Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

  • Królowa Pokoju

    Królowa Pokoju
  • Uwaga

    Strona używa plików cookies które zapisują się w pamięci komputera. Zapisywanie plików cookies można zablokować w ustawieniach przeglądarki. Dowiedz się o tych plikach http://wszystkoociasteczkach.pl
  • Logowanie

  • Odwiedzają nas

    Map

  • Maryjo weź mnie za rękę

  • Jezu Maryjo Kocham Was

Archive for 5 sierpnia, 2011

Cud polskiej podziemnej Krucjaty różańcowej

Posted by Dzieckonmp w dniu 5 sierpnia 2011

Rozpoczynały się lata sześćdziesiąte XX stulecia. Krucjata Różańcowa ojca Peytona zdobywała świat. Na długiej liście krajów, które doświadczyły cudu rodzinnego różańca widnieją państwa wszystkich kontynentów. Nie ma jednak wśród nich żadnego zza żelaznej kurtuny. Czyżby? Jest pewien wyjątek. Polakom udało się powołać do życia tę w oczach komunistów „w najwyższy sposób niebezpieczną organizację”. Uczynili to już w 1962 r. i kontynuowali jej działalność przez ponad dwadzieścia lat! To z pewnością rodział historii, który powinniśmy poznać.

Czyje to dzieło? Ich nazwiska są znane, ale myślę, że nie chcieliby, aby je w tym miejscu wymieniać. Wierzę, że ci nasi rodacy nie pracowali dla swej chwały, lecz dla chwały Matki Najświętszej. Gdyby tak nie było, jak moglibyśmy wytłumaczyć, że udało się dokonać rzeczy po ludzku niemożliwej? Gdyby myśleli o sobie, nie mogliby się stać narzędziem działania Boga. Tak potężym, że sam Ojciec Święty Jan Paweł im II mówił o cudzie…

Dzieła tego dokonało kilku pallotynów, organizatorów Krucjaty Różańca Rodzinnego w Polsce. Założyli ją na naszych ziemiach w czasach, kiedy tego rodzaju działalność karano ciężkim więzieniem. Różaniec był dla komunistycznego reżimu nieprzejednanym wrogiem. I słusznie, skoro – jak mówił Pius XI – mógł on nawrócić świat, a nawrócenie pociągało za sobą klęskę komunizmu. (To dlatego trwa dziś wokół różańca zmowa milczenia, jest on bowiem wrogiem nowych „zbawczych” ideologii).

Figura z Fatimy

Zacznijmy od początku.

Jesteśmy w Zakopanem, na Krzeptówkach. Jest tam mała kaplica prowadzona przez księży pallotynów. To ośrodek apostolatu fatimskiego, starający się przypominać Polakom o ich poświęceniu się Niepokalanemu Sercu Maryi w 1946 r. i pomagać im w wypełnianiu podjętych wówczas zobowiązań. Ale praca jest niełatwa. Pallotyni z Krzeptówek nie mają nawet figury fatimskiej.

Rektor domu, ks. Stanisław Czapla dowiaduje, że w kaplicy prymasa Wyszyńskiego znajduje się figura Matki Bożej Fatimskiej, ofiarowana Polsce przez biskupa diecezji Leiria-Fatima. Intencją ofiarodawcy było, aby figura wędrowała po kraju i ewangelizowała nasz oddany Maryi lud. Kardynał Wyszyński postawił figurę w kaplicy, by szukać na modlitwie odpowiedzi na trudne pytanie. Jak wyruszyć po Polsce z figurą Matki Bożej, która w 1917 r. zapowiedziała upadek komunizmu? Przecież taka peregrynacja spotka się z represjami, może nawet doprowadzić do krwawych zamieszek.

Prymas nie musiał długo czekać na odpowiedź. Niebawem zwrócił się do niego pewien pallotyn. Był nim właśnie ks. Czapla.

Tajemnicą pozostaje, w jaki sposób udało mu się otrzymać tę cenną figurę. Wiemy tylko, że pisał w swych zapiskach: „Matce Bożej na pewno było za ciasno i samotnie, chociaż w prymasowskiej kaplicy. Matka Boża Fatimska to przecież Matka Boża Wędrująca, nawiedzająca dziś cały świat.…”. Czy właśnie tymi argumentami zdołał przekonać Prymasa Tysiąclecia? Być może od tego zaczęła się rozmowa…

Czas nabiera niezwykłęgo przyspieszenia. Figura dociera do pallotyńskiego ośrodka w dniu 6 października 1961 r. a już pięć dni później zostaje poświęcona przez… biskupa Karola Wojtyłę, obecnego papieża Jana Pawła II. Ks. Czapla wspomina: „Wypadało poprosić i kogoś z dostojników kościelnych. Poprosiłem ks. biskupa Wojtyłę. Było trochę późno… Na mój argument, że ostatecznie o pobycie biskupa decyduje chwała Boża, a nie co innego, zgodził się przybyć. Trzeba przyznać, że uczynił wielką ofiarę. Jeszcze tego samego dnia musiał wracać do Krakowa na godzinę drugą po południu.”

Pallotyni podjęli się wypełnienia zadania, jakie na stróżów figury nałożył biskup Fatimy. Matka Boża Fatimska miała wyruszyć w pielgrzymkę po kraju. Trzeba było jeszcze wymyśleć taką formułę nawiedzenia, która nie zrodziłaby prześladowań ze strony władz. Uznano, że figura powinna jedynie „towarzyszyć” jakiemuś wydarzeniu religijnemu nieprzykuwającemu uwagi komunistów, na przykład tradycyjnym misjom czy rekolekcjom. I wcale nie trzeba mówić, skąd figura pochodzi i po co znalazła się w Polsce. Niebo o tym wie, i to wystarczy.

A więc rekolekcje z figurą Matki Bożej Fatimskiej! Ale zakopiańscy pallotyni doskonale wiedzieli, jak łatwo wzbudzić w ludziach religijny entuzjazm i pchąć ich nawrt ku największym ślubowaniom. Cóż z tego, jeśli zapał po jakimś czasie opadnie i miejsca nawiedzone przez Fatimską Panią nie przeżyją stałego nawrócenia? Czy nie tak było ze wspaniałym polskim poświęceniem Niepokalanemu Sercu Maryi – ze ślubami złożonymi i zapomnianymi?

Należało opracować specjalny program rekolekcyjny, połączony z organizacją w nawiedzanych parafiach jakichś stałych form życia orędziem fatimskim. W tym momencie pojawia się nazwisko ks. Patryka Peytona.

Program z Ameryki

Ks. Czapla miał brata w Stanach Zjednoczonych. Od niego właśnie otrzymał materiały duszpasterskie ojca Patryka Peytona. Polski Pallotyn przejął w całości ideały amerykańskiego kapłana. Urzekła go wypowiedź „Walczę o różaniec nie jak fanatyk czy szaleniec, lecz wiedząc, że jeżeli ręka Maryi puka wraz z moją, jeżeli Jej oczy szukają wraz z moimi, wtedy drzwi się otworzą i znajdę to, czego mi trzeba. Bóg nie może tego zlekceważyć. A Ona nie byłaby człowiekiem, gdyby nam nie pomagała wtedy, kiedy o to prosimy”.

Zrozumiał, że choć ludzie nazwą go szaleńcem, to trzeba zawierzyć Maryi i rzucić się w przepaść. Tak też uczynił on sam, a za nim jego współbracia.

Rzeczywiście, Maryja pomogła. Natchnęła kapłańskie serce rektora zakopiańskiej kaplicy. Nieoczekiwanie zrodziła się w nim idea Krucjaty działającej w podziemniu. Niech na zewnątrz ma charakter zwykłych rekolekcji parafialnych! Ale pod ich płaszczem będziemy ogłaszać wielką krucjatę różańca w rodzinach! Trzeba jeszcze uczynić to, co robił św. Ludwik de Montfort, wędrujący po świecie z posążkiem Maryi, co czynił o. Pavlicek przynoszący na głoszone przez sobie rekolekcje figurę Matki Bożej Fatimskiej… Ks. Czapla zdecydował: ukryta Krucjata Różańca Rodzinnego będzie się wiązać z nawiedzeniem figury z Fatimy.

Nietrudno było pozyskać dla tej sprawy najgorliwszych członków pallotyńskiej wspólnoty, z których powstał pierwszy zespół rekolekcyjny.

Coś więcej niż rekolekcje

Krucjata Różańca Rodzinnego, ukryta pod hasłem rekolekcji różańcowych, rozpoczęła się w niespełna dwa miesiące po poświęceniu figury przez przyszłego Papieża. Najpierw objęła pobliskie parafie oraz parafie prowadzone przez księży pallotynów. Potem zorganizowano rekolekcje różańca rodzinnego w diecezji tarnowskiej i sandomierskiej. Potem w następnych. Z czasem Krucjata Różańca Rodzinnego objęła niemal całą Polskę.

Jak wyglądały te na pozór zwyczajne rekolekcje? Po intronizacji figury w kościele głoszono nauki – tak jak czynił to o. Peyton. W wypowiadanych słowach nie było wielkiej teologii; była wielka miłość Maryi do swoich dzieci. Była serdeczna zachęta, skierowana do rodzin, by wspólnie odmawiały różaniec.

„Jeśli mąż i żona – tłumaczyli pallotyni – wezmą do ręki różaniec i codziennie wraz z dziećmi uklękną i podniosą wzrok do Boga prosząc o błogosławieństwo, to wtedy umocni się jedność rodziny. Powiększy się zrozumienie, cierpliwość, zespolenie. To utrzyma w rodzinie wzajemną miłość.”

„Bóg jest po waszej stronie – wołali rekolekcjoniści. – Właśnie wam dał różaniec – pewność, przekonanie, prawdę – że Bóg wszechmogący jest z wami. Człowiek, który sercem w to uwierzy, nie musi się niczego obawiać… Różaniec trzymany w ręku wydaje się bardzo prosty, ale trzymacie moc odmieniającą życie. Trzymacie jedyny, najdroższy skarb w swoich rękach”.

Może te cytaty nie brzmią z taką mocą, by porwać nasze serca, ale głoszone z ambon budziły w ludziach coś, co w nich najgłębsze i najprawdziwsze:

pragnienie zjednoczenia z Bogiem i doświadczenia miłości niebieskiej Matki. Jak uczył podczas swej setnej pielgrzymki Ojciec Święty: „Ubodzy i pokorni sercem nie omylili się, czyniąc z milczącej Maryi swą Orędowniczkę, a z Maryi służącej swą Królową”. Rekolekcjoniści wypowiedzili głośno prawdy ukryte w sercach słuchaczy. Ludzie zdobyli pewność, że nie pomylą się, jeżeli wzywać będą Maryję na różańcu. Ona im pomoże!

I zaczęli wołać do Świętej Maryi, Matki Boga.

Rekolekcje różańcowe kończyły się aktem zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi wszystkich stanów parafii, a następnie całej parafii. Wiele rodzin odpowiadało na apel o modlitwę różańcową. Rodzinom, które przyjmowały moralne zobowiązanie do odmawiania różańca w rodzinach wręczano uroczyście dyplomy wzorowane na ślubowaniach ułożonych przez o. Peytona.

Podziemna Krucjata trwała dwadzieścia siedem lat. Księża Pallotyni przemieszczali się od parafii do parafii każdym możliwym środkiem transportu. Niekiedy był to zatłoczony autobus, innym razem przygodna furmanka, czasem szło się pieszo. Cudowna figura Matki Bożej Fatimskiej była noszona w specjalnej drewnianej skrzyni z uchwytami, by można ją było przenosić z miejsca na miejsce. Przez pewien czas figura jeździła na motocyklu, zajmując miejsce w przyczepie obok kierowcy. Po trzech latach udało się kupić starego „garbusa” i od tego czasu Niebieska Podróżniczka – już nie narażona na deszcze i śniegi – otrzymała dach nad głową.

Krucjaty ciąg dalszy

Ks. Czapla wiedział jednak, że ludzie są w swoich zobowiązaniach niestali. Wiedział, że święte uczucia muszą zdobyć sobie ważnego sprzymierzeńca: silną wolę nie cofającą się w obliczu trudności. Dlatego trzeba ludziom przypominać o ich zobowiązaniach. Dlatego trzeba ożywiać ich miłość do Matki Najświętszej, rozbudzać pragnienie wielkiej modlitwy. A ponieważ rudno utrzymywać kontakt ze wszystkimi członkami Krucjaty, postanowiono stworzyć siatkę odpowiedzialnych za formację poszczególnych środowisk.

Ks. Czapla skupił się przede wszystkim na szkoleniu duszpasterskim księży, którzy zdecydowali się prowadzić apostolat różańcowy w swoich parafiach. Zapraszał ich na zakopiańskie Krzeptówki, organizując dla nich specjalne kursy. Wygłaszał referaty i konferencje. Gromadził też wokół siebie coraz szersze grono stałych współpracowników, także ludzi świeckich, tworząc niezbędne zaplecze do pracy. W ten sposód Krucjata nie była jednorazowym zrywem, ale wieloletnim oblężeniem twierdz złego ducha. Różańcowe rodziny na długo odebrały szatanowi inicjatywę: sięgnęły po broń, która strąca nieprzyjaciół naszego zbawienia z powrotem w otchłanie piekła!

Możemy się domyślać, że nie same rekolekcje – aczkolwiek niewątpliwie cudowne – były źródłem prawdziwego morza łask wylewanych nieustannie na różańcowe rodziny. Najważniejsze było życie usłyszanym orędziem, życie nim przez wiele, wiele lat. Może są rodziny, które do dziś codziennie odmawiają „tamten” różaniec? Minęło bez mała pięćdziesiąt lat, a ludzie – wówczas młodzi, dziś w bardzo podeszłym wieku – nie przestają się codziennie brać do ręki różaniec. Może udałoby się dotrzeć do takich różańcowych świadków? Może moglibyśmy usłyszeć ich cichą różańcową opowieść i usłyszeć o kolejnych różańcowych cudach?

Papieska koronacja

Dwadzieścia sześć lat po rozpoczęciu rekolekcji różańcowych, 21 października 1987 r., Jan Paweł II dokonał w Rzymie koronacji pielgrzymującej figury Matki Bożej Fatimskiej z Zakopanego. Na głowie Matki Najświętszej znalazła się korona, która – jak powiedział Papież – ma stanowić „przypomnienie tego, co Matka Boża uczyniła dla swego ludu”.

W tym momencie Krucjata Różańca Rodzinnego w Polsce wkracza w nową fazę. Od daty koronacji ruch ojca Patryka staje się w Polsce ruchem Jana Pawła II. Nie tylko umacnia i uświęca rodziny, ale i wspiera nieustannie Ojca Świętego w jego posłudze Najwyższego Pasterza.

Może dzięki tej Krucjacie, już nie ukrytej, lecz jawnej, my, Polacy, dotrzymaliśmy wreszcie złożonej wobec Boga obietnicy. W pierwszych dniach pontyfikatu Jana Pawła II obiecaliśmy „kamienie wygniatać na modlitwie” za Ojca Świętego. Członkowie Krucjaty Różańca Rodzinnego, a jest ich blisko dwa miliony, wygniatają kamienie. Codziennie.

Może jest jeszcze jeden cud różańcowy związany z polską Krucjatą? Może jest ninm cud posługi naszego Papieża? Być może, w swej homilii wygłoszonej w sanktuarium w Zakopanem Ojciec Święty odwołał się bowiem bezpośrednio do tego ruchu. Powiedział: „Prowadzicie Krucjatę Różańca Rodzinnego…”

Czyżby wiedział o niej, bo doświadczał za jej sprawą wielu potrzebnych łask?

Jednego możemy być pewni. Jak mówił o. Peyton, a za nim ks. Czapla, „Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje”.

Doświadczyły tego cudu miliony ludzi na świecie. Także Polacy.

Posted in Ciekawe, Cuda, Fatima, Kościół, Różaniec, Warto wiedzieć | Otagowane: , , | 20 Komentarzy »

Chciałam tylko wypełnić Bożą wolę

Posted by Dzieckonmp w dniu 5 sierpnia 2011

Ursula Herberg z Niemiec w Medziugorju, w roku 2009 wyzdrowiała z raka trzustki. „Mam pięćdziesiąt dwa lata, jestem mężatką, mam ośmioro dzieci, z których dwoje jest w niebie. Trzy córki są już mężatkami i jestem dumną babcią siedmiorga wnucząt. Chce wam opowiedzieć co zrobił dla mnie Bóg.”

Wszystko zaczęło się w sierpniu 2008 roku. Ciągle miałam podwyższoną temperaturę, byłam tak zmęczona, że mogłam się poruszać tylko z pokoju do kuchni, po czym musiałam długo odpoczywać, aby dojść do siebie. Spędziłam szesnaście dni w szpitalu, gdzie wykonano wiele badań, nic jednak nie zostało stwierdzone. Przez krótki czas było mi nieco lepiej, ale wiosną 2009 roku znów wszystko zaczęło się od nowa – podwyższona temperatura, zmęczenie i wiele nowych badań. Tomografia komputerowa wykazała guz pankreasu – guz na trzustce. Bardzo się bałam, gdyż 90 procent pacjentów z taką diagnozą umiera w ciągu roku, a wielu już w ciągu trzech miesięcy.

Przez tydzień byłam smutna i zmartwiona tym jak moja rodzina z tym sobie poradzi. Potem całkiem się uspokoiłam i nawet znów odnalazłam zagubioną radość. Modliłam się o Bożą pomoc i ochronę dla swojej kochanej rodziny. Więcej w ogóle nie bałam się tego, co mnie czeka. Bóg dawał mi wielką siłę, abym mogła to wszystko udźwignąć. Z głębokim przekonaniem i z całego serca mogłam powiedzieć Boże, niech będzie Twoja wola, Jezu, ufam Tobie. Byłam całkowicie pewna, że Jezus będzie ze mną, że mi pomoże i będzie mnie prowadzić jeśli będę musiała przyjąć naświetlania lub gdy będę mieć silne bóle. Wielu dobrych ludzi, moja rodzina, przyjaciele i wiele modlących się osób było ze mną. Z serca im dziękuję, a w szczególności bardzo dziękuję Matce Bożej. Jeśli już muszę umrzeć, myślałam, mogę powiedzieć Bogu, że i na to jestem całkowicie przygotowana. Chciałam tylko wypełnić Jego wolę. Czeka mnie Jego pokój i Jego chwała, i na to przygotowywałam się z wielką wdzięcznością. Cóż, dobry Bóg miał coś innego w planie.

Przesunięte badanie

7 maja 2009 roku ponownie poszłam do szpitala na badania. Trzeba było wykonać jedno badanie, w którym należało połknąć rurkę do punkcji guza, ale do badania tego nie doszło, ponieważ trzy dni wcześniej miałam inne badania, przy których doszło do uszkodzenia gardła. Lekarz przesunął termin badania za tydzień, kiedy gardło się zaleczy. Miało to być 14 maja, ale mój mąż i ja już od dawna mieliśmy zaplanowaną podróż do Medziugorja, z wyjazdem ustalonym na 19 maja. Poprosiłam lekarza, aby przesunął badanie, aż wrócimy z urlopu. Powiedziałam, że jedziemy na urlop, ponieważ nie odważyłam się powiedzieć, że lecę do Medziugorja. Lekarz wyjaśnił mi jak bardzo poważna jest choroba i jakie są moje rokowania i w żadnym razie nie zalecał podróży, nie wyrażał na nią zgody, ale ja absolutnie musiałam pojechać do Medziugorja. Była to moja druga podróż do Medziugorja. Powiedziałam lekarzowi, że ten urlop jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ jeśli będę musiała długo leżeć w szpitalu, wspomnienia tego urlopu będą mi dawały siłę. Jeśli muszę umrzeć, chcę przynajmniej przed tym przeżyć jeszcze coś pięknego, razem ze swoim mężem. Lekarz przekonywał mnie, że nie będę mieć spokoju, że ciągle będę myśleć o guzie… Ostatecznie zapytałam go co on by zrobił na moim miejscu, jako chory, a nie jako lekarz. Po krótkim namyśle powiedział, abym spędziła jeszcze z rodziną święto Zesłania Ducha Świętego i przyszła do szpitala 3 czerwca.

Silnie odczuwałam obecność Jezusa

Mój mąż i ja pojechaliśmy więc z pewną grupą pielgrzymów do Medziugorja. Przybyliśmy do Medziugorja nocą 20 maja. Czułam się bardzo źle. Po raz pierwszy miałam też silne bóle. Zadawałam sobie pytanie, czy na pewno podjęliśmy dobrą decyzję. Podróż była naprawdę męcząca. Każdego ranka szłam na Mszę świętą, a wieczorem na program wieczorny. Tyle mogłam zrobić. Na Križevac i Wzgórze Objawień nie miałam sił, nie mogłam pójść i bardzo mi tego brakowało. Byłam jednak bardzo wdzięczna, że w ogóle mogę tu być. Silnie odczuwałam obecność Jezusa, w szczególności w czasie Komunii świętej, adoracji i modlitwy o uzdrowienie. Każdego wieczoru prosiłam Boga, aby mnie uzdrowił, ale przede wszystkim myślałam o swojej duszy, modliłam się o łaskę, abym mogła wypełnić Jego wolę i przyjąć swoją chorobę. Właściwie już ją przyjęłam, ale modliłam się o siłę, abym mogła ją udźwignąć. Gdzieś mimochodem modliłam się też o uzdrowienie ciała, ale naprawdę mimochodem. Uzdrowienie fizyczne nie było dla mnie najważniejsze.

Guz zniknął

Po tym jak przez sześć dni czułam się bardzo źle, 26 maja razem z mężem powoli wspięłam się na Wzgórze Objawień. Z pielgrzymki wróciłam do domu wzmocniona. Drogiego Boga zabrałam ze sobą. W domu mąż i ja z całą rodziną świętowaliśmy jeszcze uroczystość zesłania Ducha Świętego. 2 czerwca nasz proboszcz udzielił mi namaszczenia chorych, które było dla mnie bardzo ważne, a 3 czerwca zostałam przyjęta do szpitala. Byłam bardzo zdenerwowana, ponieważ jednak nie była to mała rzecz. Kiedy lekarz wykonał badania – endoskopowe USG z punkcją guza, nie znalazł go. Wierzyli lub nie, mojego guza więcej nie było! Kiedy wybudziłam się z narkozy i kiedy lekarz powiedział mi, że nie ma guza, że nic nie ma, nie mogłam tego pojąć. Myślałam, że może nie popatrzył dobrze, że go przeoczył. Zwłaszcza, że mój ojciec umarł na guza trzustki. Dlatego martwiłam się, aby lekarz czegoś nie pominął. Lekarz wykonał jeszcze jedno badanie – USG kontrastowe – i niczego nie było. Nie było guza. Znów byłam zdrowa, ale potrzebowałam dużo czasu, aby to wszystko zrozumieć. Dziękuję naszej drogiej Matce Bożej i naszemu drogiemu, miłosiernemu Jezusowi.

Glasnik mira, czerwiec 2011 r.

Źródło: http://www.medjugorje.org.pl

Posted in Cuda, Medziugorje, Uzdrowienia, Świadectwa | Otagowane: , , , , | 50 Komentarzy »