludzi, wciela się w ludzkie, materialne ciało. Prawda ta, jak wiemy, wywołała gwałtowny sprzeciw platoników, a potem neoplatoników, którzy jakiekolwiek łączenie Boga z materią uważali za kompletny absurd i bluźnierstwo. Tymczasem chrześcijaństwo, zgodnie z nauką Chrystusa, głosi, że Bóg akceptuje doczesność i ludzkie dzieła. Każe rozwijać dane nam zdolności i modlić się o chleb powszedni potrzebny na dziś. To przecież Chrystus wyraźnie odróżnia sacrum od profanum, gdy mówi: co Bożego Bogu, a co cesarskiego cesarzowi. Ale jednocześnie jednoznacznie broni tego, co Boże, przed zachłannością cesarza. Nie zgadza się na to, aby cesarz zasiadał na ołtarzu, aby rościł sobie pretensje do ludzkich sumień i ludzkich dusz, aby decydował o prawdach wiary i o ludzkiej moralności. I właśnie tego, podobnie jak i całego orędzia Chrystusowego, mamy obowiązek pilnie strzec we współczesnych pluralistycznych i demokratycznych społeczeństwach, których prawodawstwa ośmielają się ustanawiać prawa przeciw Bogu i przeciw ustanowionemu przez Niego prawu moralnemu.

Przed czterdziestoma laty ojcowie soborowi stanęli wobec pytania: Jaką postawę powinien zająć Kościół katolicki wobec współczesnego pluralizmu, liberalnej demokracji i sekularyzacji współczesnych państw.

Ojcowie soborowi bez zastrzeżeń zaakceptowali te rzeczywistości. Docenili bowiem proces rozwoju społeczeństw w kierunku wolnego od totalitaryzmu, demokratycznego, pluralistycznego i charakteryzującego się neutralnością światopoglądową państwa, które, co zrozumiałe, musi ustalać normy i prawa obowiązujące wszystkich obywateli, prezentujących różne światopoglądy, przekonania religijne i postawy moralne. Takie pluralistyczne państwo z konieczności przyjmuje za normę ustalanego kodeksu postępowania i zachowań obywateli pewien minimalizm etyczny, na który jest zgoda większości społeczeństwa, reprezentowanego przez jego demokratycznie wybranych przedstawicieli parlamentarnych.

Sobór Watykański II zaakceptował pluralizm jako prawo do swobodnego rozwoju różnych grup społecznych. Zaakceptował politykę państwową, której decyzje są wypadkową stałych dyskusji i ustawicznego dialogu prowadzonego pomiędzy różnymi grupami społecznymi, wzajemnie się kontrolującymi w demokratycznym społeczeństwie. Jest rzeczą jasną, że pluralizm nie może się obejść bez właściwie pojętej tolerancji, która wyraża uznanie wartości innego człowieka, która przyzwala na jego wolność nienaruszającą wolności innych ludzi, która wyraża szacunek wobec jego światopoglądu i która pozwala ludziom różniącym się światopoglądowo, religijnie, narodowościowo czy rasowo żyć obok siebie w pokoju i wzajemnym szacunku. W demokratycznych państwach pluralizm jest dziś faktem. Nie powinno się go jednak ani gloryfikować, ani demonizować. Pluralizm nie jest bowiem w stanie spełnić roli czarodziejskiej formuły, za pomocą której można by rozwiązać wszystkie problemy społeczne, jak to głoszą liczni liberalni politycy i ich media. Trzeba przy tym pamiętać o tym, że pluralizm, pojęty jako ślepe akceptowanie wszelkich różnic, w tym także najróżniejszych anomalii i skrajności – politycznych, ideologicznych, światopoglądowych i etycznych – nie jest w stanie stać się siłą integrującą, skupiającą wszystkich czy choćby większość członków społeczności przy jakichś wspólnych celach i zadaniach, od czego przecież zależy los tej społeczności. Przeciwnie, pluralizm – pojęty jako całkowita wolność od wszystkiego i do wszystkiego – prowadzi do dezintegracji społeczeństwa. Gdyby ustanowiono tak skrajnie rozumiany pluralizm, każde przyjmujące go państwo szybko uległoby rozpadowi.

Pokojowe współżycie różnych ludzi i grup społecznych w każdym normalnym społeczeństwie wymaga określonej wspólnej zasady, wspólnej bazy ponad wszystkimi różnicami i podziałami. Taką bazą może być tylko wspólna płaszczyzna wartości etycznych. Integrujący społecznie, a nie destrukcyjny pluralizm potrzebuje więc, jak za Schmittem powtarza P. Neuner (op.cit., s. 247), określonych ram, których sama demokracja nie jest w stanie ustanowić i od których nie wolno jej się uwalniać. W każdej zatem zdolnej do funkcjonowania, liberalnej, pluralistycznej demokracji u podstaw praw ustanawianych w rezultacie dyskusji parlamentarnej powinien znajdować się niezależny od woli parlamentarzystów i ogólnie akceptowalny kodeks niezmiennych wartości, bez którego każda demokracja zmierza do zwyrodnienia, nawet w postaci jakiejś formy totalitaryzmu, kiedy nieliczni wybrani do parlamentu ludzie zaczną ustanawiać prawa godzące w podstawowe prawa człowieka, prawa sprzeczne z Dekalogiem i prawem naturalnym. To przecież zdarzało się już w historii.

Doktryna pozytywizmu prawnego, którą przyjmują dziś liberalne demokracje, odrzucająca istnienie niezależnych od parlamentu ram etycznych, a także istnienie niezależnego od ludzkiej woli ładu moralnego, danego człowiekowi z natury, może doprowadzić społeczeństwa do niedających się wprost opisać nieszczęść. Na zasadzie pozytywizmu prawnego działało prawodawstwo Niemiec hitlerowskich, w których zgodnie z wydawanym prawem okrutnie eliminowano upośledzonych, a także Żydów, Cyganów i Słowian. Odrzucenie ram obiektywnych wartości etycznych i norm moralnych prowadzi do etycznej dowolności i daje możliwość najróżniejszych manipulacji prawnych, społecznych i politycznych. Owe niezależne wartości i normy etyczne winny być traktowane jako oczywiste i niepotrzebujące żadnego umotywowania, tak jak powszechnie – przynajmniej dotychczas – przyjmowane jest siódme przykazanie Dekalogu: Nie kradnij. Takie podstawowe, odwołujące się do Boga i niezależne od ludzkich instancji normy, chroniące godność ludzkiej osoby i jej fundamentalne prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, chroniące małżeństwo jako trwały związek mężczyzny i kobiety, chroniące rodzinę jako jedyną naturalną wspólnotę decydującą o istnieniu i właściwym rozwoju społeczeństwa – powinny się znaleźć u podstaw każdej konstytucji w demokratycznym państwie, aby stanowić punkt odniesienia dla wszelkich innych praw w nim ustanawianych.

Te podstawowe, niezależne od woli ludzkich ustawodawców wartości, kwestionowane dziś powszechnie przez lewicowych liberałów, nie stanowią ograniczenia właściwie rozumianego pluralizmu. Przeciwnie, one go umacniają, tak jak umacniają demokrację. Demokracja bowiem żyje i nie ulega zwyrodnieniu tylko dzięki etycznym regułom i wartościom, których sama nie ustanawia, bo to ją, zdaną na zmienną wolę wyborców, przerasta. Ogólna korupcja, rozszalały egoizm dzikiego kapitalizmu, powszechna nieuczciwość w interesach, słabość prawa przy bezkarnej przestępczości, zbrodnie tzw. aborcji, eutanazji i niemoralnych doświadczeń genetycznych, zagrożenie ludzkości przez terroryzm i broń masowej zagłady, oszustwa i malwersacje na kosmiczną skalę – to skutki zniszczenia moralnego fundamentu współczesnych społeczeństw demokratycznych, które odrzuciły busolę prawa Bożego i naturalnego. Jeszcze raz sprawdza się teza, że wszelkie kryzysy – społeczne, polityczne, ekonomiczne, ekologiczne i inne – mają swoją podstawę w kryzysie moralnym współczesnych społeczeństw, wynikłym z przeżywanego w nich kryzysu religii chrześcijańskiej. Widzimy to gołym okiem także w naszym kraju.

Działania współczesnego człowieka, dysponującego ogromną wiedzą i niewyobrażalną już dla przeciętnego umysłu technologią, mogą być wielkim dobrodziejstwem dla ludzkości, ale mogą też prowadzić ją do zguby, jeśli podejmowane będą – jak się to dziś powszechnie czyni – bez liczenia się z Bogiem. Na koniec emitowanego w ubiegłym roku w telewizji (Program I, 21 lutego 2003 r., godz. 22.00) amerykańskiego filmu „Dawca”, opowiadającego o fikcyjnych, przynajmniej na razie, przeszczepach ludzkich głów i tragicznych tego konsekwencjach, zamieszczono, jako swojego rodzaju memento, zdanie Richarda Lewisa, który obserwując pozbawione etycznego wymiaru badania naukowe, woła z niepokojem: Co stanie się z nami, jeśli nasz los, zamiast w rękach Boga, znajdzie się w rękach ludzkich? Uzupełnilibyśmy te słowa naszymi obawami: Co stanie się z ludzkością, jeśli jej los znajdzie się w rękach terrorystów, nienawidzących Boga i chrześcijaństwa ateistów, nieodpowiedzialnych przed nikim uczonych czy egoistycznych i kompletnie skorumpowanych polityków i ich mediów?

Co do pluralizmu, to nawiasem mówiąc, w różnych zachodnich liberalnych społeczeństwach są niestety tylko jego pozory.

W prawie każdej z tych demokracji istnieją olbrzymie grupy ludzi nieposiadających żadnego wpływu na życie ich kraju ani żadnych szans na taki wpływ. Wszędzie istnieją potężne aparaty biurokratyczne, silne i dobrze zorganizowane grupy interesów dysponujące wielkim kapitałem i mediami, a także mniej lub bardziej jawne stowarzyszenia i partie o olbrzymich wpływach. Grupy te, koterie i partie, paraliżują bardzo często swobodne współdziałanie różnych sił społecznych i ponad nimi realizują swoje ideologiczne, polityczne i ekonomiczne interesy. Między innymi w dobie obecnej bardzo konsekwentnie realizują hasła zaczerpnięte z ateistycznej filozofii oświeceniowej, wysuwającej postulat dechrystianizacji narodów oraz tworzenia całkowicie ateistycznych państw i społeczeństw. Działania te zogniskowane są wokół dezyderatu całkowitego wyzwolenia człowieka od jakiegokolwiek wpływu na niego religii, zwłaszcza katolickiej, i od moralności odwołującej się do Boga. Od wielu lat program ten realizowany jest w niektórych państwach konsekwentnie, krok po kroku, zwłaszcza za pomocą stworzonych przez siebie sił politycznych, potężnych mediów i opanowanych parlamentów, które sukcesywnie ustanawiają antychrześcijańskie prawa, takie jak nieskrępowana tzw. aborcja, eutanazja, homoseksualne małżeństwa czy nieetyczne eksperymenty genetyczne.

Siły te, w imię wygodnego dla nich pozytywizmu prawnego, który pozwala im na ustanawianie takich praw, bronią się zaciekle – o czym była już mowa – przed wprowadzeniem do preambuły konstytucji europejskiej odwołania się do Boga, ponieważ to burzy ich ateistyczną wizję rzeczywistości, człowieka i przyszłej Europy. Bez żadnej wątpliwości takie ateistyczne widzenie świata siły te będą narzucać wszystkim narodom, które się im poddadzą.

Prawdziwy pluralizm, który polega na autentycznym pluralizmie mediów, kapitału, wpływów społecznych oraz politycznych, nie pozwala na zdominowanie większości przez dobrze zorganizowaną, bogatą i dysponującą wielką władzą polityczną mniejszość. Nie pozwala na nieograniczony darwinizm społeczny, który sprawia, że bardzo liczni słabsi i biedniejsi stają się jeszcze słabsi i jeszcze biedniejsi, podczas gdy nieliczni bogaci i silni stają się jeszcze bogatsi i jeszcze silniejsi, jak się to dzieje na naszych oczach.

Prawdziwy pluralizm jest w stanie obronić społeczeństwo przed relatywizmem i nihilizmem, które dziś szczególnie mu zagrażają. Prawdziwy pluralizm ma bowiem korzenie chrześcijańskie. Sięga wspominanego już wcześniej, a dokonanego przez Chrystusa rozdziału sacrum od profanum. Sięga średniowiecznej doktryny o dwóch władzach – papieskiej i cesarskiej. Sięga czasów reformacji i kapitalnej postawy wobec niej polskiego króla Zygmunta Augusta, który wbrew powszechnie przyjętej na Zachodzie i łamiącej ludzkie sumienia zasadzie cuius regio eius religio uroczyście ogłosił i uprawomocnił prawnie swoje stanowisko, wyrażone słowami: „Nie jestem panem waszych sumień”.

Ten prawdziwy pluralizm wyrastał z obiektywnie istniejącego, niezmiennego fundamentu, którym było Boże i naturalne prawo oraz niewzruszone przekonanie o obiektywnym, absolutnym charakterze prawdy i dobra.

Współcześnie szerzący się postmodernistyczny pluralizm, który pozornie każdemu przyznaje rację i pozornie szanuje dobro każdego, w gruncie rzeczy jest narzędziem mającym służyć do dechrystianizacji narodów, do zastąpienia krytykowanego dziś coraz zajadlej judeochrześcijańskiego etosu etosem „poprawności politycznej”. I to jest w nim elementem stałym. Wszystko inne jest subiektywne, indywidualne i relatywne. Ludzi w nim nie łączy nic stałego: ani religia, ani rozum, ani prawda, ani wspólne dobro, ani natura, ani ojczyzna. Wszystko zostało już zakwestionowane. I wszystko jest dozwolone.

Takie widzenie świata i takie postawy przenikają świadomość nie tylko zachodnich społeczeństw. Szeroką falą – przez media, przez filmy, przez medialne, specjalnie dobrane autorytety – przenikają także świadomość Polaków. Tego Narodu, do którego zostaliśmy posłani, aby głosić mu niezmienną, wiecznie aktualną Chrystusową Ewangelię, aby ten Naród moralnie ratować i umacniać jego prawdziwą katolicką wiarę.

Pastoraliści i socjologowie katoliccy (por. P. Neuner, op.cit., s. 263) mówią o trzech sposobach stawiania czoła tym neomarksistowskim, postmodernistycznym i wszelkim innym libertyńskim wyzwaniom wobec Kościoła katolickiego.

1. Można, powiadają, całkowicie odrzucić jakiekolwiek postacie pluralizmu w sprawach religijnych, a ludziom dawać jednoznaczne i proste wskazania. Redukować przy tym różnorodność życia religijnego i stosować w nim jednakowe, sprawdzone już schematy.

Taka postawa, która ludziom, zmęczonym rozsiewanym wszędzie relatywizmem, wydaje się godna zastosowania, prowadziłaby jednak do całkowitego zamknięcia się Kościoła w sobie samym i do zerwania przez niego kontaktu z otaczającym go światem. Sprzeciwiałaby się misyjnemu powołaniu Kościoła, który ma iść do całego, bardzo zróżnicowanego świata i który zgodnie ze starą zasadą Crux stat dum volvitur orbis (w nieustannie zmieniającym się świecie Krzyż stoi w jednym miejscu), chroniąc bezwarunkowo depozyt wiary katolickiej – ma ciągle szukać nowych sposobów przekazania tego depozytu ludziom ze wszystkich kultur, ras i światopoglądów.

2. Można tworzyć alternatywne formy chrześcijaństwa, odwołujące się do jego korzeni. Rozwijać nowe ruchy religijne, skupiające grupy szczególnie wrażliwych religijnie ludzi, którzy żyć będą w ścisłym kontakcie z Bogiem i ze sobą. Bez żadnej wątpliwości nowe ruchy religijne są ogromnie cenne dla Kościoła. I w miarę zmieniania się religijności wielu społeczeństw mają coraz większe znaczenie jako „drożdże ewangeliczne”, które mają za zadanie zakwaszać Ewangelią cały świat, niemniej jednak ciągle stanowią one tylko – używając słów Chrystusa – „maleńką trzódkę” w morzu religijnej obojętności. Stąd nie można się ograniczyć tylko do nich.

3. Można w końcu rozwijać katolicyzm różnopostaciowy. To znaczy wchodzić we współczesny, borykający się z najróżniejszymi problemami świat, przez różnorakie działania – naukowe, socjalne, ekonomiczne, polityczne, kulturowe, medialne, wychowawcze, edukacyjne i wszelkie inne, pod warunkiem, że u ich podstaw będzie zawsze Ewangelia. Wchodzić między ludzi wierzących, ale także niewierzących, obojętnych religijnie, agnostycznych, myślących kategoriami postmodernistycznymi i neomarksistowskimi – i podejmować z nimi dialog, a także współpracę dla dobra wspólnego i dla dobra każdego – potrzebującego wsparcia, opieki i kierunku – człowieka. Nie zniechęcać się. Nie rezygnować. Być odpornym na trudności i napaści, na niezrozumienie i różnego rodzaju ciosy. Odnosić do siebie słowa, które napisał przed swoją męczeńską śmiercią św. Ignacy Antiocheński do Polikarpa: „Bądź nieugięty jak uderzane młotem kowadło” (Sta firmus ut incus, quae percutitur, św. Ignacy Antiocheński, List do Polikarpa 1, 1).

Wobec nękanego różnymi cierpieniami świata Kościół, każdy katolik, a zwłaszcza kapłan katolicki, powinien zajmować postawę służebną. Widzimy, że świat nasz bardzo często błądzi, odchodzi od Boga, miota się w paroksyzmach złości, niesprawiedliwości i nienawiści, ale świadomie bądź nieświadomie ciągle jeszcze Boga szuka, ponieważ tęskni za prawdą, sprawiedliwością, wolnością, miłosierdziem i świętością, które są z Boga.

W tym duchu wypowiada się Ojciec Święty. W jednym ze swoich przemówień, wygłoszonych w 2002 r. w Castelgandolfo, wyrażając wielkie zatroskanie zjawiskiem ciągłego tracenia przez Europejczyków depozytu wiary, powiedział: – W miejsce prawdziwej wiary rozpowszechniane jest nieokreślone, do niczego niezobowiązujące poczucie religijności, które przekształca się bardzo szybko w agnostycyzm lub praktyczny ateizm. W tej sytuacji konieczne jest – mówił Papież – zaangażowane włączenie się katolików w życie publiczne swoich krajów. Chrześcijańska wizja rzeczywistości i człowieka musi objąć wszystkie obszary ludzkiego życia. Musi objąć rodziny, kulturę, szkoły, uniwersytety, młodzież, media, gospodarkę i politykę. Chrystus wychodzi naprzeciw człowiekowi wszędzie tam, gdzie on żyje, pracuje, odpoczywa, tworzy – i nadaje sens wszystkim jego działaniom i całej jego egzystencji. A Kościół ma obowiązek nieść Ewangelię aż do ostatnich kresów ziemi.

Do takiej służby współczesnemu zagubionemu człowiekowi Kościół potrzebuje, dosłownie jak powietrza – świętych, mądrych, miłosiernych, roztropnych, kochających ludzi, odpornych na pokusę pieniędzy, pychy, lekkomyślności i nieczystości – kapłanów, którzy ciągle szukać będą zagubionych dusz.

Naszym – profesorów i wychowawców seminaryjnych – najważniejszym zadaniem jest wykształcenie i wychowanie takich właśnie kapłanów. A możliwe to będzie tylko pod tym warunkiem, że sami będziemy takimi kapłanami. Możliwe to będzie, jeśli nie ograniczymy naszego posłannictwa tylko do bycia znakami drogowymi, które wprawdzie pokazują właściwą drogę, ale same nią nie idą, lecz będziemy gwiazdami betlejemskimi prowadzącymi powierzonych nam młodych ludzi do Chrystusa. Wypełnimy swoje fundamentalne zadanie, jeśli nie tylko będziemy mówić i pisać o Bogu, lecz będziemy z Nim stale rozmawiać w modlitwie; jeśli pamiętać będziemy każdego dnia, że nie wystarczy żyć z Ewangelią, lecz że to Ewangelią żyć trzeba. Wypełnimy swoje zadanie, jeśli będziemy kapłanami mądrymi, tzn. prezentującymi syntezę wielkiej wiedzy i kompetencji zawodowej z kapłańską świętością; jeśli będziemy dynamicznymi znakami transcendencji, żywymi argumentami na istnienie Boga, który jest Miłością i Mądrością.

Współczesna, uprawiana przez nas i przekazywana alumnom teologia, musi być głęboko zakorzeniona w Objawieniu, tradycji Kościoła, w zdrowej realistycznej filozofii i w realnej, danej nam hic et nunc rzeczywistości. Musi być wrażliwa na znaki czasu. Nie może zamykać się sama w sobie, lecz winna wchodzić w cały kontekst życia ludzkiego i ludzkiej twórczości, przejawiającej się w nauce, architekturze, muzyce, literaturze, mediach, psychologii i innych dziedzinach twórczości, a także musi wchodzić w życie społeczne, ekonomiczne i polityczne naszych wiernych. Uprawiana przez nas teologia musi wyrażać swoje treści w zrozumiałym dla współczesnego człowieka – uczonego i prostego – języku. I przede wszystkim musi być powiązana z głęboką wiarą, inaczej staje się bluźnierczą karykaturą. Niemiecki teolog Wilhelm Klein, nawiązując do św. Augustyna, powiada, że na pytanie, kto jest największym teologiem, należy odpowiedzieć: jest nim diabeł, bo wie o Bogu najwięcej. Nie wystarczy najsubtelniejsza analiza i synteza treści objawionych. Konieczna jest głęboka wiara łącząca rozum z przeżyciem mistycznym, racjonalność z emocjonalnością, naturę z kulturą i teorię z praktyką. Różnica między teologią a innymi naukami polega nie tylko na tym, że teologia, podejmując refleksję nad światem i człowiekiem, pyta o ich Stwórcę i że przedmiotem jej zainteresowania jest Bóg, lecz także na tym, że musi, jeśli chce być prawdziwa, znaleźć swoje odbicie w życiowej postawie tego, kto ją uprawia. Chrześcijańska prawda to nie tylko idea i teoria, to przede wszystkim obraz Chrystusa odbity w życiu tego, który ją wyznaje i głosi innym. Teologia ma być przede wszystkim drogą, a dopiero potem systemem naukowym. Jak mówił Tertulian: Chrystus nie jest teorią naukową, kulturą, obyczajem, folklorem i zwyczajem. Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem – dla każdego chrześcijanina, a zwłaszcza kapłana, a w szczególności profesora seminarium. Święte – w duchu radykalizmu ewangelicznego – życie osobiste ma być kamieniem węgielnym uprawianej przez kapłana teologii, która jest zadaniem na całe życie, aż do błogosławionej śmierci.

Różne są rodzaje służby kapłańskiej. Ale zawsze jest to służba Bogu i Jego Kościołowi, który ze swej natury jest misyjny, którego powołaniem jest iść do ludzi, który pielgrzymuje przez wieki z Bożym Ludem do zapowiedzianego przez Chrystusa Królestwa Niebieskiego. Ta pielgrzymka trwa nieustannie, w dynamicznie zmieniającym się świecie. Dlatego Kościół musi, zgodnie z tak często powtarzanym hasłem: Ecclesia semper reformanda, ustawicznie się reformować. Musi reformować jednak nie swoje prawdy wiary i zasady moralne, lecz swoje metody i sposoby prowadzenia ludzi do Boga. Ludzie ci, konfrontowani ustawicznie w naszych czasach z niesprawiedliwością, kłamstwem, przestępczością, bezrobociem, nienawiścią, chaosem i różnymi innymi postaciami zła, tęsknią za Królestwem Bożym, o które tak często wołają, odmawiając Modlitwę Pańską.

Kapłani Chrystusowi, a zwłaszcza ci electi electorum, jakimi są księża profesorowie, mają obowiązek prowadzić ten błądzący i cierpiący lud od beznadziejności fałszywych ideologii i ich kultów oraz od konsumpcyjnego, horyzontalnego tylko widzenia świata – ku niewzruszonej Bożej nadziei na autentyczne, nieutracalne szczęście, za którym tęskni każde ludzkie serce.

Kluczowym tematem ewangelicznego nauczania Kościoła powinno być orędzie o nadejściu Królestwa Bożego, którego proklamacją było Zmartwychwstanie Jezusa.

Współcześni kapłani mają być prorokami, to znaczy mają nawoływać ludzi do nawrócenia serc, do powtórnego przemyślenia swojego życia. Głoszona przez nich eschatologia oraz wertykalne widzenie całej rzeczywistości, nieamputowanej z wymiaru nadprzyrodzonego, ma przenikać wszystkie kapłańskie myśli, słowa i czyny. Kapłani nie mogą zamykać się w twierdzach swoich budynków kościelnych, plebanii, zakrystii, zacisznych gabinetów, grona bliskich przyjaciół, ukochanej biblioteki i płytoteki, lecz winni uczestniczyć w przemienianiu świata, idąc do ludzi, głosząc im wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe, Dobrą Nowinę i przygotowując ich do zgodnego z prawem Bożym zmieniania – moralnego, społecznego, kulturowego, ekonomicznego, a także politycznego życia Narodu. Nie wolno kapłanom odrzucać dialogu z ludźmi dobrej woli, nie wolno im rezygnować ze współpracy z osobami świeckimi. Ogromną wagę winni przykładać do budowania ruchów, organizacji i stowarzyszeń katolickich. Każda idea potrzebuje ludzi, którzy ją poniosą w świat. A ludzie potrzebują struktur i organizacji, które głoszonej przez nich idei zapewnią przetrwanie. Kapłani winni się o te struktury i organizacje troszczyć. Winni być jak najczęściej z ich członkami. Winni uczyć ludzi zaangażowanych w katolickie organizacje modlitwy kontemplacyjnej. Czytać z nimi Pismo Święte. Wspólnie z nimi troszczyć się o ubogich i potrzebujących pomocy. Organizować im rekolekcje. Uczyć ich podstaw katolickiej nauki społecznej i troski o misje. Ustawicznie zabiegać o to, by spotykali się z Chrystusem we Mszy Świętej i w sakramentach świętych. Z takich rzeczywistych spotkań z Chrystusem, a nie z mglistych pogłosek o Nim, rodzi się wiara, która zmienia świat.

Współczesny kapłan musi być wyczulony na problemy, jakimi żyją wierni. Oczekują bowiem od niego wsparcia duchowego, wskazówki, a czasem także rady w rozwiązywaniu najróżniejszych problemów, którymi w danym czasie żyją. Dotyczy to w dużej mierze kwestii egzystencjalnych, takich jak bezrobocie, osłabienie rodziny, nałogi, rozpad wielu małżeństw, problemy wychowawcze; ale dotyczy to także zagadnień ogólniejszych, politycznych, społecznych, teologicznych, pedagogicznych, filozoficznych i wielu innych.

Właściwe wypełnienie tak właśnie rozumianej misji kapłańskiej jest jedyną właściwą odpowiedzią na sekularyzm, liberalizm, postmodernizm, neomarksizm itp. ideologie, które niszczą chrześcijaństwo we współczesnym świecie.

Aby misja ta mogła być zrealizowana, współczesny kapłan musi być dobrze wykształcony, kompetentny w podejmowanych zadaniach i przede wszystkim naśladujący Chrystusa w Jego pokorze, ubóstwie, czystości i miłości bliźniego.

Seminarium ma za zadanie przygotować takich właśnie kapłanów. Jak trudne to zadanie, wiemy dobrze wszyscy. Pracujemy z kandydatami do kapłaństwa, którzy są dziećmi swego czasu, z jego nieprawdopodobnymi wprost zagrożeniami moralnymi i duchowymi. Tylko kompetentna, bezgranicznie ofiarna nasza praca, powiązana z autentyczną postawą kapłańską i nieustającą modlitwą, może nam umożliwić właściwe ich przygotowanie i wychowanie na ofiarnych, kochających Boga i Kościół, pokornych i dobrych kapłanów.

Nie ustawajmy zatem w modlitwie za kleryków naszych seminariów. Ofiarujmy za nich i za umocnienie ich powołań nasze cierpienia, choroby, niepowodzenia i wszelkiego rodzaju krzyże, które na nas spadają. Podejmujmy post i udzielajmy jałmużny w ich intencji, bo to szczególnie skuteczny środek przeciw diabłu, który wokół naszych kapłanów i kleryków krąży jak lew szukający, kogo pożreć na wieki. Sami także nie pozwólmy się wciągnąć w jego pułapki. Nie traćmy nadziei. Silni Chrystusem wierzmy mocno, że chrześcijaństwo się odrodzi we współczesnym świecie. Wierzmy mocno w to, że przeżywa ono swoją wiosnę, że bynajmniej nie chyli się ku upadkowi. Pamiętajmy, że Bóg potrzebuje naszych umysłów, charakterów, autorytetów, rąk i serc, by za ich pomocą nieść Ewangelię do czekających na nią – chociaż nie zawsze tego świadomych – ludzi. Dajmy z siebie wszystko. Całkowicie oddajmy się Chrystusowi. Nie zostawiajmy sobie na własność jakichś dziedzin naszego życia. Chrystus odpłaca stokrotnie za każdą ofiarę, za każde dobre słowo, za każdą szlachetną myśl. I nie zostawi nas nigdy samymi.

Posted in Kościół | Otagowane: , | 2 Komentarze »

Królowo Polski, miej nas w swojej opiece

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 marca 2010

Kazanie JE księdza biskupa Stanisława Wielgusa, ordynariusza płockiego,
wygłoszone 3 maja 2004 roku, w uroczystość NMP Królowej Polski w katedrze płockiej

Papież Pius XI, który podczas ataku bolszewików na Polskę w 1920 r., wówczas jeszcze jako nuncjusz apostolski, przebywał w Warszawie i który widział Maryjne ryngrafy na piersiach i różańce w rękach polskich żołnierzy idących tuż za rogatki swojej stolicy do śmiertelnej walki o dopiero co odzyskaną niepodległość, gdy został Papieżem, już w 1924 r. ustanowił specjalne święto ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, obchodzone od tego czasu w dniu 3 maja każdego roku, w rocznicę ustanowienia Konstytucji Trzeciego Maja, która była ostatnią próbą ratowania ginącej pod ciosami złowrogich sąsiadów Polski.

Nie jest to więc przypadek, że w dzisiejszą uroczystość w kościołach całej Polski gromadzą się przedstawiciele władz wszystkich szczebli, organizacji kombatanckich, społecznych i młodzieżowych, uczelni, szkół, wojska, straży pożarnej, policji oraz wielu innych organizacji i grup społecznych – aby uczcić szlachetną wolę ratowania Ojczyzny polskich patriotów sprzed ponad dwustu lat i aby prosić Opatrzność o błogosławieństwo dla polskiego Narodu i opiekę nad zagrożonymi przez różne nieszczęścia Polakami, którzy przed 15 laty odzyskali wprost w cudowny sposób wymarzoną przez poprzednie pokolenia wolność i niepodległość, ale którzy jakże często albo z niej w pełni nie korzystają, albo jej w przestępczy sposób nadużywają.

Wśród wielu zagrożeń, w cieniu których przyszło niestety żyć w naszych czasach wielu Polakom, takich jak bezrobocie, bieda, utrata bezpieczeństwa socjalnego przez wielu z nich, korupcja, złodziejstwo, bandytyzm i coraz to bardziej zagrażający nam terroryzm, dochodzą zagrożenia natury ideowej i moralnej; zagrożenia najbardziej osłabiające kondycję i tożsamość społeczeństwa polskiego.

Jednym z nich jest zagrożenie kosmopolityzmem i ateistyczną laicyzacją. Lansowane są one coraz wyraźniej przez określone siły za pomocą służących im gazet, czasopism, specjalnie konstruowanych programów telewizyjnych i radiowych, a nawet regularnie emitowanych kabaretów. Na to zagrożenie należy wskazać właśnie dziś, w to święto, które łączy w sposób szczególny dwie istotne dla Polaków wartości, towarzyszące im przez ponad tysiąc lat historii – patriotyzm i chrześcijaństwo.

Ideologowie wyrosłej z postmodernizmu tak zwanej poprawności politycznej, nazywanej dziś coraz powszechniej „świeckim absolutyzmem”, odrzucający, rzekomo w imię pokoju społecznego, wszelkie stałe, obiektywne wartości: religijne, moralne, a także patriotyczne, atakują obecnie, gdzie tylko mogą, obydwie wyżej wspomniane polskie wartości: katolicyzm, który uważają za fundamentalizm, oraz patriotyzm, który utożsamiają z nacjonalizmem. Katolicyzm i patriotyzm, hasło służby Bogu i Ojczyźnie, uważają za główną przeszkodę stojącą Polakom na drodze do tego, by stać się tzw. prawdziwymi Europejczykami.

Ideologowie postmodernizmu lansują model tzw. człowieka postępowego, który odrzuca więzy narodowe, jasno określone prawdy religijne i jednoznaczne zasady moralne – odrzuca je jako coś, co ogranicza jego absolutystycznie pojmowaną wolność – do wszystkiego i od wszystkiego; jako coś, co ogranicza jego hedonistyczny, konsumpcyjny światopogląd, w którym bogiem jest zysk, świątynią bank, a nabożeństwem zakupy w supermarkecie zaspokajające jego nienasycony głód rzeczy. Ten dziwny głód, który każe mu stać nawet przez całą noc w kolejce, a potem tłoczyć się z narażeniem zdrowia i życia w tłumie tysięcy innych jemu podobnych, aby dokonać zakupu po promocyjnej cenie, nie chleba bynajmniej czy niezbędnego ubrania, lecz rzeczy, bez których można się łatwo obejść. Przed takim człowiekiem ideologowie tzw. poprawności politycznej stawiają tylko dwa cele: jak najwięcej pracować i jak najwięcej kupować, a myślenie zostawić im. To oni bowiem czują się powołani do decydowania, jak i co ma myśleć postmodernistyczny nowoczesny Europejczyk, kogo ma wybierać do parlamentu, na kogo powinien się oburzać i kogo powinien chwalić, a nawet kiedy się powinien śmiać przy oglądaniu specjalnie mu przygotowanych, pustoszących zresztą jego umysł i sumienie specjalnych seriali filmowych. To ideologowie „poprawności politycznej” ośrodkiem myślenia milionów ludzi czynią seks. Tylko o tym każą im rozmawiać, tylko to im pokazują i tylko do tego ich od przedszkolnych lat zachęcają. Wiedzą, co robią; rozkład wszystkich historycznych cywilizacji zaczynał się zawsze od rozkładu moralnego, od rozkładu małżeństw i rodzin. Te same kroki są dziś podejmowane po to, by zniszczyć cywilizację chrześcijańską, by móc swobodnie zapanować nad świadomością i życiem społeczeństw, aby – pozbawione zasad moralnych i sumienia – stały się zbiorowiskami robotów posłusznie realizujących cele wąskich grup właścicieli świata.

Dwa dni temu Polska weszła do Unii Europejskiej. Właśnie kraje Unii stawiane były przez minione lata Polakom za niedościgły wzór nowoczesności i europejskości. Ideologowie poprawności politycznej, powołując się na obywateli Unii, wielokrotnie i natrętnie przedstawiali ich jako ludzi, którzy pozbyli się już judeochrześcijańskich zasad moralnych i przywiązania do swojego kraju; którzy jednogłośnie godzą się na nieskrępowaną niczym aborcję, eutanazję, doświadczenia na ludzkich embrionach, na tzw. małżeństwa homoseksualne, na usuwanie symboli religijnych z życia publicznego oraz na wiele innych ateistycznych aberracji.

Należy z wielką mocą podkreślić, że chociaż Polska dopiero przedwczoraj stała się członkiem Unii Europejskiej, to nie oznacza, że przez minione tysiąc lat swojej historii była poza Europą. Tak jak inne kraje naszego regionu Polska wraz z krajami zachodnimi tworzyła Europę. Wniosła do tego dzieła swój olbrzymi wkład: kulturowy, naukowy, religijny i wojskowy. Wystarczy wymienić takie nazwiska, jak: Włodkowic, twórca prawa międzynarodowego, Kopernik, Szopen, Skłodowska, Ernest Malinowski, Paweł Strzelecki i wielu, wielu innych. Dziś chętnie się o tym na Zachodzie zapomina, ale to właśnie Polska przez wieki broniła Europy przeciwko najeźdźcom islamskim ze Wschodu, dziś również jej namacalnie zagrażającym. To Polska była przez wieki krajem tolerancji, o której nie przestają dziś mówić ideologowie postmodernizmu, po swojemu zresztą i fałszywie definiujący to pojęcie. W czasach kiedy we Francji i Niemczech panowała zasada „cuius regio eius religio”, znacząca tyle, że władca narzuca swoim poddanym religię – to właśnie polski, a nie inny król – Zygmunt August, wypowiedział do wszystkich obywateli Rzeczypospolitej i zastosował w praktyce słynne słowa: „Nie jestem panem waszych sumień”. To właśnie Polska już od XV wieku rządzona była w oparciu o parlamentaryzm i konstytucjonalizm. To Polska powstrzymała zalew Europy przez Turków dzięki zwycięstwu pod Wiedniem w 1683 roku. To Polska uchroniła Europę przed bolszewizmem w 1920 roku. To Polska w 1939 roku, przy kompletnej inercji mocarstw europejskich, jako pierwsza powiedziała zbrodniczemu Hitlerowi – „nie”, i walczyła z nim na śmierć i życie. To Polacy najdłużej i na wszystkich frontach II wojny światowej walczyli z niemieckim faszyzmem po stronie aliantów. W „nagrodę” za to zostali przez nich oddani pod sowiecką okupację na 50 lat. To Polacy przyczynili się do demontażu systemu komunistycznego w Europie, ale na Zachodzie mało się mówi o „Solidarności”, tak bardzo w tym względzie zasłużonej, za to za symbol upadku komunizmu podaje się obalenie muru berlińskiego. Wszyscy na świecie dobrze znają historię terrorysty i komunistycznego awanturnika Che Guevary, ale nikt nie pamięta o olbrzymich zasługach dla Europy Piłsudskiego, który zatrzymał w 1920 r. nawałę bolszewicką. Wszyscy na świecie wiedzą o powstaniu żydowskim w warszawskim getcie, a mało kto wie o Powstaniu Warszawskim i totalnym zniszczeniu Warszawy przez hitlerowców w 1944 roku. Najpotężniejsza armia podziemna w antyhitlerowskim ruchu oporu, jaką była Armia Krajowa, co i raz oskarżana jest przez różnych publicystów o nacjonalizm, fanatyczny katolicyzm i antysemityzm.

Umacniając się w strukturach Unii Europejskiej, nie miejmy kompleksów. Nie traktujmy naszych sąsiadów jako przewyższających nas niebotycznie nauczycieli wszelkich wartości. Owszem, bądźmy skromni i uczmy się od nich sprawności ekonomicznej oraz tego wszystkiego, w czym nad nami praktycznie górują, ale nie naśladujmy ślepo ich ułomności i wad, których im także nie brakuje. Przestańmy być wreszcie pawiem i papugą narodów. Przestańmy ślepo naśladować wszystko to, co na Zachodzie wymyślą. Nie zapominajmy o tym, że stworzono tam ogromne dobro, naukowe i inne, ale także obłędne ideologie totalitarne, które w XX wieku spustoszyły świat; ale także urągające zdrowemu rozumowi teorie wychowawcze z sześćdziesiątych lat XX wieku – jak chociażby obecny obłęd postmodernistyczny – które pustoszą wychowanie młodych pokoleń w wielu krajach i które sięgają nawet korzeni ustawodawstwa, co jeden z wybitnych polskich uczonych i publicystów nazwał niedawno publicznie „klinicznym edukacyjnym i prawnym zidioceniem ogarniającym cały świat, zrównującym ze sobą – w imię ‚poprawności politycznej’ – mądrość i głupotę, wysoką sztukę i kramarczny kicz, występek i cnotę oraz prawdę i kłamstwo”. Nie ulegajmy lansowanemu, a zrodzonemu z materialistycznego hedonizmu poglądowi, że w kształceniu młodzieży ważne są tylko umiejętności praktyczne, a humanistykę, w tym zwłaszcza historię i filozofię, powinno się zepchnąć na margines, bo szkoda na nie czasu. Twórcy tego poglądu dobrze wiedzą, że to właśnie humanistyka daje człowiekowi suwerenność intelektualną, daje mu osobisty pogląd na świat, który niekoniecznie musi być taki, jaki chcieliby mu właśnie narzucić.

My, Polacy, bądźmy dumni z tego, że jesteśmy dziećmi wielkiego, chociaż mającego swoje wady i grzechy Narodu. Kochajmy swój kraj tak, jak kochają go inni. Te narody, które przez ideologów postmodernizmu stawiane są nam często za przykład kosmopolityzmu, kosmopolitami bynajmniej nie są. Francuzi, Hiszpanie, Anglicy, Włosi, Belgowie i inni ciągle manifestują swój patriotyzm. Niektórzy z nich utrzymują swoje historyczne dynastie królewskie. Cenią niezwykle wysoko swoje hymny narodowe, sztandary, swoich narodowych bohaterów, swoją historię, obyczajowość i kulturę. I tak być powinno. Bo patriotyzm nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem gardzącym innymi narodami. Patriotyzm to twórcze, wzbogacające własny naród, a także inne narody umiłowanie ojczyzny z tym wszystkim, co to pojęcie wyraża. Nie wolno biernie patrzeć na poniżanie patriotyzmu. Trzeba odbudowywać dumę z narodowego godła, które winno zdobić każde urzędowe pomieszczenie i każdą klasę szkolną, a nawet nasze prywatne domy. Nie wolno się wstydzić flagi narodowej i bezcześcić hymnu narodowego. Dumę z symboli narodowych należy podeprzeć solidną wiedzą z historii Polski i historii polskiego rzymskokatolickiego Kościoła. Patriotyzm i miłość do ojczyzny w różnych czasach różnie się wyraża. Czasem wobec zagrożenia bytu narodowego trzeba walczyć w jej obronie z bronią w ręku. Czasem trzeba walczyć o ojczyznę słowem, książką, wykładem, odpowiednim wychowaniem młodzieży. Zawsze trzeba uczciwie pracować i wspierać wszelkimi sposobami swój kraj. Wspierać na taką miarę, na jaką nas stać: rozwijając polską kulturę, naukę, polski obyczaj; dbając o polską ziemię, o polskie zabytki, o polskie miasta i wsie. I nigdy nie zapominając o modlitwie za ojczyznę, modlitwie zanoszonej do Boga przez pośrednictwo Matki Syna Bożego, Królowej Polski.

Polska kultura zakorzeniona jest głęboko w europejskiej kulturze łacińskiej. Nasz ród jest stamtąd właśnie. I stamtąd jest nasze chrześcijaństwo. Nie zapominajmy o tym, że mimo sekularyzmu, mimo działań ateistycznej laicyzacji, co widać wyraźnie w zmaganiach o wzmiankę na temat chrześcijaństwa w przyszłej konstytucji europejskiej – ok. 80 procent Europejczyków to są chrześcijanie, po chrześcijańsku myślący i postępujący. Dołączmy do nich z naszą polską gorliwą religijnością. Pozostańmy wierni Dekalogowi i Ewangelii. Pozostańmy wierni wierze naszych przodków i ich gorącej miłości Ojczyzny.

Z pewnością trzeba będzie w nowej sytuacji polityczno-ekonomicznej przezwyciężać najrozmaitsze problemy i trudności, ale jeśli będziemy solidarni, jeśli będzie nas ożywiał duch patriotyzmu, troski o Ojczyznę; jeśli będziemy walczyć z egoizmem, korupcją, oszukańczym trybem życia, przestępczością i innymi chorobami naszych czasów; jeśli z Bogiem zaczynać będziemy każdy nowy dzień – to na pewno pokonamy wszelkie zło, a swoim dzieciom i wnukom zapewnimy piękniejsze, bezpieczniejsze i zgodne z wolą Bożą życie.
Amen.

Posted in Kościół, Patriotyzm | Otagowane: , , | 3 Komentarze »