Dziecko Królowej Pokoju

Pokój musi zapanować pomiędzy człowiekiem i Bogiem, a także między ludźmi

Archive for Marzec 2010

Wielkość Wielkiego Postu

Posted by Dzieckonmp w dniu 31 marca 2010


Eucharystia - Kapłaństwo

Królowa Pokoju przypomina nam, że to jest czas szczególnej łaski, czas wyrzeczeń, modlitwy i pokuty. Rozpoczęliśmy ten czas w Środę Popielcową od posypania głów popiołem, który jest znakiem przemijania i prawdy, iż człowiek z prochu powstał i w proch się obróci.
Człowiek z głową posypaną popiołem idzie drogą życia, by osiągnąć swój cel.
Okres Wielkiego postu trwa czterdzieści dni. Znają go prorocy i święci, gdyż tyle właśnie dni spędzali na pustyni na modlitwie i postach. Również Pan Jezus po przyjęciu chrztu Janowego udaje się na pustynię, oddając się postom i modlitwom.
Doznaje wtedy szczególnego kuszenia ze strony szatana. Jezus odrzuca wszystkie
szatańskie propozycje i obietnice. Pozostaje wierny swemu Ojcu i swojej misji.

Wielki Piatek

Kulminacja Wielkiego Postu przypada na Wielki Tydzień. Jezus przechodzi przez wszystkie pokusy i poniżenia. To jednak nie osłabia Go, lecz umacnia. Bierze swój krzyż na ramiona , pozwala się na nim przybić, aby przez swoją śmierć i złożenie w grobie osiągnąć chwałę Zmartwychwstania. W ten sposób ostatecznie pokonał śmierć i grzech. Okres Wielkiego
Postu ma także nam uświadomić prawdę o naszym przemijaniu, do momentu spotkania
z nieprzemijającą wiecznością. My, słabi i grzeszni ludzie, stajemy oko w oko
z łaską i dobrocią Bożą. To jest czas naszego powrotu do Ojca. Człowiek jest wezwany,
aby w tym czasie poznał swoje ograniczenia, swoje grzechy i słabości.
Żyjąc bez wyrzeczeń, bez postu i modlitwy, człowiek ukrywa się przed Bogiem. Nasza skorupa egoizmu jest tak bardzo gruba, że może nas całkiem zaślepić.
Mur naszej pychy jest na tyle twardy, że może zamknąć przed nami ostatnie drzwi nadziei. Dlatego to orędzie dotyka istoty naszej ludzkiej natury. Nie dopuszcza bowiem, byśmy ukrywali swoje słabości, lecz przyznali się do nich, i w pokorze wyznali je na spowiedzi w sakramencie
pojednania. Łaska płynąca z tego sakramentu nie zależy od naszych ofiar i modlitw, ona pochodzi od Boga, wylewa się z przebitego Serca naszego Pana. Nasze modlitwy, posty i wyrzeczenia są jedynie pokorną odpowiedzią, z miłości do Niego. Bóg bowiem stworzył nas bez
naszej zgody, lecz bez naszego „tak”, zbawić nas nie może.
Na tym polega wielkość Wielkiego Postu.
Ważne jest, abyś to ty, osobiście podjął decyzję, dokonał wyboru, wypowiedział
swoje „tak”. W tym akcie wyboru uwidacznia się cała nasza ludzka godność.
„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym, – syn człowieczy, że się nim zajmujesz?
Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią, złożyłeś wszystko pod jego stopy” (Ps. 8, 5-6)
Kim jestem i dokąd zmierzam? Kim jestem i po co żyję? Te pytania zadają sobie
ludzie wszystkich pokoleń. Tylko Jezus dał na nie odpowiedź. Tylko On i tylko
Jego Słowo jest naszą Drogą, zasadą i miarą życia. Wielki Post to czas naśladowania
Jezusa w sposób szczególny: przez post, modlitwę, pokutę, wyrzeczenia i sakramenty.
Innej drogi nie ma. Tylko zmodlitwy i ofiary płynie światło dla każdego, aby umiał rozróżnić pomiędzy tym co oferuje świat, a tym co proponuje nasz Pan i czego od nas oczekuje.

Pokuta i ofiara, post i modlitwa otwierają nasze serca i oczy duszy, by prawidłowo widzieć i by na czas zdążyć podjąć właściwą decyzję co do celu życia,  jest nim Bóg. To nie są tylko zwyczajne
słowa, lecz prawda, bez której człowiek musi żyć w błędzie, w śmiertelnym zagrożeniu, ponieważ nie jest w stanie odróżnić dobra od zła. Żyjemy w otoczeniu różnych ludzi, spotykamy osoby
upadłe i sfrustrowane, spotykamy również różnych uwodzicieli, którzy w imię zła składają nam swoje oferty. Obecnie, szczególnie młodzież poddana jest wielkim pokusom, by pójść szeroką drogą grzechu, co ostatecznie musi prowadzić do zatracenia.
Istnieją ludzie, którzy całkowicie oddali się złu, realizują program złego i spodziewają
się wypełnienia jego obietnic. Dziś więc, jeśli człowiek pragnie poczuć się wolnym i odnaleźć pokój, powinien wyłączyć telewizję. Nie każdy jednak ma odwagę to uczynić, jeżeli nie praktykuje postu i nie modli się. Mówi wtedy, że staje się nerwowy bez papierosów, bez
szklaneczki alkoholu i usprawiedliwia się, że zrekompensuje to inną ofiarą. Niestety,
ta rekompensata nigdy nie dojdzie do skutku, jeśli nie miał siły uczynić pierwszego kroku. Jesteśmy wezwani do spowiedzi i porzucenia swojego grzechu na zawsze.
Miałem kiedyś okazję odwiedzić jedną z największych świątyń buddyjskich.
Znajdowało się w niej 12 tysięcy posągów Buddy. Przed wejściem do świątyni stał smok. Jego łapa była tak nachalnie błyszcząca, że pytanie narzucało się samo przez się: dlaczego? Nauczyciel buddyzmu objaśnił mi, że buddyści pozostawiają tam swoje grzechy na przechowanie, na czas przebywania w świątyni. Lecz kiedy opuszczają świątynię, grzechy
jak ich własny cień, ponownie im towarzyszą. Ten smok pełni więc jedynie funkcję
tymczasowej przechowalni grzechów, by one nie niepokoiły wyznawców podczas
przebywania w świątyni.

Pytam więc, czy jesteś świadom, jak bardzo wspaniałomyślny jest twój Bóg i twoja wiara? Nasz dobry Bóg, by odkupić nasze grzechy, obdarza nas łaską i odpowiada na nasze potrzeby. Nikt z nas, ludzi, nie może wziąć grzechów na siebie. Nikt nie może ich zniweczyć, spalić jak pali się papier w ogniu. Ani psycholog, ani psychiatra nie może ci powiedzieć: „Nie bój się! Wypowiedziałeś swój grzech i on już więcej nie będzie obciążał twojego sumienia, ani twojego życia”. To przekracza ludzkie możliwości. Tylko Bóg w Jezusie i przez Jezusa odpuszcza nam grzechy. Jezus czyni to za pośrednictwem kapałanów, a to jest dar i łaska dla Kościoła.
Nasz grzech nie zostaje zdeponowany w jakiejś przestrzeni mroku i zapomnienia.
Nie! Nasz grzech zostaje nam wybaczony w sakramencie spowiedzi świętej.
Poprzez spowiedź znika w oceanie Bożego Miłosierdzia i Bożej Miłości. Nie lękaj się! Po spowiedzi twój grzech nie będzie cię już więcej przygniatał. Człowiek, któremu zostały odpuszczone grzechy, wie do kogo ma pójść, by podziękować za bezmiar boskiego pokoju w sercu,
za spokój sumienia i duszy. Spowiedź jest lekarstwem. Spowiedź jest darem samego
Boga dla swoich dzieci. Ta sakramentalna łaska otwiera ludzkie serca i przemienia je
na tyle, że człowiek pragnie tylko jednego: nie chce więcej obrażać Boga i nie chce lekceważyć Jego miłości! Człowiek bowiem powinien wiedzieć, że Bóg ma plan dla każdego, w odniesieniu do jego życia, małżeństwa, powołania i jego krzyża. Niech więc czas wielkopostny będzie czasem
wpatrywania się w Jezusa i naśladowania Go we wszystkim.
Odkupicielu grzechów, miłosierny zwycięzco nad naszymi grzechami i słabościami,
spraw, abyśmy żyli w Tobie i aby Twoja bezgraniczna miłość, silniejsza od grzechu, rozpaliła nasze serca. Ukrzyżowany Zbawicielu, który pokonałeś cierpienie, w Tobie chcemy wytrwać
w każdej godzinie naszych ciemności. Wszystko, cokolwiek nas spotka w życiu, niech stanie się drogą, która doprowadzi nas ku wiecznej światłości. Królu naszych serc, niech Twoja Ukrzyżowana Miłość otula i ochrania naszą kruchą i zmęczoną miłość. Przebudź w nas to wszystko, czego nam brakuje: zdolność do współodczuwania z Tobą, miłość ku Tobie, wierność
i wytrwałość w rozmyślaniu o Twojej męce i śmierci. Niech nasza rodzina modlitewna
zwróci ku Tobie, Twemu krzyżowi i Twojej miłości w Najświętszym Sakramencie Ołtarza. Udziel nam łaski, abyśmy stali się podobni Tobie, byśmy stali się znakiem dla innych
W tym miesiącu będziemy się modlić w następujących intencjach:
– za chrześcijan, którzy odeszli od postu, pokuty i modlitwy, aby w czasie wielkopostnym otworzyli swoje serca na wezwanie Królowej Pokoju;

– za naszą rodzinę modlitewną o otwarcie się na plany Boga i Matki Bożej, albowiem nie my Ją wybraliśmy, lecz Ona nas wybrała. Módlmy się, byśmy żyjąc orędziami, poprzez świadectwo swojego życia, stali się przykładem dla innych;
– za chorych i za tych, którzy odeszli od Kościoła. Módlmy się za osoby odpowiedzialne za Kościół i za społeczeństwa, by na pierwszym miejscu stawiały Boga i Jego wolę, by służyły
wszystkim ludziom na drodze do zbawienia. Módlmy się za widzących, kapłanów
i wszystkie osoby odpowiedzialne za orędzia Królowej Pokoju, aby w tym czasie łaski wypełniła się Jej wola i Jej plany. Drodzy bracia i siostry, zwracam się do was z wielką nadzieją, że całym sercem przyjmiecie to orędzie i włączycie je do swojego apostolatu „Albowiem nikt nie żyje dla siebie” – mówi apostoł. Tak, zaiste, my wszyscy jesteśmy zobowiązani do modlitwy, postu, pokuty i czynienia dzieł miłosierdzia. Modlę się za was wszystkich i tulę do serca z miłością. Niech Maryja, Królowa Pokoju umacnia was i pociesza na drodze waszego życia.
Oddany wam o. Jozo

Źródło: Echo Medziugorja

Posted in Kościół, Medziugorje, Z prasy | Otagowane: , , | 4 komentarze »

Eugenio Zolli, wielki rabin Rzymu, nawrócony na katolicyzm

Posted by Dzieckonmp w dniu 31 marca 2010


Wspaniałomyślność szczególnych dróg Pana nie ma sobie równych. „Dlaczego Mnie prześladujesz? – zapytał Szawła na drodze do Damaszku, a w synagodze rzymskiej w 20 wieków później uprzedził rabina Eugenio Zolli’ego:

„Jesteś tu po raz ostatni.”

To było w samym sercu ceremonii Wielkiego Przebaczenia w październiku r. 1944: Jezus uprzedza w ten sposób w intymności wewnętrznej lokucji duszę, która już słuchała tego, co miał jej powiedzieć: „Odtąd pójdziesz za mną” – dodaje. I Italo Zolli, urodzony jako Izrael Zoller, już daje słyszeć swą odpowiedź swemu nowemu Panu i nauczycielowi, jakby to była rzecz najbardziej naturalna: „Tak niech jest, tak niech się stanie, tak trzeba”.

Odwrócił w swoim życiu stronicę oddzielającą Stary Testament od Nowego, jak czynił już tysiące razy z Biblią, gdyż zdążył się zaznajomić ze słowami Chrystusa, o którym proroctwa mesjańskie nie były mu obce. Cudowna zgodność dwóch kultur, żydowskiej i chrześcijańskiej, skonkretyzowała w jednej osobie Italo Zolli słuszność zdania Ozanama:

„To wielki zaszczyt być żydem, mającym szczęście bycia chrześcijaninem!”

Odkrycie sprawiedliwości, <która przewyższa sprawiedliwość>

Z tej zgodności religii, zbyt często nie uznawanej, Izrael Zolli zdawał sobie sprawę od najmłodszych lat. W austriackiej Galicji odkrył u swego przyjaciela Stanisława „krucyfiks powieszony na białym murze”.

Czy ten straceniec jest „cierpiącym Sługą” z prorockich zapowiedzi? – zastanawiał się studiując Talmud.

Miał zamiar zostać rabinem. Marzenie to przetrwało w nim pomimo ofiar, jakie narzucała bieda, w jaką niespodziewanie wpadła jego rodzina.

Studiując we Lwowie bada w chwilach zapomnienia i wbrew umowom – Ewangelię. Zachwycają go błogosławieństwa. Odkrywa w nich sprawiedliwość „przewyższającą sprawiedliwość”, gdyż nie opiera się ona na równowadze tego, co się otrzymuje i tego, co się daje, lecz na dobru jako jedynej odpowiedzi tak na dobro, jak i na zło. Nie ma wyboru. Wróg staje się przedmiotem miłości. „To mnie zaskakiwało – powie Izrael w swoich pamiętnikach –. Zaiste Nowy Testament był Testamentem nowym!”

Studia i niezależność myślenia

W 1904 roku po śmierci swej matki wyjeżdża do Florencji, w której się osiedla na dziewięć lat, na czas studiów świeckich i religijnych. Broni doktoratu z filozofii i otrzymuje dyplom niezbędny dla mianowania go zastępcą rabina w Trieście, wówczas austriackim. Przed wyjazdem poślubia Adelę Litwak ze Lwowa, która urodzi mu córkę.

Jego sympatia dla Włochów da mu w nagrodę w 1918 r. stanowisko głównego rabina w Trieście, na nowo włoskim. Jego małżonka wkrótce umiera, on zaś w 1920 r. poślubia Emmę Majonica, która urodzi mu drugą córkę. Wykłada literaturę oraz języki hebrajskie i semickie na uniwersytetach w Padwie i w Trieście. Pośród jego studentów są też klerycy, którzy się za niego modlą… Już jego pierwsze dzieła dają świadectwo, że ich modły były wysłuchiwane.

W 1935 roku ukazuje się książka Izrael: studium historyczne i religijne. Młody rabin daje w niej świadectwo znaczącej niezależności myślenia:

„Istnieje pragnienie Boga – pisze – które w historii narodu żydowskiego ukaże się w jednej Osobie: Boga, który się stał Człowiekiem.”

W świetle tego, co się zdarzy w przyszłości, niektóre linijki jego pism wydają się osobistymi zwierzeniami:

„Mistycyzm… jest pielgrzymowaniem ku Absolutowi, którym jest Bóg. To droga wymagająca, niepewna, samotna i często bolesna.”

Poszukiwacz prawdy

Dzieło Nazarejczyk (1938) zawiera jakby semantyczną analizę bogatą w pouczenia. Zolli opisuje możliwe źródła etymologiczne, jakich dostarczają terminy w większości aramejskie: „nazirejczyk” (ten, który jest poświęcony); „nesar” – śpiewać lub deklamować; „nasrana” (ten, który poucza o tradycji; „nasora” (ten, który wyjaśnia). A zatem dla tłumu Jezus nie był po prostu osobą pochodzącą z Nazaretu, lecz Nazarejczyk oznaczał też Mówcę.

Zolli opisuje obrzęd, tak ważny dla kasty kapłanów, stwierdzając, że proroctwa bazują na kulcie. Cytuje słowa Izajasza:

„Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. (…) Zgładzono Go z krainy żyjących; za grzechy mego ludu został zbity na śmierć.” (Iz 53,7-8) Zolli przychyla się do identyfikacji baranka z Chrystusem. Dodaje:

„Chrystus to Mesjasz, Mesjasz to Bóg, Chrystus to Bóg”.

Słowa zaskakujące u rabina, ale jeszcze bardziej zaskakuje to, że w tamtej epoce nie wywołały zgorszenia, jakiego można by się spodziewać.

Zolli sprzyja syjonizmowi, ale sam podczas podróży do Izraela już nie potrafi zaakceptować ducha, jaki tam panuje: „To tak jakby się poświęcało Królestwo dla królestwa” – pisze.

Czarna karta historii

Wytyczne administracji nakazują zmianę imienia z Izraela Zolli na Italo Zolli. Tak zitalianizowany nie waha się interweniować u pewnego katolickiego profesora z Triestu, który zapowiedział serię antysemickich konferencji. Udaje mu się go przekonać i ten wobec sali wypełnionej po brzegi, odwołuje zapowiedziane konferencje. Salę ogarnia burza braw.

Zolli nie ukrywał pogardy wobec praw rasowych z Norymbergii. Jego szczerość podobała się początkowo władzom lokalnym. Jednakże później odebrano mu obywatelstwo włoskie. W roku 1940 wspólnota żydowska z Rzymu ofiarowała mu wakujące miejsce po rabinie i rektorze gimnazjum. Jego dyplomatyczna zręczność pozwoliła mu przy tej okazji otrzymać w porę złagodzenie udręk zadawanych żydom w stolicy.

Tymczasem niektórzy wpływowi członkowie wspólnoty żydowskiej niesłusznie pewni siebie z powodu swej długiej zażyłości z wysokimi urzędnikami faszystowskimi ujrzą w nim złowieszczego proroka. Z braku rozeznania rzeczywistej sytuacji będą zwalczać jego inicjatywy, nawet w godzinach największych niebezpieczeństw, jakie nastąpią po zajęciu Rzymu przez grupy niemieckie we wrześniu 1943 r. Kiedy przybędzie SS, Kappler zażąda daniny 50 kg złota od żydów ze stolicy. Uda się im zgromadzić 35 kg. Zolli udaje się do Watykanu, aby usilnie prosić o pomoc Papieża, od którego otrzymuje obietnicę zebrania brakującej części. 15 kg, o które chodzi, zgromadziły organizacje katolickie i kapłani. Himmler wpadł w szał, że zamiast Żydów do zabicia ma tylko złoto. Zolli w samą porę ucieka przed Gestapo. Wyznaczają cenę za jego głowę. Jego i bliskich przygarniają rodziny chrześcijańskie. Jednak jego dar przewidywania niebezpieczeństwa dla wspólnoty żydowskiej, nie zostaje doceniony, nawet po tych przykrych wydarzeniach. W lutym 1944 roku Rada Wspólnoty Żydowskiej, zgromadzona w ukryciu, ogłasza zdjęcie Zolli’ego z urzędu wielkiego rabina i odmawia mu wszelkiego wsparcia materialnego.

Troska Papieża o <potomstwo Abrahama>

„Wielki dług wdzięczności żydów wobec jego Świątobliwości Piusa XII dotyczy zwłaszcza żydów z Rzymu, gdyż będąc najbliżej Watykanu byli przedmiotem szczególnej jego troski” – napisał Eugenio Zolli.

Jego świadectwo jest cenne, gdyż zgadza się z tym, o czym wiemy dzięki archiwom watykańskim, jakie ujawnił o. Blet (1997). Pozwala nam to również zrozumieć, dlaczego, dla większej skuteczności, działania Ojca Świętego musiały być ciche. Było tak z roztropności „w interesie samych ofiar, aby nie uczynić, przeciwnie do intencji, cięższą i bardziej nie do zniesienia ich sytuację” (Mowa do kardynałów z 2 czerwca 1942 roku).

Pius XII wysłał sekretny list do biskupów „nakazujący cofnięcie ścisłej klauzury w domach zakonnych, aby mogły się stać kryjówką dla żydów.”

„Znam klasztor – napisze Eugenio Zolli – w którym zakonnice spały w piwnicy, aby uciekinierzy mogli zająć ich łóżka.”

Tajemna troska Papieża o zachowanie potomstwa Abrahama wydała nieoczekiwane owoce. „W sumie – jak napisał o. Blet – klasztory i domy zakonne wydawały się cieszyć tajemniczą nietykalnością, pomimo jednostek, które za cenę złota donosiły, iż znajdują się w nich żydzi.”

«Teraz pójdziesz za Mną…»

Kiedy Rzym został wyzwolony, wdzięczność tych, którzy przeżyli wyraziła się w następujących słowach: „Kościół katolicki ocalił więcej żydowskich istnień podczas wojny niż wszystkie inne kościoły, instytucje religijne i organizacje w tym celu powołane, razem wzięte.” Taka była opinia Pinchasa Lapide’a, byłego konsula Izraela we Włoszech.

21 września 1944 r. za sprawą władz aliantów Zolli odzyskał włoską narodowość i tytuł wielkiego rabina. Ale ta ostatnia funkcja wkrótce zaczęła mu ciążyć. Do decydującego o jego życiu wydarzenia doszło w krótkim czasie podczas ceremonii Wielkiego Przebaczenia, które tak opisał:

„Nagle oczyma ducha ujrzałem wielką łąkę, a pośrodku niej, na zielonej trawie stał Jezus Chrystus odziany w biały płaszcz. Niebo było błękitne… To wtedy w głębi serca usłyszałem te słowa: ‘Jesteś tutaj po raz ostatni. Teraz pójdziesz za Mną!’”

Po powrocie do domu słyszy od swej żony Emmy wyznanie: „Kiedy stałeś przed arką i torą wydawało mi się, że widzę Jezusa Chrystusa. Był odziany w biel i położył dłoń na twojej głowie, jakby cię błogosławił.”

Porzucając od tej chwili całkowicie dobrowolnie swą funkcję, Zolli przyjmuje chrzest 13 lutego 1945 roku w kościele Najświętszej Maryi Panny od Aniołów. Wybiera imię Eugenio, na znak czci i wdzięczności wobec Papieża, któremu wspólnota żydowska tak wiele zawdzięczała. Jego żona przyjmuje chrzest w tym samym dniu, a córka – w rok później.

Nowina o jego nawróceniu została bardzo źle przyjęta przez środowisko dawnych współwyznawców. Zolli broni się jednak, mówiąc: „Nawrócony, jak cudownie uzdrowiony, jest przedmiotem, a nie podmiotem cudu.”

To nazywamy uprzedzającym działaniem łaski, bo nawrócenie jest nie mniejszym cudem Boga niż uzdrowienie wbrew prawom natury.

Pomsta za <zdradę>

Nikt jednakże nie jest bardziej głuchy od tego, kto nie chce słuchać. Wspólnota żydowska Rzymu oceni to jako zdradę, inni – jako zachowanie interesowne. Tymczasem bez swego stanowiska, były rabin, którego mieszkanie zostało splądrowane przez nazistów, żyje w ubóstwie. Od nędzy, ale nie od ubóstwa, ocali mianowanie go profesorem w Papieskim Instytucie Studiów Biblijnych.

Charakteryzuje go żywa pobożność, która poprzedzała jego nawrócenie, które ją tylko umocniło.

Bystrość jego umysłu wprowadza go na tory prorockiego ducha, który ujawnia się między innymi wtedy, gdy mówi do córki:

„Zobaczysz, z Piusa XII zrobi się kozła ofiarnego za milczenie całego świata wobec nazistowskich zbrodni.”

Spotyka Ojca Świętego, którego prosi o usunięcie słowa: „przewrotni Żydzi” z wezwania w Wielki Piątek: „oremus et pro perfidis Judeis” z powodu negatywnego znaczenia tego słowa w językach współczesnych. Przychylono się do jego prośby!

O. Dezza utrzymuje też, że pośmiertny wpływ Zolli’ego można odkryć nawet w tekstach o więziach łączących lud Starego i Nowego Przymierza powstałych w czasie Soboru Watykańskiego II, takich jak Konstytucja Lumen Gentium i Deklaracja Nostre aetate.

Eugenio zakłada Stowarzyszenie Matki Bożej z Syjonu, aby pomóc nawróconym Żydom. Redaguje też dzieło biograficzne Before the Dawn („Przed jutrzenką”). W „Chrystusie”, syntezie jego pism, porusza czytelnika osobisty akcent tego wytrawnego pisarza, który wyznaje: „W ciszy samotnej nocy słyszę pukanie do drzwi mojej duszy.”

W godzinie umierania z powodu zapalenia płuc w 1956 roku ten mistyk będzie gotowy:

„Posiadam jedynie to, co straciłem, jedynie to, czego nigdy mieć nie będę i wszystko, czego żałuję. Jestem niegodny, a to jest wszystko, co mogę ofiarować mojemu Panu. To najlepsza część mnie samego.”

Zapowiada godzinę swego odejścia: „Umrę w pierwszy piątek miesiąca o 15-tej, jak nasz Pan.”

Tak się stało. Odszedł w osiem dni później, 2 marca 1956 roku.

Eugenio Zolli, dusza mistyczna, poucza swych braci przez obietnicę, że Stary Testament ma swe dopełnienie jedynie w Jezusie Chrystusie i to w Jezusie ukrzyżowanym.

Na podst. książki Judith Cabaud: „Eugenio Zolli, prophete d’un monde nouveau”.

Źródło: voxdomini

Posted in Kościół, Nawrócenia, Warto wiedzieć, Z prasy | Otagowane: , | 1 Comment »

Wanda Boniszewska – konwalia

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 marca 2010


W Wielki Czwartek 1934 roku, gdy w nocy modliła się w łóżku, ujrzała Chrystusa konającego. Przed Bożym Narodzeniem poczuła podczas spowiedzi przeszywający ból w stopach, dłoniach i boku. Krew! „Jeśli Konwalia wytrwa, w co mocno wierzy, to po jej śmierci możecie o niej mówić, co będzie potrzebne”.  Lubiła nazywać siebie Konwalią. Od nielicznych, którzy znali jej tajemnicę, żądała milczenia. Dopóki żyje. W marcu 2003 roku prasę obiegły trzy fotografie: kobieta w okrągłych okularach patrzy pogodnie
kadry z filmu Stygmatyczka

w obiektyw; wsparła głowę na poduszce, oczy zamknięte; spod kołdry sterczą stopy – z krwawymi śladami.

„Śmierć stygmatyczki” – doniosły agencje.

Płótna osiem razy złożone
Czasem tramwaj wznieca nagłe błyski na drutach elektrycznych; jej życie duchowe jest jak te
kaskady iskier, pisała w liście w 1961 roku. Przesuwają się przed jej oczami ulice, kościoły, kina,
sklepy. Ludzie wsiadają do tego tramwaju, którym ona podróżuje do nieba, i wysiadają. „Widzę w każdej duszy mieszkanie Boże”. I znowu błysk. Teraz wszystko, czego doświadczyła, wydaje jej się złudzeniem. Konwalia zawraca tylko spowiednikom głowę swoimi wizjami. Dość. Będzie mówiła na spowiedzi jedynie grzechy.
„Jesteś przeczuloną babą – strofuje samą siebie – i niczym więcej”.
Złudzenie? Zachowały się pisemne zeznania świadków.
Świadek Rozalia Rodziewicz, od 1933 roku w Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów, w domu
zakonnym w Pryciunach pod Wilnem. Przydzielona do opieki pielęgniarskiej nad siostrą Wandą
Boniszewską. W 1935 roku ujrzała na jej nogach i boku otwarte rany. Przykładała do nich płótna
osiem razy złożone. Przesiąkały krwią.
Janina Sinkiewicz (zeznanie z 1986 roku): działo się to w 1944 roku w Pryciunach. Synek Janiny
wbiegł do pokoju siostry Wandy, Janina pobiegła za nim. Ujrzała Wandę leżącą w drgawkach. Z
każdym drgnieniem ciała pojawiała się na jej rękach krwawa pręga.

Zofia Bartoszkówna (zeznanie z 1960 roku): wakacje 1938 roku spędzała w Pryciunach. Ostatniego dnia sierpnia usłyszała w lesie jęczącą Wandę: – Boże mój, Boże… Zapytała, co się stało. – Biedna Polska, nie wie, co za rok ją czeka…
Świadkowie nie żyją. Zmarł również ksiądz Czesław Barwicki, w czasie wojny kapelan w
Pryciunach, spowiednik siostry Wandy, który przez lata zbierał o niej świadectwa. Wanda
Boniszewska dożyła 95 lat.
Jej notatki, dokumenty, listy i fotografie przechowuje ksiądz Jan Pryszmont, emerytowany profesor Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. W 1948 roku został proboszczem w Bujwidzach, siedem kilometrów od Pryciun. Odprawiał msze w kaplicy sióstr od aniołów, spowiadał Wandę Boniszewską. Wiedział o jej ranach. Po wojnie się przyjaźnili. A od czasu, gdy zamieszkała w 1988 roku w domu zakonnym w Chylicach pod Warszawą, odwiedzał ją co tydzień.

– Widziałem na jej rękach sine blizny – opowiada. – Jak komunię świętą przyjęła, kolory
występowały na jej twarz. Do połowy lat 90. bywało tak: leży w łóżku, widać, że nie śpi, a nie ma z nią kontaktu. Jeszcze wtedy powtarzała, że chce już umrzeć, chce do nieba. Pod koniec życia
rozmowy z nią utrudniała silna skleroza.
Zawsze długie rękawy
W dworku sióstr od aniołów w największym pokoju była kaplica publiczna. Tutaj siostra Wanda
składa na ołtarzu list do Jezusa (rok 1938). Niech znikną zewnętrzne objawy stygmatów, ból niech pozostanie. Porządkowała kiedyś kwiaty na ołtarzu; z naręczem zeschłych konwalii idzie do ogrodu. Nagle słyszy głos: – Oto jesteś własnością moją…
W okolicy rozrzucone były zaścianki szlachty bujwidzkiej; w jednym z nich urodził się Henryk
Gulbinowicz, dziś kardynał metropolita wrocławski. W latach 30. chodził z rodzicami na msze do kaplicy sióstr anielskich. Wanda Boniszewska przygotowywała go do pierwszej komunii i uczyła służenia do mszy. Pogodna, nie podnosiła głosu, lubiana przez dzieci, tak ją zapamiętał.
Pisze w faksie: „Nas jako dzieci dziwił fakt, że siostra Wanda ma zawsze długie rękawy, które
zakrywały dość szczelnie niemal całe dłonie”. Siostry od aniołów są zgromadzeniem
bezhabitowym, noszą stroje świeckie. „Może tak ukrywała swoje stygmaty – mój domysł”.
Pod koniec wojny Henryk Gulbinowicz był alumnem Wyższego Seminarium Duchownego w
Wilnie. W lutym 1945 roku sowieckie służby bezpieczeństwa nakazały studentom opuścić miasto. Gulbinowicz trafił do wiejskiej parafii, gdzie spotkał księdza profesora Władysława Rusznickiego. Przed wojną należał on do komisji powołanej przez arcybiskupa Wilna do zbadania stanów mistycznych siostry Wandy. W czasie okupacji ukrywał się u sióstr anielskich. Rusznicki znał Gulbinowicza, darzył go zaufaniem. Opowiadał o siostrze Wandzie.
Kardynał pisze, że nigdy nie widział jej stygmatów – ani jako dziecko, alumn, ani jako biskup, choć spotykał się z nią wielokrotnie. Nigdy nie pytał o nie, gdyż wiedział, że obowiązuje ją ścisły sekret kanoniczny. Ale z relacji księży Rusznickiego i Barwickiego – członków owej komisji – zna
przebieg stanów mistycznych, jakie przeżywała zakonnica.
Ujmuje rąbek nieba Czesław Barwicki został kapelanem w Pryciunach w lutym 1941 roku. Nim objął to stanowisko, dostał do przeczytania manuskrypt księdza Tadeusza Makarewicza, pierwszego przewodnika duchowego siostry Wandy, który opisywał jej ekstazy i cielesne cierpienia. Przełożona przedstawia kapelanowi dziewięć mieszkanek Pryciun, wśród nich Wandę Boniszewską. Zanotował: „Specjalnego wrażenia nie zrobiła. Coś jednak wyróżniało ją od innych (…). Głowę i czarne oczy trzymała opuszczone w dół”.
Odtąd będzie prowadził systematyczne notatki o przeżyciach duchowych zakonnicy.
W piątek, 7 lutego 1941 roku, odwiedził ją w jej pokoju w obecności dwóch sióstr. „Po ekstazie
bolesnej z każdą chwilą chora staje się bardziej przytomna. Nie mogę jeszcze odważyć się na
zadanie jakiegoś najmniejszego pytania”.
„Oglądam ręce i nogi. Stygmaty otwarte. Trochę skrzepłej krwi wylała. Rana boku prawego
otwarta. Prawe ramię starte do krwi. Tułów pokryty szramami, jakby od uderzeń potrójnie
złożonych”.
Wielki Tydzień 1942 roku, siostra Wanda przez kwadrans jakby umierała. Relacja Barwickiego:
„Konanie… Wiatr targa przed śmiercią… ciężko oddać się na Twoje żądanie… (głębiej oddycha,
oczy wznosi do góry, ręce wypręża, głowę obraca na wszystkie strony). Odchodzę… (mówi bardzo cicho, język prawie się nie obraca). Trwoga! Mój Boże, czemuś mnie opuścił! (drgnięcie)”.
Rok później kapelan sumuje spostrzeżenia: całe ciało coraz bardziej bolesne, głowa w guzach,
miejsca „gwoździ” tak ją bolą, że stąpać nie może. Ekstazy występują już nie tylko w czwartki i
piątki, lecz co dzień. Od południa chora popada w stan półświadomości. Pokarmu nie spożywa, bo gdy coś zje, wymiotuje. Podczas ekstaz temperatura ciała lekko podwyższona. Puls przyspieszony. Żadnych grymasów, nienaturalnych spojrzeń, dziwacznych ruchów, charczeń, jęków, krzyków. Czasem zgrzyt zębów. Ogólnie odrętwiała, usta spieczone, nie biorą udziału w mowie, brak śliny, słowa gardłowe.
– Gdzie siostra jest w tej chwili?
– U stóp krzyża.
– Za kogo siostra dziś ma cierpieć?
– Za tych, co nie chcą przyjąć krzyża.
„…Jest już daleko posunięta w kontemplacji. (…) Nigdy nie wykroczyła przeciwko wierze i
moralności. Nie zauważyłem u niej żadnych oznak udawania mistyczki, ulegania złudzeniom czy
histerii (…). Nigdy nie prosiła o wizje, ani za nimi tęskniła, ani się nimi chwaliła (…). Że niektóre jej objawienia pochodziły od Boga, wskazywałoby na to jej całkowite poddanie się kierownictwu
duchowemu oraz przełożonym”.
Pytana o swe przeżycia odpowiada powściągliwie: kiedy dusza łączy się z Chrystusem, to jest tak,
jakby ujmowała rąbek nieba.
Suchy post, twarde spanie, mało snu
Dziadkowie ze strony matki – Abram i Fajga Anolikowie – byli Żydami. Matka, Helena, przyjęła
chrzest w wieku szesnastu lat, przed ślubem z Franciszkiem Boniszewskim. Dziadka Wandy,
Michała Boniszewskiego, za udział w powstaniu styczniowym carat pozbawił majątku w Talkowie koło Trok.
Rok po ślubie Franciszek wyjeżdża do Ameryki, wstępuje na krótko do greckokatolickiego
seminarium duchownego. Później pracuje na farmie. Po sześciu latach wraca i kupuje folwark
Nowa Kamionka pod Nowogródkiem, 50 hektarów ziemi. Jest nadleśniczym u hrabiego
Grabowskiego. Mają z Heleną jedenaścioro dzieci. Braciszek Wandy, Napoleon, leży w trumience. Dziewczynka widzi go, jak wstaje, otaczają go aniołowie. Przyjmuje pierwszą komunię. Widzi Jezusa ze wspaniałym orszakiem.
Narzuca sobie żelazną dyscyplinę: suchy post, twarde spanie, mało snu. Wpada w anemię, przez
całą zimę każą jej leżeć w łóżku. Modli się, żeby czyraki, które gnębią ojca, ją obsypały. Ojciec
wraca do zdrowia, ona cała w czyrakach.
Zapragnęła śmierci – żeby uniknąć w życiu grzechu i żeby matce było lżej. Miała dwanaście lat.
Przejeżdżał przez ich odludzie misjonarz. Poprosiła, by ją zabrał do klasztoru. – Jesteś za młoda.
Przy stopach Twoich Zgromadzenie Sióstr od Aniołów powstało pod koniec XIX wieku w Wilnie. Konstytucje głoszą, że zakonnice mają być siostrami aniołów nieba i aniołów ziemi, czyli kapłanów. Pod zaborem działały w ukryciu. Po pierwszej wojnie występowały pod nazwą towarzystwa filantropijno-oświatowego Labor. Prowadziły pracownie kształcenia zawodowego dla dziewcząt. Wanda zgłosiła się do zgromadzenia latem 1924 roku, miała 17 lat.
Przyjęta na próbę; zgodę cofnięto. Wysłano ją na roczny kurs ogrodniczy pod Wilno. Przyjęta do
nowicjatu; czuje bóle dookoła głowy, w rękach, nogach i boku; usunięta. Chce wstąpić do
bernardynek, benedyktynek, odmawiają. Idzie na kurs gotowania, kończy szkołę powszechną.
Ponownie przyjęta do sióstr anielskich. W 1930 roku składa śluby na trzy lata, wreszcie – śluby
wieczyste. Notuje: jest za głupia, żeby wyrazić własne szczęście.
W kaplicy przy Trockiej w Wilnie usłyszała głos w czasie obłóczyn: – Mam zamiar uczynić z ciebie ofiarę. Jakaś siostra niegrzecznie odpowiedziała przełożonej. Wanda chce cierpieć za ten grzech. I za grzechy własne. I „letnich” księży. Jest gotowa przyjąć każde upokorzenie; pragnie ofiarować cierpienia w intencji kapłanów i zakonów.
Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu pogrąża się w kontemplacji. Głos: – Będą cię mieli za nic; będą cię usuwać. Będziesz napastowana przez szatanów i złych ludzi. Ogarną cię ciemności wewnętrzne.
Jakiś spowiednik nie chce udzielić jej rozgrzeszenia, traktuje ją jak psychicznie chorą. Ksiądz
Tadeusz Makarewicz, przewodnik duchowy, każe jej uznać głosy, które usłyszała, za złudzenia.
W Wielki Czwartek 1934 roku, gdy w nocy modliła się w łóżku, ujrzała Chrystusa konającego.
Przed Bożym Narodzeniem poczuła podczas spowiedzi przeszywający ból w stopach, dłoniach i
boku. Krew!
Zeznania siostry Rozalii, pielęgniarki: „Widziałam, jak w czasie przeżyć z rąk i nóg krew żywo
tryskała. Widziałam, jak płynęła z oczu i często z głowy”.
Przyszedł ksiądz Makarewicz z sakramentem namaszczenia chorych. Chciała ukryć rany. Przy
piecu suszyły się płótna. Zauważył stygmaty.
Nakazał Wandzie pisać dzienniczek.
„Duchu Święty, oświeć mój rozum – prosiła na pierwszej stronie pamiętnika – prowadź moją rękę w pisaniu i w szczerości”.
Napisała wiersz: „Ja depcę marne radości tej ziemi/ Odtrącam czarę słodyczy/ I tęsknię tylko za
cierniami Twymi/ Twoich pożądam goryczy/ (…) I w krwawe tylko przystrojona róże/ Na Twoje
stanę wezwanie/ W wybranym umieścisz mię chórze/ Przy stopach Twoich o Panie”.
Błąd maszynistki Jesteś jeszcze niteczka pajęcza, mówi do niej Jezus. Aby mogła umacniać kapłanów, musi być twarda jak szyna. Ich nieposłuszeństwo gniewa Pana. Rutyna ich wiary. Przywiązanie do rzeczy ziemskich. Brak ubóstwa i pokory. Za mało miłości. Są jak lód.
W zakonach zatykają uszy na głos Pana. Nie jest rozkoszą dla Pana tam mieszkać. Mniej mądrości, więcej miłości. Ty masz być kroplą ożywczą na ich nędzę, mówi głos. Wanda jest piórem w ręku Pana; a co napisze, nie jest zasługą pióra.
Ona mówi: lichotę wybierasz, nędzną, nieuczoną. Pan: Gołąbko, Cherubie, Oblubienico, Iskro
Kapłanów, nie chciej woli własnej, jeno mojej. Tajemnic moich nie przenikniesz. Widzę wszystko,
słyszę każde uderzenie twego serca. Masz mnie ukochać do szaleństwa i dla mnie umrzeć.
Ona: za słaba jest, nie podoła; ludzie w kaplicy świdrują ją ciekawskim wzrokiem. Nazywają: „ta, co przepowiada”. Uchodzi za dziwaczkę, głupią, opętaną. Niech Pan ją prowadzi drogą zwykłej siostry anielskiej. Pan: z ziemi odejdziesz niezrozumiana.
W wileńskim „Słowie” ukazał się artykuł księdza Tadeusza Makarewicza „Zjawisko stygmatyzacji na Wileńszczyźnie”.

Dworek Zgromadzenia Sióstr od Aniołów

Mówi ksiądz Jan Pryszmont: – Po latach rozmawiałem z nim o stygmatach siostry Wandy. Uważał, że to sprawa poważna. Dał dwa uzasadnienia: siostra bardzo cierpi; idea tych cierpień – za kapłanów i zakony – jest wspólna dla wielu mistyków ostatniej doby.
Nadszedł z Rzymu telegram na adres plebanii, do księdza Makarewicza. „Sa Saintete benit
paternellement soeur Wanda Boniszewska”. Ojcowskie błogosławieństwo od papieża podpisane
przez kardynała Pacellego, późniejszego Piusa XII. Był rok 1935.
Minie prawie pół wieku, nim Wanda wyzna, że przenikała ją w tamtym czasie pycha „wybraństwa”.
W 1982 roku ksiądz Czesław Barwicki przekazał biskupowi Julianowi Wojtkowskiemu z Olsztyna do oceny 113 zdań o kapłaństwie, które wypowiedziała w ekstazie. Biskup zakwestionował jedno, jako sprzeczne z dogmatem Przeistoczenia: „Posłuszny jestem na słowa kapłana, łączę się z hostią”. Pisał: „Błąd dogmatyczny wyklucza prywatne objawienie Boże. Całość należy ocenić jako modlitwę duszy pobożnej, która przez złe kierownictwo przywiązała się do wewnętrznych przeżyć, uwierzywszy w swe posłannictwo. Tym samym zakończył się jej postęp w modlitwie mistycznej. Uwikłana w miłość własną spada ze szczebla zjednoczenia ekstatycznego w dół. Tekstów tej osoby rozprowadzać nie wolno”.
Ksiądz Barwicki tłumaczył: zdanie-herezja to skutek błędu maszynistki. W dzienniczku siostry
było: „łącz się z hostią”. Ufność proszę mieć Nawet pranie sprawia jej trudność. Kiedy inne wyrywają zielsko w kapuście, kopią ziemniaki, szorują podłogi, Wandę męczą krwawe wymioty albo gorączka, leży bez siły. Obcięto jej warkocze, bo czesanie zakrwawionych splotów sprawiało jej ból. Przełożona generalna radzi, by modliła się o cofnięcie ran. Czy jej choroba pochodzi od Boga? Czy wizje mają charakter nadprzyrodzony?
Zaleca bezwzględną szczerość wobec przewodnika duchowego, aby uniknąć szatańskich zasadzek. Siostra Aniela, chora umysłowo, wyznaje, że czuje do Wandy wstręt i nienawiść. Wanda się jej lęka. Wydaje im się zbyt pryncypialna – siostrom nie przystoi jeździć na rowerze, mówi Wanda, ani słuchać radia w obcych domach… Nie rozumieją jej.
Podejrzewają gruźlicę. Wanda ma jadać osobno, stać w kaplicy w najdalszym kącie, komunię
przyjmować ostatnia. Wiozą ją do lekarzy. Doktor Odyniec, słynny z leczenia nerwów, w styczniu 1936 roku orzeka: gruźlica. Doktor Borodzicz po prześwietleniu żadnej choroby nie znajduje. Doktor Kisiel mówi: chore płuca, pić wapno, wyjechać na wieś. Jeszcze inny chce jej wykonać odmę płuc, Wanda odmawia. „Rozumiałam dobrze, że moja choroba nie jest udzielająca się”.
Co jakiś czas lekarze będą kłuli jej rany, fotografowali, klepali w policzki, ściskali skronie, trzęśli
głową, pytali o sny. W 1958 roku umieszczą ją na oddziale neurologicznym Szpitala
Psychiatrycznego w Choroszczy koło Białegostoku (po tygodniu zabierze ją stamtąd siostra
Rozalia). W 1962 roku w Lublinie usuną z jej czaszki guz wielkości kartofla.
Ona się będzie modlić, by Jezus uczynił ją zdolną do pracy albo położył kres jej życiu.
Krótko przed wojną metropolita wileński arcybiskup Romuald Jałbrzykowski, jej spowiednik
nadzwyczajny, kieruje do niej słowa pociechy: „…uzbroić się w cierpliwość, ufność proszę mieć…”.
Polecał jej przyjąć dar stygmatów.
Lama, pies, śnieżna białość .Kim jest ten, który idzie ku niej w majestacie blasku? Szata na nim złocista, przetykana czerwonymi wstęgami. Wandę ogarnia ciemność, dotyka krzyża, piękna postać pluje cuchnącą śliną, precz szatanie!
On przybiera postać lamy, psa, namiętnego mężczyzny, śnieżnej białości. „Niewolnicą jego się
stałam”. Wanda zastanawia się: czy z piekła można miłować Boga?
Nie chce przyjąć komunii; jest grudzień 1941 roku. Niech zabiorą z jej pokoju figurkę Matki
Boskiej. Z korytarza ksiądz Barwicki czyni znak krzyża w stronę jej drzwi: – Exorcizo te immunde spiritus…
Zwątpienie napełnia jej duszę. Po co spowiedź? Czy naprawdę w hostii obecny jest Jezus? Ksiądz
nie udziela jej rozgrzeszenia, każe przyjść do spowiedzi nazajutrz rano. W nocy Wanda słyszy
zgrzyty, śmiechy… Myśli: to piekło się cieszy! Ale precz z posłuszeństwem, nie pójdzie do
spowiedzi. Poszła znów ciemność. Widzi księdza z Syberii, on chce popełnić samobójstwo, Wanda walczy o niego w modlitwie. Duszenie za gardło (na jej ciele znaleziono potem ślady – jakby po grubym sznurze). Szatan przekonuje ją, że jeśli chce oddalić grzechy od kapłanów, to ma je wziąć na siebie. Czyli…  popełnić!

Dlaczego siostra słucha podszeptów szatana?
– Tu nie ma szatana, głupstwa ksiądz plecie… I ze zmienioną twarzą, cudzym głosem: – Nie
broń szatanów, bo zdradzisz się…
– Exorcizo te…
Szloch nią wstrząsa, klęka, całuje krzyżyk, prosi o przebaczenie.
Nacjonaliści burżuazyjni tumanią umysły Koniec wojny. Siostry od aniołów wyjeżdżają do Polski, tylko kilka pozostaje w Pryciunach. Ksiądz Czesław Barwicki obejmuje parafię na Białorusi, aresztują go w 1948 roku. W Wilnie służby bezpieczeństwa nachodzą jezuitę obrządku wschodniego Antoniego Ząbka. Od lipca 1946 roku siostry ukrywają go w piwnicy. Spowiada je, ma prawo odprawiać msze w obrządku łacińskim. Pisze biografię Wandy.
– Najpierw przyjeżdżałem do Pryciun raz na dwa tygodnie i odprawiałem mszę świętą w
kaplicy publicznej – opowiada ksiądz Jan Pryszmont. – Kiedy sowieci nakazali kaplicę
zamknąć, czasem odprawiałem mszę tylko dla sióstr. Spowiadałem księdza Ząbka.
Siedziała przy stole, były jej imieniny, czerwiec 1949 roku. Nagle mówi: – Za rok nie będę
tu obchodzić imienin. I tej tutaj nie będzie – wskazała palcem siostrę – i tej… Przyjdzie
wicher i zmiecie Pryciuny. Walenie do drzwi, trzecia rano, Wielkanoc 1950 roku. Rewizja. Znaleźli ojca Ząbka. Fotografują jego papiery, piwnicę, obejście. Pełno wojska. Ciężarówka. Wilno, ulica Ofiarna, cela, smród ludzkich odchodów.
Kopią ją pod kolana. Biją w twarz. Wanda rozmyśla o samotności Chrystusa – więźnia
tabernakulum. Rewizja, stoi naga. Myśli o dziesiątej stacji Drogi Krzyżowej – Jezus z szat
obnażony. Zabrali medaliki, różaniec, gumy do pończoch, zatrzaski, spinki do włosów,
sznurowadła. Wiozą ją na blok szpitalny przy placu Łukiszki. Pochylają się nad jej ranami. –
To żylaki – mówią. – Ma psychozę. Wanda myśli: ot, głupi wy jesteście, choć lekarze…
Fotografię jej rąk ze śladami ran dołączają do akt. Podpis pod zdjęciem: „Jeden z przejawów
szarlatanerii”.
List ojca Ząbka z grudnia 1955 roku do księdza Barwickiego: „Jak mi mówiono – na
przesłuchaniach rąbała twardą prawdę. Wy będziecie tu, a ja będę tam! Pokazywała palcem
w dół, potem w górę”.
Słabnie, przesłuchują ją leżącą na noszach. Zachorowała na zapalenie opon mózgowych.
Wyrok zapadł zaocznie w Moskwie. Rozprzestrzeniała antysowieckie wymysły pod
pozorem kontaktów z życiem pozagrobowym; nielegalnie uczyła dzieci religii, ukrywała
Antoniego Ząbka. Dziesięć lat łagru.
Jeszcze w 1960 roku wydawany w Wilnie po polsku „Czerwony Sztandar” przypominał
historię aresztowań w Pryciunach. Garstka nacjonalistów burżuazyjnych tumaniła umysły
ludu. Ksiądz Ząbek, szpieg Watykanu, aranżował cuda, jakich dokonywać miała pomylona
babina Wanda Boniszewska. Jednak czujność wilnian dopomogła organom radzieckim.
Sto rubli na cukier Moskwa, Czelabińsk, Magnitogorsk, Ural. W lutym 1951 roku transportują siostrę Wandę do łagru Wierchnij Urał. „W ten pierwszy Wielki Tydzień dobrze mi tu było – pisze – jakkolwiek byłam w więzieniu. Ale mocniej Go kochałam i miałam wrażenie, że On mnie
też mocniej jeszcze do krzyża przygważdża”.
W jej baraku mieszkają Austriaczki, Niemki, Finka. – Na literę B – krzyczy strażniczka –
zbierajcie się!
Badanie. – Modlicie się! Podburzacie więźniów! Spiskujecie! Kuglarka, zdechniesz tutaj.
Boże, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. Ten naczelnik, który bił jej głową o ścianę, przyszedł w nocy do jej karceru. – Przekonałem się, że Bóg jest – szepcze – bo sumienie nie daje mi spokoju… I poprosił o przebaczenie. (Wyrzucą go z partii, opuści Wierchnij Urał. Po śmierci Stalina w 1953 roku przyśle siostrze Wandzie sto rubli na cukier).
– Znów Wielki Tydzień, rany się otworzyły. W ekstazie Wanda mówi: Stalin… Beria… Bóg
chce, aby te piekielne wrota pootwierać.
– Na literę B, zbierajcie się!
Opletli ją przewodami elektrycznymi; straciła przytomność.
Ta lekarka, która pochyla się nisko nad jej piersią i słucha bicia serca, szepcze: – Pomódlcie
się za mnie i za moje dzieci.
– Na literę B, zbierajcie się!
Skopali ją. Zmoczyła się na podłogę, płacze z bólu i wstydu.
Zamknęli ją z psychicznie chorymi; w karcerze ze szczurami.
Gdzie jest Bóg, kiedy ona pogrąża się w ciemności? Dręczy ją pokusa samobójstwa, potem
tortura poczucia winy. Uwolnić się… Ale skąd ten zapach kwiatów w kamiennej celi?
Chcą odebrać jej krzyżyk, który zaszyła w buszłacie, więziennej kurtce. Jak w natchnieniu
Wanda przepowiada los każdego z nich. – Milcz, gadzino!
Dyżurny szepcze, że naczelnicy lękają się jej łez, bo są krwawe. Mówi, że walczył o
Warszawę; niech ona się za nim wstawi u Boga, jak umrze.
– Na literę B… Rozebrać się… Wezwali dyżurnego, niech z nią zrobi, co należy, zdaje się, że
ona jeszcze niewinna? Rechot. Wanda wzywa Maryję, zemdlała.
Podobno Stalin umarł. Wypuścili nieuleczalnie chorych. Nowy lekarz przepisał jej mleko w
proszku. Przychodzą paczki od księdza Pryszmonta z Bujwidz. Ten, który ją kopał, jest teraz
więźniem. W grypsie prosi o przebaczenie.
Od prawosławnych więźniarek Wanda otrzymuje czasem komunię świętą. Strażniczki
mówią, że niedługo wyślą Wandę do Moskwy i zobaczy tam piękne metro.
Zło krąży i musi uderzyć – Po co Bogu cierpienie człowieka?
Ksiądz Jan Pryszmont (ze zniecierpliwieniem): – Przecież to jest jeden z najtrudniejszych
problemów teologicznych i filozoficznych. Syn Boży poprzez cierpienie przywrócił
człowieka do życzliwości Bożej. Trzeba spojrzeć na cierpienie w perspektywie zbawienia.
Warto każdą cenę zapłacić za zbawienie.
Kardynał Henryk Gulbinowicz: „Każde trwałe dobro należy okupić cierpieniem – to moja
zasada życiowa”.
Jeszcze w Pryciunach mówił jej Pan: „Chcę, abyś konała tak długo, jak długo można, aby
przebłagać mój gniew. Gdy świat zachłyśnie się gorącą krwią, ja chcę zachłysnąć się
pragnieniem świętości dusz mnie poświęconych”. „Konanie twoje przedłużę do ostatecznej
męki…”. „Cierp, moje Piórko”.
– Ksiądz Dariusz Kowalczyk, prowincjał jezuitów w Warszawie: – Ta mistyczka
werbalizowała swoje doświadczenia w sposób zgodny z jej naturą, wykształceniem i epoką,
w której żyła. Jeśli była wychowana w duchowości zadośćuczynienia srogiemu Ojcu, to
takim językiem wyrażała swoje mistyczne doznania. Współczesny człowiek może ten język
odrzucić, nie odrzucając tajemnicy, jaka się w jej życiu dokonała. Istotą jej doświadczenia
było pragnienie zjednoczenia się z Jezusem Chrystusem na krzyżu, by razem z Nim
zadośćuczynić Ojcu za grzechy świata. Tak rozumiała swoje powołanie: im więcej
cierpienia, tym więcej łaski. Ja się z takim myśleniem nie utożsamiam. Przecież są różne
aspekty „wydarzenia Jezusa”: krzyż, zmartwychwstanie, Jezus nauczający, rozmawiający z
kobietą, przebaczający – Jezus w różnych sytuacjach. Człowiek ma prawo do
zaakcentowania w swoim życiu jednego z tych aspektów; ma prawo podążać bardziej za
Jezusem upokorzonym lub Jezusem chwalebnym. To nie znaczy, że można zupełnie
zapomnieć o krzyżu i wpaść w wielkanocne alleluja. Ale zdrowa religijność szuka
równowagi… Mocne doznania duchowe wpływają na psychikę, ona nie radzi sobie z nimi.
To nie znaczy, że mistyk jest wariatem. Psychika nie jest w stanie tych doświadczeń
duchowych pomieścić… Skąd wątek ofiarowania cierpień za innych? Karl Rahner, wybitny
teolog XX wieku, uważał, że pomiędzy ludźmi – duchami w świecie – istnieje mistyczna
jedność. Co się dzieje w jednym człowieku – wpływa na drugiego. Mistyk wyprowadzi stąd
wniosek: zło, które dzieje się w jednym miejscu świata, ma wpływ na cały świat. Skoro zło
innego wpływa na mnie, to może ja mogę zabrać mu to zło? Skoro jakiś kapłan grzeszy, co
owocuje złem w nim i wokół niego i zasługuje na karę Bożą, to – Panie Boże – nie karz jego,
ukarz mnie… Spraw, by zło, które się rodzi z jego grzechu, przeszło na mnie… Bo zła nie
można unicestwić w sposób magiczny; gdy już raz zostało stworzone przez człowieka,
krąży i musi uderzyć. Człowiek może je tylko wziąć na siebie i w sobie przezwyciężyć.
– Bóg przygląda się złu obojętnie?
– Bóg nie może zła dekretem zlikwidować, bo wtedy z wolnego świata uczyniłby marionetkę.
Znaki
W październiku 1956 roku polska delegacja wita grupę repatriantów na granicy w Brześciu.
Kupiono Wandzie ubranie i wręczono tysiąc złotych.
Odurza ją powietrze w Polsce i przyroda, i śpiew ptaków. „Boję się zbudzić”.
Mieszkała w domach zakonnych w Chylicach, Pogorzałkach, Białymstoku. Była
gospodynią u braci dolorystów w Częstochowie. Często chorowała. Po złamaniu kości
biodrowej w 1980 roku poruszała się już tylko o kulach. Robiła różańce.
Wypytywano ją czasem o przyszłość jakiegoś człowieka, czy Polska odzyska Wilno. Broniła
się: – Nie jestem jasnowidzem. Przepowiedziała, że księża Ząbek i Barwicki przeżyją ją, ale
to ona ich przeżyła.
W czerwcowy wieczór 1963 roku przerywa nagle pacierze i zaczyna odmawiać Anioł
Pański za zmarłego papieża. Dziwią się, bo Jan XXIII jeszcze żyje. Nie było radia w domu.
Nazajutrz prasa doniosła, że papież zmarł poprzedniego wieczora o ósmej czterdzieści
dziewięć.
Czego pragnie dla swojego zgromadzenia – pytano – i dla innych zakonów? Niech
przełożeni mniej trzymają się litery prawa, bardziej kierują się miłością; pragnie więcej
łagodności i dobroci.
Czasem ogarniała ją ciemna chmura i Wanda cierpiała wtedy bardziej niż w łagrze. „Grozi
mi odrzucenie”. Obwiniała się o brak ofiarności i dobrych uczynków. W 1983 roku napisała:
„Mam całkowity pokój duszy i nic mnie nie trwoży”.
Jej rany przestały się odnawiać na początku lat 70. Ból w miejscach znaków pozostał.
„Czy stygmaty miały charakter nadprzyrodzony – pisze kardynał Henryk Gulbinowicz –
powinien osądzić Kościół po zbadaniu całości sprawy”. Nieznane są wyniki badań komisji
powołanej w Wilnie przed wojną.
W domu zakonnym sióstr od aniołów w Chylicach
w holu na pierwszym piętrze wisi obraz namalowany pod wpływem wizji siostry Wandy,
jakiej doznała w czerwcu 1941 roku. Kapłan ukrzyżowany razem z Chrystusem, lecz
Zbawiciel prawie niewidoczny. Po jej śmierci fotografię obrazu opublikowała prasa. Wizja
kapłana jako zastępcy Chrystusa jest mocno przesadzona, uznali ostatnio biskupi; tak się nie
godzi przedstawiać Zbawiciela. Zakazali pokazywania obrazu.
Komisję w sprawie objawień siostry Wandy będzie można powołać wtedy, gdy pojawią się
uzdrowienia za wstawiennictwem zakonnicy lub inne znaki.

Posted in Kościół, Objawienia, Warto wiedzieć | Otagowane: , | 2 komentarze »

Sylwetka Fulli Horak

Posted by Dzieckonmp w dniu 30 marca 2010


Cierpienie
potwierdza mistyczne przeżycia

Moja Stryjenka

Był rok chyba 1950. Jeszcze nie chodziłem do szkoły. I wtedy, nie wiadomo skąd, zjawiła się jeszcze jedna ciocia. Mówiło się o niej „Papcia”, choć miała na imię Zofia. Mówiło się jakoś tajemniczo o niej i o wszystkim, co jej mogło dotyczyć. Dzieciak coś czuł, wiedział, że nie powinien stawiać zbędnych pytań. Nie było cioci, jest Ciocia – świetnie. A Ciocia wróciła z Kołymy. Za pięć lat znalazła się jeszcze jedna Ciocia, zwana Fullą. Też wróciła „stamtąd” – tyle, że wyrok miała dłuższy. I przejścia cięższe. Ich brata – a mego Stryja Kazimierza nie wywieźli na Sybir. Zakatowali go na śmierć w lwowskim więzieniu w 4 dni po moim przyjściu na świat – był koniec grudnia roku 1944. Przy dziecku nie mówiło się ani o Lwowie, ani o Sybirze, ani o podziemnej walce z obydwoma okupantami. Nie poznałem wtedy syberyjskich opowieści. Tę drugą Ciocię, a właściwie Stryjenkę (bo były to siostry mego ojca) otaczała jakaś dodatkowa aura. Była zawsze uśmiechnięta – tak jakoś tajemniczo i pięknie zarazem. Papcia była taka zwyczajna, Fulla – bardziej dostojna. Widziałem, że Tato i Mama odnoszą się do niej ze szczególną atencją. Jako dziecko nie byłem w stanie tego nazwać – to przyszło wiele lat później. Mówiło się też tajemniczo o jakiejś książce, której nigdy nie widziałem. Z rozmów starszych poznałem nawet tytuł: «Święta Pani». Bardzo długo nie znałem jej treści. Dopiero kilka lat przed śmiercią Fulli ciocie powierzyły mi egzemplarz sporządzony metodą odbitek fotograficznych (to był cały album). Po jej śmierci w roku 1993 dostałem oryginalny egzemplarz wydania z roku 1939. „Habent sua fata libelli” – mawiali starożytni Rzymianie. Można by i dzieje tego egzemplarza opowiedzieć…

Dzieciństwo i młodość

Kim była Ciocia Fulla? Lwowianką, która urodziła się w Tarnopolu w roku 1909. Dziadek był Czechem, ale jej bracia ginęli za wolność Polski. Sierżant jednoroczny Tadeusz Horak zmarł zamęczony przez Kozaków na froncie wołyńskim w roku 1919. Podporucznik Marian Horak zginął w roku 1920 prowadząc atak pod Milatynem, pochowany na cmentarzu Orląt Lwowskich – kwatera I, mogiła 31 zaraz naprzeciw katakumb. Ich ojca, a mego Dziadka też tam pochowano – był to ostatni pogrzeb na cmentarzu Orląt, w lipcu 1939 r. A potem to mi sowieci dziadka zaasfaltowali… Gdy bracia ginęli mała Stefcia miała 10 lat. Bo jej imię to „Stefania”, z tego „Stefula”, w skrócie „Fula”, z czasem przez dwa „l”. W jednym z listów do matki Heleny ze zgromadzenia Sacré Coeur pisała: Nigdy nikt nie miał smutniejszego dzieciństwa ode mnie. Gdy myślą przeżywam wszystkie lata, wydaje mi się, że jestem istotą, która drżąc z zimna cofa się w najdalszy kąt klatki, by nie widzieć szpetoty świata. Nikt przecież nie zrobił mi nic złego, tylko brutalna szarość codzienności rosła i rosła dookoła mnie i często żałowałam, że nie urodziłam się ślepa i głucha [SP 24]. Nie dziwię się. Rodzina przeżyła wojenną tułaczkę, Stefcia miała pięć lat, gdy Horakowie ostali się aż w Wiedniu, uciekając przed Moskalami. Potem przyszła śmierć starszych braci. Podziwiam ich matkę, a swoją babcię Domicelę. Dobrze, że nie wiedziała wtedy, co jeszcze przyjdzie.

Stefa studiowała filozofię, skończyła lwowskie konserwatorium – pracowała jako nauczycielka muzyki. Oprócz smutku drążyło ją jakieś niewypowiedziane pragnienie. Znowu fragment listu do zaprzyjaźnionej zakonnicy: Co to jest prawda, Matko? Czuję takie zimno w sercu, jakbym w piersi miała lodownię, a równocześnie miota mną palący głód nieskończoności. Wszyscy mają przewagę nade mną, wszyscy – co nie czują się tak bezpańscy jak ja. I większość ich ma spokój. Nie trawi ich pożerający Płomień-Pragnienie [SP 23]. Te niepokoje, ten cień z czasów dzieciństwa doprowadziły młodą Stefę do niewiary. A umysł miała bardzo dociekliwy i niezwykle bystry. Mnogość skojarzeń, ogromne oczytanie, artystyczne widzenie (i słyszenie) świata, wyczulenie na obecność i potrzeby drugiego człowieka – wszystko to kazało jej odrzucić powierzchowną i tradycyjną religijność. Ale nie Boga. Tego „innego Boga”, którego pragnęła całym swoim jestestwem. Znowu fragment listu: Czy Matka wie, że gdyby Bóg do mnie przyszedł, z otwartością bym Go przyjęła i dałabym Mu się nasycić? Gdybym Go odczuła, serce moje doznałoby ulgi, ciężar, który je ugniata, spłynąłby, a ja odnalazłabym rzeczy niewypowiedziane… Chciałabym wierzyć w Boga… Jaką okrutną zabawkę wymyślił sobie Ten, kto nas stworzył!… A ponad wszystkim ta paląca tęsknota za niepojętą a przeczuwaną – Wiecznością [SP 25-27].

Mistyczne przeżycia

Droga do wiary zaczęła się wraz z jej utratą. Ważnym etapem była choroba. I potem wciąż szukanie. Wreszcie wyjazd do Częstochowy i takie rozumowanie, cytuję: Jeżeli ludzie uzyskują od obrazu łaski związane ze zdrowiem czy sprawami materialnymi, dlaczego bym ja nie miała się pokusić o zdobycie tam światła dla duszy?! [SP 40] Modlitwa, ślubowanie, spowiedź „z dobrą wolą choć bez wiary” [SP 41]. I nic. Niebo milczało. Stefa modliła się „Boże! Jeśli jesteś – daj mi światło!” [SP 41] I światło przyszło, choć nie od razu – dodajmy, że dzięki świadectwu osoby wierzącej, przypadkowo spotkanej na salonach. Był sierpień roku 1935. Wtedy po raz pierwszy Fulla przeżyła obecność kogoś z zaświatów. Wtedy jeszcze nie wiedziała kogo, dowiedziała się wkrótce – była to św. Magdalena Zofia Barat, zmarła 70 lat wcześniej (1865) założycielka zgromadzenia Sacré Coeur. To ona jest tytułową „Świętą Panią”. Nie ona jedna przychodziła do mieszkanka Fulli i jej przyjaciółki Buci przy ul. Kopernika we Lwowie. Drugą znaczącą postacią był kard. Mercier. Poza nimi – wielu świętych: Jan Bosko, Teresa od Dzieciątka Jezus, św. January i św. Sylwester, Andrzej Bobola, Jan Vianney. Także Katarzyna Emmerich, Pierre Giorgio Frassati, Joanna d’Arc. Także jej patron – św. Stefan, św. Mikołaj.

Jak się zjawiali? Bardzo realistycznie. Fulla próbowała np. dotyku szorstkości habitu św. Magdaleny Zofii. Zwracała uwagę na to, czy zasłaniają sobą np. palącą się świecę (miała później taki swój ołtarzyk w pokoju) – zasłaniali; czy przejeżdżający ulicą tramwaj zagłusza wypowiadane przez nich słowa – zagłuszał.

Pod dyktando św. Magdaleny zapisywała kolejne bruliony. Dziwne to było dyktando, cytuję: Weź papier i ołówek. Nie świeć światła. Pisz. Uspokój się, chodź koło mnie. Siadaj bliżej. Usiadłam z zeszytem na kolanach i nagle ołówek zaczął się sam posuwać po papierze. Trzymałam go tylko. Nie wiem, co pisał, bo nie słyszałam żadnego dyktanda. – Zaświeć i przeczytaj [SP 50]. Słowa wtedy zapisane dotyczyły samej Fulli. Potem przyszły objawienia mistyczne. Nie będę ich streszczał. Jest książka. Jej wydanie sfinansował – tak, tak – marszałek Rydz–Śmigły. Niewiele egzemplarzy przetrwało. Był lipiec roku 1939. Większość nakładu spłonęła z Warszawą.

Lata wojny i zesłania

A Fulla? Gdy zaczęła się wojna i sowiecka okupacja we Lwowie, Fulla dalej uczyła w gimnazjum. Już nie była tą skazaną na życie istotą. Pełna energii, zaangażowana jako wychowawca i młodego pokolenia, i wszystkich, którzy do niej się zwracali. Zresztą – to jej oddziaływanie zaczęło się wkrótce po pierwszych objawieniach. A kiedy było trzeba, Fulla czynnie włączyła się w walkę z okupantem jednym, potem drugim. Była łączniczką AK przezwyciężając wrodzony lęk. Objawienia się skończyły. Ale – jak mówiła i pisała – „jej Niewidzialni Przyjaciele zawsze z nią byli”. Ołtarzyk w domu stał się tabernakulum z polecenia arcybiskupa Twardowskiego. Przechowywana tam była Komunia św., którą z pomocą ukraińskiej strażniczki Fulla przemycała uwięzionym i skazanym. I cały czas równolegle trwała jej praca duchowa nad umacnianiem ludzi, nad formowaniem ich postaw i wiary.

Najpierw przyszło aresztowanie obu sióstr – Zofii i Stefy. O przesłuchaniach i warunkach w sowieckim więzieniu we Lwowie mówić nie muszę. Jak w tym wszystkim znalazła się osoba, w której brutalna szarość codzienności rosła i rosła i która często żałowałam, że nie urodziła się ślepa i głucha – ? Jak dnie i noce w samotności, w ciemnej piwnicy, w brudnej wodzie po kostki, w towarzystwie szczurów spędzała mistyczka? Spędzała. I czekało ją więcej. Czekało ją całe piekło ГУЛАГ-y. Wyrok opiewał na 10 lat. Odbyła cały. Darujcie szczegóły – są takie same, jak dla wszystkich, którzy w tym piekle byli. A więc bezduszni enkawudziści, a więc palący głód, a więc pluskwy, a więc zimno, a więc praca ponad siły, a więc poniżenie i odczłowieczenie, a więc choroby… Mistyk walczący z pluskwami – tak można zatytułować rozdział z innej książki Fulli Horak »Niewi­dzialni«. I  jedno zdanie z tejże książki: Wewnątrz cierpienia miałam Niewidzialnych Przyjaciół, którzy odwracali moje myśli ku pięknu [N 284]. Wreszcie przyszła dosłownie próba krzyża. Ciesząc się sympatią zasłużyła w oczach sowietów na ratowanie jej życia. Konieczna była operacja żołądka. W prymitywnych warunkach, bez znieczulenia, bez koniecznych narzędzi wycięto jej cały żołądek i dwunastnicę, z której został mały fragment. Fragment relacji: Po pierwszym cięciu krzyknęłam, a byłam przecież przytomna. Widziałam, jak lekarz wydobył z wnętrza żołądek. Ogarnęło mnie dziwne uczucie błogości. Jakby niewidzialna mgła spływała z góry i otulała mnie szczelnie, że nie odczuwałam tak silnie bólu… Od siódmej rano do drugiej w południe trwała operacja… [N 285].

Zakopane

Po tym wszystkim wróciła do Polski. Zamieszkała w Zakopanem razem z Zofią. I tu zaczęło się coś niesamowitego. Do ich małego mieszkanka najpierw na Krupówkach, później na Chałubińskiego ściągały całe procesje ludzi. Bywało po kilkadziesiąt osób dziennie. Po radę, po modlitwę, po nadzieję. Przychodzili prości górale, przychodziły zakonnice i księża. A i biskup jakiś się trafił. Literaci i poeci, przypadkowi ciekawscy i wierni wielbiciele. To nie było łatwe – godziny spędzane na rozmowach i duchowym uzdrawianiu ludzi. Fulli nieraz brakowało sił. Podziwiałem też postawę Zofii – cierpliwa, uśmiechnięta, parząca kolejne herbaty dla gości… Jeśli Fullę porównać do biblijnej Marii, to Papcia spełniała jakże konieczną posługę Marty.

A trzeba było żyć bez żołądka i dwunastnicy! Zdrowie ciągle zagrożone i sił zawsze mało. Po jakichś 20 latach, był rok chyba 1974 zaczęły się nieustannie wracające ropne zapalenia nerek. Sił było coraz mniej, ludzi nie ubywało. Nieraz siostra odprawiała kolejne procesje. Kilkanaście lat próby w tej chorobie. Ile razy odwiedzałem Ciocię – tyle razy zastawałem ją uśmiechnięta, pogodną, żartującą. Nieraz odprawiałem Mszę św. w mieszkanku na Chałubińskiego. Prosiła wtedy: „Tylko niedługo, nie mam sił”. Wreszcie przyszła kolejna próba – złamanie kości udowej. I 14 miesięcy bolesnego leżenia plackiem, gdy każdy ruch powodował, że odłamki kości od wewnątrz boleśnie raniły mięśnie nogi. Jedyną skargą, jak opowiadała Papcia, było pytanie: „O Jezu, czy to nie za dużo?”

Zdawałem sobie sprawę z narastającego w jej życiu cierpienia. I widziałem, jak pokornie je przyjmuje. Jak nie przeszkadza jej „szpetota świata”, o której w młodzieńczym liście pisała. Egzamin cierpienia, który zdała celująco, stał się w moich oczach pieczęcią uwierzytelniającą jej mistyczne przeżycia.

Stefania – Fulla Horak zmarła w Zakopanem 11 marca 1993 roku. Jej siostra Zofia – Papcia Horak –  17 listopada 1995 roku. Obie są pochowane we wspólnym grobowcu na cmentarzu przy ul. Nowotarskiej (za kaplicą w prawo, potem pierwsza alejka w lewo, za grobami dzieci znowu w prawo).

Pisma

Gdy czytałem książkę «Święta Pani», odezwał się we mnie sceptyk – racjonalista. Nie jestem z tych, co to cudowności widzą gdziekolwiek i na nich budują wiarę. Z lekkim dystansem odnosiłem się do objawień. Jako doktor teologii „ocenzurowałem” treść tych objawień, nie znajdując w nich wszakże niczego, co byłoby niezgodne z nauką Kościoła. Fulla nie miała wykształcenia teologicznego (aczkolwiek była w tej dziedzinie oczytana). Dlatego nie używa języka typowego dla rozpraw teologicznych. Jest to zresztą charakterystyczne dla większość pism mistycznych. Wizjonerzy obdarzeni łaską szczególnego oglądu tajemnic boskich, nie znajdują słów, które mogłyby w pełni oddać ich przeżycia. Moją ocenę potwierdzili dwaj inni teologowie – ks. dr Romuald Rak z Katowic oraz ks. dr Hugo Dollinger z Augsburga (w związku z niemieckim wydaniem «Świętej Pani»). Druga książka mojej Stryjenki nosi tytuł «Niewidzialni», ukazała się w niskonakładowym wydaniu. Zawiera wspomnienia z lat 1938 – 1956 przeplatane filozoficzno–teologicznymi esejami. Jest książką trudną. Nie zawiera opisów mistycznych. Ale wyrasta z żywej wiary i wiarą jest przepełniona. Wiarą, która dojrzewa w ogniu ogromnego cierpienia. Oficjalnie Kościół nie zajął się ani osobą Fulli Horak, ani treścią jej książek. Ja osobiście świadom jestem ważnej rzeczy, która stała się dla mnie ostatecznym argumentem, taką duchową pieczęcią na mistycznych przeżyciach i pismach mojej Stryjenki. To było jej cierpienie…

ks. Tomasz Horak

Książki Fulli Horak:

„Święta Pani”, pierwsze wydanie w Warszawie w roku 1939. Wydań z ostatnich lat było kilka, nie sposób je ogarnąć, książka „żyje” własnym życiem. Wstępy różni wydawcy zamieszczają własne, nie zawsze trafne.

„Besuche aus einer anderen Welt. Offenbarungen an Fulla Horak”, niemiecki przekład „Świętej Pani”, Lippstadt 1998. Adiustacji tekstu dokonałem osobiście, dokonałem też wyboru zdjęć i opatrzyłem je podpisami. Tylko w tym wydaniu wstęp jest mojego autorstwa, oddając – tak uważam – pełnię myśli Autorki. Nie wygrałem z Wydawcą sporu o tytuł. Dosłowny przekład tytułu (Die Heilige Frau) nie wchodził na obszarze jęz. niemieckiego w rachubę. Chciałem jako tytuł dać cytat z książki „Schenke mir Licht!” – „Daj mi światło”.

.
„Niewidzialni. 1938 – 1956”, Kraków 1997 (na okładce błędnie podany rok: 1936).

„Niewidzialni” w formacie PDF.
Aby ściągnąć plik, kliknij prawym przyciskiem myszytutaj. i wybierz polecenie „Zapisz element docelowy jako…”

Krążyły też przedruki ze „Świętej Pani” zatytułowane „Życie pozagrobowe”. Te pirackie wydania lekceważyły prawa Autorki (jeszcze za jej życia!) do integralności tekstu. Wydawca dokonał wiwisekcji książki publikując najbardziej „chwytliwe” części w oderwaniu od jej warstwy mistycznej. Wszystko działo się bez uzgodnienia, a nawet powiadomienia Autorki. Dlatego w ocenie jej spuścizny te okrojone wydania nie mogą być brane pod uwagę.

Skróty: SP = Święta Pani   N = Niewidzialni


Posted in Kościół, Patriotyzm, Prześladowanie Chrześcijan, Uzdrowienia, Warto wiedzieć | Otagowane: , | 1 Comment »

ANNA KATARZYNA EMMERICH O MASONERII KOŚCIELNEJ

Posted by Dzieckonmp w dniu 28 marca 2010


Bł. Anna Katarzyna Emmerich mistyczka i stygmatyczka

Bogusław Kiernicki

3 października odbyły się ostatnie w tym roku beatyfikacje. Ojciec Święty wynosi do chwały ołtarzy pięcioro sług Bożych. Są to: ostatni cesarz Austro-Węgier Karol I Habsburg (1887-1922), Anna Katarzyna Emmerich (1774-1824) – niemiecka mistyczka i stygmatyczka, Pietro Vigne (1670-1740), Joseph-Marie Cassant (1878-1903) i Maria Ludovica De Angelis (1880-1962).
Uwagę przykuwają szczególnie Karol I Habsburg i Anna Katarzyna Emmerich. Może także dlatego, że na pierwszy rzut oka trudno sobie wyobrazić bardziej kontrastowe postaci: cesarz i uboga wieśniaczka. Ale wbrew pozorom łączyło ich zdecydowanie więcej, niż dzieliło: miłość do Boga, pobożność eucharystyczna, heroiczne życie. To doprowadziło ich do uroczystej beatyfikacji.

Anna Katarzyna urodziła się 8 września 1774 r. w ubogiej rodzinie w wiosce Flamske, w diecezji Münster w Westfalii, w północno-wschodnich Niemczech. W wieku dwunastu lat zaczęła pracować jako służąca. Po wielu trudnościach spowodowanych przez ubóstwo i sprzeciw rodziny wobec wyboru życia zakonnego, w 1802 r., w wieku 28 lat, wstąpiła do klasztoru Augustianek w Dülmen. Śluby złożyła po roku nowicjatu – 13 listopada 1803 r. Jak sama powiedziała: „Oddałam się zupełnie niebieskiemu Oblubieńcowi, a On czynił ze mną według swojej woli”.
Kiedy w grudniu 1811 r. władze państwowe zamknęły klasztor, przeprowadziła się do prywatnego domu. Już przed wstąpieniem do klasztoru, głowę Anny Katarzyny naznaczyło znamię korony cierniowej. Kilkanaście lat później – 29 grudnia 1812 r. – na jej rękach i nogach pojawiły się wyraźne stygmaty ran Ukrzyżowanego, a na boku obficie krwawiąca rana w kształcie krzyża. Tę chwilę tak wspominała: „Było to trzy dni przed Nowym Rokiem, mniej więcej o godzinie trzeciej po południu. Rozważałam właśnie Mękę Pańską, prosząc Pana Jezusa, by mi pozwolił uczestniczyć w tych strasznych cierpieniach, a potem zmówiłam pięć Ojcze nasz na cześć pięciu świętych ran… Nagle ogarnęła mnie światłość. Widziałam Ciało Ukrzyżowanego, żywe, świetliste, z rozkrzyżowanymi ramionami, lecz bez krzyża. Rany jaśniały jeszcze silniejszym blaskiem niż reszta Ciała. W sercu czułam coraz większe pragnienie ran Jezusowych. Wtedy najpierw z Jego rąk, a potem z boku i nóg wyszły czerwone promienie, które niczym strzały przeszyły moje ręce, bok i nogi”.
Oprócz łaski stygmatów Anna Katarzyna Emmerich od 4. roku życia miała dar widzenia spraw nadprzyrodzonych, dotyczących męki i śmierci Pana Jezusa, życia Najświętszej Maryi Panny, świętych i uroczystości kościelnych, w których skromna, niewykształcona wieśniaczka wykazywała zadziwiającą znajomość topografii, szczegółów archeologicznych i historycznych, objawionych jej w wizjach wypadków. Najpierw próbowała spisywać je sama, jednak czuła, że to zadanie przerasta jej możliwości.
Kiedy dowiedział się o tym wybitny niemiecki pisarz doby romantyzmu – Klemens Brentano, odwiedził ją, pod jej wpływem nawrócił się i w rezultacie lata 1818-24 spędził przy łożu stygmatyczki, spisując jej relacje. Przychodził dwa razy dziennie, kopiując notatki z jej pamiętnika, a następnie pokazywał jej to, co sam napisał, by mieć pewność, że wiernie oddał jej słowa. „Wiem, że gdyby nie ten pielgrzym – mawiała Anna Katarzyna o Klemensie Brentano – już dawno bym umarła. Jednak najpierw on musi wszystko spisać, bo moje wizje są darem Boga dla ludzi”. Z kolei Brentano tak wspominał te spotkania: „Nie widziałem w jej twarzy czy spojrzeniu cienia wzburzenia czy egzaltacji. Wszystko, co mówiła, było zwięzłe, proste i spójne, a zarazem pełne życia i miłości”.
Anna Katarzyna Emmerich zmarła 9 lutego 1824 r., po okresie szczególnie dotkliwych cierpień. Jak zapisał Brentano, mimo że sama cierpiała, w swych ostatnich chwilach „modliła się przede wszystkim za Kościół i za wszystkich umierających”. Jednak, jak wspominał jej spowiednik, „tego dnia bardzo pragnęła śmierci i często wzdychała: «Przyjdź już, Panie Jezu!»”. Odeszła w opinii świętości. Na jej pogrzeb przybyła cała okoliczna ludność, a gdy po kilku tygodniach otworzono grób, jej ciało było nieskażone.
Po śmierci Anny Katarzyny Klemens Brentano zebrał i uporządkował zapiski, a następnie opublikował je pod tytułem Bolesna męka Jezusa Chrystusa (1833). Kilkanaście lat później – w 1852 r.
Bentano wydał kolejną książkę opartą na jej widzeniach i zatytułował ją Życie Najświętszej Maryi Panny. Książki te, przełożone na język polski już w XIX wieku, były wielokrotnie wznawiane, a w ostatnim czasie w związku z popularnością filmu Mela Gibsona Pasja przeżywają swój prawdziwy renesans.
Proces beatyfikacyjny Anny Katarzyny Emmerich, rozpoczęty pod koniec XIX wieku, został na nowo podjęty w 1972 r. Stolica Apostolska w 2001 r. ogłosiła dekret uznający heroiczność jej cnót, a w lipcu 2003 r. – dekret o autentyczności cudu za jej wstawiennictwem, otwierając tym samym drogę do wyniesienia jej na ołtarze. Kilka miesięcy temu Ojciec Święty ogłosił, że jest jego wolą, żeby jeszcze w tym roku nastąpiła beatyfikacja tej wielkiej Mistyczki, bo – jak powiedział już wcześniej, w czasie pielgrzymki w jej ojczyste strony – „przez swoje szczególne powołanie mistyczne Anna Katarzyna Emmerich uzmysławia nam wartość ofiary i współcierpienia z ukrzyżowanym Panem”.

Źródło: niedziela.pl

wśród wyjątków wizji również takie, które ukazywały przyszłość: stan świata i Kościoła. Przedstawiamy, bez komentarza, fragmenty zatytułowane przez francuskiego wydawcę tych pism Burzyciele, stanowiący zaledwie kilka okruchów z tych pism. Opisują one stan zdeprawowania świata i ciemności duchowe, przez jakie – z powodu oddania się złu – przejdzie ludzkość zanim, jak podaje Katarzyna Emmerich, „w chwili największego niebezpieczeństwa” nadejdzie pomoc. Czyż nie widziała ona obrazu ostatnich lat kończącego się wieku?. A jeśli tak, to i z jej natchnień wynika, że pomoc w czasach odstępstwa możemy znaleźć jedynie w pokornej modlitwie do Maryi – Matki Kościoła i w całkowitej wierności nauczaniu Jej Syna – Jezusa Chrystusa.

Papież Jan Paweł II beatyfikował ją w Rzymie 3 października 2004 roku.

Foto z beatyfikacji

Wprowadzenie do wizji

Ponieważ wizje sa Bożym przekazem danym za pomocą obrazów, często znaczenie danego obrazu jest symboliczne i należy właściwie go odczytać. Dla ułatwienia zrozumienia poniższych wizji podajemy znaczenie niektórych symbolicznych obrazów w nich zawartych:

– piaszczyste miejsce – oznacza pustynię wiary; miejsce wrogie Bogu

– propagatorzy światła- masoni uważają, że ich przekonania są światłem dla ludzi

– jaskinia – symbol loży masońskiej; to są ich kościoły- miejsca zebrań i kultu; zarazem miejsce mroczne, ukryte przed resztą ludzi, oznacza że masoneria działa w ukryciu.

– tajna sekta – to masoneria.

– kościół – pod obrazem kościoła trzeba widzieć całą naukę Kościoła (teologię ), a burzenie kościoła to niszczenie dogmatów i fałszowanie prawd wiary (teologii)

-biały fartuch obszyty na niebiesko – to strój rytualny masonów.

– kielnia – rekwizyt budowniczych; masoni uważają, że na nowo budują świat.

Wyjątki z wizji prorockich Bł. Anny Katarzyny Emmerich

B U R Z Y C I E L E

TAJEMNICA BEZBOŻNOŚCI

Widziałam różne części ziemi. Mój przewodnik wskazał mi Europę i pokazując mi piaszczyste miejsce, wyrzekł te znaczące słowa: «Oto wrogie Prusy». Pokazał mi następnie punkt najbardziej wysunięty na północ mówiąc: «Oto Moskwa niosąca ze sobą wiele zła.» (A III.133)*

Mieszkańcy odznaczali się niesłychaną pychą. Zobaczyłam, że zbrojono się i pracowano wszędzie. Wszystko było ciemne i zagrażające. Zobaczyłam tam świętego Bazylego i innych (przyp. wyd. franc.: na Placu Czerwonym jest katedra św. Bazylego). Ujrzałam pałac o lśniących dachach. Na nim stał szatan na czatach. Widziałam, że spośród demonów związanych przez Chrystusa w czasie jego zstąpienia do piekieł, kilku się niedawno rozwiązało i wskrzesiło tę sektę (masonerii). Zobaczyłam, że inne zostaną uwolnione… (19.10.1823)

Ujrzałam straszne skutki działań wielkich propagatorów „światła” wszędzie tam, gdzie dochodzili oni do władzy i przejmowali wpływy albo dla obalenia kultu Bożego oraz wszelkich praktyk i pobożnych ćwiczeń, albo dla uczynienia z nich czegoś równie próżnego jak używane przez nich słowa: światło, miłość, duch. Usiłowali pod nimi ukryć przed sobą i innymi opłakaną pustkę swych przedsięwzięć, w których Bóg był niczym. (A. III 161)

Mój przewodnik poprowadził mnie wokół całej ziemi. Musiałam przemierzać bez przerwy ogromne jaskinie pogrążone w ciemności. Widziałam w nich ogromną ilość osób błąkających się wszędzie, we wszystkich kierunkach i zajętych mrocznymi dziełami. Wydawało się, że przebiegłam wszystkie zamieszkałe miejsca globu, widząc w nich tylko ludzi pełnych wad. Widywałam coraz to nowe zastępy ludzi, wpadających jak gdyby z góry w to zaślepienie nieprawością. Nie widziałam żadnej poprawy… Musiałam wchodzić w te ciemności i patrzeć wciąż na nowo na złośliwość, zaślepienie, przewrotność, zastawione zasadzki, mściwe żądze, pychę, mamienie, zazdrość, chciwość, niezgodę, zabójstwo, rozwiązłość i straszliwą bezbożność ludzi, wszystkie rzeczy, które jednak nie przynosiły im żadnej korzyści, ale czyniły ich coraz bardziej zaślepionymi, nędznymi i pogrążały ich w coraz głębszych ciemnościach. Często miałam wrażenie, że całe miasta znajdowały się na bardzo cienkiej skorupie ziemi i grozi im wkrótce stoczenie się w otchłań.

Zobaczyłam ludzi wykopujących dla innych rowy lekko zakryte: ale nie zobaczyłam dobrych ludzi w tych rowach ani nikogo, kto by do nich wpadał. Widziałam wszystkich tych złych, jak gdyby byli ogromną ciemną przestrzenią rozciągającą się od jednego krańca ziemi do drugiego. Widziałam ich w nieładzie. W hałaśliwym zamieszaniu, jak na wielkim jarmarku, zakładających różne grupy, podsycające się do zła. Ujrzałam masy ludzi, które mieszały się ze sobą, popełniając wszelkie rodzaje czynów grzesznych. Każdy grzech pociągał za sobą inny. Często wydawało mi się, że pogrążam się jeszcze głębiej w noc. Droga prowadziła stromo w dół. Była przerażająca. Oplatała całą ziemię. Widziałam ludy wszystkich ras, noszących najróżniejsze szaty, wszystkie pogrążone w tych obrzydliwościach. (A II.154)

Często budziłam się pełna przygnębienia i przerażenia. Księżyc świecił spokojnie przez okno, a ja modliłam się jęcząc, aby mi nie kazano więcej patrzeć na te przerażające sceny. Wkrótce jednak znów musiałam wejść w te straszne ciemności i patrzeć na popełniane w nich obrzydliwości. Znalazłam się raz w obrębie grzechu tak strasznego, że wydawało mi się, że jestem w piekle i zaczęłam krzyczeć i jęczeć. Wtedy mój przewodnik powiedział: ‘Jestem przy tobie, a nie może być piekła tam, gdzie ja jestem’. Wydawało mi się, że widzę miejsce bardzo rozległe, w którym więcej było światła dziennego. Było to jakby miasto należące do tej części świata, na której mieszkamy. Zostało mi tam ukazane straszliwe widowisko. Zobaczyłam ukrzyżowanie naszego Pana Jezusa Chrystusa. Zadrżałam aż do szpiku kości, bo byli tam tylko ludzie naszej epoki. Męczeństwo Pana było straszniejsze i bardziej krwawe niż to, które wycierpiał od Żydów. (A.II.157)

Zobaczyłam z przerażeniem wielką liczbę ludzi znanych mi, nawet kapłanów. Wiele linii i ścieżek od tych ludzi, błądzących w ciemnościach, prowadziło do tego miejsca (Ukrzyżowania). (A.II.157)

Kończąc opowiadanie tej strasznej wizji, której wspomnienie przyprawiało ją o ból serca i nic nie mogło skłonić jej do przedstawienia jej w całości, Katarzyna Emmerich powiedziała:

Mój przewodnik rzekł do mnie: ‘Zobaczyłaś obrzydliwości, którym ludzie zaślepieni oddają się w ciemnościach’. Zobaczyłam niezliczony tłum prześladowanych, nieszczęśliwych, dręczonych i męczonych w naszych czasach, w różnych miejscach. I zawsze widziałam, że przez to dręczono Jezusa Chrystusa we własnej Osobie. Żyjemy w czasach godnych pożałowania, w których nie ma schronienia przed złem: gęsta mgła grzechu ciąży nad całym światem i widzę ludzi czyniących rzeczy najbardziej obrzydliwe spokojnie i obojętnie. Widziałam to wszystko w wielu wizjach, gdy moja dusza była prowadzona poprzez liczne kraje całej ziemi. (C. 89)** Potem ujrzałam męczenników nie czasu obecnego (r.1820), lecz czasów przyszłych. Jednak już widzę, jak się ich prześladuje. (A.III.112)

BURZENIE KOŚCIOŁA

Zobaczyłam ludzi z tajnej sekty podkopującej nieustannie wielki Kościół… (A. III.113) i zobaczyłam blisko nich obrzydliwą Bestię, która wyszła z morza. Miała ogon jak u ryby, pazury jak u lwa i liczne głowy, które otaczały jak korona jej największą głowę. Miała pysk szeroki i czerwony. Była w cętki jak tygrys i okazywała wielką zażyłość wobec burzących. Kładła się często pośród nich, gdy pracowali. Oni zaś często wchodzili do pieczary, w której czasami się chowała. W tym czasie widziałam tu i tam na całym świecie wielu ludzi dobrych i pobożnych przede wszystkim duchownych znieważanych, więzionych i uciskanych i miałam wrażenie, że któregoś dnia staną się męczennikami. (A. III.113)

Kościół był już w dużej mierze zburzony, tak że pozostawało jeszcze tylko prezbiterium z ołtarzem. Ujrzałam burzących, jak weszli do niego razem z bestią. Wchodząc do Kościoła z bestią burzyciele napotkali tam potężną niewiastę pełną majestatu. Zdawało się, że spodziewała się dziecka, szła bowiem powoli. Nieprzyjaciół ogarnęło przerażenie na jej widok, a bestia nie mogła postąpić nawet o jeden krok. Wyciągnęła w powietrzu najbardziej wściekłą szyję w kierunku tej niewiasty, jak gdyby chciała ją pożreć. Lecz Ona się odwróciła i upadła na twarz. Zobaczyłam wtedy bestię uciekającą w kierunku morza, a nieprzyjaciele biegli w wielkim nieładzie. (A. III.113)

Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem. (A. II. 202-203)

Kościół św. Piotra był zniszczony, z wyjątkiem prezbiterium i głównego ołtarza. (A. III. 118) Widziałam znowu atakujących i burzących Kościół św. Piotra. Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni. (A. II.414) Znowu miałam wizję tajnej sekty podkopującej ze wszystkich stron Kościół św. Piotra. Pracowali oni przy pomocy różnego rodzaju narzędzi i biegali to tu, to tam, unosząc ze sobą kamienie, które z niego oderwali. Musieli jedynie pozostawić ołtarz. Nie mogli go wynieść. Zobaczyłam, jak sprofanowano i skradziono obraz Maryi. (A. III. 556) Poskarżyłam się Papieżowi. Pytałam go, jak może tolerować, że jest tylu kapłanów wśród burzących. Widziałam przy tej okazji, dlaczego Kościół został wzniesiony w Rzymie. To dlatego, że tam jest centrum świata i że wszystkie narody są z nim na różne sposoby związane.

Zobaczyłam też, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe. (A. III. 556)

CIEMNOŚĆ W KOŚCIELE

Widziałam Kościół ziemski, to znaczy społeczność wierzących na ziemi, owczarnię Chrystusa w jej stanie przejściowym na ziemi, pogrążoną w całkowitych ciemnościach i opuszczoną. (A. II. 352) Wy, kapłani, wy się nie ruszacie! Śpicie, a owczarnia płonie ze wszystkich stron! Nic nie robicie! Och! Jakże płakać będziecie nad tym dniem! Gdybyście choć wypowiedzieli jedno ‘Ojcze nasz’. Widzę tak wielu zdrajców! Nie odczuwają cierpienia, kiedy się mówi: «Źle się dzieje.» W ich oczach wszystko idzie dobrze, byle tylko doznawali chwały tego świata. (A. III. 184) Widziałam też wielu dobrych i pobożnych biskupów, lecz wątłych i słabych. Źli często brali górę. (A. II. 414) Widzę ułomności i upadek kapłaństwa, widzę też przyczyny tego i widzę przygotowane kary. (A. II. 334) Słudzy Kościoła są tak gnuśni! Nie czynią już użytku z mocy, jaką posiadają dzięki kapłaństwu. (A. II. 245)

Dla niezliczonej liczby osób dobrej woli, dojście do źródła łaski z serca Jezusa było zamknięte i utrudnione z powodu zniesienia pobożnych praktyk oraz z powodu zamknięcia i profanacji kościołów. (A. III.167) Cały ten głęboki zamęt, z powodu którego cierpieli wierni, wynikał stąd, że wielu z tych, którzy przyoblekli się w Jezusa Chrystusa, coraz bardziej zwracało się w stronę bezbożnego świata i wydawało się zapominać o cnotach i nadprzyrodzonej mocy Kapłaństwa. W tym wszystkim poznałam, że czytanie genealogii naszego Pana przed Najświętszym Sakramentem w święto Bożego Ciała zamyka w sobie wielką i głęboką tajemnicę. Poznałam bowiem, że nawet pomiędzy przodkami Jezusa Chrystusa – według ciała – liczni nie byli świętymi, a byli wśród nich nawet grzesznicy. Mimo to nie przestali być stopniami drabiny Jakubowej, po których Bóg przyszedł do ludzi. Tak więc nawet niegodni biskupi są nadal zdolni do sprawowania Najświętszej Ofiary i do udzielania sakramentu kapłaństwa wraz z wszelką mocą z nim związaną. (C. 175)

Widziałam wielką liczbę kapłanów dotkniętych ekskomuniką, którzy wydawali się tym nie przejmować, a nawet o tym nie wiedzieli. A jednak byli ekskomunikowali od chwili, gdy wzięli udział w pewnych przedsięwzięciach, gdy weszli do pewnych stowarzyszeń i przejmowali opinie, na których ciążyła klątwa. Widziałam tych ludzi w takiej mgle, że byli jakby oddzieleni murem. Widać z tego jak bardzo Bóg liczy się z dekretami, postanowieniami i zakazami głowy Kościoła i podtrzymuje je, choć ludzie się nimi nie przejmują, przeciwstawiają się im lub wyśmiewają. (A. III. 148) Widziałam, jak smutne były konsekwencje przeciwstawiania się Kościołowi. Ujrzałam, jak ono rosło, a w końcu heretycy wszelkiego rodzaju przybyli do miasta (Rzym). (A. III. 102)

Poznałam, że poganie adorowali niegdyś pokornie bóstwa odmienne od nich samych… Ich kult był lepszy niż kult tych, którzy sami siebie adorują w postaci tysiąca idoli, a pomiędzy nimi nie zostawiają żadnego miejsca Panu. (A. III. 102, 104)

Ujrzałam, jak stawało się oziębłe duchowieństwo i zapadała wielka ciemność. Widok rozszerzył się i wtedy zobaczyłam wszędzie wspólnoty katolickie prześladowane, dręczone, uciskane i pozbawione wolności. Widziałam wiele zamkniętych kościołów. Ujrzałam wojny i rozlew krwi. Wszędzie widać było lud dziki, nieuczony, walczący przemocą. To nie trwało długo. Kościół św. Piotra był podkopywany, zgodnie z planem ułożonym przez tajną sektę. W tym samym czasie uszkadzały go burze. (A. III. 103) Widziałam, jak pomoc przyszła w chwili największego niebezpieczeństwa. (A. III. 104)

Źródło: Czas Króla

Posted in Kościół, Objawienia, Szatan, Warto wiedzieć | Otagowane: , , , | 23 komentarze »

Skandal w katedrze -ze względu na rabina wyrzucono modlących się na różańcu katolików

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 marca 2010


Uwaga wstępna. Jeśli jesteś, drogi Czytelniku, regularnym czytelnikiem “Gazety Wyborczej”, zapoznaj się proszę najpierw z Organonem Arystotelesa, wykładającym prawa rozumowania ludzkiego – inaczej mógłbyś bowiem wyczytać tutaj coś, czego wcale nie napisałem, a nadzwyczajna delikatność poruszanego tematu wymaga pewnych subtelnych rozróżnień…

Conférence de Careme a Notre-Dame de Paris to seria kazań wielkopostnych, głoszonych w paryskiej katedrze Notre Dame w niedzielne popołudnia Wielkiego Postu. Są to specyficzne rekolekcje dla całej diecezji Paryskiej, więc ordynariusz stoi przed nie lada wyzwaniem wyznaczenia odpowiedniego kaznodziei, który odpowiednio przygotuje często oddalone od Boga serca do pobożnego obchodzenia świąt Męki Pańskiej. Tradycja tych specyficznych kazań liczy już ponad sto lat.

J.E. kard. Andrzej Vingt-Trois, arcybiskup Paryża

W tym roku, uznał, że najlepszym pomysłem na kazania wielkopostne będzie przedstawienie II Soboru Watykańskiego jako drogowskazu dla naszych czasów. W ten sposób w I niedzielę Męki Pańskiej kazanie do wiernych miał wygłosić rabin.

Fundamentalna różnica, dzieląca katolicyzm od judaizmu, to kwestia Bóstwa Pana Jezusa i uznawanie Go za Mesjasza. Katolik uznaje Chrystusa za Boga, natomiast żyd (czyli wyznawca judaizmu) za bluźniercę, przez co sam bluźni. Judaizm nadal uznaje prawo Mojżeszowe, które wyrokuje, że człowiek, który czyni się równy Bogu, winien jest śmierci. Skoro Chrystus, który dla żyda nie jest Bogiem, mówi o sobie, że Bogiem jest, to wynika z tego jasno, iż powinien umrzeć.

Słowo “katedra” pochodzi od łacińskiego cathedra i znaczy ‘krzesło’, ’siedzenie’. Pierwotnie oznaczało ono tron biskupi, z którego nauczał ordynariusz – stąd i na uniwersytetach znajdują się katedry, czyli miejsca nauczania, wykładania. Katedra katolicka jest więc w diecezji najdoskonalszym miejscem nauczania prawdy i katolickiego Magisterium, co jest nb. najważniejszą misją każdego biskupa. Katedra nie jest więc salą telewizyjną, kasynem ani też synagogą…

Rekolekcje wielkopostne służą przede wszystkim do odpowiedniego przygotowania dusz do przeżywania tajemnic Męki Pańskiej i Jego Zmartwychwstania. Tyczy się to szczególnie liturgicznego okresu Męski Pańskiej, bezpośrednio poprzedzającego Wielkanoc. Są to najważniejsze święta roku liturgicznego, związane z naszym Odkupieniem.

Rabin Rivona Krygiera

Z podanych wyżej założeń jasno wynika, że zaproszenie rabina Rivona Krygiera w ramach rekolekcji wielkopostnych to wielki skandal oraz prowokacja wobec katolików. Zaprasza się bowiem – w ramach przygotowań grzesznych dusz do Wielkiego Piątku i do miejsca nauczania prawdy objawionej – osobę, która neguje Bóstwo Pana Jezusa i która jest przedstawicielem religii, przynajmniej implicite zgadzającej się z wyrokiem śmierci na Nim wykonanym.

Podczas tygodni poprzedzających wspomniane wystąpienie jedynym publicznym głosem sprzeciwu wobec nadciągającego zgorszenia był głos Bractwa Kapłańskiego świętego Piusa X w postaci komunikatu ks. Régisa de Cacquéraya, przełożonego tegoż Bractwa we Francji. W samym dniu haniebnego kazania znaleźli się w diecezji paryskiej katolicy, którzy nie mogli znieść tej obelgi dla czci Pana Jezusa i naszej Matki Kościoła.

Nadeszło piękne, niedzielne popołudnie; zbliżała się godzina 16. Nawa katedry stopniowo napełniała się ludźmi. Wkrótce też pokazali się – tak rzadko widywani we Francji – duchowni w sutannach. Kardynał Vingt-Trois przedstawił porządek wykładów wielkopostnych, gdy jednak głos miał zabrać rabin, w ławce wstał młody człowiek i donośnym głosem wezwał wszystkich wiernych, aby modlitwą różańcową naprawili mającą odbyć się zniewagę, a także aby modlili się o nawrócenie żydów. Na jego apel, pośród paru krzyków kilku osób zgorszonych tą manifestacją katolicyzmu, odpowiedziało około 50 osób różnego wieku, głównie młodych. Odmawiane wolno i mocno Wierzę w Boga odbijało się, powielane echem, o sklepienie wielowiekowej katedry, stając się dla organizatorów oskarżeniem nie do zniesienia. Katolicki protest zamierzano uciszyć muzyką organową, która po chwili wypełniła całą katedrę. Na nic jednak zdała się muzyka, prośby i groźby organizatorów oraz słuchaczy. Modlitwa wraz z muzyką przepełniały katedrę, wobec czego rozległy się okrzyki:

– Dajcie mu mówić, pytania będą później.

– Niszczycie 40 lat naszej pracy.

– Jak będzie trzeba, to ja was sam wyrzucę (wściekły rektor katedry, biegający wokół modlących się jak tłusta, niegroźna mucha).

– Antysemici i faszyści! (stara śpiewka – w grupie modlących było jednak przynajmniej dwóch rodowitych semitów).

– Rabin też wierzy w Bóstwo Chrystusa. On też jest w drodze (z podsłuchanego dialogu).

Widząc, że nic nie zmieni postawy modlących się osób, rabin wraz z paroma współwyznawcami włożyli na głowę jarmułki, po czym kardynał wraz z rabinem udali się do znajdującego się przy katedrze studia telewizyjnego (przemówienie miało być bowiem transmitowane na żywo), skąd w końcu nadano jego tekst, rozpoczęty mocno łamiącym się głosem.

Po 15 minutach status quo (organy, modlitwa, sporadyczne krzyki i absurdalne dialogi modernistów, sapiący rektor) tę nieco surrealistyczną scenę przerwał jakiś cywil, wyciągając… policyjną “blachę”. Szkoda, że nie zrobił tego przed nosem kardynała i rabina, którzy byli inicjatorami tego całego nieporządku! Wobec blaszanego obrotu sprawy i uznając, że ich stanowisko wobec bluźnierstwa zostało już wyrażone wystarczająco dobitnie, modląca grupa postanowiła dokończyć różaniec na zewnątrz katedry, ruszając procesjonalnie nawą główną. Organy umilkły, a to pozwoliło na uroczyste odśpiewanie pieśni ku czci Męki Pańskiej: Vive Jesu, vive sa Croix! (‘Niech żyje Jezus, niech żyje Jego krzyż!’). Podczas tego wyjścia rozdawano jeszcze ulotki, tłumaczące cel modlitwy i protestu. W końcu grupa, w towarzystwie paru policjantów i błyskających fleszami turystów, zmówiła na klęcząco przed katedrą różaniec, po czym się rozeszła.

Ponieważ i w Polsce znajdą się osoby skłonne do oskarżania prawdziwie katolickiej postawy o antysemityzm i faszyzm, podkreślmy zasadniczy fakt, że chciano uciszyć katolików dlatego, iż zamierzali modlić się na różańcu w katolickiej katedrze podczas wielkopostnego przemówienia żydowskiego rabina. Kto myśli logicznie – nieważne, czy katolik, czy żyd – łatwo zrozumie, iż nie było w tym zajściu nienawiści do rabina jako do Żyda ani tym bardziej nawoływania do pogromu! Był to protest wobec zgody na to, by w katolickim miejscu nauczania głoszono bluźnierstwa. Jeśli zaś ktoś nie myśli logicznie, bo zamiast tego czyta pewien dziennik, którego redaktorzy od razu w takim działaniu dopatrzą się dymu krematoriów, no to cóż można rzec? ślepy ślepego prowadzi�

Wróćmy jeszcze do samego przemówienia. Otóż w jego trakcie rabin stale atakował prawdy wiary katolickiej, na koniec zaś zaproponował jedną światową religię opartą na wspólnych wartościach komunikacji międzyludzkiej. Co ciekawe, swoje tezy opierał na… soborowych dekretach, przede wszystkim zaś na Nostra aetate i Lumen gentium! Rabin Krygier powiedział, że od soboru przestano uważać różne pewniki za pewne, a depozyt wiary za coś niezmiennego, zaś sama idea dialogu zakłada konieczność przyznania, że nie posiada się całkowitej prawdy… Innymi słowy zaproszony przez kardynała rabin w ciągu kwadransa wyrzucił na śmietnik całe nauczanie Kościoła dotyczące Objawienia, promując w zamian ogólnoświatową religię. Trzeba jednak przyznać, że robiąc to, wyświadczył katolikom ogromną przysługę. Pokazał im bowiem, w jaki sposób synagoga traktuje dialog międzyreligijny praktykowany przez dziedziców soboru: spokornieliście, gdyż już nie twierdzicie, że macie całkowitą prawdę objawioną. Teraz razem stworzymy jedną światową religię! Dziękujemy ci, rabinie, za prawdziwą interpretację soboru jako zdrady prawdy katolickiej. Przy okazji gorąco pozdrawiamy zwolenników hermeneutyki ciągłości!

Jeszcze jedna, osobista refleksja. Wśród protestujących nie dojrzałem żadnych zwolenników ruchów Ecclesia Dei. Pozwólcie, że Was zapytam: gdzie byliście, gdy kardynał afirmował swoją obecnością bluźnierstwa pod adresem Jezusa Chrystusa w najdostojniejszej francuskiej katedrze? Gdzie byliście wy, którzy tak często plujecie jadem na własnych biskupów, a gdy przyjdzie dać świadectwo wiary wobec wszystkich, chowacie głowy w piasek? Gdzie byliście, uczeni amatorzy łaciny i śpiewu gregoriańskiego, szczycący się na forach swoją wiedzą liturgiczną, a zapominający, że bez prawdziwej wiary liturgia, choćby i trydencka, jest tylko teatrem? Zabrakło was w tę niedzielę i zabraknie was w przyszłości, bo nie odróżniacie wiary od dyplomacji. Obyście nigdy nie pomylili piuski z jarmułką!

Franciszek Malkiewicz

Źródło: bibuła.com

Posted in Kościół, Prześladowanie Chrześcijan, Warto wiedzieć, Z prasy, Świat innymi oczami | Otagowane: , | 24 komentarze »

Czy z godłem Polski jest coś nie tak?

Posted by Dzieckonmp w dniu 27 marca 2010


Wszyscy znamy legendę o Lechu, który ujrzawszy białego orła, ze skrzydłami rozpostartymi na czerwonym od zachodzącego słońca niebie, zakochał się w krainie koło Poznania, osiedlił się tam, umieścił orła w herbie i dał tym samym początek państwu polskiemu. Tak wyglądały początki orła białego według bajkopisarzy. Historycy mają jednak nieco inną i, chciałoby się rzec, mniej romantyczną wersję wydarzeń. Sądzą oni, że Polanie prawdopodobnie przejęli emblemat orła (który powszechnie był uważany za symbol potęgi i mocy), od cesarstwa rzymskiego.

Tak czy owak, orzeł towarzyszy Polakom od setek lat. Pojawiał się już na pieczęciach i monetach książąt piastowskich. Jako oficjalny herb państwa polskiego zaczął być używany od 1295 przez Przemysła II, nawiązującego do tradycji piastowskiej sprzed rozbicia dzielnicowego. Historia orła jest niemalże tak przewrotna jak historia samych Polaków. Zmiany, których dokonywano w herbie polskim były różnego rodzaju: niekiedy kosmetyczne, a niekiedy, co wynikało z trudnej sytuacji historycznej, bardziej znaczące, jak na przykład w Wielkim Księstwie Poznańskim, kiedy to po rozbiorach obowiązywał herb złożony z elementów polskiego herbu i emblematu zaborców, co w praktyce oznaczało, że orzeł stał się czarny, choć widniał na tradycyjnej, czerwonej tarczy sercowej .

Dziś, zdawać by się mogło, sytuacja polskiego orła jest stabilna. Jednak ku ogólnemu zaskoczeniu zawiązała się inicjatywa obywatelska, dążąca do zmiany aktualnego godła państwowego. Inicjatywa została podjęta przez Ruch Obrony Rzeczpospolitej „Samorządna Polska”. Jest to ruch skupiający liczne organizacje o charakterze patriotycznym i katolickim. Członkowie „Samorządnej Polski” dążą do przeprowadzenia ogólnokrajowego referendum. Aby zobligować do tego Sejm wniosek Ruchu musi uzyskać poparcie co najmniej 500 tys. obywateli polskich uprawnionych do głosowania.

Według ROR „Samorządna Polska” odpowiednim herbem narodowym był ten, z 1919 roku. Jak podkreślają inicjatorzy przedsięwzięcia, na tym godle jest zachowana odpowiednia symbolika, „wyrażająca tradycję narodową i dziedzictwo przodków”. Chodzi tu przede wszystkim o dwa szczegóły: ówczesny orzeł miał „koronę zamkniętą ośmioma pałąkami – symbol pełnej suwerennej władzy i wolności Polski oraz krzyż na szczycie korony – symbol państwa chrześcijańskiego. Korona zamknięta z krzyżem jest też symbolem doczesnej władzy świeckiej nad narodem katolickim oraz wiecznej władzy Chrystusa nad nim”.

Jednak w 1927 roku zmieniono tamto godło na nowe, obowiązujące do dziś i zaprojektowane przez Zygmunta Kamińskiego. Przez lata oficjalnego funkcjonowania godła narodowego, w czasie PRL usunięto koronę, którą przywrócono w 1990 roku. ROR „Samorządna Polska” dopatruje się jednak w aktualnym godle niewłaściwych elementów. Po pierwsze chodzi o otwartą koronę, co autorzy inicjatywy uważają za symbol państwa zależnego oraz o brak krzyża zwieńczającego koronę – symbol detronizacji Jezusa. Po drugie, problemem są też pięcioramienne gwiazdki na skrzydłach orła. Jak mówi jeden z inicjatorów, zbierających podpisy: „Pięcioramienna gwiazda to pentagram, symbol satanistyczny oraz magiczny. Jest on też kojarzony z masonerią okultystyczną i kabałą żydowską.” Podkreśla on też, że pięcioramienna gwiazda stała się symbolem bolszewików i nie może być wpisana w godło Polski.

Drugi nurt oddziaływań ROR „Samorządna Polska” to inicjatywa obywatelska zmierzająca do nadania tytułu Króla Polski Jezusowi Chrystusowi. W 2006 roku podobny pomysł pojawił się już w Sejmie za sprawą kilkudziesięciu posłów.

Posted in Patriotyzm, Warto wiedzieć | Otagowane: | 22 komentarze »

Orędzie, 25. marca 2010

Posted by Dzieckonmp w dniu 26 marca 2010


„Drogie dzieci! Również dziś pragnę was wezwać, byście byli silni w modlitwie nawet w chwili ataku pokus. Chrześcijańskie powołanie przeżywajcie w radości i pokorze, wszystkim dając świadectwo. Jestem z wami i wszystkich was zanoszę przed mego Syna Jezusa, a On wam będzie siłą i wsparciem. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

Posted in Medziugorje, Orędzia | Możliwość komentowania Orędzie, 25. marca 2010 została wyłączona

Ratujmy Mikołaja

Posted by Dzieckonmp w dniu 25 marca 2010


Wpis mimo ciszy w oczekiwaniu na orędzie Matki Bożej Królowej Pokoju.

List od Pani Małgorzaty

Zwracam się z wielką prośbą o modlitwę za mojego bardzo ciężko chorego synka Mikołajka który ma 5 lat.

Mikołajek jest moim jedynym dzieckiem. Do 3-roku życia rozwijal się wspaniale, nagle dostal padaczki potem przestał
chodzić z dnia na dzień, teraz już nie mowi traci wzrok, suche fakty mówią o 8-12 lat życia. Żadnego leczenia ,stan synka ciągle ulega pogorszeniu wiem że w Ameryce jest możliwe zatrzymanie choroby jednak brak współpracy lekarzy,
brak kontaktów uniemożliwia wszystko, zbieramy pieniążki jednak to wszystko mało załamuje się , on tak bardzo chce żyć, jak mam unieść tak ogromny krżyż, nigdy się nie buntowałam wszystko znosiłam z pokorą ale on tak bardzo
cierpi a ma być jeszcze gorzej- ma przestać jeść pić. Aby egzystować musi być podłączony do Piga który poda mu pokarm , będą też problemy z oddychaniem końcowy etap respirator i czekanie na Smierć- niech nam ktoś pomoże tak bardzo go kocham.
Zastanawiam się czy byłaby jakaś możliwośc odprawienia mszy u grobu Ojca  Swiętego proszę do mnie napisać ,czekam proszę się modlić za moje dziecko i za mnie bym nie zwątpiła.
Bóg zapłać
Malgorzata Janik
Młynne1 Limanowa 43-651 tel.0183376-248 poniosę wszelkie koszty
pieniężne związane z odprawieniem mszy.

MIKOŁAJ urodził się 26.11.2004 r. Podobnie jak Anetka do trzeciego roku życia rozwijał się normalnie jak każde zdrowe dziecko. Pierwszy atak padaczki  w trakcie którego stracił przytomność  na  około 10 minut zaniepokoił rodziców, tym bardziej, że ataki te zaczęły się powtarzać.
W trakcie badania EEG stwierdzono obecność zmian napadowych, rozpoznano u dziecka padaczkę. Kolejne badania ujawniły torbiel szyszynki, poszerzenie przestrzeni podpajęczynówkowych na sklepistościach półkul mózgu, poszerzenie komory czwartej, wskazujące na zanik móżdżku oraz nieznacznie zmniejszone rozmiary pnia mózgu.  Kolejne badania lekarskie wykazały: nadciśnienie tętnicze, zespół hemolityczno-mocznicowy, zaburzenia rozwoju psychoruchowego.
Ostatnie badania potwierdziły że  choroba Mikołajka, to choroba Battena typ 2 cerulipofuscynoza.
Niestety, w tej chwili już nie porusza się samodzielnie, chodzi tylko podtrzymywany pod pachami,  ma bardzo ograniczone zdolności manualne, mówi tylko pojedyncze słowa. Wymaga stałej opieki przy wszystkich czynnościach życiowych.  Mikołaj przeszedł trzy operacje, był dializowany. Niebawem przejdzie badania w kierunku Ceroidoli potusyntozy ataksji typu drugiego. Jeśli wynik okaże się pozytywny, na dzień dzisiejszy leczenia nie ma, jednak istnieje możliwość przeszczepu komórek macierzystych, który zatrzymuje przebieg choroby i poprawia stan chorego. Obecnie w USA  prowadzone są w tym kierunku badania eksperymentalne.  Niedługo ma być „nabór” dzieci także z Polski. Liczymy, że wśród tych dzieci znajdzie się także Mikołajek.  Wyjazd taki wiąże się z ogromnymi  nakładami pieniężnymi, dlatego rodzice Mikołaja za pośrednictwem Stowarzyszenia Limanowska Akcja Charytatywna proszą wszystkich ludzi „dobrej woli” o pomoc w zbieraniu pieniędzy na wyjazd. Wierzą, że czas i ograniczenia finansowe nie staną się barierą nie do pokonania dla ich synka.

Wszystkim, którzy mogą pomóc w leczeniu i rehabilitacji MIKOŁAJA podajemy numer naszego konta:  53 8804 0000 0000 0021 9718 0001
na który należy dokonywać wpłaty (z dopiskiem „MIKOŁAJ”)


DO DNIA DZISIEJSZEGO (24.03.2010 r.)
NA KONTO MIKOŁAJKA  wpłynęło 3427.76 zł. ZA UZBIERANĄ
DO TEJ PORY KWOTĘ WSZYSTKIM OFIARODAWCOM BARDZO DZIĘKUJEMY

Posted in Apel, Prośba o modlitwę | 1 Comment »

W oczekiwaniu na orędzie Matki Bożej

Posted by Dzieckonmp w dniu 25 marca 2010


25 marca – czwartek  zapraszamy – jeśli to możliwe – aby zapalić świeczkę obok krzyża a pod krzyżem obrazek  Matki Bożej i modlić się na Różańcu  od 17:00 do 18:00 jako wyraz wdzięczności  Bogu i cześć dla Królowej Pokoju za obecność wśród nas. Można powiadomić i zaprosić inne osoby.
Modlimy się,  szczególnie we wszystkich  intencjach Matki Bożej oraz  prosimy o błogosławieństwo Boże i ochronę dla siebie, i swojej rodziny.

Królowo Pokoju prosimy daj temu  światu pokój

Dzieci proszą – ratuj je


Posted in Medziugorje, Prośba o modlitwę | Otagowane: | Możliwość komentowania W oczekiwaniu na orędzie Matki Bożej została wyłączona

Kapłan wobec ofensywy ideologii neomarksizmu i postmodernizmu we współczesnym świecie

Posted by Dzieckonmp w dniu 24 marca 2010


Kapłani Chrystusowi, a zwłaszcza ci electi electorum, jakimi są księża profesorowie, mają obowiązek prowadzić ten błądzący i cierpiący lud od beznadziejności fałszywych ideologii i ich kultów oraz od konsumpcyjnego, horyzontalnego tylko widzenia świata – ku niewzruszonej Bożej nadziei na autentyczne, nieutracalne szczęście, za którym tęskni każde ludzkie serce.

Kluczowym tematem ewangelicznego nauczania Kościoła powinno być orędzie o nadejściu Królestwa Bożego, którego proklamacją było Zmartwychwstanie Jezusa.

JE ks

JE ks. bp Stanisław Wielgus – ordynariusz płocki

Kapłan wobec ofensywy ideologii neomarksizmu i postmodernizmu

we współczesnym świecie

Konferencja wygłoszona do księży profesorów

Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie

Jako ludzie żyjący od lat życiem Kościoła i tak bardzo zintegrowani z kapłańskim posłannictwem, odnotowujący przy tym wszelkie – pozytywne i negatywne – zjawiska w życiu religijnym współczesnego człowieka, dostrzegamy niezwykle dynamiczne zmiany natury ideowej zwłaszcza młodych pokoleń, w tym także młodzieży seminaryjnej, z którą od lat pracujemy jako profesorowie i wychowawcy. Jest, moim zdaniem, wiele przyczyn tych zmian.

Przyspieszony, dokonujący się w postępie geometrycznym rozwój nauki i technologii powoduje między innymi zmianę obrazu świata w mentalności współczesnego człowieka. Niegdyś był to obraz niezmienny. Wszystko wydawało się ludziom trwałe, nienaruszalne, takie samo przez całe lata, a nawet wieki. W ostatnich wiekach, dzięki lawinowo następującym odkryciom naukowym w różnych dziedzinach wiedzy – zwłaszcza w naukach matematyczno-przyrodniczych, medycznych i technicznych, ustalenia naukowe – zarówno dotyczące makrokosmosu, jak i mikrokosmosu – poddawane są ciągłej, niekończącej się rewizji. Pociąga to za sobą ustawiczne zmiany cywilizacyjne i kulturowe w zakresie życia codziennego. Zmiany te są przy tym coraz szybsze i coraz głębsze. Wystarczy przywołać w tym względzie wpływ na życie współczesnego człowieka rewolucji elektronicznej i informatycznej, która dokonała się tak niedawno i jeszcze trwa, by nie mieć co do tego większych wątpliwości.

W konsekwencji tych ustawicznych zmian w świadomości współczesnych społeczeństw coraz powszechniej utrwala się przekonanie, że także prawdy wiary i zasady moralne należy traktować jako rzeczywistość podlegającą heraklitejskiemu prawu zmienności. Nie tylko zmieniający się pod wpływem odkryć naukowych obraz świata wpływa na to zjawisko.

Ogromny wpływ na dynamiczne i relatywistyczne traktowanie rzeczywistości religijnej miały i mają określone – oświeceniowej zwłaszcza proweniencji – filozofie i ideologie. W naszych czasach taki wpływ na świadomość milionów ludzi ma ideologia materialistycznego neomarksizmu, kwestionująca konsekwentnie jakikolwiek transcendentny wymiar rzeczywistości; odrzucająca istnienie Boga oraz świata ducha, a człowieka sprowadzająca do jednego z gatunków zwierząt istotnie nieróżniącego się od innych. Pod wpływem neomarksizmu – który rozwija się dynamicznie, przybierając różne nazwy, w tym nazwę „Nowej Lewicy”, od drugiej zwłaszcza połowy XX wieku, znajdują się w licznych krajach zachodnich szczególnie, ale także i u nas, ważne ośrodki polityczne, dominujące na rynku media oraz co należy szczególnie podkreślić, środowiska uczelniane, zwłaszcza z obszaru filozofii, politologii, socjologii, pedagogiki czy psychologii.

Drugą ideologią, wpływającą w sposób jeszcze bardziej skuteczny na zmianę obrazu Boga, religii i Kościoła w świadomości wielu współczesnych ludzi, jest postmodernizm, który głosi agnostycyzm i relatywizm, i to zarówno w sferze moralności, z której eliminuje pojęcie grzechu oraz różnicę między dobrem i złem, jak i w sferze poznawczej – głosząc, że niezmienna i obiektywna prawda nie istnieje, a także w sferze religijnej, kiedy stawia znak równania między wszystkimi religiami, sektami i wierzeniami. Postmodernizm odrzuca jakiekolwiek stałe zasady moralne, jakąkolwiek etykę kodeksową i jakiekolwiek zakazy czy nakazy moralne. Zgadza się na religię, ale taką, która byłaby elementem światopoglądu konsumpcyjnego, to znaczy pełniłaby funkcje terapeutyczne, podejmowałaby działania charytatywne i dawałaby ludziom potrzebne im przeżycia, a zwłaszcza poczucie bezpieczeństwa; która funkcjonowałaby wyłącznie w horyzontalnym, doczesnym wymiarze życia ludzkiego, i która nie miałaby wymiaru wertykalnego, skierowanego ku Bogu i objawionemu przez Niego prawu moralnemu. Jeśli Bóg istnieje, to po to, mówią postmoderniści, aby służyć człowiekowi. W tym ujęciu to nie człowiek ma służyć Bogu, lecz Bóg człowiekowi, dając mu poczucie bezpieczeństwa i akceptując jego wolność do wszystkiego i od wszystkiego. Religia w postmodernistycznym ujęciu ma dostarczać radosnych przeżyć. Ma być źródłem przyjemności i zabawy dla człowieka ze współczesnego społeczeństwa nastawionego wyłącznie na zabawę, mocne przeżycia, seks i zakupy. Religia powinna bawić, pocieszać i uzdrawiać. Jeśli natomiast stawia jakiekolwiek wymagania, jeśli domaga się opanowania swoich instynktów, ofiarności, służby i wyrzeczenia – należy ją odrzucić jako fałszywą. Kościół w postmodernizmie traci swój autorytet w kwestiach moralnych, ponieważ jego zdanie traktowane jest jako głos niewiele znaczącej politycznie, ekonomicznie i medialnie społeczności. Przestaje być sumieniem społeczeństwa. W takim postmodernistycznym ujęciu traci także autorytet w kwestiach religijnych odnoszących się do prawdziwości i integralności nauczania wiary. Wielu ludzi ulegających tym bardzo lansowanym przez niezliczone media i ich autorytety wpływom mówi dziś wyraźnie: religia – tak, ale Kościół z jego integralnym depozytem – nie. Odczuwając potrzebę religii, ludzie ci popadają w najdziwniejsze kulty i sekty. Ulegają najbardziej irracjonalnym wpływom. Odrzucając wiarę w prawdziwego Boga, zaczynają wierzyć w byle co. Rynek odpowiada na zamówienie. Księgarnie, media i najrozmaitsze kluby pełne są ezoterycznych, irracjonalnych wydawnictw i treści. Pojawia się nowa postać bliżej nieokreślonej religii, będącej zlepkiem z odłamków najróżniejszych wierzeń, magii, astrologii, parapsychologii, spirytyzmu itd., a przy tym ostrej, bezwzględnej krytyki Kościoła katolickiego, któremu – gdy konsekwentnie broni obiektywnej prawdy, rozumu i niezafałszowanej wiary – zarzuca się fanatyzm i nienawiść. Modelową religią tego typu jest oparty na astrologicznych, całkowicie irracjonalnych dywagacjach, New Age ze swoim majaczeniem o przechodzeniu ludzkości z pełnej nienawiści i wojen chrześcijańskiej „epoki Ryb” w pochrześcijańską, ogarniętą wiecznym pokojem i miłością „epokę Wodnika”. Te mrzonki nie są zresztą czymś nowym. Mają swoje zakorzenienie w pradawnych mitach o utraconym „złotym wieku”, a w sposób szczególnie jednoznaczny wyraziły się w wizjach dwunastowiecznego autora Joachima de Fiore (rozróżniającego trzy epoki w historii ludzkości: Ojca, Syna i epokę wiecznego pokoju Ducha Świętego, rozpoczynającą się jakoby w jego czasach). Zatem nie jest to żaden „New Age”, lecz „Old Age”. Te i inne elementy postmodernistycznej ideologii trafiają dziś do wielu współczesnych ludzi, nierzadko katolików, powodując istotne zmiany w ich rozumieniu religii Chrystusowej. Z tej ideologii rodzi się między innymi nieintegralne traktowanie wiary katolickiej, co wyraża się w słyszanych przez nas nieraz sformułowaniach: Jestem katolikiem, ale nie odpowiada mi ta i ta prawda wiary, albo to i tamto przykazanie itd. Skoro wszystko się zmienia – myślą tacy ludzie – to zmianom musi podlegać także depozyt wiary katolickiej, a zwłaszcza obraz Boga, a także obraz religii, Kościoła, człowieka, prawa moralnego itd. Z takiej postawy zrodził się niebezpieczny dziś, fałszywie rozumiany pluralizm teologiczny, stawiający znak równania między wszelkimi religiami, a także pluralizm etyczny, eliminujący pojęcie obiektywnego dobra moralnego, zła i różnicy między nimi.

Współczesny angielski poeta Steave Turner w swoim pełnym ironii wierszu zatytułowanym „Credo” tak przedstawia światopogląd współczesnego zachodniego, poddanego ideologii postmodernizmu człowieka:

Wierzy tylko w to, że Jezus był dobrym człowiekiem, podobnie jak Budda, Mahomet i my sami.

Wierzy, że był niezłym kaznodzieją, choć nie uważa, żeby wszystkie jego morały były dobre i potrzebne.

Wierzy, że wszystkie religie są w zasadzie takie same, ponieważ wszystkie wierzą w miłość i dobroć, a różnią się jedynie takimi drobiazgami, jak: stworzenie świata, grzech, niebo, piekło, Bóg i zbawienie.

Wierzy w to, że po śmierci jest tylko nicość, a jeśliby tam jednak coś było, to bez wątpienia będzie to niebo dla wszystkich; no, może z wyjątkiem Hitlera, Stalina i Dżyngis–chana.

Wierzy w seks przed małżeństwem, w czasie małżeństwa i po nim.

Wierzy, że cudzołóstwo to frajda.

Wierzy, że „seks inaczej” też.

Wierzy, że tabu jest tabu.

Wierzy, że wszystko idzie ku lepszemu. Wbrew temu, na co wskazują dowody.

Wierzy, że coś jednak jest w horoskopach, w UFO i w wygiętych na odległość przez medium łyżeczkach.

Wierzy w końcu głęboko w to, że nie ma żadnej prawdy absolutnej – z wyjątkiem prawdy, że nie ma absolutnej prawdy.

Całe to szczególne credo głoszone jest dziś powszechnie przez tzw. poprawność polityczną wyrosłą z postmodernizmu, a bezpośrednio z amerykańskiego pragmatyzmu i darwinizmu socjologicznego, na którą niedawno tak ostentacyjnie powoływał się redaktor naczelny pewnej znanej gazety, gdy składał zeznania w sprawie Rywina i oburzyło go wyrażenie „pedał” wypowiedziane przez pewną posłankę. „Poprawność polityczna” zrodziła się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych. Autorem tego określenia, zresztą nieadekwatnego językowo, był amerykański językoznawca i antropolog Franz Boas, słynny obrońca Indian. Ze słusznego protestu wobec niesprawiedliwości, political correctness przekształciła się (odchodząc od prawa naturalnego, Dekalogu i rozumu) w demagogiczną ideologię, zawzięcie ścigającą i wszelkimi sposobami atakującą rzekomych wrogów wolności i równości, w tym na pierwszym miejscu Kościół katolicki. Jak powiada w swojej znakomitej książce pt. „Umysł zamknięty” wybitny filozof amerykański Allan Bloom, political correctness – która ma, według zamierzeń lewicowych liberałów, zastąpić etos chrześcijański – jako swój główny, nienaruszalny dogmat głosi relatywistyczną tezę o względności prawdy. Głosi ją jako wymóg moralny, od którego spełnienia zależy wolność społeczeństw. Jeśli ktoś oświadcza, że wierzy w prawdę niezmienną, absolutną – automatycznie jest publicznie napiętnowany jako zwolennik nietolerancji, fanatyzmu, fundamentalizmu, zabobonu itp.; jako ktoś, kto podżega do nienawiści, wojny, ksenofobii. Wyznawcy poprawności politycznej wyrażają przekonanie, że bez relatywizmu nie można zbudować popperowskiego otwartego społeczeństwa, które ich zdaniem stanowi najdoskonalszy model życia społecznego i politycznego. Nic dziwnego, że za największe zagrożenie dla otwartego społeczeństwa sterowanego przez liberalną demokrację uważają zwolenników prawdy absolutnej. Wychowani na antychrześcijańskiej filozofii oświeceniowej marksistowscy bądź marksizujący lewicowi intelektualiści, artyści, nauczyciele, dziennikarze, politycy od pięćdziesięciu lat wmawiają ludzkości, że jak wykazuje historia, w przeszłości świat był szalony, ponieważ żyli na nim ludzie, którzy uważali, że znają prawdę obiektywną i niezmienną. Ich przekonania prowadziły do wojen, prześladowań, niewolnictwa, ksenofobii, antysemityzmu, rasizmu, szowinizmu itd. Zatem, aby pozbyć się tego „zarzewia zła”, należy przestać się spierać o to, kto ma rację, jaka jest prawda, i przyjąć za pewnik, że nikt nie ma racji poza tymi, którzy głoszą, że racji nikt nie ma. Stąd teza, że wszystkie kultury są jednakowo wartościowe, podobnie wszystkie obyczaje, zachowania itp. W zakłopotanie wprawia głoszących taką tezę ludzi pytanie: Czy tyle samo wart jest obyczaj palenia żywcem wdów wraz z ich zmarłymi mężami, co obyczaj udzielania im opieki i ochrony?

Tak zwana liberalna edukacja, prowadzona w Ameryce i w Europie Zachodniej przez szkoły, uczelnie, media i inne siły, ma na celu jedno: wyrobienie w ludziach cnoty otwartości na wszystko oraz skuteczne zniszczenie modelu człowieka racjonalnego, odróżniającego dobro od zła i prawdę od fałszu, przedsiębiorczego, uczciwego, oddanego własnej rodzinie, kochającego swój kraj – przez eliminację wartości: narodowych, rodzinnych, rasowych, klasowych, religijnych, kulturowych, w tym wszelkich wartości osadzonych w ludzkiej naturze. Liberalna edukacja nie przyjmuje żadnego niekwestionowanego zespołu przekonań uchodzących za naturalne dla wszystkich ludzi. Jak kosz na śmieci jest za to otwarta na wszystkie style życia, ideologie i ludzkie zachowania. Jest to realizacja istniejącego od samego początku w myśli liberalnej pędu ku niczym nieograniczonej wolności, by żyć, jak się komu podoba. Piewcy tego poglądu formułują go jednoznacznie. Izajasz Berlin twierdzi, że najgroźniejsze dla wolności są wartości moralne, bo zawężają możliwości człowieka. Zmarły niedawno John Rawls domaga się, aby w życiu społecznym zapanował w sposób bezwzględny priorytet wolności, traktowany jako imperatyw, który musi być realizowany aż do osiągnięcia celu.

Taką nieograniczoną wolność można osiągnąć jedynie wtedy, gdy nie istnieją żadne pewniki: ani religijne, ani moralne, ani filozoficzne, ani żadne inne. Dlatego z takim uporem i nakładem wszelkich środków liberalna edukacja podejmuje najróżniejsze działania, aby wmówić ludziom, że nie są w stanie wiedzieć, czym jest dobro i czym jest prawda; aby ich przekonać, że nie ma żadnych absolutów. Absolutna jest tylko wolność. Dla osiągnięcia swojego celu, tzn. dla wyeliminowania tzw. przesądów blokujących ludzką wolność, liberałowie wykorzystują nauki społeczne, historię, filozofię i inne dziedziny wiedzy. Na przykład antropologia w ich ujęciu nie ma na celu przekazania studentom wiedzy na temat kultur z określonych miejsc i epok, lecz uświadomienie im, że ich preferencje, tj. wyższość jednej kultury nad drugą, były przypadkowym wytworem miejsca i czasu. Jak pisał John Rawls, żaden naród i żadna jednostka nie może się uważać za wyżej rozwiniętą od innych. W konsekwencji światowej sławy uczony czy artysta nie może być uważany za wybitniejszego od osobnika, którego całe życie zeszło na pasożytniczym bytowaniu i spożywaniu alkoholu. Czynienie jakichkolwiek rozróżnień jest naganne moralnie z punktu widzenia poprawności politycznej. Tak więc w duchu liberalnej edukacji należy zdławić – przy pomocy nauczycieli, kramarcznej i pokracznej hollywoodzkiej kultury i odpowiednich mediów – ludzki rozum i ludzką naturę. Do tego celu należy także ustanowić odpowiednie prawo. Żądzą, pasją i tak zwanym zaangażowaniem zastąpić rozum. Naturalną duszę ludzką zastąpić duszą sztuczną. Sztucznie wymusić poważanie dla wszelkich mniejszości, zwłaszcza seksualnych; zdyskredytować religię chrześcijańską i dotychczasową kulturę, opartą na myśli greckiej, prawie rzymskim oraz chrześcijaństwie. Postarać się o wyeliminowanie z życia publicznego symboli religijnych, sam kult religijny i życie religijne spychając – w najlepszym razie – do zamkniętej, prywatnej sfery. To dlatego prezydent Chirac i jego „współbracia” tak zaciekle walczą przeciw wzmiance o Bogu i chrześcijaństwie w preambule do konstytucji europejskiej. To dlatego w sierpniu 2003 r. w stanie Alabama usunięto z tamtejszego sądu 2,5–tonowy postument z tekstem Dekalogu. To dlatego usuwa się krzyże ze szkół w krajach rdzennie katolickich (Włochy, Bawaria). To dlatego różne instytucje europejskie i amerykańskie wydają swoim pracownikom zakazy zamieszczania informacji o śpiewaniu kolęd i wysyłania kartek świątecznych z jakimikolwiek symbolami religijnymi. To dlatego wspomniany wyżej Chirac 17 grudnia 2003 r. opowiedział się za usunięciem ze szkół wszelkich symboli religijnych i dywaguje na temat dopuszczalności noszenia krzyżyków na szyi. Być może pragnie powtórzenia tego, co robiły bezbożne rewolucje: francuska, bolszewicka, meksykańska, hiszpańska i inne, które niszczyły wszelkie symbole religijne, amputowały krzyże itp., zapominając o tym, że aby zniszczyć religię, trzeba by zniszczyć człowieka, bo to przede wszystkim w jego sercu są wyryte religijne symbole.

Ludzkość dwudziestego wieku przeżyła dwa straszliwe, bezbożne ze swej istoty totalitaryzmy, gwałtownie i krwawo zwalczające religię: komunizm i hitleryzm.

Obecnie mamy do czynienia z innym antyreligijnym totalitaryzmem, a mianowicie totalitaryzmem bezideowości. Wszystkie powyższe totalitaryzmy pochodzą z jednego intelektualnego źródła, a mianowicie z antychrześcijańskiej myśli oświeceniowej, która nienawidzi religii i dąży konsekwentnie do ustanowienia „państwa ateistów”. Narody niestety mało się uczą z przeżytej historii albo szybko zapominają o tym, co przeżyły. Niemcy po II wojnie światowej – mając świadomość niewyobrażalnych wprost zbrodni, do jakich doprowadzili, żyjąc i działając według hitlerowskiego prawa oderwanego od Boga i Jego Dekalogu – aby się ustrzec tego na przyszłość, wprowadzili do swojej konstytucji odwołanie się do Boga. Dziś zaczynają to bagatelizować. Prośmy Boga, aby oni i inne narody uświadomiły sobie starą historyczną prawidłowość, że ten, kto łatwo zapomina o dokonanych w przeszłości zbrodniach, będzie je musiał przeżyć raz jeszcze.

W ten sposób liberalna edukacja wykorzenia prawdziwy cel wychowania, jakim jest wszechstronne ukształtowanie człowieka, by wiódł godziwe życie. Należy stwierdzić, że tego rodzaju „otwartość”, która neguje rolę rozumu, dokonuje destrukcji w zakresie nauki, filozofii, teologii i religii w społeczeństwie. To, że ludzie wypowiadają różne poglądy, nie jest dowodem na to, że żaden z tych poglądów nie jest prawdziwy i że wszystkie są sobie równe. Zawsze wiedziano o tym, że istnieje wiele sprzecznych ze sobą poglądów na dobro, ale traktowano to jako bodziec do prowadzenia badań na temat, co rzeczywiście jest dobre, a co złe. Współcześni relatywiści uważają takie badania za niemożliwe. W ten sposób uśmiercają prawdziwą otwartość i głoszą jej karykaturę. Otwartość poprawności politycznej bowiem to tylko schlebianie bieżącym gustom, kompletny subiektywizm i naśladowanie najbardziej prymitywnych wzorców. Rodzący się z takiej postawy i rozpowszechniany dziś subiektywizm religijny wyjaławia duchowo i sam nic nie wnosi. Społeczeństwa, które mu ulegają, nie wychowują już dzieci, lecz tylko je hodują. Nie mają im do zaofiarowania nic istotnego, jeśli chodzi o wizję rzeczywistości, wzorce do naśladowania czy poczucie głębszej więzi z bliźnimi. Aby przetrwać i wypełnić swoje zadania, rodzina wymaga delikatnego połączenia natury i nadnatury, wymiaru ludzkiego i wymiaru boskiego. Podstawą rodziny jest zrodzenie dzieci, lecz jej celem jest wychowanie kulturalnych ludzkich istot, nauczenie odróżniania dobra od zła, wpojenie szacunku dla autorytetu boskiego i ludzkiego, nauczenie praw boskich i ludzkich. Rodzina powinna znać przeszłość i mieć program na przyszłość. Powinna umieć oprzeć się oszustwom we wszystkich wymiarach. Powinna być związana z Bogiem, nastawiona na trwałość, wierność i miłość. Powinna szanować prawo moralne, od którego nie mogą jej odwieść pragmatyczne cele. Jeśli tego nie ma, jeśli cel rodziny widzi się we wspólnych posiłkach, zabawach, podróżach i we wspólnym oglądaniu telewizji, a nie we wspólnym myśleniu i w rozwoju moralnym, to wszystko rozpada się w gruzy.

Przez wieki dla wielu narodów podstawą życia i kultury była Biblia, jednocząca wszystkich: starych i młodych, wykształconych i niewykształconych, bogatych i biednych. Biblia dawała wizję rzeczywistości. Wyznaczała hierarchię wartości. Wskazywała na Absolut i boskie prawo moralne. Jest kluczem do zrozumienia całego dziedzictwa kultury euroatlantyckiej. Bez Biblii ginie idea porządku wszechrzeczy. Pozostaje konsumpcja, seks, zakupy i sukces. Bez Biblii rodzice nie są w stanie nauczyć swoich dzieci cnoty moralnej i intelektualnej. Bez Biblii i Boga rodzice tracą kontrolę nad swoim domem. Często nie chce im się już tej kontroli sprawować. Oddają ją „Wielkiemu Bratu”. Liberalne media dla celów, o których była mowa, i dla pieniędzy podlizują się każdemu, hołdują instynktom, hedonizmowi i podkopują wszystko to, co składa się na budowanie charakteru i cnoty. W dużej mierze dzięki nim to, co tandetne, płytkie, często bezdennie głupie i ordynarne, stało się strawą duchową i wzorcem postępowania dla milionów ludzi. Tymczasem bez Biblii, bez Boga, umysł ludzki pustoszeje, staje się animalny. Nikomu nie uda się jakakolwiek prawdziwie moralna edukacja młodego pokolenia, jeżeli nie zostanie jego umysłowi i jego wyobraźni ukazana wizja moralnego kosmosu, z nagrodą za dobro i z karą za zło, które są jednoznacznie określone. Jak mogą wychowywać rodzice, którzy sami nie wiedzą, w co wierzą, a dzieciom swoim nie są w stanie powiedzieć nic więcej, jak tylko to, że chcą ich szczęścia i spełnienia marzeń. To jest cały testament duchowy, który mają im do przekazania, i cała hierarchia wartości. W ostatnich dziesiątkach lat namnożyło się przy tym wielu nauczycieli wartości – nierozumiejących, czym naprawdę one są, i mylących wychowanie moralne z propagandą tzw. aborcji, antykoncepcji, homoseksualizmu i całej rewolucji seksualnej, która w imię wyzwolenia człowieka od tak zwanych zniewoleń religijnych, narodowych, rodzinnych i moralnych wyrzuciła seks poza sferę moralności, czyniąc z niego adorowanego przez kramarczną współczesną kulturę bożka. W konsekwencji powszechna dziś erotyzacja życia przenika, za pomocą liberalnych mediów, świadomość całych społeczeństw, sięgając także niestety dusz kandydatów do kapłaństwa i samych kapłanów. Nowa, liberalna moralność odrzuca nie tylko chrześcijańską cnotę wstrzemięźliwości seksualnej, lecz wszystkie chrześcijańskie, a także arystotelesowskie cnoty. Ona nie zamierza kształtować człowieka żyjącego sub specie aeternitatis, liczącego się z Bogiem i Jego moralnym prawem. Ona chce wychowywać ludzi pragmatycznych, żyjących sub specie huius saeculi, bez jakiegokolwiek kontaktu z rzeczywistością transcendentną, mających na uwadze wyłącznie swoją korzyść. Przeciwieństwem tak pojętych cnotliwych ludzi nie są ludzie źli, występni, podli, lecz zwłaszcza duchowni, którzy pragną ograniczać ludzką wolność przez przypominanie o czekającym każdego sądzie Bożym i obowiązku przestrzegania Dekalogu i prawa naturalnego (por. A. Bloom, Umysł zamknięty, Poznań 1997, s. 27 in., 134 in., 193 in., 230 in.).

Wszystkie powyższe wątki, dotknięte zaledwie w moim wystąpieniu, a także wiele innych tu nierozważanych, składają się na to, co nazywamy procesem sekularyzacji współczesnego świata. Bez żadnej wątpliwości dotknął on wiele społeczeństw, dawniej chrześcijańskich i głęboko żyjących sferą sacrum. W ciągu kilkudziesięciu zaledwie lat niektóre narody, które identyfikowały się z katolicyzmem, żyły życiem sakramentalnym, wydawały tysiące gorliwych kapłanów, myślały kategoriami ewangelicznymi – stały się kompletnie pogańskie. Co jest naprawdę straszne, społeczeństwa te nie tylko odeszły od katolicyzmu, ale tracą już całkowicie potrzebę Boga i co za tym idzie – potrzebę zbawienia. Nastawienie życiowe wielu ludzi, pozostających pod wpływem wcześniej przedstawionych ideologii liberalnych, jest zdeterminowane przez przekonanie, że można żyć bez – po chrześcijańsku rozumianego – Boga, a może nawet żyć lepiej.

W okresie oświecenia i w okresie oddziaływania ateistycznych, redukcjonistycznych nurtów pooświeceniowych, takich jak marksizm, scjentyzm, pozytywizm i inne (co miało miejsce w wieku XIX i XX), które odrzucały religię objawioną w imię rozumu i nauki, chrześcijańscy apologeci bronili wiary, przytaczając argumenty, że sama nauka człowiekowi nie wystarczy do zrozumienia otaczającego go świata i siebie samego; że zwłaszcza nie jest w stanie odpowiedzieć na światopoglądowe pytania egzystencjalne: Skąd jestem? Po co żyję? Dlaczego cierpię? Jaki jest sens mojej egzystencji? Skąd zło? I na tym podobne pytania.

Poczynając od drugiej połowy XX wieku, wraz z rozczarowaniem, jakie przyniosły ludzkości scjentystyczne prądy myślowe, przyrzekające znaleźć w rozumie i w nauce panaceum na wszelkie zło – w tym także odpowiedzi na wszelkie dręczące człowieka pytania, nowoczesny sekularyzm nie odwołuje się już do nauki, ponieważ oskarża ją o spowodowanie – świadome lub bezwiedne – niewyobrażalnego we wcześniejszych epokach zagrożenia dla egzystencji gatunku ludzkiego, dla środowiska naturalnego i dla całej ludzkiej cywilizacji wskutek stworzenia broni masowej zagłady i wielu innych wynalazków, które można wykorzystać do złych moralnie działań, jeśli opanują je terroryści lub inni ludzie złej woli. Współczesny sekularyzm nabrał cech pragmatyzmu, który ze sfery swojego zainteresowania oficjalnie wyłącza wszystko to, co nie przynosi konkretnej, praktycznej korzyści współczesnemu człowiekowi. Przestał się zajmować pytaniami egzystencjalnymi. Nie interesuje go odpowiedź na żadne ostateczne pytanie. Jego centralnym punktem zainteresowania staje się odpowiedź na pytanie: Jak uniknąć cierpienia (w różnych jego postaciach) oraz niesprawiedliwości. Jak powiada znany niemiecki profesor teologii fundamentalnej i dogmatycznej Peter Neuner (Psychospołeczne i polityczne uwarunkowania chrześcijaństwa dziś, w: Chrześcijaństwo jutra. Materiały II Międzynarodowego Kongresu Teologii Fundamentalnej, Lublin, 18–21 września 2001, red. M. Rusecki, Lublin 2001, s. 239 in.), język religijny znika z życia wielu dawniej chrześcijańskich narodów. Liczni ludzie żyjący we współczesnych zsekularyzowanych społeczeństwach nie lękają się już śmierci bez Boga, bez sakramentów świętych. W swoim codziennym życiu całkowicie obywają się bez Niego i nie mają przy tym poczucia jakiejkolwiek straty. Także w konfrontacji ze śmiercią i kwestiami ostatecznymi, dotyczącymi ich własnej egzystencji, nie popadają w jakieś szczególne zwątpienie, rozpacz czy poczucie beznadziejności. Sprawdza się to, mówi Neuner, co w XIX wieku powiedział August Comte: Dla wielu ludzi Bóg odszedł, nie pozostawiając żadnych śladów.

To wszystko są fakty, z którymi kapłani w krajach zachodnich spotykają się na co dzień. Polscy kapłani, pracujący zwłaszcza w wielkich miastach, również spotykają się z nimi coraz częściej. W tej sytuacji rodzi się pytanie: czy współczesny kryzys religii, wyrażający się w sekularyzmie, jest zjawiskiem linearnym i nieodwracalnym?

Mamy nadzieję, że tak nie jest. Kryzys wiary i postaw z niej wynikających towarzyszy Kościołowi od początku jego istnienia. Ślady tego zjawiska odnajdujemy już w czasach apostolskich. Nie można, jak powiada holenderski profesor teologii pastoralnej z Katolickiego Uniwersytetu w Nijmegen Johannes A. Van der Ven (Współczesne kontestacje chrześcijaństwa. Sekularyzacja czy desekularyzacja?, w: Chrześcijaństwo jutra, s. 187 in.), patrzeć na historię chrześcijaństwa z perspektywy „utraconego raju”, ponieważ nigdy ono czymś takim nie było. W pierwszych trzech wiekach swojego istnienia Kościół był religią mniejszości. Jak mówi socjolog Rodney Stark, około 100 roku po narodzeniu Chrystusa żyło na świecie nie więcej niż 7 tysięcy chrześcijan, a ok. roku 200 – mniej więcej 200 tysięcy, na ok. 60 milionów ówczesnej populacji. Po edykcie mediolańskim z 313 roku chrześcijaństwo stało się religią państwową i chrześcijan znacznie przybyło. Ale już św. Augustyn (zm. 430 r.) skarżył się, że spośród chrześcijańskich mieszkańców Hippony z drugiej połowy IV wieku tylko niewielu regularnie uczęszczało do kościoła, a niektórzy pojawiali się w nim tylko z okazji największych świąt. Nawet w średniowieczu, kiedy chrześcijaństwo zakorzeniło się już bardzo mocno, w wielu europejskich krajach pobożność większości chrześcijan pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Tym bardziej w czasach nowożytnych. Pastor Krumacher z Berlina skarży się w 1847 roku, że tylko 6 proc. mieszkańców tego miasta chodzi do kościoła. Nie podobna w sposób naturalny przewidzieć, co będzie z religią w przyszłości; czy będzie się rozwijać, czy też zanikać.

Jak zgodnie twierdzą dziś uczeni, nie istnieją żadne prawa rządzące religią, które pozwalałyby przewidzieć jej przyszłość. Formułowane w XIX i jeszcze w XX wieku prawa społeczne i kulturowe okazały się jeszcze jedną ze scjentystycznych fikcji i zniknęły już z badań naukowych. Wszystko wskazuje raczej na to, że sekularyzm nie rozwija się linearnie, że osiągnąwszy w ostatnich dziesięcioleciach XX w. w wielu społeczeństwach swoje apogeum, dziś się załamuje, a religijność wraca do tych społeczeństw szeroką falą. Niektórzy uważają, że współczesny świat emanuje wprost religijnością. Zdaniem takich wybitnych socjologów, jak Peter Berger i Thomas Luckmann (patrz P. Neuner, op.cit., s. 241), religia w Europie i Ameryce – mimo zdawać by się mogło spektakularnego zwycięstwa sekularyzmu w życiu publicznym – wcale się nie cofa i bynajmniej nie znika z życia milionów ludzi. Stała się tylko mniej uchwytna, mniej określona i mniej kościelna, poddała się bowiem wpływom postmodernizmu. Obraz Boga, utracony w procesie sekularyzacji przez wielu ludzi, wraca do ich świadomości, ale jest to już obraz przetransformowany, obraz Boga niechrześcijański, który charakteryzuje się, jak mówi cytowany już Van der Ven (s. 195), następującymi cechami:

1. Nie ma w nim wyobrażenia Boga absolutnie transcendentnego. Bóg nie jest już uważany za bezpośrednią i kontrolującą wszystko, co dzieje się w życiu, przyczynę. Nie traktuje się Go jako wszechmocnej Istoty wpływającej bezpośrednio na losy świata i ludzi. W miejsce tego przyjmuje się tzw. immanentną transcendencję Boga, działającego w człowieku niezależnie od jakiegokolwiek działania Kościoła. Przez wielu ludzi powracających do nowej religijności odrzucane są takie rzeczywistości, jak: Kościół hierarchiczny, kapłaństwo, posłuszeństwo nakazom i zakazom religijnym, poczucie grzechu, winy, pokuty itd. Podobnie jak dla Spinozy, także dla wielu współczesnych ludzi Bóg stanowi wewnętrzną przyczynę wszechrzeczy, co oznacza, że wszystkie rzeczy i wszyscy ludzie są w Bogu i poruszają się w Nim, chociaż nie znaczy to, że się z Bogiem utożsamiają. W konsekwencji więc przyjęcia obrazu Boga bez wymiaru transcendentnego wykluczone zostają ze świadomości wielu ludzi takie religijne pojęcia, jak ingerencja Boża w losy ludzi i świata, Opatrzność Boża oraz działania Boże.

2. Drugą cechą owego przetransformowanego obrazu Boga i wiary w Niego jest swojego rodzaju powrót starego politeizmu, który przybiera dziś formę politeizmu postmodernistycznego. Przywoływany już wcześniej Van der Ven, mówiąc o tych sprawach, cytuje Józefa Brodskiego, który powiedział następujące słowa: To, że złamaliśmy pozycję starych bogów i wyrzuciliśmy ich z im poświęconych świątyń, nie oznacza, że przestali oni istnieć. Ci starzy bogowie, symbolizowani przez dramaty, konflikty, paradoksy, dylematy i sprzeczności ludzkiej egzystencji, odżywają dziś w duszach wielu ludzi, wierzących w najrozmaitsze, niezwiązane niczym z chrześcijaństwem siły duchowe, wyobrażane niegdyś przez takich bożków, jak Tyche – przypadek, Ananke – konieczność, i Moira – los, a także w moce i energie, o których mówi spirytyzm, astrologia i magia. Ludzie przyjmujący taki obraz Boga nie widzą już w Nim jedynego, decydującego o wszystkim Stwórcy świata. Są zwolennikami raczej politeizmu, swojego rodzaju neopogaństwa, niż monoteizmu. Jest to tak zwany politeizm postmodernistyczny. Jego przykładem jest dziś, wspominany już wcześniej, New Age, któremu Stolica Apostolska poświęciła jeden z ostatnich dokumentów. Przedstawił go kard. Paul Poupard, przewodniczący Papieskiej Rady do spraw Kultury, który przy okazji tej prezentacji powiedział, że czy się to komu podoba, czy nie, toczy się dziś walka o umysły i serca ludzkie między chrześcijaństwem a nowymi ideologiami i kultami. New Age zaciera różnice między Stwórcą a stworzeniem, między dobrem i złem. Prąd ten, odmawiając konfrontacji ze śmiercią i cierpieniem, jak mówi kard. Poupard, oraz odrzucając pojęcie grzechu, prowadzi do destrukcji społecznej. Nie podejmuje próby racjonalnego budowania przyszłości, a koncentruje się na irracjonalnym przepowiadaniu jej z gwiazd. Ewangelie, w tym ewangeliczną przypowieść o talentach, która poleca człowiekowi wszechstronny rozwój, zastępuje horoskopami i wróżbami. Odrzuca przy tym odkupienie, przyjmując tezę o panteistycznym wtopieniu się człowieka w kosmos.

3. Trzecią cechą owego postmodernistycznego obrazu Boga jest traktowanie Go jako rzeczywistości nieosobowej. Ludzie pozostający pod wpływem takiego myślenia nie uważają Boga za osobę, lecz za nieosobowe tchnienie, za wewnętrzną moc, za impuls do działania, za nieosobową energię i dynamicznie działającą siłę, która w człowieku żyje, która jest bodźcem do działania i która otaczając go całkowicie, jednocześnie go w sobie zawiera. Należy zaznaczyć jednak, że w świadomości wielu współczesnych ludzi Bóg jawi się także jako jednocześnie nieosobowy i osobowy. Uważają oni, że są to dwa aspekty Jego Natury. Gdy o Bogu myślą – traktują Go jako rzeczywistość nieosobową, gdy natomiast się do Niego modlą – widzą w Nim osobę.

Wracając do zjawiska właściwie rozumianej sekularyzacji, która oddziela sacrum od profanum, należy zaznaczyć, że w swojej istocie nie jest ona czymś wrogim chrześcijaństwu. Jak za Gogartenem mówi Peter Neuner (op.cit., s. 239) oddzielenie sacrum od profanum nastąpiło już w Księdze Genesis. Zawarty w niej opis stworzenia świata odbiera bowiem gwiazdom przypisywaną im w starożytnych wierzeniach boskość i wszelkie stworzenie oddaje pod opiekę człowiekowi. Tekst z Genesis stanowi doniosłe w swoich skutkach odmitologizowanie świata i jego sekularyzację we właściwym rozumieniu tego słowa. Świat został tu potraktowany jako rzeczywistość świecka, pozbawiona boskich mocy, oddana w opiekę człowiekowi, a nie wroga mu i nad nim panująca. W tym kierunku idzie cała historia zbawcza. Pogardzana i traktowana w różnych starożytnych filozofiach jako źródło wszelkiego zła materia zostaje przez Objawienie niesłychanie dowartościowana. Bóg stwarzający materię sam nazywa ją dobrą. Chrystus, Zbawiciel świata i wszystkich ludzi, wciela się w ludzkie, materialne ciało. Prawda ta, jak wiemy, wywołała gwałtowny sprzeciw platoników, a potem neoplatoników, którzy jakiekolwiek łączenie Boga z materią uważali za kompletny absurd i bluźnierstwo. Tymczasem chrześcijaństwo, zgodnie z nauką Chrystusa, głosi, że Bóg akceptuje doczesność i ludzkie dzieła. Każe rozwijać dane nam zdolności i modlić się o chleb powszedni potrzebny na dziś. To przecież Chrystus wyraźnie odróżnia sacrum od profanum, gdy mówi: co Bożego Bogu, a co cesarskiego cesarzowi. Ale jednocześnie jednoznacznie broni tego, co Boże, przed zachłannością cesarza. Nie zgadza się na to, aby cesarz zasiadał na ołtarzu, aby rościł sobie pretensje do ludzkich sumień i ludzkich dusz, aby decydował o prawdach wiary i o ludzkiej moralności. I właśnie tego, podobnie jak i całego orędzia Chrystusowego, mamy obowiązek pilnie strzec we współczesnych pluralistycznych i demokratycznych społeczeństwach, których prawodawstwa ośmielają się ustanawiać prawa przeciw Bogu i przeciw ustanowionemu przez Niego prawu moralnemu.

Przed czterdziestoma laty ojcowie soborowi stanęli wobec pytania: Jaką postawę powinien zająć Kościół katolicki wobec współczesnego pluralizmu, liberalnej demokracji i sekularyzacji współczesnych państw.

Ojcowie soborowi bez zastrzeżeń zaakceptowali te rzeczywistości. Docenili bowiem proces rozwoju społeczeństw w kierunku wolnego od totalitaryzmu, demokratycznego, pluralistycznego i charakteryzującego się neutralnością światopoglądową państwa, które, co zrozumiałe, musi ustalać normy i prawa obowiązujące wszystkich obywateli, prezentujących różne światopoglądy, przekonania religijne i postawy moralne. Takie pluralistyczne państwo z konieczności przyjmuje za normę ustalanego kodeksu postępowania i zachowań obywateli pewien minimalizm etyczny, na który jest zgoda większości społeczeństwa, reprezentowanego przez jego demokratycznie wybranych przedstawicieli parlamentarnych.

Sobór Watykański II zaakceptował pluralizm jako prawo do swobodnego rozwoju różnych grup społecznych. Zaakceptował politykę państwową, której decyzje są wypadkową stałych dyskusji i ustawicznego dialogu prowadzonego pomiędzy różnymi grupami społecznymi, wzajemnie się kontrolującymi w demokratycznym społeczeństwie. Jest rzeczą jasną, że pluralizm nie może się obejść bez właściwie pojętej tolerancji, która wyraża uznanie wartości innego człowieka, która przyzwala na jego wolność nienaruszającą wolności innych ludzi, która wyraża szacunek wobec jego światopoglądu i która pozwala ludziom różniącym się światopoglądowo, religijnie, narodowościowo czy rasowo żyć obok siebie w pokoju i wzajemnym szacunku. W demokratycznych państwach pluralizm jest dziś faktem. Nie powinno się go jednak ani gloryfikować, ani demonizować. Pluralizm nie jest bowiem w stanie spełnić roli czarodziejskiej formuły, za pomocą której można by rozwiązać wszystkie problemy społeczne, jak to głoszą liczni liberalni politycy i ich media. Trzeba przy tym pamiętać o tym, że pluralizm, pojęty jako ślepe akceptowanie wszelkich różnic, w tym także najróżniejszych anomalii i skrajności – politycznych, ideologicznych, światopoglądowych i etycznych – nie jest w stanie stać się siłą integrującą, skupiającą wszystkich czy choćby większość członków społeczności przy jakichś wspólnych celach i zadaniach, od czego przecież zależy los tej społeczności. Przeciwnie, pluralizm – pojęty jako całkowita wolność od wszystkiego i do wszystkiego – prowadzi do dezintegracji społeczeństwa. Gdyby ustanowiono tak skrajnie rozumiany pluralizm, każde przyjmujące go państwo szybko uległoby rozpadowi.

Pokojowe współżycie różnych ludzi i grup społecznych w każdym normalnym społeczeństwie wymaga określonej wspólnej zasady, wspólnej bazy ponad wszystkimi różnicami i podziałami. Taką bazą może być tylko wspólna płaszczyzna wartości etycznych. Integrujący społecznie, a nie destrukcyjny pluralizm potrzebuje więc, jak za Schmittem powtarza P. Neuner (op.cit., s. 247), określonych ram, których sama demokracja nie jest w stanie ustanowić i od których nie wolno jej się uwalniać. W każdej zatem zdolnej do funkcjonowania, liberalnej, pluralistycznej demokracji u podstaw praw ustanawianych w rezultacie dyskusji parlamentarnej powinien znajdować się niezależny od woli parlamentarzystów i ogólnie akceptowalny kodeks niezmiennych wartości, bez którego każda demokracja zmierza do zwyrodnienia, nawet w postaci jakiejś formy totalitaryzmu, kiedy nieliczni wybrani do parlamentu ludzie zaczną ustanawiać prawa godzące w podstawowe prawa człowieka, prawa sprzeczne z Dekalogiem i prawem naturalnym. To przecież zdarzało się już w historii.

Doktryna pozytywizmu prawnego, którą przyjmują dziś liberalne demokracje, odrzucająca istnienie niezależnych od parlamentu ram etycznych, a także istnienie niezależnego od ludzkiej woli ładu moralnego, danego człowiekowi z natury, może doprowadzić społeczeństwa do niedających się wprost opisać nieszczęść. Na zasadzie pozytywizmu prawnego działało prawodawstwo Niemiec hitlerowskich, w których zgodnie z wydawanym prawem okrutnie eliminowano upośledzonych, a także Żydów, Cyganów i Słowian. Odrzucenie ram obiektywnych wartości etycznych i norm moralnych prowadzi do etycznej dowolności i daje możliwość najróżniejszych manipulacji prawnych, społecznych i politycznych. Owe niezależne wartości i normy etyczne winny być traktowane jako oczywiste i niepotrzebujące żadnego umotywowania, tak jak powszechnie – przynajmniej dotychczas – przyjmowane jest siódme przykazanie Dekalogu: Nie kradnij. Takie podstawowe, odwołujące się do Boga i niezależne od ludzkich instancji normy, chroniące godność ludzkiej osoby i jej fundamentalne prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, chroniące małżeństwo jako trwały związek mężczyzny i kobiety, chroniące rodzinę jako jedyną naturalną wspólnotę decydującą o istnieniu i właściwym rozwoju społeczeństwa – powinny się znaleźć u podstaw każdej konstytucji w demokratycznym państwie, aby stanowić punkt odniesienia dla wszelkich innych praw w nim ustanawianych.

Te podstawowe, niezależne od woli ludzkich ustawodawców wartości, kwestionowane dziś powszechnie przez lewicowych liberałów, nie stanowią ograniczenia właściwie rozumianego pluralizmu. Przeciwnie, one go umacniają, tak jak umacniają demokrację. Demokracja bowiem żyje i nie ulega zwyrodnieniu tylko dzięki etycznym regułom i wartościom, których sama nie ustanawia, bo to ją, zdaną na zmienną wolę wyborców, przerasta. Ogólna korupcja, rozszalały egoizm dzikiego kapitalizmu, powszechna nieuczciwość w interesach, słabość prawa przy bezkarnej przestępczości, zbrodnie tzw. aborcji, eutanazji i niemoralnych doświadczeń genetycznych, zagrożenie ludzkości przez terroryzm i broń masowej zagłady, oszustwa i malwersacje na kosmiczną skalę – to skutki zniszczenia moralnego fundamentu współczesnych społeczeństw demokratycznych, które odrzuciły busolę prawa Bożego i naturalnego. Jeszcze raz sprawdza się teza, że wszelkie kryzysy – społeczne, polityczne, ekonomiczne, ekologiczne i inne – mają swoją podstawę w kryzysie moralnym współczesnych społeczeństw, wynikłym z przeżywanego w nich kryzysu religii chrześcijańskiej. Widzimy to gołym okiem także w naszym kraju.

Działania współczesnego człowieka, dysponującego ogromną wiedzą i niewyobrażalną już dla przeciętnego umysłu technologią, mogą być wielkim dobrodziejstwem dla ludzkości, ale mogą też prowadzić ją do zguby, jeśli podejmowane będą – jak się to dziś powszechnie czyni – bez liczenia się z Bogiem. Na koniec emitowanego w ubiegłym roku w telewizji (Program I, 21 lutego 2003 r., godz. 22.00) amerykańskiego filmu „Dawca”, opowiadającego o fikcyjnych, przynajmniej na razie, przeszczepach ludzkich głów i tragicznych tego konsekwencjach, zamieszczono, jako swojego rodzaju memento, zdanie Richarda Lewisa, który obserwując pozbawione etycznego wymiaru badania naukowe, woła z niepokojem: Co stanie się z nami, jeśli nasz los, zamiast w rękach Boga, znajdzie się w rękach ludzkich? Uzupełnilibyśmy te słowa naszymi obawami: Co stanie się z ludzkością, jeśli jej los znajdzie się w rękach terrorystów, nienawidzących Boga i chrześcijaństwa ateistów, nieodpowiedzialnych przed nikim uczonych czy egoistycznych i kompletnie skorumpowanych polityków i ich mediów?

Co do pluralizmu, to nawiasem mówiąc, w różnych zachodnich liberalnych społeczeństwach są niestety tylko jego pozory.

W prawie każdej z tych demokracji istnieją olbrzymie grupy ludzi nieposiadających żadnego wpływu na życie ich kraju ani żadnych szans na taki wpływ. Wszędzie istnieją potężne aparaty biurokratyczne, silne i dobrze zorganizowane grupy interesów dysponujące wielkim kapitałem i mediami, a także mniej lub bardziej jawne stowarzyszenia i partie o olbrzymich wpływach. Grupy te, koterie i partie, paraliżują bardzo często swobodne współdziałanie różnych sił społecznych i ponad nimi realizują swoje ideologiczne, polityczne i ekonomiczne interesy. Między innymi w dobie obecnej bardzo konsekwentnie realizują hasła zaczerpnięte z ateistycznej filozofii oświeceniowej, wysuwającej postulat dechrystianizacji narodów oraz tworzenia całkowicie ateistycznych państw i społeczeństw. Działania te zogniskowane są wokół dezyderatu całkowitego wyzwolenia człowieka od jakiegokolwiek wpływu na niego religii, zwłaszcza katolickiej, i od moralności odwołującej się do Boga. Od wielu lat program ten realizowany jest w niektórych państwach konsekwentnie, krok po kroku, zwłaszcza za pomocą stworzonych przez siebie sił politycznych, potężnych mediów i opanowanych parlamentów, które sukcesywnie ustanawiają antychrześcijańskie prawa, takie jak nieskrępowana tzw. aborcja, eutanazja, homoseksualne małżeństwa czy nieetyczne eksperymenty genetyczne.

Siły te, w imię wygodnego dla nich pozytywizmu prawnego, który pozwala im na ustanawianie takich praw, bronią się zaciekle – o czym była już mowa – przed wprowadzeniem do preambuły konstytucji europejskiej odwołania się do Boga, ponieważ to burzy ich ateistyczną wizję rzeczywistości, człowieka i przyszłej Europy. Bez żadnej wątpliwości takie ateistyczne widzenie świata siły te będą narzucać wszystkim narodom, które się im poddadzą.

Prawdziwy pluralizm, który polega na autentycznym pluralizmie mediów, kapitału, wpływów społecznych oraz politycznych, nie pozwala na zdominowanie większości przez dobrze zorganizowaną, bogatą i dysponującą wielką władzą polityczną mniejszość. Nie pozwala na nieograniczony darwinizm społeczny, który sprawia, że bardzo liczni słabsi i biedniejsi stają się jeszcze słabsi i jeszcze biedniejsi, podczas gdy nieliczni bogaci i silni stają się jeszcze bogatsi i jeszcze silniejsi, jak się to dzieje na naszych oczach.

Prawdziwy pluralizm jest w stanie obronić społeczeństwo przed relatywizmem i nihilizmem, które dziś szczególnie mu zagrażają. Prawdziwy pluralizm ma bowiem korzenie chrześcijańskie. Sięga wspominanego już wcześniej, a dokonanego przez Chrystusa rozdziału sacrum od profanum. Sięga średniowiecznej doktryny o dwóch władzach – papieskiej i cesarskiej. Sięga czasów reformacji i kapitalnej postawy wobec niej polskiego króla Zygmunta Augusta, który wbrew powszechnie przyjętej na Zachodzie i łamiącej ludzkie sumienia zasadzie cuius regio eius religio uroczyście ogłosił i uprawomocnił prawnie swoje stanowisko, wyrażone słowami: „Nie jestem panem waszych sumień”.

Ten prawdziwy pluralizm wyrastał z obiektywnie istniejącego, niezmiennego fundamentu, którym było Boże i naturalne prawo oraz niewzruszone przekonanie o obiektywnym, absolutnym charakterze prawdy i dobra.

Współcześnie szerzący się postmodernistyczny pluralizm, który pozornie każdemu przyznaje rację i pozornie szanuje dobro każdego, w gruncie rzeczy jest narzędziem mającym służyć do dechrystianizacji narodów, do zastąpienia krytykowanego dziś coraz zajadlej judeochrześcijańskiego etosu etosem „poprawności politycznej”. I to jest w nim elementem stałym. Wszystko inne jest subiektywne, indywidualne i relatywne. Ludzi w nim nie łączy nic stałego: ani religia, ani rozum, ani prawda, ani wspólne dobro, ani natura, ani ojczyzna. Wszystko zostało już zakwestionowane. I wszystko jest dozwolone.

Takie widzenie świata i takie postawy przenikają świadomość nie tylko zachodnich społeczeństw. Szeroką falą – przez media, przez filmy, przez medialne, specjalnie dobrane autorytety – przenikają także świadomość Polaków. Tego Narodu, do którego zostaliśmy posłani, aby głosić mu niezmienną, wiecznie aktualną Chrystusową Ewangelię, aby ten Naród moralnie ratować i umacniać jego prawdziwą katolicką wiarę.

Pastoraliści i socjologowie katoliccy (por. P. Neuner, op.cit., s. 263) mówią o trzech sposobach stawiania czoła tym neomarksistowskim, postmodernistycznym i wszelkim innym libertyńskim wyzwaniom wobec Kościoła katolickiego.

1. Można, powiadają, całkowicie odrzucić jakiekolwiek postacie pluralizmu w sprawach religijnych, a ludziom dawać jednoznaczne i proste wskazania. Redukować przy tym różnorodność życia religijnego i stosować w nim jednakowe, sprawdzone już schematy.

Taka postawa, która ludziom, zmęczonym rozsiewanym wszędzie relatywizmem, wydaje się godna zastosowania, prowadziłaby jednak do całkowitego zamknięcia się Kościoła w sobie samym i do zerwania przez niego kontaktu z otaczającym go światem. Sprzeciwiałaby się misyjnemu powołaniu Kościoła, który ma iść do całego, bardzo zróżnicowanego świata i który zgodnie ze starą zasadą Crux stat dum volvitur orbis (w nieustannie zmieniającym się świecie Krzyż stoi w jednym miejscu), chroniąc bezwarunkowo depozyt wiary katolickiej – ma ciągle szukać nowych sposobów przekazania tego depozytu ludziom ze wszystkich kultur, ras i światopoglądów.

2. Można tworzyć alternatywne formy chrześcijaństwa, odwołujące się do jego korzeni. Rozwijać nowe ruchy religijne, skupiające grupy szczególnie wrażliwych religijnie ludzi, którzy żyć będą w ścisłym kontakcie z Bogiem i ze sobą. Bez żadnej wątpliwości nowe ruchy religijne są ogromnie cenne dla Kościoła. I w miarę zmieniania się religijności wielu społeczeństw mają coraz większe znaczenie jako „drożdże ewangeliczne”, które mają za zadanie zakwaszać Ewangelią cały świat, niemniej jednak ciągle stanowią one tylko – używając słów Chrystusa – „maleńką trzódkę” w morzu religijnej obojętności. Stąd nie można się ograniczyć tylko do nich.

3. Można w końcu rozwijać katolicyzm różnopostaciowy. To znaczy wchodzić we współczesny, borykający się z najróżniejszymi problemami świat, przez różnorakie działania – naukowe, socjalne, ekonomiczne, polityczne, kulturowe, medialne, wychowawcze, edukacyjne i wszelkie inne, pod warunkiem, że u ich podstaw będzie zawsze Ewangelia. Wchodzić między ludzi wierzących, ale także niewierzących, obojętnych religijnie, agnostycznych, myślących kategoriami postmodernistycznymi i neomarksistowskimi – i podejmować z nimi dialog, a także współpracę dla dobra wspólnego i dla dobra każdego – potrzebującego wsparcia, opieki i kierunku – człowieka. Nie zniechęcać się. Nie rezygnować. Być odpornym na trudności i napaści, na niezrozumienie i różnego rodzaju ciosy. Odnosić do siebie słowa, które napisał przed swoją męczeńską śmiercią św. Ignacy Antiocheński do Polikarpa: „Bądź nieugięty jak uderzane młotem kowadło” (Sta firmus ut incus, quae percutitur, św. Ignacy Antiocheński, List do Polikarpa 1, 1).

Wobec nękanego różnymi cierpieniami świata Kościół, każdy katolik, a zwłaszcza kapłan katolicki, powinien zajmować postawę służebną. Widzimy, że świat nasz bardzo często błądzi, odchodzi od Boga, miota się w paroksyzmach złości, niesprawiedliwości i nienawiści, ale świadomie bądź nieświadomie ciągle jeszcze Boga szuka, ponieważ tęskni za prawdą, sprawiedliwością, wolnością, miłosierdziem i świętością, które są z Boga.

W tym duchu wypowiada się Ojciec Święty. W jednym ze swoich przemówień, wygłoszonych w 2002 r. w Castelgandolfo, wyrażając wielkie zatroskanie zjawiskiem ciągłego tracenia przez Europejczyków depozytu wiary, powiedział: – W miejsce prawdziwej wiary rozpowszechniane jest nieokreślone, do niczego niezobowiązujące poczucie religijności, które przekształca się bardzo szybko w agnostycyzm lub praktyczny ateizm. W tej sytuacji konieczne jest – mówił Papież – zaangażowane włączenie się katolików w życie publiczne swoich krajów. Chrześcijańska wizja rzeczywistości i człowieka musi objąć wszystkie obszary ludzkiego życia. Musi objąć rodziny, kulturę, szkoły, uniwersytety, młodzież, media, gospodarkę i politykę. Chrystus wychodzi naprzeciw człowiekowi wszędzie tam, gdzie on żyje, pracuje, odpoczywa, tworzy – i nadaje sens wszystkim jego działaniom i całej jego egzystencji. A Kościół ma obowiązek nieść Ewangelię aż do ostatnich kresów ziemi.

Do takiej służby współczesnemu zagubionemu człowiekowi Kościół potrzebuje, dosłownie jak powietrza – świętych, mądrych, miłosiernych, roztropnych, kochających ludzi, odpornych na pokusę pieniędzy, pychy, lekkomyślności i nieczystości – kapłanów, którzy ciągle szukać będą zagubionych dusz.

Naszym – profesorów i wychowawców seminaryjnych – najważniejszym zadaniem jest wykształcenie i wychowanie takich właśnie kapłanów. A możliwe to będzie tylko pod tym warunkiem, że sami będziemy takimi kapłanami. Możliwe to będzie, jeśli nie ograniczymy naszego posłannictwa tylko do bycia znakami drogowymi, które wprawdzie pokazują właściwą drogę, ale same nią nie idą, lecz będziemy gwiazdami betlejemskimi prowadzącymi powierzonych nam młodych ludzi do Chrystusa. Wypełnimy swoje fundamentalne zadanie, jeśli nie tylko będziemy mówić i pisać o Bogu, lecz będziemy z Nim stale rozmawiać w modlitwie; jeśli pamiętać będziemy każdego dnia, że nie wystarczy żyć z Ewangelią, lecz że to Ewangelią żyć trzeba. Wypełnimy swoje zadanie, jeśli będziemy kapłanami mądrymi, tzn. prezentującymi syntezę wielkiej wiedzy i kompetencji zawodowej z kapłańską świętością; jeśli będziemy dynamicznymi znakami transcendencji, żywymi argumentami na istnienie Boga, który jest Miłością i Mądrością.

Współczesna, uprawiana przez nas i przekazywana alumnom teologia, musi być głęboko zakorzeniona w Objawieniu, tradycji Kościoła, w zdrowej realistycznej filozofii i w realnej, danej nam hic et nunc rzeczywistości. Musi być wrażliwa na znaki czasu. Nie może zamykać się sama w sobie, lecz winna wchodzić w cały kontekst życia ludzkiego i ludzkiej twórczości, przejawiającej się w nauce, architekturze, muzyce, literaturze, mediach, psychologii i innych dziedzinach twórczości, a także musi wchodzić w życie społeczne, ekonomiczne i polityczne naszych wiernych. Uprawiana przez nas teologia musi wyrażać swoje treści w zrozumiałym dla współczesnego człowieka – uczonego i prostego – języku. I przede wszystkim musi być powiązana z głęboką wiarą, inaczej staje się bluźnierczą karykaturą. Niemiecki teolog Wilhelm Klein, nawiązując do św. Augustyna, powiada, że na pytanie, kto jest największym teologiem, należy odpowiedzieć: jest nim diabeł, bo wie o Bogu najwięcej. Nie wystarczy najsubtelniejsza analiza i synteza treści objawionych. Konieczna jest głęboka wiara łącząca rozum z przeżyciem mistycznym, racjonalność z emocjonalnością, naturę z kulturą i teorię z praktyką. Różnica między teologią a innymi naukami polega nie tylko na tym, że teologia, podejmując refleksję nad światem i człowiekiem, pyta o ich Stwórcę i że przedmiotem jej zainteresowania jest Bóg, lecz także na tym, że musi, jeśli chce być prawdziwa, znaleźć swoje odbicie w życiowej postawie tego, kto ją uprawia. Chrześcijańska prawda to nie tylko idea i teoria, to przede wszystkim obraz Chrystusa odbity w życiu tego, który ją wyznaje i głosi innym. Teologia ma być przede wszystkim drogą, a dopiero potem systemem naukowym. Jak mówił Tertulian: Chrystus nie jest teorią naukową, kulturą, obyczajem, folklorem i zwyczajem. Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem – dla każdego chrześcijanina, a zwłaszcza kapłana, a w szczególności profesora seminarium. Święte – w duchu radykalizmu ewangelicznego – życie osobiste ma być kamieniem węgielnym uprawianej przez kapłana teologii, która jest zadaniem na całe życie, aż do błogosławionej śmierci.

Różne są rodzaje służby kapłańskiej. Ale zawsze jest to służba Bogu i Jego Kościołowi, który ze swej natury jest misyjny, którego powołaniem jest iść do ludzi, który pielgrzymuje przez wieki z Bożym Ludem do zapowiedzianego przez Chrystusa Królestwa Niebieskiego. Ta pielgrzymka trwa nieustannie, w dynamicznie zmieniającym się świecie. Dlatego Kościół musi, zgodnie z tak często powtarzanym hasłem: Ecclesia semper reformanda, ustawicznie się reformować. Musi reformować jednak nie swoje prawdy wiary i zasady moralne, lecz swoje metody i sposoby prowadzenia ludzi do Boga. Ludzie ci, konfrontowani ustawicznie w naszych czasach z niesprawiedliwością, kłamstwem, przestępczością, bezrobociem, nienawiścią, chaosem i różnymi innymi postaciami zła, tęsknią za Królestwem Bożym, o które tak często wołają, odmawiając Modlitwę Pańską.

Kapłani Chrystusowi, a zwłaszcza ci electi electorum, jakimi są księża profesorowie, mają obowiązek prowadzić ten błądzący i cierpiący lud od beznadziejności fałszywych ideologii i ich kultów oraz od konsumpcyjnego, horyzontalnego tylko widzenia świata – ku niewzruszonej Bożej nadziei na autentyczne, nieutracalne szczęście, za którym tęskni każde ludzkie serce.

Kluczowym tematem ewangelicznego nauczania Kościoła powinno być orędzie o nadejściu Królestwa Bożego, którego proklamacją było Zmartwychwstanie Jezusa.

Współcześni kapłani mają być prorokami, to znaczy mają nawoływać ludzi do nawrócenia serc, do powtórnego przemyślenia swojego życia. Głoszona przez nich eschatologia oraz wertykalne widzenie całej rzeczywistości, nieamputowanej z wymiaru nadprzyrodzonego, ma przenikać wszystkie kapłańskie myśli, słowa i czyny. Kapłani nie mogą zamykać się w twierdzach swoich budynków kościelnych, plebanii, zakrystii, zacisznych gabinetów, grona bliskich przyjaciół, ukochanej biblioteki i płytoteki, lecz winni uczestniczyć w przemienianiu świata, idąc do ludzi, głosząc im wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe, Dobrą Nowinę i przygotowując ich do zgodnego z prawem Bożym zmieniania – moralnego, społecznego, kulturowego, ekonomicznego, a także politycznego życia Narodu. Nie wolno kapłanom odrzucać dialogu z ludźmi dobrej woli, nie wolno im rezygnować ze współpracy z osobami świeckimi. Ogromną wagę winni przykładać do budowania ruchów, organizacji i stowarzyszeń katolickich. Każda idea potrzebuje ludzi, którzy ją poniosą w świat. A ludzie potrzebują struktur i organizacji, które głoszonej przez nich idei zapewnią przetrwanie. Kapłani winni się o te struktury i organizacje troszczyć. Winni być jak najczęściej z ich członkami. Winni uczyć ludzi zaangażowanych w katolickie organizacje modlitwy kontemplacyjnej. Czytać z nimi Pismo Święte. Wspólnie z nimi troszczyć się o ubogich i potrzebujących pomocy. Organizować im rekolekcje. Uczyć ich podstaw katolickiej nauki społecznej i troski o misje. Ustawicznie zabiegać o to, by spotykali się z Chrystusem we Mszy Świętej i w sakramentach świętych. Z takich rzeczywistych spotkań z Chrystusem, a nie z mglistych pogłosek o Nim, rodzi się wiara, która zmienia świat.

Współczesny kapłan musi być wyczulony na problemy, jakimi żyją wierni. Oczekują bowiem od niego wsparcia duchowego, wskazówki, a czasem także rady w rozwiązywaniu najróżniejszych problemów, którymi w danym czasie żyją. Dotyczy to w dużej mierze kwestii egzystencjalnych, takich jak bezrobocie, osłabienie rodziny, nałogi, rozpad wielu małżeństw, problemy wychowawcze; ale dotyczy to także zagadnień ogólniejszych, politycznych, społecznych, teologicznych, pedagogicznych, filozoficznych i wielu innych.

Właściwe wypełnienie tak właśnie rozumianej misji kapłańskiej jest jedyną właściwą odpowiedzią na sekularyzm, liberalizm, postmodernizm, neomarksizm itp. ideologie, które niszczą chrześcijaństwo we współczesnym świecie.

Aby misja ta mogła być zrealizowana, współczesny kapłan musi być dobrze wykształcony, kompetentny w podejmowanych zadaniach i przede wszystkim naśladujący Chrystusa w Jego pokorze, ubóstwie, czystości i miłości bliźniego.

Seminarium ma za zadanie przygotować takich właśnie kapłanów. Jak trudne to zadanie, wiemy dobrze wszyscy. Pracujemy z kandydatami do kapłaństwa, którzy są dziećmi swego czasu, z jego nieprawdopodobnymi wprost zagrożeniami moralnymi i duchowymi. Tylko kompetentna, bezgranicznie ofiarna nasza praca, powiązana z autentyczną postawą kapłańską i nieustającą modlitwą, może nam umożliwić właściwe ich przygotowanie i wychowanie na ofiarnych, kochających Boga i Kościół, pokornych i dobrych kapłanów.

Nie ustawajmy zatem w modlitwie za kleryków naszych seminariów. Ofiarujmy za nich i za umocnienie ich powołań nasze cierpienia, choroby, niepowodzenia i wszelkiego rodzaju krzyże, które na nas spadają. Podejmujmy post i udzielajmy jałmużny w ich intencji, bo to szczególnie skuteczny środek przeciw diabłu, który wokół naszych kapłanów i kleryków krąży jak lew szukający, kogo pożreć na wieki. Sami także nie pozwólmy się wciągnąć w jego pułapki. Nie traćmy nadziei. Silni Chrystusem wierzmy mocno, że chrześcijaństwo się odrodzi we współczesnym świecie. Wierzmy mocno w to, że przeżywa ono swoją wiosnę, że bynajmniej nie chyli się ku upadkowi. Pamiętajmy, że Bóg potrzebuje naszych umysłów, charakterów, autorytetów, rąk i serc, by za ich pomocą nieść Ewangelię do czekających na nią – chociaż nie zawsze tego świadomych – ludzi. Dajmy z siebie wszystko. Całkowicie oddajmy się Chrystusowi. Nie zostawiajmy sobie na własność jakichś dziedzin naszego życia. Chrystus odpłaca stokrotnie za każdą ofiarę, za każde dobre słowo, za każdą szlachetną myśl. I nie zostawi nas nigdy samymi.

Posted in Kościół | Otagowane: , | 2 komentarze »

Pikieta przeciwko budowie meczetu

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 marca 2010


Nie zgadzamy się na budowę meczetu w Warszawie, dlatego w sobotę 27 marca o godzinie 12.00 organizujemy pikietę przy Rondzie Zesłańców Syberyjskich. To w tym miejscu, na skrzyżowaniu ulic, skrajni muzułmanie budują miejsce kultu.
Meczet, który powstaje na warszawskiej Ochocie, ma wysokość sześciu pieter i jest wyposażony w tradycyjne wieże – minarety. Na budowę wyrazili zgodę warszawscy radni, poproszeni przez Ligę Muzułmańską RP. To organizacja powiązana z Bractwem Muzułmańskim, którego cele są sprzeczne z wartościami demokratycznych społeczeństw Europy. Burmistrz wydał zezwolenie na budowę meczetu islamskich radykałów bez głębszego zbadania sprawy. Jak to możliwe? Inwestor oszukał władze gminy twierdząc, że chce zbudować Ośrodek Kultury Muzułmańskiej. W efekcie powstaje meczet. Dlaczego nie poniósł żadnych konsekwencji? We wcześniejszym planie zagospodarowania przestrzennego działka, na której rosną mury meczetu przeznaczona była pod inwestycje publiczne z opisem Uniwersytet Warszawski. Za czyją sprawą? Meczet powstaje w miejscu – upamiętnionej przez Adama Mickiewicza – Reduty Ordona. Czy na pewno nie razi to mieszkańców Warszawy i turystów? Między innymi te pytania chcemy zadać w sobotę. Będziemy wdzięczni, jeśli za Waszą sprawą uda się ten problem nagłośnić, a być może także rozwiązać. Manifestacja jest protestem zaniepokojonych obywateli. Jako organizatorzy, nie dopuścimy do jakichkolwiek skrajnych haseł. Ewentualne próby wykorzystania naszej manifestacji dla celów politycznych będą zgłaszane ochraniającej nas policji.

za KonserVat

Posted in Apel, Patriotyzm, Religia, Świat innymi oczami | 7 komentarzy »

Wielka Modlitwa za Naród

Posted by Dzieckonmp w dniu 23 marca 2010


Modlitwa i post może zmienić dzieje świata!

Jednym z głównych darów Odnowy w Duchu Świętym jest modlitwa wstawiennicza.

W obecnym czasie Polska szczególnie jej potrzebuje. W tym roku Polacy wybiorą nowego prezydenta i nowe samorządy lokalne – i oby te wybory  były według Bożego Serca. Każdy z nas jest odpowiedzialny za nasz Naród, nie tylko ci, których wybieramy i obyśmy się tym na serio przejęli. Od każdego z nas zależy wiara przyszłych pokoleń! Dlatego w tym tak ważnym dla naszej ojczyzny czasie, zapraszamy wszystkich wierzących, a zwłaszcza wszystkie ruchy, stowarzyszenia, bractwa, a także  zakony do wielkiej nieustającej modlitwy i postu za nasz Naród.

Biblia podaje nam przykłady, gdzie post i modlitwa otworzyły wierzących na Boże prowadzenie. M.in. Druga Księga Kronik opisuje historię króla Jozafata, który władał Jerozolimą w połowie IX wieku przed Chrystusem. Za jego panowania Moabici i Ammonici wysłali przeciwko Jerozolimie ogromną armię. Przerażony perspektywą wojny, król Jozafat ogłosił post w całym królestwie. Zgromadził też w Jerozolimie wszystkich starszych ludu, aby modlić się wspólnie i prosić o Bożą pomoc. W odpowiedzi Bóg dał im słowo przez proroka Jachazjela: ,,Nie bójcie się i nie lękajcie tego wielkiego mnóstwa, albowiem nie wy będziecie walczyć lecz Bóg…Jednakże stawcie się, zajmijcie stanowisko, a zobaczycie ocalenie dla was od Pana” (2 Krn 20, 15.17) Nazajutrz żołnierze jerozolimscy stawili się na polu bitwy. Jednak zamiast mieczy i włóczni wznieśli przede wszystkim swój głos do Boga na modlitwie, wielbiąc Go słowami: ,,Wysławiajcie Pana, albowiem na wieki jest jego łaskawość” (2 Krn 20,21). Autor natchniony podaje nam, że Bóg wprowadził taki zamęt w szeregach nieprzyjaciół, że zaczęli atakować siebie nawzajem. Bitwa, która po ludzku sądząc powinna zakończyć się miażdżącą klęską Żydów, przyniosła im wielkie zwycięstwo, a wszystko to było owocem modlitwy i postu!

Post i modlitwa wyzwalają Boże działanie. Dzieje świata ukazują nam, że to, co zdarzyło się w przeszłości, może wydarzyć się ponownie także teraz.

Proponujemy Dzień Pokutny – postu i modlitwy w dniu 2 kwietnia 2010, w rocznicę śmierci Jana Pawła II, który wiele się modlił za swój Naród. Taką modlitwę – przebłagania za grzechy narodu, dziękczynienia za dziedzictwo wiary i prośbę o nową ewangelizację Polski –  już podjęliśmy w roku 2008. W to wspólne dzieło włączyły się wtedy różne ruchy i stowarzyszenia z 28 diecezji. W tym roku w dniu 2 kwietnia wypada Wielki Piątek. Niepotrzebne są wtedy żadne dodatkowe akcje; wystarczy złączyć w tej  intencji swoją osobistą modlitwę i post z Jezusem – Zbawicielem świata, który oddaje życie za ludzi wszystkich pokoleń i języków; także za Polaków każdego wieku.

Naszym pragnieniem jest, aby ten Dzień Pokutny wszedł na stałe do kalendarza kościelnego. Po 11 września 2002 r. – Kongres USA uchwalił, aby każdego roku ten dzień był wielką ogólnonarodową modlitwą za Stany Zjednoczone Ameryki.

W tym przedwyborczym czasie podejmujmy też stałą modlitwę i umartwienia w różnych formach, według rozeznania i możliwości wspólnot Kościoła i pojedynczych osób.

Zachęcamy szczególnie do różnych form modlitwy eucharystycznej, np. wzorem św. S. Faustyny, która wiele modliła się za Polskę. W związku z tą modlitwą swoim  Dzienniczku zapisała: „Dziś rano przyszła do mnie dziewica – św. Barbara i poleciła mi, abym przez dziewięć dni ofiarowała Komunię Świętą za kraj swój. – A tym uśmierzysz zagniewanie Boże”(Dz 1251).

Módlmy się do Boga przez wstawiennictwo świętych i błogosławionych Polaków, zwłaszcza patronów Polski: św. Wojciecha i św. Stanisława. Św. Andrzej Bobola w jednym z objawień obiecał, że gdy będziemy prosić go o sprawy Polski, to według swego szczególnego daru Bożego uprosi wszystko, co jest jej potrzebne. Maryja, którą od XVI obraliśmy za Królową Polski, jest Esterą, która się nieustannie wstawia za nasz Naród. Prośmy Ją, aby prorokowała do Ducha, aby zostały ożywione wysuszone kości naszego Narodu, aby powstało z nas wojsko bardzo wielkie (por. Ez 37,4) Bóg Ojciec, który obrał Ją za Matkę Jezusa i naszą, nie odmówi Jej niczego.

W tygodniu bezpośrednio poprzedzającym wybory chcielibyśmy zaprosić wszystkich na wielki Marsz Modlitewny do Warszawy. Stańmy razem ramię w ramię, dajmy świadectwo naszej wiary. To od nas zależą dalsze losy naszej Ojczyzny, kraju, który niegdyś nazywano przedmurzem chrześcijaństwa.

Papież Benedykt XVI podczas pielgrzymki do Polski powiedział: “Wraz z wyborem Karola Wojtyły na stolicę św. Piotra, by służył całemu Kościołowi, wasza ziemia stała się miejscem szczególnego świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa. Wy sami zostaliście powołani, by to świadectwo składać wobec całego świata. To wasze powołanie jest nadal aktualne, a może jeszcze bardziej od chwili błogosławionej śmierci Sługi Bożego. Niech światu nie zabraknie waszego świadectwa”.

W imieniu organizatorów:

– Małgorzata Stuła – Topolska

-wiceprzewodnicząca Krajowego Zespołu Koordynatorów Odnowy w Duchu Świętym

– koordynator grupy ruchów ewangelizacyjnych przy Ogólnopolskiej Radzie Ruchów

Katolickich

Ojczyzna w potrzebie.

Pobierz i wydrukuj listę poparcia dla referendum w sprawie Jezusa Chrystusa Króla Polski

lista poparcia

Posted in Apel, KOMUNIKATY, Kościół, Patriotyzm, Prośba o modlitwę | Otagowane: , , , | 5 komentarzy »

Drodzy Rodacy!

Posted by Dzieckonmp w dniu 22 marca 2010


Polsko, obudź się wreszcie i powstań do walki,
bo żyjesz w niewoli gorszej od carskiej, pruskiej i cesarskiej,
skuta duchowymi kajdanami

Ruch Obrony Rzeczypospolitej „Samorządna Polska”
ul. Gołaśka 10/8, 30-619 Kraków,
tel. 012 285 60 98, e-mail: referendum@op.pl

Drodzy Rodacy!
Tylko wspólnym wysiłkiem zdołamy zebrać wymaganą liczbę głosów poparcia (500 tys.) dla naszej inicjatywy referendalnej i uświadomić nasze społeczeństwo o wadze tego wydarzenia. Stawką jest albo dalsze nasze narodowe życie w okowach demonicznej socliberalnej ideologii, albo wolność, miłość i sprawiedliwość ewangeliczna w naszej Ojczyźnie pod berłem Jezusa Króla Polski. By to mogło nastąpić, trzeba w pierwszym rzędzie podjąć trud bezkompromisowych działań na rzecz wnioskowanych spraw w zamierzonym referendum, bo nie można „złożyć broni”, dopóki Pan Jezus nie zostanie ogłoszony Królem Polski.
Sięgnęliśmy tym razem po środek, który gwarantuje obywatelom Konstytucja i Ustawa państwowa o referendach. Świadomi jesteśmy, żę występując do Sejmu RP, możemy ubiegać się tylko o akt czysto świecki o charakterze kulturowo-historycznym, ale i tak jest on wielkiej wagi. Ważną przy tym rzeczą jest, że w czasie akcji zbierania głosów poparcia jesteśmy chronieni przez prawo, które gwarantuje obywatelom swobodę działania w tym względzie. Dlatego akcja ma charakter prawny i jest legalnie przeprowadzana. Nie jest zatem działalnością religijną, podpadającą pod kompetencje Episkopatu – tak więc i z tej strony nie powinny pojawić się trudności. Prosimy tylko pamiętać, że nie chodzi tu o Intronizację, o akt religijny, tylko o akt prawny, świecki. Kłopoty skądinąd mogą zaistnieć, jeśli znajdą się ludzie, którzy przeciw tej akcji będą podejmować pozaprawne kroki. O takich działaniach prosimy niezwłocznie informować Komitet Referendalny (powołany przez twórców Inicjatywy obywatelskiej) na podany na listach adres.
Na kogo możemy liczyć w tej akcji? Liczymy przede wszystkim na osoby, które świadomie chronią się pod płaszcz Maryi, Królowej Polski i są gotowe razem z Nią stanąć do duchowej walki w obronie Polski Chrystusowej. Jeśli jesteś taką osobą, zapraszamy Cię do współdziałania z nami przy zbieraniu podpisów na załączonych listach poparcia. Podamy kilka obowiązujących zasad współpracy:
1.Komplety referendalne składają się z list poparcia (każda ma 15 rubryk) oraz z dołączonych do niej  15 pism o nazwie Inicjatywa obywatelska. Chodzi o to, by osoba zbierająca podpisy mogła wręczyć to pismo każdej osobie udzielającej poparcia. Informacje w nim zawarte muszą dotrzeć do świadomości możliwie największej ilości osób. Działalność tę traktujemy jako wielką akcję uświadamiającą.
2.Jeśli listę poparcia podpisuje małżeństwo lub więcej członków jednej rodziny, wręczamy im tylko jedno  pismo Inicjatywa obywatelska. Zaoszczędzone w ten sposób pisma należy rozdać lub rozesłać w inne miejsca Polski osobom, które według Waszego przekonania samodzielnie podejmą akcję zbierania na listach głosów poparcia.
3.Osoba, która otrzymała już od nas komplety referendalne, może prosić o następne po odesłaniu nam wypełnionej(nych) listy poparcia. Wszystkie wypełnione listy powinny zawierać u dołu dane osoby, która zbierała głosy poparcia. Zabezpiecza to naszą akcję przed działaniami złośliwymi lub fałszerskimi.
4.Przy pierwszym kontakcie z nami można zamówić nie więcej niż trzy komplety referendalne. Przy planowaniu akcji zbierania podpisów na większą skalę potrzebne ilości kompletów referendalnych należy uzgodnić z nami telefonicznie.
5.Podczas naszych akcji nie rozdajemy żadnych innych materiałów i nie podejmujemy dyskusji politycznych, które przeważnie ludzi dzielą. Naszym zadaniem jest zjednywać innych dla tej sprawy.
6.Prosimy Was bardzo o zachęcanie innych prawych ludzi do podjęcia akcji zbierania głosów poparcia. Komplety referendalne przekazujemy bezpłatnie. Odradzamy ich kserowanie z uwagi na koszty i na obniżoną jakość kserowanych materiałów.
7.Zamierzone dzieło wielokrotnie przerasta nasze możliwości finansowe. Dlatego ustanawiamy Fundusz patriotyczny w całości przeznaczony na jego realizację. Osoby będące w stanie zasilić ten fundusz prosimy o dokonywanie wpłat na podany poniżej numer konta z dopiskiem: „wsparcie finansowe”.
Drodzy Rodacy! Stajemy do walki w obronie Polski, wiary i własnej przyszłości. Zaufajcie całkowicie Bogu i okażcie się w przeci wnościach mężni jak minione bohaterskie pokolenia Białego Orła. Bóg da zwycięstwo i Polska zmartwychwstanie do życia na chwałę swego Króla. Będzie to zarazem prawdziwy tryumf Niepokalanego Serca naszej Matki.
Losy Polski i świata w naszych rękach! Tej walki nie możemy przegrać!
Zarząd Komitetu Referendalnego Ruchu Obrony Rzeczypospolitej „Samorządna Polska”
Ruch Obrony Rzeczypospolitej „Samorządna Polska”
ul. Gołaśka 10/8, 30-619 Kraków,
tel. 012 285 60 98, e-mail: referendum@op.pl
Polsko, obudź się wreszcie i powstań do walki, bo żyjesz w niewoli gorszej od carskiej, pruskiej i cesarskiej, skuta duchowymi kajdanami.
Wpłaty na Fundusz patriotyczny dokonywać na konto:
Stowarzyszenie „Róża”, ul. Do Wilgi 23, 30-419 Kraków,
konto nr: 88 1240 4504 1111 0000 4669 6643 (koniecznie z dopiskiem: „wsparcie finansowe”)

Pobierz i wydrukuj listę poparcia dla referendum w sprawie Jezusa Chrystusa Króla Polski

lista poparcia

Posted in Apel, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | Otagowane: , | 4 komentarze »

Filmy Disneya a satanizm

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 marca 2010


Przerażające wiadomości z tych filmów.

Oglądnij je koniecznie.

cóż, wygląda na to, że jak ktoś chce coś przekazać poza

świadomością widza, to ma na to sposoby.

Posted in Szatan, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | 8 komentarzy »

Królowo Polski, miej nas w swojej opiece

Posted by Dzieckonmp w dniu 21 marca 2010


Kazanie JE księdza biskupa Stanisława Wielgusa, ordynariusza płockiego,
wygłoszone 3 maja 2004 roku, w uroczystość NMP Królowej Polski w katedrze płockiej

Papież Pius XI, który podczas ataku bolszewików na Polskę w 1920 r., wówczas jeszcze jako nuncjusz apostolski, przebywał w Warszawie i który widział Maryjne ryngrafy na piersiach i różańce w rękach polskich żołnierzy idących tuż za rogatki swojej stolicy do śmiertelnej walki o dopiero co odzyskaną niepodległość, gdy został Papieżem, już w 1924 r. ustanowił specjalne święto ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, obchodzone od tego czasu w dniu 3 maja każdego roku, w rocznicę ustanowienia Konstytucji Trzeciego Maja, która była ostatnią próbą ratowania ginącej pod ciosami złowrogich sąsiadów Polski.

Nie jest to więc przypadek, że w dzisiejszą uroczystość w kościołach całej Polski gromadzą się przedstawiciele władz wszystkich szczebli, organizacji kombatanckich, społecznych i młodzieżowych, uczelni, szkół, wojska, straży pożarnej, policji oraz wielu innych organizacji i grup społecznych – aby uczcić szlachetną wolę ratowania Ojczyzny polskich patriotów sprzed ponad dwustu lat i aby prosić Opatrzność o błogosławieństwo dla polskiego Narodu i opiekę nad zagrożonymi przez różne nieszczęścia Polakami, którzy przed 15 laty odzyskali wprost w cudowny sposób wymarzoną przez poprzednie pokolenia wolność i niepodległość, ale którzy jakże często albo z niej w pełni nie korzystają, albo jej w przestępczy sposób nadużywają.

Wśród wielu zagrożeń, w cieniu których przyszło niestety żyć w naszych czasach wielu Polakom, takich jak bezrobocie, bieda, utrata bezpieczeństwa socjalnego przez wielu z nich, korupcja, złodziejstwo, bandytyzm i coraz to bardziej zagrażający nam terroryzm, dochodzą zagrożenia natury ideowej i moralnej; zagrożenia najbardziej osłabiające kondycję i tożsamość społeczeństwa polskiego.

Jednym z nich jest zagrożenie kosmopolityzmem i ateistyczną laicyzacją. Lansowane są one coraz wyraźniej przez określone siły za pomocą służących im gazet, czasopism, specjalnie konstruowanych programów telewizyjnych i radiowych, a nawet regularnie emitowanych kabaretów. Na to zagrożenie należy wskazać właśnie dziś, w to święto, które łączy w sposób szczególny dwie istotne dla Polaków wartości, towarzyszące im przez ponad tysiąc lat historii – patriotyzm i chrześcijaństwo.

Ideologowie wyrosłej z postmodernizmu tak zwanej poprawności politycznej, nazywanej dziś coraz powszechniej „świeckim absolutyzmem”, odrzucający, rzekomo w imię pokoju społecznego, wszelkie stałe, obiektywne wartości: religijne, moralne, a także patriotyczne, atakują obecnie, gdzie tylko mogą, obydwie wyżej wspomniane polskie wartości: katolicyzm, który uważają za fundamentalizm, oraz patriotyzm, który utożsamiają z nacjonalizmem. Katolicyzm i patriotyzm, hasło służby Bogu i Ojczyźnie, uważają za główną przeszkodę stojącą Polakom na drodze do tego, by stać się tzw. prawdziwymi Europejczykami.

Ideologowie postmodernizmu lansują model tzw. człowieka postępowego, który odrzuca więzy narodowe, jasno określone prawdy religijne i jednoznaczne zasady moralne – odrzuca je jako coś, co ogranicza jego absolutystycznie pojmowaną wolność – do wszystkiego i od wszystkiego; jako coś, co ogranicza jego hedonistyczny, konsumpcyjny światopogląd, w którym bogiem jest zysk, świątynią bank, a nabożeństwem zakupy w supermarkecie zaspokajające jego nienasycony głód rzeczy. Ten dziwny głód, który każe mu stać nawet przez całą noc w kolejce, a potem tłoczyć się z narażeniem zdrowia i życia w tłumie tysięcy innych jemu podobnych, aby dokonać zakupu po promocyjnej cenie, nie chleba bynajmniej czy niezbędnego ubrania, lecz rzeczy, bez których można się łatwo obejść. Przed takim człowiekiem ideologowie tzw. poprawności politycznej stawiają tylko dwa cele: jak najwięcej pracować i jak najwięcej kupować, a myślenie zostawić im. To oni bowiem czują się powołani do decydowania, jak i co ma myśleć postmodernistyczny nowoczesny Europejczyk, kogo ma wybierać do parlamentu, na kogo powinien się oburzać i kogo powinien chwalić, a nawet kiedy się powinien śmiać przy oglądaniu specjalnie mu przygotowanych, pustoszących zresztą jego umysł i sumienie specjalnych seriali filmowych. To ideologowie „poprawności politycznej” ośrodkiem myślenia milionów ludzi czynią seks. Tylko o tym każą im rozmawiać, tylko to im pokazują i tylko do tego ich od przedszkolnych lat zachęcają. Wiedzą, co robią; rozkład wszystkich historycznych cywilizacji zaczynał się zawsze od rozkładu moralnego, od rozkładu małżeństw i rodzin. Te same kroki są dziś podejmowane po to, by zniszczyć cywilizację chrześcijańską, by móc swobodnie zapanować nad świadomością i życiem społeczeństw, aby – pozbawione zasad moralnych i sumienia – stały się zbiorowiskami robotów posłusznie realizujących cele wąskich grup właścicieli świata.

Dwa dni temu Polska weszła do Unii Europejskiej. Właśnie kraje Unii stawiane były przez minione lata Polakom za niedościgły wzór nowoczesności i europejskości. Ideologowie poprawności politycznej, powołując się na obywateli Unii, wielokrotnie i natrętnie przedstawiali ich jako ludzi, którzy pozbyli się już judeochrześcijańskich zasad moralnych i przywiązania do swojego kraju; którzy jednogłośnie godzą się na nieskrępowaną niczym aborcję, eutanazję, doświadczenia na ludzkich embrionach, na tzw. małżeństwa homoseksualne, na usuwanie symboli religijnych z życia publicznego oraz na wiele innych ateistycznych aberracji.

Należy z wielką mocą podkreślić, że chociaż Polska dopiero przedwczoraj stała się członkiem Unii Europejskiej, to nie oznacza, że przez minione tysiąc lat swojej historii była poza Europą. Tak jak inne kraje naszego regionu Polska wraz z krajami zachodnimi tworzyła Europę. Wniosła do tego dzieła swój olbrzymi wkład: kulturowy, naukowy, religijny i wojskowy. Wystarczy wymienić takie nazwiska, jak: Włodkowic, twórca prawa międzynarodowego, Kopernik, Szopen, Skłodowska, Ernest Malinowski, Paweł Strzelecki i wielu, wielu innych. Dziś chętnie się o tym na Zachodzie zapomina, ale to właśnie Polska przez wieki broniła Europy przeciwko najeźdźcom islamskim ze Wschodu, dziś również jej namacalnie zagrażającym. To Polska była przez wieki krajem tolerancji, o której nie przestają dziś mówić ideologowie postmodernizmu, po swojemu zresztą i fałszywie definiujący to pojęcie. W czasach kiedy we Francji i Niemczech panowała zasada „cuius regio eius religio”, znacząca tyle, że władca narzuca swoim poddanym religię – to właśnie polski, a nie inny król – Zygmunt August, wypowiedział do wszystkich obywateli Rzeczypospolitej i zastosował w praktyce słynne słowa: „Nie jestem panem waszych sumień”. To właśnie Polska już od XV wieku rządzona była w oparciu o parlamentaryzm i konstytucjonalizm. To Polska powstrzymała zalew Europy przez Turków dzięki zwycięstwu pod Wiedniem w 1683 roku. To Polska uchroniła Europę przed bolszewizmem w 1920 roku. To Polska w 1939 roku, przy kompletnej inercji mocarstw europejskich, jako pierwsza powiedziała zbrodniczemu Hitlerowi – „nie”, i walczyła z nim na śmierć i życie. To Polacy najdłużej i na wszystkich frontach II wojny światowej walczyli z niemieckim faszyzmem po stronie aliantów. W „nagrodę” za to zostali przez nich oddani pod sowiecką okupację na 50 lat. To Polacy przyczynili się do demontażu systemu komunistycznego w Europie, ale na Zachodzie mało się mówi o „Solidarności”, tak bardzo w tym względzie zasłużonej, za to za symbol upadku komunizmu podaje się obalenie muru berlińskiego. Wszyscy na świecie dobrze znają historię terrorysty i komunistycznego awanturnika Che Guevary, ale nikt nie pamięta o olbrzymich zasługach dla Europy Piłsudskiego, który zatrzymał w 1920 r. nawałę bolszewicką. Wszyscy na świecie wiedzą o powstaniu żydowskim w warszawskim getcie, a mało kto wie o Powstaniu Warszawskim i totalnym zniszczeniu Warszawy przez hitlerowców w 1944 roku. Najpotężniejsza armia podziemna w antyhitlerowskim ruchu oporu, jaką była Armia Krajowa, co i raz oskarżana jest przez różnych publicystów o nacjonalizm, fanatyczny katolicyzm i antysemityzm.

Umacniając się w strukturach Unii Europejskiej, nie miejmy kompleksów. Nie traktujmy naszych sąsiadów jako przewyższających nas niebotycznie nauczycieli wszelkich wartości. Owszem, bądźmy skromni i uczmy się od nich sprawności ekonomicznej oraz tego wszystkiego, w czym nad nami praktycznie górują, ale nie naśladujmy ślepo ich ułomności i wad, których im także nie brakuje. Przestańmy być wreszcie pawiem i papugą narodów. Przestańmy ślepo naśladować wszystko to, co na Zachodzie wymyślą. Nie zapominajmy o tym, że stworzono tam ogromne dobro, naukowe i inne, ale także obłędne ideologie totalitarne, które w XX wieku spustoszyły świat; ale także urągające zdrowemu rozumowi teorie wychowawcze z sześćdziesiątych lat XX wieku – jak chociażby obecny obłęd postmodernistyczny – które pustoszą wychowanie młodych pokoleń w wielu krajach i które sięgają nawet korzeni ustawodawstwa, co jeden z wybitnych polskich uczonych i publicystów nazwał niedawno publicznie „klinicznym edukacyjnym i prawnym zidioceniem ogarniającym cały świat, zrównującym ze sobą – w imię ‚poprawności politycznej’ – mądrość i głupotę, wysoką sztukę i kramarczny kicz, występek i cnotę oraz prawdę i kłamstwo”. Nie ulegajmy lansowanemu, a zrodzonemu z materialistycznego hedonizmu poglądowi, że w kształceniu młodzieży ważne są tylko umiejętności praktyczne, a humanistykę, w tym zwłaszcza historię i filozofię, powinno się zepchnąć na margines, bo szkoda na nie czasu. Twórcy tego poglądu dobrze wiedzą, że to właśnie humanistyka daje człowiekowi suwerenność intelektualną, daje mu osobisty pogląd na świat, który niekoniecznie musi być taki, jaki chcieliby mu właśnie narzucić.

My, Polacy, bądźmy dumni z tego, że jesteśmy dziećmi wielkiego, chociaż mającego swoje wady i grzechy Narodu. Kochajmy swój kraj tak, jak kochają go inni. Te narody, które przez ideologów postmodernizmu stawiane są nam często za przykład kosmopolityzmu, kosmopolitami bynajmniej nie są. Francuzi, Hiszpanie, Anglicy, Włosi, Belgowie i inni ciągle manifestują swój patriotyzm. Niektórzy z nich utrzymują swoje historyczne dynastie królewskie. Cenią niezwykle wysoko swoje hymny narodowe, sztandary, swoich narodowych bohaterów, swoją historię, obyczajowość i kulturę. I tak być powinno. Bo patriotyzm nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem gardzącym innymi narodami. Patriotyzm to twórcze, wzbogacające własny naród, a także inne narody umiłowanie ojczyzny z tym wszystkim, co to pojęcie wyraża. Nie wolno biernie patrzeć na poniżanie patriotyzmu. Trzeba odbudowywać dumę z narodowego godła, które winno zdobić każde urzędowe pomieszczenie i każdą klasę szkolną, a nawet nasze prywatne domy. Nie wolno się wstydzić flagi narodowej i bezcześcić hymnu narodowego. Dumę z symboli narodowych należy podeprzeć solidną wiedzą z historii Polski i historii polskiego rzymskokatolickiego Kościoła. Patriotyzm i miłość do ojczyzny w różnych czasach różnie się wyraża. Czasem wobec zagrożenia bytu narodowego trzeba walczyć w jej obronie z bronią w ręku. Czasem trzeba walczyć o ojczyznę słowem, książką, wykładem, odpowiednim wychowaniem młodzieży. Zawsze trzeba uczciwie pracować i wspierać wszelkimi sposobami swój kraj. Wspierać na taką miarę, na jaką nas stać: rozwijając polską kulturę, naukę, polski obyczaj; dbając o polską ziemię, o polskie zabytki, o polskie miasta i wsie. I nigdy nie zapominając o modlitwie za ojczyznę, modlitwie zanoszonej do Boga przez pośrednictwo Matki Syna Bożego, Królowej Polski.

Polska kultura zakorzeniona jest głęboko w europejskiej kulturze łacińskiej. Nasz ród jest stamtąd właśnie. I stamtąd jest nasze chrześcijaństwo. Nie zapominajmy o tym, że mimo sekularyzmu, mimo działań ateistycznej laicyzacji, co widać wyraźnie w zmaganiach o wzmiankę na temat chrześcijaństwa w przyszłej konstytucji europejskiej – ok. 80 procent Europejczyków to są chrześcijanie, po chrześcijańsku myślący i postępujący. Dołączmy do nich z naszą polską gorliwą religijnością. Pozostańmy wierni Dekalogowi i Ewangelii. Pozostańmy wierni wierze naszych przodków i ich gorącej miłości Ojczyzny.

Z pewnością trzeba będzie w nowej sytuacji polityczno-ekonomicznej przezwyciężać najrozmaitsze problemy i trudności, ale jeśli będziemy solidarni, jeśli będzie nas ożywiał duch patriotyzmu, troski o Ojczyznę; jeśli będziemy walczyć z egoizmem, korupcją, oszukańczym trybem życia, przestępczością i innymi chorobami naszych czasów; jeśli z Bogiem zaczynać będziemy każdy nowy dzień – to na pewno pokonamy wszelkie zło, a swoim dzieciom i wnukom zapewnimy piękniejsze, bezpieczniejsze i zgodne z wolą Bożą życie.
Amen.

Posted in Kościół, Patriotyzm | Otagowane: , , | 3 komentarze »

Orędzie z Dozulé / JNSR -Francja

Posted by Dzieckonmp w dniu 20 marca 2010


W latach 1972-1978 Madeleine Aumont, mieszkanka Dozulé (Fran- cja, 30 km na północ od Lisieux), miała objawienia naszego Pana Jezusa Chrystusa – w parafialnym kościele, za wyjątkiem pierwszych sześciu obja- wień w których każdego ranka o godz. 4.35 widziała, przez okno swojego mieszkania, wielki krzyż, tworzący się na niebie. Z krzyża płynęło światło, sil-niejsze od światła słońca. Podczas 7-go objawienia, 27 grudnia 1972 r. o godz. 19-tej, widząca zobaczyła   naj-pierw krzyż, po czym,  gdy  zniknął, objawił się jej sam Pan Jezus.

Jak  wiadomo, 27  grudnia  jest  dniem pierwszego objawienia się Jezusa Chrystusa świętej Margarecie Alacoque (czcicielce Serca Jezusowego) w Paray-le-Monial (1673). 27 grudnia jest także świętem Apostoła Jana, autora Apokalipsy, do której przekazane Madeleine orędzia jednoznacznie nawiązują. Należy zauważyć, że podczas objawień towarzyszył widzącej zawsze proboszcz parafii Dozulé, który sporządzał z nich protokóły. Wszystkie one zostały przesłane biskupowi miejsca. Dopiero 20 lat później doczekały się, z inicjatywy wspomnianego proboszcza, swojego książko-wego wydania.

Treść orędzi

05.04.1974 r. Pan Jezus zażyczył sobie niezwłocznego wzniesienia w Dozulé ogromnego krzyża o następujących rozmiarach: każde ramię krzy- ża – 123 m, przekrój poprzeczny belki krzyża – 30 m (a zatem długość belki poprzecznej – 276 m), długość części ponad  belką  poprzeczną  –  także 123 m,  całkowita  wysokość  krzyża – 738 m (!) .

Ale skąd ta szokująca wysokość? Jak tłumaczy nasz PAN, odpowiada ona wysokości Golgoty. Krzyż ten ma być (i będzie) – zgodnie ze słowami naszego Zbawcy – wzniesiony, zgodnie z życzeniem Ojca Niebieskiego, dla oddania Mu czci. Mówi także, że Jego „Krzyż Miłości ma być wzniesiony we wszystkich zakątkach świata (24.04.2000, orędzie skierowane do JNSR – patrz niżej).

Należy w tym miejscu zauważyć, że nazwa miejscowości Dozulé pojawia się również często w książkach autorstwa innej francuskiej widzącej, Fernandzie Navarro, matce dzieciom, występującej pod pseudonimem JNSR (skrót od: Je ne suis rien – z franc. „Jestem niczym”) noszących tytuł: „Témoins de la Croix“ („świadkowie krzyża“). Objawienia, których doznaje JNSR do dnia dzisiejszego, są swego rodzaju kontynuacją objawień, które miała Madeleine.

Powróćmy jednak do orędzi. Ponieważ polecenie naszego PANA do dziś dnia nie zostało spełnione – Chwalebny Krzyż nie został wzniesiony, Pan Jezus zażyczył sobie – tak poprzez Madeleine jak i JNSR – dla złagodzenia gniewu Ojca z niewypełnienia Jego Boskiego polecenia i dla udzielenia pomocy człowiekowi, wzniesienia – „we wszystkich zakątkach wszystkich krajów – krzyży, wykonanych w skali 1:100, a więc o wysokości 7,38 m. Krzyże te mają być ustawione swoimi ramionami w kierunku wschód-zachód. Południowa i północna strona krzyża ma być biała, zaś strona wschodnia i zachodnia, niebieska – na cześć i wspomnienie Matki Bożej.  Pan Jezus mówi, że w każdym takim krzyżu obecne są Serca Jego i Maryi, i że im więcej zła, w miejscu gdzie postawiony jest krzyż, tym więcej łask płynących z niego. Z racji tego, że Jezus jest światłością świata, krzyże mają być w nocy oświetlone i każdego dnia ma być odmawiana przy nich modlitwa – podyktowana widzącej Madeleine (patrz niżej) – i jeden dziesiątek Różańca świętego. Krzyże mają być nagie, tak jak nagi był TEN, Którego do krzyża przybito.

W jednym z orędzi przekazanym JNSR w r. 2000 Jezus mówi, że do dzisiaj wzniesiono już na świecie tysiące takich krzyży, ale jednocześnie dodaje, że należy postawić ich jeszcze kolejne tysiące. Mówi także, że pozostało nam na spełnienie tego polecenia już niewiele czasu (patrz niżej). Szczególnie wiele krzyży wzniesiono na kontynencie afrykańskim, przy poparciu miejscowych biskupów i księży. Stoją one także w krajach arabskich – nawet w Iraku, a także w Syrii (Damaszek) i Chinach (Szanghaj). W Kanadzie postawiono ich już około 800, w USA ponad 300, w Szwajcarii 70, w Bośni Hercegowinie 14. Nie brak ich również w miejscach Maryjnych objawień jak np. La Salette czy Garabandal. Krzyż ten stoi również w miejscowości Coimbra, w Portugalii, gdzie w miejsco-wym klasztorze żyje do dzisiaj siostra Łucja z Fatimy (przypis red.: niniejsze opracowanie sporządzono jeszcze przed śmiercią widzącej). A w Polsce? Tutaj stoi ich zaledwie 8! Jeden z nich w Sierakowie śląskim przy ul. Zielonej (koło szkoły) – na trasie corocznej pielgrzymki z Legnicy do Częstochowy . Pozostałe siedem stoi w Tarnowcu (2), Leszczawie, w lasku Grąbliń-skim koło Lichenia – w miejscu pierwszego objawienia się Matki Bożej, w Konstantynowie koło Łodzi (ul. żeromskiego 30) , w Ziemiełowicach (posesja Nr 46) – 4 km od Namysłowa, przy drodze na Opole i w Złoczewie koło Sieradza . Już wkrótce Krzyże z Dozulé powinny zostać wzniesione także w Częstochowie i Niepokalanowie.

Donosi się również o cudach, mających związek z tymi krzyżami – kiedy to np. huragan, pędzący z prędkością 300 km/h w kierunku wyspy Madagaskar, na której ustawiono Krzyż z Dozulé, nagle zmienił przed nią swój kierunek o 90 stopni. Jest to rzecz niezwykła jeśli się zauważy, że wyspę tę w ostatnich 3 latach nawiedziło 7 podobnych huraganów, które ją całkowicie spustoszyły. Od dnia postawienia na niej krzyża ani jeden huragan już jej więcej nie nawiedził.

Jak promień lasera

Orędzie naszego Pana Jezusa Chrystusa przekazane widzącej JNSR   4 października 2001 – w święto św. Franciszka z Asyżu

Jezus do JNSR:

„Napisz, jestem przed tobą i dyktuję tobie, co następuje: Nie odkładaj tego na później; pisz bezzwłocznie:

Moje Serce  przepełnia miłość i współczucie, ponieważ świat jest bar- dzo nieszczęśliwy. żądam od was, aby nie było wśród was podziałów. Przypomnij wszystkim Moim robotnikom od krzyży. Ich praca wkrótce dobiegnie końca, każda chwila jest policzona; nie zmarnujcie czasu, który jest wam jeszcze dany i w tych niebezpiecznych czasach walki miejcie się na baczności przed szatanem.

Moi robotnicy pójdą zawsze za Mną tam, gdzie im rozkażę. Zrozumcie, że są na Moich usługach; chcę ich pomiędzy sobą zjednoczyć. Ich praca jest świętym urzędem, jeśli wypełniają ją dla Mojej świętej czci i myślą przy tym o ochronie, jaką otrzymają ich Bracia poprzez Miłość promieniującą z Mojego Chwalebnego Krzyża. Wy jesteście prawdziwym Krzyżem Chrystusa, Tego, Który dzisiaj w Swojej świętej chwale spoglą- da na ostatnie cierpienia Bożego Ludu – przed końcem królestwa szatana…

►Pisz dalej: Już wkrótce zażądam od was zakończenia stawiania krzyży. Bądźcie MI posłuszni. (Wtedy) Nikt więcej nie będzie w stanie  udać się w kierunku krajów i regionów, które zwlekały z przyjęciem Mojego krzyża. Zatrzymam to. I wtedy mój Boski Oddech zacznie się rozchodzić od jednego do drugiego (krzyża) i połączy je jakby jakąś niewidzialną liną, i jak laserowy promień oznaczy obszar, wszędzie na świecie. One (krzyże) przywołają Moich świętych aniołów na pomoc tym narodom, które Mnie przyjęły i jak strażnicy strzec będą wszystkich granic miłości, które wróg chciałby przekroczyć.

Wtedy zobaczycie co Moje święte anioły czynią i uwierzycie w ich Boską ingerencję. Módlcie się do nich i wysławiajcie każdego dnia. Matka tak wielkiej Miłości, Najświętsza Maryja, prosi i modli się do Boga w obec- ności świętych aniołów Pana, gdyż one żyją w Miłości Najświętszej Trójcy i po trzykroć błogosławionej Matki Boga.

Kiedy tobie powiem, abyś moim „dzieciom krzyża“ przekazała polecenie, aby odstąpiły od pracy przy stawianiu krzyży, zrozumieją, że Bóg, który ich wybrał i powołał, domaga się od nich posłuszeństwa.

Wycofajcie się wtedy, każdy do swojego domu; gromadźcie się w nich z braćmi, siostrami, dziećmi i starcami, razem z tymi, którzy blisko was mie- szkają – i módlcie się, jak nigdy do tej pory jeszcze się nie modliliście, bez troski o pożywienie lub sen, gdyż chwila nadeszła, gdy Bóg w Swoim Nieskończonym Miłosierdziu wynagrodzi sprawiedliwych i ukarze odstępców. Gdy godzina nadejdzie, nie próbujcie wychodzić. Od- czekajcie, aż przejdzie – jak Anioł śmierci za czasów Mojżesza. Ten anioł rozpozna tych, którzy żyją w Bożej Miłości, i ci nie zostaną trafieni; oszczędzeni, będą żyć dalej – trzy dni w zamknięciu, wielbiąc Boga całym swoim sercem.

Bóg ratuje! Któż jak Bóg? Święty Michał i Najświętsza Matka Boża dodadzą wam siły i odwagi. Powtarzam: Nic złego was nie spotka, jeśli będziecie czynić to, czego od was żądam.

Ci, którzy w tym czasie będą mieszkać w okolicy waszych domów, będą widzieć je promieniujące i przyjdą do was: Tak długo, jak długo ta chwila nie nadejdzie, otwierajcie im drzwi. Gdy nadejdzie, będą pukać wszyscy inni. Nie otwierajcie! Zostaniecie w swoich sercach przed tym ostrzeżeni. Mówię o moich wybranych dzieciach, o tych, którzy dali Mi posłuch, którzy Mi służyli aż do tej godziny, kiedy nadejdzie noc, nawet w południe.

Ciebie nie muszę przed tym ostrzegać, gdyż ty już o tym wiesz i to jest już wpisane w ciebie. A zatem, otworzę drzwi do Mojego tajemnego Ogrodu, aby cię przywołać i aby Mój głos obudził także i twoje „śpiące“ dzieci, że chwila Mojego Wiekiego Ostrzeżenia nadeszła. … Ja Jestem Twój Bóg Miłości i Współczucia”.

† † †

Kochana Siostro, kochany Bracie!

Jeśli przyjęłaś/jąłeś/ sercem to orędzie, to daj posłuch Jezusowi i postaw krzyż, którego nasz Pan żąda, a jeśli sam tego uczynić nie możesz, to idź i rozpowszechniaj to orędzie wśród tych, których Twoim zdaniem byłoby stać na postawienie tego krzyża – dla dobra Twojego i Twojego bliźniego, a także Twoich bliskich i mieszkańców miejscowości w której krzyż stanie.1 Czas nagli!

Uwaga! Przyjęło się wykonywanie krzyży z alumnium (przekrój poprzecz- czny 10 cm x 10 cm) i ich konturowe oświetlenie za pomocą elastycznego przewodu świetlnego, zamocowanego na całym obrzeżu krzyża. Jednak nie materiał jest tu najważniejszy, tak samo zresztą jak i przekrój pop- rzeczny krzyża czy sposób jego oświetlenia. Najważniejsze są podane przez naszego Pana proporcje wymiarowe krzyża (wysokość i długość ramion), jego barwy, sposób ustawienia, oświetlenie nocą i modlitwa.

Krzyże z Dozulé mogą być ustawiane, praktycznie rzecz biorąc, wszędzie – na dziedzińcach klasztornych, przy kościołach, na działkach, w ogrodach  i przy domach.

I jeszcze jedna informacja: „Miniatury” Chwalebnego Krzyża, w skali 1:1000 (o wysokości 73,8 cm) – do ustawienia w mieszkaniach, można nabyć w Konstantynowie Łódzkim, przy ul. żeromskiego 30, u Pana Krzysztofa Rzepkowskiego, tel. 211 24 17. Są one swego rodzaju pobożnościowym akcentem i wspomnieniem tysięcy dużych krzyży wznie-sionych na całym świecie.

Codzienna Modlitwa z Dozulé

Jezus z Nazaretu zwyciężył śmierć

Jego Panowanie jest wieczne

ON przychodzi pokonać świat i czas

Miłosierdzia,.mój Boże, nad tymi, którzy Ci bluźnią: przebacz im, nie wiedzą, co czynią.

Miłosierdzia,.mój Boże, za zgorszenie w świecie: wybaw ich od ducha szatana.

Miłosierdzia,.mój Boże, nad tymi, którzy CIEBIE unikają: obdarz ich zasmakowaniem w świętej Eucharystii.

Miłosierdzia,.mój Boże, nad tymi, którzy przyjdą się skruszyć do stóp Chwalebnego Krzyża: niechaj znajdą tam Pokój i Radość w BOGU naszym Zbawicielu.

Miłosierdzia,.mój Boże, aby przyszło Królestwo Twoje, ale ratuj ich, jest jeszcze czas,… bo czas jest bliski, i oto PRZYCHODZę. Amen.

Przyjdź Panie Jezu!

Odmówić dziesiątek różańca

(1 x Ojcze nasz, 10 x Zdrowaś Maryjo)

PANIE, zlej na cały świat skarby Twojego Nieskończonego Miłosierdzia.

Pan Jezus przyrzekł, że każdy dom, w którym będzie odmawiana ta modlitwa codziennie z wielką ufnością, będzie chroniony od wszelkie- go kataklizmu, i że ON wleje w serca Swoje Boskie Miłosierdzie.

Przyrzeczenie dane przez SAMEGO PANA JEZUSA Swemu Narzędziu 28 marca 1975 r. w Dozulé

„VOS AMICI MEI ESTIS SI FECERITIS QUAE EGO PRAECIPIO VOBIS”

(Wy jesteście przyjaciółmi Moimi, jeśli czynicie to, co wam przykazuję.)

NOWENNA Z BOżEGO NARODZENIA 1975 ROKU

W Dozulé dnia 25 grudnia 1975 roku, przed nowenną przeznaczoną na przedłużenie Roku świętego, Pan rzekł do Madeleine:

„Ludzkość nie znajdzie pokoju, dopóki nie pozna Mojego Orędzia i nie wprowadzi go w czyn. Mój Ojciec, którego Dobroć jest nieskoń- czona, pragnie zapoznać świat ze Swoim Orędziem, aby uniknął katastrofy. Bardziej niż kiedykolwiek, pragnę wylać strumień Mojej Łaski na wszystkie te dusze w utrapieniu. I oto, co przyrzekam każdej z tych dusz, kiedy pozna Moje Orędzie i wprowadzi je w czyn”.

Dzień 1-szy:

„Osłodzę gorycz, w której dusze grzeszników są pogrążone”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie, zmiłuj się nad nami i nad całym światem. Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi Pokój i Radość ludziom, których miłuje”.

(Przeżegnać się)

Dzień 2-gi:

„Pomnożę łaski w duszach kapłanów i zakonnic, ponieważ to przez nich Moje Orędzie ma być poznane”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Dzień 3-ci:

„Zachowam dusze pobożne i wierne blisko Mojego Serca; one Mnie pocieszyły w drodze na Kalwarię”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Dzień 4-ty:

„Z chwilą, gdy poznają Moje Orędzie, wyleję promienie Mojej Łaski na pogan i na wszystkich, którzy Mnie jeszcze nie znają”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Dzień 5-ty:

„Wciągnę dusze heretyków i odstępców do Jedności Kościoła”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Dzień 6-ty:

Przyjmę do przybytku Mojego Serca dzieci i dusze pokorne, aby żywiły szczególną miłość do Naszego Ojca Niebieskiego”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Dzień 7-my:

Obdarzę wszelkiego rodzaju łaskami tych, którzy, znając Moje Orędzie, wytrwają do końca”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Dzień 8-my:

„Ulżę duszom w Czyśćcu; Moja Krew ugasi ich oparzelizny”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Dzień 9-ty:

Rozgrzeję najzatwardzialsze serca, dusze oziębłe, te, które ranią Moje Serce najgłębiej”.

(1 x  Ojcze nasz, 3 x  Zdrowaś Maryjo)

„Przez Twoją bolesną Mękę, Panie…”

Przyrzekam duszom, które pójdą się skruszyć do stóp Chwalebnego Krzyża i które będą odmawiać codziennie modlitwę, której ich nauczyłem, że w tym życiu szatan nie będzie miał już więcej władzy nad nimi i że, bez względu na cały ich okres nieczystości, w jednej chwili staną się czyste i będą dziećmi Bożymi na wieczność. Mój Ojciec, którego Dobroć jest nieskończona, chce ocalić ludzkość, która jest na skraju przepaści. Macie się przygotować poprzez to ostateczne Orędzie”.

(Przeżegnać się)

„VOS AMICI MEI ESTIS SI FECERITIS QUAE EGO PRAECIPIO VOBIS”

(Wy jesteście przyjaciółmi Moimi, jeśli czynicie to, co wam przykazuję.)

Z ostatniej chwili !

d

16 czerwca 2002 r. nasz PAN przekazał JNSR orędzie, w którym powiadomił, że ostatni (!) „Krzyż z Dozulé, jakiego sobie życzy, ma być postawiony w NAJU (Korea), miejscu słynnych  na cały świat objawień Maryjnych. Po tym – zgodnie z orędziem z 4 października 2001 (patrz wyżej) – już żaden „Krzyż z Dozulé” wzniesiony na świecie nie zostanie, choćby nawet ktoś bardzo tego pragnął; Pan Jezus temu przeszkodzi.

Według posiadanych przeze mnie informacji, czynione były przygotowania, do wzniesienia tego ostatniego już CHWALEBNEGO KRZYżA, na koniec października – początek listopada 2002 r.; jednakże dokładny termin jego wzniesienia zna i w odpowiednim czasie poda, tylko sam Bóg. Krzyż ten zostanie wzniesiony, zgodnie z wolą Pana Jezusa, przez François Ibanez3. Wiadomo mi, że pan Ibanez przebywał w Naju pod koniec listopada 2002 roku – z okazji rocznicy mającego tam miejsce Eucharystycznego Cudu – i że  przebywając w Naju wykonał już ostatni Chwalebny Krzyż, który jednakże jeszcze nie został postawiony. Kiedy zostanie wzniesiony? Według pana Ibanez, już wkrótce!

Jak z powyższego widać, jakiś tajemniczy okres czasu łaski dobiega końca i wielkimi krokami nadchodzi czas Bożej Sprawiedliwości. „Kto nie zechce przejść przez Bramę Mojego Miłosierdzia, będzie musiał przejść przez Bramę Mojej Sprawiedliwości” – z Dzienniczka św. Faustyny.

Dlatego też spieszmy się, stawiajmy Krzyże – także w naszych ser- cach, gdyż czas nagli!

Dodatek:

Chwalebne Krzyże – Korespondencja z Watykanem

W roku 1998  mała grupa Robotników od Krzyża udała się do Watykanu  na audiencję. W imieniu Jana Pawła II przyjął ją JE biskup P.M. Hnilica i po wysłuchaniu wszystkiego, z czym przybyli, powiedział: „Idźcie i wznoście na całym świecie krzyże o wysokości 7,38 m na przygotowanie roku 2000”.

I tak w latach1998 – 2000, wzniesienie na całym świecie około 250 krzy- ży, dało wyraz nadziei, związanej z przygotowaniami do Roku Jublileuszo- wego… Każdy ze wzniesionych krzyży został przy tym nazwany „Chwalebnym Krzyżem Jubileuszowym”…

W związku z bardzo ostrożnym podejściem (do akcji wznoszenia krzyży – przypis red.) niektórych francuskich duchownych, osoby, stawiające krzyże, zapragnęły otrzymać jeszcze bardziej oficjalne błogosławieństwo dla pełnionej przez siebie misji. W tym celu 14 maja 1999 r. przesłały Ojcu świętemu następujący list:

„Ojcze święty

…w dniu urodzin Waszej świątobliwości, my, Robotnicy od Krzyża, mamy zaszczyt przekazać Tobie, Ojcze święty, dar z  250 krzyży, wzniesionych na całym świecie…

…w roku, poświęconym Bogu Ojcu i przygotowującym do Wielkiego Jubileuszu..”.

Podpisali: Misjonarze Krzyża

Drugi list został przesłany Ojcu świętemu 3 lutego 2000 roku, za radą wielu Episkopatów różnych krajów. Przyczniły się do tego niespodziewane trudności, których źródłem były negatywne stanowiska, zajmowane przez niektórych duchownych. Stało się to dla Robotników od Chwalebnego Krzyża okazją, do złożenia misji stawiania krzyży, rozpoczętej w 1998 r. w Rzymie (patrz wyżej), w ręce Namiestnika Chrystusowego: jeśli będzie życzeniem Papieża, aby kontynuowali swoją pracę, to będą to czynić – z tą samą wiarą i tym samym Duchem – w służbie Kościołowi…

„Ojcze święty

…zgodnie z prośbą Naszego Niebieskiego Ojca i JEGO zaleceniami, jesteśmy w pełni przekonani, że musimy postępować zgodnie z Jego Wolą, dla nadejścia Bożego Królestwa.

…dlatego ponawiamy naszą prośbę i prosimy Ciebie o przekazanie nam:

–  daru Twojego Apostolskiego Błogosławieństwa dla zamiarów Robotników od Krzyża albo

– słownego jasnego oświadczenia, nakazującego im usunięcie tuzinów krzyży wzniesionych dotychczas w biskupstwach na całym świecie…

…W oczekiwaniu na odpowiedź Waszej świątobliwości, prosimy o użycie autorytetu swojej osoby dla dobra tych, którzy, zdaje się, nie rozpoznali drogi. Zapewniamy przy tym o pokładaniu naszej pełnej ufności w Bogu i Jego prawdziwym Kościele”.

Podpisali: Misjonarze Krzyża

Odpowiedzią na powyższy list było Watykańskie Oświadczenie2, przesłane na ręce przedstawiciela Robotników od Krzyża – François Ibanez3, o następującej treści:

„Ojciec święty Jan Paweł II udziela z całego serca François Ibanez i Robotnikom od Chwalebnego Krzyża swojego Apostolskiego Błogosławieństwa z okazji Wielkiego Jubileuszu 2000”.

Podpisał: Oscar Rizzato, Archiepiscopus Eleemosynarius Summi Pontificis, 15.11.2000.

To powyższe oświadczenie zostało w międzyczasie poświadczone poprzez stanowisko niezliczonej ilości biskupów i kardynałów z całego chrześcijań- skiego świata; stało się przyczynkiem dla wielkiego zapału i pozwoliło, że w dwa lata później, na całym świecie wzniesionych zostało ponad 4000 Chwalebnych Krzyży, ku nadziei wiernych i dla oddania czci Naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi.

1Będę wdzięczny za informację o miejscowości, w której ten krzyż stanął.

2Na  życzenie gotów jestem przesłać jego kopię

3To jego właśnie powołał Nasz Pan – jako pierwszego – do wznoszenia Chwalebnych Krzyży. Jemu także przypadła rola – zgodnie z życzeniem Jezusa Chrystusa – do wzniesienia ostatniego już Chwalebnego Krzyża w Naju (Korea).

Źródło: http://www.p-w-n.de

Posted in Kościół, Objawienia, Warto wiedzieć | Otagowane: , , | 14 komentarzy »

Anioły i demony

Posted by Dzieckonmp w dniu 20 marca 2010


Anioły i demony nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści Dana Browna pod tym samym tytułem. Widzowie ponownie zobaczą na ekranie Toma Hanksa w roli światowej sławy historyka i badacza symboli – profesora uniwersytetu Harvarda Roberta Langdona. Langdon trafia na trop wielowiekowego bractwa znanego pod nazwą Iluminaci – najbardziej wpływowej organizacji podziemnej w historii ludzkości –  którego odwiecznym wrogiem jest Kościół Katolicki. Zegar na ustawionej przez Iluminatów bombie zaczyna już tykać. Mając na to niezbite dowody i chcąc zapobiec katastrofie Langdon udaje się do Rzymu, gdzie zagadkę pomaga mu rozwiązać Vittoria Vetra, piękna i tajemnicza włoska badaczka pracująca dla instytutu CERN. Rozpoczyna się zapierająca dech w piersiach podróż, wiodąca przez krypty wiecznego miasta, tajemnicze katakumby Watykanu, opuszczone katedry, aż do najbardziej tajemniczego na świecie grobowca. Langdon i Vetra będą podążać śladami liczącej sobie 400 lat organizacji Iluminatów, a ich działania mogą okazać się jedyną szansa Watykanu na przetrwanie.

Posted in Kościół, Szatan, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | 1 Comment »

WITAMY W DNIACH NOEGO

Posted by Dzieckonmp w dniu 20 marca 2010


HISTORIA PRZEDPOTOPOWEJ LUDZKOŚCI W WIELKIM SKRÓCIE

Chronologia biblijna wskazuje, iż od czasu stworzenia Adama do nastania potopu upłynęło 1656 lat. Jak długi to okres, wystarczy uzmysłowić sobie przykładając tę miarę czasu do naszych dziejów. Wiemy, jak wielki postęp nauki i techniki dokonał się w naszej cywilizacji na przestrzeni tylu lat oraz jak wiele ważnych wydarzeń miało miejsce w przedziale 17 wieków. Trudno byłoby więc sądzić, iż świat przedpotopowy w przeciągu owego czasu stał w miejscu, tym bardziej, jeżeli weźmiemy pod uwagę dodatkowe czynniki ułatwiające taki rozwój. Ludzie byli długowieczni (Rodz. 5:1-32), co ułatwiało zdobywanie i gromadzenie doświadczenia, a ich umysły bliższe doskonałości. Jednak ową cywilizację, która istniała niemal 2 tysiące lat, pochłonęła całkowicie woda grzebiąc w swoim żywiole dorobek ówczesnej kultury, nauki i pamięć po wielkich umysłach tamtego świata. Pozostały jedynie strzępy informacji o tych zamierzchłych czasach, zamknięte w zaledwie 6 rozdziałach pierwszej księgi biblijnej.

Jedynymi ocalałymi ludźmi, którzy przeżyli ten straszliwy kataklizm, był Noe i jego rodzina (Rodz. 7:11-14). Na podstawie ich relacji wiemy, iż wody potopu spadały na Ziemię przez czterdzieści dni i nocy tak, iż zakryły całkowicie najwyższe wierzchołki planety (Rodz. 7:17-24).

Przytoczę tu fragment ciekawego opracowania na ten temat, które pozwala zdać sobie sprawę z potęgi tego kataklizmu:

„Współczesne badania i odkrycia archeologiczne w pełni potwierdzają autentyczność tych zapisów. Te dwie informacje – nasze odkrycie mówiące o tym, że poziom wody na kuli ziemskiej 4500 lat temu znajdował się co najmniej 6000 m n.p.m., a także sumeryjski przekaz zawarty w Księdze Rodzaju podający czas trwania potopu – pozwalają obliczyć nam w sposób dosyć dokładny tempo przyboru wody w czasie tego niesamowitego kataklizmu. Średnio w ciągu każdej godziny przez czterdzieści dni spadało na każdą jednostkę powierzchni Ziemi 6 metrów(!) wody, a w ciągu doby – 150 metrów. Jeśli potopem w czasach obecnych nazywa się jedną z ulew tropikalnych, których łącznie w ciągu roku spada około 1650 mm tylko na niektórych obszarach strefy międzyzwrotnikowej, to jak nazwać prawdziwy potop, kiedy w ciągu każdej godziny w okresie czterdziestu dni spadało na każdą jednostkę powierzchni ziemi na całym naszym globie 6000 mm wody? Przy takim natężeniu wód potopu (natężenie opadu to stosunek ilości opadu do czasu w jakim on następuje – wyraża się go w milimetrach na godzinę) musiały ulegać zniszczeniu w tempie niemalże błyskawicznym wszystkie skały wystawione na bezpośrednie działanie tych wód, nie mówiąc o wszystkich innych elementach środowiska, które są znacznie mniej trwałe niż lite skały.” (źródło: http://www.historyofcivilization.net/content/view/3/44/)

Oto powód, dlaczego nie zachowały się żadne ówczesne ‘zdobycze techniki’. Zostały one dosłownie wtłoczone w ziemię lub całkowicie uległy destrukcji na skutek tak silnych strumieni opadających wód Potopu.

„Najniżej położone obszary lądowe ulegały najmniejszemu mechanicznemu zniszczeniu, bo były gwałtownie zalewane ogromnymi masami wód i zasypywane rozkruszonym i rozbitym materiałem skalnym nanoszonym przez te wody. Podobnie było z obszarami wyżej położonymi, które były nieckami. W tworzących się gwałtownie wielkich zbiornikach wodnych rodziły się bezustannie potężne wiry i turbulencje, które porywały osadzony wcześniej materiał skalny i przenosiły go w inne miejsca. Rozbijanie skał przez spadające z góry wody trwało tak długo, aż zostały one w końcu zalane wodami wcześniej opadłymi, unoszącymi się na powierzchni Ziemi […]. Przypuszczalnie, już po około 10 dniach od nastania potopu została zalana zdecydowana większość lądów, a po dwudziestu poziom wody zalewającej kulę ziemską znajdował się powyżej 3000 m n.p.m.. Po dwudziestu dniach trwania tego przeogromnego kataklizmu, było już mało obszarów wznoszących się ponad poziom globalnego, ciągle gwałtownie rozrastającego się zbiornika wodnego […]. Kiedy po czterdziestu dniach wody potopu przestały spadać na ziemię, nie było na jej powierzchni najmniejszego skrawka lądu; przeważająca część górnych warstw litosfery została rozbita na drobny materiał skalny, a pozostałości starych lądów zostały zalane przez niezmierzone ilości słodkich wód. Materiał skalny powstały wskutek niszczenia spadających wód oraz wirów i turbulencji zalegał na dnie dawnych mórz, na pozostałościach dawnych lądów i  unosił się w wodzie.” (źródłohttp://www.historyofcivilization.net/content/view/3/44/)

Jakkolwiek, biblijny autor relacji o potopie, nie wspomniał jakich narzędzi użył Noe oraz jego synowie do budowy Arki – olbrzymiego statku mającego ocalić ich przed tak potężnym kataklizmem – nie był to wyczyn na miarę prymitywnej cywilizacji.

Pewne wyobrażenie na ten temat daje następujący przykład. W dzisiejszych czasach, Johan Huibers z Holandii  podjął się budowy repliki Arki Noego [1] [2].

Ta replika, posiadająca zaledwie połowę rozmiarów biblijnej Arki, kotwiczy w kanale holenderskiego miasteczka Schagen i ledwo co mieści się w śluzie w Harderwjiku oraz pod mostami. Johan Huibers zużył na jego budową 1200 pni drzewa sosnowego i cedrowego. Kadłub ma wymiary 70 m (długość) × 13 m (wysokość) × 10 m (szerokość). Nad zrealizowaniem projektu pracował w sumie półtora roku, a jego realizacja pochłonęła milion euro.

[Więcej zdjęć na stronie: http://www.joemonster.org/art/9486/Replika_Arki_Noego]

A CZY TY UWIERZYŁBYŚ W POTOP PRZEPOWIADANY PRZEZ NOEGO?

Na tym przykładzie można sobie uzmysłowić jak wielkiego przedsięwzięcia podjął się Noe i jego rodzina. Jako, że ten olbrzymi korab miał ocalić ich przed falami nieokiełznanych wód potopu, nie mogło być miejsca na żadną ‘fuszerkę’ – na najmniejsze zaniedbanie w realizacji zleconego przez samego Boga projektu (Rodz. 6:14-22).

Kosztowało go to z pewnością niemało trudu, a sytuację pogarszał fakt, iż postronnym ludziom mogło wydawać się, że Noe jest szalony. Twierdzi, że przemówił do niego Bóg i przygotowuje się na wielki potop – czy on jeden może mieć rację? Jak uwierzyć w te ‘brednie’? Jakże dziwaczne musiało wydawać im się zachowanie Noego. Od zarania dziejów ludzkości nie spadła przecież na ziemię nawet kropla wody z nieba. Ludzie nie mieli pojęcia czym jest deszcz, bowiem Ziemię okrywał płaszcz pary wodnej (Rodz. 1:6-8), a gleba była nawilżana rosą. Jak mógł się czuć Noe, nie znajdując żadnego zrozumienia dla prowadzanego przez siebie przedsięwzięcia, a będąc wręcz wyszydzany? Wszyscy pozostali ludzie byli bowiem zajęci sprawami, których sens znany był od początku świata – zakładając rodziny, zarabiając na życie, budując domy, planując przyszłość (Łuk. 17:27) – ufni w te niezmienne od wieków wartości.

Cóż się jednak okazuje? Nikt nie przypuszczał, że … jutro będzie inne, a raczej – dla nich nie będzie go wcale. Ktoś, kto całe życie poświęcił na budowę domu, może pałacu, może całego miasta – w istocie zmarnował swój czas i … swoje życie. W momencie potopu wszystko przestało się liczyć. Każda z tych rzeczy, łącznie z ich właścicielami została dosłownie zmiażdżona przez wody potopu. Była to chwila, w której niewątpliwie ludzie uwierzyli w to co przepowiadał Noe, bo ujrzeli to na własne oczy (2 Piotra 2:5) – ale cóż z tego? Wtedy było już za późno, żeby się uratować. Przed samym potopem było jeszcze siedem dni ostatniej szansy (Rodz. 7:4, 10), a potem decydujący moment – zamknięcie drzwi Arki (Rodz. 7:16b).

DLACZEGO OCALAŁ TYLKO NOE?

Pierwsze pytanie, które nasuwa się w związku z potopem:

Dlaczego Bóg zniszczył całą ówczesną ludzkość, poza jedynie ośmioma (!) ludźmi?

„Ale ziemia była skażona w oczach Boga i pełna nieprawości. I spojrzał Bóg na ziemię, a oto była skażona, gdyż wszelkie ciało skaziło drogę swoją na ziemi. Rzekł tedy Bóg do Noego: Położę kres wszelkiemu ciału, bo przez nie ziemia pełna jest nieprawości; zniszczę je wraz z ziemią” (Rodz. 6:11-13).

Zwróćmy uwagę, iż Ziemia była skażona ‘w oczach Boga’, a nie ludzi. Możliwe, że im samym wydawało się, że są sprawiedliwi. Nie zadali sobie jednak trudu, aby skonfrontować swoje mierniki sprawiedliwości z Bożym probierzem. Ponadto Pismo Święte podaje jeszcze jedną ważną informację, wyjaśniając dlaczego ocalał tylko Noe:

Przez wiarę zbudował Noe, ostrzeżony cudownie o tym, czego jeszcze nie można było widzieć, pełen bojaźni, arkę dla ocalenia rodziny swojej; przez nią wydał wyrok na świat i odziedziczył usprawiedliwienie, które jest z wiary” (Hebr. 11:7, BW*).

Noe, w przeciwieństwie do pozostałego współczesnego sobie pokolenia, jako jedyny uwierzył w nadchodzącą zagładę i to ocaliło mu życie.

WSPÓŁCZESNE POKOLENIE NOEGO

Czy jednak warto sobie zaprzątać głowę tak odległym od naszych dziejów wydarzeniem?

„Albowiem jak było za dni Noego, takie będzie przyjście Syna Człowieczego. Bo jak w dniach owych przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali, aż do tego dnia, gdy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, że nastał potop i zmiótł wszystkich, tak będzie i z przyjściem Syna Człowieczego” (Mat. 24:37-39, BW).

To biblijne ostrzeżenie skierowane jest do pokolenia, które jest w przededniu równie wielkiej ogólnoświatowej katastrofy. Jezus nie przypadkiem użył tego przykładu – widocznie było to najtrafniejsze porównanie jakiego mógł użyć.

Historia się powtarza, a dzisiejszy świat znów stał się zdegenerowany, natomiast ziemia pełna jest wszelkiego rodzaju zła (2 Tym 3:1-5, Rzym. 1:26-32). Ludzkość ponownie musi być oczyszczona.

„Ale teraźniejsze niebo i ziemia mocą tego samego Słowa zachowane są dla ognia i utrzymane na dzień sądu i zagłady bezbożnych ludzi” (2 Piotra 3:7, BW).

Ludzie natomiast, niczego się nie nauczywszy, znów lekceważą wszelkie ostrzeżenia, szydząc w wszelkich przepowiedni:

„Wiedzcie przede wszystkim to, że w dniach ostatecznych przyjdą szydercy z drwinami, którzy będą postępować według swych własnych pożądliwości i mówić: Gdzież jest przyobiecane przyjście jego? Odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak było od początku stworzenia. Obstając przy tym, przeoczają, że od dawna były niebiosa i była ziemia, która z wody i przez wodę powstała mocą Słowa Bożego przez co świat ówczesny, zalany wodą, zginął. Ale teraźniejsze niebo i ziemia mocą tego samego Słowa zachowane są dla ognia i utrzymane na dzień sądu i zagłady bezbożnych ludzi. Niech to jedno, umiłowani, nie uchodzi uwagi waszej, że u Pana jeden dzień jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Pan nie zwleka z dotrzymaniem obietnicy, chociaż niektórzy uważają, że zwleka, lecz okazuje cierpliwość względem was, bo nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania. A dzień Pański nadejdzie jak złodziej; wtedy niebiosa z trzaskiem przeminą, a żywioły rozpalone stopnieją, ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną. Skoro to wszystko ma ulec zagładzie, jakimiż powinniście być wy w świętym postępowaniu i w pobożności, jeżeli oczekujecie i pragniecie gorąco nastania dnia Bożego, z powodu którego niebiosa w ogniu stopnieją i rozpalone żywioły rozpłyną się? Ale my oczekujemy, według obietnicy nowych niebios i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość” (2 Piotra 3:3-13, BW).

Niektórym wydaje się, że nie są aż tak źli, żeby mieli być unicestwieni przez Boga. Może nawet uważają się za dobrych i uczciwych we własnych oczach i według otoczenia. Jak powszechnie zwykło się mówić: nie piją, nie kradną, więc co z nimi jest nie tak? Bóg ma jednak o wiele wyższą poprzeczkę. Zdajmy sobie sprawę z rozmiaru kataklizmu, który nastąpił: z całej ludzkości pozostało przy życiu tylko 8 osób. Wiem, że się powtarzam, ale to jest niesamowite!

Czy sądzimy, że przedpotopowa ludzkość była bardziej zdegenerowana niż ta dzisiejsza? Tutaj nie chodzi o to, żeby nie być złym – to za mało. Czynić dobro? To też za mało. Trzeba uwierzyć Bogu, jak to uczynił Noe, gdyż właśnie to zostało mu poczytane jako sprawiedliwość (Hebr. 11:7), a co za tym idzie, wypełniać przykazania Boże (Jakuba 2:19-22). Apostoł Piotr napisał: „jakimiż powinniście być wy w świętym postępowaniu i w pobożności, jeżeli oczekujecie i pragniecie gorąco nastania dnia Bożego, z powodu którego niebiosa w ogniu stopnieją i rozpalone żywioły rozpłyną się?”. To postępowanie ma być święte i nienaganne.

Zważmy na słowa Apostoła Pawła:

„A chcę, bracia, abyście dobrze wiedzieli, że ojcowie nasi wszyscy byli pod obłokiem i wszyscy przez morze przeszli. I wszyscy w Mojżesza ochrzczeni zostali w obłoku i w morzu, i wszyscy ten sam pokarm duchowy jedli, i wszyscy ten sam napój duchowy pili; pili bowiem z duchowej skały, która im towarzyszyła, a skałą tą był Chrystus. Lecz większości z nich nie upodobał sobie Bóg; ciała ich bowiem zasłały pustynię. A to stało się dla nas wzorem, ostrzegającym nas, abyśmy złych rzeczy nie pożądali, jak tamci pożądali. Nie bądźcie też bałwochwalcami, jak niektórzy z nich; jak napisano: Usiadł lud, aby jeść i pić, i wstali, aby się bawić. Nie oddawajmy się też wszeteczeństwu, jak niektórzy z nich oddawali się wszeteczeństwu, i padło ich jednego dnia dwadzieścia trzy tysiące, ani nie kuśmy Pana, jak niektórzy z nich kusili i od wężów poginęli, ani nie szemrajcie, jak niektórzy z nich szemrali, i poginęli z ręki Niszczyciela. A to wszystko na tamtych przyszło dla przykładu i jest napisane ku przestrodze dla nas, którzy znaleźliśmy się u kresu wieków. A tak, kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł” (1 Kor. 10:1-12, BW*).

Ile osób spośród tych, którzy wyszli z Egiptu weszło do ziemi obiecanej? Tylko dwie osoby (!) z całego dorosłego pokolenia liczącego 600 tys. mężczyzn (Wyjścia 12:37) – Jozue i Kaleb (Liczb 14:28-33, 26:65).

Można zestawić to ze słowami Jezusa:

„Albowiem wielu jest wezwanych, ale mało wybranych” (Mat. 22:14, BW).

JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁ ‘DZIEŃ GNIEWU PANA’?

„Słuchaj! Na górach wrzawa jakby licznego ludu. Słuchaj! Zgiełk królestw, zgromadzonych narodów. Pan Zastępów dokonuje przeglądu zastępów bojowych. Ciągną z dalekiej ziemi, od krańców nieba, Pan i narzędzia jego grozy, aby zniszczyć całą ziemię. Biadajcie! Bo bliski jest dzień Pana, który nadchodzi jako zagłada od Wszechmocnego. Dlatego opadają wszystkie ręce i truchleje każde serce ludzkie. I są przerażeni; ogarniają ich kurcze i bóle, wiją się z bólu jak rodząca, jeden na drugiego spogląda osłupiały, ich oblicza są rozpłomienione. Oto nadchodzi dzień Pana, okrutny, pełen srogości i płonącego gniewu, aby obrócić ziemię w pustynię, a grzeszników z niej wytępić. Gdyż gwiazdy niebios i ich planety nie dadzą swojego światła, słońce zaćmi się zaraz, gdy wzejdzie, a księżyc nie błyśnie swym światłem. I nawiedzę okręg ziemski za jego złość, a bezbożnych za ich winę; i ukrócę pychę zuchwalców, a wyniosłość tyranów poniżę. Sprawię, że śmiertelnik będzie rzadszy niż szczere złoto, a człowiek niż złoto z Ofiru. Dlatego sprawię, że niebiosa zadrżą, a ziemia ruszy się ze swojego miejsca z powodu srogości Pana Zastępów w dniu płomiennego jego gniewu, i jak spłoszona gazela, i jak trzoda, której nikt nie może zgromadzić, zwróci się każdy do swojego ludu i będzie uciekał do swojej ziemi. Każdy, kogo znajdą, zostanie przebity, a każdy, kogo złapią, padnie od miecza” (Izaj. 13:4-15, BW*, por. Izaj. 24:1-6, Joela 2:1-3).

W powyższym cytacie wytłuszczono słowa, na które powołał się Jezus, wymieniając znaki końca (por. Marka 13:24, Mar. 24:29). Nie miał On potrzeby powtarzania wszystkich szczegółów zawartych w prorockich księgach Starego Testamentu – wystarczyła wzmianka naprowadzająca na właściwy fragment oraz jego kontekst. Dlatego właśnie niektórym osobom wydaje się, że Nowy Testament jest pozbawiony drastycznych scen.

Oto inny fragment:

I ukażę znaki na niebie i na ziemi, krew, ogień i słupy dymu. Słońce przemieni się w ciemność, a księżyc w krew, zanim przyjdzie ów wielki, straszny dzień Pana. Wszakże każdy , kto będzie wzywał imienia Pana, będzie wybawiony; gdyż na górze Syjon i w Jeruzalemie będzie wybawienie – jak rzekł Pan – a wśród pozostałych przy życiu będą ci, których powoła Pan” (Joela 3:3-5, BW).

Kolejne fragmenty Pisma Świętego, które na to proroctwo się powołują: Łuk. 21:25, Rzym. 10:13. Zwróćmy uwagę na chętnie przytaczane słowa z listu do Rzymian 10:13: „Każdy bowiem, kto wzywa imienia Pańskiego, zbawiony będzie”, którego dokończenie może jednak zaskoczyć: „gdyż na górze Syjon i w Jeruzalemie będzie wybawienie”. Czy chodzi tu o symbolikę, czy też literalne Jeruzalem rozważno w oddzielnym opracowaniu.

„Drży przed nimi ziemia, trzęsie się niebo, słońce i księżyc są zaćmione, a gwiazdy tracą swój blask. I Pan wydaje swój donośny głos przed swoim wojskiem, gdyż bardzo liczne są jego zastępy i potężny jest wykonawca jego rozkazu. Tak! Wielki jest dzień Pana i pełen grozy, któż go przetrwa? Wszakże jeszcze teraz mówi Pan: Nawróćcie się do mnie całym swym sercem, w poście, płaczu i narzekaniu!” (Joela 2:10-12, por. Izaj. 24:17-23).

Jezus często mówiąc o ‘tym dniu’ przyrównywał go do żniwa (Mat. 9:37-38, Łuk. 10:2, Mat. 13:30, Jana 4:35-36). O tym żniwie wspomina Księga Objawienia 14:14-19.

Czy było to jakieś nowe porównanie?

„Zapuśćcie sierp, gdyż nadeszło żniwo! Przyjdźcie, zstąpcie, bo pełna jest prasa; pełne są kadzie, gdyż złość ich jest wielka! Tłumy i tłumy zebrane w Dolinie Sądu, bo bliski jest dzień Pana w Dolinie Sądu. Słońce i księżyc będą zaćmione, a gwiazdy stracą swój blask” (Joela 3:18-20, BW).

‘Dzień Pański’ opisywany jest w całym Piśmie Świętym jako: ‘okrutny, pełen srogości i płonącego gniewu’ (Izaj. 13:9), ‘dzień ciemności i mroku, dzień pochmurny i mglisty’ (Joela 2:2), tak ‘wielki i straszny’ (Joela 3:4), że ‘wtedy nawet bohater będzie krzyczał’ (Sof. 1:14).

Ucisk jaki w tym okresie nastąpi ma być nieporównywalny z nawet najgorszymi czasami w dziejach ludzkości (Mat. 24:21).

„Bliski jest już dzień Pański, ów dzień przemocy pełen, bliski jest i szybko nadchodzi. Posłuchaj, gorzki jest dzień Pański! Tak wołał będzie wtedy nawet mężny wojownik. Będzie ów dzień dniem gniewu, ucisku i utrapienia, dniem spustoszenia i ruiny oraz dniem mroków i ciemności, dniem obłoków ponurych i czarnej nocy, dniem głosu trąby i wojennych krzyków zarówno w miastach warownych, jak i na strażniczych wieżach.  I tak ciągłym strachem udręczę ludzi, że będą się błąkać dokoła jak ślepi, bo bardzo przeciw Panu zgrzeszyli. Krwi ich będzie pełno wszędzie jakby kurzu, a trupy ich porozrzucane jak nawóz. I nie uratuje was ani wasze srebro, ani złoto, gdy przyjdzie ów dzień gniewu Pańskiego. Ogień Jego zapalczywości całą ziemię strawi. Bo taki koniec przeznaczył mieszkańcom całej ziemi, koniec zaiste pełen zgrozy!” (Sof. 1:14-18, BW-P).

Dzień ten ma być tak przerażający, że nawet ci, którzy go oczekują sądząc, iż są nań przygotowani są ostrzegani:

„Biada wam, którzy z utęsknieniem oczekujecie dnia Pana! Na cóż wam ten dzień Pana? Wszak jest on ciemnością, a nie światłością. To tak, jakby ktoś uciekał przed lwem, a spotyka niedźwiedzia; a gdy wejdzie do domu i opiera rękę o ścianę, ukąsi go wąż” (Amosa 5:18-19, BW).

„Zaiste, dzień Pana jest ciemnością, a nie światłością, mrokiem, a nie jasnością” (Amosa 5:20, BW).

„Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy wypełniacie jego prawo! Szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, może się ukryjecie w dniu gniewu Pana” (Sof. 2:3, BW*).

CZY BOŻY GNIEW JEST UZASADNIONY?

Niektórzy sądzą, iż powyższe opisy są przesadzone, albo też Bóg wybucha niewspółmiernym do przewinień ludzkości gniewem. Inni, chcąc być obrońcami Boga (por. Hiob 13:7-8) uznają te wszystkie proroctwa za duchowe przenośnie. Jednak, jak potwierdziła historia, wiele zapowiedzi srogich kar Bożych stało się rzeczywistością, co do najmniejszego szczegółu. Począwszy od potopu (Rodz. 7:23), Sodomy i Gomory (Rodz. 19:24-25), zburzenia Świątyni (2 Kron. 36:19), uprowadzenia Żydów do niewoli babilońskiej (1 Kron. 9:1b) i rozproszenia Izraela po całym świecie (Powt. Pr. 4:27), poprzez upadek kolejnych potęg światowych (Izaj. 13:19, Dan. 8:20-22) i pojedynczych miast (Ezech. 26:4) – to wszystko to tylko wielki skrót mnóstwa innych spełnionych co do joty proroctw. Żadne z nich nie było duchową przenośnią.

Dlaczego więc nad współczesną ludzkością wisi widmo takiej przerażającej przyszłości?

„Ziemia jest splugawiona pod swoimi mieszkańcami, gdyż przestąpili prawa, wykroczyli przeciwko przykazaniom, zerwali odwieczne przymierze” (Izaj. 24:5, BW, por. Rodz. 6:11-13).

Istotnie, w dzisiejszym świecie panuje przemoc, korupcja, ‘sztuczny’ głód (państwa trzeciego świata, gdzie nikomu ‘nie opłaca się’ nimi interesować, gdyż lepiej inwestować w przemysł zbrojeniowy, który przynosi zyski). Grabieżcza gospodarka i ludzie ‘psujący’ Ziemię, a nie umiejący naprawić zdegradowanego środowiska (wycinane lasy, zakłócona równowaga ekologiczna w przyrodzie, efekt cieplarniany). Dołóżmy do tego wypaczone kompletnie wartości moralne, którym już zupełnie nie można się przeciwstawić pod zarzutem nietolerancji. Ponadto rozluźnione zasady moralne, brak szacunku dla rodziców i starszych osób. Ludzie zatracili mierniki Boże wyznaczając w to miejsce swoje własne. Przykładów można by mnożyć – zabrakłoby tu miejsca.

JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ NA PRZYJŚCIE TEGO DNIA?

„Baczcie na siebie, aby serca wasze nie były ociężałe wskutek obżarstwa i opilstwa oraz troski o byt i aby ów dzień was nie zaskoczył niby sidło; przyjdzie bowiem znienacka na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc, modląc się cały czas, abyście mogli ujść przed tym wszystkim, co nastanie, i stanąć przed Synem Człowieczym” (Łuk. 21:34-36, BW).

Obok czasów Noego, Jeszua powołał się na przykład Lota:

„Podobnie też było za dni Lota: Jedli, pili, kupowali, sprzedawali, szczepili, budowali; a w dniu kiedy Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba ogień z siarką i wytracił wszystkich” (Łuk. 17:28-29).

Co łączy oba te zdarzenia? Owi sprawiedliwi ludzie opuścili swój ówczesny świat. Obydwaj musieli zostawić wszystko i zacząć nowe życie. Nie mogli żałować dobrobytu w jakim żyli, swojego dorobku – nie mogli oglądać się wstecz.

Na wstępie tego opracowania zwrócono uwagę na fakt zamknięcia drzwi w Arce. Motyw drzwi pojawia się też w ostrzeżeniach Jezusa dotyczących tego znamiennego dnia (Mat. 25:10, Łuk. 13:23-25), wskazując na cel czuwania: Pan nie będzie na nas czekał – to my mamy być gotowi. Zamknięcie drzwi oznacza pewien moment, po którym znalezienie się po tej właściwej stronie już nie będzie możliwe.

Być może wiąże się to z przygotowanym dla nas miejscem ocalenia, na co wskazują niektóre wersety:

„Wejdź więc, mój ludu, do swoich pokojów i zamknij swoje drzwi za sobą, skryj się na chwilkę, aż przeminie gniew! Bo oto Pan wyjdzie ze swojego miejsca, aby ukarać mieszkańców ziemi za ich winę; wtedy ziemia odsłoni krew na niej przelaną i już nie będzie ukrywała swoich zabitych” (Izaj. 26:20-21, por. Mat. 24:40-42, Jana 14:3, 1 Tes. 4:15-18).

Było już wiele prób wyznaczania wręcz daty ‘przyjścia Pańskiego’, chociaż wyraźnie napisano że: „o tym dniu i godzinie nikt nie wie; ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko sam Ojciec” (Mat. 24:26, BW). Owszem, można rozpoznać znaki jego zbliżania się (Marka 13:29), dlatego nie będzie on dla oczekujących go kompletnym zaskoczeniem (1 Tes. 5:4-6), jednak nie mogą tu wchodzić w grę żadne daty. Trafnie ujmuje to nasz Mistrz mówiąc:

„Błogosławieni owi słudzy, których pan, gdy przyjdzie, zastanie czuwających. Zaprawdę, powiadam wam, iż się przepasze i posadzi ich przy stole, i przystąpiwszy, będzie im usługiwał. Czy przyjdzie o drugiej, czy o trzeciej straży, a zastanie ich tak, błogosławieni oni!” (Łuk. 12:37-38, BW*).

W starożytności straż nocna podzielona była na 4 zmiany, z których każda trwała po 3 godziny. Pierwsza straż rozpoczynała się o 1 godzinie nocnej, odpowiadającej dzisiejszej godzinie 18. Oczywiście Jeszua nie ma na myśli literalnej nocy. Zatem czas oczekiwania może okazać się długim okresem, za co Jego wytrwali słudzy zostaną nagrodzeni przez ‘posadzenie ich przy stole i osobiste usługiwanie Pana’.

Dlatego konieczne jest nieustanne czuwanie, którego nie może przyćmić zbytnia troska o doczesne życie ani też przywiązanie się do doczesnych dóbr tego świata. Każdy z czuwających musi być przygotowany tak, jakby ten dzień miałby nastąpić, choćby jutro.

A CZY TY WIERZYSZ Z ZAPOWIADANY DZIEŃ PAŃSKI?

Odnaleźliśmy wiele analogii łączących nasze czasy z czasami Noego. Zatem, witamy w czasach Noego! Teraz jest czas, żeby zadać decydujące pytanie: Czy Ty, osobiście, wierzysz w mający nadejść Dzień Pański? Czy naprawdę jesteś przygotowany na to, co zapowiada Biblia? Czy tak jak Noe zbudowałeś już arkę swojej wiary, czy ciągle sądzisz, że masz jeszcze dużo czasu?

Wiary nie da się zbudować w kilka dni. Jest to efekt wielu lat pracy nad sobą, codziennego pogłębiania więzi z Bogiem, poznawania Pisma Świętego, ugruntowania swoich poglądów, tak aby nie chwiały się jak statek na wietrze, w który uderza wiatr różnych filozofii i sprzecznych poglądów. Nie mówimy to o małym wiaterku, czyli dyskutantach na temat wiary, których sam sobie dobierasz, albo i wcale. Mówimy o olbrzymiej nawałnicy, która niczym potop nadciągnie nad ten świat. Czy jesteś w stanie oprzeć się wszelkim próbom podważenia Twojej wiary, atakom lub zmasowanym przeciwnym opiniom co do Twoich zasad? Twoja ‘arka wiary’ musi być tak solidna, że nie przemogą jej nawałnice przeraźliwych wód, ani innych żywiołów (1 Kor. 3:10-15).

Kiedy na świecie zaczną dziać się te wszystkie straszne rzeczy, które przepowiada Pismo, będzie już za późno na umacnianie wiary. Dlatego właśnie Jezus mówi, żeby nasze serca nie były obciążone jedzeniem i piciem. To przecież nie oznacza, że trzeba nic nie robić, nie jeść i nie pić, nie pracować – a ciągle czuwać. Chodzi o to, żeby nie dać się bez reszty pochłonąć sprawom codzienności, tak aby zupełnie zaniedbać umacnianie swej wiary oraz więzi z Bogiem. Wielu ludzi twierdzi, iż nie mają czasu na takie rzeczy: „Przecież wystarczy, że wierzę w Boga, wiec przecież będę zabawiony, prawda?”. Pismo Święte jednak mówi, iż wiara każdego zostanie wypróbowana (Obj. 3:10, Jak. 1:12, 1 Piotra 1:7), czasem mogąc okazać się próbą na śmierć i życie (Obj. 2:10).

Jeszua powiedział: „Albowiem gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” (Łuk. 12:34, BW). Gdzie jest Twoje serce? Jak bardzo jesteś przywiązany do Twojego materialnego dorobku? Gdyby Jezus przyszedł dziś i kazał Ci nagle opuścić to wszystko co posiadasz, czy byłbyś gotowy? Czy tęsknie, jak żona Lota, oglądałbyś się za tym co zostawiasz? Oczywiście, w tym przypadku sprawdza się to, o czym mówił Jezus: „Łatwiej bowiem wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego” (Łuk. 18:25). Im cenniejsze dobra materialne człowiek posiada, tym trudniej jest je po prostu zostawić. Natomiast, im bliższy jest mu Jezus oraz nie dające się opisać błogosławieństwa (1 Kor. 2:9), tym bardziej realny staje się dla niego przyszły świat na który z utęsknieniem oczekuje.

„Ale my oczekujemy, według obietnicy nowych niebios i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość”
(2 Piotra 3:13)

Źródło: mesjasz.info

Posted in Religia, Warto wiedzieć, Świat innymi oczami | Otagowane: , , | 3 komentarze »

Polskie dzieci Allaha

Posted by Dzieckonmp w dniu 19 marca 2010


Coraz więcej Polaków, głównie młodych, przechodzi na islam

Nie jest ich jeszcze tak dużo, jak w Wielkiej Brytanii czy Francji, gdzie liczba konwertytów idzie w dziesiątki tysięcy, ale jeśli ta tendencja się utrzyma, to kto wie. Naszym neofitom bliżej jednak do bliskowschodnich fundamentalistów niż rodzimych muzułmanów – Tatarów żyjących w Rzeczypospolitej od wieków.

W oddziale Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP przy ul. Wiertniczej w Warszawie można spotkać wielu Polaków, którzy przeszli na islam. Pojawiają się również w siedmiu pozostałych gminach MZR rozsianych po kraju. A także w kilku innych organizacjach, które konkurują z MZR o rząd dusz – choćby Stowarzyszenia Jedności Muzułmańskiej.

Dominują młodzi, głównie studenci i pracownicy naukowi, ale są wśród nich dziennikarze, artyści (choćby Piotr Kalwas, scenarzysta Świata według Kiepskich), a nawet liderzy kapel hiphopowych, na przykład Włodi z grupy Molesta i Eldo (Leszek Kazimierczak) z zespołu Gramatik. Zwłaszcza widok tych ostatnich każe się zastanawiać nad rzeczywistymi przyczynami ich konwersji: czyżby chodziło o zwykły bunt przeciw społeczeństwu, a nie nawrócenie? „Każdy ma w życiu chwile, żeby to wszystko j[…], ale trzeba je przetrwać, powierzyć się Bogu” – śpiewa w swoim największym hicie Kazimierczak (nazywany Khaled na znak przynależności do nowej religii).

Garstka do garstki

Liczba neofitów w Polsce jest trudna do ustalenia, między innymi dlatego, że urzędy państwowe nie mogą zbierać oficjalnych informacji na temat wyznania obywateli. Z kolei danych o osobach porzucających wyznanie katolickie nie gromadzą żadne instytucje kościelne. Powód jest prozaiczny. Brakuje pieniędzy, jak usłyszeliśmy w Instytucie Statystyki Kościoła Katolickiego.

Na razie polskich konwertytów na islam jest niewielu. Muzułmański Związek Religijny w RP – najstarsza organizacja zrzeszająca wyznawców Allaha – doliczył się około 800 takich osób. Znacznie więcej, bo około 2,5 tysiąca neofitów, rekrutuje się spośród przybyszów z krajów muzułmańskich – biznesmenów i studentów – którzy dopiero w Polsce przyjęli nową religię. Według Józefa Konopackiego, wiceprzewodniczącego Kolegium Najwyższego MZR i jednocześnie wiceprzewodniczącego Związku Tatarów Polskich, w samej Warszawie mieszka około 90 neofitów. Do MZR należy około 50. – Do tego trzeba jeszcze doliczyć tych, którzy nie przynależą do żadnej polskiej organizacji muzułmańskiej – dodaje Konopacki. Ale nie wiadomo, ilu ich jest.

A jeszcze na początku lat 90. nie było w ogóle konwertytów na islam, mamy więc do czynienia z niezwykle szybkim ich przyrostem. Według danych MZR i bardziej radykalnej Ligi Muzułmańskiej, drugiej pod względem liczebności organizacji islamskiej zrzeszającej głównie konwertytów i Arabów, konwersje nasiliły się gwałtowne po 11 września 2001 roku. Zdaniem Selima Chazbijewicza, przewodniczącego Związku Tatarów Rzeczypospolitej i do niedawna członka Najwyższego Kolegium Muzułmańskiego Związku Religijnego odpowiedzialnego za sprawy doktryny, jest to wynik nagłego zainteresowania światem islamu i zwykłej mody. Jak uważa Chazbijewicz, polscy konwertyci pomylili fascynację kulturową z fascynacją religijną. Jego zdaniem, moda nie jest niczym złym, jeśli idzie w parze ze zgłębieniem tematu. Tak było w XIX wieku w wypadku generała Bema [po upadku powstania węgierskiego w 1849 roku znalazł azyl w Turcji, gdzie przeszedł na islam i przyjął imię Murad Pasza – red.]. Jednak współcześni Polacy nie mają odpowiedniego dystansu. Na islam przechodzą skini i punkowcy, którzy chcą się wyróżnić.

Zdaniem Chazbijewicza, za powierzchownością „nawróceń” przemawiają statystyki. Według szacunków MZR, 80-90 procent konwertytów wraca na łono Kościoła katolickiego. Mają na ogół problemy osobowościowe, ich relacje z rodzinami są – często nieodwracalnie – zachwiane, bo na przykład usiłowali nawracać na islam swoich bliskich. O takich konsekwencjach uczciwie ostrzegają muzułmańskie organizacje legalnie działające w Polsce. Nielegalne milczą na ten temat, a to głównie do nich ściągają „nawróceni”. Najwięcej jest wśród nich kobiet, które wyszły lub chcą wyjść za mąż za muzułmanina. Selim Chazbijewicz odradza kobietom przechodzenie na islam ze względów uczuciowych. Fascynacja partnerem minie i pojawi się kryzys religijny w małżeństwie.

Na dodatek wielu polskich konwertytów zna swoją nową wiarę powierzchownie. Chazbijewicz oburza się, że niewiele wiedzą o islamie, a są skrajni w poglądach. Usiłują być bardziej papiescy od papieża, zarzucając polskim Tatarom rażące odstępstwa od wiary i przekreślając tym samym ich kilkusetletnią tradycję.

Wojna o dusze

Islam w Polsce ma długą tradycję. Jego wyznawcami byli Tatarzy, których osiedlił na ziemiach litewskich jeszcze książę Witold. Część z nich mieszkała na terenach obecnej Polski i zostali tu do dziś. Obecnie żyje u nas około 5 tysięcy Tatarów. Zamieszkują kolonie tatarskie na Białostocczyźnie (Bohoniki i Kruszyniany), są też na Pomorzu (Gdańsk), w Wielkopolsce (Poznań, Gorzów Wielkopolski), na Śląsku i Mazowszu (Warszawa). Nie zachowali własnego języka, przetrwali jako grupa etniczna wyłącznie dzięki religii. Większość uznaje się za Polaków – w spisie powszechnym przeprowadzonym w 2002 roku do narodowości tatarskiej przyznało się tylko 500 osób. Przez sześćset lat swojej obecności na ziemiach polsko-litewskich Tatarzy (zwani w przeszłości Lipkami) kształtowali wizerunek islamu jako religii nieortodoksyjnej, pełnej europejskich naleciałości. Założyli Muzułmański Związek Religijny, który przed wojną był jedyną organizacją muzułmańską w Polsce. Taka sytuacja utrzymywała się do 1988 roku.

Tatarzy przestali być większością wśród muzułmanów w Polsce, kiedy zaczęli do nas przyjeżdżać, głównie na studia, mieszkańcy krajów Bliskiego Wschodu, przede wszystkim arabskich. W latach 60., 70. i 80. przybyło ich łącznie około 20 tysięcy. Tu zakładali rodziny, powoli wtapiali się w społeczeństwo. Problem stanowią imigranci świeżej daty, którzy nie chcą się asymilować i nie myślą o wiązaniu się z którąś z zarejestrowanych formalnie organizacji muzułmańskich. Według Józefa Konopackiego, około 8 tysięcy z nich to Arabowie, 2-3 tysiące – Czeczeni, 1-1,5 tysiąca – Turcy i pół tysiąca – Irańczycy. Bliżej nieznana jest liczba muzułmanów z krajów byłych republik sowieckich. To tylko imigranci legalni, ilu jest nielegalnych – nie wiadomo.

Dzisiaj w Polsce żyje około 30 tysięcy muzułmanów, a jeszcze na początku lat 90. było ich pięć razy mniej. Oznacza to, że co roku nad Wisłą przybywa około 2 tysięcy wyznawców Allaha. W porównaniu z Francją, Niemcami i Wielką Brytanią, gdzie są ich miliony, to niewiele.

Przyjezdni z Bliskiego Wschodu po roku 1990 zaczęli zakładać nieformalne struktury o charakterze fundamentalistycznym – były one w dużym stopniu ekspozyturami podobnych, znacznie silniejszych organizacji działających w Europie Zachodniej i na Bliskim Wschodzie. Jedna z nich to grupa poznańska skupiona wokół wydalonego z Polski w ubiegłym roku jemeńskiego imama Ahmeda Ammara, który wprost nawoływał do walki zbrojnej z „niewiernymi”. Struktury te są raczej luźnymi związkami o charakterze religijno-towarzyskimi i to do nich najczęściej trafiają polscy konwertyci. Tajemnicą poliszynela jest, że właśnie z owych grup powstała konkurencyjna wobec MZR Liga Muzułmańska, która jest ich legalnym przedstawicielstwem.

Narastający radykalizm części muzułmanów, w tym neofitów, skłonił władze MZR do działania. Receptą na zarysowujący się rozłam miało być powołanie muftiego, najwyższego znawcy prawa islamskiego, mającego prawo wydawania fatw, który pojednałby wszystkich muzułmanów. Został nim w marcu ubiegłym roku Tatar Tomasz Miśkiewicz, ledwie 26-letni imam meczetu w Białymstoku, wykształcony w Arabii Saudyjskiej, znany ze swojego radykalizmu religijnego. Właśnie to – zdaniem działaczy MZR, którzy go wybrali – miało skłonić radykałów do kompromisu.

Miśkiewicza trudno uznać za zwolennika starej tatarskiej wersji islamu, niektórzy zarzucają mu nawet skłonności wahabickie. [Wahabityzm jest doktryną religijną sformułowaną w XVIII wieku przez Muhamada Al-Wahabiego, obecnie pozostaje obowiązującą wykładnią islamu w Arabii Saudyjskiej. Głosi potrzebę powrotu do źródeł koranicznych i odrzucenia wszystkich naleciałości zniekształcających islam na przestrzeni wieków jego rozwoju, w tym kult świętych miejsc i mężów czy Mahometa. Wahabityzm inspiruje główne muzułmańskie ugrupowania zbrojne w Czeczenii, Azji Środkowej, Kaszmirze – przyp. red.]. Mufti nabrał ich podczas studiów teologicznych w Arabii Saudyjskiej, gdzie pobierał wysokie stypendium, z którego korzystali też jego rodzice. To właśnie jego związki z Arabią budzą najwięcej wątpliwości. Choć Miśkiewicz nie przyznaje się do wahabizmu, zdaniem jego tatarskich adwersarzy, mówi jak wahabici. Tak jak oni neguje tradycje rozwoju islamu, który ma różne oblicza. W wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego (nr 6/2005) podkreślał, że islam jest jeden, może się różnić wyłącznie otoczką kulturową.

Powołanie muftiego nie polepszyło sytuacji, a wręcz ją pogorszyło. Jego autorytet, mimo pewnych zastrzeżeń, uznaje tylko MZR, natomiast nie akceptuje go Liga Muzułmańska, tocząca spór z MZR o władzę i pieniądze, płynące do polskich muzułmanów z Arabii Saudyjskiej i innych krajów arabskich. Imam Abdelwahab Bouali, Arab z pochodzenia, szara eminencja Ligi Muzułmańskiej, dyrektor Centrum Islamu w Białymstoku, kwestionuje przywództwo Miśkiewicza, zarzucając mu, że nie reprezentuje wszystkich muzułmanów w Polsce, a tylko Muzułmański Związek Religijny w RP.

Na konflikcie między legalnie działającymi organizacjami zyskują nieformalne grupy o skrajnym charakterze. Właśnie przed nimi ostrzega mufti Miśkiewicz na łamach prasy. Ma do nich pretensje, że propagują islam w zbyt radykalnej wersji, niemożliwej do przyjęcia w Polsce i że są zbyt agresywne.

„Nawracanie” w Internecie

Ekstremiści prowadzą ożywiony marketing religijny, nawołują do oczyszczenia islamu, werbują i szkolą młodych radykałów. Działalność wielu takich wspólnot jest finansowana z zewnątrz, głównie przez fundacje z Arabii Saudyjskiej. Radykałowie stawiają przede wszystkim na wychowanie młodego pokolenia w duchu fundamentalistycznym.

Metody werbunku nowych członków przejęli od sekt. Organizują na przykład pogadanki na uniwersytetach, choćby pod hasłem „Kim jest Jezus i co o nim napisano w Koranie”, na których pod płaszczykiem otwartej debaty propagują swoją ideologię. Na oficjalnej stronie Związku Muzułmanów Polskich można znaleźć link do witryny, na której Osama bin Laden jest przedstawiany jako bojownik o prawa muzułmanów, nie ma zaś ani słowa o jego działalności terrorystycznej. Inny link prowadzi do strony, na której po podaniu swoich danych i kliknięciu: „akceptuj” pod tekstem muzułmańskiego wyznania wiary można zostać przyjętym w poczet wyznawców Allaha.

W ocenie Tomasza Miśkiewicza, ten sposób przejścia na islam rozmija się z obowiązującym prawem muzułmańskim. – Bracia, którzy prowadzą tę stronę internetową, przesadzili – twierdzi. – Nakłaniałem ich, by ją zlikwidowali, ale mnie nie posłuchali.

W myśl szarijatu, wyznanie wiary powinno być wypowiedziane w odpowiednim miejscu (najlepiej w meczecie), formie (ustnie) i we właściwy sposób (w obecności świadków, przed którymi stoi się twarzą w twarz). Czy osoby, które przyjmują islam poprzez Internet, są w ogóle muzułmanami? – Nie mnie oceniać, kto nim jest, na wszelki wypadek doradzam im (a zgłasza się ich sporo), aby przyszły do meczetu i powtórzyły wyznanie przed imamem – wyjaśnia Miśkiewicz.

Mniej wyrozumiały jest profesor Selim Chazbijewicz. Uważa, że taką stronę powinno się bezwzględnie zamknąć, gdyż może to być początek szerszej fali powstawania podobnych witryn prowadzonych przez niebezpieczne organizacje fundamentalistyczne, które za pośrednictwem sieci mogą werbować wiernych. W MZR obowiązują twarde zasady przyjmowania do wspólnoty: zgłębienie wiary i egzamin z wiedzy o islamie, przysięga na Koran w obecności świadków i wyznanie wiary. Nowy muzułmanin musi przysiąc, że nie weźmie alkoholu do ust i nie będzie jadł potraw rytualnie nieczystych (głównie wieprzowiny).

Darczyńca z Arabii Saudyjskiej

Miśkiewicz ściąga potrzebne fundusze dla polskich muzułmanów z zagranicy. Na przykład sponsorzy z Arabii Saudyjskiej finansują pielgrzymki do Mekki. (Do tej pory pokryli koszty 9 pielgrzymek, w których uczestniczyło blisko 100 muzułmanów.) Za pieniądze z Arabii ma powstać szkoła koraniczna w Białymstoku, wyremontowane zostaną też stare meczety. Mufti chce także postawić meczet w Warszawie. Idealnym miejscem jest działka przy ulicy Filtrowej, która przed wojną należała do Muzułmańskiego Związku Religijnego. – Co prawda teren odebrano nam w 1993 roku i obecnie znajduje się na nim park, ale staramy się o jego odzyskanie. Przygotowaliśmy projekt architektoniczny, wysłaliśmy pismo do gminy Centrum z prośbą o zwrot ziemi – wyjaśnia.

W rozmowie tuż przed wyborem na muftiego Miśkiewicz zdradził swoje dalekosiężne plany. Do 2010 roku miałoby powstać w Polsce około 8–10 meczetów w największych miastach. A wszędzie tam, gdzie mieszka ponad 50 muzułmanów – domy modlitwy. Łącznie ma ich być ponad 100. W Łodzi i Poznaniu działki pod przyszłe meczety kupiła Liga Muzułmańska. – Ale to wciąż za mało. W innych krajach Europy islam rozwija się dużo szybciej – mówi z żalem.

Dziś, po zdobyciu stanowiska, marzenia Miśkiewicza nabrały szerszego rozmachu. – Chciałbym stworzyć w Polsce Środkowoeuropejskie Centrum Islamu. Mamy ambicje zostać pośrednikiem między innymi państwami islamu. Polska może być ambasadorem tolerancji – przekonuje, wspominając o dobrych relacjach na linii państwo-muzułmanie i katolicy-muzułmanie. – W Polsce panuje tolerancja, którą chcemy wykorzystać jako argument w swoistej kampanii promującej nasz kraj w innych państwach świata.

Czy rzeczywiście Rzeczpospolita stanie się pomostem między światem islamu a chrześcijaństwem, czy może raczej kolejnym przyczółkiem w Europie dla muzułmańskich fundamentalistów? Na razie jest ich u nas niewielu, ale są świetnie zorganizowani, mają dostęp do ogromnych pieniędzy idących w miliony dolarów, pochodzących z niejasnych źródeł finansujących również działania ekstremistów i bojowników. Wszystko wskazuje też na to, że dawny zeuropeizowany islam tatarski ustępuje pola fundamentalistom, i to właśnie oni będą kształtowali przyszłość polskiego islamu w najbliższych dziesięcioleciach.

—————————————————————————————————————————–

DRODZY POLITYCY I PASTERZE KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO ten premier jest dla WAS WZOREM !
Australijski premier:*
*Muzułmanie, pragnący żyć według prawa szariatu, mają opuścić Australię. Australijski rząd, analizując w środę problemy bezpieczeństwa, wskazał na islamskich radykałów jako czynnik zwiększający prawdopodobieństwo zamachów terrorystycznych. W dodatku, premier Kevin Rudd oburzył część australijskich muzułmanów mówiąc tego samego dnia,** że popiera monitoring tamtejszych meczetów przez służby specjalne. „To imigranci, nie Australijczycy, muszą się dostosować*. *Przyjąć tutejsze zwyczaje, albo stąd wyjechać. Take it, or leave it! – oświadczył Kevin Rudd.”Mam już dość tego ogólnonarodowego zamartwiania się, czy my przypadkiem nie uchybiamy innym lub ich kulturze. Od czasów ataku terrorystycznego na Bali zetknęliśmy się z wielkim przypływem uczuć patriotycznych u większości Australijczyków.*

*Naszą kulturę od ponad dwustu lat w walce, poprzez próby, usiłowania i sukcesy, rozwijały miliony mężczyzn i kobiet poszukujących wolności. Mówimy przeważnie po angielsku. Nie po hiszpańsku, libańsku, arabsku, chińsku, japońsku, rosyjsku, chińsku, japońsku, rosyjsku czy w jakichś innych językach. Dlatego jeśli ktoś pragnie stać się cząstką australijskiej społeczności, niech uczy się naszego języka. Większość Australijczyków wierzy w Boga. To fakt, a nie skutek jakiejś politycznej presji chrześcijańskiej prawicy, bo przecież nikt inny, lecz właśnie chrześcijanie, opierając się na chrześcijańskich zasadach stworzyli podwaliny narodu, co zresztą jest przejrzyście udokumentowane.
Toteż ściany szkół, w których uczą się nasze dzieci, są najwłaściwszym miejscem, żeby to zamanifestować.
Wszystkim, którzy twierdzą, że symbol Boga uraża ich uczucia, sugeruję, aby poszukali sobie jakiegoś innego miejsca zamieszkania, ponieważ Bóg pozostaje częścią naszej kultury. Akceptujemy odmienne przekonania religijne, nie pytając o powody, dla których zostały wybrane. W zamian jednak oczekujemy akceptacji naszej wiary, harmonijnego współistnienia z nami oraz pokojowego korzystania z przysługujących praw. To jest nasz kraj. Na naszej ziemi obowiązuje nasz styl życia.
I każdy ma możliwość cieszenia się tym wszystkim. Natomiast tych wszystkich, którzy się uskarżają, jęczą, których skręca na widok naszej flagi, roty ślubowania, wiary chrześcijańskiej czy naszego stylu życia zachęcam do odważnego skorzystania z jeszcze jednej wielkiej australijskiej wolności: prawa do opuszczenia kraju. Nie jesteś tutaj szczęśliwy, to wyjedź.*

*Nie zmuszaliśmy nikogo do przyjazdu. Przybyłeś z własnej woli. Wobec tego zaakceptuj kraj, w którym ty też zostałeś „zaakceptowany” – powiedział australijski premier.*

A nasi politycy w katolickiej Polsce rozkazują usunąć Krzyże ze szkół, z urzędów i z ulic a biskupi jadąc do Brukseli chowają Krzyże do kieszeni.

Echo Chrystusa Króla

Posted in Patriotyzm, Religia, Warto wiedzieć, Z prasy | 4 komentarze »